Część pierwsza
1
Dwaj mężczyźni przylgnęli płasko do ziemi. Choć byli przemarznięci do kości, zastygli bez ruchu niczym czyhające na zdobycz węże, starając się, by nie odkryto ich obecności. Leżeli tak nieruchomo przez kilka minut. Nad nimi leniwie kołysały się czubki świerków.
Ukryci na skraju lasu wśród krzaków przywiędłych malin i wielkich liści dzikiego szczawiu, przyglądali się mu, jak w rzadkim momencie spokoju i beztroski tłumaczył synowi sztukę podkuwania konia.
Augusto De Boer, mały Sergio i Samson znajdowali się dwadzieścia lub trzydzieści metrów niżej, od nawietrznej. Dwaj mężczyźni wpatrywali się w Augusta, a potem wymienili między sobą spojrzenia podekscytowanych drapieżników i uśmiechnęli się porozumiewawczo.
W tej samej chwili z domu wyszła żona Augusta, a po chwili ich najstarsza córka.
Przyczajeni mężczyźni nie mrugnęli nawet okiem.
Typowym dla siebie pośpiesznym krokiem Agnese weszła do drewutni i zabrała kilkanaście bukowych szczap, potem powiedziała coś do męża i syna, a oni jej odpowiedzieli.
Mężczyźni w lesie nie usłyszeli słów, chociaż wiatr wiał w ich stronę.
Jole zerwała kwiat zimowitu jesiennego, zatknęła go sobie za lewe ucho i podeszła do ojca i brata. Poklepała Samsona i pocałowała go w nasadę nosa. Powiedziała coś i wszyscy troje się uśmiechnęli, chociaż zaraz potem dziewczyna zwróciła się do ojca w taki sposób, jakby robiła mu wyrzuty.
Była coraz piękniejsza ze swoimi rozpuszczonymi włosami, czystymi jak siano zebrane na łąkach, i skórą opaloną słońcem późnego lata. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy, by pomyśleć, że przyszłość stoi po jej stronie, że weszła z nią w wieczny pakt, podobny przymierzu, które czas zawarł z pięknem okolicznych lasów i gór, surowych i wzniosłych zarazem.
Jeden z dwóch przyczajonych mężczyzn, chuderlawy, z połową twarzy zniekształconą przez ciężkie poparzenie, powoli zdjął z głowy pilśniowy kapelusz i mruknął:
- Czworo.
- Hę?
- Zostało ich czworo. Drugiej córki nie ma już od jakiegoś czasu...
- No to jeden z głowy - szepnął drugi, tęgi chłop z podłużną blizną na prawym policzku, o przekrwionych oczach, brwiach przypominających krzaki dzikich jeżyn, dobry jak legowisko żmij.
- Jedna z głowy - poprawił się.
- Tak. Teraz musimy się dowiedzieć, gdzie ukrywa towar. Będzie trzeba trochę poczekać.
Uśmiechnęli się i cierpliwie odczekali, aż wszyscy De Boerowie wrócą do środka. Dopiero wtedy ostrożnie wycofali się w głąb lasu. Jakieś sto metrów dalej przystanęli na niewielkiej polanie ukrytej wśród gęsto rosnących dębów i dawno padłych, butwiejących jodeł. Nożami ścięli nieco gałązek grabu i splatając je z kasztanowymi gałęziami zbudowali sobie kryjówkę.
Spoceni weszli do środka i usiedli. Chuderlawy wyjął z plecaka butelkę grappy, upił łyk i podał drugiemu.
- No to cierpliwości - powiedział.
Tęgi wziął butelkę, skosztował i nie powiedział słowa.
Wczesnolistopadowe niebo, którego skrawek otwierał się nad nimi, było jasne i przejrzyste. Powietrze było zimne i suche, niosło ze sobą zapach żywicy.
Chudy raz jeszcze sięgnął do torby i wyciągnął porcje wędzonego króliczego mięsa. Wziął jedną, odgryzł kawałek i podał resztę towarzyszowi.
Dziwny głos przebił się przez szelest lasu. Powtarzający się stukot, seria ciężkich stłumionych dźwięków.
Tak-tok... tak-tok..., tak-tok... tak-tok...
Mężczyźni przestali żuć i rozejrzeli się.
Tak-tok... Tak-tok...
Potem nisko nad nimi przeleciał cień. Głuszec rozwinął skrzydła i natychmiast zniknął nad powalonymi drzewami.
Kilka sekund później nieoczekiwanie zerwał się północny wiatr. Jego nagły podmuch zaszeleścił w drzewach. Porwał kapelusz z głowy chudego i przeturlał go po ziemi.
Drugi mężczyzna roześmiał się. A potem wiatr ucichł. Chudy podniósł kapelusz i obaj wrócili do jedzenia.