Elvara patrzyła, jak Sighvat Pasibrzuch kładzie ostatni kamień na kurhanie Agnara. Skrzywiła się, gdy po raz kolejny przerażenie dobiło się do jej świadomości. Zaledwie wczoraj Agnar powiódł ich na równinę, gdzie stał Wielki Jesion Oskutre?, a serce Elvary radowało się na myśl o czekających ich tam bogactwach. Snuła marzenia o ich bitewnej sławie, która rozciągnie się na cały świat jak pieśń i saga. Oto Agnar i jego Zwiastuni Śmierci, odkrywcy bajecznego Oskutre?u, pod którym walczyli i ginęli bogowie, z którego konarów zwieszają się złoto, srebro i artefakty z dawnych dni, niczym dojrzałe owoce, po które wystarczy sięgnąć ręką.
I owszem, znaleźliśmy go.
Elvara stała na szarej równinie, gdzie delikatny wiatr lepił wiry z popiołu, który rozprószał się w powietrzu jak ciemny śnieg. Wszędzie wokoło pęczniały hałdy ziemi, wiele z nich zaś skrywało szkielety obsypane ziemią i wygładzone wiatrem na podobieństwo kurhanu. A między nimi leżały świeższe trupy. Niektóre nie miały jeszcze dnia. Garstka Zwiastunów Śmierci, okutana płaszczami i gotowa na własne kurhany, oraz ponad tuzin Karmicieli Kruków Ilski Bezlitosnej. Wciąż leżeli tam, gdzie padli w bitwie i w wyniku wypadków, które nastąpiły po niej. Łaziły po nich muchy i dziobały ich kruki.
Tak, znaleźliśmy Oskutre? i znacznie więcej. Znaleźliśmy bitwę i krew. I śmierć.
- Tutaj spoczywa Agnar Broksson, wojownik, wódz i przyjaciel - zaintonował Sighvat swoim tubalnym głosem, nie mogąc zdusić drżenia, które zabrzmiało w ostatnim słowie. - Zwiastun Śmierci. Płomienna Pięść. Pogromca Smoków. - Łza wymknęła mu się spod powieki i spłynęła po policzku.
Wszystkie przydomki były prawdziwe. Zwłaszcza ten ostatni wzbudził w niej falę dumy, a ta rozparła jej pierś na wspomnienie holmgangi Agnara ze Skri?em, spaczeńcem, który okazał się smokozrodzonym. Był to wojownik potężny i szybki jak żmija, wróg, którego nie każdy zdołałby pokonać. Stoczyli bój, który powinni opiewać skaldowie na całym świecie. Agnar stawił czoła smokozrodzonemu i pokonał go, a Elvara zdarła sobie gardło, chwaląc bitewną sprawność, przebiegłość i odwagę swojego wodza.
Wszyscy Zwiastuni potwierdzili słowa bosmana gromkimi okrzykami, nawet Grend, stojący nieruchomo u boku Elvary niczym osmagany burzą klif.
Dziewczyna uklękła i dotknęła jednego z kamieni na kopcu Agnara. Skrzywiła twarz, gdy nawet tak nieznaczny ruch wzbudził ból w rannym ramieniu, a drugą dłoń zacisnęła na kle trolla, który zwieszał się z jej szyi na skórzanym rzemieniu. Prezent od Agnara. Za jej wkład w zabicie trolla na wyspach Iskalt. Miała wrażenie, jakby to się wydarzyło pół życia temu.
- Będzie nam cię brakować, Agnarze Zwiastunie Śmierci - wydyszała. - Już brakuje. - A potem dodała: - Pomszczę cię. Biórr umrze za tę zdradę.
Smak tego imienia sprawił, że zadrżała z wściekłości. Biórr, jej kochanek, człowiek, którego darzyła zaufaniem, związany z nią przez przysięgę, bitwę i przez wiele więcej. A jednak zdradził ją i ich wszystkich. A szczególnie Agnara, i to w najbardziej parszywy sposób - pchnął go włócznią, gdy ten prosił go o pomoc.
Wstała z sykiem bólu na ustach i Grend podtrzymał ją, by nie upadła.
- Co teraz robimy? - powiedział Sighvat, rozglądając się po towarzyszach.
Wszyscy stali pogrążeni w ciszy - nieco ponad trzydzieścioro niedobitków ze znacznie liczniejszej kompanii. Wpatrywali się w bosmana, a on odwzajemniał ich rozżalone i niepewne spojrzenia. Pręgi i sińce pokrywały odsłonięte fragmenty jego ciała, jego twarz, nadgarstki i przedramiona, tam gdzie pętał go żywy bluszcz, który wyrósł z ziemi na rozkaz froi. Elvara obejrzała się na spalony pień, który był kiedyś Vörną, strażniczką Wielkiego Jesionu. Ilska i jej smokozrodzone rodzeństwo podpalili ją runicznym czarem i teraz leżała poczerniała i skręcona jak martwy konar rzucony do ognia.
- Bierzemy to, po cośmy tu przyszli - powiedziała Hulda ze wzruszeniem ramion. Była najmłodsza wśród Zwiastunów Śmierci, przyjęta do drużyny zaraz po Elvarze. Miała ciemne oczy i serce pełne złości. - Zdobyliśmy bitewną sławę, a teraz czas zdobyć skarb.
- Dobwe gada - potwierdziła Sólína, stalowowłosa i muskularna kobieta z brakami w uzębieniu po walce z chmarą tennúrów. - Biefmy, ile zdołamy, i wynofmy fię ftąd. Tyle zoftało nam tu do frobienia.
Pozostali Zwiastuni pokiwali głowami i mruknęli na znak zgody.
- A więc to właśnie zrobimy - przystał Sighvat. - Co kto znajdzie i założy, to jego. Resztę zwalimy na wóz i podzielimy się po równo.
Orv Skradacz, którego nazwano tak ze względu na to, jak cicho potrafił się poruszać, trącił butem przysypaną popiołem górkę, rozgrzebał znajdujące się pod spodem kości, aż błysnął między nimi jakiś metalowy przedmiot. Wtedy kucnął i podniósł bransoletę z poczerniałego srebra, którą wsunął na ramię, poderwał wzrok i uśmiechnął się.
Reszta Zwiastunów, zapomniawszy o ranach, zaczęła szperać w popiele, natomiast Elvara odwróciła się i ruszyła w stronę ich rozbitego naprędce obozu, który był właściwie tylko skupiskiem wozów, związanych razem kuców i rozrzuconych tu i ówdzie posłań. Wzbijając z każdym krokiem chmurki popiołu, słyszała idącego z tyłu Grenda. Przed nią rysował się niczym linia przypływu podłużny wał trupów, miejsce, gdzie Zwiastuni Śmierci wznieśli mur tarcz przeciw wojbandzie Ilski. Elvara wciąż pamiętała fetor zwartych w boju ciał, ogłuszające bojowe okrzyki, szczęk stali i łomot tarcz. W jej piersi wezbrała duma, gdyż ona także stanęła w szeregach Zwiastunów Śmierci, ona także stawiła czoła przeważającemu liczebnie wrogowi - i znalazła się w gronie zwycięzców. Nie było wśród Zwiastunów ani jednego słabeusza; czy to mężczyzna, czy kobieta, na wszystkich spłynęła chwała łupieżców i rębaczy, pooranych bliznami, lecz nieugiętych i niepokonanych. Rozgramiali Karmicieli Kruków, choć tych ściągnęła tu cała chmara. Szale bitwy były wyraźnie przechylone na ich korzyść... Dopóki smoczyca nie wyrwała się ze swojego więzienia. Elvara otrząsnęła się z tego wspomnienia, próbując wypędzić je z pamięci, tak jak wypędza się muchy z otwartej rany.
Sei?rwiedźma Uspa siedziała na tylnej klapie jednego z wozów, zapatrzona w ogromną dziurę ziejącą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał pień Wielkiego Jesionu. Olbrzymie drzazgi, długie jak dechy na burty drakkarów, sterczały z ziemi, okalając wyrwę, z której wyłoniła się na świat Lik-Rifa. Włosy czarownicy były zaplecione i związane, a spod jej tuniki wypełzały na szyję i kłębiły się pod linią żuchwy runiczne tatuaże. Dłonie miała splecione, aż bielały jej kostki. Rozplotła je i zacisnęła znowu, jakby dusiła w garści pęk nocnych wyrmów.
Na ziemi u jej stóp leżała jakaś postać. Kobieta o wielkich skrzydłach koloru rdzy i zaplecionych rudych włosach, u której boku wisiała pusta pochwa po mieczu. Miała skrępowane nadgarstki i kostki. Wciąż nie odzyskała przytomności. Nikt tak naprawdę nie wiedział, kim lub czym była. Jedynie Vörna, która wywodziła się z rodu froa, wspomniała coś o trzech siostrach, strażniczkach przedwiecznej smoczycy. Wszyscy byli zgodni co do tego, że jeśli kobieta rzeczywiście od trzystu lat strzegła uwięzionej smoczycy, głupotą byłoby jej nie obezwładnić.
- Pewnie nie będzie zadowolona, gdy się dowie, że Lik-Rifa uciekła - zauważyła Hulda.
- I że jej siostry zostały zabite - dodał Orv Skradacz.
Elvara zgodziła się z nimi i dlatego związali skrzydlatą kobietę skórzanymi pasami.
- Czas ruszać - powiedziała Uspa, gdy Elvara skierowała się tam, gdzie leżały jej rzeczy: potrzaskana tarcza, kolczuga z krwawą dziurą w miejscu, gdzie włócznia rozerwała pierścienie i wbiła się w ramię.
- Ruszać dokąd? - odburknęła.
- W pogoń za moim Bjarnem - odrzekła Uspa, groźnie mrużąc oczy. - Złożyłaś mi przysięgę.
- Tak, obiecałam odbić twojego syna z rąk Ilski po tym, jak nas tu przyprowadzisz. Pamiętam.
- Ja dochowałam swojej części umowy.
- Ale śmierć Agnara i uwolnienie morderczej smoczycy nie były jej częścią - zauważyła Elvara, grzebiąc w rynsztunku.
- Ostrzegałam, że to się źle skończy - syknęła czarownica.
- Nie sądziłam, że to oznacza bicie się ze smokozrodzonymi i latające po niebie smoczyce.
- Można otworzyć drzwi i nie mieć władzy nad tym, co przez nie przejdzie - sarknęła Uspa, by zaraz wciągnąć do płuc rozedrgany oddech. - Zresztą nic z tego nie ma znaczenia. Złożyliśmy przysięgę i ta przysięga nas zobowiązuje.
- Już widzę, jak dają ci się przekonać - rzuciła Elvara, skinąwszy przez ramię na Zwiastunów Śmierci. Wokoło rozbrzmiewały okrzyki, gdy któremuś z wojowników udało się wygrzebać spod popiołu jakieś drogocenne cacko. - Robią to, po co tu przyszli, szukają bogactw.
- Złożyłaś przysięgę - ostrzegła ją Uspa.
- To było wtedy, gdy jeszcze żył Agnar - prychnęła Elvara.
- Ty także złożyłaś blód svari? - odpowiedziała Uspa wolno, doprowadzającym do szału tonem. - A blód svari? nie obchodzą umarli, tylko żywi.
- Niektórych przysiąg nie da się dochować - wymamrotała Elvara, choć czuła jeszcze na swoich wargach smak krwioprzysięgi, a na skórze żar i ból. Raptem zachwiała się w tył, głośno łapiąc powietrze, i upadła na ziemię, ściskając rękę. Gdy tylko zaczęła myśleć o złamaniu przysięgi, wyżłobione w jej ciele białe blizny zapłonęły czerwienią, a skóra pokryła się ropiejącymi pęcherzami.
Grend warknął, dobył broni i ruszył w stronę Uspy.
- Przerwij to - zawarczał i uniósł topór nad jej głowę.
- Nie mogę. Żywa, martwa, nic nie zdołam na to poradzić. Raz złożona blód svari? jest jak fala przypływu: nie da się jej cofnąć ani opanować. To się skończy tylko wtedy, gdy Elvara dochowa przysięgi. Jeśli pomyśli o złamaniu przyrzeczenia, krwioprzysięga dowie się o tym i zacznie działać.
Cofam, cofam, co powiedziałam. Pójdę szukać Bjarna, krzyczała Elvara w swojej głowie i ból natychmiast ustał, żar w jej żyłach zgasł, jakby dziewczyna zanurzyła świeżo wykutą rękę w zimnej wodzie.
- Sami widzicie - powiedziała Uspa z oczami pełnymi żalu. Elvara nie dostrzegła w nich chełpliwości, której się spodziewała. - Blód svari? żyje w tobie. Zna twoje myśli, zna twoje serce. Nie uciekniesz przed nią.
Wtem rozległ się krzyk. Elvara okręciła się, a jej ręka sama pomknęła do pasa.
Sighvat złapał się za ramię, zachwiał na nogach i padł na kolano. Nawet z tej odległości Elvara widziała dym unoszący się z jego ręki i słyszała syk palonego ciała.
- Coś mi się widzi, że Sighvatowi też znudziła się nasza przysięga - skwitował Grend.
- Ja nie mówiłem poważnie, to tylko takie żarty! - wył bosman w niebo, a wtedy czerwony żar przygasł. Gruby wojownik zastygł na kolanach, dyszał ciężko, pochyliwszy głowę.
- Nikt z nas nie ucieknie przed tym - podjęła Uspa. - Ani Sighvat, ani ty, ani Grend, ani nawet ja. Wszyscy złożyliśmy przysięgę. Niezależnie od tego, kto ją złamie, umrzemy wszyscy, gdy krew zagotuje się w naszych żyłach. Czyście już zapomnieli?
- Nawet jeśli, to już sobie przypomniałam - warknęła Elvara, wodząc wzrokiem od swojej ręki do Uspy. - Nurtuje mnie tylko jedno pytanie: jak mamy odzyskać twojego syna, skoro przebywa teraz w towarzystwie Lik-Rify? Już wyrwanie go z łap Ilski i jej Karmicieli miało być trudne. W dodatku Agnar nie żyje...
Spuściła głowę i poczuła, że znowu ogarnia ją smutek i frustracja. Warknęła jak wilczyca, zabraniając łzom napłynąć do oczu. Nie tak to miało wyglądać. Podróż do Oskutre?u wyobrażała sobie zupełnie inaczej - jako podróż po skarby, która rozsławi jej imię po krańce Vigri?u, docierając w końcu do uszu jej ojca w jego miodowej sali w odległym Snakaviku. A on wówczas pojmie, że Elvara ma dość siły i samozaparcia, by osiągnąć coś bez jego pomocy. A wręcz pomimo niego, pomimo przynależności do tego przeklętego rodu, pomimo uwikłania w jego kręte i zdradliwe ścieżki. Choć nie znosiła ojca, wciąż chciała, by to zrozumiał.
Z zamyślenia wyrwał ją dudniący krok Sighvata.
- Jak uwolnić się od tej przeklętej przysięgi? - spytał, unosząc ramię. Żyły wciąż były czerwone, a z ran sączyła się ropa.
Elvara podniosła własne zaczerwienione ramię i bosman zamrugał, a potem spojrzał na Uspę spode łba.
- Jedynym sposobem jest wypełnić ją - oświadczyła Uspa.
- Po niebie lata smoczyca, wiedźmo! - przypomniał jej Sighvat. - Jak mamy odebrać jej twoje dziecko?
- Tego nie wiem - powiedziała Uspa - ale musimy spróbować.
- To niemoż... - zaczął Pasibrzuch, ale nim skończył, jego rana zaczęła syczeć i dymić, a żyły znowu zmieniły kolor. Złapał ją drugą ręką i ponownie padł na kolana. - Spróbuję, spróbuję, no spróbuję! - ryczał. Podniósł na Uspę nachmurzone spojrzenie. Pot ściekał mu po twarzy, a resztki bólu gasły wolno w jego oczach. - Wiedziałem, że złożenie tej przysięgi się kiedyś zemści - gderał. - Nie dość, że Agnar nie żyje... - zerknął podejrzliwie na własne ramię - to jeszcze w mojej ręce zamieszkał ognisty demon.
- Nie tylko w ręce - poprawiła go Uspa. - Ostrzegałam was, że karą za wiarołomstwo jest cierpienie.
- Jest wiele rodzajów cierpienia - wymamrotał Sighvat. - Można uderzyć się w palec u nogi. Można sparzyć się w tyłek. Mieć gazy po zepsutej potrawce. Ale to? Mam wrażenie, że ktoś wrzucił mnie do kotła. - Pokręcił głową i z ciężkim westchnieniem klapnął na wóz obok Uspy. - Nie jest dobrze. - Objął wzrokiem Elvarę i Grenda. - No to co robimy? Potrzeba nam zmyślnego planu, by wyjść z tej kabały z życiem i ze spaczonym małym berserkiem, ale bez gotującej się w żyłach krwi.
- Miałam nadzieję, że to ty podsuniesz nam jakiś pomysł - zripostowała Elvara.
- To Agnar był myślicielem. Ja tylko rozwalałem, co kazał mi rozwalić.
- Uspa chce, byśmy ruszyli w ślad za Lik-Rifą i Ilską Bezlitosną i ot tak odebrali im Bjarna - zakpiła Elvara.
- Nie nazwałbym tego planu zmyślnym. - Sighvat skrzywił się.
Cisza zawisła między nimi.
- Może mielibyśmy jakąś szansę, gdybyśmy wzięli ze sobą wszystkich Zwiastunów - podsunął Grend.
- Właśnie - potwierdziła Elvara. - Ale to nie oni złożyli przysięgę, tylko my. Nie są więc do niczego zobowiązani, a złota ani srebra im teraz nie brakuje. Gdyby Agnar żył, poszliby za nim, ale za nami...? - Potoczyła wzrokiem po towarzyszach. - Ty byś poszedł?
- Szczerze mówiąc, nie - odparł Sighvat.
Elvara wypuściła powietrze z płuc.
- Niech sobie szukają skarbów - powiedziała. - Jak skończą, to porozmawiamy z nimi i zobaczymy, co i jak.
- Zmarnujemy tylko czas - odezwała się Uspa. - Nasi wrogowie są coraz dalej, a z nimi Bjarn.
- Jestem związana przysięgą, przyznaję to wszem wobec - oświadczyła Elvara. - I zrobię, co w mojej mocy, by jej dopełnić i zwrócić ci syna. Ale jak tego dokonam, to już moja sprawa. Twierdzę ponadto, że potrzebujemy do pomocy Zwiastunów, lecz nie trzeba być myślicielem, by zrozumieć, że jeśli poprosimy ich o pomoc teraz, to na pewno odmówią. Musimy więc zaczekać, aż nagromadzą bogactw. - Spojrzała po towarzyszach. - Zgoda?
- Heja - zakrzyknęli jednocześnie Grend i Sighvat.
Uspa chyba chciała się spierać, ale tylko pokiwała głową.
- Właściwie lepiej sami zobaczmy, co uda nam się znaleźć - rzekł Sighvat. - Kto wie, może gdzieś tu leży smokobójcza włócznia?
- Wreszcie jakaś konstruktywna myśl - pochwaliła go Uspa.
Elvara nie odpowiedziała, lecz w duchu przyznała rację Sighvatowi. Skoro mają trochę czasu, równie dobrze sami mogą zacząć szukać. Jej tarcza była połamana, a kolczuga porwana. Może znajdzie w popiele resztki rynsztunku jakiegoś martwego boga. A nawet jeśli nie, to i tak lepiej się obłowić, jak tylko się da.
Może jeśli Zwiastuni Śmierci nie zechcą nam pomóc, wynajmiemy sobie drużynę smokobójców.
Elvara ujęła włócznię wspartą o stos ekwipunku i zaczęła nią grzebać w zasypanym popiołem podłożu.
Skądś nieopodal poniósł się krzyk i zobaczyła Orva Skradacza, który podniósł coś z ziemi. Podwójnie gięty łuk z wciąż nałożoną na cięciwę strzałą.
Jak to możliwe, że ta cięciwa nie zgniła? - pomyślała. Przecież broń leży tu od trzystu lat. Raptem do niej dotarło: łuk należał do jednej ze skrzydlatych kobiet, które walczyły ze smoczycą. Do tej o srebrnych włosach i białych skrzydłach. Lik-Rifa oderwała jej głowę, a resztę ciała stratowała. Ale Elvara przypomniała sobie, że przedtem widziała jeszcze wystrzelające ze smoczego boku ogniste błyski, w miejscach gdzie strzały wojowniczki przebiły cielsko.
Czy to łuk był magiczny, czy może strzały?
W każdym razie dobrze, że broń trafiła się akurat Orvowi. Ze wszystkich Zwiastunów Śmierci on najbardziej nadawał się na strzelca wyborowego.
Elvara wróciła do własnych poszukiwań. Gdy trąciła włócznią coś twardego, ostry ból odezwał się w jej ramieniu. Wczoraj w murze tarcz ktoś pchnął ją włócznią. Byłoby z nią krucho, gdyby Grend nie odciągnął jej na tyły. Po tym, jak Lik-Rifa odleciała znad równiny, a Ilska i jej kompania podążyli za swoją boginią, jak kruki podążają za wojbandą, Grend przemył jej ranę, wygrzebał wyrwane z brynji metalowe pierścienie, odkaził ją i zszył haczykiem na ryby. Krzywiąc twarz, poprawiła uścisk na włóczni i podniosła tajemniczy przedmiot. Popiół osypał się, ukazując szkieletowe ramię okryte rękawem kolczugi. Zmatowiałe srebrne pierścienie zadzwoniły, uderzając o siebie. Koścista dłoń wciąż trzymała stylisko topora. Elvara kucnęła, by wyłamać broń z zaciśniętych trupich palców. Ujrzawszy ją w pełnej krasie, zassała głośno powietrze. Rękojeść była niemal tak długa jak przedramię Elvary, nabita żelaznymi ćwiekami i owinięta aż po głownię srebrnym drutem. Żeleźce było jednosieczne i brodate, tak jak lubił Grend. Wokół ostrza wił się wyszczerzony groźnie wilk - ozdoba, jakiej Elvara nigdy nie widziała na broni przeznaczonej do walki, a ta ewidentnie widziała niejedną bitwę, wnosząc z ciemnych plam krwi oraz z tego, że wciąż tkwiła w czyjejś zgruchotanej czaszce.
- Grend! - Poderwała wzrok i znalazła go dwadzieścia kroków dalej. Nie szukał, tylko stał nieruchomo i gapił się na hałdę popiołu, którą badali wczoraj zaraz po przybyciu na Bitewną Równinę. Na szkielet boga-wilka Ulfrira, na jego wrośnięte w ziemię gnaty obsypane pyłem na podobieństwo wielkiego kurhanu, na jego długie jak włócznie kły wyrastające z rozwartej do ryku paszczy.
- Co? - odburknął. Obrócił się wolno i spojrzał na nią.
- To dla ciebie - powiedziała Elvara, szarpiąc za topór. Czaszka skruszyła się, gdy dziewczyna wreszcie wydobyła z niej broń i złapała ją mocniej lewą ręką. Odkąd urosła na tyle, by móc utrzymać w ręce patyk, Grend szkolił ją w walce obiema rękami, więc lewa wcale nie była słabsza od prawej.
Topór był dobrze wyważony. Rzuciła go Grendowi, gdy szedł w jej stronę. Złapał go z łatwością. Zważył w dłoni, okręcił młynkiem i mruknął z aprobatą. Przeciął z sykiem powietrze. Dotknął kciukiem ostrza.
- Wciąż ostry - wymamrotał. Popatrzył na Elvarę i cień uśmiechu skrzywił zaciętą linię jego ust.
Ale mu się spodobał! - domyśliła się dziewczyna.
- A ta kolczuga. - Wskazał brynję, w którą ubrany był szkielet. - Nie pasuje aby na ciebie?
- Nie mogę jej podnieść. - Elvara wykrzywiła się z bólu, który znowu odezwał się w nadwyrężonym ramieniu.
Grend zaczepił brodę topora pod ramieniem trupa i pociągnął w górę. Gnaty wysunęły się z brynji i opadły na ziemię, a wojownik wsunął broń za pas. Ujął kolczugę obiema rękami i przyłożył ją do Elvary. Zbroja była brudna, ale dziewczyna nie wypatrzyła rdzy na drobnych, nitowanych pierścieniach. Dobry znak. Im mniejsze pierścienie, tym ciaśniejszy splot i tym lepsza ochrona. Krążki przy szyi i na rękawach zalśniły i Grend otrzepał kolczugę z popiołu, wydobywając na światło dzienne trzy lub cztery rzędy pierścieni z mosiądzu.
- Niewolnik raczej tego nie nosił - stwierdził. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. To był rzadki widok. Jakby nagle góra rozpękła się na boki. - Ja mam nowy topór, a ty kolczugę.
- Bardziej cieszy cię dobry topór i kolczuga niźli wóz załadowany srebrem - powiedziała Elvara, czując, że i jej usta sposobią się do uśmiechu. Pierwszego od śmierci Agnara.
- Wóz srebra nie chroni przed ciosami - odparł Grend, wzruszając ramionami.
Elvara obróciła się i potknęła o coś leżącego na ziemi. Zadzwoniło żelazo i wśród pyłu dostrzegła niewolniczą obrożę.
A przy niej pęk kluczy.
Kucnęła i dotknęła metalu.
- Albo Kráki, albo Ilmura - zamruczał nad nią Grend. Jasne jak błyskawica wspomnienie rozświetliło jej myśliklatkę: Biórr odbierający klucze Agnarowi. Krzyczący do Kráki, do zniewolonej sei?rwiedźmy Zwiastunów Śmierci, i do Ilmura, tropiciela, potomka boga-psa Hundura, którzy następnie pobiegli do niego. Przypomniała sobie, jak Kráka i Ilmur zdjęli niewolnicze obroże ze swoich karków i rzucili je w pył obok wciąż drgającego ciała ich wodza.
Lubiłam Krákę i Ilmura, pomyślała Elvara. Ale oni są spaczeńcami i, podobnie jak Biórr, udowodnili, że spaczeńcom nie wolno ufać.
- Nie podnoś się! - dobiegł ją krzyk Sighvata.
Bosman stał przy jej wozie, patrząc na coś leżącego na ziemi. Wirująca chmurka popiołu, a w niej poruszało się coś ciemnego i czerwonego. Sighvat kopnął to.
Elvara zmrużyła oczy, chcąc zrozumieć, na co właściwie patrzy.
Skrzydła. Rdzawoczerwone skrzydła. Poruszały się, wzburzając szary pył.
Sighvat wrzasnął coś niezrozumiale, gdy postać na ziemi drgnęła i zaczęła wstawać na nogi. Oddzielił się od niej wyszarpniętym zza pasa toporem. Kobieta ręce i nogi wciąż miała związane, ale skrzydła rozpostarła na pełną szerokość i strzepnęła nimi raz i drugi, a potem wzbiła się w powietrze. Chmura pyłu spowiła ich oboje. Zduszony krzyk.
Elvara puściła się biegiem z Grendem przy ramieniu, który zaraz ją wyprzedził. Inni Zwiastuni ruszyli za nimi.
W kurzawie popiołu coś się poruszyło. Wyprysnął z niej Sighvat, pofrunął łukiem w powietrzu i potoczył się po ziemi. Topór wyleciał mu z ręki, a skrzydlata kobieta zawisła nad nim, młócąc powietrze skrzydłami. Napięła mięśnie i wydała z siebie okrzyk, świdrujący uszy skrzekot jastrzębia, dziki, pierwotny i straszny. Rzemienie na jej nadgarstkach i kostkach zerwały się i opadły na ziemię. Sięgnęła w dół i złapała topór Sighvata.
Wtedy Grend natarł na nią od tyłu, wymierzając ciosy trzonkiem swojej nowej broni. Upadli razem i potoczyli się po ziemi w kurzawie popiołu i piór. Elvara pobiegła za nimi. Sighvat zaklął, wstając na nogi i nieomal upadając na kolano, nim nie podbiegła do niego Sólína.
Coś trzasnęło, jakby łamała się gałąź, i Grend poleciał w powietrze, roniąc krew z rozbitego nosa. Czerwonowłosa kobieta szła w jego stronę.
Elvara dała susa naprzód. Zderzyła się z nią i nieomal zemdlała z bólu, który wybuchł w jej ramieniu. Uderzenie rzuciło nieznajomą na wóz, tak że grzmotnęła głową o felgę koła. Osunęła się na ziemię, ogłuszona, z wciąż wczepioną w jej ubranie Elvarą, która z trudem łapała powietrze, przyduszona bólem.
Kobieta zamrugała, a gdy przejaśniło jej się przed oczami, skupiła wzrok na Elvarze.
A ta zarzuciła jej na szyję niewolniczą obrożę, zatrzasnęła ją i przekręciła ślizgający się w palcach klucz, jęcząc, gdy od rany biły aż do mózgu fale bólu. Sięgnęła po saks przy pasie i odnalazła palcami rękojeść.
Silna ręka chwyciła ją za gardło i ścisnęła z mocą imadła.
Elvara wyrwała saks zza pasa, chlasnęła się po ręce, a potem złapała żelazną obrożę i rozmazała na niej krew.
- Hold, bló? og bein, járnsmí?ar kraga, ?ú ert bundinn núna, hlýddu mér - wycharczała.
Przez ciało i krew, i kość pętam cię tą żelazną obrożą - bądź mi posłuszna.
Palce na jej gardle zacisnęły się mocniej. Płuca Elvary wrzeszczały o tlen.
- Verkur... - wyrzęziła przez ściśnięte gardło, gdy pod powiekami zajaśniały jej jasne punkciki. Obroża buchnęła ogniem i czerwonowłosa kobieta zawyła z bólu, puszczając Elvarę i wczepiając się palcami w obręcz na swojej szyi.
Elvara odskoczyła od niej, zachwiała się na nogach, ale już pochwycił ją wyrosły jak spod ziemi Grend z twarzą zalaną krwią.
Ruda kobieta zamachała skrzydłami i wzbiła się w powietrze ze świecącą na czerwono obrożą na szyi.
- VERKUR! - wrzasnęła Elvara i żelazo buchnęło białym blaskiem, a kobieta zaszamotała się w locie, krzycząc, kopiąc i szarpiąc obrożę rozcapierzonymi na podobieństwo szponów palcami. - Rób, co mówię, a ból ustanie - zawołała do niej dziewczyna. - Ląduj!
Skrzydlata kobieta zgromiła ją dzikim, przeraźliwym spojrzeniem, choć skóra na jej karku zaczęła już syczeć i pokrywać się pęcherzami. Wygięła skrzydła i opadła ciężko na kolana, wciąż bezskutecznie czepiając się palcami żelaznej obroży.
- Fri?ur - rozkazała Elvara i obręcz zgasła.
Czerwonoskrzydła łypnęła na Elvarę, walcząc o oddech.
- Jak ci na imię? - spytała dziewczyna.
- Kim ty jesteś, by mnie wypytywać, ty żało...
- Smí?a hita - powiedziała Elvara i obroża znowu zapłonęła czerwienią.
Wrzask bólu wyrwał się z ust skrzydlatej kobiety.
- Skulda - wysyczała. - Nazywam się Skulda.
- Fri?ur - rzekła Elvara i metal natychmiast się ostudził. Skulda nie podnosiła się z kolan. Wwiercała się morderczym spojrzeniem w Elvarę, haustami łapiąc powietrze. Jej skrzydła drgały.
- Jesteś teraz moją niewolnicą i resztę życia spędzisz u mnie na służbie.
W gardle Skuldy wzbudził się jakiś dźwięk, ale nie pozwoliła słowom wylać się z ust.
- Na włochatą dupę Bersera, mam już dość sei?rtkniętych bab, co wycierają mną całą tę przeklętą równinę! - zagrzmiał Sighvat.
- Gdzie jest Lik-Rifa? I gdzie moje siostry? - spytała skrzydlata wojowniczka, odrywając wzrok od Elvary i wodząc nim dookoła, dostrzegając strzaskany pień Oskutre?u.
- Twoje siostry nie żyją - odezwał się Grend. - Poległy w walce z Lik-Rifą.
- Walczyły dzielnie i zginęły bohaterską śmiercią - dodała Elvara.
Po kręgosłupie skrzydlatej kobiety spłynął dreszcz, wykrzywiła usta w nienawistnym grymasie i łzy popłynęły jej po policzkach, pochyliła głowę.
Elvara wydała z siebie głębokie westchnienie i rozejrzała się dookoła. Zwiastuni Śmierci stali w luźnym półokręgu z bronią skierowaną na Skuldę.
- A co wy tu robicie? - Skulda warknęła na nich. Zatrzymała wzrok na wozach załadowanych bitewnym rynsztunkiem i srebrem. Skrzywiła pogardliwie wargi. - Jesteście ścierwojadami, co przyszli tu ogryzać kości swoich niegdysiejszych władców.
- Zasłużyliśmy na ten skarb - odwarknęła Hulda, podchodząc i opuszczając miecz bliżej Skuldy, która tylko gromiła spojrzeniem ciemnowłosą wojowniczkę.
- Muszą gdzieś tu być tłustsze fanty. Gdzie? - spytała Elvara.
Skulda rozejrzała się po popielnym pustkowiu i utkwiła oczy w ziejącej wyrwie prowadzącej w głąb Oskutre?u.
- To wszystko drobiazgi. Prawdziwy skarb jest tam, niżej.