Program eugeniczny Kwisatz Haderach miał przynieść pożytek ludzkości,
ale za jaką cenę? Kosztem ilu ludzi?
- lady Jessika, dzienniki prywatne
Sercem i umysłem Jessika znalazła się na
dnie przepaści. Z każdą chwilą coraz bardziej oddalała się od Kaladanu,
księcia Leto i Paula.
Po otrzymaniu ultimatum, w którym Bene Gesserit groziły jej rodzinie
poważnymi konsekwencjami, Jessika, przywołana na Wallacha IX jak
krnąbrne dziecko, przemierzyła układy gwiezdne w liniowcu Gildii
Kosmicznej. Lecąc promem z ogromnego statku orbitującego wokół ponurego
i zimnego ojczystego świata zgromadzenia żeńskiego, nie czuła wzruszenia
z powodu powrotu do domu.
Czy jeszcze kiedyś zobaczy Kaladan? Albo Leto czy Paula? Zmieniła
pozycję na twardym siedzeniu. Prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie
zależała od tego, czego chciała od niej matka przełożona Hariszka.
W statek uderzył wyjątkowo silny boczny wiatr, zmuszając pilota do
przerwania schodzenia na powierzchnię planety i wzniesienia się do czasu
osłabnięcia turbulencji. Wśród pasażerów rozległy się głosy
zaniepokojenia. Jessika milczała; zmagała się z własnymi wewnętrznymi
turbulencjami.
Spojrzawszy przez romboidalny iluminator, zobaczyła kłębiące się chmury,
które odzwierciedlały zamęt panujący w jej głowie. Była oburzona, że
zgromadzenie trzyma ją żelazną ręką. Opuściła je przed wieloma laty i wyobrażała sobie, że na Kaladanie jest niezależna - aż do teraz, kiedy
to Bene Gesserit strzeliły z bata. Wezwanie nie pozostawiało żadnego
pola do negocjacji. Matka wielebna Mohiam zagroziła, że jeśli Jessika
nie posłucha, zgromadzenie zniszczy księcia i przyszłość rodu Atrydów, a na pewno miało środki, by tego dokonać.
Potrzebowały jej do swoich celów, wycofały ją - na stałe? - z Kaladanu.
Jeszcze nigdy nie była tak przygnębiona, odizolowana od wszystkich i wszystkiego, co kochała. Ale nie zamierzała pokornie się na to godzić.
Prom znowu zakołysał się w podmuchach wiatru, lecz wyminąwszy burzę,
zaczął ponownie schodzić i Jessika patrzyła, jak zbliżają się do
kompleksu szkoły matek. Przez zasłonę chmur widziała stare budynki i nowe dobudówki, spadziste dachy pokryte czerwonymi dachówkami i niskie
zarośla na ziemi. Liście nabrały jesiennych kolorów - jasnego szkarłatu
i oranżu. Zabudowania były połączone jak liczne kobiety w zgromadzeniu,
stanowiące część złożonej i potężnej machiny politycznej.
Osierocona Jessika wychowywała się tu od dziecka, a zgromadzenie uczyło
ją, indoktrynowało i zawładnęło nią od urodzenia aż do nieuchronnej
śmierci. Była własnością Bene Gesserit.
Uciekając się do metod wpojonych jej w szkole matek, skoncentrowała się
na ćwiczeniach oddechowych, które przywracały jasność umysłu i spokój.
Czuła, jak jej mięśnie się rozluźniają. Musiała być w najlepszej formie,
by stawić czoło temu, co ją niebawem czeka.
Gdy tak się skupiała, turbulencje ustały i reszta chmur nad lądowiskiem
na obrzeżu kompleksu szkolnego się rozproszyła. Nadal mając na sobie
kaladańskie szaty, Jessika czuła się nie na miejscu, wkrótce siostry
zmuszą ją jednak do przebrania się w tradycyjny ciemny strój, by
przypomnieć jej, że nadal jest i zawsze będzie jedną z nich.
Na Wallachu IX, z jego słabym słońcem i chłodnym klimatem, młode kobiety
ze zgromadzenia od dawna albo dorastały do czekających je wyzwań, albo
odpadały. Jessika poczuła dziwną nostalgię za starą szkołą i wewnętrzne
rozdarcie między lojalnością wobec zgromadzenia a wiernością rodzinie.
Spędziła tutaj tak wiele lat, kształtowana, jakby była z miękkiej gliny,
i w końcu została przydzielona jako oficjalna konkubina młodemu księciu
o wielkim potencjale.
A teraz znalazła się tu z powrotem. Miała złe przeczucie.
Na lądowisku powitała ją osobiście matka przełożona. Hariszka miała
przeszywający wzrok i surowy sposób bycia. Pomimo wieku jej skóra była
zadziwiająco jędrna i gładka, prawdopodobnie skutkiem regularnego
zażywania melanżu. Przez całe życie służyła zgromadzeniu, a swoją obecną
funkcję pełniła od dziesiątków lat.
- Chodź ze mną. Jesteś natychmiast potrzebna - powiedziała, nie
wyjaśniając jednak, jaka to niecierpiąca zwłoki sprawa wywróciła życie
Jessiki do góry nogami.
Starsza kobieta narzuciła szybkie tempo, niczym dowódca prowadzący
oddział do szturmu na nieprzyjaciela. Wkroczyły do dużego nowego budynku
administracji wzniesionego dzięki hojnej darowiźnie starego wicehrabiego
Alfreda Tulla, którego nazwisko umieszczono na tablicy przy wejściu.
- Chcę, żebyś to zobaczyła, zanim na powrót się zaaklimatyzujesz. Możemy
nie mieć wiele czasu - oznajmiła Hariszka. - Musisz poznać powód, dla
którego się tutaj znalazłaś, i dowiedzieć się, dlaczego jest to takie
ważne.
"Tak - pomyślała Jessika. - Muszę się tego dowiedzieć".
Idąc za matką przełożoną po szerokich schodach, chłonęła mało ważne
detale, ale chociaż dręczyła ją ciekawość, nie zadawała żadnych pytań. W odizolowanej części drugiego piętra Hariszka zaprowadziła ją do okna w zamkniętych na cztery spusty drzwiach obszernej izby chorych. Przed
plazem stały na straży dwie siostry, ale Jessika podeszła, zdecydowana
zajrzeć do środka.
- Drzwi są zamknięte i zabarykadowane, lecz nie lekceważ zagrożenia -
odezwała się Hariszka. - Okno jest z przezroczystego, zbrojonego płazu i ona też może nas przez nie widzieć, jeśli tylko jest wystarczająco
przytomna. Jeśli jednak będzie to konieczne dla naszego bezpieczeństwa,
możemy przełączyć plaz na widok jednostronny.
Skoro zastosowano tyle zabezpieczeń, Jessika spodziewała się ujrzeć w środku jakiegoś potwora. Zamiast tego zobaczyła wyciągniętą na łóżku
starą kobietę wiercącą się niespokojnie we śnie. Miała na sobie
szpitalną koszulę, a do ciała podłączone rurki i przewody prowadzące do
monitorów. Jej twarz była wykrzywiona w grymasie. Krzyczała coś, ale
gruby plaz tłumił dźwięki. Chociaż jej szyję i ręce pokrywały zmarszczki
i starcze plamy, oblicze nie było tak zwiędłe jak ciało.
Jessika nic z tego nie pojmowała.
- Ona... jest groźna? Co to ma wspólnego ze mną?
Hariszka udzieliła wykrętnej odpowiedzi:
- To Lethea, była Kwisatz Matka. Teraz służy zgromadzeniu inaczej,
dopóki pozostaje przy życiu... i dopóki nie ujawni nam tego, czego
potrzebujemy.
Kwisatz Matka. Jessika przypomniała sobie pierwszą żonę Szaddama
Corrino, Anirulę, która była obecna przy narodzinach Paula i bardzo się
chłopcem interesowała. Kobieta była Bene Gesserit o "ukrytej randze" i nosiła ten ważny, sekretny tytuł. Umarła krótko po przyjściu Paula na
świat.
- A czym zajmuje się Kwisatz Matka? - zapytała. "I dlaczego ma taką
władzę, aby mnie wezwać?" - dodała w myślach.
- Tak jak nawigator Gildii przewiduje bezpieczne trasy między gwiazdami,
tak Kwisatz Matka może ujrzeć każdą nić w gobelinie naszych planów
eugenicznych. Lethea została zwolniona z tego obowiązku z powodu
niestabilności psychicznej. Ale nadal jest użyteczna, chociaż groźna.
Jessika nie mogła oderwać oczu od wiedźmy wijącej się na łóżku w izolatce. Wydawało się jej, że staruszka ledwie może się ruszać.
- Groźna?
Hariszka patrzyła przed siebie, jakby mogła wzrokiem przeniknąć drzwi.
- Zamordowała już kilka sióstr. Stąd te wszystkie środki bezpieczeństwa.
- Matka przełożona skinęła na jedną z kobiet trzymających straż przy
oknie, trzydziestolatkę o czarnych włosach i oliwkowej cerze. - Siostra
Jiara uważnie ją obserwuje, ale obawiam się, że niewiele może o niej
powiedzieć.
Jiara zerknęła przez plazową szybę.
- Jej umysł słabnie, lecz nadal jest niewiarygodnie potężny. -
Przerwała, ale zaraz dodała: - Na tyle, by potrafiła zabić samą siłą
woli.
Jakby wyczuwając ich obecność, Lethea uniosła nieco powieki i spojrzała
szparkami oczu prosto na Jessikę za szybą. Jessika się wzdrygnęła.
- Do czego ona jest wam potrzebna? - zapytała matkę przełożoną. - Co
jest takie ważne?
- Lethea posiada szczególną zdolność prekognicji, zdolność przewidywania
przyszłości naszego zakonu. Już nieraz jej prognozy okazały się trafne i cenne dla nas, bo pozwoliły nam podjąć rozważne decyzje. Dlatego mimo
zagrożenia, które stanowi, podtrzymujemy ją przy życiu. Ten dar jednak
to pojawia się, to zanika, a ona traci nad nim kontrolę.
- Postradała zmysły - dodała Jiara gorzkim tonem. - Ale nalegała, żeby
cię tu sprowadzić.
Jessikę nurtowało tak wiele pytań, że nie mogła już się powstrzymać
przed ich zadaniem.
- Co to ma wspólnego ze mną? Nigdy nie spotkałam tej Kwisatz Matki.
Hariszka odwróciła się do niej i odparła:
- Jesteś tu, ponieważ Lethea powiedziała: "Sprowadźcie ją. Od niej
zależy nasza przyszłość". I nalegała, żeby odseparować cię od syna.
Według niej możesz położyć kres naszemu zgromadzeniu.
Jessika poczuła się, jakby spadła z wysokiej skały.
- Odseparować mnie od Paula? - To nie miało sensu. - Dlaczego? W jakim
celu?
Hariszce zrzedła mina.
- Potrzebujemy cię właśnie po to, by znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Lethea przewidziała grozę, rozlew krwi, katastrofę. Dlatego tak pilnie
cię wezwałyśmy.
Oddzielona od nich plazem Lethea nadal wbijała spojrzenie w Jessikę, a potem spiorunowała wzrokiem matkę przełożoną, Jiarę i drugą siostrę. W końcu zamknęła oczy i opadła bezwładnie na łóżko.
- Jest podstępna - szepnęła Jiara. - Popatrz na nią. Chce zabić jeszcze
parę spośród nas, jeśli tylko damy jej szansę.
- Naprawdę wreszcie zasnęła? - zapytała druga siostra.
Hariszka wcisnęła przycisk w ścianie i drzwi izby chorych otworzyły się
z cichym sykiem. Zawołała jeszcze trzy siostry medyczki, które
przybiegły korytarzem.
- Zajmijcie się nią szybko, póki jeszcze można - powiedziała.
Kobiety wtoczyły do izby chorych maszynę i podłączyły do niej staruchę
dodatkowymi rurkami i kablami, starając się jej przy tym nie zbudzić.
Dwie siostry odczytywały wskazania urządzenia, natomiast trzecia
pozostawała czujna, jakby spodziewała się ataku.
- To urządzenie do wlewów dożylnych - wyjaśniła Hariszka. - Lethea
odmawia jedzenia. Musimy utrzymać ją przy życiu bez względu na to, jak
się temu sprzeciwia. I spodziewamy się, że wyciśniesz z niej odpowiedzi.
Medyczki pracowały szybko, ale gdy odłączały rurki, pacjentka się
poruszyła. Przestraszone kobiety odskoczyły i rzuciły się w stronę
drzwi.
Lethea rozbudziła się zupełnie i krzyknęła dziwnie:
- Stać!
Jessika rozpoznała nieodpartą siłę Głosu. Czy właśnie w ten sposób
starucha zabijała?
Dwie siostry zdążyły umknąć na korytarz, ale trzecia, strażniczka, nagle
zatrzymała się jak rażona piorunem. Była przerażona i mimo wszystko
usiłowała wydostać się z pomieszczenia, ale nie mogła się ruszyć, jakby
została spętana. Jej towarzyszki wróciły, złapały ją za ręce i wyciągnęły na zewnątrz, po czym zamknęły za sobą drzwi.
Miotając się na łóżku, Lethea patrzyła ze złością w okno.
- Właśnie dlatego musimy przysyłać tu trzyosobowe zespoły - powiedziała
Hariszka. - Wydaje się, że Lethea może zapanować nad umysłem tylko
jednej siostry, dzięki czemu pozostałe dwie mogą uratować ofiarę.
- Dla niej to zabawa - dodała Jiara. - Stara się złapać którąś z nas,
kiedy będzie sama.
Lethea obrzuciła Jessikę wrogim, przerażającym spojrzeniem, ale ta nie
spuściła wzroku i patrzyła jej prosto w oczy.
- To dlatego domagała się widzenia ze mną? Żeby mnie zabić?
- Możliwe - odparła matka przełożona. - Bardzo możliwe.
Ród Atrydów zawsze oceniał swoją wartość w kategoriach honoru, nie miarą
posiadanych włości. Jeśli chodzi o to, co jest dla nas ważne, jesteśmy
znacznie bogatsi niż jakikolwiek inny ród w Landsraadzie.
- Leto Atryda, przemówienie z okazji przyjęcia tytułu księcia Kaladanu
Wszystkie główne trasy Gildii prowadziły
ostatecznie na Kaitaina, roziskrzoną stolicę Imperium. Książę Leto
wyleciał z odległego Kaladanu na pokładzie rodowej luksusowej fregaty,
która zacumowała w luku liniowca. Jego orszak, znacznie większy, niż
potrzebował, odziany był w zielono-czarne stroje ozdobione wspaniałym
jastrzębiem Atrydów. Landsraad zupełnie się nie spodziewał po księciu
Kaladanu takiej ostentacji.
Po ataku terrorystycznym na Otorio zasady obowiązujące w Imperium się
zmieniły. A po kłopotach związanych z Jessiką... Leto poczuł przypływ
emocji. Po jej wyjeździe on sam też się zmienił. Był teraz innym
człowiekiem, miał nowy cel i priorytety. Chciał zrealizować długo
odkładane ambitne plany dotyczące rodu i syna i zabrał się do tego z determinacją. Tylko to mu zostało.
Minister protokołu Atrydów, chudy i niezbyt pewny siebie mężczyzna o nazwisku Eli Conyer, wypełnił podczas podróży wszystkie formularze i gdy
liniowiec Gildii wypuścił na orbitę Kaitaina chmarę fregat, promów i statków pasażerskich, wysłał wiadomość o przybyciu księcia. Przekazał ją
do biura sekretarza Landsraadu i pałacu Imperatora, a także do źródeł i kanałów informacyjnych, nalegając na zorganizowanie należnego mu
oficjalnego powitania.
Conyer nie mógł ukryć uśmiechu.
- Wszystko odbędzie się tak, jak na to zasługujesz, mój panie. Stolica
dowie się, że przyleciał książę Kaladanu!
Nie tak dawno temu, podczas inauguracji jarmarcznego muzeum Corrinów na
Otorio, Leto przewracał oczami na widok wystrojonych i kolorowych jak
papugi szlachciców, którzy popisywali się w nadziei, że zwrócą na siebie
uwagę Szaddama Corrino IV. Teraz wyglądało na to, że sam będzie się tak
zachowywał.
Nie czuł się dobrze, będąc w centrum zainteresowania, ale tak właśnie
polecił to urządzić swemu ministrowi. Była to jego pierwsza próba
podkreślenia rangi rodu Atrydów.
- Czyż nie tak postępuje każdy członek Landsraadu? - zapytał.
- To powszechna praktyka, mój panie - obruszył się Conyer - ale ty nigdy
wcześniej tak nie postępowałeś. Dlatego ta wizyta jest godna uwagi.
Dotychczas Leto zadowalał się rolą dobrego władcy swego ludu, nade
wszystko ceniąc sobie honor, i tak też wychowywał syna. Z tego powodu
wiele okazji do powiększenia majątku i władzy, a zatem również
bezpieczeństwa rodu, mu umknęło. Przeoczył wiele sposobności. A jeśli w ten sposób uszczuplił dziedzictwo Paula? Zastanawiał się, czy inni
szlachcice nie uważają go po cichu za niezdolnego do prowadzenia
rozgrywek politycznych.
Po ataku terrorystycznym, którego dokonał Jaxson Aru, w Landsraadzie
zwolniło się wiele miejsc i szlachta rywalizowała o nie jak świnie o dostęp do koryta. Leto nie chciał brać w tym udziału, ale zdawał sobie
sprawę, że nie może okazać słabości. Musiał przybyć na Kaitaina i zażądać choćby części tego, na co zasługiwali Atrydzi. Od dawna im się
to należało.
Conyer spojrzał na ekran i uśmiechnął się.
- Załatwiłem nam straż honorową i eskortę w Imperialnym Porcie
Kosmicznym, mój panie. - Zerknął w bok, jakby zmieszany. - To płatna
usługa, ale mieści się w naszym budżecie.
- Dobrze zrobiłeś - rzekł Leto, gdy pyszna fregata osiadła w wyznaczonej
strefie. - Czy dla mnie i mojej świty przygotowano odpowiednie kwatery
gościnne?
Conyer zrobił urażoną minę.
- Oczywiście, mój panie! W skrzydle promenadowym. Wspaniały apartament z przyległymi pokojami dla służby i ochrony. Będziesz doskonale widoczny,
dokądkolwiek się udasz w swoich sprawach, i na pewno zostaniesz
zauważony.
Miasto stołeczne, z budynkami rządowymi, pomnikami, muzeami, wieżami,
rzeźbami, fontannami, obeliskami, bramami i zegarami słonecznymi pod
czystym, błękitnym, podlegającym kontroli klimatu niebem, było oknem
wystawowym Imperium. Kakofonia dźwięków i natłok obrazów sprawiły, że
Leto po opuszczeniu fregaty przystanął. Brakowało mu nieustannego szumu
morza, fal rozbijających się o nabrzeża kaladańskiego portu. Pamiętał,
jak spacerował z Jessiką między pozostawionymi przez odpływ kałużami,
pokazując jej anemony, umykające kraby i kolczaste ryby gwiezdne.
Wspominał sztorm na morzu, błyskawice przecinające chmury...
Spoglądając na stolicę, pamiętał, po co tutaj przybył. Gdy zostanie
potężniejszym panem na rozległych włościach, znowu będzie mógł się
rozkoszować pięknem swej oceanicznej odziedziczonej po przodkach
planety.
Ale nie będzie już z nim Jessiki. Ich związek nieodwołalnie się rozpadł,
Bene Gesserit oficjalnie wezwały ją z powrotem na Wallacha IX.
Zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy albo będzie mógł z nią porozmawiać.
Do fregaty podszedł oddział żołnierzy wyglądających jak straż pałacowa,
ale była to tylko eskorta zamówiona przez Conyera, by Leto wywarł
większe wrażenie. Dwóch chorążych trzymało szkarłatno-złotą flagę z lwem
Corrinów, a obok zielono-czarny sztandar z jastrzębiem Atrydów. Jeden ze
strażników ryknął gromkim głosem:
- Kaitain wita księcia Kaladanu!
Dwunastu umundurowanych żołnierzy ukłoniło się równocześnie, okazując
dobrze wyćwiczony szacunek. Na pobliskich lądowiskach Leto zauważył inne
promy pasażerskie i prywatne fregaty szlachty, które również wynurzyły
się z przepastnego wnętrza liniowca. Przybyłych gości witały podobne
komitety honorowe.
Kiedy fregatę opuściła jego służba, Leto odgarnął ciemne włosy i uniósł
brodę. Z orlim nosem i silną szczęką miał przystojny profil.
Twardym głosem rzucił do eskorty:
- Zabierzcie mnie do pałacu. Czeka na mnie Imperator Szaddam.
Nie miał pojęcia, czy to prawda, a ten wyniosły ton zabrzmiał w jego
uszach nienaturalnie, ale strażnicy stanęli na baczność, po czym ruszyli
przodem. Jego rzeczy miała przetransportować do przydzielonej mu kwatery
osobista służba.
Myślał o czternastoletnim Paulu, swym dziedzicu, chociaż był on
dzieckiem zrodzonym z konkubiny, nie potomkiem z prawego łoża. Leto nie
miał ochoty prowadzić matrymonialnych gierek. Jego jedyna próba zawarcia
politycznego związku zakończyła się rozlewem krwi i tragedią podczas
ceremonii ślubnej i wtedy przyrzekł sobie, że już nigdy nie narazi
rodziny na coś takiego. Swojej rodziny.
Tak wiele się zmieniło.
Zamiast myśleć o własnym ożenku, skierował uwagę na potencjalne
kandydatki na żonę dla Paula, ale ze zdziwieniem odkrył, że niektórzy
szlachcice nie uważali Atrydów za ród wystarczająco ważny, by wiązać się
z nim takim sojuszem. Na wspomnienie, jak książę Fausto Verdun zakpił z samego pomysłu, że jego córka mogłaby wyjść za Atrydę, ogarnął go gniew.
Jeśli jednak uda mu się zrealizować swój cel na Kaitainie, to może się
zmienić.
Po wejściu do oszałamiającego pałacu Imperatora Leto był tylko jednym z równorzędnych gości. Eskorta wprowadziła go do ogromnego holu i tam
zostawiła, bo na tym kończyło się jej zadanie. Leto poczuł się nagle jak
pojedynczy płatek kwiatu na rozległej górskiej łące. W dworskim
rozgardiaszu przyciągał niewiele uwagi.
Zaskoczył go głos, który niespodziewanie rozległ się blisko niego:
- Aach, hmm, mój drogi książę. Miałem nadzieję, że cię tutaj przejmę!
Leto odwrócił się i zobaczył szczupłego, ciemnowłosego mężczyznę o ostrych rysach, dużych oczach i nikłej brodzie. Jego czarno-purpurowe
szaty zdobiły wszelkie symbole, jakich można się było spodziewać u człowieka ważnego na dworze.
- Pozwól, że cię powitam. Będę ci towarzyszył, jeśli łaska.
Rozpoznawszy go, Leto złożył krótki ukłon.
- Doceniam ten gest, hrabio Fenringu. - Nagle uświadomił sobie, że to
nieoczekiwana okazja. - Może mógłbyś pomóc mi w sprawach, które mnie tu
przywiodły.
Hasimir Fenring był jednym z najbliższych przyjaciół i doradców
Imperatora Szaddama. Nosił oficjalny tytuł ministra do spraw przyprawy
na Arrakis, ale wiele czasu spędzał na knuciu dworskich intryg. Z pewnością mógłby się stać dla Leto potężnym sprzymierzeńcem, był jednak
człowiekiem, który nie ulegał nikomu prócz Szaddama. Dlaczego zwrócił
uwagę na księcia Kaladanu?
Hrabia wykonał szybki ukłon.
- Ani Padyszach Imperator, ani ja nigdy nie zapomnimy, że ocaliłeś nas
przed tym szaleńcem na Otorio. Przeżyliśmy dzięki twojemu ostrzeżeniu.
Jestem pewien, że Szaddam zrobi wszystko, o co go poprosisz.
- Dziękuję. Przybyłem na Kaitaina, by spróbować trochę innego podejścia
i zaskarbić rodowi Atrydów nieco więcej szacunku. - Leto odetchnął
głęboko, skrywając irytację.
- Więcej szacunku? - Fenring uniósł brwi.
W barwnym tłumie ogromnego holu Leto dostrzegł ciemno odzianą Bene
Gesserit i zamarł - matka wielebna Mohiam, prawdomówczyni Imperatora,
przysunęła się bliżej, by posłuchać ich rozmowy. Rana, którą siostry
zadały Jessice i jemu, była głęboka i świeża.
Książę ostentacyjnie odwrócił się do niej plecami.
- Przepraszam za szorstki ton, hrabio. Moja rodzina doznała zniewagi ze
strony innego szlacheckiego rodu, więc jestem w złym humorze. -
Wyprostował ramiona i wygładził zielono-czarną pelerynę.
Wydawało się, że Fenring nie zauważa starej matki wielebnej.
- Zniewaga dla twojego rodu? Aach, więc to kanly?
Ten pomysł zaniepokoił Leto. Verdun ubliżył jemu i jego synowi, ale
książę nie zamierzał wszczynać krwawej waśni.
- Nie, nie w tym rzecz. Wygląda na to, że ród Verdun uważa mego syna za
niegodnego ubiegania się o rękę jego potomkini, a książę Fausto nie
uznaje mnie za dość ważnego członka Landsraadu. Jestem tu po to, by
powiększyć majątek i wpływy i naprawić to wrażenie.
- Aach, hmm... - Usta Fenringa wykrzywiły się w uśmiechu. - Szlachcice
zwykle starają się z ukrycia pociągać za sznurki, by zyskać wpływy, a ty
jesteś wielce bezpośredni! To mi się podoba. Prawdopodobnie będę mógł ci
pomóc, książę Leto. Oczywiście mam swoje możliwości i dostęp do
imperatorskiego ucha. - Zachichotał. - Ale nie przejmowałbym się
księciem Verdun.
Kątem oka Leto zauważył, że prawdomówczyni przysunęła się bliżej.
- A to dlaczego? - zapytał.
Fenring uniósł brwi.
- Aach, dlatego że ród Verdun został wyeliminowany. Książę Fausto był
buntownikiem i zdrajcą, uczestnikiem rebelii Wspólnoty Szlacheckiej.
Imperator go ukarał. Cała jego rodzina nie żyje.
Leto wstrzymał oddech. Czegoś takiego się nie spodziewał.
Jeszcze tego samego popołudnia w prywatnych komnatach kontemplacyjnych
Szaddama, gdzie Imperator oddawał się rozmyślaniom, Fenring wyjawił, co
Leto Atryda powiedział mu na temat celu swego przylotu na Kaitaina.
Imperatorowa Aricatha, kruczoczarna piękność o wyrazistych oczach i pełnych ustach, owinęła sobie małżonka wokół palca. Stała przy drzwiach,
mając zamiar przysłuchiwać się rozmowie, ale Fenring posłał jej
zniecierpliwione spojrzenie. Jeszcze nie zdecydował, czy jest
sojuszniczką czy wrogiem.
Szaddam wylegiwał się w nieformalnym mundurze, na który zużyto zbyt dużo
brokatu, by był wygodny. Odprawił żonę machnięciem ręki.
- Pozwól nam porozmawiać, kochana. Potem opowiem ci o wszystkim, co
musisz wiedzieć.
Fenring uważnie ją obserwował, dostrzegł więc w jej oczach błysk, zanim
szybko skinęła głową i wymknęła się z pokoju.
Po jej wyjściu Szaddam rzekł:
- A więc mój krewniak w końcu zainteresował się władzą, którą mógł
dostać dawno temu. Wynagrodzimy go za to, co zrobił na Otorio? -
Przeciągnął palcem po dolnej wardze. - To by dobrze wyglądało w oczach
reszty Landsraadu.
- Dążenie do władzy wydaje się niezgodne z jego charakterem - powiedział
hrabia. - Ma jakiś inny cel? Czyżby po cichu skumał się ze Wspólnotą
Szlachecką? Jest akurat takim typem człowieka, jakiego buntownicy
chcieliby przeciągnąć na swoją stronę.
- Leto Atryda? - zakpił Szaddam. - Miałby być buntownikiem i zdrajcą?
Matka wielebna do tej pory siedziała sztywno na krześle i milczała.
Teraz przemówiła:
- Obserwowałam go i mogę zaświadczyć, że przeżył autentyczny wstrząs,
gdy się dowiedział o losie księcia Verdun. Studiowałam wyraz jego
twarzy, napięcie mięśni, ton głosu. Jego antypatia nie była udawana.
Jeśli książę Verdun był członkiem rebelii, to Leto Atryda nie widział w nim sojusznika.
- Ja też nie miałem dobrego zdania o Fauście - rzekł Szaddam. - Tego
człowieka trudno było polubić. - Potem się roześmiał. - Ale dobry i szlachetny książę Leto? Często chciałem, żeby wykazał się większą
ambicją i pokazał ciemniejszą stronę swojej osobowości. Wtedy bym go
zrozumiał.
- To czyniłoby go bardziej ludzkim - przyznała Mohiam. - Teraz, kiedy
jego konkubina odeszła, będzie miał czas, by rozważyć inne priorytety.
Fenring podrapał się po grzbiecie nosa.
- Może jest dobry w skrywaniu prawdziwej natury, hmm?
Mohiam zastanowiła się przez chwilę, po czym potrząsnęła głową.
- Nie, jest bezpośredni i autentyczny.
Niebezpieczeństwo, jakie stanowi wróg, jest wprost proporcjonalne do
strachu, który budzi.
- podręcznik walki dla sardaukarów
Imperialne maszyny oznakowane szkarłatem i złotem Corrinów spadły na planetę Elegia jak lawina. Nie była to wizyta
dyplomatyczna, lecz straszliwy pokaz siły. Oddziały sardaukarów zapewnią
Imperatorowi współpracę gubernatora i wypłoszą dzikiego przywódcę
buntowników Jaxsona Aru.
Pułkownik baszar Jopati Kolona nie był przekonany, że terrorysta
przebywa na Elegii, ale Szaddam sprawdzał każdą plotkę szybko i bezlitośnie. W porcie kosmicznym planety wylądowało dziesięć
transportowców z setkami wojowników pod dowództwem Kolony. Nie
przedstawili wieży kontrolnej żadnego planu lotu i nie poprosili o pozwolenie na lądowanie. Sardaukarzy po prostu zmusili wszystkie
jednostki handlowe, by usunęły im się z drogi. Kolona nie tyle wydawał
rozkazy, ile patrzył, jak nieuchronnie spełniają się jego życzenia.
Podczas lotu ze zgrupowania fregat bojowych na orbicie pułkownik baszar
przesłał wicehrabiemu Giandrowi Tullowi żądanie, by czekał na niego w porcie kosmicznym, dodając spokojnie, że albo je spełni i będzie
współpracował, albo poniesie konsekwencje.
Gdy tylko maszyny wylądowały i otworzyły luki, wyskoczyli z nich
żołnierze i pobiegli przez lądowisko zwartym szykiem, który dzięki latom
precyzyjnego szkolenia tworzyli w sposób niemal naturalny. W otworach
strzelniczych pojawiły się działka, a ich obsługa zasiadła przy
urządzeniach celowniczych, gotowa do zniszczenia na rozkaz dowódcy
całego portu kosmicznego.
Po wyjściu Kolony ze statku flagowego jego wzrok musiał się przystosować
do przymglonego światła słonecznego. Pułkownik baszar wciągnął głęboko
powietrze przesycone dziwnym zapachem wszechobecnych porostów, z których
słynęła planeta, po czym ruszył naprzód, bo zabrać się do dzieła.
Jak było do przewidzenia, wicehrabia przybył na spotkanie. Zdążył nawet
wznieść na skraju lądowiska przyozdobioną wstęgami trybunę. Zachowywał
się tak, jakby akcja sardaukarów była swego rodzaju paradą.
Kolona, wyćwiczony w bezlitosnej walce o przetrwanie na Salusie
Secundusie, zawsze zwracał baczną uwagę na otoczenie, gotowy w każdej
chwili stawić czoło zagrożeniu. Jego spojrzenie skupiło się na
wicehrabim jak laserowy celownik.
Giandro Tull stał na trybunie odziany w lśniący strój z elegijskich
porostów, które bujną szatą pokrywały formacje skalne. Miał sięgające
ramion kasztanowe włosy i szczupłą, przystojną twarz. Widniał na niej
szeroki, acz sztuczny uśmiech. Czekał nieruchomy jak posąg na
zbliżającego się Kolonę w galowym mundurze, który był wzorem wojskowej
elegancji, z tak ostro zaprasowanymi kantami, że mogłyby być użyte jako
broń sieczna.
Pułkownik baszar i jego składająca się z trzydziestu żołnierzy straż
honorowa mieli tarcze osobiste, długie miecze i krótkie sztylety, haki
oraz noże do rzucania. Giandrowi Tullowi towarzyszyli tylko doradcy w odzieniu z łuskowatych porostów. Byli wyraźnie zaniepokojeni i starali
się nie zrobić niczego, co zaogniłoby sytuację. Dobrze, właśnie takie
zachowanie chciał widzieć Kolona.
Spokojny uśmiech nie znikał z twarzy wicehrabiego; jego opanowanie
zaimponowało dowódcy sardaukarów.
- Czemu zawdzięczamy ten niespodziewany zaszczyt, pułkowniku baszarze? -
zapytał gospodarz.
- Padyszach Imperator przysłał nas, byśmy sprawdzili, czy niepokojące
wieści, jakoby na Elegii widziano kryminalistę Jaxsona Aru, są prawdziwe
- odparł równie oficjalnie Kolona. - Jestem tu po to, by zbadać, czy na
waszą planetę nie dotarła zaraza buntu.
Tull nie wyglądał na wstrząśniętego.
- Gdzie słyszeliście takie brednie?
- Nie wolno mi ujawniać źródeł naszych informacji, panie. - W istocie
Kolona nie wiedział, skąd przyszedł ten meldunek, ale Szaddam wszędzie
widział konspiratorów. Samo podejrzenie było wystarczającym powodem do
wszczęcia śledztwa, a pułkownik baszar wykonywał rozkazy bez szemrania.
- Z przyjemnością o tym porozmawiam. - Tull lekko się ukłonił. - Niechaj
będzie mi wolno zaprosić pana w moje skromne progi. Przy obiedzie będzie
pan mógł przedstawić mi ewentualne dowody, które przemawiają przeciwko
mnie. Jestem lojalnym poddanym Imperatora.
Zaproszenie zaskoczyło Kolonę.
- Nie przybyłem tu z wizytą towarzyską, panie. To powinno być oczywiste.
Głos wicehrabiego stwardniał.
- Nie jestem ślepy ani głupi, pułkowniku baszarze. Wiem, że sardaukarzy
unicestwili ród Verdun na Ostatkach i że to samo może się stać z moją
planetą. - Jego sztuczny uśmiech stał się jeszcze szerszy. - Wolę
współpracę i szczerą rozmowę, chyba że uzna pan, iż lepiej będzie
załatwić to w nieprzyjemny sposób. Pan i pańscy ludzie dostaniecie
wszelką pomoc potrzebną do zdementowania tych bredni, tak byście mogli
jak najszybciej ruszyć w drogę powrotną.
Kolona dał znak swojej straży.
- Moi ludzie przeczeszą miasto i wioski, w których mogliby się ukrywać
Jaxson Aru albo jego zwolennicy. Rozejrzą się i przeprowadzą konieczne
dochodzenia.
Wicehrabia przełknął ślinę w sposób aż nadto widoczny.
- Proszę mnie zapewnić, że pańscy żołnierze będą ściśle przestrzegali
procedur i nie poczynią niepotrzebnych szkód.
Kolona dał mu jedyną możliwą odpowiedź:
- Są sardaukarami.
Żołnierze rozprysnęli się na wszystkie strony jak śrut z dubeltówki i zaczęli przeczesywać stolicę Elegii, by sprawdzić wiarygodność pogłosek
i plotek. Wicehrabia zachowywał się ostrożnie i Kolona to doceniał. Nie
chciał siać niepotrzebnego zniszczenia jak na planecie rodu Verdun.
Pamiętał też, jak przed laty niespodziewany atak przeprowadzony pod
dowództwem księcia Paulusa Atrydy zmiótł ród Kolonów i ich posiadłości...
Wystawne przyjęcie, które wicehrabia wydał w swojej posiadłości na jego
cześć, nie zrobiło na Jopatim Kolonie wielkiego wrażenia. Spożywanie
przez całe życie bogatych w składniki odżywcze racji żywnościowych
zabiło w nim apetyt na wykwintne dania, ale pułkownik baszar odgrywał
swoją rolę tak, jakby wykonywał zadanie bojowe. Wiedząc, że otrucie go
nie leży w interesie Tulla, zjadł tyle, by nie zostać uznany za
prostaka, ale na błahe pogawędki nie miał chęci.
Siedzieli tylko we dwóch w sali bankietowej, którą zdobiły rozsiewające
mgiełkę wodną fontanny i piłokształtne bukiety porostów. Służba wnosiła
tacę za tacą i bez słowa wychodziła.
- Mógłbym zabrać pana do moich stajni i pokazać wspaniałe konie
najrzadszej rasy wywodzącej się ze starej Ziemi - rzekł z uśmiechem
Tull. - Wojskowy, jak pan, powinien docenić wyjątkowość tych
wierzchowców.
- Sardaukarzy nieczęsto jeżdżą wierzchem. Poza tym to nie jest
towarzyska wizyta - powtórzył Kolona. Sardaukarzy odkryją, czy w plotkach o pobycie Jaxsona Aru na Elegii kryje się ziarno prawdy.
Tull próżno czekał na ciąg dalszy wypowiedzi, więc w końcu zapytał:
- Wyjawi mi pan, dlaczego znalazłem się w kręgu podejrzeń Imperatora?
- Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że był pan - jakże
korzystnie dla siebie - nieobecny na Otorio podczas ataku
terrorystycznego. Na galę przybyło wielu szlachciców, by okazać
Imperatorowi swoje poparcie, ale pana wśród nich nie było. I dlatego pan
żyje. Może wiedział pan o tym zamachu?
Tull stracił panowanie nad sobą.
- Szanowny panie, tuż przed galą zmarł mi ojciec! Było to wstrząsem dla
całej Elegii, więc musiałem zostać. Myśli pan, że celowo doprowadziłem
do jego śmierci, by mieć usprawiedliwienie? - powiedział łamiącym się ze
złości głosem.
Kolona zachował niewzruszoną minę.
- To możliwy scenariusz. Wiedząc o ataku, mógł pan skorzystać z okazji,
by pozbyć się ojca i przejąć władzę.
Wicehrabia wydawał się szczerze oburzony.
- Taka sugestia z ust nie tylko oficera sardaukarów, ale po prostu
człowieka jest dla mnie obelgą.
Kolona skubnął jedzenia, po czym kontynuował:
- Również prawdomówczyni Imperatora zgłosiła pewne podejrzenia w związku
z pańską nową pozycją w rodzie. Twierdzi, że widzi dziwne zmiany w pana
zachowaniu, które tylko ona potrafi dostrzec. Imperator jej słucha.
- Uwagi matki wielebnej nie są bezinteresowne - rzucił szyderczym tonem
wicehrabia. - Jest Bene Gesserit, a ich zgromadzenie pozostaje ze mną w otwartym sporze. Motywy, którymi kierują się siostry, są oczywiste nawet
dla dziecka. Nie dawałbym zbytniej wiary ich podszeptom. - Skrzywił się,
po czym ciągnął: - Te czarownice wodziły mojego ojca za nos przez całe
życie. Dawał im mnóstwo pieniędzy na rozbudowę ich szkoły. Trwonił nasz
rodowy majątek, jeśli chce pan znać moje zdanie! Gdy zmarł, skończyłem z ich finansowaniem, a jego konkubinę wygnałem. Ta baba próbowała mnie
uwieść przy łożu z jeszcze ciepłymi zwłokami mojego ojca. - Tull
wyglądał, jakby zbierało mu się na mdłości. Zapanował nad tą reakcją i rzekł ostrzejszym tonem: - Jeśli pan jeszcze nie wie tego wszystkiego,
pułkowniku baszarze, to powątpiewam w pańskie zdolności śledcze.
Kolona kiwnął głową z szacunkiem. Oczywiście znał te szczegóły.
Wicehrabia odczekał chwilę, po czym spytał z naciskiem:
- Coś jeszcze?
- Imperatora niepokoją wasze związki biznesowe z rodem Verdun. Według
upublicznionych danych KHOAM wasze interesy są ze sobą powiązane.
- Naturalnie. Nasza stolica jest piękna, czerpiemy zyski z uprawy
naszych rzadkich odmian porostów, ale koncentrujemy się też na
eksploatacji otaczającego nas pasa asteroid. Wydobywamy z nich rudę
metali nieszlachetnych i wysyłamy do przetworzenia na Ostatki. - Twarz
Tulla spochmurniała. - Uderzenie na ród Verdun było ciężkim ciosem dla
mojego ludu i złożyłem już w tej sprawie oficjalną skargę do Landsraadu.
- Skąd mamy wiedzieć, czy wasze relacje biznesowe nie są sposobem na
finansowanie Wspólnoty Szlacheckiej?
- A skąd my mamy wiedzieć, że Fausto Verdun był zdrajcą? - odparował
Tull. - Muszę wpierw zobaczyć dowody jego zdrady przedstawione
Landsraadowi po błyskawicznej egzekucji księcia i całej jego rodziny. -
Wicehrabia ledwie powściągał złość.
Kolona zachował neutralny wyraz twarzy. Wątpił w winę pana na Ostatkach,
ale sardaukar nie mógł wyrażać zastrzeżeń wobec rozkazów Imperatora.
- Moim zdaniem dowody były mocne - powiedział.
Wicehrabia nie skrywał już przepełniającej go wściekłości.
- Ci wszyscy ludzie zostali zamordowani bez procesu, bez przedstawienia
jakichkolwiek dowodów, bez szansy na apelację, a ja mam uwierzyć panu na
słowo?
- Niech pan uwierzy słowu Imperatora - odparł Kolona, co ucięło rozmowę.
Jedli i pili w milczeniu. Po chwili Tull odezwał się potulnym, ale
gorzkim tonem:
- Proszę badać, co pan sobie zażyczy, pułkowniku baszarze, ale nie
znajdzie pan tutaj żadnych dowodów rebelii. - Odsunął talerz, dając tym
znak, że posiłek dobiegł końca. - Chyba że pan je sfabrykuje.
Kolona ponownie udzielił mu nieubłaganej odpowiedzi:
- Jesteśmy sardaukarami.
Nie było to jednoznaczne zapewnienie, że tego nie zrobi, ale chciał,
żeby tak zabrzmiało.
Opuścił luksusową posiadłość i wrócił na swój osobisty transportowiec w porcie kosmicznym, gdzie ustanowił centrum dowodzenia.
Jego oddziały pozostały na Elegii jeszcze cztery dni, prowadząc wnikliwe
śledztwo, ale nie znalazły żadnych pogrążających wicehrabiego dowodów.
Jopati Kolona odetchnął z ulgą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki