Erchel czekał na mnie we śnie. Ze wszystkich martwych nieszczęśników, którzy tłoczyli się w moich wspomnieniach, pamięć wybrała właśnie jego. Nie słodką Gerthe o zwinnych palcach. Nie Deckina, przerażającego i szalonego, ale czasem nad wyraz mądrego Króla Banitów. Nawet nie otumanionego wiarą, męczącego Fornala, którego zamordowałem i zostawiłem w śniegu przed laty. Nie. To właśnie Erchel przywitał mnie swoim chytrym uśmiechem, odsłaniającym poplamione zęby, ciemne w pobladłej twarzy, ze świeżą krwią kapiącą z poszarpanego materiału spodni w kroku. Pomimo jego uśmiechu, od razu zrozumiałem, że nie cieszył się na mój widok, kastracja z pewnością wzbudziłaby złość i gorycz nawet w najmilszej duszy, nie żeby Erchel był miły za życia...
- Przyszedłeś zobaczyć, co, Alwynie? - zapytał, a głowa mu się kiwała na chudej szyi, która wyciągnęła się i skręcała na podobieństwo węża, z każdym jego słowem. Ton bardziej pasowałby do żebraka niż wytrzebionego okrutnika ze śmiertelną urazą. - Przyszedłeś zobaczyć, coś zrobił, he?
Jego palce, dłuższe i bardziej wiotkie niż zapamiętałem, drapały i dźgały zbroję płytową zakrywającą moje przedramię, pozostawiając na metalu czerwone plamy.
- Teraz jesteś rycerzem, co? - wysyczał z radosną satysfakcją, kiwając głową na wężowej szyi. - Daleko zaszedłeś, co? Wyżej niż biedny Erchel kiedykolwiek miał szansę. Wystarczająco wysoko, by dać trochę pieniędzy staremu przyjacielowi.
- Nie jestem rycerzem - zaprzeczyłem, cofając gwałtownie rękę, bo mimo zbroi jego dotyk sprawiał mi ból. - I nigdy nie byliśmy przyjaciółmi.
- Nie bądź takim sknerą dla biednego Erchela. - Przykucnął z nadąsaną miną i zacisnął dłoń o długich palcach na krwawej plamie między nogami. - Nie ma już masztu, pamiętasz? Pozwoliłeś tej małej suce wszystko obciąć.
- Na nic jej nie pozwalałem - przypomniałem. - Choć nie twierdzę, że bym ją powstrzymał.
Zacisnął zęby i wydał dźwięk, który był groteskowym połączeniem syku i śmiechu.
- Dostanie to, na co zasłużyła - zapewnił mnie, szczękając zębami, podczas gdy coś mrocznego i wilgotnego wiło się w głębi jego ust. - Już tego dopilnujesz.
Wezbrał we mnie nagły gniew i sięgnąłem po miecz, ale gdy go dobyłem, Erchel odsunął się już poza zasięg ostrza.
- Chodź, chodź. - Skinął na mnie. - Nie chcesz zobaczyć, co zrobiłeś?
Podmuch wiatru potoczył mgłę po okalającej nas trawie i sprawił, że Erchel stał się przygarbionym cieniem. Miękka ziemia ustępowała pod moimi stopami, gdy podążałem za nim, powodowany zarówno ciekawością, jak i pragnieniem odebrania mu życia, której to przyjemności nie zaznałem na jawie. Było oczywiste, że znajdujemy się na bagnach, ale nie rozpoznawałem okolicy. Gęsta mgła przesłaniała wszelkie punkty orientacyjne poza nierównymi, poskręcanymi cieniami skalistych grzbietów, które wyrastały z moczaru - niczym milczące i nieruchome potwory skryte w mroku. Gdziekolwiek się znaleźliśmy nie było to miejsce mi znane.
Wkrótce Erchel zniknął we mgle i straciłem go z oczu. Przez chwilę błąkałem się po bagnach w bezskutecznym polowaniu, aż słaby krzyk jakiegoś niewidocznego zwierzęcia zaczął wzywać mnie na podobieństwo latarni morskiej. Nie słyszałem jeszcze takiego zawołania, zgrzytliwy syk mieszał się w nim z gardłowym rykiem, przybierał na sile i łączył się z innymi, tworząc dysonansowy chór. Źródło tego krzyku stało się jasne, gdy wiatr po raz kolejny rozwiał mgłę i zobaczyłem dużego ptaka siedzącego na na wpół zatopionych zwłokach. Nigdy wcześniej nie widziałem podobnego, wielkiego jak orzeł, ale pozbawionego jakiegokolwiek majestatu. Podobnie, jak u Erchela ze snu, głowa ptaka kołysała się na wydłużonej szyi, a jasne, bulwiaste oczy, ponad przypominającym tasak dziobem pokrytym krwią, wpatrywały się we mnie ze złowieszczym głodem. Ptak rozdziawił dziób i wydał z siebie kolejny paskudny okrzyk, który powtórzyło wiele gardeł.
- To są sępy, z tego, co słyszałem - pouczył mnie Erchel, a oczy mu lśniły, gdy cieszył się moim pełnym przerażenia obrzydzeniem.
W tej samej chwili dotarło do mnie, że ptaki wypełniały bagno aż po horyzont, setki, a może tysiące, trzepotały rozłożystymi skrzydłami i kiwały głowami, raz po raz rozdziawiając wstrętne dzioby, by dołączyć do chóru. Miały o czym śpiewać, ponieważ otrzymały wielką obfitość padliny. Choć ptaków było wiele, trupów było jeszcze więcej. Leżały częściowo zanurzone w mętnej wodzie bagna. Niektórzy z poległych byli rycerzami, a ich zbroje błyszczały w matowym świetle przesłoniętego mgłą słońca. Ale widziałem też dzieci i starców. Gdzieniegdzie dostrzegałem jaskrawe kolory szlacheckich strojów. Wszyscy zginęli gwałtowną śmiercią, a moczary poczerwieniały od krwi płynącej z ich licznych ran.
- To, Alwynie. - Erchel zachichotał przenikliwie. - To jest właśnie to, coś uczynił...
Krzyk wyrwał mi się z gardła i rzuciłem się na niego, wznosząc miecz do śmiertelnego ciosu. Ale, jak to często bywa w snach, moje działania były bezowocne. Erchel zniknął i ostrze przeszyło jedynie powietrze.
- Ocaliłeś ją, rozumiesz?
Obróciłem się gwałtownie, a on kucał za mną, spoglądając chytrze. Twarz wykrzywiało mu to samo plugawe zadowolenie, które widywałem za każdym razem, gdy Erchel zdołał pochwycić jakąś żywą istotę, by zadawać jej męki.
- Ocaliłeś Zmartwychwstałą Męczennicę - szydził śpiewnie. - I wypełniłeś świat trupami...
Uniosłem miecz na wysokość piersi, ujmując rękojeść obiema dłońmi. Miałem zamiar przebić tego to nikczemnika, wrażając sztych w jedno z jego jasnych, niemrugających oczu. Gdy pchnąłem, po raz kolejny umknął w nicość, tylko po to, by pojawić się za moimi plecami i szydzić dalej.
- Coś chciał osiągnąć? - zapytał, a jego ton był parodią szczerej ciekawości. Stał teraz w wodzie, zaraz obok sępa, bez reszty zajętego zewłokiem, na którym siedział. - Naprawdę myślałeś, że świat z nią stanie się lepszy?
- Zamilcz! - rozkazałem chrapliwie i ruszyłem w stronę Erchela.
- Niczego się nie nauczyłeś od ascendantki Syldy? - Wydłużona szyja wydźwignęła jego głowę na nienaturalną wysokość i Erchel uniósł brwi w grymasie potępiającego zdziwienia. - Jakże by się wstydziła, widząc cię teraz...
Wydałem z siebie ryk dzikiej wściekłości i rzuciłem się na niego z mieczem uniesionym tak, by odciąć mu głowę od tej wężowej szyi. Zamiast tego zanurzyłem się w bagnistej wodzie, a ciężar zbroi wciągnął mnie pod powierzchnię. Zacząłem się miotać, ogarnięty paniką, odrzuciłem miecz, byle tylko wydostać się z uścisku bagniska. Gdy znów poczułem smak powietrza, zobaczyłem Erchela unoszącego się nad ziemią, z sępem na ramieniu. Niebo nad nim pociemniało, gdy pozostałe ptaki wzbiły się w powietrze, tworząc gęstą, wirującą masę.
- Moi przyjaciele nie skończą z tobą od razu - obiecał mi Erchel z niezachwianą pewnością, po czym dodał z coraz szerszym uśmiechem: - Nie, dopóki nie będę miał przyjemności popatrzeć, jak odgryzają ci jaja. Ciekawe, czy będziesz krzyczeć tak głośno jak ja?
Ogromny ptak na jego ramieniu zaskrzeczał ponownie, po czym zatrzepotał skrzydłami i rzucił się na mnie, wystawiając przed siebie długie szpony, wymierzone w moją głowę. Ponownie zepchnął mnie w bagno i trzymał mocno, gdy opadałem coraz głębiej. Szpony rozdzierały stalowe karwasze niczym papier, a dziób wbił się w skórę pod zbroją, szarpał ciało, szarpał i szarpał...
- Alwynie!
Moja ręka wystrzeliła w górę, by złapać dziób wbijający się w moje przedramię, ale zamiast tego zatrzymała się na gładkim nadgarstku człowieka. Krzyk zaskoczenia przegnał sen, a wiry czerwonej wody zniknęły, i zobaczyłem skrzywioną twarz Ayin. Przez chwilę wpatrywałem się w jej zdezorientowane oczy, czując pieszczotę zimowego chłodu, a zmysły zalały mi znajome dźwięki i zapachy płynące z obozu o wschodzie słońca.
- Znowu śnisz? - spytała, spoglądając wymownie na moją dłoń wciąż zaciśniętą na jej nadgarstku.
- Przepraszam - wymamrotałem, zwalniając uścisk. Przekręciłem się na stosie futer i tkanin, które stanowiły moje posłanie i usiadłem, przegarniając dłońmi potargane włosy. Głowę wypełniał mi pulsujący ból, który witał mnie co rano od dnia, w którym w pełni odzyskałem przytomność, dwa tygodnie wcześniej. Była to pamiątka po sir Althusie Levalle'u, zabitym i zupełnie nieopłakiwanym Komturze Kompanii Koronnej. Choć mógłbym wygłosić niejedno słowo krytyki pod adresem jego charakteru, to nigdy nie mógłbym zarzucić komturowi braku siły w ramieniu.
- Ja już nie śnię - powiedziała Ayin. - Od czasu jak kapitan mnie pobłogosławiła.
- To... dobrze - odpowiedziałem, szukając jednocześnie niewielkiej zielonej buteleczki, którą ostatnimi czasy zawsze miałem gdzieś pod ręką.
- Powinieneś poprosić, żeby i ciebie pobłogosławiła - mówiła dalej Ayin - wtedy też nie będziesz miał snów. O czym śniłeś?
O człowieku, któremu nie tak dawno obcięłaś jaja, ugryzłem się w język, zanim ta złośliwa odpowiedź wymknęła mi się z ust. Choć Ayin bywała naprawdę irytująca, nie zasługiwała, aby w tak brutalny sposób przypominać jej przeszłość. Choć biorąc pod uwagę, co zrobiła temu ascendantowi w Farinsal, po uprowadzeniu Evadine, nie wierzyłem już, że Ayin wyleczyła się całkowicie ze swych dawnych skłonności.
- Czy kiedykolwiek słyszałaś o sępie? - zmieniłem temat.
- Nie. - Zamrugała z twarzą całkowicie pozbawioną wyrazu. - A co to?
- Najwyraźniej paskudny wielki ptak, który żywi się trupami.
Odetchnąłem z ulgą, znalazłszy butelkę pod zrolowanym kocem, który służył mi za poduszkę. Suplikant Delryk nazywał zawartość butelki "eliksirem oszustwa", ze względu na to, że mikstura usuwała ból, nie mając przy tym żadnego efektu leczniczego. Oszukany czy nie, byłem nieustannie wdzięczny za to, jak szybko gorzka i oleista zawiesina rozpraszała ból w mojej głowie. Twarz Delryka była pierwszą, którą ujrzałem po przebudzeniu się z długiego snu wywołanego obrażeniami odniesionymi w pojedynku, a na tej twarzy malował się niepokojący wyraz zaskoczenia. Delryk spędził trochę czasu ostrożnie badając moją głowę swoimi zręcznymi palcami, chrząkał od czasu do czasu, gdy przesuwały się po różnych grzbietach i guzach, z których jeden wzbudził jego szczególne zainteresowanie.
- Czy ten drań rozbił mi czaszkę? - spytałem, gdy jego palce znieruchomiały.
- Tak - odpowiedział mi z surową szczerością. - Ale chyba się już goi.
Po czym Delryk wręczył mi zieloną flaszkę i polecił codziennie meldować się u niego na kolejne badania. Miałem też przybiec do niego natychmiast, gdyby z nosa bądź uszu popłynęła mi krew.
- Lekcje. - Ayin zsunęła torbę z ramienia i ułożyła sobie na kolanach. - Mam świeży atrament i pergamin.
Skrzywiłem się, przełknąłem jeszcze jedną kroplę eliksiru i ponownie zakorkowałem buteleczkę. Delryk ostrzegał, że jeśli nie będę ostrożny, to nadużywanie tego specyfiku uczyni mnie niewolnikiem mikstury, toczyłem więc codzienną walkę z sobą samym, by nie przełknąć na raz, ile tylko zdoła znieść mój język.
- A skąd? - Wsunąłem flakon na poprzednie miejsce.
- Ci ludzie z Ambriside przynieśli dziś rano więcej zapasów, przyprowadzili też grupę rekrutów. Policzyłam ich. - Sięgnęła do torby, wyciągnęła skrawek pergaminu pokryty mozolnie skreślonymi liczbami. - Razem jest jeden tysiąc sto, osiemdziesiąt i dwa.
Jeszcze nie armia. Ale za miesiąc albo dwa będzie ich dość.
Ta myśl rodziła niezbyt przyjemne pytania o nieuniknioną przecież reakcję księcia Elbyna i, co ważniejsze, króla Tomasa na to, że w Kniei Shavine gromadziło się wielu zagorzałych wyznawców nieuznanej formalnie Zmartwychwstałej Męczennicy. Prawdę mówiąc, każdego dnia przeżywałem to samo zdumienie, gdy żaden z naszych zwiadowców nie przynosił informacji o zbliżających się wojskach koronnych czy książęcych.
- Lekcje - powtórzyła Ayin, szturchając mnie w ramię z naciskiem. Kolejne dni spędzone na nauce stawiania liter i liczenia ujawniły, że jest uczennicą być może aż nazbyt uważną. Większość biedoty uważała czytanie i pisanie za jakąś tajemną sztukę, znaną tylko kapłanom lub wykształconym szlachcicom. Na początku Ayin niewiele się od nich różniła i z podejrzanym zdziwieniem patrzyła na znaki, które kazałem jej kopiować. Jednak szybko zdziwienie ustąpiło miejsca zachwytowi, gdy tylko pojęła, że te abstrakcyjne rysunki reprezentują dźwięki, które można połączyć w słowa. Jej ręka nadal była niezdarna, a litery nierówne, ale Ayin czytała już z wyjątkową płynnością, bez przeciągania samogłosek i potknięć, które były tak charakterystyczne dla moich pierwszych lekcji.
- Nie skończyliśmy pierwszego objawienia Męczennika Stevanosa - przypomniała mi i wyciągnęła zwój z torby.
Ucząc ją, przyjąłem metodę ascendantki Syldy, polegała ona na recytowaniu świętych pism Przymierza, po czym kazałem Ayin je zapisywać, poprawiając przy tym pisownię i gramatykę.
- Właśnie doszliśmy do fragmentu, w którym oparł się lubieżnym pokusom tej dziwki Malecytów, Denishy.
Ayin rozwinęła zwój z twarzą rozpromienioną wyczekiwaniem, co skłoniło mnie do zastanowienia się nad dziwacznym zbiorem sprzeczności, które reprezentowała. Pod wieloma względami pozostawała niewinna i ufna, jak każde dziecię zmuszone do odnajdywania drogi pośród chaosu i zawirowań, jakimi jest ten świat. Ale była także wielokrotną morderczynią, która nie wykazywała cienia poczucia winy za swoje zbrodnie. Jej oddanie Evadine, naszej namaszczonej kapitan i Zmartwychwstałej Męczennicy, było tak samo żarliwe jak zawsze i podobnie niezmiennie przejawiała prawdziwy entuzjazm w kwestii co bardziej ponurych i krwawych elementów wiedzy o Przymierzu, które ja uważałem za niepokojące, zwłaszcza po moim śnie.
- Dzisiaj spróbujemy chyba czegoś innego - oznajmiłem i sięgnąłem po buty.
Wyszliśmy ze szczeliny między dwoma wiekowymi blokami kamienia, gdzie miałem swoje schronienie. Nad plątaniną nagich gałęzi świeciło jasne słońce i niebieściło się czyste niebo. Nie pamiętałem tego, ale to tutaj przywiodłem naszą uciekającą kompanię po uratowaniu Evadine z szafotu pod murami zamku Ambris. Było jednak jasne, że choć liczne ruiny sprzed Zatraty stanowiły idealną kryjówkę dla bandy banitów, to rosnąca rzesza zwolenników Evadine okazała się zbyt tłumna. Drzewa ścięto, aby stworzyć prowizoryczne chaty dla żołnierzy kompanii i naszych nowych rekrutów, których większość cierpiała właśnie z powodu uprzejmości sierżanta Swaina i innych suplikantów zbrojnych.
- Stój prosto, powiedziałem! - szczeknął Swain na jednego chuderlaka, który bezskutecznie próbował zająć miejsce w pierwszym szeregu nierównej kohorty. - Nie wiesz, co to znaczy "prosto", ty zasrany obszczańcu?!
Sądząc z wyrazu szeroko otwartych oczu kmiotka, wątpiłem, czy kiedykolwiek przedstawiono mu koncepcję prostości.
- Męczennicy, miejcie nas w opiece - mruknął Swain i wyrwał chudzinie pikę z rąk. - To - uniósł broń w poziomie - to jest proste. I to też! - Obrócił pikę do pionu, uniósł i wraził drzewce w pierś stojącego z otwartymi ustami wieśniaka tak mocno, że ów wpadł na drugi rząd rekrutów, pociągając za sobą tych, którzy stali po jego obu stronach.
- Jeśli podczas bitwy nie będziesz stał prosto, to spotka cię coś o wiele gorszego niż zziębnięty tyłek - pouczył go Swain. - Wstawaj!
Widziałem inne oddziały, rozproszone po nielicznych polanach w tej części głębokiego lasu, traktowane z podobną surowością. Rekruci stanowili prawdziwą mieszaninę. Byli wśród nich nieopierzeni młodzieńcy, bez żadnego pojęcia o broni, ale też weterani albo tacy, którzy przynajmniej raz mieli okazję maszerować pod książęcymi sztandarami. Prawie wszyscy wywodzili się z biedoty i chłopstwa, przepojonych głębokim, choć słabo wyrażanym pragnieniem podążania za Zmartwychwstałą Męczennicą. W ostatnich dniach pojawiło się także kilku kapłanów, w większości młodych nowicjuszy, którzy nie zostali jeszcze zatwierdzeni jako suplikanci. Tak, jak rosnąca liczba chłopów pozwalała żywić obawy co do reakcji króla, tak pojawienie się dezerterów z ortodoksyjnej wiary miało szansę jedynie zwiększyć dezaprobatę hierarchów Przymierza dla kogoś, kogo wciąż nie chcieli uznać za Zmartwychwstałego Męczennika.
Poprowadziłem Ayin z dala od krzyków i przekleństw szkolących się żołnierzy, do płytkiego strumienia. Mróz skuł brzegi i pobielił porośnięte mchem kamienie wystające z wody. Owinąłem się płaszczem i usiadłem na głazie w pobliżu zakrętu potoku, czekając w milczeniu, aż Ayin ponownie szturchnie mnie w ramię.
- Co my tu...?
- Poczekaj - uciszyłem ją, spoglądając na dużą skałę sterczącą pośrodku strumienia. Ptak pojawił się wkrótce potem, przycupnął na kamieniu i wbił swój mały dziób w mech w poszukiwaniu pożywienia.
- Co widzisz? - spytałem Ayin.
- Ptaka na kamieniu - odparła, mrużąc oczy zdumiona.
- Jakiego ptaka?
- Rudzika. - Przestała się krzywić, ogarnięta swoją typową miłością do zwierząt. - Jest śliczny.
- Tak. - Ruchem głowy wskazałam jej torbę. - Zapisz to.
- Zapisać?
- To, co widzisz. Ptaka, kamień, strumień. Zapisz wszystko.
Była to kolejna z metod Syldy, aczkolwiek ja musiałem polegać na mojej pamięci, ponieważ w Wyrobiskach niewiele scen nadawało się do opisania.
Ayin sięgnęła do torby po pióro, atrament, pergamin i płaską drewnianą deskę, której używała jako biurka. Widok tego prymitywnie rzeźbionego przedmiotu przywołał tęsknotę za moim cudownym, składanym biurkiem, które straciłem w chaosie łupienia Olversalu, jakiego dopuścili się Askarlijczycy.
Ayin wyjęła korek z naczynia z atramentem, ale minę miała pełną wątpliwości.
- Po co?
- Odtwarzanie słów innych, nie nauczy cię pisać - wyjaśniłem. - Prawdziwa umiejętność bierze się ze zrozumienia.
Usadowiła się obok mnie, ostrożnie stawiając pojemnik z atramentem, by się nie przewrócił, po czym ponownie zmrużyła oczy, zanurzyła pióro i zaczęła pisać. Poprawiałem jej błędy w trakcie pracy, jak to mieliśmy w zwyczaju, od czasu do czasu prowadząc jej rękę, by uformować znaki. Jej litery wciąż były niezdarnymi, postrzępionymi bazgrołami, ale ostatnio pismo zaczęło nabierać podstawowej czytelności. Dziś była bardziej niezdecydowana niż zwykle, pióro chybotało się na pergaminie, podobnie jak moje, gdy Sylda po raz pierwszy zadała mi to ćwiczenie. Nauka na pamięć zawsze była łatwiejsza, ale jeśli Ayin miała zostać prawdziwym skrybą, musiała tworzyć słowa sama.
- Rudzik siedzi na skale - odczytała po kilku chwilach wysiłków i uśmiechnęła się dumnie. W moich oczach wciąż była dzieckiem, ale kiedy się uśmiechała, przypominałem sobie, że to w istocie młoda kobieta i do tego urodziwa. Ów fakt w równym stopniu przygnębiał mnie i rozpraszał.
- Dobrze - pochwaliłem. - Pisz dalej. Opisz ptaka, opisz skałę. I nie tylko to, co widzisz. Jakie dźwięk wydaje strumień? Jak pachnie tu powietrze?
Przez chwilę obserwowałem, jak jej pióro skrobie po pergaminie, ale moje myśli szybko wróciły do snu. Chciałem myśleć, że wizja nieznanych mi ptaków ucztujących na zwłokach była tylko wytworem umysłu, który doświadczył potwornych przeżyć. No i kto mógł powiedzieć, jaki tak naprawdę wpływ na mózg może mieć pęknięta czaszka? A jednak wstrętne ptaki ze snu wydawały się bardziej realne, bardziej szczegółowe w swojej formie, niż byłoby to możliwe, gdybym je sobie tylko wyobraził. Co więcej, w słowach Erchela dźwięczała ta szczególna nuta prawdy, która odróżniała je od bezsensownych wypowiedzi innych mieszkańców naszych snów. "Ocaliłeś Zmartwychwstałą Męczennicę i wypełniłeś świat trupami..."
Zadrżałem i szczelniej okryłem się płaszczem, dopiero wtedy dotarło do mnie, że Ayin nuciła podczas pracy. Jej głos był przyjemny, naturalnie melodyjny, a nucenie czasami ustępowało miejsca krótkim wersom. Zazwyczaj bzdurnym przyśpiewkom, w których nie znalazłbyś niczego poza rymami, ale dziś jej pieśń miała odrobinę sensu.
- Żegnajcie zatem me siostry i bracia - śpiewała. Nie znałem tej melodii, ale podobał mi się jej smutek. - Żegnajcie wszyscy moi bracia w stali...
- Co to za piosenka? - zapytałem, na co Ayin podniosła wzrok znad pergaminu.
- Taka sobie. - Wzruszyła ramionami. - Śpiewam, gdy pracuję.
- Wymyśliłaś ją sama?
- Wymyślam wszystkie swoje piosenki. Od zawsze, kiedy jeszcze byłam mała. Matula lubiła, gdy jej śpiewałam. - Zachmurzyła się nieco. - Mniej się złościła, gdy śpiewałam, więc często to robiłam.
- Zapisz tę, którą śpiewasz teraz. - Wskazałem na pergamin.
Zmarszczyła brwi z powątpiewaniem.
- Nie wiem, jak zapisać niektóre słowa.
- Pokażę ci.
Początkowo prowadziła pióro bardziej chwiejnie niż zwykle, ale wkrótce nabrała pewności siebie, a litery wyrazistości, poczuła serce do swojego zadania i pisząc, śpiewała kolejne wersy.
- Bo oto stajemy w przededniu bitwy i wiem, że mój los został przypieczętowany...
- To wszystko? - zapytałem, gdy zapisała cały arkusz.
- Wszystko, co wymyśliłam.
- I jak ją nazywasz? Dobra pieśń potrzebuje tytułu.
- "Pieśń o bitwie", bo zaczęłam śpiewać niektóre kawałki po Polu Zdrajców.
- Taki trochę zbyt oczywisty. - Wyjąłem pióro z jej dłoni i opatrzyłem pieśń tytułem, dodając do liter ozdobne zawijasy.
- "Los żołnierza" - przeczytała Ayin i wydęła usta w milczącej dezaprobacie.
- Jest poetycki - zapewniłem ją, z nutą irytacji w głosie, co Ayin uznała za zabawne.
- Skoro tak mówisz.
Zmarszczyłem brwi, widząc ten psotny uśmiech i zastanawiałem się, czy nie byłoby jednak słusznie jej skarcić, szybko jednak o tym zapomniałem, gdy wśród drzew rozległ się głos wołający moje imię. Chwilę później zobaczyłem zaczerwienionego z wysiłku młodzieńca, który pospieszył w naszą stronę, potknął się o korzeń i niemal upadł na twarz. Tak jak wielu byłych suplikantów, którzy zaciągnęli się pod sztandar Evadine, Emond Astier należał do dzieci miasta raczej niż wsi. Ci młodzi ludzie, pełni byli zapału, ale wychowani pod kloszem, w swym nowym, leśnym domu, poruszali się z wyjątkową niezdarnością zrodzoną w równym stopniu ze strachu, co z nieznajomości kniei.
- Panie Skrybo - powiedział, a raczej wysapał. Powstrzymałem znużone westchnienie, gdy się ukłonił. Nie miałem żadnej rangi, a jednak wielu nowo przybyłych oddawało mi w ten sposób honory, zrezygnowałam już nawet z protestów. - Namaszczona Pani prosi, byś do niej dołączył.
W jego głosie słychać było naleganie, a także niewielkie drżenie, zdradzające lęk. Emond był zaledwie rok lub dwa lata młodszy ode mnie, ale jego gładka, pozbawiona zarostu twarz wydawała się bardzo młoda. Zamrugał gwałtownie, jak żołnierz, który po raz pierwszy stanął przed perspektywą bitwy.
- Jakieś kłopoty? - zapytałem, oddając pergamin Ayin.
- Wrócili zwiadowcy wysłani na wschód - odpowiedział, zerknąwszy na ułamek chwili na Ayin. Naprawdę byłem pod wrażeniem, że mimo strachu, jaki odczuwał, zdołał jeszcze zwrócić uwagę na ładną buzię. Odechciało mi się jednak śmiać, kiedy Emond odezwał się ponownie: - Przyszli, mistrzu Alwynie. Królewscy żołnierze.
- Jesteś pewien, że wszyscy są z Kompanii Koronnej?
Ze sposobu, w jaki Szypnik służalczo skinął głową, wywnioskowałem, że był to pierwszy raz, kiedy Namaszczona Pani zwróciła się do niego bezpośrednio. Szypnik był mężczyzną krzepkim, z pewnym doświadczeniem w zakresie kłusownictwa, co można było wywnioskować ze zgrzebnego, ale wytrzymałego stroju i jesionowego łuku, a jednak wił się pod spojrzeniem Zmartwychwstałej Męczennicy Evadine Courlain jak nieśmiałe dziecię.
- Ilu? - chciał wiedzieć Swain.
- Naliczyłem stu, suplikancie sierżancie - odparł Szypnik. - To może być awangarda, ale pomyśleliśmy, że lepiej będzie jak najszybciej wrócić z wiadomością, niż czekać. Obozowali w Sadzie Shrivera, jakieś osiem mil na wschód.
- Obozowali? - zdziwiłem się, ściągając brwi.
- Owszem, panie Skrybo - odparł kłusownik, już z mniejszym szacunkiem, za to z większą swobodą. Banita zawsze rozpozna banitę. - Też uznałem, że to dziwne. Nie szukali tropów, nie wzięli ze sobą myśliwych ani psów. Tylko setka konnych pod trzema sztandarami.
- Trzema sztandarami - powtórzyła Evadine. Mówiła cicho, ale i tak dosłyszałem nutę przerażenia w jej głosie.
- Najwyższy był sztandar królewski, moja pani. Z dwoma wielkimi złotymi kotami. Na drugim była róża, czarna, na białym polu. A trzeci to tylko mały proporzec w czerwono-niebieskie paski.
Zauważyłem, że Wilhum i Evadine wymieniają wymowne spojrzenia, gdy usłyszeli opis drugiego sztandaru, który znany był im obojgu. Ja też go znałem, widziałem ten sztandar po Bitwie na Polu Zdrajców, w dniu, w którym tak naprawdę narodziła się legenda Namaszczonej Pani. Był to też dzień, kiedy jej przyjaciel z dzieciństwa i zdrajca Wilhum Dornmahl został jej dostarczony przez rycerza, który nosił na tarczy czarną różę na białym polu.
- Niebiesko-czerwony proporzec to symbol sojuszu - wyjaśniła Evadine Szypnikowi. Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, żeby ująć jego dłoń, a on natychmiast przykląkł na jedno kolano, gdy tylko go dotknęła. - Proszę, dobry panie - zaoponowała łagodnie. - Tylko księżniczki wymagają takich formalności. Powstań i przyjmij moje podziękowania za świetną służbę.
- Czyli sojusz - powiedział Wilhum, gdy zwiadowca już odszedł, wciąż z nisko pochyloną głową, mimo wyraźnych instrukcji Evadine. - To bardzo sprytne ze strony króla, że spośród wszystkich rycerzy wysłał właśnie jego.
- Sprytne - zgodziła się Evadine, a przez jej twarz przemknął cień irytacji. - Albo okrutne.
- Setka królewskich to całkiem przyzwoity przeciwnik - stwierdził Swain. - Ale taki, z którym sobie poradzimy, jeśli trzeba będzie.
- Jeśli to tylko ta setka - zwróciłem mu uwagę. Zawiesiłem uważne spojrzenie na Evadine i dodałem: - Jeśli to pułapka, to z doskonale dobraną przynętą.
- Uważasz, że pojadę prosto do obozu na ślepo, mości Skrybo? - Evadine uniosła brew.
- Uważam, że król albo jego doradcy, wysłali jedynego rycerza, którego na pewno oszczędzisz. Ale skoro nie mają psów, to dobry znak. Może to znaczyć, że naprawdę chcą rozmawiać.
- Zostawiliśmy wielu martwych królewskich pod zamkiem Ambris - przypomniał Wilhum. - Razem z ich komturem, który został zabity, gdy pilnował wprowadzenia praw, zarówno Korony, jak i Przymierza. Trudno zrównoważyć coś takiego.
- W przypadku zbuntowanego lorda albo zwykłego banity, zapewne - odparłem, nie odrywając wzroku od Evadine. - Ale nie Zmartwychwstałej Męczennicy.
Evadine złożyła ręce i opuściła głowę. Miała na sobie proste bawełniane spodnie i koszulę, które nosiła, gdy zdejmowała zbroję, a na ramiona narzuciła płaszcz z niedźwiedziej skóry. Jej twarz była blada, jak zawsze, ale teraz znałem już Evadine na tyle dobrze, by dostrzec zmęczenie, lekko ściągnięte usta i zaróżowione powieki, co wskazywało na nieprzespaną noc, a przynajmniej na niedostatek snu. Przyszło mi do głowy, że Evadine też mogły nękać koszmary, a jeśli tak, to ciekawe, czy również widziała sępy?
W końcu zobaczyłem, że lekko zacisnęła wargi, kolejny znak, który nauczyłem się odczytywać - podjęła decyzję. A każda z jej decyzji mogła oznaczać życie lub śmierć nas wszystkich.
- Wybierz setkę żołnierzy - poleciła Swainowi. - Najlepszych, jakich mamy. W południe pomaszerujemy na spotkanie mojego ojca.