Trylogia leningradzka (tom 2). Czerwony jeździec - Julija Jakowlewa

-
Proszę czekać

POCZĄ­TEK

Poranne let­nie słońce doda­wało temu mia­stu uroku.

Szare, zwię­dłe domy po dru­giej stro­nie pro­spektu sta­wały się lżej­sze, nie­mal papie­rowe.

Budka, w któ­rej napra­wiał obu­wie, szybko się nagrzała. Na szy­bach roz­kwi­tły plamy kurzu i zacieki, roz­ma­zu­jąc ulicz­nych prze­chod­niów. W środku zro­biło się duszno. Pocią­gnął ręką zasuwę, popchnął drzwi. Tabliczka pod­sko­czyła i wyko­nała obrót, ude­rza­jąc o szkło. "Otwarte". Facet na chod­niku odsko­czył. O mało nie dostał drzwiami.

- Ej, sta­ruszku, nie roz­pę­dzaj się tak, bo się roz­sy­piesz! - roze­śmiał się chło­pak i chwy­cił za skrzy­piące skrzy­dło.

"Sta­ruszku"? To było dla niego za wiele, wyj­rzał na zewnątrz. Zdą­żył już tylko spoj­rzeć w ślad za chło­pa­kiem. Rap­tus miał let­nie mary­nar­skie pan­to­fle. Kro­czył w nich sprę­ży­ście. Wesołe, młode buciki.

Głowę owie­wał mu wie­trzyk od Newy.

Szewc popa­trzył w słońce, zmarsz­czył się i z iry­ta­cją ruszył z powro­tem do wnę­trza budki. Na kopy­cie pode­szwą do góry wisiał stary wymięty but z urwa­nym obca­sem. Wokół ponie­wie­rali się kolejni pacjenci, we wszyst­kich roz­mia­rach i bar­wach. Czuć było słaby, ale upo­rczywy zapach brud­nych nóg. Miesz­kańcy mia­sta przy­nie­śli mu do naprawy zimowe obu­wie. Let­nie porządki. Mach­nął szy­dłem. Obcas jest zupeł­nie do niczego. But zresztą też. Dotknij - to się roz­wali. Daw­niej się takie wyrzu­cało.

Ech, daw­niej. Co on wtedy wie­dział o takich butach i ich wła­ści­cie­lach? Wtedy - daw­niej.

"Sta­ruszku"! Żaden z niego sta­ru­szek. Nie ma co się obra­żać, bo to nie­prawda. Wciąż jesz­cze może o sobie powie­dzieć: po pięć­dzie­siątce.

I jesz­cze ten cały pro­spekt. Jak ten czort się teraz...? Pro­spekt Woło­dar­skiego. To prze­cież Litiejny! Litiejny! Ach, jak migo­tały tamte latar­nie przed ele­ganc­kimi czyn­szo­wymi kamie­ni­cami. Daw­niej. Jak pędziły rącze kłu­saki, przy­stro­jone w nie­bie­skie siatki.

Daw­niej.

Tu nie­da­leko, po sąsiedzku miał kawa­ler­skie miesz­kanko. Małe, bo ni­gdy nie był bogaty. Wie­czo­rami przy­cho­dzili swoi, puł­kowi. A te damy... Miłe, efe­me­ryczne motyle pół­światka. Ona miała kasz­ta­nowe włosy. Wil­gotne, arab­skie, jak to się mówi, oczy. Jak innym udaje się opi­sy­wać piękne kobiety? On nie potrafi. Boi się ich. Przez tę okropną histo­rię... Dała mu w kość. Opi­sać kobyłę to zupeł­nie inna sprawa. Szyja smu­kła. Zwarty kłąb. Grzbiet i lędź­wie mocne. Pra­wi­dłowy roz­staw nóg. Zad spa­dzi­sty. Jak miała na imię? Tro­ska? A może Gdzie­ra­dość? Była córką Silver Winda i Żwa­wej. Wszystko, wszystko wraca, jak tylko zaczniesz sobie przy­po­mi­nać. A Żwawa? Czyją była córką?

Pod­niósł głowę znad roboty. Ale okna kamie­nic naprze­ciwko nie chciały mu nic pod­po­wie­dzieć. Spo­glą­dały tylko na niego jak śle­pawe oczy peters­bur­skiej kur­ty­zany, która paskud­nie się zesta­rzała. Te oczy nie pamię­tały już niczego. Daw­niej­sze apar­ta­menty zmie­niły się w komu­nałki: dzie­sięć pokoi na dzie­sięć rodzin, wspólna łazienka, wspólna toa­leta, wspólna kuch­nia, wspólna gehenna. Zapach tych kamie­nic przy­wo­dził na myśl ubo­gie, zanie­dbane sta­ru­chy. Czuć było od nich moczem i więd­ną­cym cia­łem.

Prze­chod­nie na pro­spek­cie mijali jego budkę, tupiąc, szu­ra­jąc i postu­ku­jąc. Byli nie do odróż­nie­nia. Każdy zajęty swo­imi szaro-czarno-burymi, przy­ku­rzo­nymi, zadep­ta­nymi, kopiej­ko­wymi kło­po­tami. Czubki, zapiętki, pode­szwy. Nic ele­ganc­kiego, smu­kłego, zalot­nego... Z obrzy­dze­niem zru­gał samego sie­bie za to swoje nowe sowiec­kie przy­zwy­cza­je­nie. Przy­zwy­cza­je­nie imie­nia Woło­dar­skiego. Za to, że naj­pierw patrzył ludziom na buty. Pod­niósł wzrok na twa­rze. Ale te pły­nące wokół niego były jed­na­kowe jak szty­blety.

Wró­cił do swo­jej roboty. Pod­wa­żył obcas zębami młotka, trzep­nął w trzo­nek dło­nią i posłał obcas do wszyst­kich dia­błów.

Stu­ka­nie w szybę.

I znowu - prze­klęte przy­zwy­cza­je­nie! - popa­trzył naj­pierw na pan­to­fle. Lakie­ro­wany czu­bek stał na progu budki. Zapach­niało czymś słod­kim i dusz­nym. Pod nos pod­su­nięto mu kwi­tek. Wziął, przez szkła oku­la­rów stu­dio­wał fio­le­to­wawe zawi­jasy. Spraw­dził na półce. Zwró­cił kar­teczkę.

- Nie­go­towe.

- Jak to "nie­go­towe"?

Pan­to­fle były nowe, żad­nych zagięć. Stopy sze­ro­kie, twarz bez wyrazu. Nawet nowiutki kape­lu­sik nie poma­gał. Bab­sko. Pierw­sza lep­sza Mańka. Takiej nie pomoże nawet dom mody Śmierć Męż­czy­znom, nawet zamknięty roz­dziel­nik, nawet talony od męża na wyso­kim sta­no­wi­sku. Nic nie pomoże. Klasa panu­jąca!

- Nie­go­towe.

Pró­bo­wał zamknąć drzwi. Lakie­ro­wany czu­bek na to nie pozwo­lił. O drzwi oparła się potężna ręka. "Budowa krzepka ze skłon­no­ścią do puch­nię­cia, gdzie­nie­gdzie opoje" - zauwa­żył naraz pro­fe­sjo­nal­nie i drwiąco. Takie kobyły się ubyt­ko­wało. A bab­sko skrze­czało:

- Powinny być na wczo­raj! Swo­łocz! Szkod­niku pie­kielny, przy mnie będziesz teraz robił! Z miej­sca się nie ruszysz, póki nie zro­bisz! Już ja ci pokażę! Choć­bym cię miała batem popę­dzać! Ty gadzie!

Prze­kleń­stwa wyle­wały się z uma­lo­wa­nych ust. Z czer­wo­nego "o", tłu­stym dru­kiem.

Widział już takie jak ona miliony razy. Nie bał się ich. Ze spo­ko­jem obró­cił tabliczkę: "Zamknięte". Zdjął far­tuch. Ode­pchnął bab­sko ramie­niem i wyszedł. Demon­stra­cyj­nie spoj­rzał na zega­rek. Na jej oczach zało­żył kłódkę. Zatrza­snął. I ruszył pro­spek­tem imie­nia tego czorta Woło­dar­skiego. Litiej­nym. Prze­kleń­stwa leciały w ślad za nim, ale nie mogły go dosię­gnąć. Jak dobrze jest być szew­cem i nikogo się nie bać. Praca zawsze się znaj­dzie. A upaść niżej nie można, bo nie ma już gdzie.

Klatka scho­dowa była pod­upa­dła jak cały Peters­burg za wła­dzy radziec­kiej. Ale nawet taka - pod­śmier­du­jąca, z farbą olejną, którą admi­ni­stra­cja oszpe­ciła ściany, i z uświ­nio­nymi scho­dami, dawno odar­tymi z dywanu - wciąż pozo­sta­wała peters­bur­ską klatką scho­dową. Zwol­nił kroku. Przy­mknął oczy. Pora­ża­jące.

Za każ­dym razem, kiedy wspi­nał się po tych scho­dach, czuł się nie tak, jakby wcho­dził na pierw­sze pię­tro, ale jakby wynu­rzał się z wody. A ona zmy­wała z niego wszystko: pro­spekt Woło­dar­skiego, budkę, nowe radziec­kie słówka, radziec­kie nawyki, gehennę, obłęd i tęsk­notę. Kiedy sta­wał w kory­ta­rzu na pierw­szym pię­trze, był znowu tym, kim był naprawdę: pod­sta­rza­łym, ale krzep­kim, żyla­stym porucz­ni­kiem pułku N, w sta­nie spo­czynku. Miło­śni­kiem kłu­sa­ków.

Wolał myśleć o sobie, że jest żyla­sty, a nie wychu­dzony.

Drzwi do miesz­ka­nia otwo­rzyły się wła­ści­wie natych­miast. Jakby Alek­sandr Afa­na­sje­wicz pod nimi cza­to­wał. Wymie­nili uśmie­chy. W mil­cze­niu prze­szli przez zawa­lony gra­tami, wali­zami i miskami kory­tarz. Mijali drzwi, za któ­rymi miesz­kali sąsie­dzi. Alek­sandr Afa­na­sje­wicz wpu­ścił go do swo­jego pokoju. Przez uła­mek sekundy kory­tarz wypeł­niły roz­gwar gło­sów i ta nie­okre­ślona mie­sza­nina śmie­chów, szczę­ków, stu­ków, brzę­ków i sze­le­stu, które zawsze towa­rzy­szą uro­czy­stym przy­ję­ciom. A potem drzwi znowu sta­nęły na straży tych wszyst­kich przy­jem­nych dźwię­ków. Miękko mla­snęła kau­czu­kowa taśma uszczel­nia­jąca przy­twier­dzona ze wszyst­kich czte­rech stron.

Przy­ję­cie zdą­żyło już się roz­krę­cić.

Wszy­scy się z nim witali. Przez stół wycią­gali ręce w jego stronę. Puł­kowi towa­rzy­sze. Tylko oni nie budzili w nim stra­chu i wstrętu, w prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych po tej całej histo­rii. Ści­skał wycią­gnięte ku niemu dło­nie. Odpo­wia­dał z oży­wie­niem i uśmie­chem. Par­skały śmieszki. Dobie­gały go urywki roz­mów. Już odsu­wał krze­sło. Już mu nale­wali. Stu­kały kie­liszki. Za dłu­gim sto­łem zmie­ścił się ponad tuzin męż­czyzn. Hałas mie­szał się z sinym dymem z papie­ro­sów.

- Ach, mój drogi, powtórz, pro­szę, raz jesz­cze i gło­śniej.

- Panie rot­mi­strzu! Może jesz­cze nalewki?

Na taler­zach leżało coś sza­ra­wego. Posi­łek nędza­rzy. Każdy z nich był teraz nędza­rzem. Two­rzyli całą hała­strę bie­da­ków: war­tow­ni­ków, inka­sen­tów, stró­żów noc­nych. No bo gdzie indziej zechcie­liby "takie relikty", byłych car­skich ofi­ce­rów? Za to tale­rze, kie­liszki, obrus, widelce i noże były z dobrego domu. A wspo­mnie­nia - praw­dziw­sze i żyw­sze niż codzien­ność. Sły­chać było tylko:

- A pamię­ta­cie?...

- Niech panu Bóg bło­go­sławi, Szuro, za to, że inte­re­so­wał się pan muzyką.

- Nie mnie! Nie mnie! - krzyk­nął szpa­ko­waty tłu­ścio­szek Alek­sandr Afa­na­sje­wicz, zwany Szurą, dawny książę Odo­jew­ski. Puł­kowy towa­rzysz. - Ale mojej świę­tej pamięci mał­żonce. Nie mogła ścier­pieć muzyki, bie­daczka. Nerwy! Trzeba było ścią­gać drzwi aż z Włoch. Razem ze skrzyp­cami - powie­dział, chi­cho­cząc.

Wszy­scy obecni znali ten sekret: pokój był daw­niej miej­scem muzycz­nych ćwi­czeń gospo­da­rza, Szury, księ­cia Odo­jew­skiego. Po rewo­lu­cji wci­śnięto tu i jego samego - do naj­skrom­niej­szego z pokoi. Pomiesz­cze­nia tak małego, że wła­ści­wie bied­nego. Pro­le­ta­riac­kim bał­wa­nom nie przy­szło nawet do głowy, że wypo­sa­że­nie tej mni­siej celi kosz­to­wało Odo­jew­skiego dro­żej niż cały buduar jego cier­pią­cej na nerwy mał­żonki razem ze wszyst­kimi jej bibe­lo­tami. Ściany, pod­łoga, sufit, fra­muga drzwi - wszystko było zręcz­nie odizo­lo­wane od reszty miesz­ka­nia. Pra­co­wał nad tym pewien wło­ski mistrz, spe­cjal­nie do tego zamó­wiony. To nie był pokój, ale muzyczna szka­tułka. Żaden dźwięk nie miał prawa prze­śli­znąć się na zewnątrz. Tam, do zete­se­re­rii.

- To może byśmy coś zaśpie­wali?

- "Boże, zacho­waj cara! W sile i potę­dze!"

Trą­cili go w bok, bary­ton się roz­kasz­lał. To wywo­łało kolejny wybuch rado­ści. Nie­wy­myślne kole­żeń­skie żarty.

- Zaprze­pa­ścił pan wielką ope­rową karierę!

- Co?

Nowo przy­by­łemu mimo wszystko zro­biło się tro­chę nie­swojo. Podob­nie czułby się czło­wiek idący po moście ze szkła: niby masz grunt pod nogami, ale...

- A czy to bez­pieczne? - Wska­zał wzro­kiem na ścianę, na sąsia­dów.

Szura zachi­cho­tał. I sam pod­chwy­cił gło­śno:

- "Panuj na naszą sławę! Panuj na wro­gów obawę!"

Dzwo­nie­nie kie­lisz­ków nie dało mu dokoń­czyć. Rado­sne głosy zde­rzały się ze sobą ponad sto­łem:

- Za cie­bie, kochany!... Pań­skie zdro­wie!... Niech będzie pochwa­lony ten dom!... Za muzykę! Za twoje skrzypce! Co my byśmy bez niego zro­bili!... Te nasze spo­tka­nia są dla mnie jak świeże powie­trze... Za wiele kolej­nych razów!...

Wszy­scy uno­sili kie­liszki. Wszy­scy się nimi trą­cali. On też uno­sił. On też się trą­cał. Ale nagle odsu­nął swój kie­li­szek. W odpo­wie­dzi natych­miast naprę­żyły się ramiona gru­ba­wego męż­czy­zny z okrą­głą siwą bródką. Jego ręka pozo­sta­wała wycią­gnięta, bły­snęły zawie­szone na sznurku bino­kle. Jego twarz pobla­dła z lekka, ale spra­wiał wra­że­nie, jakby nie został znie­wa­żony. Uniósł kie­li­szek jesz­cze wyżej w geście pozdro­wie­nia i powie­dział życz­li­wie:

- No co też pan, Juriju Gie­or­gi­je­wi­czu? Długo to się będzie cią­gnąć?

- Nie - wyce­dził chłodno. Jego głos brzmiał teraz ina­czej: praw­dzi­wie. To nie był ten głos, który każ­dego dnia przyj­mo­wał od radziec­kich oby­wa­teli szty­blety i odpo­wia­dał im: "Się zoba­czy". To był jego wła­sny głos. Każdą sylabę wyma­wiał po peters­bur­sku, wyraź­nie:

- Z panem, panie Buto­wicz, nie mam ochoty się trą­cać.

Wśród szczęku, stuku i roz­mów nikt nie zauwa­żył tej odmowy. Ale gospo­darz, Szura Odo­jew­ski, wyła­pał usterkę w wesoło i ruty­nowo dzia­ła­ją­cym mecha­ni­zmie. Ruszył do obu męż­czyzn z butelką.

- Czy wszy­scy mają pełne puchary? Czy nikomu nic nie bra­kuje, pano­wie? - Z gościn­nym uśmie­chem spo­glą­dał to na jed­nego, to na dru­giego. Ale pod gościn­no­ścią ukry­wała się trwoga.

- Nie wie­dzia­łem, Szuro, że zapro­si­łeś tu dzi­siaj jed­nego z tych panów, co nie podają ręki. - Twarz Buto­wi­cza przy­brała kamienny wyraz.

- Dość, Juriju Gie­or­gi­je­wi­czu - powie­dział Szura do nowo przy­by­łego. - Teraz wszy­scy jeste­śmy jedno i to samo. Warto się tak czu­bić?

Jurij Gie­or­gi­je­wicz pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że roz­mowy za sto­łem uci­chły. Zamarły noże i widelce, zasty­gły kie­liszki. Jedy­nie cie­niutka smużka dymu uno­siła się nad nie­ru­cho­mym papie­ro­sem w czy­ichś pal­cach.

- Ja i pan Buto­wicz to nie jedno i to samo. Ja nie służę bol­sze­wi­kom. Nie szla­jam się z komi­sa­rzami. W odróż­nie­niu od niego.

- Ja nie służę bol­sze­wi­kom! - wybuchł nagle Buto­wicz. - Ja służę koniom! Gdy­bym nie został wtedy w hodowli, to...

- We wła­snym majątku. W swo­jej hodowli koni - popra­wił go z drwiną Jurij Gie­or­gi­je­wicz.

- Ja nie wal­czę o swój mają­tek.

- Ale o swoją skórę - pośpie­szyła chłodna ripo­sta.

- O konie! Tak, wal­czę o nie! O kłu­saka orłow­skiego.

Buto­wicz powiódł wzro­kiem po sie­dzą­cych za sto­łem w poszu­ki­wa­niu wspar­cia.

- To... to nie­uczciwe. Innym wyba­cza­cie. Karierę w radach. A mnie nikt nie wyba­cza? Czy tu cho­dzi o co innego? Co? Cho­dzi o tę histo­rię? Naprawdę znowu ta histo­ria?!

Ale kiedy tylko spo­ty­kał czy­jeś spoj­rze­nie, ono lodo­wa­ciało. Począt­kowo pozo­stali sta­rali się spra­wiać wra­że­nie, że nie zauwa­żają sło­nia w salo­nie. W imię tych dro­go­cen­nych rzad­kich spo­tkań, w imię gościn­no­ści Szury, w imię prze­szło­ści. Ale teraz nie ukry­wali już swo­ich uczuć. Mieli dla niego tylko pogardę.

- Dobrze. Niech będzie. Przy­znaję. W tam­tej spra­wie tro­chę prze­szar­żo­wa­łem. No ale ile można o tym? Czy nie widzi­cie tego, co naj­waż­niej­sze? Ura­to­wa­łem je! Konie nie zgi­nęły! Wspa­niała rosyj­ska rasa nie zgi­nęła! Linia wspa­nia­łego Krie­py­sza nie zgi­nęła w Rosji! Bo ja się o to posta­ra­łem. Wal­czy­łem! A pan, Juriju Gie­or­gi­je­wi­czu, gdzie pan był przez cały ten czas? Wspo­mi­nał pan swoje nic nie­warte ame­ry­kań­skie metysy? Pił pan gorzką i opła­ki­wał dawną służbę?

Ale mil­cze­nie zdą­żyło już zmro­zić pokój. Nawet naj­bar­dziej dobro­duszny z ludzi Szura patrzył na Buto­wi­cza nie­ustę­pli­wie i osą­dzał, jed­no­cze­śnie jakby prze­pra­sza­jąc za swoją nie­na­wiść, tak jak wypada gospo­da­rzowi przed gościem.

Buto­wicz wstał, rzu­cił ser­wetką, zła­pał w dłoń wyśli­zgu­jące się szkiełka bino­kli. I wyszedł z pokoju, który dawno temu, w innym życiu, został obity przez wło­skiego rze­mieśl­nika dźwię­kosz­czel­nym mate­ria­łem.

Wyszedł do Lenin­gradu roku 1931.

Roz­dział 1

Olga Dmi­tri­jewna po raz kolejny prze­ło­żyła wielką wacianą ręka­wicę. Tym razem z pra­wego krańca stołu na lewy.

- ...a naj­bar­dziej obu­rza­jące jest to, że ci tak zwani spe­cja­li­ści nie rozu­mieją zupeł­nie ni-cze-go. Gdy­by­ście widzieli, co oni mi za mate­riał przy­wieźli! To prze­cho­dzi ludz­kie poję­cie! I to jesz­cze za walutę!

Z jej słów Zaj­cew już sam się domy­ślił, że w tym przy­padku pań­stwo radziec­kie walutę prze­pu­ściło. Ręka­wica przy­po­mi­nała kuchenną, była jedy­nie więk­sza, grub­sza i dłuż­sza. Trudno było sobie wyobra­zić, że Olga Dmi­tri­jewna zakłada ją na chudą rękę i idzie się szar­pać z kolej­nym psem, który zaci­śnie na ręka­wicy szczęki.

A ponadto Olga Dmi­tri­jewna miała na nazwi­sko Kot­kina.

- Skąd oni wzięli te par­szywe kun­dle! - obu­rzała się. - Ofermy! Rwą się do rzą­dze­nia, a nie mają żad­nej wie­dzy ani doświad­cze­nia.

- Naj­wi­docz­niej nie­mieccy towa­rzy­sze to nie­zbyt dobre towa­rzy­stwo - ode­zwał się pojed­naw­czo Zaj­cew. - Skoro pod­su­nęli wam kun­dle.

Chciał jak naj­szyb­ciej sobie stąd pójść. Dowie­dział się już od Olgi Dmi­tri­jewny wszyst­kiego, czego potrze­bo­wał. Lista człon­ków i instruk­to­rów Klubu Hodowli Psów Służ­bo­wych przy Towa­rzy­stwie Współ­dzia­ła­nia na rzecz Obrony i Budow­nic­twa Lot­ni­czo-Che­micz­nego Oso­awia­chim leżała pod jego dło­nią na stole. Paliła go w tę dłoń.

Ktoś z tej listy był zna­jo­mym Alek­sieja Alek­san­dro­wi­cza, obłą­ka­nego miło­śnika sztuki, który obrazy kochał bar­dziej niż ludzi. Obrazy, które Ermi­taż sprze­da­wał za tę samą prze­klętą walutę. W imię tych płó­cien Alek­siej Alek­san­dro­wicz mor­do­wał ludzi. Z ich ciał ukła­dał sceny przed­sta­wione na muze­al­nych arcy­dzie­łach. I gdyby nie tra­fił ze swoją sztuką na wyspę Jeła­gina, gdzie towa­rzysz Kirow posta­no­wił zbu­do­wać sobie park kul­tury i wypo­czynku, w Lenin­gra­dzie wciąż zni­ka­liby ludzie nikomu nie­po­trzebni, a ich dzi­waczne zabój­stwa w końcu lądo­wa­łyby w archi­wum umo­rzo­nych spraw.

Zresztą skąd tutaj to "-by", skąd ten czas prze­szły! Cho­dzi o czas cał­ko­wi­cie teraź­niej­szy: Alek­siej Alek­san­dro­wicz nie został zła­pany, roz­pły­nął się w prze­strzeni Kraju Rad. Nawet trupy psów, któ­rymi poszczuł Zaj­cewa i Nie­fie­dowa, znik­nęły, spły­wa­jąc Newą do Zalewu Fiń­skiego.

Zabójca, któ­rego zna­lazł, ale któ­rego nie zła­pał.

Zabójca, któ­rego zła­pie.

Został mu jeden ślad: psy. Dosko­nale wyćwi­czone psy służ­bowe. Nie ma ich w Lenin­gra­dzie zbyt wiele. Od psa można popro­wa­dzić smycz aż do czło­wieka.

Takich ludzi, spe­cja­li­stów od psów, jest jesz­cze mniej. To ktoś z tej listy. Ktoś, kto tre­no­wał czwo­ro­nogi obłą­ka­nego mor­dercy z Ermi­tażu. Albo prze­ka­zał mu wytre­so­wane zwie­rzęta. Albo je z nim oswoił. Albo nauczył go, jak z nimi postę­po­wać. Albo po pro­stu go znał: jak znają się wiel­bi­ciele znacz­ków pocz­to­wych, rzad­kich kak­tu­sów i gołębi. Lub raso­wych psów.

Moż­liwe, że Alek­siej Alek­san­dro­wicz był już nie­groźny. Pra­co­wał jako księ­gowy w, dajmy na to, Rybiń­sku. Park na wyspie Jeła­gina został szczę­śli­wie otwarty i odwie­dzają go ludzie pracy, cie­szą się tam kul­turą i wypo­czyn­kiem. Za prze­stęp­stwo Alek­sieja Alek­san­dro­wicza wymie­rzono już karę. Innym, nie­win­nym.

To wystar­cza takiemu, na przy­kład, naczel­ni­kowi Lenin­gradz­kiego Wydziału Śled­czego Mili­cji Kop­tiel­ce­wowi, daw­nemu gepe­usz­ni­kowi. Ale Zaj­cew nie przyj­mo­wał zapłaty w fał­szy­wych bank­no­tach. Nie zamie­rzał porzu­cać śledz­twa.

Bez spe­cjal­nego skrę­po­wa­nia spoj­rzał na zegar nad głową Olgi Dmi­tri­jewny. Wyobra­ził sobie długą, ciemną, męczącą drogę powrotną. Przez błoto aż na peron, potem kolejką ze sta­cji Far­fo­row­ska. Dobrze byłoby zdą­żyć na pociąg, zanim z por­tierni fabryki por­ce­lany wysy­pie się kolejna zmiana. Skrzyp­nął krze­słem. Olga Dmi­tri­jewna wyglą­dała na inte­li­gentną, ale nie zro­zu­miała alu­zji. Jej miłość do owczar­ków nie­miec­kich była ponad wszel­kie kon­we­nanse. Zapa­liła się:

- atu­ral­nie! Ale od czego ma się oczy? Jasne, że jak się nie ma wie­dzy ani doświad­cze­nia, to o czym tu gadać. Ich jedyna zaleta to pro­le­ta­riac­kie pocho­dze­nie! - wypa­liła. I zre­flek­to­wała się. Ręka, drobna i biała, zasty­gła na powierzchni gru­bej, sza­rej ręka­wicy.

Zaj­cew pośpie­szył jej z pomocą: udał, że niczego nie usły­szał. Zmie­nił temat. Pod­su­nął jej listę.

- Olgo Dmi­tri­jewno, a czy ci towa­rzy­sze od dawna u was pra­cują?

Ta nieco zbyt szybko schwy­ciła kartki wypeł­nione nie­bie­skimi grząd­kami liter. Z prze­sad­nym sku­pie­niem wzięła się do czy­ta­nia. Opu­ściła oczy. Tylko zaczer­wie­nione ucho ją zdra­dzało. I jesz­cze ręka­wica. Znowu poje­chała na drugi koniec stołu.

- Gra­czew, pra­cuje u nas... Popowa przy­szła póź­niej... Koro­bow zaczy­nał, kiedy... Szti­glic - mam­ro­tała - daj mi, Boże, pamięć...

Zaj­cew już pogo­dził się z tym, że będzie musiał cisnąć się razem z wra­ca­ją­cymi do mia­sta robot­ni­kami. Imiona szu­miały i ula­ty­wały. Usy­piały niczym kapa­nie desz­czu. Nie­mniej jedno z nich zadud­niło nad­zwy­czaj potęż­nie. Zaj­cew prze­bu­dził się; począt­kowo myślał, że się prze­sły­szał.

- Edgar von Dürenburg? - powtó­rzył.

Kot­kina z nie­do­wie­rza­niem unio­sła twarz: a co? Zaj­cew pomy­ślał ze zdzi­wie­niem, że w czter­na­stym roku po rewo­lu­cji, już po czer­wo­nym ter­ro­rze, po czyst­kach i zsył­kach, w radziec­kiej insty­tu­cji, jaką nie­wąt­pli­wie był Klub Hodowli Psów Służ­bo­wych przy Towa­rzy­stwie Oso­awia­chim, ktoś pomi­nął taki odprysk prze­szło­ści, kogoś o tak rzu­ca­ją­cym się w oczy nazwi­sku.

- To jej dog. Wołają na niego von Dürenburg - wyja­śniła cier­pli­wie, lecz wynio­śle. - Pierw­sza nagroda na wysta­wie w 1914 roku. A jego opie­kunka to Pali­cyna. Natalja Dmi­tri­jewna Pali­cyna. Nasza instruk­torka.

Po peł­nym sza­cunku gło­sie Zaj­cew poznał, że Pali­cyna mogła pochwa­lić się wie­dzą i doświad­cze­niem. Ale czy też pro­le­ta­riac­kim pocho­dze­niem? Z pew­no­ścią nie. Zaj­cew uśmiech­nął się w myślach. Nie daro­wał sobie:

- Pro­szę wyba­czyć, a Szti­glic to też dog?

Kot­kina posłała mu mor­der­cze spoj­rze­nie.

- To nasz instruk­tor. Towa­rzysz Szti­glic. Entu­zja­sta, oddany spra­wie - powie­działa to wyraź­nie gło­sem, na któ­rego dźwięk kła­dły się na brzu­chach zarówno owczarki nie­miec­kie, jak i roz­sz­cze­kane mie­szańce, przez głu­potę kupione za pań­stwową walutę.

Zaj­cew posta­no­wił nie doci­skać jej pyta­niami o to, czy to krewny tych Szti­gli­ców, Szti­gli­ców milio­ne­rów i baro­nów. A raczej daw­nych milio­ne­rów i baro­nów, daw­nych wła­ści­cieli daw­nego pałacu w zaułku Sola­nym, obec­nie sie­dziby uczelni arty­stycz­nej.

Towa­rzyszka Kot­kina zamknęła usta na kłódkę. Wszystko jasne: wła­śnie tych.

Zaj­cew się­gnął po leżącą przed nią listę. Scho­wał za pazu­chę mary­narki. Czuł się jak w dzie­cię­cej zaba­wie w cie­pło, zimno: cie­pło, cie­pło. Koniu­szek smy­czy pro­wa­dzą­cej do Alek­sieja Alek­san­dro­wi­cza ster­czał gdzieś w pobliżu. Jedno z tych nie­bie­skich nazwisk. Cóż, znaj­dzie ten koniu­szek i pocią­gnie.

Podzię­ko­wał towa­rzyszce Kot­ki­nie z naj­więk­szą moż­liwą ser­decz­no­ścią.

Bro­dził w bło­cie, czu­jąc jak słońce pie­cze go w plecy.

- Wr-r-r-chaps! Chaps!

O mało nie pod­sko­czył. Kudłaty pie­sek szcze­rzył zęby i szar­pał się, pró­bu­jąc ugryźć go w łydkę. Ale nic nie mógł zro­bić. Łań­cuch.

- Wr-r-r-chaps! Chaps!

Zaj­cew uśmiech­nął się pod nosem. Niby tre­nują tu wil­czury, a na łań­cu­chu czort wie co, pod­nó­żek fotela. Po chwili zdał sobie sprawę, że jed­nak najadł się stra­chu, kiedy kun­de­lek zaczął szcze­kać. Strach minął, ale obrzy­dze­nie pozo­stało.

Nie zdą­żył tego prze­ana­li­zo­wać, bo za jego ple­cami stuk­nęła okienna fra­muga i Kot­kina zawo­łała go potęż­nym gło­sem:

- Towa­rzy­szu Zaj­cew!

Wr-r-r! - War­cze­nie gdzieś na wyso­ko­ści nóg nie usta­wało. Podzwa­niał łań­cuch.

Zaj­cew się odwró­cił.

- Pro­szą was do tele­fonu - oznaj­miła nie­na­tu­ral­nie piskli­wym tonem Kot­kina.

A to co znowu? Czyżby coś sobie przy­po­mniała, roz­wa­żyła i zde­cy­do­wała się jesz­cze z nim poroz­ma­wiać w cztery oczy? O czym?

Zawró­cił i czła­pał przez błoto. Pan­to­fle zro­biły się już cięż­kie od gliny.

Ku jego zasko­cze­niu czarna słu­chawka fak­tycz­nie cze­kała na biurku. Kot­kina wska­zała w jej stronę brwiami. Odsu­nęła się demon­stra­cyj­nie, dając znak, że nie pod­słu­chuje. Zdjęła z wie­szaka grubą wacianą kurtkę i zaczęła ją zakła­dać. Była w kilku miej­scach przedarta, ster­czała z nich brud­nawa wato­lina. Nie chciał sobie wyobra­żać zębów, które tego doko­nały. Zamarł ze słu­chawką w dłoni. Przy­po­mniał sobie gło­śne odde­chy zwie­rząt, ich zwinny bieg w kie­runku rzeki - pościg za nim. Uczu­cie, kiedy zwie­rzę sza­mo­cze ci się w rękach. Lodowe obję­cia rzeki, z któ­rej jesz­cze nie spły­nął lód. Sre­brzy­ste bąbelki z pyska.

Na jego nazbyt dłu­gie spoj­rze­nie Kot­kina odpo­wie­działa pyta­ją­cym wzro­kiem.

Zaj­cew obró­cił się i pod­niósł słu­chawkę do ucha.

- Zaj­cew. Słu­cham.

Zro­zu­miał nagle, że cze­kał na głos Alek­sieja Alek­san­dro­wi­cza.

W uchu zagrze­cho­tał mu teno­rek Kracz­kina.

- Wasiu? Dobrze, że cię zła­pa­li­śmy.

- Już jadę.

- Pier­ni­czek miał wypa­dek - powie­dział Kracz­kin gro­bo­wym tonem. I umilkł.

- Jaki Pier­ni­czek? - Mil­cze­nie. - Jesteś pijany czy co? - Zaj­cew spró­bo­wał zażar­to­wać. Ale mil­cze­nie w słu­chawce było zupeł­nie poważne.

- Jedź pro­sto na Hipo­drom Sie­mio­now­ski - rzu­cił pośpiesz­nie Kracz­kin.

Roz­łą­czył się.

- Wszystko w porządku? - spy­tała tro­skli­wie towa­rzyszka Kot­kina, zapi­na­jąc guziki dzi­wacz­nej kurtki.

* * *

Kracz­kin był nie tylko zupeł­nie trzeźwy, ale też cał­ko­wi­cie poważny. Twarz i całą syl­wetkę miał jakby zwi­nięte i skur­czone. Czuł się nie­swojo. Zaj­cew dostrzegł to z daleka. Wysko­czył z tram­waju na daw­nym placu Sie­mio­now­skim.

Jesz­cze przed rewo­lu­cją urzą­dzono tu hipo­drom: zbu­do­wano pawi­lon, zbito try­buny, usy­pano tory wyści­gowe.

A jesz­cze wcze­śniej - wie­szano tu ludzi. Prze­stęp­ców poli­tycz­nych.

Kracz­kin cze­kał przed wej­ściem. Mach­nął ręką. Zaj­cew pod­szedł. W kilka chwil prze­szu­kał swoją pamięć, tak jak jed­nym ruchem prze­kart­ko­wuje się książkę: fr-r-r-r. Ale nie przy­po­mniał sobie nikogo o ksywce Pier­ni­czek. Ani zło­dzieja, ani meli­nia­rza, ani ban­dyty, ani mło­do­cia­nego, ani mor­fi­ni­sty, ani pasera, ani drob­nego żulika. Ani nawet sza­chraja buk­ma­chera. Na hipo­dro­mie się grało - i o duże stawki, i o małe, a nawet o mikro­sko­pijne, gdy dwóch dzie­liło mię­dzy sie­bie jed­no­ru­blowy zakład. Obsta­wiano ofi­cjal­nie - w kasach. I nieofi­cjal­nie - u krę­cą­cych się wokoło sza­chra­jów. Tej ferajny Zaj­cew nie znał. Ow­szem, kan­to­wało się tutaj, ale nikt nie mor­do­wał i dla­tego druga bry­gada nie miała do czy­nie­nia z tutej­szą publicz­no­ścią.

- A nas po co wezwali?

- Cho­ciaż "dzień dobry" byś powie­dział.

- Dzień dobry, Kracz­kin.

- Domyśl się - wymam­ro­tał Kracz­kin, pusz­cza­jąc go przo­dem. I z gory­czą pokrę­cił głową.

Wśród pustych try­bun wiatr roz­pę­tał papie­rową zamieć. Zmięte, porwane pokwi­to­wa­nia zakła­dów walały się dookoła. Zaj­cew trą­cił nogą papie­rowy szron.

- Grają - stwier­dził Kracz­kin.

Miej­skie kasyna zamknięto cał­kiem nie­dawno, razem z restau­ra­cjami nale­żą­cymi do nep­ma­nów i wszyst­kimi intrat­nymi pry­wat­nymi przed­się­wzię­ciami. Ale nie da się po kilku latach ot tak wyko­rze­nić hazardu z oby­wa­teli. Hipo­drom, a raczej jego tota­li­za­tor, stał się ostat­nim miej­scem w Lenin­gra­dzie, gdzie każdy mógł się prze­ko­nać, że - tak jak śpiewa w Damie piko­wej Ger­man - "nasze życie to jest gra, dzi­siaj ty, jutro ja".

W oddali maja­czyła postać stój­ko­wego w mun­du­rze, posta­wio­nego tu na wszelki wypa­dek.

Zaj­cew już dostrzegł obró­cony szkie­let powozu. Dwa uszko­dzone koła ster­czały bez­rad­nie. Woź­nica w pasia­stej kurtce leżał twa­rzą do ziemi.

Można go było wziąć za zrzu­cony z dużej wyso­ko­ści mane­kin. Ręce roz­po­starte, stopy zwró­cone ku górze. Twarz uma­zana była kurzem, który natych­miast wymie­szał się z krwią. Buch­nęła magne­zowa lampa bły­skowa, zare­je­stro­wano uło­że­nie ciała. Ale Zaj­cew sam już utrwa­lił sobie wszyst­kie szcze­góły. Zwol­nił kroku. Chciał przy­kuc­nąć przy ciele. Ale Kracz­kin nagle go pocią­gnął, dając znak: idziemy dalej, prze­cho­dzimy. Wszy­scy już tam byli. Zdzi­wiony Zaj­cew pod­po­rząd­ko­wał się ogól­nej suge­stii. Pod­szedł.

Zgro­ma­dzeni roz­stą­pili się i prze­pu­ścili go bli­żej. Kracz­kin przy­kuc­nął przy pła­sko­wyżu nakry­tym prze­ście­ra­dłem. Ostroż­nie i ze smut­kiem odsu­nął skraj mate­riału.

- Co za strata - powie­dział, kiwa­jąc głową. - Jaki to był nie­zwy­kły koń.

Zaj­cew zoba­czył spi­cza­ste uszy, potar­ganą i zle­pioną zaschłym potem grzywę na moc­nej szyi, ogromne noz­drza na mode­lo­wej gło­wie. Mie­dzia­no­brą­zowy pobłysk sier­ści wydo­był wresz­cie z jego pamięci bra­ku­jącą infor­ma­cję. Leżał przed nim legen­darny kłu­sak o imie­niu Pier­ni­czek, nada­nym mu, jak można się domy­ślić, z powodu umasz­cze­nia.

Ostry kąt, pod któ­rym uło­żony był łeb zwie­rzę­cia, wska­zy­wał, że koń ma zła­many kark.

Zaj­cew się zasę­pił.

- Co za strata - powtó­rzył Kracz­kin.

Zaj­cew zosta­wił krę­cą­cego głową Kracz­kina i pozo­sta­łych, któ­rzy po raz ostatni spo­glą­dali na wspa­nia­łego ogiera rekor­dzi­stę. Wró­cił do ciała woź­nicy. Mili­cjant, posta­wiony tu do odpę­dza­nia gapiów, prze­je­chał pię­ścią po pło­cie. Pomo­gło tylko na kilka sekund i do szpar znowu poprzy­le­piały się oczy. Nie­szczę­ście zawsze przy­ciąga tłumy.

Brama hipo­dromu prze­pu­ściła karetkę, ta zakre­śliła łuk na pustym torze wyści­go­wym. Sani­ta­riu­sze wypa­ko­wali nosze. Cier­pli­wie cze­kali, aż pozwolą im zabrać ciało do kost­nicy.

Samoj­łow spoj­rzał na Zaj­cewa nie­przy­jaź­nie i wró­cił do stu­dio­wa­nia poła­ma­nej kukły w pasia­stej kurtce. Wska­zał pal­cem na wygięte w ósemki koła w oddali.

- Wypadł z powozu. Ude­rzył o burtę. Trza­snął i do widze­nia.

- Nie­szczę­śliwy wypa­dek na zakła­dzie? - wymam­ro­tał Zaj­cew.

- Dla niego tak. Koń albo się potknął, albo powi­nęła mu się noga. Krótko mówiąc, pole­ciał na łeb w peł­nym roz­pę­dzie. Powo­zem zakrę­ciło. A on z niego wypadł. Nie miał czło­wiek szczę­ścia.

- Świad­ko­wie?

- Cały hipo­drom.

- No tak. Bie­dak.

- Konia szkoda.

Zaj­cew się roz­zło­ścił: co oni wszy­scy z tym koniem?

- Samoj­łow, koń to jest zwie­rzę. Ow­szem, sym­pa­tyczne. Cztery nogi, ogon piąty. Tylko po jakiego dia­bła nas tu ścią­gać?

Nie­szczę­śliwy wypa­dek. I jak zawsze w panice od razu dzwo­nią do wydziału śled­czego. A wystar­czy­łoby na pogo­to­wie.

- On nie mógł się potknąć! Po pro­stu nie mógł!

Zaj­cew i Samoj­łow obró­cili się jed­no­cze­śnie.

W ich stronę szedł szybko gru­bawy, niski star­szy czło­wiek z okrą­głą siwą bródką. Przez pośpiech z kie­szeni wypa­dły mu bino­kle i bujały się na sznurku, ude­rza­jąc o szarą, źle skro­joną mary­na­reczkę. Naj­wi­docz­niej pra­cow­nik hipo­dromu.

- Pier­ni­czek nie mógł się potknąć - wstrze­lił się gru­ba­sek, dysząc ciężko. - To nie był taki koń!

- Mógł czy nie mógł, ale się potknął - burk­nął Samoj­łow. - A wy, towa­rzy­szu, to kto?

- Jeste­ście z wydziału śled­czego, prawda? Prawda, że prawda? Bo to ja was wezwa­łem!

Samoj­łow się roz­zło­ścił.

- I nie­po­trzeb­nie, oby­wa­telu. Za bez­pod­stawne wezwa­nie możemy wam, tak przy oka­zji, posta­wić zarzuty. Mamy tu nie­szczę­śliwy wypa­dek, a wy nas odry­wa­cie od innych spraw.

- Jakie bez­pod­stawne! Jaki nie­szczę­śliwy! On się nie potknął. Przy takim dłu­gim pra­wi­dło­wym biegu jak u Pier­niczka to jest zupeł­nie wyklu­czone.

- Każ­demu się mogło zda­rzyć - burk­nął Samoj­łow.

- To zabój­stwo! W biały dzień zabój­stwo!

- Spo­koj­nie. Kim jeste­ście, towa­rzy­szu? - prze­rwał mu Zaj­cew.

- Moje nazwi­sko Buto­wicz.

Mówił to z taką miną, jakby wszy­scy powinni go znać.

- Bar­dzo dobrze. - Samoj­łow dał znak mili­cjan­towi odpę­dza­ją­cemu gapiów. Jakby chciał powie­dzieć: raz-dwa tutaj, to twoja robota.

- Czy macie imię i otcze­stwo, towa­rzy­szu Buto­wicz?

- Buto­wicz. Jakow Iwa­no­wicz.

- Towa­rzy­szu, zapi­szemy sobie wasze imię i nazwi­sko - powie­dział Zaj­cew pojed­naw­czo. I nawet poka­zał notes.

- Oby­wa­telu, pro­szę za mną. - Mili­cjant zła­pał Buto­wi­cza za łokieć.

- Musi­cie mnie wysłu­chać! - Oby­wa­tel Buto­wicz naj­wy­raź­niej poczuł, że ma w Zaj­ce­wie wspar­cie, i nie spusz­czał już z niego czar­nych, pło­ną­cych oczu. - Ciało Pier­niczka powi­nien nie­zwłocz­nie obej­rzeć wete­ry­narz! Eks­pert sądowy! Zapew­niam panów! Trzeba zro­bić ana­lizy! Pomie­rzyć! Trzeba go sfo­to­gra­fo­wać, dopóki nie jest za późno!

- Po co? - Zaj­cew szcze­rze się zdzi­wił.

- Jak to? - Buto­wicz uniósł brwi. - To prze­cież skarb!

Samoj­ło­wowi skoń­czyła się cier­pli­wość.

- Jeste­ście dozorcą? Tech­ni­kiem? Kasje­rem? Pra­cow­ni­kiem hipo­dromu? Nie? To pro­szę wypro­wa­dzić oby­wa­tela poza teren. Zezna­nia świad­ków zbie­rzemy, jak przyj­dzie pora. Jeśli będzie taka potrzeba.

Ostat­nie zda­nie jasno wska­zy­wało, że zezna­nia Jakowa Iwa­no­wi­cza Buto­wi­cza naj­pew­niej ni­gdy nie zain­te­re­sują wydziału śled­czego.

Nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty, mili­cjant pocią­gnął za sobą tłu­ścioszka. Dobie­gało ich: "On jest nie­po­wta­rzalny! Jego szkie­let trzeba sta­ran­nie wymie­rzyć i zabez­pie­czyć na potrzeby dal­szej selek­cji!...".

Samoj­łow prych­nął:

- Szkie­let, aha. Już bie­gnę. Zamę­czą nas ci miej­scy wariaci. I każdy oczy­wi­ście ma swój...

- Czy wia­domo już, kto to? - prze­rwał mu Zaj­cew. Wska­zał pod­bród­kiem ciało.

- No a kto - zdzi­wił się Samoj­łow. - Leonid Per­łowy.

Zaj­cew par­sk­nął.

- Naprawdę Per­łowy? Prze­stań! To brzmi jak nazwi­sko gwiazdy miej­skich kaba­re­tów. A przed osiem­na­stym rokiem to pew­nie był jakiś Dup­kin. Albo Kozu­chow.

- Wie­śniak z cie­bie, Wasiu. Per­łowy był gwiazdą, kiedy ty jesz­cze bie­ga­łeś po domu w pie­lu­chach. To jeź­dziec naj­wyż­szej klasy. Tre­ner, instruk­tor woj­sko­wych Wyż­szych Kur­sów Kawa­le­ryj­skich, mię­dzy innymi. A nie jakiś byle kto.

- Tylko że z tego, co widzę, śmierć konia smuci wszyst­kich dużo bar­dziej. - Zaj­cew wska­zał w kie­runku tłumu, który wciąż jesz­cze ota­czał mar­twego kłu­saka.

- No wie­śniak z cie­bie, Wasiu. Mówię, że wie­śniak. Nie masz w sobie pasji. Takie cie­płe klu­chy. Ani z cie­bie gracz, ani roman­tyk - traj­ko­tał Samoj­łow zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem. Ale Zaj­cew poczuł róż­nicę. Od pew­nego czasu towa­rzysz żar­to­wał z nim tak, jakby tylko odgry­wał Samoj­łowa, który traj­ko­cze. Szklana ściana mię­dzy nimi nie miała ani jed­nego pęk­nię­cia. I nagle dziś prze­mó­wił w cie­plej­szym tonie. Stał się natu­ralny, ściana znik­nęła. Utkwił marzy­ciel­skie spoj­rze­nie w jed­nym punk­cie.

- Pier­ni­czek - kon­ty­nu­ował. - Kto go raz zoba­czył, nie mógł zapo­mnieć. Jak on pędził. Jak wzla­ty­wał. Napięty jak struna. Kopyta cięły powie­trze jak nożyce. Wyprze­dzał o głowę, potem o pół dłu­go­ści, potem o całą. I głowę tylko pochy­lał tak, że...

- Zobacz­cie go, jaki poeta. Denis Dawy­dow, piewca husa­rii.

- Co?

- Śmo.

Samoj­łow się nadą­sał. Spoj­rzał na ciało.

- A ten tutaj? W jego przy­padku wszystko wia­domo. Kiedy Pier­ni­czek fik­nął, ten siup i wypadł z powozu. Ude­rzył o burtę. Chrup i po towa­rzy­szu Per­ło­wym. I tyle. Czemu znowu patrzysz tymi rybimi oczkami? Bie­gły mówi, że zła­ma­nie u pod­stawy czaszki, uraz głowy, liczne uszko­dze­nia... Można zabie­rać?

Zaj­cew przy­kuc­nął przy ciele woź­nicy.

- Sprawa jest jasna - dodał nie­cier­pli­wie Samoj­łow. - O prze­stęp­stwie nie ma tu mowy. Nie­szczę­śliwy wypa­dek. Śmierć przy pracy.

Woź­nica zda­wał się sły­szeć, ucho miał przy­ło­żone do ziemi, nasłu­chi­wał swo­jego konia. Jedno oko miał zamknięte, dru­gie na wpół otwarte. Krew pokryła się już kurzem. Dło­nie leżały bez­rad­nie zwró­cone ku górze. Od ciała biła samot­ność - głęb­sza nawet niż samot­ność śmierci. Zaj­ce­wowi zro­biło się go żal. Wszy­scy tło­czą się przy koniu. Niech­by i po trzy­kroć piękny, lotny i wyjąt­kowy, ale to tylko koń. A tu leży czło­wiek. Wypro­sto­wał się, postał chwilę, jakby odda­wał zmar­łemu ostatni hołd. I ski­nął na sani­ta­riu­szy.

- Można zabie­rać.

* * *

Słońce wpa­dało przez okno, obie­cu­jąc łatwą let­nią pobudkę. W powie­trzu zawisł sko­śny słup kurzu, a na par­kie­cie roz­po­ście­rał się nagrzany pro­sto­kąt. Zaj­cew postał przez kilka chwil w świe­tle słońca. Czuł pod sto­pami cie­pło drewna i wpa­try­wał się w złote i czarne kule, pły­nące pod zamknię­tymi powie­kami. Dziwne uczu­cie go nie opusz­czało. Wczo­raj coś było nie tak. W klu­bie hodowli psów? Czy zoba­czył coś, co nie prze­biło się do jego świa­do­mo­ści? Co? A może ten mętny osad to pozo­sta­łość po śnie, któ­rego nie zapa­mię­tał?

Ten głupi kudłaty pie­se­czek?

Wczo­raj zda­rzyło się coś dziw­nego, coś było nie tak. Ale nie to. Zaj­cew się schy­lił, wycią­gnął z kąta za ucho żeliwny cię­ża­rek. Radio wytrzesz­czało czarne mil­czące oko. "Czy pamię­tasz, jak...?" - dopy­ty­wał czule tenor, zwra­ca­jąc się do całego miesz­ka­nia. Grało u sąsia­dów. Tro­chę nie­mrawo, ale ujdzie. Cię­ża­rek pod­ry­wał się, odmie­rza­jąc takty.

Cisnął sprzęt z powro­tem w kąt, zawie­sił ręcz­nik na szyi. Wygrze­bał chleb i her­batę z komody.

W drzwiach o mało nie wpadł na dozor­czy­nię Paszę. Stała z unie­sioną pię­ścią.

- Wła­śnie mia­łam pukać.

Za jej sze­ro­kimi ple­cami maja­czyła kobieca postać. Pasza odsu­nęła się nieco i zwró­ciła się w jej kie­runku:

- Co tak sto­isz jak słup? No co? Bierz! Prze­cież stoi z peł­nymi rękami.

Kobieta, nie pod­no­sząc wzroku na Zaj­cewa, wzięła od niego zawi­niątka. Coś tam wyszep­tała. I od razu ruszyła do kuchni. Zaj­cew zdą­żył dostrzec kre­to­nowy mate­riał na ple­cach, węzeł na karku.

- Kucharkę ci naję­łam - burk­nęła cicho Pasza.

- Że co?

Zaj­cew prak­tycz­nie nie goto­wał w domu. I tak nie miał czasu, żeby bie­gać po skle­pach i wysta­wać w kolej­kach. Już dawno doga­dał się z Paszą, że daje jej pie­nią­dze i kartki. To ona zdo­by­wała dla niego w skle­pach te codzienne głu­poty - chleb, her­batę i co się uda: cukier, masło, szproty, mar­mo­ladę, cza­sem ziem­niaki. Zaj­cew ni­gdy nie pytał o resztę. Obiady zaś jadał w sto­łówce wydziału śled­czego.

- Po dia­bła mi kucharka? Do kro­je­nia chleba?

- Nic się nie bój. Spać będzie u mnie. W kącie, za zasłonką.

- Paszo, czyś ty zwa­rio­wała? - rzu­cił już tylko w ślad za nią.

Powia­do­miw­szy go o ostat­nich zmia­nach w gospo­dar­stwie, Pasza ruszyła zde­cy­do­wa­nie przez długi kory­tarz niczym rzeczna barka, mija­jąc kolejne drzwi sąsia­dów z komu­nałki.

Kobieta wró­ciła po chwili z gorącą her­batą. Na pierw­szy rzut oka: pocho­dze­nie wiej­skie. Twarz chuda, sma­gła, poorana głę­bo­kimi zmarszcz­kami. W Lenin­gra­dzie nie zaznasz tyle słońca przez całe życie. Ręka trzy­ma­jąca talerz była solidna, szorstka. Leżały na nim kromki chleba. Zaj­cew zdą­żył się do końca ubrać. Wło­żył nawet mary­narkę. Kobieta w mil­cze­niu posta­wiła wszystko na stole. Spe­cjal­nie sta­rała się nie patrzeć na chleb i her­batę.

- Nie jedli­ście śnia­da­nia? - domy­ślił się Zaj­cew.

Kobieta wciąż ucie­kała spoj­rze­niem. Wymam­ro­tała: "Nie jeste­śmy głodni". I się wymknęła.

- Jak się nazy­wa­cie? - zapy­tał jesz­cze Zaj­cew. Ale słowa odbiły się od zamknię­tych w pośpie­chu drzwi.

Odsu­nął krze­sło. Mary­narka go cisnęła. Chyba na razie koniec z nie­śpiesz­nymi samot­nymi śnia­da­niami w majt­kach i koszulce.

Odło­żył na bok kilka kro­mek chleba. To oczy­wi­ste, że wiej­ska kobieta była głodna, i rów­nie oczy­wi­ste, że się wsty­dziła. Niech sobie poje, tak żeby nikt o tym nie wie­dział.

- Co to za wariac­two? - zapy­tał w prze­strzeń.

Z pew­nym roz­draż­nie­niem zamie­szał łyżeczką w fili­żance. Raczej z przy­zwy­cza­je­nia: cukru dziś nie było. Ale posta­no­wił nie zaprzą­tać sobie głowy tą histo­rią - przy­naj­mniej do wie­czora, kiedy wyja­śni wszystko z Paszą na osob­no­ści, z dala od sąsiedz­kich i jakich­kol­wiek innych uszu.

Skąd nagle kucharka?

* * *

Każdy może być prze­stępcą - Zaj­cew nie miał uprze­dzeń kla­so­wych. Ani wła­ści­wie żad­nych innych. Widział już wszystko: dzie­wię­cio­let­nich mor­der­ców, pro­fe­so­rów zło­dziei, kobiety wła­my­waczki i rabu­siów aman­tów, któ­rzy dosy­py­wali kobie­tom na spo­tka­niach środki nasenne lub nar­ko­tyki, a potem okra­dali ofiary. Jak uczyła prak­tyka, moż­li­wo­ści czy­nie­nia zła były nie­ogra­ni­czone.

Z tego powodu uważ­nie prze­stu­dio­wał listę zdo­bytą w klu­bie hodowli psów. Nikogo z góry nie wyklu­czał. Od początku do końca spisu. Nie dało się pomi­nąć żad­nego nazwi­ska tylko dla­tego, że miało pro­le­ta­riac­kie brzmie­nie. Prze­stępcy też nie mają uprze­dzeń. Być może przy kuflu piwa Alek­siej Alek­san­dro­wicz wolałby inte­li­gentne towa­rzy­stwo kogoś podob­nego do sie­bie. Ale pla­nu­jąc prze­stęp­stwo, nie wzgar­dziłby nikim. Jedno z nazwisk na tej liście nale­żało do czło­wieka, który poma­gał doko­ny­wać mor­derstw. Robił to, być może sam o tym nie wie­dząc. Lista zawie­rała adresy. Zaj­cew roz­my­ślał: "Przejść się po wszyst­kich? Czy wszyst­kich wezwać?". Ktoś zastu­kał w futrynę drzwi. Zaj­cew pod­niósł głowę. W drzwiach poja­wiła się ręka, zama­chała kart­kami.

- Eks­per­tyza. Tak mnie poga­nia­li­ście, to pro­szę brać!

Ton był pełen wyrzutu. Bokiem wsu­nął się do środka nie­zna­jomy krzepki czło­wiek. Mignęła łysina. Nie­zna­jomy poło­żył kartki na biurku Zaj­cewa. Na tłu­stym, wło­cha­tym małym palcu bły­snął sygnet.

- Nie rozu­miem - powie­dział Zaj­cew. Na nic nie cze­kał. Tym bar­dziej nikogo nie poga­niał.

- No to ja wam wyja­śnię - nie­zna­jomy wyrzu­cał z sie­bie słowa jak potok. - Z powodu tego waszego pośpie­chu musia­łem zostać na nocną zmianę. Nie zdą­ży­łem nawet do rodziny zadzwo­nić i uprze­dzić. Żonę mam zazdro­sną, a i tak się zgo­dzi­łem. Ja, towa­rzy­szu, jestem gotów pra­co­wać po godzi­nach tylko na zasa­dzie wyjątku. W try­bie cią­głym nie zamie­rzam! Zro­zu­miano? I co z tego, że jestem tu czwarty dzień. Zwol­nię się!

Teraz Zaj­cew rozu­miał już wię­cej. Wszystko wska­zy­wało, że to nowy bie­gły. Na stole leżał raport z sek­cji. Tylko że on żad­nej sek­cji nie zama­wiał.

- Prze­cież to wy jeste­ście towa­rzysz Zaj­cew? - nie odpusz­czał tłu­ścioch. - Nie mogę jesz­cze znać z twa­rzy wszyst­kich towa­rzyszy... No więc tu wam to kładę.

Zaj­cew się zasę­pił.

Oka­zuje się, że zanim jesz­cze przy­szedł na służbę, jakaś sprawa została otwarta i, co wię­cej, przy­dzie­lona jemu. "Tra­fi­li­ście do mnie przez pomyłkę" - chciał powie­dzieć pojed­naw­czo. Ale nazwi­sko "Per­łowy" już mignęło mu na kartce pod­pi­sa­nej zama­szy­ście przez nowego bie­głego. Woź­nica z wczo­raj. Ktoś w nad­zwy­czaj­nym pośpie­chu kazał wypa­tro­szyć nie­szczę­śnika, który wczo­raj na oczach tłumu świad­ków skrę­cił sobie kark. I naka­zał otwo­rzyć sprawę. I nawet przy­dzie­lił tę sprawę jemu, Zaj­ce­wowi. Ktoś. Teraz, po połą­cze­niu mili­cji z OGPU, kie­row­ni­ków zro­biło się mnó­stwo.

Ale po co ten amba­ras? To prze­cież pro­sta sprawa, Samoj­łow ma rację: wypa­dek przy pracy. Pełen hipo­drom świad­ków.

Spoj­rzał nowemu bie­głemu pro­sto w oczy i powie­dział weso­łym gło­sem zupeł­nie co innego:

- Tak. Do takiej solid­nej i szyb­kiej pracy mało kto w tych murach jest zdolny. Cało­ściowe bada­nie!...

Jego ton był tak pełen zachwytu i ser­decz­no­ści, że maruda prych­nął gło­śno. Naj­wy­raź­niej chciał jesz­cze powie­dzieć wiele rze­czy, ale zre­zy­gno­wał.

- Zna­leź­li­ście coś cie­ka­wego? - zapy­tał Zaj­cew.

A przez myśl prze­bie­gało mu: "Dziwne, dziwne, dziwne".

Tłu­ścioch znowu prych­nął. Ale jed­no­cze­śnie wska­zał pod­bród­kiem na kartki i powie­dział pod adre­sem nie­bosz­czyka:

- Wątroba jak u alko­ho­lika. A prze­cież to spor­t­smen.

- A przy­czyna śmierci? - Zaj­cew z zain­te­re­so­wa­niem prze­glą­dał kolejne strony.

- Pęk­nię­cie krę­gów szyj­nych. Na sku­tek ude­rze­nia pod­czas upadku.

Żad­nych nie­spo­dzia­nek. To skąd to zamie­sza­nie?

Nie­we­sołe uczu­cie nie­po­koju zro­biło się wyraźne jak migo­ta­nie latarni mor­skiej. Dziwne, dziwne, dziwne. Zamó­wić tak dokładną ana­lizę i naka­zać pra­co­wać przez całą noc mógł tylko ktoś ze ści­słego kie­row­nic­twa.

Na głos Zaj­cew jedy­nie podzię­ko­wał eks­per­towi, zapra­wiw­szy głos zachwy­tem. Ten coś burk­nął, ale po jego twa­rzy było widać, że kom­ple­menty go udo­bru­chały. Jego bur­cze­nie można było zro­zu­mieć jako "wszyst­kiego dobrego". Przy odro­bi­nie wysiłku.

- Do widze­nia! I dzię­kuję! - krzyk­nął za wycho­dzą­cym Zaj­cew. Na jego twa­rzy znowu odma­lo­wał się nie­po­kój.

Przy­po­mniał sobie swoją nie­dawną - krótką, ale nie­zwy­kle poważną - roz­mowę z Kop­tiel­ce­wem. "Uda ci się - zuch chło­pak. Nie uda ci się - twoje miej­sce od dawna jest już w celi". Przy­naj­mniej nikt ze swo­ich nie ucierpi...

No więc wepchnęli mu kolejną śli­ską sprawę. Stop. Jaką znowu sprawę, skoro tu nie ma żad­nego zabój­stwa? Jest tylko oczy­wi­sty nie­szczę­śliwy wypa­dek. Czego od niego chcą? Czego się doma­gają?

Wnio­sków w rapor­cie? "Nie stwier­dzono cech prze­stęp­stwa, śledz­two uwa­żam za bez­ce­lowe, sprawę zamy­kam"? I jego, Zaj­cewa, pod­pisy?

Ktoś się tro­chę za bar­dzo śpie­szy z tym zamy­ka­niem sprawy, a do tego wysłu­guje się nim, Zaj­ce­wem. A śpie­szy się, ponie­waż ktoś inny śpie­szy się z kolei z tym, żeby sprawę otwo­rzyć i nadać jej bieg.

I to on, Zaj­cew, znaj­duje się pośrodku dwóch prze­ciw­staw­nych zamia­rów.

Pewien był teraz tylko jed­nego. To wszystko brzydko pach­nie.

Przez kilka minut patrzył tępo na swoje ręce leżące na biurku. Uspo­koił się. Zamknął świa­do­mość w pokoju bez okien i drzwi. W pustce. Gdzie nie ma ani wię­zień, ani pod­ło­ści, ani stra­chu, ani głu­pich skle­po­wych trosk, ani krzy­wych spoj­rzeń kole­gów, ani ich nie­skry­wa­nego mil­cze­nia. Przede wszyst­kim jed­nak nie ma stra­chu.

To co tam jest?

Co powie­dział bie­gły o śmierci jeźdźca Per­ło­wego? Zła­ma­nie karku na sku­tek upadku?

Jest instynkt.

Zaj­cew nie zamknął oczu. I tak patrzył, niczego nie widząc: ani biurka, ani wła­snych rąk, ani pieca w kącie, ani kanapy ze sztucz­nej skóry.

Ota­czała go pustka.

Pustka uno­siła się i opa­dała w rytm jego odde­chu. Na początku z aksa­mit­nej, przy­ja­znej pustki wyło­nił się prze­wró­cony powóz wyści­gowy. Koła zadarte, pogięte. Następ­nie pła­ski, ale olbrzymi trup konia. Piękna i wykrę­cona pod strasz­li­wym, śmier­tel­nym kątem głowa.

To już dwa moż­liwe narzę­dzia zbrodni.

Zaj­cew chwy­cił za tele­fon. Popro­sił o połą­cze­nie z hipo­dro­mem. Pocze­kał na odpo­wiedź, przed­sta­wił się. Zacze­kał, aż sekre­tarz dyrek­tora trafi prze­stra­szo­nymi pal­cami w widełki.

- Macie powóz w szo­pie? - rzu­cił Zaj­cew w słu­chawkę szybko i zimno. - Nikt go nie ruszał? Jeste­ście pewni? Szopa zamknięta? Wspa­niale. Niczego nie doty­kać.

Dopy­tał jesz­cze o jakiś szcze­gół. Prze­rwał połą­cze­nie, naci­ska­jąc na widełki. Następ­nie zadzwo­nił na wewnętrzny i kazał wysłać do hipo­dromu tech­nika.

"Nie dopa­trzono się cech prze­stęp­stwa", "bie­gły usta­lił", "dal­sze śledz­two uwa­żam za bez­ce­lowe"... Tego teraz od niego wyma­gają?

Nie wymogą.

Kiedy inni wokół cie­bie grają zbyt natar­czy­wie, chy­trze i pokręt­nie, naj­le­piej jest dzia­łać otwar­cie i naj­pro­ściej jak można.

No więc będzie­cie mieć to śledz­two. Znów ude­rzył pal­cami o widełki tele­fonu. Tym razem jed­nak popro­sił o połą­cze­nie z Insty­tu­tem Wete­ry­na­ryj­nym. To tam, jak poin­for­mo­wał go dyrek­tor hipo­dromu, odwie­ziono wczo­raj - celem badań nauko­wych i pomia­rów - ciało nie­po­wta­rzal­nego egzem­pla­rza rasy kłu­saka orłow­skiego, klej­not selek­cji hodow­la­nej: ogiera o imie­niu Pier­ni­czek.

Roz­dział 2

Trzeba było biec w trzech kie­run­kach naraz. Roz­bity powóz znaj­do­wał się na hipo­dro­mie. Mar­twy koń leżał w chłodni Insty­tutu Wete­ry­na­ryj­nego. Trzeci z celów był naj­bli­żej - wystar­czyło przejść kory­ta­rzem do gabi­netu, w któ­rym urzę­do­wał Jurka Smie­ka­łow. A ści­śle mówiąc, bry­gada zaj­mu­jąca się hazar­dzi­stami, meli­nami i temu podobną hała­strą. Zaj­cew zasta­na­wiał się przez chwilę, od czego zacząć. I z trzech rze­czy wybrał czwartą.

- Byli­ście umó­wieni? - Spod fikusa dobie­gło piśnię­cie sekre­tarki, która z powodu zbyt wąskiej spód­nicy nie zdą­żyła wysko­czyć zza biurka i powstrzy­mać inte­re­santa.

- A jakże - odpo­wie­dział Zaj­cew sumien­nie, nie zwal­nia­jąc. Zapu­kał dla zacho­wa­nia pozo­rów i od razu otwo­rzył drzwi do gabi­netu Kop­tiel­cewa.

Szef był sam. Pod­niósł głowę znad biurka. Zaj­cew dostrzegł w nim momen­talną zmianę: coś w rodzaju lek­kiego para­liżu, który ściął mu twarz w przy­ja­znym gry­ma­sie. Kop­tiel­cew nie­wąt­pli­wie nie ucie­szył się z jego wizyty. Zaj­cew nie­pro­szony usiadł naprze­ciwko. Roz­pro­mie­nił się na widok szefa. Patrząc z boku, można było uznać, że roz­ma­wiają ze sobą dwaj dobrzy towa­rzy­sze.

Kop­tiel­cew wysłu­chał go, po czym rzu­cił ołó­wek na biurko.

- Wasiu, czyś ty osza­lał? Prze­cież i tak mamy wszę­dzie nie­do­bory kadrowe.

Ton ich roz­mowy mógł zmy­lić postron­nego obser­wa­tora, ale sie­bie nawza­jem oszu­kać nie mogli. Oczka Kop­tiel­cewa ponad jego tłu­stymi policz­kami mio­tały się z prze­stra­chu i zło­ści. "Patrzy na mnie jak na wście­kłego psa - pomy­ślał Zaj­cew, śle­dząc te ruchy. - Pra­wie się dusi się ze stra­chu. Ale kogoś innego boi się jesz­cze bar­dziej". Z ust naczel­nika pły­nęła jed­no­cze­śnie służ­bowa papla­nina:

- Z uwagi na to, że... zle­ce­nie... zgod­nie z roz­pla­no­wa­niem oso­bo­go­dzin...

Słowa wyska­ki­wały z niego lekko jak spod kla­wi­szy ener­gicz­nej maszy­nistki. I były podob­nie ofi­cjalne, uła­dzone, spra­woz­daw­cze.

Kop­tiel­cew nie sta­no­wił już "zagadki", jak wtedy w 1929 roku, kiedy "nagle" mia­no­wano go naczel­ni­kiem Lenin­gradz­kiego Wydziału Śled­czego. A raczej - prze­nie­siono do wydziału. Z rów­nie lenin­gradz­kiego OGPU. Wydział wtedy wrzał. Jego poprzedni naczel­nik, Leonid Pie­tr­żak, popeł­nił samo­bój­stwo. Ale wrzało nie z tego powodu. Leonid Sta­ni­sła­wo­wicz tar­gnął się na swoje życie, ponie­waż oka­zał się zło­dzie­jem. Że niby poza bibułą nie ma tu czego kraść? Błąd. A maga­zyn dowo­dowy? A maga­zyn skon­fi­sko­wa­nych dóbr mate­rial­nych? Do rączek Pie­tr­żaka przy­le­piło się cał­kiem sporo, aż wresz­cie i do niego samego dotarło, że się nie wykręci. Zaj­cew przy­pusz­czał, że nie mógł kraść sam, musiał się dzie­lić. I to tak, jak powi­nien. Z waż­nymi ludźmi. W końcu zro­zu­miał, że nie wyj­dzie z tego żywy.

Na mie­ście mówiło się o tym bez prze­rwy.

Wów­czas Kop­tiel­cew zro­bił na wszyst­kich cał­kiem zno­śne wra­że­nie. Naiw­niaki. Trzeba było już wtedy zaj­rzeć w jego akta. Spę­dził dzie­sięć lat w służ­bie bez­pie­czeń­stwa - w OGPU. Zapu­ścił korze­nie. Powód, dla któ­rego nagle prze­nie­siono go do wydziału, wyja­śnił się już po roku: wcie­lono wydział śled­czy do OGPU. To, co za caratu nazy­wano "tajną poli­cją", "gro­cho­wymi płasz­czami", wchło­nęło teraz w sie­bie zwy­kłą kry­mi­nalną służbę śled­czą. Odtąd nie było już w Lenin­gra­dzie spraw kar­nych - teraz wszystko mogło stać się poli­tyką. Ukra­dłeś - kontr­re­wo­lu­cjo­ni­sta, zabi­łeś - ter­ro­ry­sta, oszu­ka­łeś - szkod­nik. Nie było już odtąd prze­stępcy, któ­rego nie można było uznać za wroga ludu.

"Zadu­sił­bym cię, zadu­sił" - mówiła twarz Kop­tiel­cewa. Ale on sam ani drgnął.

Zaj­cew odpo­wia­dał mu jedy­nym moż­li­wym w tej sytu­acji spoj­rze­niem: jasnymi i szcze­rymi oczami naiw­nego kom­so­molca.

Ale Kop­tiel­cew i tak sta­now­czo odmó­wił przy­dzie­le­nia dodat­ko­wych kadr.

- Nie to nie - zgo­dził się Zaj­cew i spo­koj­nie wstał. Odsu­nął krze­sło.

- Wasiu, nie myśl sobie, że jesteś tutaj jakimś kró­lem śled­czych. To tak w ogóle. Pra­cow­ni­ków mu przy­dziel... Wszy­scy są zajęci - war­czał Kop­tiel­cew.

"Jesz­cze się dowiem, kto go trzyma na sznurku. To wyj­dzie na jaw" - pomy­ślał Zaj­cew, wycho­dząc.

Ten ktoś musiał rów­nież ukryć pod szkla­nym klo­szem Zaj­cewa. Ale skoro go przy­krył, mógł też i zdjąć. Pozwo­lić go zmiaż­dżyć.

Aku­rat to Zaj­cewa nie nie­po­ko­iło. Różne rze­czy mogą się czło­wie­kowi przy­da­rzyć, kiedy pra­cuje w wydziale śled­czym. Na przy­kład cios nożem fiń­skim. Ot, któ­re­goś dnia. Zaj­cew już dawno nauczył się o tym nie myśleć.

Zamknąw­szy za sobą drzwi do gabi­netu (sekre­tarka znów zerwała się z miej­sca i znów opa­dła na krze­sło w wąskiej spód­nicy), Zaj­cew skie­ro­wał kroki do biura Kom­so­mołu.

Towa­rzyszka Roza­nowa, akty­wistka zakła­do­wej komórki Kom­so­mołu, ode­rwała się od gazety. Patrząc wzro­kiem tak samo jasnym i szcze­rym i czu­jąc we wnę­trzu zimne zado­wo­le­nie, Zaj­cew ode­grał przed nią podobne przed­sta­wie­nie. Tylko słowa były inne: "kom­so­mo­lec", "zdolny śled­czy oddany pracy ope­ra­cyj­nej", "dowiódł swo­jej war­to­ści", "mar­nieje w pracy biu­ro­wej", "co na to nasz aktyw".

Aktyw prze­rwał mu pyta­niem:

- Kom­so­mo­lec? Nazwi­sko jakie? Nie­fie­dow?

Zupeł­nie nie pamię­tała Nie­fie­dowa z ich wspól­nej wyprawy dokształ­ca­ją­cej do Muzeum Rosyj­skiego - usil­nie poszu­ki­wali wtedy pew­nych obra­zów, ale Roza­nowa myślała, że pro­wa­dzi prace nad pod­wyż­sze­niem poziomu kul­tury wśród pra­cow­ni­ków. Posta­wiła kilka znacz­ków w zeszy­cie.

- Wyja­śnimy, co z towa­rzy­szem - obie­cała.

* * *

Zaj­cew liczył na to, że Roza­nowa nie miała na dziś innych zadań i że rzuci się do rato­wa­nia kom­so­molca z łap rutyny. Była ide­ow­cem. Kop­tiel­cew wolał uper­fu­mo­wane sekre­tarki w wąskich spód­ni­cach i z trwałą na gło­wie. A takich bab na schwał, wyga­da­nych niczym pierw­sze strony gazet, nie­na­wi­dził i bał się ich. I z tego powodu im ustę­po­wał. Na razie trzeba było jed­nak latać na wła­snych nogach. Zaj­cew puścił się bie­giem po scho­dach w dół.

Na szczę­ście zastał Jurkę Smie­ka­łowa u sie­bie. Ude­rzał jed­nym pal­cem w maszynę do pisa­nia: two­rzył raport.

- O, Wasiu, witaj. - Wycią­gnął rękę nad wał­kiem maszyny. Na palcu wska­zu­ją­cym czer­wie­nił mu się rosnący odcisk. Kasyna pozni­kały z lenin­gradz­kich ulic, ale gra­cze, szu­le­rzy i oszu­ści zostali. Gry­wali teraz przede wszyst­kim po miesz­ka­niach, w pod­ziem­nych meli­nach. Jurka musiał stu­kać w kla­wi­sze nie rza­dziej niż w cza­sach Nowej Poli­tyki Eko­no­micz­nej. Ucie­szył się, że mógł na chwilę prze­rwać.

- A, to! - W odpo­wie­dzi uniósł psze­niczne brwi. - Jak mia­łem nie sły­szeć. - I pokrę­cił głową. - Ech, szkoda, taka szkoda. Taka głu­pia śmierć. Bez sensu. A jaki to był koń!... Ptak po pro­stu! No nie?

Zaj­cew poczuł, że po raz kolejny go zatkało. Wycho­dzi na to, że i Jurkę nie­wiele inte­re­so­wało to, że przy oka­zji zgi­nął czło­wiek. On też z tym: co za koń!

- A nie wiem. Nie jestem znawcą.

- Taki żal! Taki koń!... Wybitny. Ani jed­nej porażki. Dopiero teraz.

Jurka stłu­mił ziew­nię­cie. Jego nor­malny wygląd - rumieńce i loczki - pozwo­liłby mu bez trudu rekla­mo­wać tra­dy­cyjne kakao marki Ejniem. Tyle tylko, że musiał pra­co­wać po nocach i bez snu. Loczki zaczęły przy­po­mi­nać słomę, oczy zro­biły się pod­krą­żone, a rumieńce można było wziąć za prze­krwione poliki alko­ho­lika. To już nie reklama kakao, tylko ofiara pijac­kiego roz­be­stwie­nia jak Jesie­nin.

- Spa­łeś dzi­siaj w ogóle? - spy­tał ze współ­czu­ciem Zaj­cew.

Jurka pokrę­cił głową i znów ziew­nął, nie otwie­ra­jąc szczęk.

- Dobra, prze­cież nie przy­sze­dłeś plot­ko­wać o koni­kach. Czego chcesz?

- A o koni­kach, wyobraź sobie.

- Ale co?

- A pstro. Powiedz mi jako koń­ski spe­cja­li­sta...

- Jaki tam ze mnie spe­cja­li­sta! Po pro­stu nie znać Pier­niczka to jak nie znać... Jak nie znać Uła­no­wej! Jak nie wie­dzieć, co to Ermi­taż!

- Dobra, dobra, bar­dzo się wsty­dzę. Ten wasz wybitny Pier­ni­czek. Ani jed­nej porażki. A gdyby tak raz jed­nak prze­grał?

- Zdzi­wił­bym się.

- I ktoś wów­czas na niego posta­wił. I to nie­mało.

- Wszy­scy na niego sta­wiali, nikt nie jest głupi. Tyle że wygrana jest wtedy mizerna. Skoro wszy­scy sta­wiają.

- Aha. - Zaj­cew ski­nął głową. - Czyli tak to działa?

Jurka się oży­wił.

- Jeśli jest zde­cy­do­wany fawo­ryt, wygląda to tro­chę tak jak z pój­ściem do sklepu: tu są pie­nią­dze, tu jest towar. Miło, ale praw­dzi­wej rado­ści nie­wiele - zaczął roz­wa­żać. - To tak jak z żoną. Wszystko już wiesz na wstę­pie.

- Pro­szę cię, ty się nie zagłę­biaj w tematy intymne.

- A idź ty! Obja­śniam ci po ludzku. Na powszech­nie dostęp­nym mate­riale. Bo na koniach to się nie znasz.

- No to dobrze. Dawaj. Niech będzie, że na powszech­nie dostęp­nym. Jestem za samo­kształ­ce­niem.

- To tak... Gdyby się nagle oka­zało, że obsta­wi­łeś nie­spo­dzie­wa­nego zwy­cięzcę, to i wygrana byłaby ho, ho!

- Ale ile?

- O to pytaj na hipo­dro­mie. Mają pełny spis. Po wyścigu dzielą pulę i wszystko zapi­sują w księ­gach rachun­ko­wych: komu, ile, za kogo.

"Mhm" - mruk­nął w duchu Zaj­cew. Sądząc po gło­sie dyrek­tora hipo­dromu, nie wszystko tam jed­nak zapi­sy­wali.

- Dobra, Jurko. To rozu­miem. A jeśli, dajmy na to, jeden taki posta­wił na kogoś innego? Nie na waszego słyn­nego Pier­niczka. I jeśli to by­naj­mniej nie był dureń, ale czło­wiek inte­li­gentny. Powie­dział­bym nawet: sprytny. I, dajmy na to, wie­dział, że wła­śnie tego dnia Pier­ni­czek nie wygra.

- Pier­ni­czek nie wygra?

- Dobie­gnie drugi. Potknie się. Zatrzyma. I prze­gra o taki kawa­łe­czek - Zaj­cew poka­zał go pal­cami. - O sekundkę tylko.

Jurka nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

- A nasz czło­wiek wie­dział to wcze­śniej, z pew­nego źró­dła. I nawet sam doga­dał się z owym źró­dłem, że podzielą się wygraną.

- Aaa, o to ci cho­dzi. Myślisz, że Per­łowy sprze­dał wyścig? - Jurka z zado­wo­le­niem wypro­sto­wał plecy, chrup­nął sta­wami, zało­żył ręce za głowę, uno­sząc spi­cza­ste łok­cie, na jed­nym z nich było prze­tar­cie. Spoj­rzał na Zaj­cewa weso­łym, maśla­nym wzro­kiem oszu­sta. - Nieee. To nie­moż­liwe.

- No dobrze. Macie tam jakieś aniołki na hipo­dro­mie?

- A nieee, żad­nych anioł­ków. Nie ma po co ich posy­łać. Jest dosta­tecz­nie gorąco, bo przy­cho­dzi Wąsy.

Zaj­cew uda­wał, że rozu­mie. Każda bry­gada miała wła­sne słówka, swój żar­gon. Nie chciał wyjść na obcego.

- Gorąco, no tak, ale ktoś chce chyba jesz­cze pod­grzać atmos­ferę. Kopiejka zawsze się przyda. A co dopiero rube­lek.

- Rube­lek! Raczej stówka. Jeśli nie tysią­czek. To byłoby poko­na­nie fawo­ryta.

- Wła­śnie o tym mówię.

- Nie - powie­dział nagle twardo Jurka, pro­stu­jąc ręce. Cały się jakby wypro­sto­wał i zebrał w sobie. - Wąsy nie pozwoli. Od razu by zwą­chał. Pamię­tasz, jak z początku sami wzię­li­śmy pod lupę ten tota­li­za­tor na hipo­dro­mie? Po tym, jak zamknęli kasyna. Ho, ho. I agen­tów wpro­wa­dzi­li­śmy. I śle­dzi­li­śmy. I robi­li­śmy naloty. Nic. Wąsy trzyma tam taki mores, że zapo­mnij. Wal­czą prze­cież wszy­scy. Nawet głupi to wie. Bywalcy tym bar­dziej wie­dzą. Jeśliby któ­ryś z powo­żą­cych pró­bo­wał wstrzy­my­wać konia, Wąsy by to od razu zwą­chał: do koni to ma sokole oko. I szlus, Sołowki mia­łyby nowego pra­cow­nika! I ten twój czło­wiek nie zdą­żyłby nawet prze­li­czyć rubel­ków.

- Ale prze­cież gra się...

- Gra się - prze­rwał mu Jurka. Potarł oczy, pod któ­rymi malo­wały się cie­nie. - Pań­stwo nie zabra­nia.

- Mówisz, że wszystko jest uczci­wie?

- Nie mówię, że wszystko. Ale kopiej­ko­wej drob­nicy ganiać nie będziemy, bo i tak zaraz nale­zie nowa. Nie, dopóki Wąsy sie­dzi na try­bu­nie, jest czy­sto. A nam jest lżej. O. - Wska­zał na maszynę. - I bez hipo­dromu jest dosyć pisa­niny.

Zaj­cew patrzył na niego z uwagą. Był tak zdu­miony tym, co usły­szał, że nie wie­dział, o co zapy­tać.

- A Wąsy... czę­sto jest na try­bu­nie?

Jurka chyba nie zauwa­żył jego zdu­mie­nia.

- Wąsy, pytasz? No jak przy­jeż­dża z jakiejś oka­zji do tutej­szych Wyż­szych Kur­sów Kawa­le­ryj­skich, to i na hipo­drom zagląda. I to za każ­dym razem. A bywa czę­sto, o tak - zachi­cho­tał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki