Rozdział 4
Stanisław
piątek, 11 września 2015
Sławomir Maj zatrzymał się na przystanku tuż przed budynkiem Trójkąta.
Włączył światła awaryjne.
- Przejedź się gdzieś. Bądź w pobliżu - powiedział Stanisław Walter,
wysiadając z samochodu.
- Ile to potrwa? - zapytał kanclerz.
- Tyle, ile będzie trzeba. - Biskup zatrzasnął drzwi.
Maj odjechał chwilę później. Włączył się do ruchu, wymuszając
pierwszeństwo. Dopiero po kilku minutach opanował wściekłość, która
narosła w nim po ostatnich słowach przełożonego.
Niezadowolenie kanclerza nie stanowiło dla Stanisława Waltera problemu.
Biskup czuł się wyśmienicie. Z wielu względów nie mógł się wprost
doczekać nadchodzącego spotkania. Przede wszystkim dlatego, że będzie
niespodziewane dla jego rozmówcy i to on przejmie nad nim pełną
kontrolę. Również dlatego, że miał szczerą nadzieję, że ta rozmowa
przyniesie mu nowe informacje w sprawie brata. Hierarcha przejął się
nagłym zniknięciem Jerzego nie z troski o jego los, ale dlatego, że nie
miał pojęcia, co się stało. Fakt, że nie wiedział, co dzieje się z bratem i kto, jeśli w ogóle ktoś, stoi za jego zaginięciem, był dla
biskupa sygnałem, że miasto, o którym kiedyś wiedział wszystko, teraz
kryje przed nim tajemnice. Miał świadomość, że odzyskiwanie dawnej
pozycji musi potrwać. Traktował to jednak jak proces, który przecież
zawsze cenił bardziej niż osiągnięcie celu.
Kolejnym krokiem było spotkanie z naczelnikiem wydziału kryminalnego.
Wchodząc do budynku komendy, zdecydował, że każda spędzona tu chwila
będzie dla niego przyjemnością.
Satysfakcję przyniosło mu już pierwsze, przerażone spojrzenie dyżurnego
funkcjonariusza.
Pochylił się do okienka i przedstawił, przybierając ujmująco miły wyraz
twarzy.
- Tak, wiem, kim pan jest... to znaczy ksiądz... ksiądz biskup oczywiście -
zarechotał głupio policjant. - W jakiej sprawie...
- Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby naczelnik Marek Marczuk znalazł
dla mnie teraz czas. - Ułatwił zadanie dyżurnemu, który sprawiał
wrażenie, jakby dokończenie zdania było ponad jego siły. - Czy byłoby to
możliwe?
- Już dzwonię, chwileczkę... - wydukał funkcjonariusz i wcisnął jedną z cyfr na aparacie.
- Gość do naczelnika - powiedział i po chwili jego twarz przybrała kolor
czerwonej słuchawki, którą przykładał do ucha. - Musi mieć czas... -
syknął. Stanisław nie spuszczał z niego wzroku. Obserwacja bezradności
wymieszanej ze strachem przyniosła mu kolejną porcję radości. - Biskup
przyszedł... - Policjant odwrócił się plecami do Waltera, jakby chciał się
ukryć. - Tak, ten... - westchnął. - No przecież mówię, że ten! -
wykrzyczał nagle. Potem milczał przez chwilę. Biskup czekał cierpliwie.
- Jest? Może? Okej! Przekażę. Jasne. Dzięki... - Funkcjonariusz odwrócił
się i z widoczną ulgą zakomunikował: - Naczelnik już idzie!
- Serdecznie panu dziękuję - odparł Walter.
Marczuk pojawił się niecałą minutę później. Sprawiał wrażenie
zakłopotanego niespodziewanym najściem, co dla Stanisława stanowiło
trzecią już przyjemność podczas tej wizyty.
- Księże biskupie - powiedział naczelnik i już w pierwszej chwili
nerwowo poprawił przedziałek. - Zapraszam za mną, wygodniej będzie,
jeśli porozmawiamy u mnie. Bo jak rozumiem, biskup życzy sobie...
- Och tak, byłbym zaszczycony, gdyby naczelnik poświęcił mi kilka minut
swojego cennego czasu.
Marczuk zaprosił go do środka. Przemierzali korytarze w milczeniu, aż do
momentu, w którym minęli elegancką kobietę w czarnym kostiumie.
Wychodziła akurat z jednego z pokojów. Spojrzała na nich z zainteresowaniem. Walter zauważył grymas rysujący się na twarzy
naczelnika.
- Pozwolę sobie zatrzymać panów na chwilę - odezwała się niespodziewanie
kobieta i zrobiła dwa kroki w ich kierunku. - Biskup Walter, jeśli się
nie mylę, prawda? - zagaiła bez wahania.
- Zaiste - odparł duchowny.
- Tak sądziłam! Mam pamięć do twarzy, a twarz Waszej Ekscelencji
okrasiła ostatnio wiele portali. - Ciętą ripostą od razu pokazała
Walterowi, z kim ma do czynienia. Bezceremonialnie wyciągnęła do niego
rękę. - Prokurator Edyta Lichota. Nie mieliśmy okazji się poznać -
powiedziała. Uścisnął jej dłoń. Zanotował, że była wąska i chłodna. -
Udajecie się, panowie, na rozmowę? - zwróciła się do Marczuka.
- Tak, biskup właśnie złożył nam wizytę.
- Owszem, wyraziłem nieśmiałe życzenie krótkiego spotkania, a naczelnik
łaskawie na nie przystał - dodał Walter, odczuwając ogromną satysfakcję
z przesadnie sztucznego tonu swej wypowiedzi.
- Świetnie! Mniemam więc, że będę mogła do panów dołączyć. Z chęcią
przysłucham się tej rozmowie. Szczerze mówiąc, to już dawno chciałam
poznać księdza biskupa. - Na surowej twarzy prokurator pojawił się lekki
uśmiech.
- Nie ma najmniejszego problemu, prawda, panie naczelniku?
- Ależ oczywiście... - odparł zmieszany Marczuk. - Zapraszam do mnie.
Czego się państwo napijecie?
- Bardzo dziękuję za tę miłą propozycję, sądzę jednak, że nasza rozmowa
wystarczająco mnie upoi. - Słowa biskupa sprawiły, że twarz policjanta
wykrzywił grymas.
- Ja również podziękuję. Komisarz Solnica poczęstował mnie kawą
dosłownie przed chwilą. Inną sprawą pozostaje jej smak, ale przecież
przede wszystkim liczą się chęci.
- W gabinecie mam wodę - dodał Marczuk.
- Woda wystarczy. - Lichota zamknęła tę część rozmowy.
Stanisław pomyślał, że nieplanowane spotkanie zmieni nieco charakter
rozmowy, którą chciał odbyć. Szybko doszedł jednak do wniosku, że może
uczynić ją jeszcze ciekawszą.
- Kiedy to my się ostatnio widzieliśmy, panie naczelniku? - odezwał się,
gdy już usiedli. - Jeśli dobrze pamiętam, to spotkaliśmy się... - tu
przerwał na moment, obdarzając rozmówców szerokim uśmiechem - ...pod
mostem. Nieprawdaż?
Marczuk poprawił się w fotelu. Wyglądało to tak, jakby nagłe ukłucie w pośladek zmusiło go do gwałtownego podniesienia się.
- Tak... doskonale biskup pamięta, miało miejsce takie spotkanie.
- Towarzyszyło nam wtedy kilka osób, jeśli dobrze kojarzę.
- Zgadza się.
Lichota uważnie ich obserwowała.
- Wody? - zapytał naczelnik, sięgając po szklany dzbanek stojący na
skraju biurka. Nikt się nie odezwał, więc nalał tylko sobie. Jednym
haustem opróżnił połowę szklanki.
- Dobrze, że te upały się skończyły - powiedział.
Stanisław Walter wiedział, że stara się jakoś wypełnić moment
niezręcznej ciszy. Nie zamierzał mu jednak ułatwiać zadania.
- Pamięta pan, że podczas naszego spotkania również nie brakowało wody?
- Lało jak z cebra, to prawda - odparł Marczuk.
- Widzę, że to był dla obu panów bardzo ważny dzień - wtrąciła się
Lichota. Lekki uśmiech przylgnął do jej twarzy na dobre od momentu
powitania. Spoglądała na nich posągowo, a Stanisławowi wydawało się, że
nie mrugnęła dotąd ani razu. Z uznaniem pomyślał o jej pewności siebie.
Nie wiedzieć czemu, czerń jej źrenic przypomniała mu tę, którą ostatni
raz widział w oczach Doriana Zelta.
- Ma pani całkowitą rację, pani prokurator. Czyta nas pani niemal jak
otwartą księgę. Chyba musimy, że się tak wyrażę, zmniejszyć nieco
czcionkę, bo odszyfruje pani wszystko, zanim zdołamy porozmawiać o tym,
po co tu przyszedłem.
- No właśnie, w jakiej sprawie biskup do nas przyszedł? - spytał
Marczuk.
- Tak... - Walter rozłożył szeroko ręce i ściągnął wargi. - Chyba nie
będzie dla państwa zaskoczeniem, jeśli powiem, że chciałbym mieć
najświeższe informacje o losie mojego brata. Nie wiem, czy wiecie, że
Jerzy to właściwie jedyna rodzina, jaką mam... poza oczywiście ogromną
rodziną wiernych diecezjan, nad którymi roztaczam swą opiekę, będąc
niejako wysłannikiem naszego Pana...
- Diecezjan i diecezjanek, księże biskupie - dopowiedziała prokurator. -
W dzisiejszych czasach nie wypada zapominać o żeńskich formach. O kobietach w ogóle.
- Ależ ma pani całkowitą rację, przepraszam za ten mały lapsus.
Zapewniam, że nigdy nie zapominam o naszych diecenzjankach.
- Nie wątpię. - Lichota uśmiechnęła się nieco szerzej, a Stanisław
poczuł na ten widok przyjemny dreszcz.
- Cieszy mnie to - odparł. W pełnej niedopowiedzeń rozmowie czuł się jak
ryba w wodzie.
- Robimy wszystko, żeby odnaleźć Jerzego - stwierdził Marczuk po chwili
ciszy. - Mamy kilka tropów, niestety trudno nam mówić o szczegółach,
nawet mimo pańskiego oczywistego pokrewieństwa.
- Rozumiem. - Walter kiwnął głową. - Proszę mi wybaczyć śmiałość
pytania, ale pozwolę sobie je jednak zadać. Dlaczego nie może pan
zdradzić mi szczegółów?
- To standardowa procedura, wiedza operacyjna pozostaje tajemnicą
organów ścigania.
- Czyli, jeśli dobrze rozumiem to, co chce mi pan powiedzieć, nie wiecie
nic więcej ponad to, co można przeczytać w gazetach, usłyszeć w programach informacyjnych bądź od naszych drogich wiernych diecezjan...
i diecezjanek. - Zrobił mały ukłon w stronę Lichoty, która odpowiedziała
mu tym samym.
Częścią tego procesu była gra. Wieczna gra człowieka z człowiekiem.
Bliźniego przed bliźnim. Lubił ją.
- Tego nie powiedziałem. Wręcz przeciwnie, wiemy coraz więcej. Jurek
jest moim przyjacielem, o czym ksiądz biskup z pewnością wie. Osobiście
zależy mi na jak najszybszym jego odnalezieniu. Jednak jeśli chce biskup
wiedzieć coś więcej, to my również będziemy zmuszeni zadać kilka pytań.
- Co i tak zamierzaliśmy uczynić - włączyła się Lichota. - Wiedza Waszej
Ekscelencji może okazać się bezcenna zarówno dla mnie, jak i dla
naczelnika Marczuka. Mniemam, że ksiądz biskup nie ma nic przeciwko
rozmowie w formie przesłuchania spisanego do akt sprawy.
- Zrobię wszystko, co przysłuży się odnalezieniu mojego brata -
odpowiedział i pierwszy raz potarł kąciki ust. Postanowił, że dalsza
część jego wypowiedzi będzie miała inny ton i zabrzmi jak pretensja,
niemal pogróżka. - Drodzy państwo, bardzo sobie cenię przebieg naszej
rozmowy i wzajemny szacunek, z jakim się do siebie odnosimy, ale wydaje
mi się, że to taki płaszczyk pozorów, pod którym kryją się nie najlepsze
intencje. Biorąc powyższe pod uwagę, z przykrością muszę stwierdzić, że
nie mogę tego zaakceptować. Powiem więc, że jestem szczerze zdziwiony
wszystkim, co dzieje się w mieście. Mam nadzieję, że posiadają państwo
wystarczające kompetencje, by odnaleźć mojego brata, już nawet nie chcę
dodawać, że żywego, i to jak najszybciej! - Tu zadrżał mu głos. Fakt, że
nie udawał, stanowił zaskoczenie również dla niego samego.
- Proszę się nie unosić, w śledztwo zaangażowani są najlepsi
funkcjonariusze - Marczuk natychmiast odparł atak biskupa.
- To nie pierwszy raz, kiedy ludzie znikają bez śladu w tym mieście,
prawda, panie naczelniku? - kontynuował Walter, przywołując pozbycie się
Juliana.
- Co ksiądz biskup ma na myśli? - zapytał, nad wyraz pewnie, policjant.
- Już pan naczelnik dobrze wie co. Ludzie znikają. Nie wiedzieć czemu,
najczęściej właśnie na pańskiej warcie.
- Są też tacy, którzy nie znikają, tylko wyjeżdżają, prawda? To akurat
może być czasem zbawienne. Choć przecież jakieś ślady zawsze pozostają...
- W ten sposób nie będziemy rozmawiać, panie naczelniku. - Walter wstał
i skierował się w stronę drzwi. - Znajdźcie mojego brata. Od tego
jesteście! A nie od tego, żeby tuszować ślady, których nie zdołał
zatrzeć nawet deszcz!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Poniedziałek, 21 grudnia 2015
O piątej nad ranem Chrystus był jeszcze niewidoczny. Ukryty w mroku
wyciągał ręce ku północno-wschodniemu niebu.
Śnieg całkowicie zasypał reflektory u jego stóp i ukrył pod swym grubym
płaszczem wszelkie światło. Schowany w ciemności Zbawiciel nie grał
roli, jaką wiele lat wcześniej mu przypisano. Miał stanowić wrota do
Świętego Miasta, błogosławić nadjeżdżających z północy oraz obwieszczać
miłość i braterstwo. Zasłonięty masywnym wiaduktem i kolorowymi
zabudowaniami marketów skończył jako samotny syn Czarnej Madonny, która
wciąż jeszcze próbowała utrzymać swój ochronny parasol nad miastem.
Zmurszały postument, na którym stał, i nieczytelne, zatarte litery z jego imieniem dopełniały wizerunku zapomnianego symbolu.
Jednak tego dnia Chrystus ponownie odegrał w Częstochowie najważniejszą
rolę. Szeroko rozpostarte ramiona raz jeszcze przypomniały o krwawiącym
sercu matki i nieszczęściu, jakim to miasto było od lat naznaczone.
Tuż przed piątą rano było zupełnie ciemno i pusto. Nikt nie widział łez
Jezusa, który musiał unieść ciężar zła, z jakim nie zmagał się od
wieków. Czarna jak heban noc przysłoniła prawdę o tym, do czego prowadzi
ludzka zemsta. Nastający niespiesznie szary dzień miał ją jednak
obnażyć.
Dwie godziny później, kiedy zmrok zelżał, a ruch na trasie przelotowej
nieznacznie wzrósł, Wiesław Rytnicki i Karol Mucha szli do pracy w niedalekim markecie budowlanym. Szef wezwał ich w trybie pilnym do
pomocy przy usuwaniu skutków gwałtownego gradobicia.
- Nie powiem, trochę się spietrałem, jak wczoraj z nieba leciały te
lodowe kule - powiedział Karol nieco głośniej niż zwykle. Zmrożony śnieg
chrzęścił donośnie przy każdym kroku.
- A myślisz, że ja nie?! - odparł zachrypłym głosem Wiesiek i natychmiast zaciągnął się papierosem. - Na początku to myślałem, że
kurze jaja walą w parapet. Potem, jak siadł prąd, to miałem pełne gacie.
Mam nadzieję, że szybko usuną awarię. Rano się myłem przy świeczce i nie
chciałbym tego powtarzać.
- Gradu w zimie to ja jeszcze nie widziałem... - Mucha pokręcił głową. - A ta temperatura! Minus dziesięć jak nic, i nie odpuszcza.
- Minus dwanaście, sprawdzałem przed wyjściem.
- Przynajmniej ten syf cię grzeje od środka.
- Następnego zapalę za kilka godzin, jak stary puści nas na przerwę. Daj
się nacieszyć i nie zrzędź...
Mężczyźni minęli park Narutowicza i zbliżali się do wąskiego tunelu pod
węzłem komunikacyjnym. Mieszkali w tym samym bloku i zwykle kiedy akurat
obaj mieli poranną zmianę, umawiali się na wspólny spacer do pracy.
- Już mi się rzygać chce - burknął Rytnicki.
- Od fajek?
- Od tego cholernego słowa - odparł starszy z mężczyzn i wskazał na
widoczny po drugiej stronie ulicy szyld z nazwą marketu.
- Nie ma to jak dobrowolnie pójść do kicia na osiem godzin, co nie? -
poparł go Mucha.
Rytnicki parsknął, ale chwilę później przeklął pod nosem.
- Ale zimno... japa mi zamarzła i nawet nie mogę się normalnie śmiać.
Swoją drogą to ciekawe, co nas tam dziś czeka. Ponoć gradobicie
uszkodziło dach magazynu i trochę towaru.
Minęli pomnik Chrystusa, nie obdarzając go nawet przelotnym spojrzeniem.
- Zaraz się okaże, co nas czeka, ale najważniejsze, że będziemy w ciepełku. Zaciśniemy zęby i fajrant. A jak po weekendzie?
- Weź przestań, w niedzielę zapieprzałem...
- Znowu? - szczerze zdziwił się Mucha. - To już trzecia w tym miesiącu?
Stary ci pozwolił?
- Wybłagałem... wiesz, że u nas krucho z kasą i żonka mnie ciśnie... Zresztą
większy problem mam z koleżkami z działu. Przed świętami każdy chce
dorobić i na pewno mi tego nie zapomną - powiedział Wiesiek i ponownie
zaciągnął się papierosem. Przytrzymał gorący dym w płucach dłużej niż
zwykle. Wypuszczał powoli, patrząc przy tym na bury obłok, który tworzy
w powietrzu.
Nagle usłyszeli huk. Dobiegł od strony trasy szybkiego ruchu.
- Co jest?! - wykrzyknął Rytnicki. - O tej porze? Przy tak małym ruchu?
- Na jezdni rzeczywiście było niemal pusto, wcześniej usłyszeli tylko
dwa sunące wolno samochody.
- Może ktoś wpadł w poślizg. Mróz jest. Chodź, zobaczymy. - Mucha
odwrócił się i nie czekając, pobiegł w stronę barierek. Zatrzymał się
tuż przy nich. Zdyszany Rytnicki dołączył do niego chwilę później.
W odległości kilku metrów zobaczyli nowiutkiego SUV-a, któremu w tył
wbiło się równie markowe kombi. Mucha pomyślał, że na ubezpieczenie
takich aut musiałby zbierać cały rok.
- Ty! Ale przecież szosa prawie całkiem czarna! Jak oni...? Tak na prostej
drodze? - zdumiał się Rytnicki.
- Nie tylko to mnie dziwi - odpowiedział Mucha. - Popatrz na tego
gościa!
Z volvo wysiadł mężczyzna. Okrążył oba auta i ruszył wprost na dwójkę
znajomych.
- Panie, co pan, do cholery! - krzyczał facet, któremu udało się
wreszcie wygrzebać z drugiego samochodu. - Pojebało cię, koleś? Na
prostej hamujesz?! - Kierowca nie reagował. Kobieta z volvo, która
również wyszła z wypadku bez szwanku, patrzyła na pogiętą maskę
wkomponowaną w bagażnik terenówki. - Nic ci nie jest kochanie?! -
krzyknął jej partner. Obojętnie pokiwała głową. Była w szoku.
- Ty! Ten facio idzie do nas! - powiedział nagle Mucha.
Chwilę później kierowca stanął tuż przed nimi, ale zdawał się ich nie
zauważać. Patrzył w górę, na coś, co w tej chwili musiało mieć dla niego
zdecydowanie większe znaczenie niż uszkodzone auto. Para z drugiego
samochodu również się zbliżyła.
Kiedy kierowca SUV-a wyciągnął rękę, wskazując bez słowa na coś, co
znajdowało się za nimi, Rytnicki i Mucha odwrócili się niemal jak na
komendę.
- Matko Boska... - Głos ugrzązł w gardle młodszego z kolegów.
- Jezu Chryste! - wrzasnęła kobieta, ukryła twarz w dłoniach, odwróciła
się i odbiegła kilka kroków.
Wszyscy patrzyli na pomnik. Wiedzieli, że nie zapomną tego widoku do
końca życia.
Rankiem, dwudziestego pierwszego grudnia dwa tysiące piętnastego roku,
tuż przed Bożym Narodzeniem, Chrystus zgotował częstochowianom okrutne
powitanie. Nie był sam. Po jego twardych betonowych barkach biegły
sznury, na których zawieszona była kobieta. Wyglądała, jakby została
ukrzyżowana w ramionach Zbawiciela. Krew zdążyła już zaschnąć na jej
zmrożonym, nagim ciele. Plątaninę szkarłatnych pasm zdobił zawieszony na
szyi różaniec.
- Ktoś chyba wyrwał jej serce... - odezwał się kierowca SUV-a, patrząc na
szkarłatną dziurę ziejącą w klatce piersiowej nieboszczki, dobrze
widoczną mimo porannej szarówki. - Jak można wyrwać komuś serce?... -
zapytał absurdalnie, próbując ogarnąć myślami to, na co właśnie patrzy.
Kolejne auta stanęły na środku drogi, blokując dokumentnie trasę.
Utworzył się mały korek. Dźwięki klaksonów przeszywały ciszę niczym
piekielne jęki. Przy skraju jezdni zgromadziło się kilkanaście osób.
Wyrwane ze stawów, przewiązane grubym sznurem ręce kobiety, strugi krwi
sięgające jej kostek i pozbawiona serca pierś na zawsze zhańbiły
wizerunek symbolu Braterstwa Między Narodami, między wszystkimi ludźmi.
Braterstwa, którego definicja została w tym mieście napisana w najokrutniejszy z możliwych sposobów.
- Matko Boska, co się tutaj dzieje... - wydusił z siebie Rytnicki po
chwili ciszy. Odpalił kolejnego papierosa, choć jeszcze kilka minut
wcześniej był pewny, że będzie musiał na niego czekać wiele godzin.
Teraz nawet nie wiedział, czy w ogóle pójdzie tego dnia do pracy.
Rozdział 1
Edyta
środa, 26 sierpnia 2015
- Ależ co pan opowiada?! Być może działacie, ale na pewno nie w tej
sprawie! Ile czasu minęło od pierwszego morderstwa?! Pamięta pan? Jeśli
nie, to panu z chęcią przypomnę, miało miejsce dwudziestego drugiego
lipca!
- Bardzo dobrze to pamiętam, pani poseł, proszę się nie unosić. Mam
również prośbę o traktowanie mnie i telewidzów poważnie.
- I ja właśnie to robię, panie ministrze! Czy może pan powiedzieć
Polakom, kto zabija w Częstochowie? To już ponad miesiąc!
- To tylko miesiąc, pani poseł, proszę wziąć to pod uwagę! - Minister
sprawiedliwości nerwowo kręcił się w fotelu.
- Niech mnie pan nie rozśmiesza, panie ministrze, naprawdę...
- Muszę przerwać państwu tę wymianę zdań i poprosić o powrót do
konkretów - włączyła się do dyskusji prowadząca program.
Edyta Lichota wyjątkowo jej nie znosiła, ale tym razem pomyślała, że
dziennikarka dobrze zrobiła, nie pozwalając dokończyć swej rozmówczyni.
Młoda posłanka była dla niej typowym przykładem parlamentarzysty
pierwszej kadencji, który musi jakoś zaznaczyć swoją obecność. Pech
chciał, że trafiła do sejmowej komisji sprawiedliwości.
- Panie ministrze, jak obecnie wygląda sytuacja? - zapytała
dziennikarka. - Kiedy poznamy jakieś konkrety, ustalenia...
- Pani redaktor, proszę o jeszcze trochę cierpliwości - odparł
spokojnie mężczyzna, niezrażony poprzednią wymianą zdań. - Zapewniam, że
poszukiwanie sprawcy tych morderstw, jak i dochodzenie do prawdy o tym,
co stało się z komendantem Walterem, jest dla rządu i dla mnie osobiście
priorytetem. Jestem w stałym kontakcie z ministrem spraw wewnętrznych
oraz premierem. Jak wszyscy wiemy, do Częstochowy zostali oddelegowani
najlepsi prokuratorzy i policjanci w kraju...
- Miło, że tak o mnie mówisz, Leoś - szepnęła pod nosem Lichota.
Prokurator ostatnie kilkanaście dni spędziła w hotelu Accor. Wynajęty za
pieniądze podatników pokój stał się jej drugim domem. Zdążyła się już
dowiedzieć, że hotel kiedyś istniał pod szyldem Patria i był miejscem
spotkań szemranych biznesmenów, a dancingi w tutejszej restauracji
nazywano "piekiełkiem". Pomyślała, że w ostatnich dwóch dekadach
poprzedniego wieku prawie każde większe miasto miało takie miejsce.
Ówczesna nazwa hotelu potwierdzała, że najlepsze interesy i największe
skandale rodziły się właśnie na ojczyźnianym łonie i za tak zwane
państwowe pieniądze.
- Jak we wszystkich tego typu sprawach sukces zależy od wspólnej pracy
wielu podmiotów - kontynuował minister. - Dobrze byłoby, gdyby opozycja
również pomagała, a nie przeszkadzała...
- Jak to we wszystkich tego typu sprawach?! - wykrzyknęła posłanka.
Tak energicznie zmieniła pozycję, że Lichota pomyślała, że kobieta zaraz
wyskoczy z telewizora. - Jakich sprawach, panie ministrze? A kiedy to
mieliśmy w tym kraju seryjnego zabójcę, który w kilka tygodni rytualnie
zamordował cztery osoby, w dodatku w jednym mieście? Może panu się myli
rzeczywistość z jakimś filmem?
- Pani redaktor - zwrócił się do prowadzącej poirytowany członek rządu,
rozkładając ręce - widzi pani? I to jest właśnie to, co nazywam
przeszkadzaniem. Opozycja bije pianę, wykrzykuje swoje wyświechtane
hasła, tylko nic z tego nie wynika.
- Jeszcze mniej wynika z pańskich działań... - zdążyła wtrącić posłanka,
zanim prowadząca przejęła stery.
- Po raz kolejny muszę państwu przerwać. Panie ministrze, jak pan wie, w kraju toczy się dyskusja o tym, dlaczego morderstwa miały miejsce akurat
w Częstochowie. W żadnym z dotychczasowych wywiadów nie odniósł się pan
do tej kwestii. Czy sądzi pan, że to może mieć jakieś znaczenie?
Rytualne zabójstwa... tuż u stóp Jasnej Góry...
- Pani redaktor, pani pyta poważnie?
- Jak najbardziej. Sądzę, że opinia publiczna chce poznać pańskie
zdanie.
- No dobrze, skoro pyta pani poważnie, to ja poważnie odpowiem, choć dla
mnie akurat ta kwestia jest niezwykle groteskowa - zaśmiał się pod nosem
minister. - Fakt, że te czyny miały miejsce w Częstochowie, nie ma
żadnego znaczenia. To równie dobrze mogłoby się zdarzyć w Warszawie czy
Kielcach. Wówczas wszyscy mówiliby, że w stolicy jest niebezpiecznie, że
mafia, że porachunki gangów, a w Kielcach mamy powrót do słynnych
"scyzoryków".
- No tak, ale Częstochowa nie miała do tej pory łatki miasta
niebezpiecznego, pełnego, jak pan to nazwał, porachunków mafijnych -
odparła dziennikarka.
- Nie jest chyba tajemnicą, jak wielkie wpływy w mieście ma Kościół. -
Posłanka znów była szybsza i nie pozwoliła dojść mężczyźnie do głosu. -
Powszechnie również wiadomo o skandalu obyczajowym, który dotyczy
biskupa Stanisława Waltera, notabene brata zaginionego komendanta. Może
tutaj jest coś na rzeczy, może opinia publiczna słusznie się niepokoi.
- Ale co chce pani przez to powiedzieć? - spytał minister.
- No nie wiem, pan na pewno ma więcej informacji, w końcu pańskiej
partii bardzo po drodze z klerem...
- Rozstrzelała się pani, ale wydaje mi się, że strzela pani na oślep.
Pragnę jedynie przypomnieć, że w tym akurat mieście to nie my rządzimy -
odparował atak.
- Nie zmienia to faktu, że...
- Jeszcze się trzymasz, Leoś - ponownie szepnęła Lichota, kiedy posłanka
ciągnęła swój wywód. Prokurator miała ochotę zmienić kanał. Dyskusja
była bezproduktywna i Edyta cieszyła się, że nie musi w niej
uczestniczyć. Po kolejnej burzliwej wymianie zdań zdecydowała, że jednak
przełączy program. Wybrała następny z dostępnych kanałów informacyjnych.
- A już za chwilę przedstawimy państwu materiał naszego reportera Jacka
Oblacińskiego, który ostatnie kilka dni spędził w Częstochowie,
rozmawiał z mieszkańcami i nielicznymi pielgrzymami, którzy zdecydowali
się zostać pod Jasną Górą po niedawnym święcie maryjnym. Z reportażu
wyłania się obraz miasta ogarniętego strachem. Czy Częstochowa już
zawsze będzie żyła z piętnem okrutnych morderstw? Wracamy tuż po
przerwie, proszę zostać z nami.
Lichota zdecydowała, że nie skusi się na reportaż. Powoli miała dość
tego tematu. Mimo że skomplikowane wątki kilku częstochowskich spraw
były ciekawe i stanowiły dla niej niemałe zawodowe wyzwanie, to po
kilkunastu godzinach pracy chciała odpocząć. Zdawała sobie sprawę, że
jest dopiero na początku drogi, a przed nią jeszcze wiele podobnych dni,
narad, przesłuchań, wywiadów i analiz, od których jej umysł i tak nie
ucieknie.
Na liście kanałów znalazła stacje radiowe. Wybrała ostatnią z nich.
Spokojne ballady, evergreeny, zawsze działały. Przy nich mogła się
wyciszyć.
Dochodziła dziesiąta wieczorem. Lichota ułożyła się na środku dużego
łóżka i zamknęła oczy. Szorty i biały T-shirt musiały jej zastąpić
ulubioną piżamę, której w pośpiechu zapomniała zabrać z Warszawy.
Po kilkunastu minutach chwyciła telefon. Wybrała numer ministra
sprawiedliwości. Leon Bury odebrał po pierwszym sygnale.
- Oglądałaś? - zapytał.
- No przecież wiesz, że tak - odpowiedziała kokieteryjnym tonem, który
był zarezerwowany tylko dla niego. Poza Leonem Burym nikt nie słyszał
Edyty Lichoty mówiącej w ten sposób. - Nieźle cię wymęczyła.
- Przyzwyczaiłem się, jak wiesz. A wyobraź sobie, że po programie
ucięliśmy sobie całkiem przyjemną pogawędkę. Po zejściu z anteny
zmieniła się z pindy w całkiem fajną babkę. Okazało się nawet, że
zgadzamy się w kilku sprawach.
- Polityka...
- Życie, Edyta, życie.
- Burasku... ale nie okazała się fajniejsza ode mnie, co? - zapytała
zalotnie.
- Nie spotkałem jeszcze fajniejszej od ciebie.
- Poza żoną, mój miły, poza żoną - prychnęła.
- Zostawmy ten temat, przecież wiesz...
- Wiem, wiem... - zawiesiła głos. - A tak w ogóle, to możesz rozmawiać?
- Jeszcze mogę. Podjechałem na chwilę do ministerstwa po jedną rzecz.
Kierowca czeka na dole, zaraz do niego schodzę. Właściwie to miałem do
ciebie dzwonić. Słyszałaś już, że wzięli się za nasze przywiązanie do
Kościoła, prawda?
- Dzisiaj. Ta pinda ci to zarzuciła.
- No właśnie. I nie przestaną. Ale ty, jakby co, nie ruszaj tego
biskupa. Jak poczujesz jakiś smród, to zatkaj nos i najpierw przyjdź z tym do mnie. Będziemy myśleć, co zrobić. Musimy z nimi dobrze żyć, okej?
- Okej, jasne - odparła sucho.
- Dzięki. A ogólnie to jak ci tam?
- Świetnie, wszyscy mnie tu nienawidzą, boją się i kłamią. Czyli bez
niespodzianek. Zastanawiam się, czy komendant jeszcze żyje, czy szukamy
już tylko trupa.
- I do czego doszłaś?
- Sama nie wiem, a ty?
- Mam nadzieję, że żyje - westchnął.
- Mnie jest wszystko jedno. Chciałabym jak najszybciej się tego
dowiedzieć, ale odnoszę wrażenie, że bawimy się tutaj w podchody,
zamiast współpracować.
- No to walnij pięścią w stół.
- Codziennie to praktykuję - zaśmiała się.
- A ten komendant z wojewódzkiej? Współpracuje?
- Grzegorz Krupp? Tak, z nim jest w porządku.
Na chwilę zapadła cisza, po czym Lichota kontynuowała już zupełnie innym
tonem:
- A wiesz, co ja teraz robię? - zapytała. Ponownie uwodzicielsko.
- Co?
- Leżę na łóżku... w samych spodenkach, cienkiej koszulce... lekko
prześwitującej... a pod spodem nie mam nic. Leżę, taka sama, taka
grzeczna, taka...
- Jezuu, przestań, bo ze schodów spadnę!
- Nie podoba ci się to, co mówię? - nęciła.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo mi się to podoba.
- Paznokcie u stóp mam pomalowane tak, jak lubisz. - Popatrzyła na
czarny lakier i poruszała palcami. - Wyobrażasz to sobie?
- Szczerze mówiąc, to w tej chwili wydaje mi się, że ten obraz wyświetla
mi się na wszystkich ścianach w tym gmachu.
Zachichotała.
- A kiedy mnie w końcu odwiedzisz? Dałeś mi taki fajny pokój i tak sama
mam tu spać?
- Postaram się, wiesz, że ciężko teraz o takie manewry.
- Chyba coraz ciężej, już nawet nie pamiętam, kiedy był ostatni raz...
- Muszę kończyć, Edyta, naprawdę. Myślę o tobie. Narobiłaś mi ochoty.
- To dobrze, Burasku, to dobrze... - Zaśmiała się raz jeszcze.
Jednak kiedy się rozłączyli, poczuła falę narastającej tęsknoty i bólu,
który sprawił, że nie zasypiała szczęśliwa. Następnego dnia wyładowała
swą złość na współpracownikach i lokalnych funkcjonariuszach policji.
Ani razu się nie uśmiechnęła.
Smutek, który ją opanował, przykryty maską bezwzględnej i twardej
kobiety, znała tylko jej nowa przyjaciółka, towarzyszka ostatnich dni i kompanka wielu kolejnych.
Częstochowa obejmowała Edytę Lichotę i wraz z każdym płytkim nocnym
oddechem wtłaczała w jej płuca ciężkie powietrze.
Fragment protokołu z przesłuchania Anny Sztern
Data: środa, 26.08.2015, godzina 10.30
Przesłuchująca: prokurator Edyta Lichota
Obecny: Leszek Haratyk
Edyta Lichota: To jak to było z tym listem do Jerzego Waltera? Proszę
nam powiedzieć coś więcej na ten temat.
Anna Sztern: Znalazłam go w korespondencji.
Edyta Lichota: Kiedy?
Anna Sztern: W zeszłym roku. Jakoś w połowie listopada.
Edyta Lichota: Co zawierał?
Anna Sztern: Mam zacytować?
Edyta Lichota: Oczywiście. Jeśli da pani radę.
Anna Sztern: Nie całkiem.
Edyta Lichota: Proszę się skoncentrować.
Anna Sztern: Ktoś pytał, czy komendant Walter go pamięta. Mówił, że nie
tak miało być. Właściwie tylko tyle.
Edyta Lichota: Ktoś? Czyli kto?
Anna Sztern: Podpisał się jako "E".
Edyta Lichota: Okej. I co pani zrobiła z tym listem?
Anna Sztern: Schowałam do torebki.
Edyta Lichota: Nie zaniosła go pani do komendanta Jerzego Waltera?
Anna Sztern: Nie. To znaczy, tak. Tylko nie od razu.
Edyta Lichota: Czyli kiedy?
Anna Sztern: Później. O wiele później. Może za późno.
Edyta Lichota: Proszę mówić konkretniej.
Anna Sztern: Jedenastego sierpnia.
Edyta Lichota: Pięć dni przed jego zniknięciem... to ciekawe. A dlaczego
akurat wtedy?
Anna Sztern: Sama nie wiem. Pomyślałam, że to jednak może mieć jakieś
znaczenie.
Edyta Lichota: Ponownie proszę o konkrety. Jak pani myśli, kto mógł
napisać ten list?
Anna Sztern: Pomyślałam, że być może ten Eryk Oruba, o którym słyszałam
w pracy. Skojarzyłam fakty.
Edyta Lichota: I jak komendant zareagował, kiedy wręczyła mu pani list?
Anna Sztern: Wściekł się, że tak długo trzymałam go w tajemnicy.
Edyta Lichota: No właśnie. Przyznam, że mnie też to zastanawia. Wkłada
pani służbową korespondencję do torebki i wynosi ją pani z komendy.
Często się to pani zdarza?
Anna Sztern: Nie, nigdy. To był pierwszy raz.
Edyta Lichota: To dlaczego pani to zrobiła?
Anna Sztern: Pomyślałam, że to głupi żart, wie pani, takie rzeczy się
zdarzają. Potem o nim zapomniałam. Znalazłam go przypadkiem.
Edyta Lichota: Akurat wtedy, kiedy zrobiło się głośno o Eryku Orubie?
Chce pani powiedzieć, że to taki zbieg okoliczności?
Anna Sztern: No, tak wyszło...
Edyta Lichota: A dlaczego Jerzy Walter się wściekł?
Anna Sztern: Już mówiłam, że zdenerwował się, że wcześniej mu o tym nie
powiedziałam.
Edyta Lichota: Zrobił coś jeszcze?
Anna Sztern: Powiedział mi, żebym się skupiła na wykonywaniu mojej
pracy. Miał rację.
Edyta Lichota: A gdzie jest teraz ten list?
Anna Sztern: Nie mam pojęcia. Komendant zabrał go ze sobą.
Edyta Lichota: No to może wie pani, gdzie jest komendant?
Anna Sztern: Bardzo bym chciała, ale niestety nie wiem. Modlę się za
niego.
Edyta Lichota: Modli się pani... A długo się znacie? Od kiedy pani tu
pracuje?
Anna Sztern: Znam go od szesnastu lat.
Edyta Lichota: I jaki to jest człowiek?
Anna Sztern: Doświadczony. Sprawiedliwy. Profesjonalny. To dobry szef.
Edyta Lichota: A mimo to nakrzyczał na panią. Ponoć darł się tak, że
ściany się trzęsły.
Anna Sztern: No tak... Był bardzo zdenerwowany tymi morderstwami, miał
tyle na głowie.
Edyta Lichota: Jak pani sądzi, dlaczego zniknął?
Anna Sztern: Nie wiem.
Edyta Lichota: Może jest w to wszystko jakoś zamieszany?
Anna Sztern: Nasz komendant? Ale niby jak?
Edyta Lichota: To ja tu zadaję pytania.
Anna Sztern: Nie wiem, nie wydaje mi się to możliwe. Ja naprawdę nic nie
wiem. Jestem tylko sekretarką, która zrobiła głupotę. Czy mogę już iść?
Rozdział 2
Profanum
czwartek, 10 września 2015
Nie wiem.
Nie widzę. Szeroko otwieram oczy, wypatruję, ale nie potrafię sięgnąć
wzrokiem dalej niż do jutrzejszego świtu.
Nie słyszę. Chowam się w ustronnym miejscu, skupiam myśli i wytężam
słuch, ale nawet wtedy moją ciszę wypełnia jedynie hałas powszechnie
znanych faktów.
Straciłam swoją tajemnicę. Zmarnowałam drogowskaz, który dał mi Pan.
Miesiącami chowałam przed światem klucz do prawdy.
Dzisiaj sądzę, że od zawsze byłam ślepa.
Kim jestem teraz, kiedy treść listu do komendanta Waltera znana jest już
nie tylko mnie samej? Kim byłam, gdy ukrywałam zawartą w kilkunastu
słowach przestrogę? Dlaczego czuję się tak, jakbym stała pomiędzy Jerzym
Walterem a Erykiem Orubą? Czy właśnie tam widzi mnie prokurator Lichota?
Nie wiem.
Dlaczego morderca niewinnych, Rzeźnik ze świętego miasta, to ten sam
człowiek, który spalił nasz sklep z dewocjonaliami? Co naprawdę
oznaczają krzyże celtyckie na jego przedramionach?
Czy mrowienie, które czuję podczas każdej modlitwy, to lęk przed karą,
wstyd przed Wszechmogącym czy wprost przeciwnie, sygnał, że moje życie
ma dla Niego szczególne znaczenie?
"Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą",
powiedział Pan, a ja go nie usłuchałam. Wpuściłam do serca zło, które
pozbawiło mnie szczęścia. Nabrałam podejrzeń, złych domysłów, szukałam
wytłumaczenia w mrocznym języku kart. Odpowiedzią była śmierć niosąca
swą ostrą kosę. Śmierć jedna po drugiej. Każda tak samo okrutna jak
poprzednia.
Dawałam fałszywe świadectwo, ukrywając list. Wątpiłam.
Chcę przywrócić czystość swej wiary, odzyskać ostrość zmysłów.
Wchodzę do pracy. Do budynku komendy, który od lat jest moim drugim
domem. Wydaje mi się, że odkąd nie ma w nim komendanta, ten dom jest
pusty. Tego wrażenia nie zmienia nawet panujący gwar i donośne głosy
osób, których wcześniej nigdy tu nie było.
Korytarze, mimo że odnowione, to jednak ciemne, przypominające te
szpitalne. Można odnieść wrażenie, że pokoje kryją chorych, wołających o pomoc, a nie tych, którzy powinni ją nieść. W istocie wszyscy jesteśmy
chorzy w tych dniach. Podstępnie wszczepiono nam bakterię, której
działania jeszcze nie poznaliśmy. Wiemy jedynie, że szaleje w naszych
organizmach, dając niepokojące objawy strachu, niepewności i wzajemnej
nieufności. Jesteśmy niczym wiekowy, duży pies porzucony przez pana
gdzieś na rozstaju dróg. Przygarnięci przez obcych ludzi nie potrafimy
odzyskać zaufania, nie umiemy zrozumieć, co stało się z naszym
opiekunem. Tęsknimy mimo bólu. Szukamy śladów mimo rozgoryczenia i żalu.
Próbujemy nie dowierzać faktom, które każdemu z nas łączą się w jego
własną, przerażającą całość.
Ja sama zmuszam się, żeby nie brać za prawdę tej wersji wydarzeń, w której komendant jest współtwórcą chaosu, w którym żyjemy, że stoi w jego centrum. Staram się w to wierzyć, ale nic już nie wiem. Nie widzę
dalej niż jutro. W słowach nie słyszę przekazu ani prawdy.
Nie wiem.
Podchodzę do biurka tylko po to, by zostawić na nim torebkę. Mimo
piętrzących się dokumentów jeszcze nie czas na pracę. Wrócę tu za
kilkanaście minut. Telefon jeszcze nie dzwoni. Patrzę na drzwi do
opuszczonego gabinetu Jerzego Waltera i dociera do mnie, że gdyby nagle
się w nich pojawił, nie poczułabym się ani trochę bezpieczniej.
Dlatego wyrzucam myśli o nim i skupiam się na sobie. Chcę dążyć do
prawdy i głosić ją.
Idę do naczelnika Marka Marczuka, jedynej osoby, z którą rozmawiam
otwarcie. Mamy ciche porozumienie od dnia, w którym Edyta Lichota
podsłuchała naszą rozmowę, kompromitując zarówno mnie, jak i jego. Mam
wrażenie, że zawarte w krótkim liście Eryka Oruby słowa "ja o wszystkim
pamiętam" znajdują się teraz w ustach budzącej grozę prokurator.
Podświadomie słyszę, jak straszy mnie nimi, prowadząc śledztwo. W dodatku nawet podczas przesłuchania, nie powiedziałam jej całej prawdy.
Prawdy, którą teraz chcę ujawnić naczelnikowi.
Popycham lekko uchylone drzwi, cicho pukam, a on, kiedy tylko mnie
zauważa, energicznym gestem zaprasza do środka. Nie wiem, jak to robi,
że wciąż potrafi się uśmiechać.
- Mogę na chwilkę? - pytam.
- Śmiało, póki jeszcze nie porwali mnie na spotkania - odpowiada
pogodnie. Pokazuje, żebym zamknęła drzwi. - Co tam?
Chcę od razu przejść do rzeczy, ale pierwsze słowa przychodzą mi
najtrudniej, nawet wtedy, kiedy jestem zdecydowana.
- Mogę usiąść? - Mimo że wcale tego nie potrzebuję, przychodzi mi do
głowy, iż w ten sposób dam sobie jeszcze kilkanaście sekund na zebranie
myśli.
- Pewnie... jak się masz?
- Okej - odpowiadam. Siadam i przysuwam się do biurka. Będę mówić cicho.
Naczelnik Marczuk nie patrzy na mnie. Przerzuca wzrok z ekranu na
klawiaturę.
- Cholera - przeklina pod nosem i widzę, jak kasuje część tekstu. - Już
kończę, jeszcze tylko jedno zdanie.
Po chwili klika ostatni raz i odwraca się do mnie. Odzywam się, nie
czekając już dłużej.
- Panie naczelniku, muszę panu coś powiedzieć. Powinnam to chyba zrobić
dawno temu.
- To znaczy?
- Chodzi o biskupa Waltera... Pan wie, że został oczyszczony z zarzutów...
- Tak, wczoraj wyszedł z aresztu. Ale co ty masz z tym wspólnego, Anka?
- Ja znałam te kobiety, rozmawiałam z nimi - mówię prawie szeptem, tak
jak zamierzałam.
- Jakie kobiety? Te, które wykorzystywał?
- Tak, te, które wycofały swoje oskarżenia, nagle zmieniły zdanie.
- No i co w związku z tym? Jakie to ma znaczenie, że je znałaś?
- Pamięta pan na pewno te anonimowe listy, które dostawał komendant
Walter w zeszłym roku...
Pochyla się, mimowolnie poprawia przedziałek.
- Anka, a skąd ty w ogóle o nich wiesz? - Na jego twarzy maluje się
zdumienie. - Przecież poza mną i Jurkiem...
- Bo to ja je wtedy pisałam - odsłaniam całą prawdę. Kłamstwa przyniosły
śmierć. Chcę wierzyć, że prawda to zmieni.
Otwiera szerzej oczy. Dotychczasowe zaskoczenie zastępuje całkowity
szok.
- Ty je pisałaś... - powtarza, jakby chciał usłyszeć to raz jeszcze.
- Ja - potwierdzam i żeby zabić ciszę, której się boję, zaczynam
opowiadać wszystko ze szczegółami. O mszy, na której pierwszy raz
zobaczyłam Aldonę, dziewczynę w czerwonej bluzce, i poznałam jej los z ust wścibskich przyjaciółek. O tym, jak wiele dowiedziałam się od
siostry Miriam i o zmowie milczenia, która panowała od dawna. O strachu,
jaki trawi księży i zakonnice. Powiedziałam, w jaki sposób, wraz z dokumentami do podpisu, podrzucałam listy komendantowi.
Po ciszy, która i tak musiała nastąpić, naczelnik wypowiada słowa, po
których czuję dygot na całym ciele, taki sam, jaki czuję przy każdej
modlitwie.
- To od ciebie się to wszystko zaczęło - stwierdza i nabiera powietrza,
by kontynuować. - Jasny gwint... zawsze zastanawiałem się, co by było,
gdyby Jurek nie dostał tych listów. Czy dowiedziałby się o tym, co robi
jego brat. Czy w ogóle odkrylibyśmy, co przydarzyło się Alicji
Drylskiej... - przerywa nagle. Zmieszany patrzy na mnie, jakby sprawdzał,
czy znam to nazwisko.
- Alicji Drylskiej? - pytam, nie wiedząc, o kogo chodzi.
- Nieważne. Zostaw to - ucina. - Powiedz mi lepiej, czemu akurat teraz
mówisz mi o tym, co zrobiłaś?
- Pomyślałam, że może to mieć jakieś znaczenie, że to wszystko jest być
może ze sobą powiązane, być może będzie to dla was jakaś wskazówka,
cokolwiek, nie wiem... A poza tym jestem wściekła i zbulwersowana tym, że
biskup wyszedł na wolność. Nie mogę tego zrozumieć. Chciałabym coś
zrobić...
- Lichota wie o listach?
- Nie wie. - Przełykam ślinę.
- Nie pytała o tę kwestię na przesłuchaniu?
- Nie wie - powtarzam. - Wtedy uznałam, że to nie ma znaczenia.
Rozumie mój przekaz. Nerwowo pociera czoło.
- Panie naczelniku, ja chciałam dobrze, czułam, że pomagam. Ktoś musiał
zadziałać w imieniu tych kobiet. Tak sobie myślę, że może te wszystkie
sprawy są jakoś połączone. Te morderstwa, zniknięcie naszego komendanta,
biskup na wolności...
- Anka, ty nie jesteś od tego! Nie myśl o tym! I tak sporo już nabroiłaś
- unosi się, a chwilę później nerwowo śmieje. - Cholera, jak się tak
dobrze zastanowić, to zawsze miałaś klucz do wszystkiego! Tamte anonimy,
potem ten list od Oruby...
- Ja nie sądziłam...
- Dobra, dobra. Prawa nie złamałaś. Po prostu nikomu nawet do głowy nie
przyszło, że możesz coś wiedzieć. A ty się na przyszłość zastanów, czy
warto mieć takie tajemnice. I nie rób z siebie superbohaterki w przebraniu asystentki komendanta. Zobacz, do czego to prowadzi!
"Superbohaterki", śmieję się w duchu na dźwięk słowa, którym kiedyś sama
siebie określałam.
- Chciałabym, żeby Stanisław Walter odpowiedział za swoje czyny. Może
chociaż teraz mogę coś zrobić. Mogę dotrzeć do tych kobiet, może je
przekonać, że warto dalej walczyć.
- Nie mieszaj się w to! Poza tym... przecież nie ta sprawa jest teraz
najważniejsza, prawda?
- A co, jeśli jest? Przecież tego nie wiemy - ośmielam się skontrować.
Zaskakuję go kolejny raz w ciągu ostatnich kilku minut.
- Anka, bo się pogniewamy! Nie znasz przebiegu postępowania ani żadnych
ustaleń i najlepiej będzie, jeśli tak pozostanie. Ostatni raz powtarzam,
nie mieszaj się. Dziękuję za informację o listach, skorzystamy z niej,
jeśli uznamy to za słuszne. Masz moją gwarancję, że nie użyję tej wiedzy
przeciwko tobie. Ale trzymaj się z dala od śledztwa i rób swoją robotę.
Lichota i tak patrzy ci na ręce, nie sądzisz?
- Okej, ale jedno chciałabym wiedzieć - odpowiadam.
Wzdycha, jakby miał mnie już dosyć.
- Co takiego?
Decyduję się podjąć ryzyko po raz ostatni w tej rozmowie. Najwyżej wyjdę
bez odpowiedzi. Czuję jednak, że muszę spróbować. Jego wcześniejsza
reakcja dała mi do myślenia.
Chcę widzieć i słyszeć więcej. Chcę wiedzieć i rozumieć. Ponownie czuję
mrowienie pod skórą. Teraz jednak odbieram je pozytywnie, jak sygnał od
Pana.
To ode mnie wszystko się zaczęło. To ja niosłam światło.
Ja, Anna Sztern. "Pani Ania".
- Prawda za prawdę, panie naczelniku. Kim jest Alicja Drylska?
Rozdział 3
Alicja
piątek, 11 września 2015
Szarosine wrześniowe niebo wygrało walkę z promieniami słońca. Żaden z nich nie zdołał się przebić przez gęstą warstwę chmur. Całkowity zmrok
zapadł nad Sztokholmem jeszcze przed dziewiętnastą. Aura sprawiła, że
Alicja Drylska wolała pozostać w domu, odpuściła sobie nawet spacer z Helen. Córeczka od rana popłakiwała i była czymś rozdrażniona. Tak jakby
niemowlę podświadomie rozumiało, że mama podjęła decyzję i zamierza
oznajmić ją tacie. Helen po raz pierwszy w swoim krótkim życiu poczuła,
jak ciężkie powietrze wdziera się do przytulnego i ciepłego wnętrza,
psując i zagęszczając atmosferę.
Deszcz zaczął kropić tuż po zmierzchu. Po dwóch godzinach przybrał na
sile i wraz z lekkim wiatrem cicho szumiał za oknem. Jesień na dobre
zagościła w stolicy Szwecji.
Alicja wbiła kolana w miękką poduszkę kanapy, przewiesiła się przez
oparcie i niemal położyła na szerokim parapecie, układając brodę na
zewnętrznej stronie dłoni. Krople miarowo stukały w blachę po drugiej
stronie szyby. Przez kilka chwil Alicja naśladowała ten rytm cichymi
uderzeniami palców. Zamknęła oczy i wyłączyła się, wsłuchując się w swój
wewnętrzny głos.
- Uspokoiła się - powiedział Henrik, wyrywając ją z zadumy. - Może
zaśnie.
Alicja odwróciła się. Ogarnęła wzrokiem przestronny salon. Połączona z nim kuchnia, z powodu biegnących w ścianach rur, znajdowała się pół
metra wyżej. Dwa drewniane schodki, rozciągające się na całą długość
pomieszczenia, dodawały wnętrzu nowoczesności i stylu. Poza tym w środku
panował bałagan i chaos, właściwy dla mieszkań młodych rodziców, z których jedno było w dodatku wiecznie roztargnionym artystą. Pośrodku
salonu stał wózek, przez który, nie wiedzieć czemu, Henrik niedbale
przerzucił swój szalik. Na stosach kartek, teczek i innych tajemniczych
dla Alicji dokumentów spoczywała butelka z mlekiem. Żeby postawić ją
bezpośrednio na blacie, musiałaby zrzucić wszystkie papiery na podłogę.
Już dawno się poddała i przestała prosić Henrika o to, by nie wynosił
swojej pracy poza granice gabinetu. Sama nie jestem lepsza, pomyślała.
Wiedziała, że dwa otwarte laptopy - jeden na podłodze, drugi (o zgrozo!)
na przewijaku - i kilka pomiętych gazet na kanapie to jej dzieło.
Przyjrzała się jednemu z komputerów i ze zdziwieniem stwierdziła, że
wciąż leci na nim jakiś film. Widocznie wyciszyła dźwięk, zamiast
zatrzymać odtwarzanie. Sobie mogła również przypisać pieluchy wysypujące
się z rozerwanej paczki na jadalnianym stole.
Mała Helen zdominowała ich życie. I mimo że córeczka była dla prawniczki
najważniejsza na świecie, to nie tylko ona pochłaniała jej myśli.
Nadchodząca jesień, wciskająca swój mokry jęzor do wnętrza, przypomniała
Alicji o dniach, w których każda ze spadających z nieba kropel sprawiała
jej ból. Wiadomości z Częstochowy, które ostatnio bacznie śledziła w tajemnicy przed swym partnerem, przypominały jej, że od pewnych spraw w swoim życiu nigdy nie ucieknie. Że jednej z nich nigdy nie zamknęła.
- Puk, puk, kochanie. Jesteś tutaj ze mną? - Henrik podszedł bliżej i uważnie się jej przypatrywał.
- Tak... tak... jestem - odpowiedziała, na powrót koncentrując się na ich
małym świecie. - Mówisz, że zasnęła?
- Powiedziałem tylko, że się uspokoiła - odparł nieco zdziwiony.
- Nie wiem, jak to robisz, że przy tobie zawsze przestaje płakać -
westchnęła.
- Alicja, a gdzie ty byłaś przed chwilą? Bo na pewno nie tutaj, z nami.
- Lekko się uśmiechnął. - Praktykowałaś jedną z twoich słynnych
ekspresowych drzemek z otwartymi oczami?
Chciałaby mu powiedzieć, że tak było. Wzięła jednak głęboki wdech i oznajmiła coś innego.
- Muszę z tobą porozmawiać, Henrik. - Zabrzmiało to poważniej, niż
planowała.
Usiadł koło niej i podciągnął rękawy bluzy. Patrzył na nią przenikliwie,
z troską, tak jakby samym tym patrzeniem chciał jej pomóc poradzić sobie
z tym, co ją gryzie, czymkolwiek by to było.
- Whazzup? - powiedział, naśladując reklamę, z której niedawno śmiali
się do łez. Poczuła się dziwnie, wiedząc, że za chwilę zepsuje mu humor.
- Stanisław Walter został oczyszczony z zarzutów - wystrzeliła.
Uśmiech zniknął mu z twarzy. Chciał odpowiedzieć od razu, ale nie
potrafił. Nie był przygotowany na rozmowę na ten temat. Widać było, że
zabrakło mu słów w każdym z trzech języków, w których się komunikowali.
Oparł się i założył ręce za głowę.
- Czytałam w częstochowskiej gazecie... - Czuła, że musi przerwać ciszę.
- Wracasz do tego? - spytał cicho.
- No, tak jakby...
- Ale po co ci to? - zapytał, patrząc przed siebie, w jeden punkt na
ścianie.
Chwyciła go za rękę.
- Henrik, przecież wiesz, że nie wracam... tak naprawdę to zawsze ze mną
jest...
- Okej, to rozumiem, to oczywiste. Minęło zbyt mało czasu.
- No właśnie... dziesięć miesięcy.
- Tak. Ale nie pojmuję, co tak naprawdę chcesz mi powiedzieć.
Dowiedziałaś się, że biskup uniknął kary. I co?
Teraz wzięła głęboki wdech.
- I chcę ujawnić prawdę. Chcę go oskarżyć.
- Co? Är du galen?! - podniósł głos, pomieszał języki. Robił tak
zawsze wtedy, kiedy się irytował.
Zdała sobie sprawę, że właściwie nigdy nie zachował się tak w stosunku
do niej.
- Nie, Henrik, nie zwariowałam. Biję się z myślami od wczoraj. Miałam
wolną chwilę, odpaliłam komputer i weszłam na stronę gazety. Bez żadnego
zamiaru, bez planu. Nie bój się, nie jestem masochistką i nie szukam
newsów o biskupie. Ale to był jeden z pierwszych artykułów.
Przeczytałam. I od tego czasu nie mogę o nim zapomnieć.
- To zapomnij! - nakazał jej, jakby to mogło odnieść jakikolwiek skutek.
- Krew się we mnie zagotowała, Henrik! Wściekłam się! - Ona również się
uniosła. - I jeśli się boisz, że wszystko nagle wróciło, to niestety tak
jest!
- I co? - Przysunął się do niej. - Co dokładnie zamierzasz z tym zrobić?
Chcesz tam wrócić czy jak? Co to, do licha, znaczy, że chcesz go
oskarżyć?
- Wszystkie kobiety wycofały pozwy. Pewnie im zapłacił czy coś. Jest
wolny. Czysty jak łza, rozumiesz?! A mnie kasą nie przekona. Ja sama
zadecydowałam, że zamykam sprawę.
- Zadecydowaliśmy! To była wspólna decyzja, pamiętasz? - prawie
krzyknął. Spojrzeli w stronę łóżeczka. Nie dobiegł stamtąd żaden głos. -
Mamy spokój, dobre życie, dziecko, nasz świat! I teraz chcesz to
zburzyć? Chcesz wpuścić tu Waltera raz jeszcze?
- A ty chcesz, żeby ten gwałciciel chodził wolno po ulicach? Nie wkurza
cię to?
- Wkurza, uwierz mi, że gdybym mógł, udusiłbym go gołymi rękami. Czasem
jak piszę mocną scenę, to wyobrażam sobie, że mój bohater morduje
właśnie jego. Też muszę sobie z tym jakoś radzić, Ala!
- A ja sobie z tym nie radzę! - Uderzyła dłonią w udo i wstała. - I nie
mam wyimaginowanych postaci i wymyślonych światów, w których morduję,
kogo chcę!
- Ale masz Emmę - odparł, wspominając o terapeutce.
- Wiem, ale to jest proces. To nie działa tak, że pogadam sobie z nią
raz na tydzień i będę jak nowa. I wiesz co jeszcze? Jej nie zgwałcili,
ona nie wie, jak to jest. Sama mówi, że jest dla mnie tylko ścianą, od
której odbijam najgorsze z emocji. Próbuję się przyzwyczaić do ich
obecności. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się we mnie, w środku!
- Masz mnie... - odparł. - Jestem, zawsze...
- Wiem, słońce, wiem - również ściszyła głos. Helen zaczęła grymasić. -
I jesteś dla mnie najważniejszy. Ty i Helen. Ale to, co się stało, to
też jest część mnie, część mojego życia... naszego życia, Henrik.
- Tę część zamknęliśmy...
- Najwidoczniej nie do końca. Nie ja. Tylko myślałam, że mi się udało.
- Alicja... - zawiesił głos, podniósł się i stanął koło niej. - Aluś,
Alice, skarbie... wiesz, że powrót do sprawy Waltera to nie jest jedynie
powrót do tego, co ci zrobił, prawda? Zdajesz sobie z tego sprawę? -
Spojrzał jej w oczy. Kiwnęła głową, ale on kontynuował: - Nie wiadomo,
do czego może doprowadzić oskarżenie biskupa. A jak podniesie kwestię
zniknięcia Juliana? - Wypowiadając ostatnie słowa, uczynił symbol
cudzysłowu w powietrzu. - Myślisz, że jego brat, ten glina, znowu ci
pomoże?
- Nie pomoże.
- O! Czyli jest jeszcze coś, o czym mi nie mówisz!
- On zniknął.
- Jak to zniknął? Uciekł, rozpłynął się w powietrzu, wyparował?
- Nikt nie wie, co się stało. Był człowiek i nie ma człowieka. Wszystkie
media w Polsce o tym huczą. Pewnie gdybyśmy mieli czas na przeglądanie
netu i oglądanie telewizji, to dowiedzielibyśmy się o tym i ze
szwedzkich mediów. Aguero mi trochę opowiedział...
- I naprawdę chcesz się w to pakować? Pomyśl tylko!
- Myślę, Henrik! Może, kurwa, nigdy nie przestałam myśleć! Chciałbyś,
żeby to było takie proste, ale to nie jest proste! - powiedziała to na
tyle głośno, że Helen postanowiła włączyć się do dyskusji. Mała zaczęła
płakać.
- Świetnie... - mruknął Henrik.
Alicja podniosła córeczkę i przytuliła do piersi.
- I co ci to wszystko da? - spytał. - Sprawiedliwość? Czy po prostu
chcesz, żeby coś się działo? Powiedz, bo ja, do cholery, nie rozumiem!
- Nie wiem! Nie wiem, co mi to da, ale wiem, że chcę to zrobić. Czuję,
że muszę. Z każdą godziną coraz bardziej.
Henrik pokiwał głową. Był bardzo zdenerwowany.
- Nie godzę się na to - powiedział. - Rozumiesz? Ja-się-na-to-nie-go-dzę
- dokończył, stawiając akcent na każdej sylabie ostatniego zdania. Minął
ją bez słowa i wyszedł do przedpokoju.
Patrzyła, jak wkłada buty, płaszcz i wychodzi z mieszkania.
- Przemyśl to - rzucił jeszcze, stojąc w drzwiach.
Chwilę potem podeszła do okna i patrzyła, jak nerwowo kręci się pod
budynkiem, moknąc w strugach deszczu.
Helen przestała płakać, ale wciąż była niespokojna. Alicja delikatnie
głaskała córeczkę po głowie.
- Wszystko będzie dobrze. Mamusia wszystko przemyślała - powiedziała do
niej i pocałowała ją w policzek.
Dziecko złapało palec matki i ścisnęło najmocniej w swoim życiu.
Fragment protokołu z przesłuchania Zenona Dryły
Data: poniedziałek, 31.08.2015, godzina 10.30
Przesłuchująca: prokurator Edyta Lichota
Obecny: Leszek Haratyk
Zenon Dryła: Jak długo to potrwa?
Edyta Lichota: Tak długo, aż skończymy, panie Dryła.
Zenon Dryła: O dwunastej prowadzę zajęcia. Jeśli mielibyśmy się nie
wyrobić, to wolałbym to wiedzieć teraz. Muszę zadzwonić i odwołać.
Przeprosić...
Edyta Lichota: Nikogo nie musi pan przepraszać. Zdążymy.
Zenon Dryła: No, mam nadzieję.
Edyta Lichota: Panie Dryła, proszę powiedzieć, co robił pan dwudziestego
pierwszego lipca tego roku.
Zenon Dryła: Nie rozumiem. Jak to, co robiłem?
Edyta Lichota: Proszę nam po prostu opowiedzieć, jak przebiegał ten
dzień.
Zenon Dryła: Przecież już wam o tym opowiadałem! Znowu każecie mi wracać
do tamtych dni?! Serca nie macie, cholera?
Edyta Lichota: Taką mamy pracę. Zresztą ze mną pan jeszcze nie
rozmawiał. Proszę mówić. Szybciej skończymy.
Zenon Dryła: To był normalny dzień. Nic szczególnego. Do osiemnastej
byłem w mojej szkole tenisa. Potem wróciłem do domu i spędziłem wieczór
z żoną. I tyle.
Edyta Lichota: A pana syn? Co on wtedy robił?
Zenon Dryła: (westchnięcie, długa pauza) O piętnastej miał przyjść na
mały sparing z kolegą, ale się nie stawił. Dzwoniłem do niego, ale nie
odbierał. Zresztą ten kolega też próbował i nic. Nie miałem czasu się
tym przejmować, pomyślałem, że pogadam z nim następnego dnia. Bo wiecie,
on wieczorami to w pubie pracuje i późno wraca... (pauza)... wracał... zanim
to się stało... kurwa...
Edyta Lichota: Potem już pan do niego nie dzwonił?
Zenon Dryła: Nie. A co? Jeszcze tego nie wiecie? Przecież chyba
sprawdziliście już billingi, co nie? Rano się dowiedziałem, co się
stało. Od was zresztą!
Edyta Lichota: Proszę odpowiadać na pytania.
Zenon Dryła: Trzymacie mnie tu jak jakiegoś podejrzanego!
Edyta Lichota: Nikt nie powiedział, że jest pan podejrzany.
Zenon Dryła: Ale tak się czuję!
Edyta Lichota: A ma pan powody?
Zenon Dryła: Zwariowała pani?!
Edyta Lichota: Zadam pytanie inaczej. Czy mamy powody, żeby traktować
pana jak podejrzanego w sprawie morderstwa pańskiego syna i trzech
innych osób?
Zenon Dryła: Nie, nie macie!
Edyta Lichota: Czy mówi panu coś nazwisko Filip Kański?
Zenon Dryła: Nie.
Edyta Lichota: Krystian Kubera?
Zenon Dryła: Też nie.
Edyta Lichota: A takie nazwiska, jak Arkadiusz Marczyński, Jan Kubera i Artur Kański coś panu mówią?
Zenon Dryła: Nie, nic mi nie mówią.
Edyta Lichota: Szybko pan odpowiada. Niech się pan tak nie spieszy,
zdąży pan na zajęcia o dwunastej. Proszę się jeszcze raz zastanowić,
jest pan całkowicie pewien, że nie zna pan tych osób?
Zenon Dryła: Tak, jestem całkowicie pewien.
Edyta Lichota: I nigdy pan ich nie widział?
Zenon Dryła: Skoro ich nie znam, to ich nie widziałem, to chyba
logiczne, prawda?
Edyta Lichota: To ciekawe, bo ponoć ktoś widział was razem.
Zenon Dryła: Kpi sobie pani ze mnie, pani prokurator? Czy to jeden z waszych testów?! Kim w ogóle jest ten człowiek obok pani?! Dostał
zadanie, żeby się nie odzywać czy co?
Edyta Lichota: Leszek Haratyk, kolega z pracy.
Zenon Dryła: I kim jest pan Leszek?
Edyta Lichota: Kolegą z pracy.
Zenon Dryła: Pięknie się pan uśmiecha pod nosem, panie kolego. Jakby co,
z panem też mogę porozmawiać. Jak widać konwersacja z panią prokurator
średnio mi wychodzi.
Edyta Lichota: Idzie nam całkiem nieźle, panie Dryła. Wróćmy do pana
kolegów, na pewno się nie znacie?
Zenon Dryła: Nie... nie znamy się.
Edyta Lichota: A może kiedyś się znaliście?
Zenon Dryła: Chyba w innym życiu, bo w tym to raczej nie pamiętam.
Edyta Lichota: Proszę nam opowiedzieć o interesach, które prowadził pan
w latach dziewięćdziesiątych.
Zenon Dryła: To znaczy?
Edyta Lichota: Handlował pan z Rosjanami.
Zenon Dryła: Owszem, ale co to ma do rzeczy?
Edyta Lichota: To się jeszcze okaże. Co pan dokładnie robił?
Zenon Dryła: Sprzedawałem wyroby ze stali, tak zwane "nierdzewki".
Narożniki, płyty, takie tam.
Edyta Lichota: Dochodowy biznes, co nie?
Zenon Dryła: Nie narzekałem.
Edyta Lichota: To czemu pan zmienił zajęcie?
Zenon Dryła: Bo przestałem być konkurencyjny. Nie tylko w Częstochowie
jest huta.
Edyta Lichota: I przerzucił się pan na tenis.
Zenon Dryła: Grałem od dziecka. Potem postanowiłem zająć się tym
zawodowo. Otworzyłem własną szkołę.
Edyta Lichota: Na tym też da się zarobić?
Zenon Dryła: Da się.
Edyta Lichota: Bingo Bistro i restauracja Zakwasy to pana knajpy,
prawda?
Zenon Dryła: Owszem.
Edyta Lichota: Tylko pogratulować. Muszę się tam kiedyś wybrać.
Zenon Dryła: Zapraszam. Pani koledzy już nas odwiedzali.
(Prokurator Edyta Lichota wyjmuje zdjęcie i pokazuje je
przesłuchiwanemu).
Edyta Lichota: A zna pan to miejsce?
Zenon Dryła: Klub Tori?
Edyta Lichota: Czyli zna pan.
Zenon Dryła: Chyba każdy zna.
Edyta Lichota: Był pan tam kiedyś?
Zenon Dryła: Kiedyś byłem. Dawno temu. Wtedy to jeszcze był Wakans.
Edyta Lichota: Z kolegami pan chodził?
Zenon Dryła: Samemu do Wakansu to tylko kurwy chodziły, pani prokurator.
(śmiech) Owszem, chodziłem tam ze znajomymi. Kolegami, koleżankami...
Edyta Lichota: A czy był pan tam z Arkadiuszem Marczyńskim, Janem Kuberą
i Arturem Kańskim?
Zenon Dryła: Jeszcze raz pani mówię, że nie znam i nie znałem tych osób.
Edyta Lichota: Ma pan świadomość, że tutaj trzeba mówić prawdę?
Zenon Dryła: Całą prawdę i tylko prawdę, jak na spowiedzi, pani
prokurator. (śmiech)
Edyta Lichota: A jak pan myśli, czemu zginął pana syn?
Zenon Dryła: (pauza) Znalazł się w złym miejscu w złym czasie. Miał
pecha, że akurat w pobliżu tego pojebanego rzeźnika! Pewnie akurat
wtedy, kiedy ten szukał kogoś do zarżnięcia. Stawiam, że mój Konrad był
idealnym celem. Nie znam bardziej roztargnionej osoby niż on. Cały czas
z łbem w komórce. Zderzyłby się z samym diabłem, zanim w ogóle by
zauważył, że wszedł do piekła. Pewnie tak samo napatoczył się temu
Zeltowi. W ogóle to zamiast tracić czas na tę bezproduktywną rozmowę,
powinniście go szukać!
Edyta Lichota: To przesłuchanie nie przeszkadza nam w poszukiwaniu
Doriana Zelta.
Zenon Dryła: Coś słabo wam idzie. A swojego komendanta też szukacie?
Edyta Lichota: A co? Wie pan, gdzie on jest?
Zenon Dryła: Ja? A skąd ja mam to wiedzieć? Śmieszy mnie tylko to, że
sami siebie nie umiecie ochronić.
Edyta Lichota: Skoro już jesteśmy przy komendancie Jerzym Walterze. To
też był pana znajomy, prawda?
Zenon Dryła: No teraz to pani przeszła samą siebie! Takiego absurdu
dawno nie słyszałem!
Edyta Lichota: A czy któryś z pańskich kolegów go znał?
Zenon Dryła: Mówi pani o tych kolegach, których nie znam, tak? A to
proszę ich o to zapytać.
Edyta Lichota: Nie omieszkam, panie Dryła.
Zenon Dryła: Czy to wszystko, pani prokurator? Mogę już iść?
Edyta Lichota: Tak, to wszystko. Bardzo panu dziękuję. Proszę mi
wierzyć, że ta rozmowa nie była bezproduktywna, jak był pan łaskaw
ocenić. Wiele się od pana dowiedziałam.
Zenon Dryła: Niezmiernie mnie to cieszy. Proszę już nas nie nękać.
Potrzebujemy z żoną spokoju.
Edyta Lichota: Proszę pozdrowić żonę. Słyszałam od funkcjonariusza
Solnicy, że bardzo ją pan chroni.
Zenon Dryła: Funkcjonariusz Solnica... co za postać! Jego też proszę
pozdrowić!
Edyta Lichota: Nie omieszkam. Dziękuję panu bardzo, panie Dryła.
Przesłuchanie zakończone, zdąży pan na zajęcia.