Westchnąwszy, Elvara usiadła na tronie ojca. Na miejscu, z którego rządził Snakavikiem i wszystkimi ziemiami, jak tylko sięgnąć okiem z wierzchołka górskiej twierdzy.
- Tron ojca. Sala ojca. A teraz to mój tron, moja sala - wyszeptała pod nosem.
- Że co? - zadudnił głos zza jej pleców i Elvara obejrzała się przez ramię na Hrunga. Głowa olbrzyma gapiła się na nią mętnymi oczami ze swojego miejsca na kamiennym piedestale.
- Rozmyślam sobie o życiu, przedwieczny Hrungu - odparła, czując się raczej nieswojo. - I o tym, jakie bywa... nieprzewidywalne.
Jeszcze niedawno byłam tylko jedną z wojowniczek w tarczowym murze, pokonaną przez smokozrodzonego, pomyślała. A teraz...
Rozejrzała się po zrujnowanej sali swego ojca.
U jej stóp złożono dwie skrzynie skarbów z boskiego pola bitwy, z równiny, gdzie rósł Oskutre?. Wszędzie wokoło wciąż widać było na ubitej ziemi plamy krwi, uwydatnione jeszcze przez sypiący z nieba śnieg. Elvara ciaśniej owinęła się niedźwiedzim płaszczem. Połamane drewno sterczało w górę niczym strzaskane kości wieloryba; było to dzieło Ulfrira, który przeobraził się w pomieszczeniu w swoją wilczą postać. Wojownicy już od jakiegoś czasu próbowali usunąć drewno i gruz, by wyłowić spod nich rannych i zabitych drengrów, którzy jeszcze wczoraj byli przysiężnymi ojca Elvary, jarla Störra.
Ale już nie są jego przysiężnymi, bo Störr jest teraz bryłą mięsa w brzuchu Ulfrira, a ja przeszyłam mieczem jego dziedzica, mojego brata Thoruna.
Elvara widziała w sali członków Zwiastunów Śmierci. Orva Skradacza z łukiem w garści i luźną strzałą na cięciwie, Sólínę Zaplutą, opartą o drewnianą kolumnę i z ręką wspartą na rękojeści miecza, Urta Kocmołucha, kręcącego się przy wejściu, oraz innych, przemykających w cieniu.
Strzegą mnie, moi Zwiastuni Śmierci. Nie żebym akurat teraz potrzebowała ochrony. Zerknęła na wojowników rozstawionych wokół niej na podobieństwo skulonej dłoni; wszyscy byli wysocy i barczyści, mieli zaplecione brody i piersi okryte brynjami, a z ich pasów zwisały topory i noże. Ponad dwudziestu berserków.
Moich berserków.
Za sprawą jakiegoś przedziwnego galdurzaklęcia w momencie śmierci jej ojca i starszego brata władza nad nimi przeszła na Elvarę, następną w kolejce do tronu. Tego właśnie pragnęła, po to tu przyszła. To miała nadzieję zdobyć.
Uważaj, czego sobie życzysz, upomniała się w myślach.
Jeden z berserków stał kawałek dalej od pozostałych - ciemnowłosy i potężny Berak. Elvara dobrze pamiętała, jak wytropili go na Iskalcie, gdzie zastali go podczas walki z młodym trollem. Bezwiednie dotknęła trollowego kła zawieszonego na szyi. Miała wrażenie, że to było całe wieki temu. Berak stał pochylony, zamieniając jakieś słowa z Uspą, swoją żoną i sei?rwiedźmą Elvary. Uspa o wytatuowanych ramionach i żuchwie, z saksem spod Oskutre?u wiszącym u pasa. To właśnie Uspa pchnęła ją na tę ścieżkę, to ona wyznała jej, że zna drogę do Wielkiego Jesionu, ona odebrała od nich przysięgę, na mocy której mają odnaleźć jej porwanego syna - straszną bló? svari?, jej sei?rzaklęcie.
To właśnie Uspa wprowadziła do jej krwiobiegu tę klątwę.
- Ach, czyż to nie jeden z cudów życia? - rzekł Hrung. - Jego zmienność, chwiejność, to, jak balansuje na ostrzu noża? To dzięki temu jest takie ciekawe.
- Mój ojciec chybaby się z tobą nie zgodził - mruknęła ponuro Elvara. - Mój brat też nie.
Zabiła swojego brata. Poderżnęła mu gardło po tym, jak on sam próbował ją zabić. Ciało Thoruna usunięto z sali wraz z innymi trupami. To, co zostało z jej ojca, wyniesiono w koszu. Ulfrir pożarł jego większość.
Mój ojciec nie żyje, pomyślała. Od lat marzyła o tym, by go zabić. Nienawidziła go, a jednak pragnęła, by ją szanował. Gdy wyobrażała sobie ich ostatnią konfrontację, zawsze miotała w niego ostrymi słowami, patrzyła, jak kruszy się pod ich naporem, uświadamiając sobie, jak źle traktował swoją córkę, i słuchała, jak nieudolnie próbuje się z nią pojednać. Czasem nawet darowała mu życie.
Ale gdy ta chwila w końcu nadeszła, wyglądała zupełnie inaczej niż w jej wyobrażeniach. Skulda po prostu poderwała go z ziemi i rzuciła w paszczę wielkiego wilka, który w ułamku sekundy zmienił go w krwawy ochłap.
Elvara myślała, że w chwili triumfu odczuje euforię, że będzie smakować zwycięstwo jak słodki miód lub że ogarnie ją ponura satysfakcja z wywartej krwawej zemsty, na którą ojciec długo pracował.
A czuła tylko odrętwienie i pustkę.
- Tu masz rację. - Z ust Hrunga wydobył się chichot, który zawibrował w jej ciele. - Życie bywa kapryśne.
- Heja - zgodził się z cieni Ulfrir, trącając palcami obrożę na swojej szyi.
- Ach, Ulfrirze, przyjacielu - zagrzmiał Hrung - jesteś, jak widzę, niewolnikiem. Trzeba przyznać, że nie jest to łatwe życie, ale przecież mogło być gorzej.
- Mogło? - Skulda pociągnęła nosem, łypiąc na Elvarę, bo to ona nałożyła obroże jej i jej boskiemu ojcu.
- Tak. Mogłaby zostać z ciebie tylko głowa, a co to za życie?
Ulfrir skłonił głowę, rozumiejąc.
- Uspo, Beraku! - zawołała Elvara do wiedźmy i berserka.
- Jarlo - odrzekli oboje.
- Nasz skarb należy przenieść do skarbca mojego ojca - oznajmiła Elvara, wskazując dwie skrzynie u swoich stóp, po czym ruchem głowy pokazała na odrzwia na tyłach zburzonej sali. - Uspo, zabezpiecz je sei?rsłowem.
Uspa skinęła i schyliła się po skrzynię.
- Ale jeszcze nie teraz - powstrzymała ją władczyni. - Pierwej muszę z nich skorzystać.
Na ławie przed podwyższeniem siedział blisko Elvary jej młodszy brat Bro?ir. Biegał wzrokiem po ruinie, która ostała się z sali jego ojca, co rusz nerwowo spozierając na Elvarę oraz bogów, którzy raptem znaleźli się pośród nich.
Czy Bro?ira też powinnam zabić? - zastanawiała się. Tak doradziłby jej ojciec. Brat był ostatnim z jej rodu, jedynym człowiekiem, który mógłby coś zyskać na jej śmierci. Gdyby mnie zabił, stałby się dowódcą hirdu berserków, zyskując wielką potęgę. A jednak poddał się jej, a ona nie potrafiła przeszyć go mieczem, tak jak zrobiła to znienawidzonemu Thorunowi. Bro?ira zawsze lubiła.
Ja zaś nie jestem córką mego ojca, a przynajmniej nie w tym sensie, który ma największe znaczenie. Świadomie odrzuciłam swoją proweniencję.
Obok brata siedziała galdurmagiczka jego ojca, kobieta imieniem Silri?a. Wysoka i o pięknej, naznaczonej ostrymi liniami twarzy, o szyi ozdobionej naszyjnikiem z kości. Elvara nie ufała jej bardziej niż żmii w bucie, lecz w ogniu bitwy Silri?a zmieniła strony i oddała jej Thoruna, Elvara postanowiła więc trzymać ją blisko przy sobie, aż w końcu zdecyduje, co z nią począć.
Po pomieszczeniu przetoczył się podmuch wiatru, wpędzając do środka kurzawę śniegu przez wyrwę w ścianie zmielonej na pył przez wojującego boga. Elvara widziała tłum gromadzący się na ulicy, ludzi wodzących zdumionym wzrokiem po zalegających wszędzie trupach.
Chyba nie przyszli zobaczyć mnie, pomyślała. Zerknęła w lewo, tam gdzie stał Ulfrir w swojej ludzkiej postaci, otulony wilczym płaszczem. Szpakowate włosy okalały ostro zarysowaną twarz, na której zalegał cień. W półmroku płonęły jego bursztynowe oczy. Skulda, córka Ulfrira, stała u jego boku. Jej rude włosy stanowiły jaskrawą plamę w szarobladej ruinie budynku. Skrzydła miała złożone na plecach, już nie kryła ich pod płaszczem. Ludzie na ulicy gapili się na nią i pokazywali palcami. Skulda zmierzyła ich pogardliwym spojrzeniem i odwróciła głowę.
Dały się słyszeć człapiące kroki i do zburzonej budowli wtoczył się Sighvat Pasibrzuch, okutany foczym płaszczem i ściskający w wielkiej łapie miskę z parującą owsianką. Podszedł do zasiadającej na tronie Elvary, a gdy natknął się na zagradzających mu drogę berserków, warknął z niezadowoleniem, lecz ci się nie cofnęli.
- Przepuśćcie go - nakazała im Elvara i wtedy ustąpili. Kroki Sighvata zahuczały na drewnianym podwyższeniu.
- ...do własnego wodza nie mogę podejść, ale głupi ci berserkowie - mamrotał, nim stanął przed Elvarą. - Masz - powiedział, podsuwając jej miskę. - Dobrze wyszła, sam nalałem miodu.
- Nie jestem głodna - mruknęła Elvara.
- Jesteś, jesteś. Tylko nie zdajesz sobie sprawy. Czasem zabijanie odbiera apetyt, ale zaufaj mi, jesteś głodna jak wilk. A kto jest głodny, ten gorzej myśli, a teraz przyda nam się wódz z głową na karku. Więc jedz, proszę. - Znów podsunął jej miskę, zaś żołądek Elvary, ku jej zdumieniu, zakruczał, jakby nie widział posiłku od tygodnia. Tym razem przyjęła naczynie.
Sighvat uśmiechnął się i pokiwał głową, by zaraz potoczyć wzrokiem po zrujnowanej sali. Objął spojrzeniem stosy trupów, rzemieślników naprawiających uszkodzenia, ludzi wynoszących gruz i gromadzących się na ulicy. Wydął policzki i z sykiem wypuścił powietrze z płuc.
- Twój plan się powiódł, a jednak... - Jeszcze raz przebiegł wokoło wzrokiem i nachylił się do władczyni. - Co robimy teraz? - szepnął.
Dobre pytanie.
- Mamy zadanie do wykonania - odpowiedziała, a jej dłoń bezwiednie podążyła do splątanej blizny ukrytej pod rękawem kolczugi. Tej, która miała przypominać jej o krwawej przysiędze. - Najlepiej będzie, jak się za nie weźmiemy.
- Ano racja - wymamrotał ponuro Sighvat. Zapatrzony w przestrzeń, przyłożył rękę do ust, zagryzł wystającą z ciała długą drzazgę i wypluł ją na ziemię.
Do pozostałości sali weszli ludzie, przebijając się przez zasłonę padającego śniegu i lawirując między stertami śmieci. Prowadził ich owinięty płaszczem Grend o nieruchomej twarzy. Jedna jego ręka wspierała się o głowicę topora zatkniętego za pasem. Obok niego szła Gytha, pierwsza wojowniczka jarla Störra, o zaplecionym ciasno warkoczu i starej bliźnie biegnącej przez policzek prosto w kącik ust.
Wczoraj walczyła przeciwko mnie. Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień.
Za nimi podążało kilkudziesięcioro wojów w kolczugach i futrach, wszyscy pod bronią.
Grend stanął przy podeście, gdzie rozciągał się szyk berserków.
- Przepuśćcie ich - powiedziała Elvara, strzepnąwszy nadgarstkiem, a wojowie się rozstąpili.
- Przyprowadziłem ich, jak prosiłaś. - Grend stanął obok Elvary i skierował złowrogie spojrzenie na zgromadzony przed nimi tłum. - Pomniejszych jarli twojego ojca, tutejszych kapitanów i wodzów wszystkich najemnych drużyn, które odpowiedziały na wezwanie jarla Störra.
Elvara popatrzyła na nich, na każdego z osobna, krzyżując z nimi wzrok. Wyczytała z ich oczu pytania, dostrzegła w nich strach, podziw, ale i niechęć. A także chciwość. Wiele oczu skakało od niej do Ulfrira i Skuldy, nie omijając po drodze dwóch pełnych kufrów.
Wciągnęła powietrze do płuc i wstała. Wciąż miała na sobie skrwawioną po bitwie brynję, miecz wisiał przy biodrze, a ramię zdobiła złota bransoleta. Czarny niedźwiedzi płaszcz Agnara zwieszał się z jej ramion. Skupiła wzrok najpierw na Gycie, potem na ojcowych drengrach.
- Zabiłam człowieka, z którym byliście związani przysięgą - wygłosiła Elvara z ulgą, że głos nie zdradził obecnym głębi jej zaniepokojenia. - Gytho, co teraz zrobisz?
Wojowniczka wystąpiła naprzód i kilku berserków warknęło.
- Walczyliśmy z tobą i przegraliśmy. - Gytha wzruszyła ramionami, ignorując niedźwiedzich wojów. - Ja widzę to tak: jarl Störr nie żyje, a ty jesteś jego najstarszą, dychającą jeszcze potomkinią. Twoje urodzenie i rezultat starcia czynią cię teraz naszą jarlą. Złożę ci przysięgę i będę ci służyć, tak jak służyłam twemu ojcu.
Jarlą. Na dźwięk tego słowa motylki rozfrunęły jej się po brzuchu. Czuła jednocześnie strach i ekscytację.
Elvara kiwnęła głową, nie pozwalając, by ulga, która ją ogarnęła, odznaczyła się na jej twarzy.
- A wy, drengrowie mego ojca? - skierowała pytanie do pozostałych, wolno tocząc wzrokiem po ludziach za plecami Gythy.
- Są tego samego zdania co ja - odrzekła Gytha. - Spytałam ich, a oni odpowiedzieli.
- Jesteśmy gotowi złożyć przysięgi - odezwał się wysoki i żylasty mężczyzna o rudej brodzie.
- Heja - potwierdził inny drengr, a potem kolejno pozostali.
- Dobrze. - Elvara skinęła głową. I przeniosła spojrzenie na grupę mężczyzn i kobiet w kolczugach i ze złotymi oraz srebrnymi bransoletami na ramionach.
Pomniejsi jarlowie jej ojca.
- A wy? - spytała. - Dobrze służyliście memu ojcu. Czy będziecie służyć i mnie?
Na przód wyszła kobieta o mysich włosach, szeroka w barach i przysadzista, mająca na sobie dobrą brynję i dwa brodate topory za pasem.
- Runa Krwawy Topór - powiedziała Elvara.
- Złożyliśmy przysięgi twojemu ojcu, a ty go pokonałaś. Ty teraz rządzisz. Złożymy przysięgi - zadeklarowała Runa, a Elvara kiwnęła głową.
- Przyjmę je, lecz nie składajcie ich, nim się dowiecie, dokąd was zaprowadzą. - Sięgnęła wzrokiem do kolejnej grupy wojowników zebranych za jarlami i drengrami. - A wy, wodzowie i najemnicy?
- Sprzymierzyliśmy się z jarlem Störrem w wojnie przeciwko królowej Helce - rzekł jeden z nich, ten o czarnej czuprynie i brodzie porastającej większą część twarzy. Luźno trzymał przy boku tarczę z dwoma krukami. - Chętnie przyjmiemy od ciebie srebro za tę samą robotę. - Omiótł spojrzeniem skrzynie u stóp Elvary.
- Toczyłeś wojnę mego ojca, Hjalmarze Rozjemco, wodzu Srogich Serc - oświadczyła Elvara. - Ale to nie moja wojna. Ja mam do stoczenia inną walkę.
Uspa oddzieliła się od Beraka i stanęła przy lewej ręce Elvary. Elvara zwróciła uwagę, że jej berserkowie nie próbowali powstrzymać.
- Walkę z Lik-Rifą, smoczą boginią. I przeciw jej smokozrodzonym dzieciom oraz wyznawcom, a także v?senidom, którzy zebrali się pod jej skrzydłami.
W sali zaległa cisza, słychać było tylko pohukiwanie wiatru, a w powietrzu kłębił się śnieg.
- Walka z boginią a walka z jarlem to dwie różne rzeczy. Powiedziałabym, że ta pierwsza jest bardziej kosztowna - zawołała jasnowłosa kobieta ze srebrno-złotym mieczem u biodra. - Abyśmy przystali do ciebie, musisz spełnić dwa warunki. Po pierwsze, zapłacić nam więcej srebra niż twój ojciec, a po drugie zadbać o to, byśmy przeżyli, aby móc je wydać. Walka ze smokiem to nie przelewki.
- Słusznie prawisz, Ingvildo Wędrująca po Falach - stwierdziła Elvara. - Byłam pod Oskutre?em, na własne oczy widziałam boskie pobojowisko oraz uwolnioną smoczycę i wiem, że jest ona straszna. Lecz jest tylko jedna, ja zaś mam na swoje usługi wilczego boga Ulfrira i Skuldę, jego skrzydlatą córkę. Oni też są straszni. Mam berserków mego ojca, mam jarlów i drengrów jarla Störra, w końcu mam też Zwiastunów Śmierci. A poza tym rzekę złota i srebra, którym mogę was opłacić. - Wstała i kopnęła jedną ze skrzyń, a jej wieko huknęło o ściankę, ukazując stos złotych i srebrnych monet, kielichów i klejnotów, które wysypały się z brzękiem na ziemię. - Was i tysiąc innych wojband. Jeśli ruszycie za mną... nie obiecuję, że wszyscy przeżyjecie, lecz ci, którzy tego dokonają, staną się najbogatszymi ludźmi w Vigri?zie.
Znowu cisza. Sighvat nachylił się do niej, by szepnąć:
- Pięknie prawisz, niemal sam mam ochotę ruszyć na smoczycę. Niemal.
Wtedy Hjalmar Rozjemca uniósł zaciśniętą pięść.
- Jarla Elvara! - zawołał, nie mogąc oderwać oczu od kufra ze skarbem. - Jarla Elvara, jarla Elvara!
Wszyscy wojowie podchwycili okrzyk i unieśli pięści.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.