Coś gwałtownie wyrwało go ze snu.
Przez moment w pokoju panowała cisza, lecz potem dźwięk, który go obudził - natarczywe pukanie do drzwi - powrócił. Zaspany Davian, wciąż ogarnięty ciepłą mgiełką snu, rozejrzał się dokoła. Która może być godzina? Dolatujące z odległego dziedzińca głosy sugerowały, że lekcje trwały już w najlepsze. Drobinki kurzu leniwie szybowały w sączącej się przez otwarte okno smudze światła. Kąt padania promieni wskazywał, że minęła już połowa poranka. Co najmniej.
Davian zmełł pod nosem przekleństwo i wyskoczył z łóżka. Zazwyczaj wstawał równo ze świtem i jego ciało nigdy w tym względzie nie zawodziło. Widocznie jednak przesadził i pozbawił je snu o jedną noc za dużo. Pukanie się powtórzyło. Chłopak w pośpiechu narzucił ubranie, podbiegł do drzwi i otworzył.
Jasne włosy stojącej na korytarzu dziewczyny spływały luźnymi puklami na ramiona, niedawne słoneczne dni pozostawiły na jej policzkach garstkę ledwie dostrzegalnych piegów. Uśmiechnęła się prostolinijnie, a w jej zielonych jak morze oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.
- Cześć, Ash - rzucił skrępowany Davian, który nagle uświadomił sobie, jak niechlujnie musi wyglądać.
- Dzień dobry, Dav. Wyglądasz...
- Wiem. - Przeczesał palcami swoje grube, nieposłuszne włosy, choć świetnie wiedział, że ten zabieg niewiele pomoże. - Chyba zaspałem.
- Nawet na pewno. I powiem ci, że zdrowo dziś sobie pospałeś. - Asha znacząco zerknęła na okno. Rozejrzała się czujnie po korytarzu i kiedy nabrała pewności, że rzeczywiście są sami, podjęła stłumionym głosem: - Panna Alita przez cały ranek nie dawała mi spokoju, dopiero niedawno udało mi się wyrwać i mogłam zajrzeć do ciebie. Słyszałam o Leehimie... - Uśmiech dziewczyny zgasł.
Daviana zalała silna fala wspomnień z ubiegłej nocy. Emocje musiały się wyraźnie odcisnąć na jego twarzy, ponieważ Asha podeszła krok bliżej, a jej spojrzenie zmiękło i zajaśniało współczuciem i troską.
- Dobrze się czujesz?
- Dobrze. - Było to kłamstwo. W rzeczywistości ponownie przytłoczył go strach. Przypomniał sobie targane drgawkami ciało Leehima, czarne linie pełznące po jego chłopięcej twarzy. Nie miał jednak zamiaru zwierzać się dziewczynie z lęków. - Widywałem już takie rzeczy. Tylko że... uświadomiłem sobie, jak niewiele czasu zostało do Prób.
Asha skrzywiła się nieznacznie, lecz skinęła głową.
Davian przyjrzał się jej i poczuł w piersi lekki ucisk. W ciągu kilku ostatnich, zbyt szybko płynących miesięcy obawiał się wielu rzeczy związanych z grożącym mu życiem Cienia. Dopiero niedawno jednak dotarło do niego, że zdecydowanie najbardziej dotkliwą z nich byłaby ostateczna i nieodwołalna rozłąka z Ashą. Uświadomił też sobie, że ich zadzierzgnięta dwa lata temu przyjaźń przerodziła się z czasem w uczucie głębsze, w każdym razie z jego strony.
Lecz o tym również nie mógł nawet wspomnieć. Na pewno nie teraz. Osiągnąłby w ten sposób jedynie tyle, że nadchodzące tygodnie stałyby się dla nich obojga jeszcze trudniejsze, i to bez względu na to, czy Asha jego uczucia odwzajemniała, czy nie.
Milczenie zaczęło się przeciągać; Davian raz jeszcze spojrzał na ukośne promienie. Słońce stało na tyle wysoko, że prawie na dobre zniknęło z wychodzącego na wschód okna.
- Potem ci wszystko opowiem - obiecał, przypomniawszy sobie nagle o obowiązkach. Z premedytacją przywołał na twarz uśmiech i postarał się nadać słowom wesołe brzmienie. - Teraz muszę skoczyć do Caladel. Mam zrobić zakupy.
- Miałeś zrobić. Dwie lub trzy godziny temu - poprawiła go Asha. - Co więcej... Hmm, nie chcę ci psuć dnia jeszcze bardziej, ale ja właśnie w tej sprawie. Panna Alita zauważyła, że nie pojawiłeś się u niej po listę sprawunków.
- Tak? - jęknął Davian. - I co powiedziała? - Panna Alita karała miganie się od obowiązków z większą surowością niż starsi. Gorzej, ponieważ to właśnie szefowa szkolnej kuchni praktycznie wychowała Daviana, każdy przejaw jego lenistwa traktowała jak osobistą zniewagę.
- No wiesz... - Asha wzruszyła ramionami. - To samo co zwykle. Wspomniała coś o tobie, wrzątku i tym wielkim nożu, który wisi nad stołem. Podała zbyt wiele szczegółów, bym zapamiętała. - Rzuciła chłopakowi smutny uśmiech. - Ale jestem pewna, że z przyjemnością powtórzy ci wszystko osobiście.
- Cudownie - westchnął Davian i na moment urwał. - A czy... kiedy będziesz z nią rozmawiać, mogłabyś może... pominąć moje zaspanie?
- Sama zapyta.
- Skłam? - Davian uniósł brew.
- I ty to mówisz? - Asha zganiła przyjaciela pełnym zdumienia spojrzeniem.
- Miałabyś u mnie przysługę. - Chłopak stłumił cisnący mu się na usta uśmiech.
- Kolejną - dodała Asha.
- Dzięki, Ash. - Davian chciał się powstrzymać, lecz tym razem odruch zwyciężył. Rozciągnął wargi w szerokim uśmiechu.
Kiedy dziewczyna zniknęła na schodach, zamknął drzwi. Poczuł lekki przypływ dobrego humoru. Naturalnie nie marzył o kolejnej połajance z ust panny Ality, a wspomnienie wczorajszej nocy wciąż mocno mu ciążyło, lecz dzień rozpoczęty wizytą Ashy nie mógł być taki najgorszy.
Stanął przed lustrem i poświęcił kilka minut na przetarcie powiek ze snu oraz doprowadzenie ubrań i fryzury do w miarę przyzwoitego stanu. Starsi wymagali, by uczniowie wychodzący poza mury szkoły prezentowali się jak należy, a Davian był już spóźniony, więc nie miał zamiaru nasłuchać się dodatkowo za flejtuchowaty wygląd.
Wreszcie, zadowolony, zbiegł krętymi schodami północnej wieży i wypadł na wewnętrzny dziedziniec zamku. Pod przeciwległym murem grupka młodszych uczniów otaczała starszego Jarrasa. Chłopaka doleciały chichoty. Najwyraźniej Jarras opowiadał jakąś wesołą historyjkę. Na oczach Daviana brodaty nauczyciel przesadnie zamaszyście, teatralnie wręcz, zatoczył czerwoną połą płaszcza Obdarzonego. Szeroko rozwarte oczy starszego wywołały u dzieci kolejny atak śmiechu. Davian się uśmiechnął. Jarrasa nie można było nie lubić. Ruszył dalej i skierował się zadaszonym przejściem ku tylnemu wejściu do kuchni. Większość uczniów korzystała z głównych drzwi jadalni, lecz Davian, zanim podjął naukę, pracował w szkole jako sługa i nawyk pozostał. Najciszej jak potrafił wśliznął się do środka i natychmiast opadły go swojskie doznania. Żar huczącego paleniska, nad którym wisiał bulgocący kocioł; mieszanka woni dziesiątków przypraw; odgłosy wesołej pogwarki Tori i Gundera - kucharki i jej pomocnika - którzy zwróceni do niego plecami, zaciekle siekali warzywa. Mimo upływu trzech lat to pomieszczenie było mu znacznie bliższe niż izba w wieży.
Zawahał się; panny Ality nie było. Zauważyła go za to Tori, zaniedbana kobiecina w średnim wieku, która zanim okazał się Obdarzonym, rozpieszczała go dzień w dzień. Teraz jednak, ledwie rozpoznała stojącego w wejściu przybysza, natychmiast odwróciła spojrzenie. Zobaczył go też Gunder. Oboje w jednej chwili umilkli.
Na policzki chłopaka wypłynął rumieniec. Ponownie poczuł się jak intruz. Dawniej obaj z Gunderem byli szeregowymi posługaczami i dopóki zdolności Daviana nie wyszły na jaw, dzielili ze sobą pokój. Obecnie byli dla siebie obcymi ludźmi. Pozbawieni Daru godzili się dla Obdarzonych pracować, lecz wojna pozostawiła zbyt wiele blizn, by mogli zapomnieć, kim w rzeczywistości są ich chlebodawcy. Kim tak naprawdę jest Davian.
Zdarzało się, iż łowił przypadkiem spojrzenia dawnych znajomych, wzrok niosący w sobie smutne oskarżenie. Jakby ich zdradził, jakby nową ścieżkę wybrał z premedytacją, a nie został na nią wepchnięty.
W tej chwili zmusił się, by to wszystko zignorować, i rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu karteluszka z listą zakupów. Gdyby udało mu się tę listę znaleźć i wyjść przed powrotem panny Ality...
- Tego może szukasz?
Znajomy głos rozległ się za jego plecami. Zmarkotniał, odwrócił się i ujrzał szefową kuchni, która z niezwiastującą nic przyjemnego miną wymachiwała trzymaną w dłoni kartką.
- Przepraszam - burknął speszony.
Korpulentna kobieta pokręciła głową. Była wyraźnie rozzłoszczona.
- Mnie nie przepraszaj. To starsi zobaczą w porze obiadu puste talerze. A kiedy zaczną pytać, nie omieszkam wyjaśnić, komu to zawdzięczają...
Panna Alita już miała rozpocząć jedną ze swoich tyrad, lecz niespodziewanie umilkła i przyjrzała mu się spod przymrużonych powiek.
- Ty coś zmęczony jesteś... - Wciąż był zła, lecz Davian wychwycił w jej głosie pytającą nutę. - Nie widziałam cię od dobrych kilku dni.
Zerknął ku Tori i Gunderowi, lecz oboje wrócili do zajęć i pogrążyli się we własnej rozmowie. Z zasady uczniowie nie powinni rozmawiać o edukacji z osobami nieposiadającymi Daru, lecz Davian i panna Alita łamali tę regułę dość regularnie. Kucharka opiekowała się nim, odkąd trafił do szkoły jako niemowlę. Miała więc prawo znać przynajmniej część obecnego życia chłopaka.
- Do Prób już niedaleko - wyjaśnił półgłosem.
Kobieta zmarszczyła czoło i również zniżyła głos, by nikt nie mógł ich podsłuchać.
- Nic nie lepiej? - spytała, a bruzdy na jej twarzy pogłębiły się jeszcze bardziej. - Nadal nie jesteś pewien, czy przejdziesz?
Davian przygryzł wargę. Nie chciał dodawać pannie Alicie powodów do zmartwień.
- No... wciąż jest ryzyko - odparł, z rozmysłem utrzymując niezobowiązujące brzmienie głosu.
- Ale ty i tak się zamartwiasz - stwierdziła raczej, niż zapytała. Znała go stanowczo zbyt dobrze.
- Jestem przerażony - przyznał szeptem po chwili wahania.
Panna Alita uśmiechnęła się ze współczuciem, matczynym gestem złożyła chłopakowi dłoń na ramieniu i lekko je uścisnęła.
- El nie kładzie na nasze barki ciężarów, których nie możemy ponieść. Nie zapominaj o tym, Davian.
- Nie zapomnę. - Skinął głową, aczkolwiek słowa kucharki nijak nie poprawiły mu humoru. Panna Alita starała się go wychowywać w duchu Starej Religii, lecz wszyscy wiedzieli, że wiara w Ela i jego Wielki Projekt odeszła przed dwudziestu laty wraz z augurami. Davian, podobnie jak większość Andarczyków, nie był w stanie uwierzyć w tezy, które zostały tak dobitnie obalone. Panna Alita jednak nie utraciła pobożności, co od samego początku bardzo w niej szanował.
Kucharka wcisnęła mu do ręki kartkę i kilka ciężkich monet. Zaraz potem strzeliła go wolną dłonią w tył głowy, a na jej twarz powróciła tradycyjna naburmuszona mina.
- Ruszaj się! Nadzorca Talean na ciebie czeka. A jeśli coś takiego mi się powtórzy, wymyślę prawdziwą karę. I żadne Próby ci nie pomogą - fuknęła, po czym nachyliła się i dodała konspiracyjnym tonem: - Następnym razem nie poślę też po ciebie Ashy. Lepiej, żebyś się nie przyzwyczaił.
Odprawiła go łagodnym pchnięciem. Zaskoczony Davian wyszedł jak niepyszny z rozlewającym się na twarzy rumieńcem.
Po drodze raz po raz kąsał dolną wargę. Czy jego uczucia naprawdę były aż tak widoczne? Asha spędzała w kuchni sporo czasu. Mógł mieć tylko nadzieję, że panna Alita okaże się na tyle taktowna, by nie wspomnieć dziewczynie o swoich podejrzeniach.
Skierował się prosto ku gabinetowi nadzorcy. W tej chwili szkolny dziedziniec tonął w ciszy; Jarras i jego stadko zniknęli. Nieco na uboczu pojedynkowała się dwójka młodszych uczniów, których poczynania nadzorowała wciąż posępna starsza Seandra. Poza tym panował bezruch.
Davian przystanął, by przyjrzeć się walce. Chociaż starał się jak mógł, zazdrość nie dawała mu spokoju, kiedy widział tryskające z dłoni uczniów, cienkie niczym rzemienie języki światła, które mknęły w powietrzu ku rywalowi i rozbijały się na jaśniejących, marszczących się tarczach Esencji. Przy każdym takim zderzeniu rozlegał się suchy trzask wyładowań.
Spróbował podejść do pojedynku na chłodno, analitycznie. Siły dzieciaków - żaden nie mógł mieć więcej niż dwanaście lat - wydawały się wyrównane, lecz Davian od razu zwrócił uwagę, że tarcza niższego jest bardziej kształtna, lepiej wykończona. W pewnym momencie jaskrawy rozbłysk Esencji przedarł się przez osłonę wyższego chłopca i musnął jego ramię. Ciszę rozdarł okrzyk zaskoczenia i bólu. Starcie zbliżało się ku końcowi.
Davian oderwał wzrok i poszedł dalej, tłumiąc w sobie frustrację, która odradzała się za każdym razem, gdy widział kogoś posługującego się Darem. Po prostu idź dalej, przekonywał sam siebie. Uporaj się szybko z obowiązkami i spróbuj ponownie. Innej recepty nie znał.
Zbliżając się do gabinetu nadzorcy, poczuł w brzuchu nerwowy ucisk; wspomnienie wczorajszej nocy wciąż było świeże. Drzwi Taleana były lekko uchylone, lecz gdy uniósł dłoń, by zapukać, doleciały go ze środka stłumione głosy. Jednego nie znał. W niewielkiej, zżytej społeczności szkoły przybysze z zewnątrz byli zjawiskiem niecodziennym do tego stopnia, że Davian zastygł.
- Mniemam zatem, że rozumiesz, co jest naszym rzeczywistym celem? - zapytał właściciel obcego głosu.
Kilka chwil ciszy, po czym:
- Przybywacie po chłopca. - Ten głos należał go Taleana.
- Tak jest. Strażnik północy uznał, że już pora.
Davian ściągnął brwi w zastanowieniu. Strażnik północy? Tak brzmiał tytuł naczelnego nadzorcy królestwa, brata samego monarchy. O czym oni mówią?
- To dobrze. Spełniają się moje nadzieje. Słyszałem o szkole w Arris.
- Zaatakowali też Dasari - odezwał się trzeci głos. Kobiecy i pochmurny. - Mniej więcej setka zabitych. Nikt niczego nie widział.
- Niezwykle to przykre - westchnął przeciągle Talean.
Rozległo się chrząknięcie, niedwuznacznie sugerujące, że chrząkający nie dowierza w szczerość słów nadzorcy.
- Powiedz, jak się tutaj chronicie?
- Bramy nieustannie strzeże trzech wartowników. Zwykle jest to ktoś ze starszych i dwójka starszych uczniów. W razie potrzeby dołącza trzeci. Mury obłożone są zaklęciem. Jeśli ktokolwiek spróbuje się na nie wspiąć, starsi dowiedzą się w jednej chwili. - Talean zawiesił głos. - Myślicie, że to za mało?
- Może tak, może nie - odparł pierwszy nieznajomy, na którym odpowiedź nadzorcy nie wywarła najlepszego wrażenia. - Jak na razie myślę, że tyle wystarczy.
- To dobrze. - Chwila ciszy. - Zatem podejrzewacie, że to łowcy, tak? Doszły mnie słuchy o...
Szmer kroków przy drzwiach rozległ się, jak na gust Daviana, stanowczo zbyt blisko. Chłopak wycofał się i uciekł. Nie miał pewności, czego dotyczyła rozmowa, lecz było jasne, iż nie była przeznaczona dla niego, a temat wydawał się na tyle poważny, że nie chciał przerywać w samym środku.
Przez kilka minut spacerował po korytarzach bez celu, niespokojnie rozważając w duchu podsłuchane rewelacje. Czyli szkołom groziło niebezpieczeństwo? Wiedział o zdarzających się od czasu do czasu napaściach - łowcy zazwyczaj tropili i mordowali Obdarzonych w pojedynkę, za co inkasowali nielegalne nagrody, lecz niekiedy organizowali się w liczniejsze oddziały i atakowali większe cele. Bywało też, że za aktami przemocy stali zwykli mieszczanie, którym nie w smak było, że w ich pobliżu żyją osoby zdolne posługiwać się Esencją. Niemniej Davian już od kilku miesięcy nie słyszał o żadnych napadach, a już z pewnością nie o tak poważnych, o jakich wspominali nieznajomi.
Westchnął. Zdał sobie sprawę, że usłyszał za mało, by wywnioskować, co się dzieje. Cóż, jeżeli sprawa była na tyle istotna, że uczniowie powinni się o niej dowiedzieć, starsi z pewnością o wszystkim ich poinformują.
Po pewnym czasie uznał, że może spróbować ponownie. I rzeczywiście, kiedy wrócił pod gabinet nadzorcy, drzwi zastał otwarte na oścież. Talean był sam i ze stropioną miną przeglądał jakieś notatki. Rękawy koszuli miał podwinięte za łokcie, a niebieski płaszcz wisiał na oparciu stojącego obok krzesła. Gdy Davian wszedł do środka i stanął przed biurkiem, nadzorca zsunął z nosa okulary i wstał z miejsca.
- Ach, zatem panna Alita wreszcie cię dopadła. Widzę jednak, że udało ci się zostać w jednym kawałku - rzucił z nutą rozbawienia.
Kąciki ust chłopaka powędrowały ku górze; ucieszył się, że Talean nie zamierza roztrząsać wydarzeń wczorajszej nocy.
- Wstrzymam się ze świętowaniem do momentu, gdy wszyscy się zorientują, że nie będzie obiadu - odparł.
- Racja, tak będzie najrozsądniej. - Talean uśmiechnął się szeroko, po czym skinął na Daviana i podszedł do stojącej w kącie komody. Kiedy uniósł dłoń, chłopak zauważył tatuaż widniejący na odsłoniętym prawym przedramieniu nadzorcy. Davian opanował dreszcz. Widok Znamienia niezmiennie przyprawiał go o ciarki.
Wyglądało tak samo jak jego własne - wpisane w okrąg sylwetki mężczyzny, kobiety i dziecka - lecz podczas gdy w przypadku Obdarzonych noszenie go było nieprzyjemną koniecznością, ponieważ znak pojawiał się wraz z pierwszym użyciem Esencji, nadzorcy swoje Znamiona przyjmowali dobrowolnie. Drugą różnicą była barwa - Znamiona nadzorców nie były czarne, lecz czerwone, przez co kojarzyły się ze śladami oparzeń, jakby wypalono je żelazem.
- Sporo czasu minęło, odkąd ostatnio musiałem ci to założyć - zauważy Talean, otwierając górną szufladę komody.
- Nie wysyłają mnie poza teren tak często jak innych. - Chłopak wzruszył ramionami. - Zupełnie nie wiem dlaczego - dodał sarkastycznie.
Talean obejrzał się na niego przez ramię.
- Chodzi o twoje bezpieczeństwo, Davian. Na ich miejscu zapewne postępowałbym podobnie. Nie widzę w tym nic złego - stwierdził, gładząc się po brodzie. - A skoro o tym mowa... Wiem, że rzadko bywałeś się poza murami sam jeden. Jeśli chcesz, poproszę starszego Olina, by znalazł ci towarzystwo.
- Minęły już trzy lata - przypomniał poczerwieniały na twarzy Davian i pokręcił głową. - Nie potrzebuję wyjątkowego traktowania. Z niczyjej strony - dopowiedział z naciskiem.
- Co prawda, to prawda - przyznał Talean z westchnieniem, po czym wydobył z szuflady bransoletę przypominającą kształtem podkowę, wykonaną ze splecionych wstęg czarnego niczym onyks metalu, wypolerowanego tak pieczołowicie, iż Davian ujrzał własne odbicie. - Wyprostuj rękę - podjął nadzorca. - Nie byłoby też od rzeczy, gdybyś usiadł.
Davian wzruszył ramionami.
- Nigdy dotąd nie działały na mnie przesadnie mocno.
- Nalegam - mruknął Talean. - Zbyt wielu uczniów chełpi się jak ty, a potem wszyscy się dziwią, czemu ich nie podtrzymałem, kiedy walnęli głową o ziemię. To samo zresztą tyczy się niektórych starszych, ale tego nikomu nie powtarzaj.
- No dobrze. - Davian rozciągnął wargi w uśmiechu i usiadł potulnie na najbliższym krześle.
Wyciągnął przed siebie lewą rękę, odsłaniając naznaczony tatuażem nadgarstek. Skrzywił się, gdy Talean przycisnął oba końce bransolety do jego Znamienia, i zadygotał, gdy magiczny przedmiot zaczął wtapiać się w ciało. Lodowaty metal rozlał się na całe przedramię i wreszcie zniknął na dobre pod skórą. Proces zajął ledwie kilka sekund. Chłopak podniósł wzrok na nadzorcę.
- Bez zbędnego pośpiechu - poradził obserwujący go uważnie Talean.
- Nie ma strachu. - Davian pokręcił głową. Dla większości Obdarzonych nakładanie Kajdan stanowiło przeżycie nieprzyjemne, a nawet traumatyczne: niektórzy zapadali w letarg, doznawali zawrotów głowy lub napadów mdłości. Davian natomiast poczuł się jedynie lekko osłabiony i trochę bardziej zmęczony niż przedtem, jakby zimny metal wykradł mu dwie godziny snu z poprzedniej nocy. Nawet zresztą i to mógł sobie po prostu wmówić, ostatnio przecież chodził niewyspany właściwie bez przerwy.
Wcześniej zawsze uważał tę swoją odporność za prezent od losu, dzisiaj jednak zaczął się zastanawiać, czy nie jest ona czasem świadectwem czegoś zupełnie innego. Tak czy inaczej, Davian wyraźnie czuł coś tuż pod skórą, coś z wolna wysysającego mu siły. Kajdany działały.
Wstał, nadal czując na sobie baczne spojrzenie Taleana. Potarł Kajdany palcem, powiódł opuszką po wygrawerowanych w chłodnej stali symbolach.
- Czasami sam nie wiem, dlaczego muszę to zakładać - odezwał się lekko zniechęconym tonem. Nadzorca uniósł brew i chłopak prychnął pod nosem. - Bez obaw. Nie podważam postanowień Paktu. Rzecz w tym, że przecież i tak nie potrafię korzystać z Daru. A to... W moim wypadku właściwie żaden z Nakazów nie ma zastosowania.
Przez oblicze Taleana przemknął skurcz, grymas tak przelotny, że chłopak nie był pewien, czy naprawdę cokolwiek zobaczył. Zaraz potem nadzorca pokiwał współczująco głową.
- Rozumiem cię doskonale. Niemniej... - złożył dłoń na ramieniu Daviana - na mocy Nakazu Czwartego, kiedy już wszystko załatwisz, wrócisz prosto do szkoły.
Davian wywrócił oczyma i niemal natychmiast poczuł w lewym barku łagodne ciepło. Nakaz zaczął działać. Pakt sam w sobie był dość zawiły - składał się z długiej serii poprawek i aneksów do andarskiego prawa - lecz Obdarzonych wiązała właściwie jedynie moc Nakazów. Od momentu pojawienia się Znamienia osoby te stawały się dosłownie niezdolne do złamania reguł stanowiących treść przysięgi złożonej strażnikowi północy przed piętnastoma laty. Sam fakt powołania się przez Taleana na Nakaz Czwarty zmuszał Daviana do wypełnienia treści polecenia.
- Czy to naprawdę konieczne?
- Mam ryzykować ucieczkę kolejnego nicponia?
- No dobrze. - Davian rzucił nadzorcy cierpki uśmieszek. - Zamelduję się po powrocie.
Wychodząc na dziedziniec, poczuł przypływ zdenerwowania; od rana nie miał czasu się nad tym zastanowić, lecz lada moment miał po raz pierwszy od kilku miesięcy znaleźć się sam poza terenem szkoły. W rozmowie z Taleanem zgrywał odważnego, lecz w rzeczywistości czułby się znacznie bardziej komfortowo, gdyby ktoś mu w tej podróży towarzyszył. Ale cóż, tak było zawsze. Nie mógł przecież pozwolić, by jego przeszłość - jego lęki utrudniały życie wszystkim dokoła.
Zaprzągł Jeni, szkolnego muła, do rozklekotanego, starego wózka. Stworzenie było łagodne i jak zawsze stało spokojnie, z zadowoloną miną, dopóki chłopak nie zapiął ostatniej klamry. Davian zauważył przy okazji, że na zwykle pustym dziedzińcu czekają trzy obce wierzchowce. Domyślił się, że należą do tajemniczych gości, których rozmowę z Taleanem podsłuchał pod gabinetem. Niebawem wszystko było gotowe do drogi. Chłopak wziął głębszy oddech, zebrał się w sobie, leciutko pociągnął za lejce Jeni i wyruszył do Caladel.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.