6
Po trudach ciepłych miesięcy nastawał
okres bardziej spokojnego, niespiesznego życia. Wraz ze zbliżaniem
się zimy dźwięki i hałasy w domu i obejściu stopniowo cichły,
aż zamierały całkowicie, nawet na całe dnie. Życie De Boerów
wkraczało w martwy sezon pełen intymności i nudy. Od grudnia
do lutego zimno i krótkie dni zdawały się nie mieć końca. Żyli
wycofani, w jakimś świeckim cenobium, którego rytm wyznaczały prace
i obowiązki domowe, z żelazną konsekwencją dyktowane przez wiejski
świat i biedę.
Któregoś ranka przed Bożym Narodzeniem
1888 roku Jole i Antonia siedziały w kuchni, wdychając przyjemny
zapach gotowanych warzyw i zbóż. Augusto był w stajni przy
zwierzętach. Podreptał za nim Sergio, mający niewiele ponad dwa
lata. Agnese w obejściu odgarniała śnieg, który zaczął padać
poprzedniego wieczoru. Antonia zbliżyła się na parę chwil do
żeliwnego piecyka, żeby się ogrzać. Potem przeniosła się pod okno,
które wychodziło na obejście, weszła na zydel i usadowiła się na
parapecie, by przez zaparowaną szybę z nierównego szkła popatrzeć
na matkę.
Agnese nawet na chwilę nie
przystawała. Choć padający śnieg wydawał się silniejszy od tysiąca
łopat, niewzruszenie oczyszczała obejście przed domem i ścieżkę
prowadzącą do stajni, stodoły i ogrodu, choć o tej porze roku
w ogrodzie nie było czego szukać.
Rozciągający się wokół śnieżny
pejzaż, a przynajmniej to, co ciężka pierzyna wiszących nisko
białych chmur pozwalała z niego zobaczyć, emanował spokojem, ale
i swego rodzaju zagubieniem.
- Antonia, chodź tutaj - powiedziała
Jole do siostry, biorąc dwa jajka i skopek mleka z chybotliwej
szafki ustawionej pod ścianą. - Zupa jęczmienna już prawie gotowa,
pomóż mi.
Ze zwinnością kota Antonia ześlizgnęła
się z futryny, zeskoczyła ze stołka i podbiegła do siostry.
- Co mam robić? - zapytała.
- Ja ubiję jajko z mlekiem, a ty
mieszaj zupę.
Jole czuwała nad garnkiem od ponad
trzech godzin, troszcząc się, by zawartość cały czas gotowała
się we właściwej temperaturze: przesuwała naczynie po powierzchni
żeliwnej płyty, dokładała do ognia niewielkie bukowe bierwiona. Od
samego rana, kiedy matka wyszła z łopatą odgarniać śnieg, jej
zadaniem było przygotowanie zupy, którą cała rodzina będzie jeść
przez dwa dni na obiad i kolację. Agnese namoczyła zboża poprzedniego
wieczoru, kiedy niebo już zapowiadało śnieżycę, ale nie zaczęło
jeszcze padać. Resztą musiała się zająć rankiem najstarsza córka,
która miała dopiero dziesięć lat, ale już nieźle radziła sobie
w kuchni.
I tak od wczesnego ranka Jole kroiła
warzywa, które Augusto przechowywał w giaz?ra,
ziemiance służącej jako spiżarnia, i na wolnym ogniu gotowała je
wraz z jęczmieniem, nie dodając nawet odrobiny skwarek, ponieważ był
okres adwentu, a więc zdaniem Agnese należało ściśle przestrzegać
postu.
- Ale dobra! - zawołała Antonia
z przymkniętymi oczami, podnosząc pokrywkę i wdychając parę
unoszącą się do sufitu.
Jole uśmiechnęła się i mieszała
jajka z mlekiem w drewnianym skopku, aż uzyskała białawą miksturę
o konsystencji śmietany.
- Nalej mi trochę zupy do skopka -
poprosiła siostrę.
- Dlaczego nie wlejesz wszystkiego
od razu do garnka?
- Mama mówi, że wtedy może się
zwarzyć jak ricotta. Trzeba dolewać pomału, a przedtem ogrzać
mleko zupą.
Tak zrobiły i zaraz potem Jole wlała
zawartość skopka do garnka, mieszając wszystko razem. Zupa była
gotowa. Dziewczynki spróbowały, jak smakuje.
- Dobra - powiedziała starsza.
- Bardzo dobra - zawołała
Antonia.
Popatrzyły po sobie i uśmiechnęły
się, zadowolone ze swego nowego, małego sekretu. Potem roześmiały
się głośno: dwie wspólniczki, którym udała się sztuka.
W tym momencie do środka weszła Agnese,
cała obsypana śniegiem i spocona. Ściągnęła chustkę z głowy
i oparła dłonie o ścianę izby.
- Pierwszy śnieg przynosi dobre rzeczy
- powiedziała. - Po śladach od razu widzimy, czy w okolicy są
wilki. Ale najlepiej odgarnąć go od razu, inaczej może nam zasypać
wyjście.
Jole skinęła głową, zdjęła garnek
z pieca, postawiła na stole razem z pięcioma miskami i bochnem
czerstwego chleba i oznajmiła z dumą:
- Mamo, jedzenie gotowe.
Agnese zamilkła, wciągnęła powietrze
nosem, popatrzyła na córki i wielki uśmiech zagościł na jej pąsowej
z wysiłku twarzy.
- Mamma mia, ależ
zapach! - zdumiała się. - Moje małe kobietki... Moja dzielna Jole
i mała Antonia. Niech wam Bóg błogosławi, córeczki.
Uśmiechnęły się wszystkie trzy.
Niedługo później do izby wszedł także
Augusto, niosąc Sergia na ramionach.
Bez słowa usiedli przy stole, pomodlili
się i z prawdziwą przyjemnością zaczęli jeść zupę, a na
zewnątrz szalała zima, padał oślepiająco biały i błyszczący
śnieg, rozjaśniający dzień świętej Łucji, według wieśniaków
najkrótszy dzień roku.
Takie były te dni, niezmienne aż do
kolejnej wiosny.
Monotonne i powtarzalne niczym wieczne
następowanie po sobie świętych w kalendarzu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej