Trylogia Kaladanu (#2). Diuna. Pani Kaladanu - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (32,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­gram euge­niczny Kwi­satz Hade­rach miał przy­nieść poży­tek ludz­ko­ści, ale za jaką cenę? Kosz­tem ilu ludzi?

- lady Jes­sika, dzien­niki pry­watne

Sercem i umy­słem Jes­sika zna­la­zła się na dnie prze­pa­ści. Z każdą chwilą coraz bar­dziej odda­lała się od Kala­danu, księ­cia Leto i Paula.

Po otrzy­ma­niu ulti­ma­tum, w któ­rym Bene Ges­se­rit gro­ziły jej rodzi­nie poważ­nymi kon­se­kwen­cjami, Jes­sika, przy­wo­łana na Wal­la­cha IX jak krnąbrne dziecko, prze­mie­rzyła układy gwiezdne w liniowcu Gil­dii Kosmicz­nej. Lecąc pro­mem z ogrom­nego statku orbi­tu­ją­cego wokół ponu­rego i zim­nego ojczy­stego świata zgro­ma­dze­nia żeń­skiego, nie czuła wzru­sze­nia z powodu powrotu do domu.

Czy jesz­cze kie­dyś zoba­czy Kala­dan? Albo Leto czy Paula? Zmie­niła pozy­cję na twar­dym sie­dze­niu. Praw­do­po­dob­nie odpo­wiedź na to pyta­nie zale­żała od tego, czego chciała od niej matka prze­ło­żona Hariszka.

W sta­tek ude­rzył wyjąt­kowo silny boczny wiatr, zmu­sza­jąc pilota do prze­rwa­nia scho­dze­nia na powierzch­nię pla­nety i wznie­sie­nia się do czasu osłab­nię­cia tur­bu­len­cji. Wśród pasa­że­rów roz­le­gły się głosy zanie­po­ko­je­nia. Jes­sika mil­czała; zma­gała się z wła­snymi wewnętrz­nymi tur­bu­len­cjami.

Spoj­rzaw­szy przez rom­bo­idalny ilu­mi­na­tor, zoba­czyła kłę­biące się chmury, które odzwier­cie­dlały zamęt panu­jący w jej gło­wie. Była obu­rzona, że zgro­ma­dze­nie trzyma ją żela­zną ręką. Opu­ściła je przed wie­loma laty i wyobra­żała sobie, że na Kala­da­nie jest nie­za­leżna - aż do teraz, kiedy to Bene Ges­se­rit strze­liły z bata. Wezwa­nie nie pozo­sta­wiało żad­nego pola do nego­cja­cji. Matka wie­lebna Mohiam zagro­ziła, że jeśli Jes­sika nie posłu­cha, zgro­ma­dze­nie znisz­czy księ­cia i przy­szłość rodu Atry­dów, a na pewno miało środki, by tego doko­nać.

Potrze­bo­wały jej do swo­ich celów, wyco­fały ją - na stałe? - z Kala­danu. Jesz­cze ni­gdy nie była tak przy­gnę­biona, odizo­lo­wana od wszyst­kich i wszyst­kiego, co kochała. Ale nie zamie­rzała pokor­nie się na to godzić.

Prom znowu zako­ły­sał się w podmu­chach wia­tru, lecz wymi­nąw­szy burzę, zaczął ponow­nie scho­dzić i Jes­sika patrzyła, jak zbli­żają się do kom­pleksu szkoły matek. Przez zasłonę chmur widziała stare budynki i nowe dobu­dówki, spa­dzi­ste dachy pokryte czer­wo­nymi dachów­kami i niskie zaro­śla na ziemi. Liście nabrały jesien­nych kolo­rów - jasnego szkar­łatu i oranżu. Zabu­do­wa­nia były połą­czone jak liczne kobiety w zgro­ma­dze­niu, sta­no­wiące część zło­żo­nej i potęż­nej machiny poli­tycz­nej.

Osie­ro­cona Jes­sika wycho­wy­wała się tu od dziecka, a zgro­ma­dze­nie uczyło ją, indok­try­no­wało i zawład­nęło nią od uro­dze­nia aż do nie­uchron­nej śmierci. Była wła­sno­ścią Bene Ges­se­rit.

Ucie­ka­jąc się do metod wpo­jo­nych jej w szkole matek, skon­cen­tro­wała się na ćwi­cze­niach odde­cho­wych, które przy­wra­cały jasność umy­słu i spo­kój. Czuła, jak jej mię­śnie się roz­luź­niają. Musiała być w naj­lep­szej for­mie, by sta­wić czoło temu, co ją nie­ba­wem czeka.

Gdy tak się sku­piała, tur­bu­len­cje ustały i reszta chmur nad lądo­wi­skiem na obrzeżu kom­pleksu szkol­nego się roz­pro­szyła. Na­dal mając na sobie kala­dań­skie szaty, Jes­sika czuła się nie na miej­scu, wkrótce sio­stry zmu­szą ją jed­nak do prze­bra­nia się w tra­dy­cyjny ciemny strój, by przy­po­mnieć jej, że na­dal jest i zawsze będzie jedną z nich.

Na Wal­la­chu IX, z jego sła­bym słoń­cem i chłod­nym kli­ma­tem, młode kobiety ze zgro­ma­dze­nia od dawna albo dora­stały do cze­ka­ją­cych je wyzwań, albo odpa­dały. Jes­sika poczuła dziwną nostal­gię za starą szkołą i wewnętrzne roz­dar­cie mię­dzy lojal­no­ścią wobec zgro­ma­dze­nia a wier­no­ścią rodzi­nie. Spę­dziła tutaj tak wiele lat, kształ­to­wana, jakby była z mięk­kiej gliny, i w końcu została przy­dzie­lona jako ofi­cjalna kon­ku­bina mło­demu księ­ciu o wiel­kim poten­cjale.

A teraz zna­la­zła się tu z powro­tem. Miała złe prze­czu­cie.

Na lądo­wi­sku powi­tała ją oso­bi­ście matka prze­ło­żona. Hariszka miała prze­szy­wa­jący wzrok i surowy spo­sób bycia. Pomimo wieku jej skóra była zadzi­wia­jąco jędrna i gładka, praw­do­po­dob­nie skut­kiem regu­lar­nego zaży­wa­nia melanżu. Przez całe życie słu­żyła zgro­ma­dze­niu, a swoją obecną funk­cję peł­niła od dzie­siąt­ków lat.

- Chodź ze mną. Jesteś natych­miast potrzebna - powie­działa, nie wyja­śnia­jąc jed­nak, jaka to nie­cier­piąca zwłoki sprawa wywró­ciła życie Jes­siki do góry nogami.

Star­sza kobieta narzu­ciła szyb­kie tempo, niczym dowódca pro­wa­dzący oddział do szturmu na nie­przy­ja­ciela. Wkro­czyły do dużego nowego budynku admi­ni­stra­cji wznie­sio­nego dzięki hoj­nej daro­wiź­nie sta­rego wiceh­ra­biego Alfreda Tulla, któ­rego nazwi­sko umiesz­czono na tablicy przy wej­ściu.

- Chcę, żebyś to zoba­czyła, zanim na powrót się zaakli­ma­ty­zu­jesz. Możemy nie mieć wiele czasu - oznaj­miła Hariszka. - Musisz poznać powód, dla któ­rego się tutaj zna­la­złaś, i dowie­dzieć się, dla­czego jest to takie ważne.

"Tak - pomy­ślała Jes­sika. - Muszę się tego dowie­dzieć".

Idąc za matką prze­ło­żoną po sze­ro­kich scho­dach, chło­nęła mało ważne detale, ale cho­ciaż drę­czyła ją cie­ka­wość, nie zada­wała żad­nych pytań. W odizo­lo­wa­nej czę­ści dru­giego pię­tra Hariszka zapro­wa­dziła ją do okna w zamknię­tych na cztery spu­sty drzwiach obszer­nej izby cho­rych. Przed pla­zem stały na straży dwie sio­stry, ale Jes­sika pode­szła, zde­cy­do­wana zaj­rzeć do środka.

- Drzwi są zamknięte i zaba­ry­ka­do­wane, lecz nie lek­ce­waż zagro­że­nia - ode­zwała się Hariszka. - Okno jest z prze­zro­czy­stego, zbro­jo­nego płazu i ona też może nas przez nie widzieć, jeśli tylko jest wystar­cza­jąco przy­tomna. Jeśli jed­nak będzie to konieczne dla naszego bez­pie­czeń­stwa, możemy prze­łą­czyć plaz na widok jed­no­stronny.

Skoro zasto­so­wano tyle zabez­pie­czeń, Jes­sika spo­dzie­wała się ujrzeć w środku jakie­goś potwora. Zamiast tego zoba­czyła wycią­gniętą na łóżku starą kobietę wier­cącą się nie­spo­koj­nie we śnie. Miała na sobie szpi­talną koszulę, a do ciała pod­łą­czone rurki i prze­wody pro­wa­dzące do moni­to­rów. Jej twarz była wykrzy­wiona w gry­ma­sie. Krzy­czała coś, ale gruby plaz tłu­mił dźwięki. Cho­ciaż jej szyję i ręce pokry­wały zmarszczki i star­cze plamy, obli­cze nie było tak zwię­dłe jak ciało.

Jes­sika nic z tego nie poj­mo­wała.

- Ona... jest groźna? Co to ma wspól­nego ze mną?

Hariszka udzie­liła wykręt­nej odpo­wie­dzi:

- To Lethea, była Kwi­satz Matka. Teraz służy zgro­ma­dze­niu ina­czej, dopóki pozo­staje przy życiu... i dopóki nie ujawni nam tego, czego potrze­bu­jemy.

Kwi­satz Matka. Jes­sika przy­po­mniała sobie pierw­szą żonę Szad­dama Cor­rino, Ani­rulę, która była obecna przy naro­dzi­nach Paula i bar­dzo się chłop­cem inte­re­so­wała. Kobieta była Bene Ges­se­rit o "ukry­tej ran­dze" i nosiła ten ważny, sekretny tytuł. Umarła krótko po przyj­ściu Paula na świat.

- A czym zaj­muje się Kwi­satz Matka? - zapy­tała. "I dla­czego ma taką wła­dzę, aby mnie wezwać?" - dodała w myślach.

- Tak jak nawi­ga­tor Gil­dii prze­wi­duje bez­pieczne trasy mię­dzy gwiaz­dami, tak Kwi­satz Matka może ujrzeć każdą nić w gobe­li­nie naszych pla­nów euge­nicz­nych. Lethea została zwol­niona z tego obo­wiązku z powodu nie­sta­bil­no­ści psy­chicz­nej. Ale na­dal jest uży­teczna, cho­ciaż groźna.

Jes­sika nie mogła ode­rwać oczu od wiedźmy wiją­cej się na łóżku w izo­latce. Wyda­wało się jej, że sta­ruszka led­wie może się ruszać.

- Groźna?

Hariszka patrzyła przed sie­bie, jakby mogła wzro­kiem prze­nik­nąć drzwi.

- Zamor­do­wała już kilka sióstr. Stąd te wszyst­kie środki bez­pie­czeń­stwa. - Matka prze­ło­żona ski­nęła na jedną z kobiet trzy­ma­ją­cych straż przy oknie, trzy­dzie­sto­latkę o czar­nych wło­sach i oliw­ko­wej cerze. - Sio­stra Jiara uważ­nie ją obser­wuje, ale oba­wiam się, że nie­wiele może o niej powie­dzieć.

Jiara zer­k­nęła przez pla­zową szybę.

- Jej umysł słab­nie, lecz na­dal jest nie­wia­ry­god­nie potężny. - Prze­rwała, ale zaraz dodała: - Na tyle, by potra­fiła zabić samą siłą woli.

Jakby wyczu­wa­jąc ich obec­ność, Lethea unio­sła nieco powieki i spoj­rzała szpar­kami oczu pro­sto na Jes­sikę za szybą. Jes­sika się wzdry­gnęła.

- Do czego ona jest wam potrzebna? - zapy­tała matkę prze­ło­żoną. - Co jest takie ważne?

- Lethea posiada szcze­gólną zdol­ność pre­ko­gni­cji, zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści naszego zakonu. Już nie­raz jej pro­gnozy oka­zały się trafne i cenne dla nas, bo pozwo­liły nam pod­jąć roz­ważne decy­zje. Dla­tego mimo zagro­że­nia, które sta­nowi, pod­trzy­mu­jemy ją przy życiu. Ten dar jed­nak to poja­wia się, to zanika, a ona traci nad nim kon­trolę.

- Postra­dała zmy­sły - dodała Jiara gorz­kim tonem. - Ale nale­gała, żeby cię tu spro­wa­dzić.

Jes­sikę nur­to­wało tak wiele pytań, że nie mogła już się powstrzy­mać przed ich zada­niem.

- Co to ma wspól­nego ze mną? Ni­gdy nie spo­tka­łam tej Kwi­satz Matki.

Hariszka odwró­ciła się do niej i odparła:

- Jesteś tu, ponie­waż Lethea powie­działa: "Spro­wadź­cie ją. Od niej zależy nasza przy­szłość". I nale­gała, żeby odse­pa­ro­wać cię od syna. Według niej możesz poło­żyć kres naszemu zgro­ma­dze­niu.

Jes­sika poczuła się, jakby spa­dła z wyso­kiej skały.

- Odse­pa­ro­wać mnie od Paula? - To nie miało sensu. - Dla­czego? W jakim celu?

Hariszce zrze­dła mina.

- Potrze­bu­jemy cię wła­śnie po to, by zna­leźć odpo­wiedź na to pyta­nie. Lethea prze­wi­działa grozę, roz­lew krwi, kata­strofę. Dla­tego tak pil­nie cię wezwa­ły­śmy.

Oddzie­lona od nich pla­zem Lethea na­dal wbi­jała spoj­rze­nie w Jes­sikę, a potem spio­ru­no­wała wzro­kiem matkę prze­ło­żoną, Jiarę i drugą sio­strę. W końcu zamknęła oczy i opa­dła bez­wład­nie na łóżko.

- Jest pod­stępna - szep­nęła Jiara. - Popatrz na nią. Chce zabić jesz­cze parę spo­śród nas, jeśli tylko damy jej szansę.

- Naprawdę wresz­cie zasnęła? - zapy­tała druga sio­stra.

Hariszka wci­snęła przy­cisk w ścia­nie i drzwi izby cho­rych otwo­rzyły się z cichym sykiem. Zawo­łała jesz­cze trzy sio­stry medyczki, które przy­bie­gły kory­ta­rzem.

- Zaj­mij­cie się nią szybko, póki jesz­cze można - powie­działa.

Kobiety wto­czyły do izby cho­rych maszynę i pod­łą­czyły do niej sta­ru­chę dodat­ko­wymi rur­kami i kablami, sta­ra­jąc się jej przy tym nie zbu­dzić. Dwie sio­stry odczy­ty­wały wska­za­nia urzą­dze­nia, nato­miast trze­cia pozo­sta­wała czujna, jakby spo­dzie­wała się ataku.

- To urzą­dze­nie do wle­wów dożyl­nych - wyja­śniła Hariszka. - Lethea odma­wia jedze­nia. Musimy utrzy­mać ją przy życiu bez względu na to, jak się temu sprze­ci­wia. I spo­dzie­wamy się, że wyci­śniesz z niej odpo­wie­dzi.

Medyczki pra­co­wały szybko, ale gdy odłą­czały rurki, pacjentka się poru­szyła. Prze­stra­szone kobiety odsko­czyły i rzu­ciły się w stronę drzwi.

Lethea roz­bu­dziła się zupeł­nie i krzyk­nęła dziw­nie:

- Stać!

Jes­sika roz­po­znała nie­od­partą siłę Głosu. Czy wła­śnie w ten spo­sób sta­ru­cha zabi­jała?

Dwie sio­stry zdą­żyły umknąć na kory­tarz, ale trze­cia, straż­niczka, nagle zatrzy­mała się jak rażona pio­ru­nem. Była prze­ra­żona i mimo wszystko usi­ło­wała wydo­stać się z pomiesz­cze­nia, ale nie mogła się ruszyć, jakby została spę­tana. Jej towa­rzyszki wró­ciły, zła­pały ją za ręce i wycią­gnęły na zewnątrz, po czym zamknęły za sobą drzwi.

Mio­ta­jąc się na łóżku, Lethea patrzyła ze zło­ścią w okno.

- Wła­śnie dla­tego musimy przy­sy­łać tu trzy­oso­bowe zespoły - powie­działa Hariszka. - Wydaje się, że Lethea może zapa­no­wać nad umy­słem tylko jed­nej sio­stry, dzięki czemu pozo­stałe dwie mogą ura­to­wać ofiarę.

- Dla niej to zabawa - dodała Jiara. - Stara się zła­pać któ­rąś z nas, kiedy będzie sama.

Lethea obrzu­ciła Jes­sikę wro­gim, prze­ra­ża­ją­cym spoj­rze­niem, ale ta nie spu­ściła wzroku i patrzyła jej pro­sto w oczy.

- To dla­tego doma­gała się widze­nia ze mną? Żeby mnie zabić?

- Moż­liwe - odparła matka prze­ło­żona. - Bar­dzo moż­liwe.

Ród Atry­dów zawsze oce­niał swoją war­tość w kate­go­riach honoru, nie miarą posia­da­nych wło­ści. Jeśli cho­dzi o to, co jest dla nas ważne, jeste­śmy znacz­nie bogatsi niż jaki­kol­wiek inny ród w Land­sra­adzie.

- Leto Atryda, prze­mó­wie­nie z oka­zji przy­ję­cia tytułu księ­cia Kala­danu

Wszyst­kie główne trasy Gil­dii pro­wa­dziły osta­tecz­nie na Kaita­ina, roz­iskrzoną sto­licę Impe­rium. Książę Leto wyle­ciał z odle­głego Kala­danu na pokła­dzie rodo­wej luk­su­so­wej fre­gaty, która zacu­mo­wała w luku liniowca. Jego orszak, znacz­nie więk­szy, niż potrze­bo­wał, odziany był w zie­lono-czarne stroje ozdo­bione wspa­nia­łym jastrzę­biem Atry­dów. Land­sraad zupeł­nie się nie spo­dzie­wał po księ­ciu Kala­danu takiej osten­ta­cji.

Po ataku ter­ro­ry­stycz­nym na Oto­rio zasady obo­wią­zu­jące w Impe­rium się zmie­niły. A po kło­po­tach zwią­za­nych z Jes­siką... Leto poczuł przy­pływ emo­cji. Po jej wyjeź­dzie on sam też się zmie­nił. Był teraz innym czło­wie­kiem, miał nowy cel i prio­ry­tety. Chciał zre­ali­zo­wać długo odkła­dane ambitne plany doty­czące rodu i syna i zabrał się do tego z deter­mi­na­cją. Tylko to mu zostało.

Mini­ster pro­to­kołu Atry­dów, chudy i nie­zbyt pewny sie­bie męż­czy­zna o nazwi­sku Eli Conyer, wypeł­nił pod­czas podróży wszyst­kie for­mu­la­rze i gdy linio­wiec Gil­dii wypu­ścił na orbitę Kaita­ina chmarę fre­gat, pro­mów i stat­ków pasa­żer­skich, wysłał wia­do­mość o przy­by­ciu księ­cia. Prze­ka­zał ją do biura sekre­ta­rza Land­sra­adu i pałacu Impe­ra­tora, a także do źró­deł i kana­łów infor­ma­cyj­nych, nale­ga­jąc na zor­ga­ni­zo­wa­nie należ­nego mu ofi­cjal­nego powi­ta­nia.

Conyer nie mógł ukryć uśmie­chu.

- Wszystko odbę­dzie się tak, jak na to zasłu­gu­jesz, mój panie. Sto­lica dowie się, że przy­le­ciał książę Kala­danu!

Nie tak dawno temu, pod­czas inau­gu­ra­cji jar­marcz­nego muzeum Cor­ri­nów na Oto­rio, Leto prze­wra­cał oczami na widok wystro­jo­nych i kolo­ro­wych jak papugi szlach­ci­ców, któ­rzy popi­sy­wali się w nadziei, że zwrócą na sie­bie uwagę Szad­dama Cor­rino IV. Teraz wyglą­dało na to, że sam będzie się tak zacho­wy­wał.

Nie czuł się dobrze, będąc w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia, ale tak wła­śnie pole­cił to urzą­dzić swemu mini­strowi. Była to jego pierw­sza próba pod­kre­śle­nia rangi rodu Atry­dów.

- Czyż nie tak postę­puje każdy czło­nek Land­sra­adu? - zapy­tał.

- To powszechna prak­tyka, mój panie - obru­szył się Conyer - ale ty ni­gdy wcze­śniej tak nie postę­po­wa­łeś. Dla­tego ta wizyta jest godna uwagi.

Dotych­czas Leto zado­wa­lał się rolą dobrego władcy swego ludu, nade wszystko ceniąc sobie honor, i tak też wycho­wy­wał syna. Z tego powodu wiele oka­zji do powięk­sze­nia majątku i wła­dzy, a zatem rów­nież bez­pie­czeń­stwa rodu, mu umknęło. Prze­oczył wiele spo­sob­no­ści. A jeśli w ten spo­sób uszczu­plił dzie­dzic­two Paula? Zasta­na­wiał się, czy inni szlach­cice nie uwa­żają go po cichu za nie­zdol­nego do pro­wa­dze­nia roz­gry­wek poli­tycz­nych.

Po ataku ter­ro­ry­stycz­nym, któ­rego doko­nał Jaxson Aru, w Land­sra­adzie zwol­niło się wiele miejsc i szlachta rywa­li­zo­wała o nie jak świ­nie o dostęp do koryta. Leto nie chciał brać w tym udziału, ale zda­wał sobie sprawę, że nie może oka­zać sła­bo­ści. Musiał przy­być na Kaita­ina i zażą­dać choćby czę­ści tego, na co zasłu­gi­wali Atry­dzi. Od dawna im się to nale­żało.

Conyer spoj­rzał na ekran i uśmiech­nął się.

- Zała­twi­łem nam straż hono­rową i eskortę w Impe­rial­nym Por­cie Kosmicz­nym, mój panie. - Zer­k­nął w bok, jakby zmie­szany. - To płatna usługa, ale mie­ści się w naszym budże­cie.

- Dobrze zro­bi­łeś - rzekł Leto, gdy pyszna fre­gata osia­dła w wyzna­czo­nej stre­fie. - Czy dla mnie i mojej świty przy­go­to­wano odpo­wied­nie kwa­tery gościnne?

Conyer zro­bił ura­żoną minę.

- Oczy­wi­ście, mój panie! W skrzy­dle pro­me­na­do­wym. Wspa­niały apar­ta­ment z przy­le­głymi poko­jami dla służby i ochrony. Będziesz dosko­nale widoczny, dokąd­kol­wiek się udasz w swo­ich spra­wach, i na pewno zosta­niesz zauwa­żony.

Mia­sto sto­łeczne, z budyn­kami rzą­do­wymi, pomni­kami, muze­ami, wie­żami, rzeź­bami, fon­tan­nami, obe­li­skami, bra­mami i zega­rami sło­necz­nymi pod czy­stym, błę­kit­nym, pod­le­ga­ją­cym kon­troli kli­matu nie­bem, było oknem wysta­wo­wym Impe­rium. Kako­fo­nia dźwię­ków i natłok obra­zów spra­wiły, że Leto po opusz­cze­niu fre­gaty przy­sta­nął. Bra­ko­wało mu nie­ustan­nego szumu morza, fal roz­bi­ja­ją­cych się o nabrzeża kala­dań­skiego portu. Pamię­tał, jak spa­ce­ro­wał z Jes­siką mię­dzy pozo­sta­wio­nymi przez odpływ kału­żami, poka­zu­jąc jej ane­mony, umy­ka­jące kraby i kol­cza­ste ryby gwiezdne. Wspo­mi­nał sztorm na morzu, bły­ska­wice prze­ci­na­jące chmury...

Spo­glą­da­jąc na sto­licę, pamię­tał, po co tutaj przy­był. Gdy zosta­nie potęż­niej­szym panem na roz­le­głych wło­ściach, znowu będzie mógł się roz­ko­szo­wać pięk­nem swej oce­anicz­nej odzie­dzi­czo­nej po przod­kach pla­nety.

Ale nie będzie już z nim Jes­siki. Ich zwią­zek nie­odwo­łal­nie się roz­padł, Bene Ges­se­rit ofi­cjal­nie wezwały ją z powro­tem na Wal­la­cha IX. Zasta­na­wiał się, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek ją zoba­czy albo będzie mógł z nią poroz­ma­wiać.

Do fre­gaty pod­szedł oddział żoł­nie­rzy wyglą­da­ją­cych jak straż pała­cowa, ale była to tylko eskorta zamó­wiona przez Cony­era, by Leto wywarł więk­sze wra­że­nie. Dwóch cho­rą­żych trzy­mało szkar­łatno-złotą flagę z lwem Cor­ri­nów, a obok zie­lono-czarny sztan­dar z jastrzę­biem Atry­dów. Jeden ze straż­ni­ków ryk­nął grom­kim gło­sem:

- Kaitain wita księ­cia Kala­danu!

Dwu­na­stu umun­du­ro­wa­nych żoł­nie­rzy ukło­niło się rów­no­cze­śnie, oka­zu­jąc dobrze wyćwi­czony sza­cu­nek. Na pobli­skich lądo­wi­skach Leto zauwa­żył inne promy pasa­żer­skie i pry­watne fre­gaty szlachty, które rów­nież wynu­rzyły się z prze­past­nego wnę­trza liniowca. Przy­by­łych gości witały podobne komi­tety hono­rowe.

Kiedy fre­gatę opu­ściła jego służba, Leto odgar­nął ciemne włosy i uniósł brodę. Z orlim nosem i silną szczęką miał przy­stojny pro­fil.

Twar­dym gło­sem rzu­cił do eskorty:

- Zabierz­cie mnie do pałacu. Czeka na mnie Impe­ra­tor Szad­dam.

Nie miał poję­cia, czy to prawda, a ten wynio­sły ton zabrzmiał w jego uszach nie­na­tu­ral­nie, ale straż­nicy sta­nęli na bacz­ność, po czym ruszyli przo­dem. Jego rze­czy miała prze­trans­por­to­wać do przy­dzie­lo­nej mu kwa­tery oso­bi­sta służba.

Myślał o czter­na­sto­let­nim Paulu, swym dzie­dzicu, cho­ciaż był on dziec­kiem zro­dzo­nym z kon­ku­biny, nie potom­kiem z pra­wego łoża. Leto nie miał ochoty pro­wa­dzić matry­mo­nial­nych gie­rek. Jego jedyna próba zawar­cia poli­tycz­nego związku zakoń­czyła się roz­le­wem krwi i tra­ge­dią pod­czas cere­mo­nii ślub­nej i wtedy przy­rzekł sobie, że już ni­gdy nie narazi rodziny na coś takiego. Swo­jej rodziny.

Tak wiele się zmie­niło.

Zamiast myśleć o wła­snym ożenku, skie­ro­wał uwagę na poten­cjalne kan­dy­datki na żonę dla Paula, ale ze zdzi­wie­niem odkrył, że nie­któ­rzy szlach­cice nie uwa­żali Atry­dów za ród wystar­cza­jąco ważny, by wią­zać się z nim takim soju­szem. Na wspo­mnie­nie, jak książę Fau­sto Ver­dun zakpił z samego pomy­słu, że jego córka mogłaby wyjść za Atrydę, ogar­nął go gniew.

Jeśli jed­nak uda mu się zre­ali­zo­wać swój cel na Kaita­inie, to może się zmie­nić.

Po wej­ściu do osza­ła­mia­ją­cego pałacu Impe­ra­tora Leto był tylko jed­nym z rów­no­rzęd­nych gości. Eskorta wpro­wa­dziła go do ogrom­nego holu i tam zosta­wiła, bo na tym koń­czyło się jej zada­nie. Leto poczuł się nagle jak poje­dyn­czy pła­tek kwiatu na roz­le­głej gór­skiej łące. W dwor­skim roz­gar­dia­szu przy­cią­gał nie­wiele uwagi.

Zasko­czył go głos, który nie­spo­dzie­wa­nie roz­legł się bli­sko niego:

- Aach, hmm, mój drogi książę. Mia­łem nadzieję, że cię tutaj przejmę!

Leto odwró­cił się i zoba­czył szczu­płego, ciem­no­wło­sego męż­czy­znę o ostrych rysach, dużych oczach i nikłej bro­dzie. Jego czarno-pur­pu­rowe szaty zdo­biły wszel­kie sym­bole, jakich można się było spo­dzie­wać u czło­wieka waż­nego na dwo­rze.

- Pozwól, że cię powi­tam. Będę ci towa­rzy­szył, jeśli łaska.

Roz­po­znaw­szy go, Leto zło­żył krótki ukłon.

- Doce­niam ten gest, hra­bio Fen­ringu. - Nagle uświa­do­mił sobie, że to nie­ocze­ki­wana oka­zja. - Może mógł­byś pomóc mi w spra­wach, które mnie tu przy­wio­dły.

Hasi­mir Fen­ring był jed­nym z naj­bliż­szych przy­ja­ciół i dorad­ców Impe­ra­tora Szad­dama. Nosił ofi­cjalny tytuł mini­stra do spraw przy­prawy na Arra­kis, ale wiele czasu spę­dzał na knu­ciu dwor­skich intryg. Z pew­no­ścią mógłby się stać dla Leto potęż­nym sprzy­mie­rzeń­cem, był jed­nak czło­wie­kiem, który nie ule­gał nikomu prócz Szad­dama. Dla­czego zwró­cił uwagę na księ­cia Kala­danu?

Hra­bia wyko­nał szybki ukłon.

- Ani Pady­szach Impe­ra­tor, ani ja ni­gdy nie zapo­mnimy, że oca­li­łeś nas przed tym sza­leń­cem na Oto­rio. Prze­ży­li­śmy dzięki two­jemu ostrze­że­niu. Jestem pewien, że Szad­dam zrobi wszystko, o co go popro­sisz.

- Dzię­kuję. Przy­by­łem na Kaita­ina, by spró­bo­wać tro­chę innego podej­ścia i zaskar­bić rodowi Atry­dów nieco wię­cej sza­cunku. - Leto ode­tchnął głę­boko, skry­wa­jąc iry­ta­cję.

- Wię­cej sza­cunku? - Fen­ring uniósł brwi.

W barw­nym tłu­mie ogrom­nego holu Leto dostrzegł ciemno odzianą Bene Ges­se­rit i zamarł - matka wie­lebna Mohiam, praw­do­mów­czyni Impe­ra­tora, przy­su­nęła się bli­żej, by posłu­chać ich roz­mowy. Rana, którą sio­stry zadały Jes­sice i jemu, była głę­boka i świeża.

Książę osten­ta­cyj­nie odwró­cił się do niej ple­cami.

- Prze­pra­szam za szorstki ton, hra­bio. Moja rodzina doznała znie­wagi ze strony innego szla­chec­kiego rodu, więc jestem w złym humo­rze. - Wypro­sto­wał ramiona i wygła­dził zie­lono-czarną pele­rynę.

Wyda­wało się, że Fen­ring nie zauważa sta­rej matki wie­leb­nej.

- Znie­waga dla two­jego rodu? Aach, więc to kanly?

Ten pomysł zanie­po­koił Leto. Ver­dun ubli­żył jemu i jego synowi, ale książę nie zamie­rzał wsz­czy­nać krwa­wej waśni.

- Nie, nie w tym rzecz. Wygląda na to, że ród Ver­dun uważa mego syna za nie­god­nego ubie­ga­nia się o rękę jego potom­kini, a książę Fau­sto nie uznaje mnie za dość waż­nego członka Land­sra­adu. Jestem tu po to, by powięk­szyć mają­tek i wpływy i napra­wić to wra­że­nie.

- Aach, hmm... - Usta Fen­ringa wykrzy­wiły się w uśmie­chu. - Szlach­cice zwy­kle sta­rają się z ukry­cia pocią­gać za sznurki, by zyskać wpływy, a ty jesteś wielce bez­po­średni! To mi się podoba. Praw­do­po­dob­nie będę mógł ci pomóc, książę Leto. Oczy­wi­ście mam swoje moż­li­wo­ści i dostęp do impe­ra­tor­skiego ucha. - Zachi­cho­tał. - Ale nie przej­mo­wał­bym się księ­ciem Ver­dun.

Kątem oka Leto zauwa­żył, że praw­do­mów­czyni przy­su­nęła się bli­żej.

- A to dla­czego? - zapy­tał.

Fen­ring uniósł brwi.

- Aach, dla­tego że ród Ver­dun został wyeli­mi­no­wany. Książę Fau­sto był bun­tow­ni­kiem i zdrajcą, uczest­ni­kiem rebe­lii Wspól­noty Szla­chec­kiej. Impe­ra­tor go uka­rał. Cała jego rodzina nie żyje.

Leto wstrzy­mał oddech. Cze­goś takiego się nie spo­dzie­wał.

Jesz­cze tego samego popo­łu­dnia w pry­wat­nych kom­na­tach kon­tem­pla­cyj­nych Szad­dama, gdzie Impe­ra­tor odda­wał się roz­my­śla­niom, Fen­ring wyja­wił, co Leto Atryda powie­dział mu na temat celu swego przy­lotu na Kaita­ina.

Impe­ra­to­rowa Ari­ca­tha, kru­czo­czarna pięk­ność o wyra­zi­stych oczach i peł­nych ustach, owi­nęła sobie mał­żonka wokół palca. Stała przy drzwiach, mając zamiar przy­słu­chi­wać się roz­mo­wie, ale Fen­ring posłał jej znie­cier­pli­wione spoj­rze­nie. Jesz­cze nie zde­cy­do­wał, czy jest sojusz­niczką czy wro­giem.

Szad­dam wyle­gi­wał się w nie­for­mal­nym mun­du­rze, na który zużyto zbyt dużo bro­katu, by był wygodny. Odpra­wił żonę mach­nię­ciem ręki.

- Pozwól nam poroz­ma­wiać, kochana. Potem opo­wiem ci o wszyst­kim, co musisz wie­dzieć.

Fen­ring uważ­nie ją obser­wo­wał, dostrzegł więc w jej oczach błysk, zanim szybko ski­nęła głową i wymknęła się z pokoju.

Po jej wyj­ściu Szad­dam rzekł:

- A więc mój krew­niak w końcu zain­te­re­so­wał się wła­dzą, którą mógł dostać dawno temu. Wyna­gro­dzimy go za to, co zro­bił na Oto­rio? - Prze­cią­gnął pal­cem po dol­nej war­dze. - To by dobrze wyglą­dało w oczach reszty Land­sra­adu.

- Dąże­nie do wła­dzy wydaje się nie­zgodne z jego cha­rak­te­rem - powie­dział hra­bia. - Ma jakiś inny cel? Czyżby po cichu sku­mał się ze Wspól­notą Szla­checką? Jest aku­rat takim typem czło­wieka, jakiego bun­tow­nicy chcie­liby prze­cią­gnąć na swoją stronę.

- Leto Atryda? - zakpił Szad­dam. - Miałby być bun­tow­ni­kiem i zdrajcą?

Matka wie­lebna do tej pory sie­działa sztywno na krze­śle i mil­czała. Teraz prze­mó­wiła:

- Obser­wo­wa­łam go i mogę zaświad­czyć, że prze­żył auten­tyczny wstrząs, gdy się dowie­dział o losie księ­cia Ver­dun. Stu­dio­wa­łam wyraz jego twa­rzy, napię­cie mię­śni, ton głosu. Jego anty­pa­tia nie była uda­wana. Jeśli książę Ver­dun był człon­kiem rebe­lii, to Leto Atryda nie widział w nim sojusz­nika.

- Ja też nie mia­łem dobrego zda­nia o Fau­ście - rzekł Szad­dam. - Tego czło­wieka trudno było polu­bić. - Potem się roze­śmiał. - Ale dobry i szla­chetny książę Leto? Czę­sto chcia­łem, żeby wyka­zał się więk­szą ambi­cją i poka­zał ciem­niej­szą stronę swo­jej oso­bo­wo­ści. Wtedy bym go zro­zu­miał.

- To czy­ni­łoby go bar­dziej ludz­kim - przy­znała Mohiam. - Teraz, kiedy jego kon­ku­bina ode­szła, będzie miał czas, by roz­wa­żyć inne prio­ry­tety.

Fen­ring podra­pał się po grzbie­cie nosa.

- Może jest dobry w skry­wa­niu praw­dzi­wej natury, hmm?

Mohiam zasta­no­wiła się przez chwilę, po czym potrzą­snęła głową.

- Nie, jest bez­po­średni i auten­tyczny.

Nie­bez­pie­czeń­stwo, jakie sta­nowi wróg, jest wprost pro­por­cjo­nalne do stra­chu, który budzi.

- pod­ręcz­nik walki dla sar­dau­ka­rów

Impe­rialne maszyny ozna­ko­wane szkar­ła­tem i zło­tem Cor­ri­nów spa­dły na pla­netę Ele­gia jak lawina. Nie była to wizyta dyplo­ma­tyczna, lecz strasz­liwy pokaz siły. Oddziały sar­dau­ka­rów zapew­nią Impe­ra­to­rowi współ­pracę guber­na­tora i wypło­szą dzi­kiego przy­wódcę bun­tow­ni­ków Jaxsona Aru.

Puł­kow­nik baszar Jopati Kolona nie był prze­ko­nany, że ter­ro­ry­sta prze­bywa na Ele­gii, ale Szad­dam spraw­dzał każdą plotkę szybko i bez­li­to­śnie. W por­cie kosmicz­nym pla­nety wylą­do­wało dzie­sięć trans­por­tow­ców z set­kami wojow­ni­ków pod dowódz­twem Kolony. Nie przed­sta­wili wieży kon­tro­l­nej żad­nego planu lotu i nie popro­sili o pozwo­le­nie na lądo­wa­nie. Sar­dau­ka­rzy po pro­stu zmu­sili wszyst­kie jed­nostki han­dlowe, by usu­nęły im się z drogi. Kolona nie tyle wyda­wał roz­kazy, ile patrzył, jak nie­uchron­nie speł­niają się jego życze­nia.

Pod­czas lotu ze zgru­po­wa­nia fre­gat bojo­wych na orbi­cie puł­kow­nik baszar prze­słał wiceh­ra­biemu Gian­drowi Tul­lowi żąda­nie, by cze­kał na niego w por­cie kosmicz­nym, doda­jąc spo­koj­nie, że albo je spełni i będzie współ­pra­co­wał, albo ponie­sie kon­se­kwen­cje.

Gdy tylko maszyny wylą­do­wały i otwo­rzyły luki, wysko­czyli z nich żoł­nie­rze i pobie­gli przez lądo­wi­sko zwar­tym szy­kiem, który dzięki latom pre­cy­zyj­nego szko­le­nia two­rzyli w spo­sób nie­mal natu­ralny. W otwo­rach strzel­ni­czych poja­wiły się działka, a ich obsługa zasia­dła przy urzą­dze­niach celow­ni­czych, gotowa do znisz­cze­nia na roz­kaz dowódcy całego portu kosmicz­nego.

Po wyj­ściu Kolony ze statku fla­go­wego jego wzrok musiał się przy­sto­so­wać do przy­mglo­nego świa­tła sło­necz­nego. Puł­kow­nik baszar wcią­gnął głę­boko powie­trze prze­sy­cone dziw­nym zapa­chem wszech­obec­nych poro­stów, z któ­rych sły­nęła pla­neta, po czym ruszył naprzód, bo zabrać się do dzieła.

Jak było do prze­wi­dze­nia, wiceh­ra­bia przy­był na spo­tka­nie. Zdą­żył nawet wznieść na skraju lądo­wi­ska przy­ozdo­bioną wstę­gami try­bunę. Zacho­wy­wał się tak, jakby akcja sar­dau­ka­rów była swego rodzaju paradą.

Kolona, wyćwi­czony w bez­li­to­snej walce o prze­trwa­nie na Salu­sie Secun­du­sie, zawsze zwra­cał baczną uwagę na oto­cze­nie, gotowy w każ­dej chwili sta­wić czoło zagro­że­niu. Jego spoj­rze­nie sku­piło się na wiceh­ra­bim jak lase­rowy celow­nik.

Gian­dro Tull stał na try­bu­nie odziany w lśniący strój z ele­gij­skich poro­stów, które bujną szatą pokry­wały for­ma­cje skalne. Miał się­ga­jące ramion kasz­ta­nowe włosy i szczu­płą, przy­stojną twarz. Wid­niał na niej sze­roki, acz sztuczny uśmiech. Cze­kał nie­ru­chomy jak posąg na zbli­ża­ją­cego się Kolonę w galo­wym mun­du­rze, który był wzo­rem woj­sko­wej ele­gan­cji, z tak ostro zapra­so­wa­nymi kan­tami, że mogłyby być użyte jako broń sieczna.

Puł­kow­nik baszar i jego skła­da­jąca się z trzy­dzie­stu żoł­nie­rzy straż hono­rowa mieli tar­cze oso­bi­ste, dłu­gie mie­cze i krót­kie szty­lety, haki oraz noże do rzu­ca­nia. Gian­drowi Tul­lowi towa­rzy­szyli tylko doradcy w odzie­niu z łusko­wa­tych poro­stów. Byli wyraź­nie zanie­po­ko­jeni i sta­rali się nie zro­bić niczego, co zaogni­łoby sytu­ację. Dobrze, wła­śnie takie zacho­wa­nie chciał widzieć Kolona.

Spo­kojny uśmiech nie zni­kał z twa­rzy wiceh­ra­biego; jego opa­no­wa­nie zaim­po­no­wało dowódcy sar­dau­ka­rów.

- Czemu zawdzię­czamy ten nie­spo­dzie­wany zaszczyt, puł­kow­niku basza­rze? - zapy­tał gospo­darz.

- Pady­szach Impe­ra­tor przy­słał nas, byśmy spraw­dzili, czy nie­po­ko­jące wie­ści, jakoby na Ele­gii widziano kry­mi­na­li­stę Jaxsona Aru, są praw­dziwe - odparł rów­nie ofi­cjal­nie Kolona. - Jestem tu po to, by zba­dać, czy na waszą pla­netę nie dotarła zaraza buntu.

Tull nie wyglą­dał na wstrzą­śnię­tego.

- Gdzie sły­sze­li­ście takie bred­nie?

- Nie wolno mi ujaw­niać źró­deł naszych infor­ma­cji, panie. - W isto­cie Kolona nie wie­dział, skąd przy­szedł ten mel­du­nek, ale Szad­dam wszę­dzie widział kon­spi­ra­to­rów. Samo podej­rze­nie było wystar­cza­ją­cym powo­dem do wsz­czę­cia śledz­twa, a puł­kow­nik baszar wyko­ny­wał roz­kazy bez szem­ra­nia.

- Z przy­jem­no­ścią o tym poroz­ma­wiam. - Tull lekko się ukło­nił. - Nie­chaj będzie mi wolno zapro­sić pana w moje skromne progi. Przy obie­dzie będzie pan mógł przed­sta­wić mi ewen­tu­alne dowody, które prze­ma­wiają prze­ciwko mnie. Jestem lojal­nym pod­da­nym Impe­ra­tora.

Zapro­sze­nie zasko­czyło Kolonę.

- Nie przy­by­łem tu z wizytą towa­rzy­ską, panie. To powinno być oczy­wi­ste.

Głos wiceh­ra­biego stward­niał.

- Nie jestem ślepy ani głupi, puł­kow­niku basza­rze. Wiem, że sar­dau­ka­rzy uni­ce­stwili ród Ver­dun na Ostat­kach i że to samo może się stać z moją pla­netą. - Jego sztuczny uśmiech stał się jesz­cze szer­szy. - Wolę współ­pracę i szczerą roz­mowę, chyba że uzna pan, iż lepiej będzie zała­twić to w nie­przy­jemny spo­sób. Pan i pań­scy ludzie dosta­nie­cie wszelką pomoc potrzebną do zde­men­to­wa­nia tych bredni, tak byście mogli jak naj­szyb­ciej ruszyć w drogę powrotną.

Kolona dał znak swo­jej straży.

- Moi ludzie prze­cze­szą mia­sto i wio­ski, w któ­rych mogliby się ukry­wać Jaxson Aru albo jego zwo­len­nicy. Rozej­rzą się i prze­pro­wa­dzą konieczne docho­dze­nia.

Wiceh­ra­bia prze­łknął ślinę w spo­sób aż nadto widoczny.

- Pro­szę mnie zapew­nić, że pań­scy żoł­nie­rze będą ści­śle prze­strze­gali pro­ce­dur i nie poczy­nią nie­po­trzeb­nych szkód.

Kolona dał mu jedyną moż­liwą odpo­wiedź:

- Są sar­dau­ka­rami.

Żoł­nie­rze roz­pry­snęli się na wszyst­kie strony jak śrut z dubel­tówki i zaczęli prze­cze­sy­wać sto­licę Ele­gii, by spraw­dzić wia­ry­god­ność pogło­sek i plo­tek. Wiceh­ra­bia zacho­wy­wał się ostroż­nie i Kolona to doce­niał. Nie chciał siać nie­po­trzeb­nego znisz­cze­nia jak na pla­ne­cie rodu Ver­dun. Pamię­tał też, jak przed laty nie­spo­dzie­wany atak prze­pro­wa­dzony pod dowódz­twem księ­cia Pau­lusa Atrydy zmiótł ród Kolo­nów i ich posia­dło­ści...

Wystawne przy­ję­cie, które wiceh­ra­bia wydał w swo­jej posia­dło­ści na jego cześć, nie zro­biło na Jopa­tim Kolo­nie wiel­kiego wra­że­nia. Spo­ży­wa­nie przez całe życie boga­tych w skład­niki odżyw­cze racji żyw­no­ścio­wych zabiło w nim ape­tyt na wykwintne dania, ale puł­kow­nik baszar odgry­wał swoją rolę tak, jakby wyko­ny­wał zada­nie bojowe. Wie­dząc, że otru­cie go nie leży w inte­re­sie Tulla, zjadł tyle, by nie zostać uznany za pro­staka, ale na błahe poga­wędki nie miał chęci.

Sie­dzieli tylko we dwóch w sali ban­kie­to­wej, którą zdo­biły roz­sie­wa­jące mgiełkę wodną fon­tanny i piło­kształtne bukiety poro­stów. Służba wno­siła tacę za tacą i bez słowa wycho­dziła.

- Mógł­bym zabrać pana do moich stajni i poka­zać wspa­niałe konie naj­rzad­szej rasy wywo­dzą­cej się ze sta­rej Ziemi - rzekł z uśmie­chem Tull. - Woj­skowy, jak pan, powi­nien doce­nić wyjąt­ko­wość tych wierz­chow­ców.

- Sar­dau­ka­rzy nie­czę­sto jeż­dżą wierz­chem. Poza tym to nie jest towa­rzy­ska wizyta - powtó­rzył Kolona. Sar­dau­ka­rzy odkryją, czy w plot­kach o poby­cie Jaxsona Aru na Ele­gii kryje się ziarno prawdy.

Tull próżno cze­kał na ciąg dal­szy wypo­wie­dzi, więc w końcu zapy­tał:

- Wyjawi mi pan, dla­czego zna­la­złem się w kręgu podej­rzeń Impe­ra­tora?

- Z wielu powo­dów. Przede wszyst­kim dla­tego, że był pan - jakże korzyst­nie dla sie­bie - nie­obecny na Oto­rio pod­czas ataku ter­ro­ry­stycz­nego. Na galę przy­było wielu szlach­ci­ców, by oka­zać Impe­ra­to­rowi swoje popar­cie, ale pana wśród nich nie było. I dla­tego pan żyje. Może wie­dział pan o tym zama­chu?

Tull stra­cił pano­wa­nie nad sobą.

- Sza­nowny panie, tuż przed galą zmarł mi ojciec! Było to wstrzą­sem dla całej Ele­gii, więc musia­łem zostać. Myśli pan, że celowo dopro­wa­dzi­łem do jego śmierci, by mieć uspra­wie­dli­wie­nie? - powie­dział łamią­cym się ze zło­ści gło­sem.

Kolona zacho­wał nie­wzru­szoną minę.

- To moż­liwy sce­na­riusz. Wie­dząc o ataku, mógł pan sko­rzy­stać z oka­zji, by pozbyć się ojca i prze­jąć wła­dzę.

Wiceh­ra­bia wyda­wał się szcze­rze obu­rzony.

- Taka suge­stia z ust nie tylko ofi­cera sar­dau­ka­rów, ale po pro­stu czło­wieka jest dla mnie obe­lgą.

Kolona skub­nął jedze­nia, po czym kon­ty­nu­ował:

- Rów­nież praw­do­mów­czyni Impe­ra­tora zgło­siła pewne podej­rze­nia w związku z pań­ską nową pozy­cją w rodzie. Twier­dzi, że widzi dziwne zmiany w pana zacho­wa­niu, które tylko ona potrafi dostrzec. Impe­ra­tor jej słu­cha.

- Uwagi matki wie­leb­nej nie są bez­in­te­re­sowne - rzu­cił szy­der­czym tonem wiceh­ra­bia. - Jest Bene Ges­se­rit, a ich zgro­ma­dze­nie pozo­staje ze mną w otwar­tym spo­rze. Motywy, któ­rymi kie­rują się sio­stry, są oczy­wi­ste nawet dla dziecka. Nie dawał­bym zbyt­niej wiary ich pod­szep­tom. - Skrzy­wił się, po czym cią­gnął: - Te cza­row­nice wodziły mojego ojca za nos przez całe życie. Dawał im mnó­stwo pie­nię­dzy na roz­bu­dowę ich szkoły. Trwo­nił nasz rodowy mają­tek, jeśli chce pan znać moje zda­nie! Gdy zmarł, skoń­czy­łem z ich finan­so­wa­niem, a jego kon­ku­binę wygna­łem. Ta baba pró­bo­wała mnie uwieść przy łożu z jesz­cze cie­płymi zwło­kami mojego ojca. - Tull wyglą­dał, jakby zbie­rało mu się na mdło­ści. Zapa­no­wał nad tą reak­cją i rzekł ostrzej­szym tonem: - Jeśli pan jesz­cze nie wie tego wszyst­kiego, puł­kow­niku basza­rze, to powąt­pie­wam w pań­skie zdol­no­ści śled­cze.

Kolona kiw­nął głową z sza­cun­kiem. Oczy­wi­ście znał te szcze­góły.

Wiceh­ra­bia odcze­kał chwilę, po czym spy­tał z naci­skiem:

- Coś jesz­cze?

- Impe­ra­tora nie­po­koją wasze związki biz­ne­sowe z rodem Ver­dun. Według upu­blicz­nio­nych danych KHOAM wasze inte­resy są ze sobą powią­zane.

- Natu­ral­nie. Nasza sto­lica jest piękna, czer­piemy zyski z uprawy naszych rzad­kich odmian poro­stów, ale kon­cen­tru­jemy się też na eks­plo­ata­cji ota­cza­ją­cego nas pasa aste­roid. Wydo­by­wamy z nich rudę metali nie­szla­chet­nych i wysy­łamy do prze­two­rze­nia na Ostatki. - Twarz Tulla spo­chmur­niała. - Ude­rze­nie na ród Ver­dun było cięż­kim cio­sem dla mojego ludu i zło­ży­łem już w tej spra­wie ofi­cjalną skargę do Land­sra­adu.

- Skąd mamy wie­dzieć, czy wasze rela­cje biz­ne­sowe nie są spo­so­bem na finan­so­wa­nie Wspól­noty Szla­chec­kiej?

- A skąd my mamy wie­dzieć, że Fau­sto Ver­dun był zdrajcą? - odpa­ro­wał Tull. - Muszę wpierw zoba­czyć dowody jego zdrady przed­sta­wione Land­sra­adowi po bły­ska­wicz­nej egze­ku­cji księ­cia i całej jego rodziny. - Wiceh­ra­bia led­wie powścią­gał złość.

Kolona zacho­wał neu­tralny wyraz twa­rzy. Wąt­pił w winę pana na Ostat­kach, ale sar­dau­kar nie mógł wyra­żać zastrze­żeń wobec roz­ka­zów Impe­ra­tora.

- Moim zda­niem dowody były mocne - powie­dział.

Wiceh­ra­bia nie skry­wał już prze­peł­nia­ją­cej go wście­kło­ści.

- Ci wszy­scy ludzie zostali zamor­do­wani bez pro­cesu, bez przed­sta­wie­nia jakich­kol­wiek dowo­dów, bez szansy na ape­la­cję, a ja mam uwie­rzyć panu na słowo?

- Niech pan uwie­rzy słowu Impe­ra­tora - odparł Kolona, co ucięło roz­mowę.

Jedli i pili w mil­cze­niu. Po chwili Tull ode­zwał się potul­nym, ale gorz­kim tonem:

- Pro­szę badać, co pan sobie zaży­czy, puł­kow­niku basza­rze, ale nie znaj­dzie pan tutaj żad­nych dowo­dów rebe­lii. - Odsu­nął talerz, dając tym znak, że posi­łek dobiegł końca. - Chyba że pan je sfa­bry­kuje.

Kolona ponow­nie udzie­lił mu nie­ubła­ga­nej odpo­wie­dzi:

- Jeste­śmy sar­dau­ka­rami.

Nie było to jed­no­znaczne zapew­nie­nie, że tego nie zrobi, ale chciał, żeby tak zabrzmiało.

Opu­ścił luk­su­sową posia­dłość i wró­cił na swój oso­bi­sty trans­por­to­wiec w por­cie kosmicz­nym, gdzie usta­no­wił cen­trum dowo­dze­nia.

Jego oddziały pozo­stały na Ele­gii jesz­cze cztery dni, pro­wa­dząc wni­kliwe śledz­two, ale nie zna­la­zły żad­nych pogrą­ża­ją­cych wiceh­ra­biego dowo­dów. Jopati Kolona ode­tchnął z ulgą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki