Rozdział 1
PRZYWÓDZTWO OD PODSTAW
Jane Delaney nie mogła już tego znieść.
- Dość! - dyrektor Southcape Software powiedziała przedstawicielom swojego kluczowego klienta, firmy Nexplas. - Dość. Czy nie rozumiecie, jak ciężko pracowaliśmy dla was nad tym projektem? I ile już osiągnęliśmy? Od rana wskazujecie nam problemy i krytykujecie naszą pracę. Nie okazujecie nam najmniejszego szacunku.
Jane, której tak bardzo zależało na okazaniu wsparcia dla swojego zespołu, zebrała się w sobie i kontynuowała: - Jestem świadoma, że jesteście naszym klientem, ale nie mogę pozwolić, by firma była traktowana w ten sposób. Rozwiążemy ten problem. W Southcape zawsze spełniamy oczekiwania naszych klientów. Po prostu potrzebujemy na to nieco więcej czasu.
Andrew Ward, wiceprezes Nexplas, wbił w nią wzrok. Pracowali przy tym projekcie od pół roku, a jeszcze nie udało im się osiągnąć pierwszego kluczowego kamienia milowego. Jeśli coś się szybko nie zmieni - szybko i diametralnie - zagrożony będzie nie tylko projekt, lecz także cała ich dotychczasowa współpraca. Konieczna była poważna rozmowa.
- Jane - powiedział stanowczym głosem. - Mamy poważny problem. I nie sądzę, by udało nam się go rozwiązać podczas tego spotkania. Czy moglibyśmy porozmawiać w cztery oczy, w twoim biurze?
---
Stali naprzeciwko siebie, rozdzieleni biurkiem Jane.
- Problem tkwi w tobie - stwierdził Ward.
- Co ty... - Delaney ugryzła się w język. Mimo wszystko był jej klientem. Owszem, nie szło im najlepiej, ale... no bez przesady. - Co chcesz przez to powiedzieć? - zaczęła raz jeszcze.
- Że problem tkwi w tobie - powtórzył Ward. Jego spokój drażnił ją jeszcze bardziej.
- Po tylu twoich naukach o rozwijaniu partnerskich relacji z dostawcami zamierzasz teraz tak po prostu przerzucić całą winę na nas? - spytała, ale zaraz się zmieszała. - Rzeczywiście, może mamy kłopoty z komunikacją, ale według mnie komunikacja zawsze działa w dwie strony.
- Mówiąc ty, nie miałem na myśli całej firmy - poprawił ją. - Chodzi mi tylko o ciebie. O ciebie jako osobę. Jesteś dyrektorem tej firmy.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Naprawdę pozwalał sobie za dużo.
Ward nie uciekł wzrokiem. Patrzył na nią otwarcie i wyjaśniał: - Jesteśmy menadżerami i naszym zadaniem jest pomaganie ludziom w odnoszeniu sukcesów. Mają do nich prawo, nie obowiązek. A to kładzie na nas - menadżerów, ich szefów - pewne wyraźne powinności. Musimy poznać i zrozumieć szczegóły ich pracy, tak aby pomóc im pokonywać wszelkie przeszkody utrudniające właściwą realizację ich zadań: kwestie bezpieczeństwa, nadmiernego obciążenia, złej organizacji, wadliwych materiałów, kiepskich metod pracy i tak dalej. Na tym właśnie polega nasza praca.
- A co każe ci sądzić...
- Ja uważam, że to ty musisz zrozumieć, czego pragnie klient. To ty musisz zrozumieć, czym każdego dnia zajmuje się twój zespół. Wszystko po to, abyś to ty mogła pomóc im odnieść sukces, i w końcu - abyśmy mogli pracować ze sobą w bardziej konstruktywny sposób.
Zawiesił na chwilę głos, czekając, aż przetrawi jego słowa. Była wściekła, że znów robi jej wykład. Powstrzymała się jednak przed szybką odpowiedzią, świadoma faktu, iż jako kobieta sukcesu nie może pozwolić sobie na reakcję, która mogłaby zostać oceniona jako zbyt ostra lub zbyt emocjonalna. Usiadła w fotelu i mierzyła swojego rozmówcę spokojnym wzrokiem.
- Wiem, że przykro ci tego słuchać. Przepraszam, ale naprawdę muszę to powiedzieć - kontynuował po chwili. - Przyjechałem tu, by się dowiedzieć, co się dzieje. Po spotkaniu, którego oboje byliśmy świadkami, byłbym gotów zamknąć cały ten projekt. To właśnie doradzał mi dyrektor do spraw zamówień. Bo zgodzisz się chyba, że przypominało to bardziej walkę zapaśników niż produktywne spotkanie, a mówiąc szczerze, nasze dążenie do wykonywania tylko takiej pracy, która tworzy wartość, nie pozwala nam tolerować takiej formy marnotrawstwa.
- Ale...
- Jednakże - nie dał jej dojść do głosu - ponieważ ten projekt jest dla nas niezwykle istotny, a ja pragnę uczynić wszystko, byśmy się wzajemnie rozumieli, poprosiłem cię o chwilę rozmowy w cztery oczy. Teraz więc stoję tu i próbuję ci to wszystko wyjaśnić. Pytanie brzmi: czy zechcesz mnie wysłuchać?
Nie podobała jej się ta jego arogancja, która niewątpliwie pozwalała mu przetrwać w twardym świecie biznesu motoryzacyjnego. Choć po chwili namysłu doszła do wniosku, że nieco przesadza i Ward nie jest wcale taki apodyktyczny. Niezwykle bezpośredni, nawet na granicy niegrzeczności - na pewno, protekcjonalny - być może, ale w tym momencie stał spokojnie, ze wzrokiem wbitym w czubki swoich butów, jak gdyby to on czuł się zażenowany. Cholera, wyglądał przy tym tak młodo. Mogłaby się założyć, że był dopiero koło czterdziestki. Wysoki, szczupły mężczyzna z czarnymi włosami rzednącymi na skroniach i workami pod jasnoniebieskimi oczami. Był wiceprezesem na teren Europy firmy Nexplas, dużego dostawcy części samochodowych. I zadał sobie trud, by osobiście odwiedzić ich firmę. Już to było niezwykłe - dotychczas Jane zazwyczaj miała do czynienia ze specjalistami IT. Menadżerowie rzadko kiedy angażowali się osobiście.
Southcape nie mogło pozwolić sobie na stratę kolejnego kontraktu. Dasz radę - napomniała samą siebie. "Uratuj twarz i uratuj ten kontrakt".
- Co tak naprawdę chcesz powiedzieć, mówiąc, że problem tkwi we mnie? - spytała, znacznie mniej konfrontacyjnym tonem. - Przecież ja zajmuję się tym projektem od niedawna, od czasu, gdy Peter Rodriguez zrezygnował z pracy, zostawiając nas na lodzie.
- Cóż, to też jest część całego problemu i powód, dla którego chcielibyśmy nadal z wami współpracować. Dobrze nam się pracowało z Peterem i byliśmy bardzo zadowoleni. Dbał o nas. Poinformował nas nawet z wyprzedzeniem, że szuka innej pracy, bo nie może już znieść atmosfery w Southcape.
- Co? - zmierzyła go pełnym zaskoczenia wzrokiem. - Za moimi plecami... i powiedział wam, że rezygnuje z mojego powodu? To naprawdę...
- Nie. Nie mówił konkretnie o tobie - przerwał jej Ward.
- Więc o co chodzi?
- Wiedzieliśmy, co się dzieje i nie podjęliśmy żadnych kroków - jest to więc też nasza wina. Z całą pewnością nie zrobiliśmy wszystkiego, co było w naszej mocy, by kontynuować zgodną współpracę. I stąd teraz ta trudna rozmowa - ciągnął dalej. W jego spojrzeniu wyczytała, że nie jest mu łatwo. - Ale to ty jesteś dyrektor generalną. To właśnie próbuję ci powiedzieć. Więc wszystko sprowadza się do ciebie.
- Co? Wybacz, ale musieliśmy mierzyć się z częstymi zmianami i rzadko jasno formułowanymi oczekiwaniami, nie mówiąc już o waszym oporze przeciwko rzeczom, których jesteśmy pewni! A teraz mówisz mi, że to moja wina! - powiedziała podniesionym głosem, zastanawiając się jednocześnie, czy nie posunęła się za daleko, przywołując swoje zastrzeżenia wobec współpracy z Nexplas.
- Tak - powiedział spokojnie. - I znam to uczucie. Mój dyrektor generalny dawno temu powiedział mi dokładnie to samo, a ja naprawdę źle to wtedy przyjąłem. Jak to możliwe, że to ja jestem problemem? Przecież nic wokół nie działa właściwie! Pozwól jednak, że spróbuję ci to wyjaśnić. Pod wieloma względami wszystko sprowadza się do szacunku. Sama go od nas oczekujesz. Szacunek ma dla nas w Nexplas wiele istotnych znaczeń. Nasza główna strategia polega na rozwoju firmy przez rozwój naszych pracowników. Mamy nawet na to pewne określenie: przywództwo z szacunkiem. Wierzymy, że cele osiąga się dzięki rozwijaniu ludzi. Przywództwo z szacunkiem jest więc praktyką - całą serią działań i podejść, które pozwalają nam realizować to założenie naprawdę, a nie tylko o nim mówić. Szanujemy doświadczenie i kreatywność ludzi, a także ich prawo do poczucia bezpieczeństwa i odnoszenia sukcesów we wszystkim, co robią. I mówimy tu zarówno o klientach, jak i o pracownikach oraz dostawcach.
Kontynuując, odliczał kolejne punkty na palcach:
- Stale angażujemy wszystkich w proces wspólnego rozwiązywania problemów, starając się ze wszystkich sił zrozumieć wszystkie punkty widzenia.
- To stanowi gwarancję jakości, produktywności oraz elastyczności, ponieważ w ten sposób staramy się zlikwidować wszystkie niezadowalające i niedodające wartości działania. Bo w ostatecznym rozrachunku to przecież produktywność przekłada się wprost na zysk.
- Sukcesy traktujemy jako wspólne, nagradzając zaangażowanie i inicjatywę, co uwiarygodnia naszą obietnicę szacunku i przyczynia się do długofalowego rozwoju. Nie ma mowy o uzyskaniu satysfakcji klienta bez satysfakcji pracownika.
I to tyle - zakończył, patrząc się z namysłem na swoją otwartą dłoń. - To oczywiste, że nie zawsze nam się wszystko tak pięknie udaje, ale staramy się sumiennie realizować te wszystkie punkty każdego dnia. Nigdy nie będzie to łatwe i nigdy nie stanie się samo. To prawdziwa harówka, szczególnie dla dyrektora generalnego, który musi stać na czele tego wszystkiego. Jednocześnie jest to jednak niezwykle istotne, zasadnicze nawet, i jeśli nie zrozumiesz, co kryje się pod pojęciem przywództwa z szacunkiem, to wątpię, abyśmy mogli ze sobą dalej współpracować. Pozwól, że teraz powtórzę to od końca. - Oparł się o ścianę. - Partnerstwo ma dla nas ogromne znaczenie, ale nie za wszelką cenę i nie na dowolnych warunkach. Na każdą sytuację patrzymy dwojako: na wyniki i na relacje. Staramy się jasno sygnalizować, czego się spodziewamy w obu tych kategoriach. Wyniki to jasne - wymierne cele, finansowe czy operacyjne. To rozumie każdy.
Kiwnęła głową. Usta wciąż jednak miała zaciśnięte.
- Ale my uważamy także - kontynuował - że trwałe rezultaty można osiągnąć wyłącznie przez stabilne relacje oparte na wzajemnym zaufaniu. Doszliśmy do wniosku, że wyniki są rezultatem usprawnień wprowadzanych krok po kroku, a te możliwe są wyłącznie w ramach silnych relacji. Jedynie takie relacje pociągają za sobą niezbędne zaangażowanie obu stron, tylko wtedy współpraca daje efekty. Odpowiednie nastawienie jest kluczem, a pierwszym krokiem - prawdziwy wysiłek, by zrozumieć się nawzajem.
- Absolutna racja - podsumowała. - Ale czy sam nie powinieneś praktykować tego, co mi tu teraz wykładasz? Jak możesz mówić z taką atencją o szacunku, skoro twoja firma słynie z mistrzowskiego stosowania Lean?
- Nie rozumiem. - Był wyraźnie zbity z tropu.
- Nie rozumiesz? - zdziwiła się. - Przecież wszyscy wiemy, jaką reputację ma Lean: nieustępliwe dążenie do zwiększania produktywności, zarządzanie przez presję, ludzie pracujący tak długo, aż padną z wycieńczenia. Wyciskanie dostawców do samego końca. Poszukiwanie najdrobniejszych oszczędności we wszystkim. Za nic nie pozwoliłabym firmie sięgać po jakieś sekciarskie programy, by usprawiedliwić takie koszmarne metody działania.
Teraz to Ward wyglądał na poirytowanego.
- Tak. Lean to filar naszej strategii - odpowiedział wyraźnie zdenerwowany - i to dzięki Lean rośniemy dwa razy szybciej i osiągamy dwa razy wyższe zyski niż nasi konkurenci. Ale nie ma to absolutnie nic wspólnego z plotkami, które mi tu przed chwilą przytoczyłaś. Dla nas Lean oznacza ciągłe dążenie do poprawy bezpieczeństwa i jakości, do zwiększenia elastyczności i produktywności poprzez angażowanie wszystkich naszych pracowników w proces rozwiązywania problemów. Codziennie. To ich inicjatywy i kreatywność pozwalają rozwijać się firmie i doskonalić naszą pracę.
W Lean nie chodzi o wywieranie nacisku na ludzi. To oczywiste. Nacisk, presja - to nawet nie są właściwe słowa. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to w jakiś sposób wywieramy presję na naszych ludzi - ale w sposób, który nam wydaje się produktywny. Można byłoby to określić terminem zdrowego napięcia. Przeciążenie jest pierwszą rzeczą, z którą walczymy, a bezpieczeństwo naszych pracowników - zarówno fizyczne, jak i psychiczne - jest dla nas na pierwszym miejscu. I to naprawdę jest najważniejsze.
I nie ma przy tym najmniejszego znaczenia - dalej mówił z powagą - że jacyś idioci upierają się przy opatrywaniu etykietką Lean swoich taylorowskich programów cięcia kosztów. To nie jest Lean. W prawdziwym Lean nie chodzi o to, by ludzie pracowali ciężej. Dzień w dzień dążymy tylko do tego, by pracowali mądrzej, inteligentniej. A to nie jest to samo. Dla nas w Lean chodzi o stawianie wyzwań - samym sobie i sobie nawzajem - aby znajdować właściwe problemy i każdego dnia angażować ludzi w ich rozwiązywanie. Nie wiem, co jeszcze słyszałaś o Lean, ale to chyba doskonała okazja, by dowiedzieć się, czym jest naprawdę. Lean to kaizen i szacunek!
- Szacunek! - powtórzyła kpiącym tonem.
- Absolutnie tak. Szacunek - potwierdził żarliwie, mocno podkreślając to słowo. - Szacunek wobec każdej osoby i jej prawa do pełnego rozwijania swoich zdolności, szacunek do pragnienia każdego człowieka osiągania sukcesów, szacunek okazywany staraniem o pełne zrozumienie siebie nawzajem i wspólne rozwiązywanie problemów.
- No dobrze - powiedziała szorstko. - Więc może zaczniesz od powiedzenia, czego wy od nas chcecie.
- W porządku. Oto umowa - kiwnął głową zdecydowanie. - Będziemy kontynuować ten projekt, jeśli otrzymam twoje osobiste zobowiązanie, że zbudujemy partnerską współpracę między moim oddziałem w naszej korporacji a twoją firmą. Na moich warunkach. Jeśli się to uda, możesz liczyć na wiele zleceń, gdyż muszę pilnie wdrożyć ten pilotażowy program we wszystkich zakładach całego oddziału.
- Co rozumiesz przez "na moich warunkach"?
- Skłonny jestem cię nauczyć, jak możecie tu pracować w inny sposób. Oczywiście o ile tylko będziesz chciała się uczyć. Nauczę cię wszystkiego, czego mnie nauczono.
- Chcesz mnie uczyć? - spytała zdumiona.
- Tak. Ale musisz się zobowiązać, że będziesz się uczyć pracy dla nas. Ty. Osobiście.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w pełnej napięcia ciszy.
- Jestem świadomy tego, że nie tak wyobrażałaś sobie przebieg tej rozmowy - milczenie przerwał w końcu Ward. - Jeśli jednak poczujesz się dzięki temu lepiej, to pozwól, że coś ci powiem. Dawno temu, gdy byłem dyrektorem zakładu, zajęło mi dużo, naprawdę dużo czasu, zanim w końcu przyjąłem do wiadomości, że muszę się jeszcze sporo nauczyć, zanim będę w stanie realnie rozwiązywać problemy tego zakładu. Proszę cię jedynie o to, abyś przemyślała moją ofertę. Jeżeli w ciągu tygodnia nie dasz mi znać, po prostu tak to zostawimy. To chyba uczciwe?
Nie ufając swojemu głosowi, odpowiedziała mu jedynie kiwnięciem głowy. Próbowała uspokoić się po drodze do holu, gdzie ludzie z Nexplas i jej zespół wciąż wymieniali wrogie spojrzenia. Widać było, że każdy chce jak najszybciej pójść własną drogą. Co tu mówić o partnerstwie!
---
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki