Varg okręcił się, by spojrzeć przez ramię, nie przerywając biegu. Potknął się i zatoczył, prawie upadając, a potem przyspieszył. Skalisty brzeg ustępował miejsca połaci czarnego piachu i żwiru tam, gdzie poszerzało się koryto rzeki. Rosnące gęsto drzewa przerzedzały się, a otaczający go klif cofał się w miarę zbliżania do fiordu. Czuł już zapach Ligi, na który składało się wiele pomniejszych woni, a wszystkie rzuciły mu się naraz do nosa.
Jeszcze raz łypnął przez ramię. Żadnych oznak pogoni. Ale wiedział, że go gonią. Dlatego przyspieszył.
Od jak dawna uciekam? Dziewięć dni, dziesięć?
Dotknął ręką skórzanej sakwy przy pasie, wciągnął do płuc słone powietrze i zmusił się do bardziej wytężonego wysiłku. Mięśnie nóg paliły żywym ogniem, płuca pracowały jak miechy i strużki potu nieustannie zalewały mu oczy, ale trzymał tempo odmierzane jednostajnym rytmem głębokich oddechów i długich susów.
Mógłbym biec w nieskończoność, gdybym tylko miał po czym. Ale klify pokierowały mnie do morza. Dokąd teraz? Co robić?
Panika wzbierała w jego trzewiach.
Nie mogę dać się złapać.
Mknął dalej. Żwir chrzęścił pod jego obutymi stopami.
Rzeka wpłynęła do fiordu, rozwierając się niczym szczęki węża chwytającego ofiarę, i w oddali ukazała się w końcu Liga - portowa wioska wzniesiona na południowo-wschodnim brzegu, gdzie zjeżdżano handlować. Varg zwolnił, oparł dłonie na kolanach i wbił wzrok w miasteczko: w tętniącą, cuchnącą masę budynków usytuowanych wzdłuż szerokiej, czarnopiaszczystej plaży, biegnących w głąb lądu tak daleko, jak tylko pozwalał fiord. Sioło otaczała palisada, chroniąc stłoczonych w środku ludzi i zabudowania. Miasto wspinało się na zbocze wzgórza, gdzie stał okryty trawiastym dachem długi dom, wsparty na rzeźbionych, wijących się drewnianych filarach. Gmach przypominał zasiadającego na tronie jarla, doglądającego z wysokości swoich poddanych. Niebo było zasnute dymem z palenisk, a w powietrzu czuło się zapach łoju i sadła. Pomosty i mola wychodziły w błękitno-czarne wody fiordu, w przystani kołysało się na falach mrowie statków. Spośród nich wyróżniał się jeden - smukły drakkar, smoczy okręt o dziobie wyprężonym na podobieństwo szyi wielkiego gada. Wyglądał jak wilk skryty wśród stada owiec. Wokół niego tłoczyły się drobne byrdingi i knarry z brzuchami pełnymi kupieckich towarów, zwiezionych tu z miejsc, o których Varg pewnie nigdy nie słyszał. Nie wiedział, ile dokładnie ma lat, ale w toku swojego życia naliczył trzydzieści mroźnych zim i tyle samo katorżniczych pór letnich, które spędził na farmie Kolskegga, ledwie dwadzieścia lig na północny wschód z biegiem rzeki, a jego pan nigdy nie zabrał go do Ligi na żadnym ze swoich statków handlowych.
Nie żeby chciał się tu wybrać. Nawał woni odpychał go, choć wplecione weń zapachy wytapianego tłuszczu i piekącego się mięsa wzbudzały kruczenie w jego żołądku. Myśl o tym, że znalazł się tak blisko takiej masy ludzi, nie mieściła mu się w głowie. Zrobił bezwiednie kilka kroków wstecz, ku rzecznemu żlebowi, który właśnie pokonał.
Nie mogę zawrócić. Złapią mnie. Muszę iść naprzód. Potrzebny mi galdurmag albo sei?rwiedźma.
Potarł głowę i sięgnął pod płaszcz, skąd wyciągnął grubą żelazną obrożę. Potem z drugiej strony wyłowił klucz, otworzył ją i z drżeniem zamknął na swojej szyi. Przekręcił klucz w zamku i znowu schował go pod płaszczem. Przez kilka chwil stał, kręcąc szyją i krzywiąc się. Wyrzucił z płuc rozedrgany oddech. A później wyprostował się, otrzepał ubłoconą tunikę i zarzucił na głowę kaptur. I ruszył naprzód.
Szeroka, pokryta runami brama stała otworem, strzeżona przez parę opartych o jeden słup wartowników w kolczugach. Jeden był siwobrodym mężczyzną, a drugi młodą kobietą o zaplecionym ciasno warkoczu i z zatkniętym za pas saksem. Trzymała w dłoni włócznię.
Popatrzyła na Varga, gdy ten zbliżył się do bramy, i zrobiła krok naprzód, zastępując mu drogę.
- Co sprowadza cię do Ligi? - spytała.
- Szukam mieszkania dla mojego pana - odpowiedział ze spuszczonym wzrokiem. - Posłał mnie przodem.
Zdawkowym gestem wskazał kierunek, z którego przybył. Wartowniczka zmierzyła go wzrokiem, po czym spojrzała ponad jego ramieniem na pusty wlot rzecznej doliny.
- Skąd mam to wiedzieć? Kim jest twój pan? Zsuń kaptur.
Varg podumał nad odpowiedziami, których mógł jej udzielić, oraz nad tym, na jakie tory skierują rozmowę i co jej zdradzą na jego temat. Powoli zdjął z głowy kaptur, odsłaniając krótko ścięte włosy i umorusaną błotem, spoconą twarz.
Wtedy do bramy podjechał zaprzężony w dwa woły wóz z bogato odzianym mężczyzną na koźle. Otaczała go świta złożona z wyzwoleńców uzbrojonych we włócznie i pałki.
- Przepuść człowieka, Slydo - mruknął siwobrody.
- Moim panem jest Snepil - odrzekł Varg, podając pierwsze imię, jakie przyszło mu do głowy. Wiedział, że Snepil nie podąża za nim, bo gdy Varg widział go ostatnim razem, ten patrzył na niego wybałuszonymi oczami, a z jego ust dobywało się ostatnie tchnienie, które Varg własnymi rękami wydusił mu z gardła. Nie pamiętał, kiedy się na nim zacisnęły. Pamiętał tylko chwilę, w której przedśmiertne rzężenie Snepila przebiło się przez czerwoną mgłę w jego głowie.
Kobieta raz jeszcze otaksowała go wzrokiem, a potem zeszła mu z drogi i machnęła, by przeszedł. Varg nałożył kaptur na głowę i wślizgnął się do Ligi, tak jak wesz niepostrzeżenie wnika między włosy. Zapachy i wonie uderzyły w niego ze zdwojoną siłą, jakby dał nura do stosu odpadków. Między drewnianymi budynkami biegły błotniste ulice i wszędzie roiło się od wydzierających się kupców, stojących przy swoich rozstawionych na kozłach ławach, na które wyłożyli wszelkiego rodzaju dobra: bele barwionych tkanin, kościane igły i grzebienie, głownie toporów i noży, zdobione pochwy, brązowe spinki do płaszczy, drewniane miski, zwoje wełny i lnu, skóry wilków, niedźwiedzi, reniferów, kun i lisów. Varg wybałuszył oczy na ciosy i kości morsa. Inni sprzedawali rogi, miód i piwo, gdzie indziej w kotłach bulgotała na ogniu królicza i wołowa potrawka, w której pływały marchewki i połyskiwały oka tłuszczu. Na hakach wisiały płaty wielorybiego mięsa, pęki wędzonych śledzi i dorszy. Dostrzegł nawet handlarza, który sprzedawał części ciała v?senidów: wysuszoną krew faunira, wielki jak pięść ząb trolla, całą miskę oczu skr?lingów i naszyjnik zrobiony z nanizanych na sznurek włosów froi. Niekończąca się, nieprzebrana masa rzeczy i przedmiotów, przytłaczająca w swej obfitości.
Skurcz w brzuchu przypomniał mu, jak wiele czasu minęło od ostatniego posiłku. Nie wiedział, ile dokładnie, ale co najmniej trzy dni - może cztery? - odkąd miał fart złapać łososia w rzece. Podszedł do stojącego za wielkim garem potrawki handlarza, który na ławie ćwiartował tasakiem dzika. Mężczyzna dźwigał obfite brzuszysko, a jego twarz porastała przerzedzona broda. Na nogach miał obszyte futrem buty, na grzbiecie zaś zieloną wełnianą tunikę o odbarwionym i postrzępionym przy szyi i na rękawach splocie.
Varg wbił spojrzenie w kocioł i ślina napłynęła mu do ust, a skurcze żołądka wzmogły się aż do bólu.
- Coś na ząb? - zagadnął go sprzedawca, odkładając tasak i łapiąc za miskę.
- Ano, przydałoby się.
- Pół brąziaka - powiedział brzuchacz i urwał, wpatrując się w niego. Odłożył miskę i ściągnął Vargowi kaptur z głowy, spojrzał na krótko ścięte włosy. Zmarszczył brwi.
- Poszedł stąd, ty brudny niewolniku - syknął.
- Mam pieniądze.
Uniesiona brew.
- Jak masz, to pokaż.
Varg sięgnął pod płaszcz, wyciągnął sakiewkę, poluzował rzemyk i wyjął brązową monetę. Spuścił ją na ławę handlarza, a moneta potoczyła się po niej i zatrzymała na rewersie ukazującym wybitą kobiecą głowę. Profil o ostrym nosie i ściągniętych mocno włosach splecionych na karku.
- O, Helka - skwitował handlarz, falując brodą.
- Królowa Helka - poprawił Varg, choć sam nigdy jej nie widział, słyszał tylko szeptane ukradkiem opowieści o niej: o jej dumie i pysze, o jej przekonaniu, że powinna rządzić połową Vigri?u, i o okrucieństwie, z jakim traktowała swoich wrogów.
- Nazwała się królową tylko po to, by bezkarnie zedrzeć z nas ostatnią koszulę - odwarknął handlarz.
- Nie przyjmiesz moich pieniędzy? - zapytał Varg, sięgając po brąziaka.
- Tego nie powiedziałem. - Mężczyzna podsunął dłoń.
Varg wziął tasak i krótkim cięciem przedzielił monetę na pół. Uniósł jedną połówkę kciukiem i palcem wskazującym, a drugą zostawił na blacie.
- Skąd niewolnik ma sakiewkę z monetami bitymi przez Helkę? - zawarczał taksujący go wzrokiem handlarz. - I gdzie twój pan?
Varg spojrzał mu w oczy, a potem znacząco sięgnął po półbrąziaka. Mężczyzna dał za wygraną i nalał potrawki do miski.
- Jeszcze kęs chleba, jeśli wolno - rzekł Varg i otrzymał pajdę odkrojoną z bochna o czarnej skórce. Umoczył ją w potrawce i zassał chciwie. Tłuszcz spłynął mu z wargi na świeżo zapuszczoną brodę. Potrawka była wodnista i zbyt gorąca, ale Varg mógłby przysiąc, że niczego smaczniejszego w życiu nie jadł. Przymknął oczy, znów nagarnął potrawki na chleb i zasiorbał ze smakiem. Nie minęła chwila, a chleb zniknął, wkrótce zaś resztka zawartości miski, którą bezceremonialnie wlał sobie do ust. Odstawił naczynie i beknął.
- Widywałem już głodnych ludzi - skomentował handlarz - ale ty... - Gwizdnął i uśmiechnął się blado.
- Czy jest w Lidze galdurmag albo sei?rwiedźma? - spytał Varg, strzepując z podbródka resztki posiłku.
Handlarz palcem nakreślił runę na piersi i skrzywił się.
- Nie. A tobie po co ktoś taki?
- To już moja sprawa - odparł Varg i zamilkł na chwilę. - A właściwie mojego pana. Nie wiesz, gdzie mógłbym znaleźć kogoś takiego?
Mężczyzna zaczął się odwracać, a wtedy Varg rzucił na ławę drugiego półbrąziaka.
Handlarz zmierzył go wzrokiem.
- Krwiozaprzysiężeni zawinęli wczoraj do przystani. Mają niewolnicę, która jest wiedźmą.
Krwiozaprzysiężeni! Grupa najemników słynna jak Vigri? długi i szeroki, a pewnie znana też daleko poza jego granicami. Kompania najmowała się u tego, kto zapłacił więcej, by polować na v?senidów, szukać boskich artefaktów dla bogatych jarlów, wspierać ich wojowników w granicznych utarczkach oraz strzec bogaczy i możnych. Skaldowie śpiewali o nich pieśni.
- Gdzie oni teraz są? - zapytał Varg.
- Znajdziesz ich w długim domu. Goszczą u jarla Logura.
- Dzięki ci. - Sięgnął do sakiewki i wyjął jeszcze połówkę brązowej monety.
- A to za co? - zdziwił się handlarz.
- Za twoje milczenie. Nigdy mnie nie widziałeś.
- Niby kogo? - odrzekł mężczyzna, rozglądając się wokoło i krzywiąc usta w uśmieszku, gdy sięgał po pieniądze.
Ręka Varga wystrzeliła naprzód, znacznie szybciej, niż poruszał się handlarz, i ucapiła go za nadgarstek. Niewolnik zajrzał mężczyźnie w oczy, długo wlepiał w niego spojrzenie, a potem puścił go i tak samo prędkim ruchem porwał ze stołu tasak.
- Ile?
- A weź sobie. - Handlarz wzruszył ramionami.
Varg kiwnął głową i schował przedmiot za pazuchą, naciągnął kaptur i wtopił się w tłum.
Ruszył ulicami Ligi, minął zatłoczone nabrzeże, gdzie uwijali się jak w ukropie mężczyźni i kobiety, rozładowując świeżo zadokowaną kupiecką knarrę o szerokim kadłubie, która stała głęboko zanurzona w wodzie. Vargowi wydawało się, że słyszy przytłumione rżenie koni dochodzące gdzieś z trzewi statku, a kątem oka spostrzegł dwa kolejne, pchane przez wioślarzy ku dokom. Grupa osobliwie wyglądających mężczyzn i kobiet wysiadała właśnie z przycumowanej jednostki. Nosili czapki z filcu i futra oraz kaftany o srebrnych sprzączkach, a do tego bryczesy w niebieskie i pomarańczowe pasy, workowate ponad kolanem i owinięte ciasno winnigasami od kolana do kostki. Ich twarze były ciemne, niby uformowane z wyprawionej skóry, i eskortowała ich garstka wojowników ubranych w długie płaszcze wzmocnione płytkami pancerza, który przy każdym ruchu połyskiwał na podobieństwo rybich łusek. Przy bokach mieli zakrzywione miecze, a z twarzy mężczyzn zwieszały się sumiaste wąsy. Ich głowy były ogolone, nie licząc pojedynczych pasm włosów zaplecionych w warkocze. Varg przystanął i wlepił w nich wzrok, gdy odwracali się, krzycząc coś do marynarzy na pokładzie. O nabrzeże łupnęły trapy, a nad wypełnioną ładownią zawisły haki żurawi.
- Skąd oni przypłynęli? - spytał Varg portowego robotnika, który przemykał obok ze zwojem liny przewieszonym przez ramię.
- Z Iskidanu - mruknął tamten, nie zwalniając biegu.
- Z Iskidanu, powiadasz... - Varg aż gwizdnął.
Słyszał opowieści o tej dalekiej, zamorskiej krainie na południu, o jej szerokich rzekach i trawiastych równinach, o palącym słońcu i o Gravce zwanej Wszechstolicą. Jakaś cząstka niego uważała, że to tylko opowieść, oaza, do której może uciec znękany umysł podczas długiej i mroźnej zimy.
Varg poświęcił obcym ostatnie spojrzenie, a następnie ruszył przed siebie i skręcił we wspinającą się po stoku ulicę biegnącą ku klifom, które wisiały smętnie nad miasteczkiem, a u których stóp wznosiła się sala miodowa jarla Logura. Smród ryb zelżał w miarę posuwania się naprzód, ale miejsce po nim zaraz wypełnił fetor szczyn i odchodów. Schody wykute w litej skale wiodły do szeroko sklepionej bramy, za którą majaczyły już przysadziste filary długiego domu. Na wyższych stopniach tłoczyli się ramię w ramię mężczyźni i kobiety. Varg zwolnił, szukając drogi do środka, a potem przemknął bokiem między ludźmi.
Wtem poczuł na ramieniu czyjąś rękę.
- Czekaj na swoją kolej, jak wszyscy - odezwał się kobiecy głos. Jego właścicielka była ciemnowłosa i miała ostro wyrysowaną, zaciętą twarz o zimnych oczach. Wełniana tunika okrywała jej ciało, obszyty futrem płaszcz zwieszał się z ramion, a na pasie wisiał saks w pochwie i mały topór.
- Muszę zobaczyć się z Krwiozaprzysiężonymi - powiedział Varg.
- A my to nie? Takiś wyjątkowy?
Varg utkwił w niej spojrzenie, po czym rozejrzał się po tłumie wokoło.
- Wszyscy przyszliście zobaczyć się z najemnikami? - zdziwił się.
- No chyba - prychnęła kobieta. - A niby z kim?
- Czemu? - spytał Varg.
- Na drakkarze jest pusta wiosławka - odpowiedziała kobieta.
- Że co? - nie zrozumiał Varg.
- Ktoś cię zdzielił w łeb? - Kobieta dźgnęła go palcem w skroń. Vargowi się to nie spodobało. - Ławka, na której siada wioślarz na okręcie! Jeden z Krwiozaprzysiężonych został zabity. Urządzili próbę, by znaleźć kogoś na jego miejsce.
- Ach, już łapię. - Varg skinął głową.
- Więc czekaj na swoją kolej - skończyła kobieta i zmierzyła go wzrokiem. - Chyba że spieszno ci do piachu?
Wokół rozeszła się fala śmiechów. Varg spuścił oczy i czekał.
Tłum na stopniach poruszył się. Zbliżając się do długiego domu, Varg coraz wyraźniej słyszał niosące się z placu krzyki kontrapunktowane wrzaskami bólu. Ślamazarny, ale nieprzerwany strumień zakrwawionych twarzy spływał schodami z powrotem do miasta. Niektórzy uczestnicy próby jęczeli z wysiłku i bólu, inni wlekli się podpierani przez towarzyszy. Tych ogłuszonych trzeba było nieść.
Varg dotarł do najwyższego stopnia i spojrzał ponad ramionami ludzi przed sobą. Łukowa brama prowadziła na otwartą przestrzeń rozciągającą się przed salą miodową jarla Logura, wielkim budynkiem z bali ułożonych naprzemiennie na solidnej kamiennej podbudowie. Plac był zadeptany i błotnisty, gdzieniegdzie naznaczony połyskującymi ciemnymi plamami. Otaczał go krąg wojowników, pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu zaprawionych wojów obojga płci, niektórych w nitowanych brynjach i z mieczami u boku. Do tej pory Varg widział miecz tylko raz, gdy jeden z lokalnych drengrów odwiedził gospodarstwo Kolskegga, żeby pobrać podatek dla królowej Helki. Varg podejrzewał, że ten miecz był wart więcej niż cały wóz załadowany wszelakim dobrem oraz skrzynia pieniędzy, które Kolskegg dał poborcy. Jego oczy przyciągnął łysy i muskularny wojownik o bardziej siwej niż czarnej brodzie zaplecionej w warkocz. Miał przy biodrze prostą pochwę, na szerokich barkach kosztowną brynję, a na ramionach i szyi złote i srebrne ozdoby. Tu Varg nie miał wątpliwości: za nie i miecz mógłby kupić od Kolskegga całą jego farmę. Żaden handel nie opłacał się tak jak handel śmiercią. Łysy wojownik rozmawiał z kruczowłosą kobietą naznaczoną wzorem niebieskiego tatuażu na żuchwie i gardle.
Sei?rwiedźma. Varg zamrugał, zdumiony, widząc żelazną obrożę na jej szyi. Instynktownie podniósł rękę do własnej. Stary wojak wspierał się na toporze, którego głownia grzęzła w ziemi. Pojedyncze żelazne ostrze wzbudzało dreszcz na karku. Varg był oswojony z siekierą, czego dowodziły odciski na jego rękach, ale topór to co innego - bynajmniej nie służył do rąbania drewna. Tylko ludzi.
Odbiegł wzrokiem, gdy widok wzbudził w jego wnętrzu nieprzyjemne uczucie. Wszyscy wojownicy kompanii byli uzbrojeni po zęby. Ciężkie żelazo zwieszało się z ich pasów, a na plecach mieli wielkie okrągłe tarcze, podczas gdy inni oparli je o ściany i schody wiodące do sali miodowej. Kilka było pomalowanych błękitną farbą koloru zimowego nieba, na której wyobrażono czerwony żagiel, symbol jarla Logura, ale większość z nich była czarna z czerwonymi plamami, jakby ktoś zbryzgał je krwią.
W środku kręgu walczyli dwaj mężczyźni. A dokładniej, jak ująłby to Varg: mężczyzna i drzewo. Niższy wojownik prędko poruszał się na nogach, trzymając w jednej ręce okrągłą tarczę i tanecznym krokiem okrążając tego wyższego, który rozebrany do połowy okręcał się wokół własnej osi, potrząsając sięgającą pasa, zaplecioną w warkocz rudą brodą. Zwalistej budowy olbrzym, istna góra mięśni splecionych jak korzenie starego dębu, zachwiał się, gdy żelazne umbo tarczy przeciwnika po serii zwodów wbiło się w jego żebra, a pięść zetknęła się z jego żołądkiem. Stęknął cicho, jedynie w ten sposób dając poznać, że dwa ciosy dobiegły celu, a potem jego masywne ramię wystrzeliło naprzód i dosięgło potylicy mikrusa, kiedy ten usiłował ujść poza jego zasięg. Teraz to on się zachwiał i poleciał do tyłu na rozkołysanych nogach, a rudobrody dryblas pognał za nim.
- Jak cię zwą? - powiedział jakiś głos.
Varg zamrugał, odrywając spojrzenie od widowiska.
- Pytałem o imię - powtórzył oparty o słup bramy mężczyzna ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Był mniej więcej tego wzrostu co Varg i podobnie szczupły, czerwone włosy nosił porządnie zaplecione, a brodę przyciętą, naoliwioną i lśniącą. Nosił zadbaną brynję i saks w pochwie bogato zdobionej spiralnym wzorem, przypominającym skorupę ślimaka.
- Varg. - Jego odruchową odpowiedzią było posłuszeństwo. Bo nieposłuszeństwo Kolskegg nagradzał pięścią lub batem.
- Varg i co dalej?
Zaskoczony Varg zamarł. Nieznajomy westchnął.
- Powiem ci, jak to działa. Jak pytam o imię, ty podajesz imię, ale i nazwisko. Na przykład, uważaj, ja zwę się Svik Hrulfsson, ale zwą mnie Czupiradło, bo dbam o włosy. Więc pozwól, że zacznę od nowa. Jak cię zwą?
- Nie wiem. - Varg wzruszył ramionami. - Nie znałem ojca ani matki.
Svik zmierzył go wzrokiem.
- Na pewno się na to piszesz?
- Na co?
- Na walkę z Einarem Półtrollem.
- Nie chcę z nikim walczyć - odparł Varg - a już na pewno nie z kimś, kogo zwą Półtrollem. - Wziął głęboki wdech. - Chcę wynająć waszą czarownicę.
Svik posłał mu spojrzenie z ukosa.
- Vola nie jest do wynajęcia - oświadczył, zerkając na wytatuowaną kobietę pogrążoną w rozmowie z łysym kompanem.
- Muszę z nią pomówić. To dość ważne.
- Ano, może i ważne, ale dla ciebie. A dla nas... - Svik wzruszył ramionami - niespecjalnie.
- Kiedy ja naprawdę muszę z nią pomówić - nalegał Varg, czując kiełkującą w żołądku panikę.
- A co to za ważna sprawa? Trzeba ci eliksiru miłości, hę? Chcesz przelecieć jakąś urodziwą niewolnicę na swojej farmie?
- Nie! - wykrzyknął Varg. - Nie trzeba mi żadnej mikstury. - Spojrzał Svikowi w oczy. - Chodzi o coś znacznie ważniejszego.
- Coś znacznie ważniejszego od bzykania? - Svik uniósł na niego brew. - Nie wiedziałem, że jest coś takiego.
Tłumek za plecami Varga nagrodził żart rechotem.
- Potrzebuję, by wasza sei?rwiedźma odprawiła rytuał akáll.
Svik się skrzywił.
- Inwokację, powiadasz. To rzeczywiście poważna sprawa.
- Owszem - potwierdził Varg, muskając palcami sakwę przy pasie.
- Tak czy inaczej, odpowiedź brzmi: nie - powiedział Svik. - Vola oferuje swoje umiejętności tylko Krwiozaprzysiężonym. Nikomu innemu. Nikt nie może jej ot tak wynająć. Choćby sama królowa Helka wspięła się tu tymi schodami i o to poprosiła, odpowiedź wciąż byłaby odmowna.
Z Varga spłynęła cała nadzieja i ogarnął go chłód.
Coś zgrzytnęło na placu. Varg podniósł wzrok na wielkiego wojownika - Einara Półtrolla - który właśnie walił w tarczę chybkiego przeciwnika gołą pięścią.
Drewno poszło w drzazgi.
- Dlaczego Einar nie ma tarczy? - spytał Varg.
- By dać przeciwnikom choć cień szansy. - Svik wzruszył ramionami i pochylił się naprzód. - Choć to nawet nie cień - dodał szeptem.
Einar ucapił rywala za gardło i krocze, poderwał go w powietrze, aż tamten kwiknął, po czym cisnął nim jak szmacianą lalką. Nieszczęśnik gruchnął o ziemię i przestał kwiczeć. Zaległ nieruchomo i już się nie podniósł. Mężczyźni i kobiety podbiegli i zabrali go z placu.
Varg spojrzał na Einara. Przysadzisty, niewzruszony i groźny. Tylko kilka czerwonych śladów na jego ciele dowodziło, że stoczył właśnie dwudziestą zwycięską walkę. Wrócił wzrokiem do Svika.
- Chcę z nim walczyć.