6
Dzieciństwo jest długie i wąskie jak trumna, nie można się z niego wydostać samodzielnie. Istnieje cały czas i wszyscy mogą je zobaczyć równie wyraźnie, jak się widzi zajęczą wargę Pięknego Ludwika. Z Pięknym Ludwikiem jest jak z Piękną Lili, która jest tak brzydka, że trudno sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek miała matkę. Wszystko, co brzydkie lub niewydarzone, ludzie nazywają pięknym i nikt nie wie, dlaczego tak jest. Z dzieciństwa nie można się wydostać, ono przykleja się do człowieka jak zapach. Można go wyczuć u innych dzieci, a każde dzieciństwo pachnie inaczej. Swojego zapachu się nie czuje i czasami pojawia się obawa, że jest ono gorsze niż innych. Stoisz i rozmawiasz z inną dziewczynką, której dzieciństwo pachnie popiołem i węglem, a ona nagle odsuwa się o krok, bo poczuła okropny smród dzieciństwa swojej rozmówczyni. Ukradkiem obserwujesz dorosłych, ich dzieciństwo, wystrzępione i dziurawe, tkwi w nich niczym wysłużony, zeżarty przez mole koc, o którym już nikt nie myśli ani go nie potrzebuje. Nie widać po nich, aby mieli jakieś dzieciństwo, a nie masz odwagi pytać, w jaki sposób zdołali je przetrwać, tak by na twarzach nie pozostały po nim głębokie blizny i ślady. Zaczynasz podejrzewać ich o posłużenie się sekretnym przejściem i przebranie się w dorosłą postać na wiele lat przed tym, zanim przyszedł na to czas. Zrobili to pewnego dnia, kiedy byli sami w domu, a dzieciństwo opasywało im serce trzema żelaznymi obręczami, jak u Żelaznego Jana[3] w baśni braci Grimm, któremu te więzy pękły dopiero, gdy jego pan został uwolniony. Ale jeśli się nie zna takiego sekretnego przejścia, to dzieciństwo trzeba wytrzymywać i znosić przez kolejne godziny składające się w kompletnie nieprzewidywalną liczbę lat. Uwolnić od niego może jedynie śmierć, dlatego w dzieciństwie wiele myśli się o śmierci i wyobraża ją sobie jako ubranego na biało dobrego anioła, który pewnej nocy ucałuje dziecko w powieki, żeby już nigdy więcej się nie otworzyły. Stale mi się wydaje, że matka pokocha mnie dopiero wtedy, kiedy już będę dorosła, tak jak kocha Edvina. Moje dzieciństwo bowiem irytuje ją tak samo jak mnie i jesteśmy razem szczęśliwe tylko wówczas, gdy zapomni o jego istnieniu. W takich chwilach rozmawia ze mną tak jak ze swoimi przyjaciółkami albo z ciotką Rosalią, a ja bardzo pilnuję, by moje odpowiedzi były krótkie, by nagle nie przypomniało jej się, że jestem tylko dzieckiem. Puszczam jej rękę i utrzymuję pewien dystans między nami, aby nie wyczuła również zapachu mojego dzieciństwa. Dzieje się tak prawie zawsze, kiedy jestem z nią na zakupach na Istedgade. Opowiada mi, jak wesoło się bawiła, będąc młodą dziewczyną, co wieczór wybierała się na tańce i nigdy nie schodziła z parkietu. "Co wieczór miałam nowego chłopaka - mówi, głośno się śmiejąc - ale kiedy poznałam Ditleva, dłużej tak nie mogło być". Ditlev to mój ojciec, chociaż na ogół zawsze mówi o nim "ojciec", tak jak on o niej mówi "matka" albo "mamuśka". Odnoszę wrażenie, że kiedyś była szczęśliwa i inna, lecz wszystko to nagle się skończyło, gdy poznała Ditleva. Kiedy o nim opowiada, on staje się jakby zupełnie inną osobą, przestaje być moim ojcem. Jest duchem ciemności, który miażdży i niszczy wszystko, co piękne, jasne i wesołe. Zaczynam wtedy pragnąć, żeby ten Ditlev nigdy nie pojawił się w jej życiu. Gdy matka dochodzi do jego imienia, z reguły dostrzega też moje dzieciństwo, patrzy na nie ze złością i gniewem, a ciemny rant wokół jej niebieskiej tęczówki ciemnieje jeszcze bardziej. To dzieciństwo zaczyna trząść się ze strachu i rozpaczliwie wspina się na palce, by uciec, ciągle jednak jest za małe i może zostać wymazane dopiero za kilkaset lat.
Osoby o takim widocznym, nieprzyzwoitym dzieciństwie zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym, nazywa się dziećmi, a dzieci można traktować tak, jak się chce, bo z ich strony nie ma się czego obawiać. Nie mają żadnej broni ani żadnej maski, chyba że są bardzo przebiegłe. Ja jestem takim przebiegłym dzieckiem, moją maską zaś jest głupota i bardzo uważam, żeby nikt mi jej nie zerwał. Lekko rozchylam usta, a oczy całkowicie opróżniam, jakby zawsze wpatrywały się jedynie w powietrze. Ze szczególną uwagą pilnuję, żeby w mojej masce nie pojawiły się dziury, kiedy w środku we mnie coś zaczyna śpiewać. Żaden dorosły nie może znieść piosenki w moim sercu i girland słów w mojej głowie. Wiedzą jednak o nich, gdyż ich kawałeczki przesączają się ze mnie sekretnym kanałem, którego nie znam i dlatego nie mogę go zatkać. "Chyba niczego sobie nie wyobrażasz?", mówią podejrzliwie, a ja ich zapewniam, że nic podobnego nie przyszłoby mi nawet do głowy. W szkole pytają: "O czym myślisz? Jak brzmiało ostatnie wypowiedziane przeze mnie zdanie?". Nigdy jednak nie potrafią przejrzeć mnie na wskroś. Umieją to tylko dzieci z podwórka albo z ulicy. "Udajesz głupią - mówi groźnie wielka dziewczyna, podchodząc do mnie blisko - ale wcale taka nie jesteś". Bierze mnie w krzyżowy ogień pytań, a wiele innych dziewczynek zbiera się w milczeniu wokół mnie, tworzą krąg, przez który nie mogę się przedrzeć, dopóki nie udowodnię, że naprawdę jestem głupia. Wreszcie dzięki wszystkim moim idiotycznym odpowiedziom uznają sprawę za wyjaśnioną i niechętnie robią w kręgu lukę, przez którą udaje mi się wymknąć i uciec w bezpieczne miejsce. "Bo nie wolno udawać, że jest się kimś, kim się nie jest", krzyczy jeszcze któraś za mną umoralniająco i ostrzegawczo.
Dzieciństwo jest mroczne i zawsze popiskuje jak małe zwierzątko, zamknięte i zapomniane w piwnicy. Wydobywa się z gardła niczym parujący na mrozie oddech; czasami bywa za małe, a kiedy indziej za duże. Nigdy w sam raz. Dopiero gdy kiedyś zostaje zrzucone jak skóra węża, można w spokoju mu się przyjrzeć i porozmawiać o nim jak o zwalczonej chorobie. Większość dorosłych twierdzi, że mieli szczęśliwe dzieciństwo, i może sami w to wierzą, ale ja nie. Wydaje mi się, że po prostu udało im się o nim zapomnieć. Moja matka nie miała szczęśliwego dzieciństwa i nie jest ono tak głęboko schowane w niej jak w innych ludziach. Opowiada mi, jakie to było straszne, kiedy jej ojciec miał delirium, a oni wszyscy musieli stać i podtrzymywać ścianę, żeby się na niego nie zwaliła. Kiedy mówię, że mi go żal, krzyczy: "Żal! To przecież była jego wina, tego zapijaczonego łachudry. Wypijał dziennie całą butelkę wódki, a nam mimo wszystko było o wiele lepiej, kiedy wreszcie wziął się w garść i powiesił". Matka mówi także: "Zamordował pięciu moich małych braci. Wyjął ich z kołyski i rozbił im główki o ścianę". Zapytałam kiedyś ciotkę Rosalię, siostrę matki, czy to prawda, a ona odpowiedziała: "Oczywiście, że nie. Oni po prostu umarli. Nasz ojciec był nieszczęśliwym człowiekiem, a twoja mama miała zaledwie cztery lata, kiedy umarł". Odziedziczyła po babci nienawiść do niego. Babcia to matka ich obu i chociaż jest już stara, to potrafię sobie wyobrazić, że w jej głowie mieści się mnóstwo nienawiści. Babcia mieszka w dzielnicy Amager, jest siwiutka i zawsze chodzi ubrana na czarno. Podobnie jak do rodziców, muszę się do niej zwracać wyłącznie w trzeciej osobie, co bardzo utrudnia nasze rozmowy i wypełnia je powtórzeniami. Babcia naznacza chleb krzyżem od spodu, zanim go pokroi, a obcięte paznokcie spala w piecu. Pytam, dlaczego to robi, ale odpowiada, że nie wie. Tak robiła jej matka. Jak wszyscy dorośli nie lubi, kiedy dzieci o coś pytają, i udziela jedynie krótkich odpowiedzi. Gdziekolwiek się człowiek obejrzy, wszędzie natyka się na swoje dzieciństwo i uderza o nie, gdyż jest ono twarde i kanciaste, a przestaje takie być dopiero, gdy rozerwie człowieka na strzępy. Wygląda na to, że każdy ma własne dzieciństwo i te dzieciństwa bardzo się od siebie różnią. Na przykład dzieciństwo mojego brata jest bardzo hałaśliwe, moje natomiast ciche, przyczajone i czujne. Nikt go nie lubi i nikomu nie jest potrzebne. Nagle staje się za duże, nieoczekiwanie mogę spojrzeć matce prosto w oczy, kiedy stoimy obok siebie. "Człowiek rośnie we śnie", mówi matka. Staram się więc nie zasnąć wieczorem, ale sen wygrywa, a rano aż kręci mi się w głowie, gdy patrzę na swoje stopy, tak wielka dzieli mnie od nich odległość. "Ty długa tyko", wołają za mną chłopcy z ulicy, i jeśli tak dalej pójdzie, to będę musiała przenieść się do krainy Wielkiego Mogoła, gdzie rosną wszystkie olbrzymy[4]. Teraz w dodatku dzieciństwo sprawia ból. To się nazywa bóle wzrostowe i ustaje dopiero, kiedy się ma dwadzieścia lat. Tak mówi Edvin, a on wie wszystko, również o świecie i społeczeństwie, jak mój ojciec, który zabiera go na zebrania polityczne, co zdaniem mojej matki skończy się tym, że obu zaaresztuje policja. Nie słuchają gderania matki, bo ona się nie wyznaje na polityce, podobnie jak ja. Matka twierdzi też, że ojciec nie może znaleźć pracy, ponieważ jest socjalistą i członkiem związku zawodowego, a Stauning, którego zdjęcie ojciec powiesił na ścianie obok żony marynarza, pewnego dnia sprowadzi na nas nieszczęście. Ja lubię Stauninga, wiele razy go widziałam i słyszałam na zgromadzeniach politycznych w F?lledparken. Lubię go, ponieważ jego długa broda tak zabawnie faluje na wietrze i ponieważ zwraca się do robotników "towarzysze", chociaż jest premierem i mógłby sobie pozwolić na podkreślenie tego faktu. Jeśli chodzi o politykę, to wydaje mi się, że matka nie ma racji, ale nikogo nie interesuje, co o takich sprawach myślą czy nie myślą dziewczynki.
Pewnego dnia moje dzieciństwo ma zapach krwi, a ja nie mogę tego nie zauważyć i nie wiedzieć. "Teraz możesz mieć dzieci - mówi matka. - Jeszcze na to za wcześnie, nawet nie skończyłaś trzynastu lat". Dobrze wiem, skąd się biorą dzieci, bo śpię razem z rodzicami, zresztą w ogóle takiej wiedzy nie da się uniknąć. Ale mimo wszystko w pewnym sensie tego nie wiem i wyobrażam sobie, że w każdej chwili mogę się obudzić, a obok mnie będzie leżało maleństwo o imieniu Maria, bo to będzie dziewczynka. Nie lubię chłopców, a zresztą nie wolno mi się z nimi bawić. Kocham i podziwiam tylko Edvina, jedynie za niego mogłabym wyjść za mąż. Ale nie można wziąć ślubu z własnym bratem, a gdyby nawet było to możliwe, on by mnie nie chciał. Powtarza to dostatecznie często. Mojego brata lubią wszyscy, a ja często myślę o tym, że jego dzieciństwo pasuje do niego bardziej niż moje do mnie. Edvin ma dzieciństwo szyte na miarę, takie, które poszerza się harmonijnie wraz z tym, jak Edvin rośnie, moje natomiast jest skrojone na zupełnie inną dziewczynkę, na którą z pewnością byłoby dobre. Kiedy do głowy przychodzą mi takie myśli, moja maska staje się jeszcze głupsza, bo z nikim nie można porozmawiać o takich rzeczach, a ja ciągle marzę o spotkaniu kogoś niezwykłego, kto by mnie wysłuchał i zrozumiał. Z książek wiem, że tacy ludzie istnieją, ale na ulicy mojego dzieciństwa nikogo takiego nie ma.