Trylogia Generacje (Tom 2). Alight/Rozpaleni - Scott Sigler

-
Proszę czekać

JEDEN

JEDEN

Budzi mnie nagły, przeszywający ból.

Otwieram oczy w ciemności. Całkowitej ciemności.

Moje myśli dziwnie blokują się w głowie.

Ból w szyi tam, gdzie zaczyna się ramię, już mija. Pamiętam podobne użądlenie, tylko dużo gorsze. Tamtego dnia... miałam zdaje się urodziny? Chyba tak. Dwunaste urodziny.

Przeszywa mnie zimny dreszcz - to się już raz zdarzyło.

Leżę w trumnie.

Za chwilę dopadnie mnie potwór, czarna jak zgnilizna istota z wybitym okiem.

Matylda.

Nie... to nie tak. Tym razem jest inaczej. Mogę ruszać rękami... poprzednio coś je przytrzymywało. Unoszę w ciemności palce. Wyczuwam nimi pokrywę - jest tak blisko, że prawie dotyka mojej twarzy i piersi. Muszę stąd uciec, zanim potworzyca mnie zniszczy.

Potrzebna mi broń.

Włócznia... Gdzie moja włócznia?

Z wrzaskiem walę w pokrywę, łomoczę w nią pięściami i kolanami.

Jakiś odgłos, warkot czegoś mechanicznego - czuję, że pokrywa trumny zaczyna przesuwać się w stronę moich stóp. Zalewa mnie światło, razi w oczy mimo ciasno zaciśniętych powiek - nic nie widzę.

Wymachuję dziko rękami, walę i drapię na oślep.

Czyjeś dłonie łapią mnie za nadgarstki.

- Em, nie bój się!

To głos dziewczyny. Rozpoznaję go: to Spingate.

- Uspokój się - mówi. - Wszystko w porządku.

Ujmuje moją dłoń w swoją. Splatamy palce. Jej skóra jest ciepła i delikatna, ale chwyt ma mocny, zdecydowany.

- Wylądowaliśmy - dodaje. - Jesteś bezpieczna.

"Bezpieczna". To słowo jest złudne. Czuję jednak, że moje ciało odpręża się nieco. Przypominam sobie coś dużego i srebrzystego, coś, co dawało mi nadzieję, ale obraz tej rzeczy mi umyka.

- Wylądowaliśmy? O czym ty mówisz?

Drugą ręką Spingate głaszcze mnie po włosach. Dodaje mi to otuchy, częściowo odpędza strach.

- Jesteś jeszcze zmulona od gazu w trumnie - tłumaczy. - Powinno ci to minąć w miarę szybko.

Zanim kończy mówić, już czuję, że w głowie mi się rozjaśnia. Mgła się rozwiewa. Błyskawicznie wracają wspomnienia.

Straszne wspomnienia.

Przebudzenie w trumnie. Igła wbijająca się w moją szyję. Wyrwanie się na wolność. Dezorientacja i brak świadomości, kim jestem i gdzie jestem, niepamięć o całej mojej przeszłości z wyjątkiem kilku ulotnych wspomnień z cudzego życia.

Uratowanie Spingate. Potem O'Malleya. Potem Bello, Aramowskiego i Yonga.

Ohydnie roztrzaskana czaszka małego chłopca o skórze zaschniętej na kościach, w ubraniu za dużym na jego małe ciałko.

Szkielety. Pył. Niekończące się korytarze jak w jakimś lochu. Nasz długi marsz.

Mój nóż wślizgujący się w brzuch Yonga.

Spotkanie z Bishopem, Gastonem, Latu i całą resztą. Głosowanie, dzięki któremu zostałam przywódcą. Dwa szczepy połączone w jedną całość.

Świnie. Śmierć Latu. Ogród. To tam po raz ostatni czułam się bezpieczna; wtedy jeszcze wierzyłam, że to dziecinne pojęcie ma sens.

Oczy Bello otwarte szeroko ze zgrozy. Czarne, pomarszczone ręce potwora wciągające ją w zarośla Ogrodu. Potwory - Starsi - o czerwonych oczach i patykowatych kończynach, z pofałdowaną skórą zwieszającą się na twarzy w miejscu, w którym powinny być usta.

Bello.

Wstyd z powodu tamtej decyzji wali mnie obuchem między oczy. Przecież ją zostawiłam. Dla dobra nas wszystkich - tłumaczy mi rozum, ale serce wyzywa mnie od tchórzy.

Rozmowa z Brewerem. Odkrycie, że nie jesteśmy pod ziemią, a na starożytnym statku kosmicznym o nazwie "Xolotl". Że Starsi to istoty, które powinny były umrzeć całe wieki temu. Że chcą wyczyścić nam umysły i przejąć nasze młode ciała równie łatwo jak ktoś, kto postanowił zmienić ubranie.

Nowina o Omeyocanie, planecie, dla której zostaliśmy stworzeni.

A potem moja decyzja o ataku. Śmierć Harrisa w jakimś zakątku Ogrodu. Pojmanie Matyldy. Odnalezienie wielkiego srebrzystego wahadłowca. A kiedy już prawie udało nam się uciec: szarża bliźniaków El-Saffani - chłopaka i dziewczyny wpadających sobie w słowo i kończących nawzajem swoje zdania - na armię pomarszczonych żywych trupów, które rozniosły ich na strzępy.

Uciekliśmy z "Xolotla", ale za jaką cenę?

- Stajemy na nogi - odzywa się Spingate.

Pomaga mi się podnieść i wydostać z trumny. Nogi natychmiast się pode mną uginają - Spingate podtrzymuje mnie, nie pozwala mi upaść. Przypomina mi się prawie identyczny moment, kiedy to ja podtrzymywałam na duchu ją, mówiąc, żeby się uspokoiła, i pomagając jej wydostać się z innej trumny.

Oczy już mniej mnie pieką. Otwieram je, mrużąc powieki; mrugam i widzę twarz mojej przyjaciółki. Kręcone rude włosy Spingate są potargane i splątane, zielone oczy zapadnięte, a skóra wokół nich jest tak ciemna, że wygląda jak sińce. Nigdy wcześniej nie oglądałam jej aż tak bladej; widoczny na jej czole czarny symbol koła zębatego teraz jeszcze wyraźniej kontrastuje ze skórą.

- Chyba już dam radę ustać sama.

Spingate całuje mnie w policzek, wypuszcza z rąk.

Jesteśmy w długim, wąskim pomieszczeniu. Czerwone ściany i sufit, czarna, błyszcząca podłoga. Przez całą długość sali - dwa rzędy białych trumien ustawionych bokami do siebie. Pod każdą ścianą - szerokie alejki przejść, jeszcze jedna biegnie też środkiem aż do łukowatego otworu drzwiowego. Tuż za nim w prawo jest wejście, którym dostaliśmy się na ten wahadłowiec. Jeszcze dalej na wprost - dziwne pomieszczenie pełne świateł, w którym Gaston i Spingate lśnili jak para aniołów.

Tutejsze trumny są proste i zwyczajne. Zaprojektowano je chyba tylko po to, żeby dało się w nich spać. Nie przypominają wielkich, rzeźbionych skrzyń, które zajmowały się nami, kiedy wyrastaliśmy z niemowląt na ludzi o obecnych, młodzieńczych ciałach.

Moja trumna stoi otworem - pokrywa musiała się wsunąć gdzieś w jej dolną część. Inne trumny pozostają szczelnie zamknięte. W tej na prawo od mojej leży O'Malley, w tej na lewo - Bishop. Trzymałam ich za ręce, dopóki pokrywy się nie zasunęły.

Przez łukowate przejście wchodzi chłopak, człapie powoli ku nam przez środek sali. To Gaston. Trzyma w ręce moją włócznię.

Nadal ma na sobie czerwony krawat z wyszytym na nim żółto-czarnym kółkiem pełnym maleńkich obrazków i białym napisem MICTLAN w samym środku. Jego biała koszula jest w większości czysta, w większości niepodarta. Zerkam na swoją własną - za ciasną, porozrywaną w dziesięciu miejscach, poplamioną rozbryzgami krwi. Moja spódniczka w kratę jest cała w strzępach, ledwie osłania mi ciało.

Gaston podaje mi włócznię. Kiedy ją biorę, chłopak zamyka mnie w mocnym uścisku.

- Em! Udało nam się!

Odpowiadam mu uściskiem. Tak dobrze się do niego przytulić.

- To tobie się udało - poprawiam go. - To ty sprowadziłeś nas na Omeyocan.

Cofa się o krok. Jego uśmiech - na pół czarujący, na pół arogancki - jest szeroki jak nigdy: Gaston zdołał sam sobie zaimponować.

Mimo radości wyraźnie widać, że też nie miał okazji odpocząć. Czarne włosy opadają mu na twarz, zasłaniając częściowo oczy.

- To było coś niesamowitego - mówi. - W momencie, kiedy otoczyły mnie światła sterowni, przypomniałem sobie szkolenie mojego stwórcy z okresu, kiedy byłem... to znaczy, kiedy on był jeszcze mały. Tak jakby luki w mojej pamięci zaczęły się wypełniać.

Nie wiem, jak to w ogóle możliwe. Ja też mam luki w pamięci. Wszyscy je mamy. Kiedy szukamy w myślach wspomnień, o których wiemy, że powinniśmy je mieć, wracają do nas tylko niejasne szepty i echa. Nigdy nie mieliśmy nawet nic wiedzieć na własny użytek. Jesteśmy pojemnikami, skorupami stworzonymi po to, by pomieściły kogoś innego.

Skoro Gaston potrafi "przypomnieć sobie", jak latać wahadłowcem, może luki w naszej pamięci nie są lukami na stałe, jak powiedziała mi Matylda.

Gaston i Spingate wyglądają na wykończonych. Za to ja, choć jestem obolała i podrapana, posiniaczona i poobijana, nie czuję śladu zmęczenia.

- Jak długo spałam?

- Tylko dwie godziny, bo tyle zajęło nam lądowanie - mówi Spingate. - Wahadłowiec powiedział nam, że gaz z trumien wpływa jakoś na nasze mózgi i pozwala nam zapadać w dużo głębszy sen, niż gdybyśmy zasypiali sami. W sterowni też możemy go sobie dawkować. Jeszcze byś spała, ale zarządziłam, żeby wahadłowiec obudził cię zastrzykiem.

To ukłucie w szyję... Nie nóż, nie wąż, nie ukąszenie... po prostu igła. Przypomina mi się Brewer i to, jak próbował wykorzystać igłę z mojej poprzedniej trumny, żeby mnie zamordować, ale odsuwam od siebie tę myśl. Nie musimy się już nim przejmować - jesteśmy w domu.

- Jak jest na zewnątrz?

Mała dłoń Gastona sięga po dłoń Spingate. Ich palce się splatają.

- Nie wiemy - odpowiada chłopak. - Kiedy lądowaliśmy, było ciemno. Wahadłowiec miał zaprogramowaną ścieżkę schodzenia do lądowania, która wprowadziła nas w jakiś duży okrągły otwór. Może dla ochrony przed wiatrem... nie jestem pewien. Kiedy dolecieliśmy, panowała noc i była gęsta pokrywa chmur.

Wypowiada słowa "pokrywa chmur" z dumą, jakby była to przeszkoda, której byle kto by nie pokonał.

- Czyli w ogóle jeszcze nie wychodziliście na zewnątrz?

Spingate kręci głową.

- Zasługujesz na pierwszeństwo.

Poczekali na mnie z czystego szacunku. Sama nie wiem, co powiedzieć.

- Pójdę z tobą - uspokaja mnie Spingate. - Wahadłowiec mówi, że powietrze jest dla nas bezpieczne.

Dla nas, ale nie dla Starszych, którzy nas stworzyli. Zaprojektowano nas tak, byśmy byli w stanie przeżyć na tej planecie. I to na tym zasadza się nasze bezpieczeństwo; nawet gdyby Starsi mogli dotrzeć na Omeyocan - co jest niemożliwe, bo nasz wahadłowiec był ostatni - już samo powietrze tej planety by ich uśmierciło.

Spingate unosi lewą rękę. Jej przedramię otula warstewka złota, misternie rzeźbionego i wysadzanego czarnymi klejnotami. Kojarzy mi się z bransoletkami, którymi Starsi zabili El-Saffanich, ale z jakiegoś powodu mam pewność, że nie jest to broń.

- Gaston znalazł to w magazynie - mówi Spingate. - To jest tak zwany karwasz. Mogę nim sprawdzać, czy nie ma gdzieś rzeczy, które mogłyby nam zaszkodzić, takich jak mikroorganizmy albo toksyny.

Wymawia te słowa tym samym tonem, jakim Gaston wypowiedział "pokrywa chmur" - to nowe, ważne słowa, których znajomością Spingate się szczyci.

Nie ma powodu dłużej czekać. Nie mamy już dokąd iść. Urodzinowe Dzieci przeżyją na Omeyocanie - albo tu zginą.

Z żołądka wydobywa mi się głośne burczenie. Chwilę później krzywię się z bólu - jestem tak głodna, że aż mnie boli.

- Mamy jedzenie - oświadcza Gaston. - Na deku pod nami są magazyny pełne narzędzi, ubrań i mnóstwa jedzenia.

- Co to jest "dek"?

- Piętro - odpowiada Spingate. - Tyle że na statku takim jak ten nazywa się je pokładem albo dekiem.

Nawet nie przyszło mi do głowy, że nasz wahadłowiec może mieć więcej pięter.

- Pokażcie - mówię.

Idziemy na sam tył sali z trumnami. Tylna ściana jest czerwona tak samo jak boczne. Z bliska zauważam słaby, prawie niewidoczny kontur drzwi, a w nich słaby odcisk dłoni z symbolem koła zębatego pośrodku.

Gaston przykłada rękę do odcisku. Drzwi bezszelestnie uchylają się w naszą stronę. Widać metalowe kręcone schody prowadzące w dół. Schodzimy. Dziesięć stopni niżej są kolejne drzwi - tu także odcisk dłoni oznaczony jest kołem zębatym. Spingate wprowadza nas do środka.

Korytarz wygląda na długi, biegnie może przez cały wahadłowiec. Po obu stronach są drzwi z napisami: po lewej od MAGAZYN 1 do MAGAZYN 6, po prawej od LABORATORIUM 1 do LABORATORIUM 3. Na końcu korytarza widać kolejne, oznaczone napisem GABINET ZABIEGOWY. Magazyny mają drzwi z odciskiem dłoni oznaczonym kółkami: zębatym i półpełnym. Na drzwiach laboratoriów są tylko kółka zębate. Odcisk dłoni na drzwiach gabinetu zabiegowego to kółko-krzyżyk.

- Nie mieliśmy czasu przyjrzeć się laboratoriom - mówi Gaston. - Tylko... - na moment sam sobie przerywa ziewnięciem, przy którym aż zaciska powieki - ...tylko magazynom.

Pierwszy magazyn zajmują od podłogi do sufitu półkowe regały pełne czarnych skrzynek z pokrywą. Gaston otwiera jedną z nich: czarne kombinezony uszyte z ciężkiego materiału. Przypomina mi się "Xolotl", setki okaleczonych torturami ciał ubranych w podobne stroje. Byłoby fajnie zrzucić podarte szmaty, które mam na sobie, ale ten czarny strój to mundur Starszych, a teraz akurat wolę o nich nie myśleć.

W czterech kolejnych magazynach znajdują się półki z zielonymi skrzynkami. Gaston otwiera jedną. Jest pełna małych białych pakiecików, na których czarnymi literami napisano BATON ZBOŻOWY. Pakieciki w drugiej skrzynce oznaczone są napisem KRAKERSY.

- Wszystkie skrzynki są pełne - mówi Gaston. - Jest tu tyle jedzenia, że wystarczy go nam, nam wszystkim, na jakieś trzydzieści dni. Wspaniale, nie?

Myśli, że trzydzieści dni to długo? Ten czas minie bardzo szybko.

W ostatnim magazynie mieszczą się regały z równo ułożonymi narzędziami. Na powierzchnię wyrywa się jedno ze wspomnień Matyldy - z czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyła świnie... Tego rodzaju narzędzi używa się w rolnictwie. Na innych półkach leżą skrzynki pełne mniejszych instrumentów. Te służą do naprawiania i konstruowania różnych rzeczy. Widzę tu jeszcze jeden karwasz, taki sam jak ten na ręce Spingate.

Jestem pewna, że wszystkie te narzędzia okażą się kiedyś potrzebne, ale dopóki nie dowiemy się, co czeka nas na zewnątrz, jest coś, czego potrzeba nam jeszcze bardziej.

- A co z bronią?

Spingate kręci głową.

- Żadnych bransoletek. Nic.

Cholera.

- Kiedy tylko trochę odpoczniesz, dowiedz się czegoś więcej o laboratoriach - mówię jej. - Są jeszcze jakieś piętra? To znaczy deki.

- Jeszcze dwa - odpowiada Spingate. - Ale na drzwiach mają odciski dłoni z półpełnym kółkiem. Nie otwierają się przed nami.

Półpełne kółko: symbol na czole O'Malleya.

- Pytaliśmy wahadłowiec, co jest niżej - mówi Gaston. - Odpowiada, że nie wie.

Widać, jak bardzo się przejmuje tym, że nie może przedostać się na te deki. Słyszałam, jak wahadłowiec mówi do niego: "Kapitanie Xanderze" - więc jakim cudem istnieją takie obszary statku, które nie chcą się przed nim otworzyć?

Pomartwimy się tym później. Czuję przemożną potrzebę wyjścia na zewnątrz, zobaczenia Omeyocana.

- Spingate, obudź kółko-gwiazdy. I O'Malleya.

Potwierdza skinieniem głowy.

- Już się robi. Kogoś jeszcze?

- Smith - odpowiadam. - Powiedz jej, żeby dowiedziała się jak najwięcej o gabinecie zabiegowym.

Smith zdaje się wiedzieć, jak opatrywać skaleczenia i zadrapania. To chyba ma coś wspólnego z oznaczeniem na jej czole: kółko-krzyżykiem. Ma ten symbol jako jedyna osoba w naszym wieku. Ale ma go też dwoje młodszych dzieci, więc może wkrótce Smith zyska pomocników w leczeniu chorych i rannych.

Gaston i Spingate wyglądają, jakby lada moment mieli paść z wycieńczenia. Postaram się, żeby odpoczęli, tyle że jeszcze nie w tej chwili.

- Wiem, że oboje jesteście zmęczeni, ale jeszcze na krótko was potrzebuję, potem możecie iść spać.

- Czego tylko trzeba - odpowiada bez wahania Gaston.

Spingate uśmiecha się do mnie, jakby chciała powiedzieć: "Zawsze ci pomogę, bez względu na wszystko".

Jestem "żywa" dopiero od kilku dni, a mimo to kocham ich oboje tak bardzo, że aż boli. Spingate i Gaston - moi przyjaciele.

- Spin, wyjdziesz ze mną na zewnątrz. Gaston, kiedy nas nie będzie, obudź wszystkich pozostałych i przygotuj jakiś posiłek. Zjeść powinniśmy wspólnie, wszyscy razem.

Unoszę lekko włócznię, a potem puszczam ją i jej drzewce opada na twardą podłogę z cichym łoskotem.

- Pora obejrzeć nasz nowy dom.

DWA

DWA

Zbieramy się u wyjścia z wahadłowca.

Moje kółko-gwiazdy - Bishop, Farrar, Visca, Coyotl i Bawden - nie mają na sobie nic poza brudnymi spodniami o odciętych nogawkach. Na "Xolotlu" wszyscy oni smarowali się mazią, dzięki której mieli ten sam, szary kolor. Teraz wyschnięta skorupa schodzi z nich całymi płatami, tak że wygląda spod niej skóra o rozmaitych odcieniach.

Nie mamy co prawda bransoletek takich jak te, którymi Starsi zabili El-Saffanich, ale dzięki regałowi z narzędziami gospodarskimi nie jesteśmy zupełnie bezbronni. W naszych rękach narzędzia jeszcze raz stają się bronią.

- Może powinnaś zostać tutaj, Em - proponuje Bishop. - Mogłabyś pomóc O'Malleyowi zbadać resztę statku.

Trzyma w ręce zabraną z magazynu czerwoną siekierę. Wyobrażam sobie, jak bierze nią ogromny zamach i całą siłą swych mocarnych mięśni wbija jej ostrze w coś żywego. Z trudem powstrzymuję dygot.

- Idę - odpowiadam mu, poprawiając chwyt na mojej włóczni. - Muszę dowiedzieć się, co tam jest.

Chce mnie chronić. Jego troska sprawia, że w sercu rozlewa mi się ciepło, ale nie planuję siedzieć z założonymi rękami, kiedy moi ludzie będą mierzyć się z niebezpieczeństwem.

Pod lewym okiem Bishop ma opuchliznę i siniaka. Kiedy wkładał mnie do trumny, próbując ratować mi życie, zaczęłam szaleć i go uderzyłam. Okropnie się z tym teraz czuję. Ileż ma na tej twarzy powagi. Mam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jego blond loków, ale nie czas na to. Kiedy go poznałam, uśmiechał się swobodnie, wydawał się radosny i pewny siebie. Już taki nie jest. Zdążył zabić dwóch Starszych. To, że odebrał im życie, zmieniło go. Mam nadzieję, że uda mu się odnaleźć dawny uśmiech, ale jeśli czuje się w środku tak samo jak ja, wątpię, by mu się udało.

Widzę, jak na tyłach sali z trumnami otwierają się drzwi w czerwonej ścianie. Wchodzą tamtędy O'Malley i Spingate, idą przez środek pomieszczenia, żeby do nas dołączyć. O'Malley trzyma nóż, którym zabiłam Yonga. Jakimś sposobem ta broń zaczęła od niego przynależeć.

- Kiedy wyjdziecie na zewnątrz, porządnie rozejrzę się po wahadłowcu - mówi. - Ale... jesteś pewna, że nie powinienem pójść z wami?

Chce zobaczyć planetę? A może on także chce mnie chronić? Nieważne - musimy jak najszybciej dowiedzieć się jak najwięcej. Poza tym on stworzony jest do myślenia, nie do walki.

- Nic mi nie będzie. Idzie ze mną Bishop.

O'Malley opuszcza wzrok, a ja czuję nagłe zażenowanie. Chciałam powiedzieć: "Idą ze mną kółko-gwiazdy", ale palnęłam co innego.

Nawet jeśli czuje się urażony, szybko odzyskuje równowagę, uśmiecha się do mnie.

- Tylko bądź rozsądna - mówi. - Mamy na tej planecie mnóstwo czasu, który możemy wykorzystać. Nie śpiesz się z niczym.

Ciężka próba, przez którą przeszliśmy, pozostawiła także na nim swoje piętno, ale innego rodzaju niż w przypadku Bishopa. Niebieskie oczy O'Malleya są pełne życia, radosnego podniecenia czekającą nas nową przygodą. W jego brązowych włosach tkwią okruchy zeschłych liści, a za małą białą koszulę znaczą plamy zaschniętej krwi, zwłaszcza przy kołnierzyku, pod paskudnym skaleczeniem na lewym policzku. Odniósł tę ranę w Ogrodzie podczas naszej bitwy ze Starszymi. Ciekawe, co był zmuszony tam zrobić. Ciekawe, czy i on - jak Bishop i ja - wie już teraz, jak to jest kogoś zabić.

O'Malley spogląda na Bishopa, po czym podaje mu nóż rękojeścią naprzód.

- Weź go - mówi. - Skoro ja tu zostaję, tobie przyda się on bardziej niż mnie.

Na "Xolotlu" ci dwaj omal się nie pozabijali. Czy teraz, kiedy jesteśmy na Omeyocanie, będzie układać się między nimi lepiej?

Bishop lekko unosi swoją siekierę.

- Wolę to - mówi.

I on, i O'Malley są "żywi" dopiero od kilku dni, a mimo to obaj są już naznaczeni ranami, które pozostawią na ich ciele blizny. Nie tylko oni. Dotykam rozcięcia na swojej górnej wardze, guza na czole, przebiegam palcami po licznych skaleczeniach, zadrapaniach, siniakach. Zapracowaliśmy sobie ciężko na te odznaki męstwa.

Nasze ciała zaprojektowali nasi stwórcy. Nasze twarze to także ich twarze - i tylko te blizny to tak naprawdę jedyne rzeczy, które należą do nas.

Bishop to wcale nie jedyna osoba z nową bronią.

Białowłosy, różowoskóry Visca trzyma młot, który wielkością niemal dorównuje wzrostowi Gastona. Farrar wybrał sobie łopatę na długim trzonku. Jest największy z nas wszystkich, nie licząc Bishopa, a założę się, że szpic i ostrze grubej łopaty w jego ręku mogłyby dokonać straszliwych zniszczeń w ciele i kościach wroga. Bawden ma w ręce taką samą siekierę jak Bishop. Przychodzi mi do głowy pytanie, ile może trwać odrastanie włosów: na jej ogolonej głowie pojawia się już pierwszy ich cień, ciemny brąz jej skóry zaczyna porastać meszek. Teraz, gdy opadła z niej większość pyłu, trudno nie zauważyć, że ma na sobie wyłącznie postrzępioną spódniczkę. Jej nagość sprawia, że mam ochotę odwrócić wzrok, sama Bawden jednak zdaje się jej nie dostrzegać.

Coyotl dokonał najdziwniejszego wyboru: nadal trzyma w ręce kościomaczugę - kość udową, którą posługiwał się wcześniej w walce ze Starszymi. Jego skóra ma jaskrawy odcień, jakby za długo przebywał na słońcu.

Wymieniam spojrzenie ze Spingate. Unosi brwi w niemym zapytaniu.

Już czas.

- Otwórz - mówię.

Drzwi wahadłowca się rozsuwają.

Poranne słońce to oślepiająca czerwonawa kula, która wypełza powoli nad wysoką linię drzew. Osłaniam oczy przed światłem uniesioną dłonią, czując na skórze ciepło słonecznych promieni.

Słaby wiatr pieści nasze włosy, niosąc z sobą nowe zapachy. Kręci mi się w głowie od pędu, z jakim z głębi pamięci wynurzają się fragmentaryczne wspomnienia Matyldy, próbujące nadać nazwy woniom, które czuję: wilgotne drewno, wypalona trawa, coś w rodzaju mięty.

Wychodzę na platformę wahadłowca. Nie wiem, gdzie się ona podziewa, kiedy lecimy, ale teraz tkwi przed wyjściem i wygląda dokładnie tak samo, jak na "Xolotlu": na tyle duży, że mieścimy się na nim wszyscy, metalowy prostokąt. Pochylnia prowadzi w dół na płaską ziemię pokrytą ciemnoniebieskimi pnączami o szerokich bladożółtych liściach. Część liści i pnączy jest spalona, poczerniała; może zrobił to nasz wahadłowiec, kiedy lądował.

Znajdujemy się w środku czegoś, co wygląda na dużą, okrągłą polanę. Wokół nas, wzdłuż jej zakrzywionej krawędzi, pnie się ku niebu gęsta ściana liści - tak samo bladożółtych jak te na pokrywających grunt pnączach. Niebo wygląda jak przyszyta wysoko nad nami okrągła łata.

Rozumiem teraz, dlaczego Gaston myślał, że wlecieliśmy w otwór.

Bishop schodzi z wolna pochylnią, trzymając oburącz siekierę. Mięśnie drgają mu w napięciu. Patrzy gniewnie na drzewa, na pnącza oplatające polanę, może nawet na samo słońce - chce dać tej planecie do zrozumienia, że jest gotowy do walki.

Zatrzymuje się na końcu pochylni, wyciąga bosą stopę w kierunku pnączy.

- Czekaj - mówię. - Spingate, chodź ze mną.

W czerwonawym słońcu powietrze wokół jej włosów zdaje się płonąć. Jeśli kogokolwiek stworzono z myślą o tym miejscu, to na pewno Teresę Spingate.

Schodzimy po pochylni i stajemy obok Bishopa. Wskazuję rosnące pod nami pnącza.

- Myślisz, że na tych roślinach można bezpiecznie stanąć?

Spingate przyklęka na krawędzi pochylni. Rozpościerając palce, macha nad liśćmi swoją ozdobioną karwaszem ręką. Czarne klejnoty budzą się do życia, migoczą rozmaitymi kolorami.

- Wahadłowiec nie wykrywa żadnych znanych trucizn - oznajmia Spingate. - W każdym razie żadnych, które potrafią przeniknąć przez skórę. Tylko niczego nie jedzcie.

Zerkam wstecz na wielki srebrzysty statek, który nas tu przyniósł, a potem odwracam się do niej.

- Wahadłowiec ci to powiedział?

Przechyla w bok głowę i odgarnia do tyłu włosy, pokazując mały czarny klejnot tkwiący w jej uchu.

- Wahadłowiec może mówić do mnie za pośrednictwem tego. Gaston też.

Opuszczam wzrok z powrotem na pnącza. To jest to - nasza chwila. Przez moment waham się, czy nie puścić przodem Bishopa albo nawet Spingate, czy nie dać jednemu z nich zaszczytu bycia pierwszą osobą, która postawi nogę na naszej nowej planecie.

Ale chcę tego zaszczytu dla siebie. Jestem przywódcą i mam do tego prawo.

Schodzę z pochylni. Liście pod moimi bosymi stopami są miękkie i chłodne, nie licząc tych kruchych i łamliwych, które poczerniały podczas lądowania. Pod nimi jest coś twardego. Obracam włócznię ostrzem w dół. Płaski metalowy grot pokrywa czerwonoszarą warstwą zaschnięta krew Matyldy. Muszę ją wkrótce oczyścić; chcę pozostawić wszystkie wspomnienia o Matyldzie daleko za sobą.

Wciskam ostrze włóczni między rośliny. Zagłębia się trochę, po czym stuka o coś twardego.

- Bishop, pomóż mi.

Chłopak klęka obok mnie. Wielkimi dłońmi wyrywa niebieskie pnącza i żółtawe liście. Charakterystyczny miętowy zapach robi się wyraźniejszy. Bishop oczyszcza niewielki obszar z roślin, aż pozostaje na nim tylko brązowa, krusząca się ziemia. Ją też odmiata na bok, odkrywając metalową powierzchnię.

Przechodzę kawałek dalej, wpycham grot włóczni między pnącza: stuk. Idę w prawo, powtarzam tę samą czynność, słyszę ten sam odgłos.

Linia drzew... ich liście wznoszą się równo w górę, tworzą wygiętą łukowato bladożółtą ścianę, która otacza idealnie okrągłą polanę. Coś tu chyba nie gra... prawda?

Bishop wstaje.

- Farrar, Coyotl, za mną.

Trzej chłopcy biegną truchtem ku ścianie drzew.

Obracam się w stronę Spingate.

- Stoimy na jakimś metalu - mówię. - Co to za miejsce?

Spingate robi wielkie oczy, mruga powiekami.

- Nie wiem. Wahadłowiec powiedział nam, gdzie lądować, więc wylądowaliśmy. Sprawdzę, może Gaston czegoś się dowie.

Porusza wargami, ale nie słyszę, co mówi. Przechyla głowę, słuchając głosu przeznaczonego tylko dla niej.

Jest tak wyczerpana, że nie pomyślała o zapytaniu, gdzie lądujemy? Aż do tego momentu mnie też nie przyszło to do głowy. Byliśmy tak skupieni na ucieczce z "Xolotla", że niewiele myśleliśmy o tym, co czeka nas na Omeyocanie.

Spingate kiwa głową.

- Gaston twierdzi, że wahadłowiec wie niewiele, ale że to nie jest polana; to lądowisko.

Czyli Omeyocan nie jest wcale taką niezbadaną dziczą. Czy to miejsce skonstruowali Starsi? Jeśli tak, to kiedy? I czy ich budowniczy jeszcze tu są? Ta planeta należy może do nas, ale to nie znaczy, że nie będziemy musieli odebrać jej komuś innemu.

- Em!

Bishop woła mnie spod linii drzew. Coyotl i Farrar, przechyleni jeden w lewo, drugi w prawo, odciągają żółte drzewa na boki. Tyle że to w ogóle nie są drzewa, to pnącza, takie same jak te, na których stoję - a w cieniu za nimi widzę metalową ścianę.

Spingate ciągnie mnie za rękaw.

- Gaston mówi, że już się domyślił, jak to lądowisko unieść.

Chwilę trwa, zanim dociera do mnie to, co powiedziała. Otwieram usta, by powiedzieć "nie", ale nie zdążam - gwałtowny wstrząs wytrąca mnie z równowagi i przewraca, ciskając mną o pnącza. Spingate upada na ręce i kolana. Grunt pod naszymi nogami daje susa w górę, po czym zatrzymuje się tak nagle, że wyrzuca mnie w powietrze i po chwili walę się z powrotem na miękkie rośliny. Przez kości przebiega mi kolejna wibracja, a potem zaczynamy się wznosić, i to szybko. Metal zgrzyta tak, że aż uszy bolą.

- Spingate! Niech Gaston przestanie!

Kolejny wstrząs przewraca ją na wznak, ale wcale się nie boi. Oczy ma wielkie, ale z radosnego zdumienia - ona się śmieje.

- Gaston mówi, że wszystko w porządku. Jeszcze chwila!

Jakaś siła wciska mnie w ziemię: poruszamy się teraz szybciej.

Pnącza na brzegach polany wyglądają, jakby spływały w dół i zwijały się na końcach w kłąb jak opadające liny, tyle że one nie opadają - to podłoże wznosi się pod nimi. Bishop, Coyotl i Farrar nadal utrzymują równowagę, żywo uskakując przed rosnącą masą roślin.

To, co początkowo wzięłam za drzewa otaczające polanę, to tak naprawdę porośnięte pnączami ściany, które teraz maleją na moich oczach. Wznosimy się ku górze tej... tej wielkiej rury.

Nagle czuję się lżejsza. Zwalniamy.

Z ostrym szczęknięciem stali przy ostatnim wstrząsie, od którego dzwonią nam zęby, lądowisko się zatrzymuje.

Staję na drżących nogach. Krawędź lądowiska jest nadal okrągła, ale teraz otacza ją trzy razy wyższa ode mnie sterta pnączy. Z góry bije w nas słońce, oświetlając coś, co wygląda jak wznoszące się wszędzie wokół spiczaste żółte wzgórza. Nie wzgórza, bryły... już prawie kojarzę, czym one są. Albo raczej Matylda kiedyś wiedziała, co to takiego.

Bishop wyrasta obok mnie.

- Em, chodź! Musisz to zobaczyć!

Łapie mnie za rękę, ciągnie za sobą tak gwałtownie, że od tego szarpnięcia głowa aż odskakuje mi w tył. Biegnę za nim, potykając się, ale nie przestając ściskać w ręce włóczni.

W kilka sekund docieramy do kręgu pnączy. Na jego szczycie stoją Farrar i Coyotl. Bishop gramoli się w górę, podciągając mnie za sobą. Moje stopy grzęzną w gąszczu roślin, ale znajdują dość oparcia, bym mogła wspinać się wyżej.

Wychodzę na szczyt i spoglądam na zewnątrz.

To niemożliwe...

We wszystkie strony, jak okiem sięgnąć, rozciągają się spiczaste wzgórza - tyle że to wcale nie są wzgórza. To budynki porośnięte grubymi żółtymi pnączami, niebieskawymi drzewami i inną dziwną roślinnością. Niektóre z nich to piramidy, tak wysokie, że wydają się drapać niebo.

Stoimy w samym środku ruin jakiegoś rozległego miasta.

TRZY

TRZY

Nie wiem, jak długo stoimy w czwórkę na stercie pnączy, patrząc przed siebie. Dość długo, by dołączyła do nas Spingate i pozostałe kółko-gwiazdy.

Ogrom tego wszystkiego. Niebo nad nami przypomina kopułę tak wielką, że nigdy nie dotarłabym do jej krawędzi, choćbym szła nieskończenie długo. Budynki, ziemia, drzewa i pnącza... to miejsce jest milion razy większe od Xolotla, który był największą rzeczą, jaką dotąd widziałam.

Ależ to przytłaczające. Walczę z chęcią ucieczki z powrotem w znajomą, ograniczoną przestrzeń wahadłowca. Widzę, że inni czują się podobnie.

- Spin - odzywam się. - Co to za miejsce?

Słyszę, jak Spingate coś mamrocze, porozumiewając się cicho z siedzącym w wahadłowcu Gastonem. Kiedy czekam, nie przestaję się gapić. Niemal w każdym kierunku mój wzrok pada na piramidy. W miejscach widocznych prześwitów miasto zdaje się ciągnąć bez końca.

- Wahadłowiec nie wie - odpowiada Spingate.

- Przecież Gaston powiedział, że wahadłowiec kazał mu wylądować w tym miejscu - mówię. - Jakim cudem statek może wiedzieć, gdzie ma lecieć, a nie wiedzieć, co to za miasto?

Spingate nie ma na to odpowiedzi.

Stojący po mojej prawej Coyotl wskazuje ku horyzontowi.

- Czy to ptaki?

Nad miastem przelatuje stado jakichś stworzeń. Może ptaków, ale jesteśmy za daleko, żeby dokładnie zobaczyć, co to takiego.

Nie słychać żadnych dźwięków poza odgłosem lekkiego wiatru prześlizgującego się między liśćmi - brzmi to tak, jakby miasto na nas syczało.

- Żadnego ruchu na ulicach - mówi Bishop.

"Ulice" to dosyć dziwne określenie na to, co oglądamy: szerokie, proste przestrzenie między piramidami oraz innymi budynkami, ale tak zachwaszczone pnączami i lianami, że wyglądają jak płaskie doliny pośród stromych szczytów, a nie miejsca, po których mogliby chodzić ludzie.

- Opuszczone - odzywa się Farrar. - Gdzie są ludzie, którzy to wszystko zbudowali?

Coyotl odwraca się, spogląda za nas. Kościomaczuga wyślizguje mu się z rąk, spada z głuchym odgłosem na stertę pnączy i stacza się po jej wewnętrznym stoku.

Też się odwracam i ogarnia mnie takie samo osłupienie. Przed nami na podłożu z żółtawych liści, pośrodku kręgu pnączy, spoczywa wahadłowiec. Za nim widok miasta zasłaniają strzelające w niebo budynki - ale jeszcze dalej za nimi widać piramidę tak olbrzymią, że na jej czubku zdaje się balansować samo niebo. Wszystkie budynki są koloru żółtego, z wyjątkiem wierzchołka piramidy, który jest pomarańczowobrązowy.

- Nie podoba mi się to - mówi Farrar. - Może wrócimy do wahadłowca?

Odpowiada mu głośne burknięcie. Wszyscy patrzymy na Bawden - ten odgłos dobiegł z jej brzucha.

Wzrusza ramionami.

- Głodna jestem.

Ja też. Wszyscy jesteśmy głodni. A jest tu tyle do zbadania, że może to nam zająć całe życie. "Nie śpiesz się z niczym" - powiedział O'Malley. Musimy starannie przemyśleć, co zrobić w pierwszej kolejności. To miejsce wygląda na opuszczone, ale jestem "żywa" już dość długo, by wiedzieć, że nie wszystko zawsze jest tym, czym się wydaje.

Wracamy do wahadłowca, który błyszczy w gorących promieniach słońca. Trudno mi uwierzyć, że kiedyś uznałam go za wielki. Przycupnięty w tym mieście, które rozciąga się we wszystkie strony, jest niczym więcej niż zabawką.

Wchodzimy na jego pokład przy wtórze śmiechu i odgłosów wesołego podniecenia. Tyle radosnych głosów - muzyka dla moich uszu. Wszyscy się wybudzili, zarówno młodzież, jak i dwunastolatki. Niektórzy już się ożywili, inni są jeszcze półprzytomni po gazie usypiającym.

Mówię Spingate, żeby zamknęła za nami wyjście.

W sali z trumnami Gaston i Okereke trzymają w rękach zielone skrzynki, z których rozdają białe pakieciki z żywnością. Okereke to kółko, jak ja. Jest krępy i napakowany. Ma też najciemniejszą skórę z nas wszystkich, prawie tak czarną jak skóra potworów.

Bishop przejmuje skrzynkę od Gastona i klepie go po plecach. Gaston spogląda na mnie, czekając na kolejne zadanie. Skinieniem głowy wskazuję mu sterownię.

- Ty i Spingate prześpijcie się trochę - mówię. - Zostaniemy wszyscy na miejscu, dopóki nie odpoczniecie. Potrzebuję od was informacji, żeby wymyślić, co robimy dalej.

Gaston chwyta garść batonów ze skrzynki, a potem razem ze Spingate odchodzi, powłócząc nogami, do sterowni i zamyka za sobą drzwi.

Idę w stronę swojej trumny. Tak naprawdę nie jest to moja trumna, inaczej niż tamta wcześniejsza; na żadnej z tutejszych nikt nie wyrył naszych nazwisk. Ale jest to trumna, w której tu przyleciałam, więc wydaje się w tym zatłoczonym pomieszczeniu jedynym miejscem należącym do mnie.

Wszyscy się do mnie uśmiechają. Obejmują mnie, ściskają za ramię, klepią po plecach. Cieszą się, że są żywi, z entuzjazmem czekają na odkrywanie swojego nowego świata.

Kładę włócznię w mojej trumnie na miękkim białym obiciu, siadam ze skrzyżowanymi nogami na czarnej podłodze.

Ileż ludzi mieści się w tej sali z trumnami, sali o czerwonych ścianach. Nie licząc Gastona i Spingate, jest nas siedemnastka - nas, tych o dorosłych ciałach. Do tego nowe dzieciaki - tych jest sto ośmioro. Kręcą się wszędzie, w większości nadal w czystych koszulach z krawatem, spódniczkach albo spodniach. Śmieją się, jedzą, bawią, czasami biegają w koło jak szalone, póki ktoś w moim wieku nie warknie na nie, żeby się uspokoiły.

"Ktoś w moim wieku"? To dopiero zabawne określenie. Czy jestem "dorosła"? Jeśli chodzi o ciało, być może, ale duzi czy mali, wszyscy mamy dopiero dwanaście lat. Jesteśmy Urodzinowymi Dziećmi. Jestem doroślejsza od mniejszych dzieci najwyżej o kilka dni, nie lat, jeśli już.

Bishop idzie długim krokiem w moją stronę, trzymając pod pachą zieloną skrzynkę. Ruchy ma tak zwinne, że lawiruje wśród ludzi i nie potrąca choćby jednej osoby.

Pochyla skrzynkę w moją stronę.

- To dobre jedzenie, Em. Weź sobie.

Sięgam do środka, wyciągam garść pakietów, odczytuję czarne litery: BATON PROTEINOWY, SUCHAR i BATON ZBOŻOWY.

Dotąd jadłam w swoim życiu tylko owoce i trochę świniny, przy tym i jednego, i drugiego nie za wiele. Rozrywam opakowanie batonu zbożowego - w środku jest coś, co wygląda jak brązowa cegiełka. Biorę gryza. Cegiełka kruszy mi się w zębach, a na języku czuję eksplozję nowych smaków. Nigdy tego nie próbowałam, ale znam odpowiednie słowo: to smak orzechowy.

- Wszyscy przestańcie jeść!

To Aramowski. Stoi na jednej z zamkniętych trumien z otwartymi ramionami. Wszyscy spoglądają na niego z dołu.

- Musimy złożyć za ten pokarm dziękczynienie - mówi. Głos ma głęboki, donośny. - Nie wolno nam rozgniewać boga, który nas tutaj przywiódł.

Jest z nas wszystkich najwyższy. Kiedy tak stoi na trumnie, głową sięga niemal sufitu. Przez długi czas pozostawał czysty, ale teraz na jego podartej białej koszuli wyraźnie widać zaschniętą krew. Zarówno skaleczenia na jego ciemnej skórze, jak i rozdarcia tkaniny powstały, gdy przebił się przez gęstwinę, by mnie uratować. Dźgnął jednego z potworów, nie wiedząc, że to w istocie jego protoplasta. Poznał tę prawdę na kilka sekund przed tym, nim Bishop dobił stwora ułamaną maczugą z kości udowej.

Tak naprawdę Aramowski był chyba gotów poddać się wyczyszczeniu umysłu, może nawet cieszył się na myśl o tym, że połączy się ze swoim stwórcą w jedno. Chciał tego, bo wierzy, że wynika to z nakazów jego religii.

Każdy obserwuje go teraz z wyczekiwaniem. Wszyscy przestali jeść, poza jedną młodszą kółko-gwiazdą. Śmiejąc się z Aramowskiego, bierze dużego gryza swojego batonika.

Aramowski celuje w nią długą ręką zakończoną długim palcem, jakby to też była włócznia, tylko innego rodzaju.

- Ten bóg patrzy teraz na ciebie, dziewczynko. Nie rozgniewaj go.

Śmiech zamiera małej na ustach. Wypuszcza jedzenie z ręki. Batonik ląduje na podłodze.

Ona je i się śmieje, a on ją straszy? To nie jego tajemniczy niewidzialni bogowie nas tu przywiedli, tylko ja. Jak on mnie denerwuje.

Wstaję z miejsca.

- Zwykle mówisz o bogach - zauważam. - Magicznych istotach, które nic właściwie nie robią, by nam pomóc. Teraz to tylko jeden bóg? No więc który to z nich?

Liczę, że choć raz nasza dziurawa pamięć zadziała na moją korzyść. Jeśli zmuszę go, by nazwał coś, czego sobie nie przypomina, wypadnie głupio w oczach wszystkich zebranych i może w końcu się zamknie.

Aramowski uśmiecha się do mnie swoim wielkim, pięknym, sztucznym uśmiechem.

- To Bóg Krwi, Em.

Brzmi to idiotycznie. Śmieję się i rozglądam, spodziewając się, że inni roześmieją się razem ze mną, ale robi to tylko kilkoro. Większość gapi się na Aramowskiego szeroko otwartymi oczami, jakby powiedział właśnie coś genialnego.

Miałam nadzieję, że zostawi te bzdury za sobą na "Xolotlu". Najwyraźniej jednak postanowił być źródłem kłopotów.

- Żadnych modlitw - odpowiadam. - Wszyscy jedzą.

Aramowski kłania mi się.

- Jak sobie życzysz, wielka przywódczyni.

Schodzi na podłogę i siada. Wokół niego gromadzą się ludzie.

Śmiech i rozmowy z wolna powracają. Tyle jest w tej sali nadziei. Czysta radość.

Najradośniejsze ze wszystkich wydają się kółko-gwiazdy. Coyotl i większy od niego Visca siłują się niczym zapaśnicy. Wymierzają sobie nawzajem ciosy tak silne, że aż krzywię się na ich odgłos, ale oni po każdym śmieją się jak szaleni. Bawden nauczyła się bekać na zawołanie. Za każdym razem, kiedy to robi, młodsze kółko-gwiazdy wyją z zachwytu i próbują ją naśladować. Te dzieci są jeszcze chude, ale wyrosną, nabiorą ciała, wyrobią sobie mocne mięśnie tak już dobrze widoczne u nastoletnich kółko-gwiazd.

Farrar przekopuje po kolei wszystkie zielone skrzynki, jakby szukał czegoś niezwykle ważnego. Podnosi oczy, napotyka mój wzrok i biegnie do mnie.

- Em, masz coś słodkiego?

Z pełną nadziei miną wygląda jak małe dziecko. Szeroki uśmiech, szeroki nos, ciemne oczy i ta wydatna szczęka... Farrar jest ładny. Wszyscy tutaj są ładni. Ciekawe, czy Starsi nie zmodyfikowali w jakiś sposób swoich "kopii" tak, żeby pasowały do ich wizji tego, jacy ich zdaniem powinni być, zamiast odpowiadać temu, jacy naprawdę są.

Kręcę głową.

- Nie wydaje mi się, żeby nazwy "baton proteinowy" czy "suchar" brzmiały słodko. - Wyciągam w jego stronę zjedzony do połowy baton zbożowy. - Chcesz spróbować tego? Smakuje orzechowo.

Bierze gryza, przeżuwa, zastanawia się, oddaje mi baton, po czym nachyla się bliżej.

- Chodzi o to, że... no wiesz, jesteś przywódcą. Myślałem, że może ktoś przyniósł ci ciasteczka.

Wymawia ten wyraz w ten sam sposób, w jaki Gaston wypowiedział "pokrywa chmur", a Spingate "mikroorganizmy".

- Niestety. Gdybym jakieś miała, tobym się z tobą podzieliła.

Farrar z warknięciem wali zwiniętą pięścią w otwartą dłoń. Wiem, że to tylko wyraz rozczarowania, ale i tak trochę mnie przeraża.

Widzę, że Bishop nadal trzyma swoją skrzynkę, ciągle jeszcze chodzi od jednej osoby do drugiej, proponuje wszystkim więcej jedzenia. Przystaje przed Aramowskim, który siedzi u stóp swojej trumny, i proponuje wysokiemu chłopakowi pakiecik. Aramowski bierze go i kładzie na małej stercie nieotwartych jeszcze pakietów leżących na podłodze - to żywność jego i innych, którzy go otaczają.

Bishop stara się, żeby wszyscy najedli się do syta, tymczasem Aramowski robi zapasy?

Przypomina mi się nasz pierwszy marsz po niekończącym się korytarzu na "Xolotlu": z Bello, O'Malleyem, Spingate, Aramowskim i Yongiem. Byliśmy bardzo głodni, rozmawialiśmy o swoim wymarzonym jedzeniu. Aramowski miał ochotę na babeczki.

Szepczę Farrarowi do ucha:

- Może w tej stercie Aramowskiego są jakieś słodycze, nawet jeśli napisy mówią co innego. Ci, którzy pakowali żywność, mogli się pomylić.

Farrar puszcza się biegiem wzdłuż środkowego przejścia w stronę Aramowskiego. Dzieci pośpiesznie uciekają mu z drogi. Aramowski, widząc nadciągającego olbrzyma, ruchem ręki zasłania przed nim swój skarb.

Nie było to miłe z mojej strony, ale zabawnie jest popatrzeć, jak tych dwóch kłóci się ze sobą o coś nieważnego. Cieszy mnie, że mogę uprzykrzyć Aramowskiemu życie. Nie powinno, a jednak mnie to cieszy.

Dwie małe dziewczynki podbiegają do mnie i rzucają się na podłogę, jakimś cudem lądując w siadzie ze skrzyżowanymi nogami. Jedna to Zubiri, ciemnoskóra ząb-dziewczynka, która uspokajała mnie, kiedy O'Malley i Bishop zamykali mnie w trumnie, a ja z nimi walczyłam. W kruczoczarnych włosach Zubiri nie ma okruchów liści. Nie ma na niej krwi, zadrapań, sińców, blizn. Podobnie jak większość mniejszych dzieci, nie doświadczyła zbyt wiele bólu.

Drugiej dziewczynki nie poznaję. Włosy ma równie czarne jak Zubiri, ale skórę jasną, a jej oczy to tak wąskie szparki, że aż trudno mi dostrzec, czy są otwarte. Jest też trochę pulchna. Symbol na jej czole to kółko w kółku: dwupierścień, taki sam jak u Aramowskiego.

- Cześć, Em - odzywa się Zubiri.

- Cześć, Zubiri. Jak się nazywa twoja znajoma?

- To jest B. Walczak - odpowiada Zubiri. - Nasze kolebki stały obok siebie.

Podaję jej rękę.

- Miło cię poznać, B. Walczak.

Dziewczynka gapi się przez chwilę, po czym chichocze i chowa twarz za ramieniem Zubiri.

Ta druga teatralnie przewraca oczami.

- Och, Walczak, musisz się wreszcie odważyć odzywać do ludzi.

Rozmawiałam dotąd z Zubiri tylko kilka razy. Mimo to sprawia na mnie wrażenie kogoś doroślejszego niż ja. W tym sensie, że jest ode mnie dojrzalsza. To chyba dobrze. Wkrótce będzie musiała zacząć robić swoje. Podobnie jak wszystkie dzieci.

Koło mnie bezszelestnie jak cień przysiada O'Malley.

- Udało mi się wejść na niższe deki - mówi. - Musisz coś zobaczyć.

Farrar i Aramowski wydzierają się na siebie nawzajem. Wszyscy im się przyglądają, śmieją się z ich kłótni. Po cichu idę za O'Malleyem pod tylną ścianę i przez drzwi wychodzące na schody.

- Kiedy już jakieś drzwi zostaną odblokowane, możemy je tak zostawić, jeśli tylko po ich otwarciu nie przyłożymy dłoni do odcisku ani nie przekręcimy koła - wyjaśnia.

Mijając dek drugi, schodzimy na trzeci. Tak jak mi mówił Gaston, tu drzwi opatrzone są kołem z symbolem półpełnego kółka.

- Spróbuj otworzyć - mówi O'Malley.

Na drzwiach sterowni jest symbol koła zębatego. Tamte nie chciały się przede mną otworzyć, więc wątpię, żeby te zechciały, ale próbuję. Koło przekręca się z łatwością - drzwi się odblokowują.

- Tak też myślałem - komentuje O'Malley. - Zablokowane drzwi przeważnie otwierają się tylko przed tymi, którzy mają odpowiedni symbol, ale istnieje kilka wyjątków. Ty możesz otwierać niektóre prawdopodobnie dlatego, że Matylda dowodziła Starszymi, ale jestem prawie pewien, że inne pustaki nie otworzą żadnych drzwi z zamkiem na odcisk dłoni.

"Pustaki". To słowo momentalnie budzi moją złość, choć sama nie wiem dlaczego. Sam O'Malley zdaje się zaskoczony, wręcz zakłopotany, że mu się ono wyrwało, ale widzę, że tak samo jak ja nie ma pojęcia, co ono znaczy.

- Tak czy inaczej - mówi - pozwól, że ci pokażę, co odkryłem.

O'Malley otwiera drzwi jednym pociągnięciem. Za nimi jest nieduży pokój z trzema białymi postumentami sięgającymi nam do pasa, takimi samymi jak te, które znajdowały się w kulistym pomieszczeniu, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam Brewera i Matyldę - w miejscu nazwanym przez nią Kryształową Kulą.

Momentalnie mam ochotę przewrócić te postumenty, roztrzaskać je... Jeśli pojawi się nad nimi twarz Matyldy albo Brewera, tak właśnie zrobię. Musimy pozostawić Starszych samym sobie, już na zawsze.

O'Malley podchodzi do środkowego postumentu. Pojawiają się nad nim roziskrzone błyski, tak samo jak to było w Kryształowej Kuli, ale zamiast czerwonookiego Brewera widzę w nich słowa PRZYW MANEWR, a poniżej małe obrazki: twarz O'Malleya, Aramowskiego i... swoją własną?

Sama siebie widziałam dotąd tylko raz, w przelotnym odbiciu w polerowanym kadłubie wahadłowca. Tamto odbicie pokazywało kurz i krew, brud i pył, wszystkie skaleczenia i siniaki, które odniosłam w trakcie naszej walki o wolność i ucieczki. Potargane włosy, rozcięta warga, podbite oko, zadrapania wynikające z walki w lesie i ciągnięcia mnie przez gęstwinę.

Ale na maleńkiej twarzy widniejącej nad postumentem nie ma żadnych śladów. Żadnych skaleczeń czy krwi. To ja, tylko doroślejsza. Resztek dziewczyny, którą teraz jestem, już nie widać - widzę tylko kobietę, uderzająco piękną i pewną siebie.

Obrazy przedstawiające O'Malleya i Aramowskiego też wyglądają doroślej. Są takie... męskie. Wizerunek O'Malleya wygląda jeszcze przystojniej niż on sam w tej chwili.

- Nie rozumiem - odzywam się. - Czy to my?

- Może tak według Starszych mieliśmy wyglądać za kilka lat. A może tak wyglądali nasi protoplaści na początku, kiedy nas projektowali i przygotowywali do rozwoju w trumnach?

Jak dziwnie jest patrzeć na starszą wersję siebie samej. Błyszczące czarne włosy nie są ściągnięte do tyłu w surowy warkocz, jak moje, tylko opadają bujnymi lokami. Gładka jasnobrązowa skóra. Usta w ciemnym odcieniu czerwieni. Powieki pomalowane na różowo.

Tyle że ta twarz... jest nierzeczywista. To twarz lalki przebranej tak, jak chciała jej właścicielka.

- Jesteś piękna - odzywa się O'Malley.

Od tego słowa zatyka mi dech w piersi. Zerkam na niego - nie patrzy na mnie, spogląda na tamten wizerunek. Ale to przecież nie ja, to Matylda; tak by wyglądała, gdyby mnie wymazała i skazała na nieistnienie.

- Mój portret jest piękny, ale ja w rzeczywistości nie?

O'Malley przenosi wzrok na mnie, robi wielkie oczy.

- No, nie... wcale nie to powiedziałem.

- Właśnie to powiedziałeś.

Kręci głową.

- Ty też jesteś piękna, Em. Kiedy te siniaki się zagoją, będziesz wyglądać cudownie.

Ale teraz nie wyglądam cudownie. Nie chcę już o tym mówić, więc zmieniam temat:

- Te dwa słowa, "przyw manewr". Co one znaczą?

- Nie mam pojęcia. Kiedy podszedłem do postumentu, tylko to się na nim pojawiło.

Wyciąga rękę i dotyka wizerunku mojej twarzy. Obok niego pojawiają się dwa symbole w kolorze złotym: kółko-gwiazda i kółko-krzyżyk. Dwa symbole srebrne: kółko zębate i kółko półpełne. I jeden symbol biały: dwupierścień.

Nie ma żadnego pustego kółka - żadnego pustaka.

- Moim zdaniem kolor złoty oznacza, że masz wstęp przez dowolne drzwi opatrzone tymi symbolami - mówi O'Malley. - Srebrny może znaczyć, że masz wstęp przez niektóre drzwi opatrzone danym symbolem.

- A biały oznacza obszary, do których w ogóle nie mam wstępu?

Kiwa głową.

- Chyba tak.

Dotykam unoszącego się w powietrzu wizerunku twarzy O'Malleya. Symbole i kolory przy nim są takie same jak dla mnie, z wyjątkiem koła zębatego, które u niego jest białe. Nie ma wstępu do żadnych miejsc oznaczonych zębatką albo dwupierścieniem.

Potem dotykam twarzy Aramowskiego: dwupierścień złoty, cała reszta biała.

Dlaczego tylko twarze naszej trójki? Żadnego wizerunku Spingate czy Gastona. Wahadłowiec pozwala się pilotować Gastonowi, ale ma obszary, do których jego pilot nie ma wstępu? Dlaczego? Kiedy Starszy Aramowski zginął, był razem z Matyldą. Czy coś ich ze sobą łączyło? A co ze Starszym O'Malleyem - czy ten potwór też jeszcze żyje?

Starsi ukrywali przed sobą nawzajem rozmaite rzeczy. Walczyli, mordowali się, utrzymywali podziały między sobą. Nie chcę ich w żaden sposób przypominać.

- Czy możemy to zmienić, tak żeby wszyscy mieli wstęp wszędzie?

- Próbowałem - odpowiada O'Malley. - Niewiele mogę zdziałać. Wahadłowiec mi nie pozwala.

Staje na wprost postumentów, zwilża językiem wargi. Zachowuje się jakoś dziwnie. Dlaczego jest taki niespokojny?

- Do wahadłowca: gdzie jesteśmy? - pyta.

Ze ścian odpowiada mu miękki, cichy głos:

- Na Omeyocanie.

Nad wszystkimi trzema postumentami powstają czarne plamy. Plamy rozmazują się w różnokolorowe błyski, a potem krystalizują. Patrzę na planetę: planetę niebiesko-zielono-brązową. Obraca się powoli. Dokładnie to samo widziałam z pokładu "Xolotla".

- Do wahadłowca - odzywa się O'Malley. - Potrzebuję zmienić przywileje dostępu.

- Panie kanclerzu Kevinie Patryku O'Malley, aby kontynuować, proszę wypowiedzieć kod dostępu.

Ma na imię Kevin? Podoba mi się. Ale nazwisko O'Malley podoba mi się bardziej.

- Myślę, że niektóre informacje są ogólnie dostępne dla wszystkich - mówi O'Malley. - Ale przy większości zadawanych przeze mnie pytań wahadłowiec żąda ode mnie jakiegoś kodu, którego nie znam.

Wahadłowiec niewątpliwie go rozpoznaje. Może uważa go za Starszego O'Malleya, takiego po nadpisaniu. Może wobec mnie popełni ten sam błąd. Na "Xolotlu" Matylda sprawiała wrażenie dowodzącej.

Staję na wprost postumentów.

- Do wahadłowca: czy wiesz, kim jestem?

- Matyldą Jean Savage, cesarzową.

Cesarzową?

O'Malley się śmieje. Potem przewraca oczami z uśmiechem.

- Wasza Wysokość! Czy mam przyklęknąć?

Trzepię go w ramię.

- Do wahadłowca - mówię. - Co oznaczają nasze symbole?

- Aby kontynuować, proszę wypowiedzieć kod dostępu.

- Skoro jestem cesarzową, niepotrzebny mi żaden kod. Co znaczą nasze symbole? Co to za miasto?

- Informacje poziomu manewrowego wymagają werbalnego potwierdzenia kodem dostępu, pani cesarzowo. Aby kontynuować, proszę wypowiedzieć kod dostępu.

- Mówiłem - odzywa się O'Malley.

- Co jeszcze jest na tym deku?

- O ile mi wiadomo, nic. Reszta przestrzeni na tym poziomie to chyba maszyny... być może potrzebne do obsługi tego, co jest niżej, na deku czwartym.

Kiedy to mówi, głos mu się łamie. Jest niespokojny, może nawet trochę się boi. Czegokolwiek się boi, znajduje się to pod nami.

- Dobrze - mówię. - Pokaż.

Zaciska wargi w wąską linię.

- Chodź.

Schodzę za nim na najniższy dek. Są tu drzwi z kołowym zamkiem, podobne do innych, ale na piaście tego koła widnieje kółko-krzyżyk.

- Udało mi się je otworzyć - mówi O'Malley. - Sądząc po symbolach z sali z postumentami, tobie też powinno się udać.

Czeka, aż to właśnie zrobię. Też zaczynam się bać, jakby jego niepokój był zaraźliwy.

Chwytam za koło. Obraca się z łatwością. Pociągnięciem do siebie otwieram drzwi i przekraczam próg.

Patrzę w długą przestrzeń niepodzieloną żadnymi ściankami czy drzwiami. W zasadzie nie ma tu nic poza tym, co spoczywa na podłodze.

Poza dwoma długimi rzędami brązowych trumien, czystych i lśniących, pokrytych płaskorzeźbami, które wyobrażają jaguary, piramidy i słońca.

CZTERY

CZTERY

R azem z O'Malleyem wracam na górny dek. Wszyscy się tu bawią, rozmawiają, niektórzy nawet drzemią w białych trumnach.

Ł apię spojrzenie Bishopa, kiwam głową w kierunku sterowni. Potwierdza skinięciem, podnosi swoją siekierę i rusza za nami.

Nie zdążyliśmy jeszcze dotrzeć do drzwi sterowni, kiedy wbudowane w nie koło się przekręca. Gaston i Spingate wychodzą na zewnątrz. Nie sprawiają wrażenia tak wypoczętych, jak bym chciała, ale wyglądają na szczęśliwych, a to już coś.

- Wracajcie - mówię im. - Muszę z wami porozmawiać.

W chodzimy do środka. Bishop zaczyna zamykać za nami drzwi, ale te zatrzymują się w pół drogi: uśmiechnięty Aramowski blokuje je własnym ciałem.

- Coś planujemy? - pyta. - To dobrze. Musimy omówić potrzeby duchowe ludzi.

B ishop spogląda na mnie, a chudy Aramowski wykorzystuje tę chwilę wahania, żeby wśliznąć się do środka. Powiedzieć mu, że nie może wejść, to byłoby jedno, ale zmusić go do wyjścia to już coś zupełnie innego. Z czego, rzecz jasna, Aramowski świetnie zdaje sobie sprawę.

Bishop zamyka drzwi.

K iedy po raz pierwszy weszłam do sterowni, jej ściany były czarne. Teraz jest tak, jakby ścian nie było wcale. Mam wrażenie, że stoję na środku polany otoczonej wysoką ścianą - kolistą stertą pnączy - za którą widać kształty dziwnych budowli. Wydaje mi się, że wiszę wysoko nad żółtą roślinnością, choć czuję pod nogami niezmiennie solidną podłogę sterowni.

Bishop opiera siekierę obuchem o biodro. Tak samo jak pozostali czeka, aż zacznę mówić.

- O'Malley dostał się na niższe poziomy wahadłowca - oznajmiam.

Gaston piorunuje chłopaka wzrokiem. O'Malley ma nieruchomą twarz, która chyba zawsze przybiera ten wyraz podczas takich jak ta dyskusji.

N ie wspominam o sali z postumentami. Jeśli Aramowski planuje wszędzie wtykać swój nos, nie chcę, żeby coś tam nabroił. Szybko opisuję salę, którą widzieliśmy na deku czwartym. Staram się, żeby moi przyjaciele zrozumieli, że nie stoją w niej proste białe trumny, tylko raczej takie, w jakich wszyscy obudziliśmy się po raz pierwszy.

B ishop wygląda na wściekłego. Spingate i Gaston są chyba w szoku.

A ramowski za to jest zachwycony.

- Wspaniale! - mówi. - Otworzyłaś je?

Bishop prycha.

- Oczywiście, że nie. Em nie zrobiłaby czegoś tak niebezpiecznego, gdyby nie było przy tym mnie i innych kółko-gwiazd.

- Niebezpiecznego? - powtarza Aramowski. - Ach tak, rozumiem. W tych nowych trumnach zamiast ludzi takich jak my mogą być Starsi. Nie przejmuj się, Bishop, pokładam w tobie absolutną ufność: jeśli są tam jacyś Starsi, nie wątpię, że znajdziesz sposób, żeby ich wszystkich zabić.

Bishop odpowiada mu warknięciem:

- Zrobiłem to, co musiałem zrobić.

- Musiałeś popełnić morderstwo? - Dłonie Aramowskiego zaciskają się w pięści, otwierają, znów zaciskają. - Czy zabijanie to jedyna rzecz, w której jesteś dobry, Bishop?

- Przestań - syczę. - Aramowski, twój protoplasta nadpisałby cię, wymazał, nie rozumiesz tego? Bishop cię ocalił.

- Nie potrzebowałem "ocalenia". Stworzono mnie, żebym połączył się ze swoim stwórcą. Teraz on nie żyje. Tysiąc lat jego mądrości, jego wiedzy straconych bezpowrotnie.

A ramowski daje nam do zrozumienia, że nie jesteśmy równie ważni jak ludzie, którzy chcieli nas wymazać.

- Mamy prawo do tego, żeby przeżyć - mówię. - Starsi myślą, że jesteśmy ich własnością, skorupami czekającymi na napełnienie. Ale się mylą!

Ł apię się na tym, że wrzeszczę. Biorę głęboki oddech, staram się uspokoić. Aramowski jest taki denerwujący.

- Nie powinniśmy ich otwierać - mówi O'Malley tak spokojnie, że mój krzyk sprzed chwili wydaje się jeszcze głośniejszy.

A ramowski unosi obie ręce gestem pytającym: "A jaki mamy wybór?".

- Musimy je otworzyć. I to szybko. Nie wiemy, jakie niebezpieczeństwa napotkamy na tej planecie, a w grupie siła.

- W grupie głód - ripostuje Spingate. - Nasze zapasy żywności już i tak nie wystarczą nam na długo. A przecież nie wiemy, może w tych trumnach są ludzie, którzy wyglądają jak my, ale zostali już nadpisani, Starsi w młodych ciałach.

G dyby tak było, czy zaakceptowaliby nas? Czy może spróbowaliby przejąć władzę, odsunąć nas na dalszy plan, uważając, że lepiej wiedzą, jak żyć, jak wszystkim zarządzać?

Może by nas po prostu pozabijali. Jesteśmy w końcu tylko pojemnikami; puste naczynia nie mają praw.

Gaston zgodnie kiwa głową.

- Spingate nie myli się co do naszej sytuacji z żywnością. Ile tam było trumien?

S łyszę odpowiedź O'Malleya:

- Sto sześćdziesiąt osiem.

T a liczba budzi we mnie lęk. Jakiś czas temu przewodziłam piątce osób. Jeśli te trumny się otworzą - i jeśli ludzie w nich będą tacy jak my - mogę okazać się odpowiedzialna za prawie trzysta.

- Czyli byłoby nas ponad dwa razy więcej niż teraz - zauważa Gaston. - Żywność skończyłaby nam się w o połowę krótszym czasie.

Spingate marszczy brwi.

- Nie da się ukryć, że Starsi uwielbiają wielokrotności trzech. A może dwunastu. Czy któreś z trumien były pęknięte i otwarte, jak te na "Xolotlu"?

O'Malley kręci głową.

- Nie widziałem żadnych uszkodzeń. Wszystkie wyglądały na szczelnie zamknięte.

- I niech takie zostaną - mówi Bishop. - Przynajmniej dopóki nie znajdziemy więcej żywności. Ci, co tam leżą, kimkolwiek są, jeśli są w trumnach, nie muszą jeść. I nie stanowią zagrożenia.

O 'Malley skubie strup na swoim policzku.

- A jeśli wahadłowiec postanowi ich obudzić? - pyta. - Albo jeśli ktoś na "Xolotlu" potrafi to w jakiś sposób zrobić? Gaston, ty rozmawiasz z wahadłowcem. Zapytaj go o te trumny.

Gaston wzdycha.

- Do wahadłowca: co wiesz o trumnach na deku czwartym?

W odpowiedzi ze ścian wydobywa się słodki jak miód głos:

- Nie mam żadnych informacji o deku czwartym, kapitanie Xanderze. Dostępna mi wiedza na temat tej części statku została skasowana.

- Tak myślałem - mówi Gaston. - To skasowane, tamto skasowane; jeśli pytam o cokolwiek innego niż latanie, wahadłowiec nic nie wie. Nie wie nawet, dlaczego to właśnie miejsce wybrał na lądowanie.

Wahadłowiec ma luki w pamięci tak samo jak my.

N atychmiast przychodzą mi na myśl pytania, kto i dlaczego wymazał mu pamięć, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze.

- Musimy znaleźć jedzenie - oświadczam. - To, co mamy, przejemy bardzo szybko. Nasz pierwszy cel to znalezienie żywności.

Bishop kręci głową.

- Po pierwsze musimy zrozumieć nasze bezpośrednie otoczenie. Znaleźć miejsca, z których możemy zostać zaatakowani, i drogi ucieczki na wypadek, gdyby to się stało. Musimy przeprowadzić rozpoznanie terenu, Em.

Mówi to wyrażenie w taki sam sposób, w jaki Spingate wypowiedziała słowo "mikroorganizmy".

Z aspana twarz Gastona ożywia się.

- Mogę w tym pomóc. Wahadłowiec ma dalekosiężne czujniki pozwalające mu latać. Założę się, że mógłby przygotować dla nas mapę.

S zepcze coś. Przechyla głowę, nasłuchując, i widzę w jego uchu czarny klejnot, taki jak ten u Spingate. Podnosi ręce. Światło rozlewa mu się na skórze - Gaston promienieje w nim jak jakiś bóg.

Obrazy na otaczających nas ścianach płyną nagle do centrum sterowni, kurcząc się przy tym raptownie, tak że zmniejszający się krąg pnączy trafia w środek pomieszczenia. Całe zniszczone miasto rozmazuje się w ruchu, wydaje się już o połowę mniejsze, potem ma już tylko ćwierć swego rozmiaru, jedną dziesiątą, jedną setną. Budowle pędzą ku nam, zmieniając się z olbrzymich kamiennych brył w maleńkie zabawki otoczone siecią wąziutkich uliczek.

Ś ciany sterowni znów są czarne, jak na początku. Rozciągające się we wszystkie strony miasto jest teraz kołem zawieszonym w powietrzu na wysokości naszego pasa. Bishop, Aramowski, Gaston, Spingate, O'Malley i ja stoimy na obrzeżu mapy.

Świecąca róża wiatrów wskazuje północ, południe, wschód i zachód. W środku róży widnieje krąg - symbol z napisem Mictlan, który znamy z haftu na naszych krawatach.

U lice i aleje tworzą siatkę przecinających się linii. Dwie najszersze ulice są do siebie prostopadłe. W miejscu skrzyżowania nikną jednak pod największą budowlą miasta - tą olbrzymią piramidą, którą zobaczyłam, stojąc na szczycie kręgu pnączy.

Od północnego wschodu do miasta wpływa rzeka, tak realistyczna, że widzę, jak skrzy się bulgocząca w niej woda. Rzeka kończy się maleńkim wodospadem, który wpada do szerokiej sadzawki.

Moją uwagę przyciągają porośnięte pnączami piramidy: składają się z kwadratowych tarasów ustawionych jeden na drugim, tak że każdy kolejny jest mniejszy niż ten poniżej. Wyglądają jak obrazki wyrzeźbione na mojej urodzinowej trumnie.

- Zigguraty - mówię. To słowo wymyka mi się mimowolnie; przypomniałam sobie coś z przeszłości Matyldy. Pozostali spoglądają na schodkowe piramidy, potem na siebie nawzajem, i kiwają głowami. Teraz oni też pamiętają to słowo.

Spingate wskazuje kropkę świecącą w środku mapy.

- To nasz wahadłowiec.

W ydaje się taki mały, co tylko podkreśla ogrom tego miasta ruin.

Gaston macha ręką w stronę obwodu mapy.

- Ta krawędź to granica zasięgu czujników wahadłowca.

C hoć na mapie jest on dość nieduży, w najwyższym zigguracie - tym, który stoi na przecięciu dwóch najszerszych dróg - da się wyróżnić dość szczegółów, by zobaczyć na samym szczycie, gdzie nie sięgają żółte pnącza, jakiś słup. Widnieje na nim sześć czarnych symboli, ułożonych od góry do dołu: puste kółko, kółko-gwiazda, dwupierścień, kółko-krzyżyk, półkółko i - na samym spodzie - zębokółko, czyli koło zębate.

M niej więcej w dwóch trzecich wysokości tego zigguratu na jednym z narożników stoi obrócony twarzą w kierunku szczytu jakiś posąg. Nie widzę, czy to podobizna kobiety, czy mężczyzny. Musi być olbrzymia.

Ta budowla wygląda na ważną.

- Gaston - odzywam się - ile czasu zajęłoby nam dojście do tego wielkiego zigguratu?

Chłopak pochyla się w jego stronę z namysłem.

- Przy szybkim marszu... pewnie większość dnia.

O 'Malley wyciąga rękę, żeby dotknąć budowli znajdujących się blisko niego, jakby były to drobiazgi, które mógłby podnieść. Jego dłoń przechodzi przez nie na wskroś, wzniecając obłoczek błysków.

- Te budynki wyglądają inaczej niż reszta - zauważa.

R ozumiem, o co mu chodzi. Budowle bliżej niego są bardziej zniszczone: część z nich uległa zawaleniu, a wiele ma zapadnięte dachy, z których wyrastają drzewa. Mają inny kształt - sześć ścian, a nie cztery, jak większość budowli na mapie. Są także mniejsze; wydają się małe nawet przy średniej wielkości zigguratach.

N a północnym wschodzie, kawałek za wodospadem, zauważam grubą linię, która przecina kolistą krawędź mapy. Wszystkie sześcioboczne budynki znajdują się po drugiej stronie tej linii.

Wskazuję ją.

- Czy to jakiś mur?

G aston sięga w to miejsce obiema rękami, chwyta powietrze nad tą częścią mapy, a potem rozsuwa dłonie - mapa się powiększa. Teraz widać mniej szczegółów, a obraz staje się trochę niewyraźny, ale nie da się ukryć, że patrzymy na wysoki, gruby mur.

A ramowski krzyżuje ręce na piersi, marszczy czoło w zamyśleniu.

- Czworoboczne budowle po jednej stronie muru, sześcioboczne po drugiej - zauważa. - Dlaczego tak?

N ikt nie odpowiada.

O 'Malley gwałtownie wciąga oddech, zaskoczony. Pokazuje ręką:

- Powiększ to!

Gaston powiększa. Jakiś prostokątny budynek, dość wielki, by zmieściło się w nim z dziesięć wahadłowców, mniej więcej w połowie drogi od nas do wodospadu. Jest pokryty żółtymi lianami, jak wszystkie inne, ale wyróżnia go coś charakterystycznego: grube, porośnięte roślinnością tyczki, które wznoszą się na krawędzi dachu, jakby stała tam na straży armia włóczników z wysoko uniesioną bronią. Tyczki zwężają się do zaokrąglonego wierzchołka z zaledwie zarysem szpicu. Prawie rozpoznaję ten kształt.

- To pomniki kukurydzy - mówi O'Malley. - Ten budynek to skład żywności.

Wszyscy patrzymy na niego z powątpiewaniem.

N iezachwiany spokój O'Malleya gdzieś zniknął. Oczy mu błyszczą, a na usta wypłynął uśmiech tak autentyczny i piękny, że aż zapiera mi dech.

- Pamiętam coś - mówi. - Mój ojciec, to znaczy ojciec mojego protoplasty, pracował na rzecz jakiegoś miasta. Chyba. W każdym razie mój protoplasta widywał takie budynki. Służą do składowania żywności.

Jeśli się nie myli, oznacza to, że miasto zbudowali Starsi. Tylko gdzie oni są? Co się z nimi stało?

J eśli w tym budynku zgromadzono jedzenie, może to oznaczać różnicę między życiem i śmiercią. Musimy się dowiedzieć, które rośliny wolno nam jeść, a których nie, nauczyć się, jak uprawiać ziemię i polować, ale zdobycie tych umiejętności potrwa pewnie dużo dłużej niż czas, na jaki wystarczy nam prowiantu.

- To niedaleko - mówi Gaston. - Dojście tam zajęłoby tylko parę godzin.

Aramowski wskazuje kropkę świecącą w środku mapy.

- Dlaczego po prostu nie dolecimy tam wahadłowcem?

- Nie jestem pewien, czy jest tam miejsce, żeby wylądować - odpowiada Gaston. - A poza tym wahadłowiec do latania potrzebuje paliwa. - Milknie na chwilę, otwiera usta, jakby chciał coś dodać, ale zmienia zdanie.

Spingate dopowiada za niego:

- Paliwa zostało ledwie tyle, żeby dolecieć do "Xolotla". Jeśli będziemy latać sobie w jakimś innym celu, jakimkolwiek, nie będziemy w stanie tam powrócić. Już nigdy.

W szyscy milkniemy. Nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle istnieje możliwość powrotu. To niewygodna myśl: jeśli nie uda nam się na Omeyocanie, nasze przeżycie może zależeć od powrotu do miejsca, w którym chcą nas uśmiercić.

Aramowski lekceważąco macha ręką.

- Przywiódł nas tutaj Bóg Krwi. Jest nam pisane odnieść sukces. Bóg podarował nam ten wahadłowiec, więc powinniśmy korzystać z niego, by...

- Pójdziemy pieszo - ucinam jego monolog. - Jak powiedział Bishop, i tak musimy przeprowadzić rozpoznanie terenu, więc zajmiemy się tym po drodze do składu żywności. Jeśli znajdziemy tam jedzenie, będziemy mieć więcej czasu, żeby wymyślić, co dalej.

Bishop wypręża się jak struna.

- Wezmę Farrara i Coyotla. Uwiniemy się, wrócimy i złożymy ci raport.

- Też pójdę z wami - mówi Spingate.

Bishop kręci głową.

- Nie, będziesz nas tylko spowalniać.

Spingate unosi rękę z karwaszem.

- Jeśli znajdziemy jedzenie albo wodę, to nam powie, czy nie są trujące.

- Jeśli znajdziemy jedzenie albo wodę, trochę przyniesiemy - kontruje Bishop. - Wtedy nam powiesz, czy są bezpieczne.

S pingate bierze się pod boki.

- Idzie z wami - mówię. - I ja też.

B ishop gromi mnie wzrokiem. O'Malley także.

- To niebezpieczne, Em - mówi O'Malley. - Przywódca nie powinien oddalać się od reszty, dopóki nie będzie pewności, że nic mu się nie stanie.

C hłopcy znowu chcą mnie chronić. Mają pecha - nie jestem z tych, co chowają się z tyłu, kiedy jest robota do zrobienia.

- Jeśli sama nie będę mierzyć się z niebezpieczeństwem - tłumaczę im - nie będę mogła prosić o to innych. A nie wiemy, na jakie rośliny czy zwierzęta natrafimy. Nie mamy pojęcia, co tu może być jadalne. Spingate będzie oceniać wszystko po drodze.

B ishop wzdycha, kręci głową. O'Malley stara się nie okazywać niezadowolenia.

- Szykujmy się - mówię. - O'Malley, ty i Gaston dowodzicie pod moją nieobecność. Musimy wiedzieć o wszystkim, co się dzieje na wahadłowcu, i zorientować się, kto leży w tych trumnach.

PIĘĆ

PIĘĆ

O puszczamy wahadłowiec: Spingate i ja razem z Bishopem, Coyotlem i Farrarem. Wszyscy odprowadzają nas wzrokiem, machając i krzycząc radośnie. O'Malley zostaje na miejscu. Nie potrafi ukryć swojego zatroskania. Czy martwi się o moje bezpieczeństwo? O to, że będzie musiał uważać na Aramowskiego? Czy może przejmuje się, że idę z Bishopem?

Może wszystko naraz.

O 'Malley i tak trzyma się lepiej niż Gaston. Mały pilot wygląda, jakby z powodu wymarszu Spingate był bliski łez. Zanim wyruszyliśmy, widziałam, jak stoją przed sobą, trzymając się za ręce. Ona mówiła coś cicho, a on patrzył w ziemię, potakując skinieniem głowy.

N iosę włócznię. Bishop - swoją czerwoną siekierę. Na ramieniu Farrara spoczywa ciężka łopata. Coyotl nadal woli swoją wypróbowaną kościomaczugę.

S pingate niesie wysadzane klejnotami narzędzie, które znalazłam w naszej sali z trumnami na "Xolotlu". W swojej torbie ma też białe pudełeczko pełne bandaży, ostrych nożyków, tabletek, igieł i nici do zszywania ran, maści i wszelkich innych różności. Smith nauczyła ją, jak się z tym wszystkim obchodzić.

Opkick i Bordżigin - nastoletnie półkółka, które na początku należały do grupy Bishopa - zgłosili się do inwentaryzacji magazynów. Zaopatrzyli każde z nas na drogę w małą czarną torbę z odrobiną jedzenia, bidonem z wodą i latarką. Znaleźli też kilka noży z pochwami przytraczanymi do ud. Nie ma ich wiele, więc dostały je tylko kółko-gwiazdy.

Wspinamy się na kolistą stertę pnączy i schodzimy po jej zewnętrznej stronie. Wahadłowiec od razu znika nam z oczu. Ruszamy w nieznane. Czy się boję? Oczywiście. Ale zdążyłam już do tego przywyknąć - dotąd w moim życiu nie poznawałam nic innego, jak właśnie to, co nieznane.

I dziemy szeroką, obrośniętą pnączami i lianami ulicą. Odgłosy pozostałych przy wahadłowcu naszych szybko cichną. Szemrają liście: martwe miasto znów na nas syczy. Lekki wietrzyk przynosi nowe zapachy. Rozpoznaję już miętowy aromat pnączy. Z większością woni jednak ani ja, ani Matylda nie zetknęłyśmy się nigdy wcześniej.

P o obu stronach ulicy wznoszą się budowle. Niektóre wyglądają jak pudełka, ale większość to schodkowe piramidy. Zigguraty. Kojarzą mi się z czymś z mojego dzieciństwa... to znaczy z dzieciństwa Matyldy. Pamiętam jakieś wesele. Pamiętam, jak gapiłam się na tort złożony z czterech poziomów, które zmniejszały się od dołu do góry. Na samym szczycie stała mała figurka dwojga ludzi. Myślałam, że to zabawka. Chciałam się nią pobawić, ale matka mi nie pozwoliła.

N iektóre z piramid są małe, trzy- lub czteropoziomowe, a inne - olbrzymie, złożone z dwudziestu lub więcej warstw. Największe mają tarasy tak szerokie, że na ich płaskiej powierzchni zbudowano inne, mniejsze zigguraty. Prawie wszystko pokrywają pnącza i liany, łagodzące kontury i zmieniające pomarańczowobrązową barwę kamieni w kolor bladożółty.

Maszerując, łapię się na tym, że nie odczuwam już takiego niepokoju na widok rozpościerającego się nade mną nieba. Cała ta otwarta przestrzeń... mam wrażenie, że jestem tu na swoim miejscu. Zaczyna do mnie docierać, że to jest właśnie naturalny stan rzeczy. Że to na tym wszystko powinno polegać - a nie na tłoczeniu się w wahadłowcu czy w wąskich korytarzach.

K ilka budynków leży zawalonych. Z ulicy, z dachów, ze stromych ścian zigguratów wyrastają młode drzewa. Mają zielonobrązowe pnie, a liście o ciemniejszym odcieniu żółci niż te na lianach. Sposób, w jaki ich korzenie chwytają się kamiennych ścian, nasuwa mi myśl, że z upływem lat runie tu jeszcze niejeden budynek.

Nad naszymi głowami przelatują ptaki - co prawda nie te, które kojarzę ze wspomnień Matyldy, ale niemniej jakieś jaskrawe, kolorowe zwierzęta o rozmiarach ptaków. Zamiast upierzonych, trzepoczących skrzydeł te istoty mają po dwa komplety sztywnych, brzęczących błon. Błony te poruszają się tak szybko, że zmieniają się w barwną plamę.

Plamaki - tak będę nazywać te stworzenia.

N iektóre są małe, inne duże. Jeden z tych większych przyciąga nagle skrzydła do wydłużonego tułowia i nurkuje w powietrzu, a potem wznosi się błyskawicznie, w locie zgarniając wyciągniętymi szponami mniejszego plamaka z budzącym grozę plaśnięciem i chrzęstem.

Tu mieszka śmierć. Śmierć mieszkała też na "Xolotlu". Być może śmierć mieszka wszędzie.

Farrar, idąc przed siebie, obraca się wokół własnej osi; prawie się potyka, kiedy gapi się na olbrzymie piramidy.

- Gdzie się wszyscy podziali?

P owinni tu być ludzie. Mnóstwo ludzi, tymczasem źródłem jedynego ruchu w okolicy są plamaki i kołyszące się na wietrze liście. Jeśli O'Malley ma rację co do składu żywności, to znaczy, że to wszystko wybudowali Starsi.

Więc gdzie oni wszyscy zniknęli?

* * *

G dy dochodzimy do składu żywności, czerwone słońce jest wprost nad nami. Żar leje się z nieba, koszula mi wilgotnieje. Mam nadzieję, że uda nam się wejść do środka i znaleźć jakiś cień.

Skład żywności jest zbudowany z tego samego kamienia co reszta miasta i tak samo jak ona porośnięty pnączami. Jest wysoki i szeroki, ma spadzisty dach i stoi szczytem do ulicy, którą przyszliśmy. Pnącza są tu tak gęste, że prawie zasłaniają podwójne kamienne drzwi - sądząc z wyglądu, zaprojektowane tak, by rozsuwać się na boki. Gdyby te drzwi otwarły się na całą szerokość, mógłby się w nich zmieścić cały nasz wahadłowiec, a jeszcze po bokach zostałoby mnóstwo miejsca.

Z krawędzi dachu wznoszą się posągi przedstawiające łodygi kukurydzy. Z bliska liany wyglądają jak rozciągnięte między rzeźbami stare pajęczyny.

Bishop wskazuje na podstawę ogromnych drzwi.

- Spróbujmy tam.

P odchodzimy bliżej. Przez grubą pokrywę roślinności prześwitują mniejsze drzwi wielkości człowieka wstawione w te wielkie i przesuwne. Jak on je dostrzegł?

B ishop rozrywa liany, odrzuca je na bok. We framudze mniejszych drzwi odsłania się para znajomo wyglądających otworów. Spingate spogląda na mnie w niemym oczekiwaniu na pozwolenie; kiwam głową. Wkłada złote narzędzie w otwory i zaczyna naciskać klejnoty, próbując odblokować zamek.

Mija kilka minut. Słońce nadal praży niemiłosiernie. Zaczynam się nudzić, pozostali też.

- Spin, zadziała to czy nie?

- Już prawie - odpowiada.

D rzwi szczękają, ze zgrzytem wsuwają się do środka. Opada kurz. Unosi się pył. Ze środka bucha, niesiony falą chłodnego powietrza, zapach stęchlizny.

Z siekierą w jednej ręce i latarką w drugiej Bishop wchodzi do budynku, tuż za nim Coyotl i Farrar.

Zostaję sama ze Spingate. Wygląda na rozkojarzoną, jakby nie zauważała wszystkich tych cudowności.

- Spin, wszystko w porządku?

Dziewczyna patrzy na mnie, zmusza się do uśmiechu.

- Tak. Ja tylko... martwię się o Gastona. Czy nic mu się nie stanie, kiedy nas nie ma.

Nie "czy nic nie stanie się innym", "reszcie", tylko "czy nic nie stanie się jemu". Przypominam sobie, jak oboje baraszkowali niedawno na "Xolotlu", jak śmiali się i bawili. Inaczej niż pozostali. Jest mi niezręcznie i głupio o tym rozmawiać. Nigdy nie całowałam się z chłopcem - z dziewczyną zresztą też nie - więc sama nie wiem, o czym właściwie mówię, ale wydaje mi się, że Spingate naprawdę lubi Gastona.

- Czy ty i on... ee... jesteście więcej niż przyjaciółmi?

Pociąga nosem.

- Chyba go kocham.

" Kocham"? Tego się nie spodziewałam. Miłość to coś dla doroślejszych ludzi. Chociaż jesteśmy przecież doroślejsi. Prawda?

C zy i ja mogłabym się zakochać?

C zuję nagły przypływ radości. Zaczynamy tu życie w nowym świecie. Potrzebujemy miłości. Potrzebujemy, żeby ludzie... robili dzieci.

S kurcz wstydu. Błyski wspomnień o ludziach w czarnych mundurach, którzy mnie biją, mówią do mnie "zła" i "bluźnierczyni". Na skórze czuję nagłe gorąco, tym razem nie z powodu słońca. Przez co Matylda musiała przechodzić jako dziecko? Po raz pierwszy czuję wobec niej autentyczne współczucie - a przez to odrazę do siebie samej.

- Em, dobrze się czujesz?

- Tak, przepraszam. - Wachluję się dłonią, próbując ochłodzić skórę. - Gaston... czy on też cię kocha?

J ej oczy mrużą się w uśmiechu, który zajmuje całą jej twarz.

- No wiesz, kiedy byliśmy w sterowni, to my...

B ishop wysuwa głowę przez otwarte drzwi.

- Em, musisz to zobaczyć.

* * *

N ie ma tu żadnych pnączy ani lian. Snopy światła z latarek pełgają po wysokich niebieskich regałach, które ciągną się w dal i równocześnie w górę, aż po ukośny sufit widoczny wysoko nad nami. Na półkach regałów leżą ciasno białe skrzynie, tak duże, że zmieściłabym się w każdej, gdybym tylko odpowiednio się ułożyła. Podłoga jest gładka w dotyku, ale pokryta ziemią, brudem i jakimiś nierównościami.

W ciemności śmiga kilka plamaków, dając o sobie znać tylko brzęczeniem skrzydeł i przenikliwym świergotem. Próbuję nie skupiać się nad tym, że nierówności pod moimi bosymi nogami to pewnie plamakowe odchody.

J aki tu półmrok, jak wiele możliwych kryjówek. Przypominają mi się długie korytarze na "Xolotlu", mroczne miejsca, w których czaiły się świnie. Przypomina mi się ciało Latu, otoczone krwawymi śladami racic.

N ie cierpię mrocznych miejsc.

B ishop podkrada się do najbliższego regału, trzyma w gotowości siekierę. Nic się nie dzieje. Opiera siekierę o regał, powoli wyciąga jedną ze skrzyń. Światło latarki wychwytuje jakiś migotliwy ruch: małe błyszczące stworzenia umykają z pokrywy skrzyni i czmychają w ciemność. Może to jakiś rodzaj owadów.

Bishop kładzie skrzynię na brudnej podłodze. Na pokrywie widnieje żółto-czarny profil jaguara. Okiem zwierzęcia jest przezroczysty klejnot. Bishop wpatruje się przez chwilę w skrzynię i obszukuje rękami jej boki, otrzepując pył i zdechłe robaki. Naciska oko jaguara. Słychać pstryknięcie, po czym pokrywa skrzyni rozdziela się na dwie połowy, które wsuwają się w boki jak wieka naszych urodzinowych trumien na "Xolotlu".

P odchodzimy bliżej. W środku skrzyni są ciemnoróżowe pakiety oznaczone prostymi literami. Litery wyglądają na wytarte i zamazane, ale dają się odczytać słowa: PROTEINY, CHLEB, WARZYWA, WITAMINY.

- Mamy odpowiedź - odzywa się Spingate. - Te pakiety mają inny kolor, ale poza tym wyglądają dokładnie jak te, które znaleźliśmy w wahadłowcu. To miejsce zbudowali Starsi.

B ishop sięga lewą ręką do skrzyni, wyciąga pakiet z napisem HERBATNIKI. Przekłada pakiet do prawej ręki, potem patrzy na lewą - na jej palcach pozostał mu czerwony pył. Pakiet nie jest tak naprawdę ciemnoróżowy: w miejscach, w których Bishop chwycił go palcami, widać plamy bieli.

Spingate marszczy brwi.

- Bishop, odłóż to. Zobaczę, czy jest jeszcze jadalne.

B ishop odkłada pakiet na podłogę.

S pingate macha nad nim swoim karwaszem.

Farrar wymierza skrzyni lekkiego kopniaka, jakby upewniając się, że ta istnieje. Podnosi wzrok na niekończące się regały.

- Ile tu tego! - mówi. - Możemy jeść w nieskończoność.

N ie w nieskończoność, to pewne, ale jest tu dla nas dość jedzenia na całe lata. Da nam to mnóstwo czasu, żeby nauczyć się uprawy ziemi i polowania. Z trudem opanowuję radość. Chce mi się tańczyć i krzyczeć, mam ochotę świętować.

Coyotl idzie długą środkową alejką. Kręci głową na prawo i lewo, próbując objąć ogrom tego miejsca.

- Bogowie nam dopomogli - zauważa. - Aramowski mówił prawdę.

W spomnienie jego nazwiska prawie rujnuje tę chwilę. Oczywiście Aramowski przypisze to wszystko bogom, choć jest jasne, że to ludzie zbudowali to miasto i wyprodukowali tę żywność.

Coyotl ściąga z regału jakąś skrzynię, kładzie ją na podłodze i otwiera.

- Ej, ciastka!

Rozrywa różowy pakiet i wyciąga małe czarne kółko. Na jego widok ślinka napływa mi do ust; Matylda dostawała tego rodzaju smakołyki, kiedy była mała. Ale nie wiemy, czy te są bezpieczne i czy można je jeść.

- Coyotl, odłóż to - mówię.

C hłopak rzuca ciastku tęskne spojrzenie, ale odkłada je do skrzyni razem z opakowaniem.

Farrar rzuca swoją łopatę i truchtem podbiega do pudła. Wyciąga to samo ciastko, które przed chwilą trzymał Coyotl. Uśmiech ma tak promienny, że można by oświetlić nim cały ten skład.

- W końcu! Słodycze!

Z anim zdążę powiedzieć mu, żeby rzucił ciastko, pakuje je sobie całe do ust i rozgryza.

- Bogowie nam pomagają - stwierdza, żując i szczerząc zęby w uśmiechu.

Po chwili jednak marszczy brwi. Gapi się na swoje palce, jakby było z nimi coś nie tak, pstryka nimi, jakby próbował strząsnąć jakiegoś robaka.

J akiś ruch po mojej lewej. Bishop z zaniepokojoną miną wyciera sobie rękę o to, co pozostało mu ze spodni.

- Mam mrówki w palcach - mówi. - Trochę mnie pieką.

Słyszę ostre piknięcie. Odgłos dochodzi z karwasza Spingate. Wszystkie klejnoty migoczą jasnopomarańczowo - to oczywisty kolor ostrzeżenia.

Spingate szybko wstaje.

- Czerwony proszek to pleśń. Jest toksyczna.

To słowo przeszywa mi serce.

U puszczam włócznię, biegnę do Farrara.

- Wypluj to! Wypluj!

N adal przeżuwając, patrzy na mnie tak, jakby nie rozumiał, co mówię - po chwili orientuję się, że wcale na mnie nie patrzy. Oczy ma szkliste, niewidzące.

- Te ciastka smakują beznadziejnie - mówi sennym głosem, po czym przewraca się w tył. Kiedy upada, próbuję go złapać, ale swoim ciężarem pociąga mnie za sobą w dół. Gramolę się na klęczki, słysząc klaskanie bosych stóp o podłogę - to biegną do nas pozostali.

Farrar się dławi. Wywracają mu się oczy, widać tylko białka, które błyszczą upiornie w świetle latarek.

S pingate ślizgiem ląduje obok mnie, chwyta Farrara za twarz, wbija mu palce i kciuki w policzki, rozwierając na siłę szczękę.

- Em, wyciągnij mu to z ust, zanim połknie!

S ięgam palcami do środka, wygarniam na wpół przeżute ciastko i odrzucam czarną papkę na bok. Wsuwam palce między jego wargi i dziąsła, pod język, wyciągam jeszcze trochę trucizny - sama też już czuję mrowienie na skórze.

- Coyotl, wody - rozkazuje Spingate. Przekręca twarz Farrara na bok. - Przepłucz mu usta!

Coyotl ściska bidon, celując nim w otwarte usta Farrara - strumień wody chlusta na język chłopaka, kapie na brudną podłogę.

Farrar dostaje drgawek. Mięśnie gwałtownie mu się kurczą, jego ciałem wstrząsają konwulsje - uderza Spingate czołem w policzek, zwala ją z nóg.

B ishop blokuje go ramionami w torsie, przytrzymuje mocno.

Wszystkie nasze latarki leżą na podłodze, tylko światło tej, którą trzyma Coyotl, szaleńczo tańczy po twarzy Farrara.

S pingate wraca, po policzku spływa jej strużka krwi. Przepatruje białą walizeczkę, którą dostała od Smith, próbuje znaleźć w niej coś konkretnego. Wyciąga mały biały aparacik niewiele większy od jej małego palca, przyciska go Farrarowi do gardła.

Słyszę ciche pssyk. Spingate cofa aparacik, ukazując cienką metalową igłę. Coś chłopakowi wstrzyknęła.

Farrar wygina się z całej siły do przodu, a potem jego ciało nagle się odpręża. Trzepocze powiekami, otwiera oczy. Widzę jego źrenice. Pierś unosi mu się i opada.

S pingate znowu ujmuje w ręce jego twarz, ale tym razem delikatnie.

- Farrar, to ja, Spingate. Widzisz mnie?

Oczy rozszerzają mu się, skupia je na niej. Kiwa głową.

S łyszę, jak wypuszczam wstrzymywany dotąd oddech: nic mu nie jest.

F arrar zdezorientowany patrzy na mnie, potem na Bishopa.

- Co się stało?

- Jadłeś ciastka - mówi Bishop. - Uwaga wszyscy, pamiętajcie: nie jeść ciastek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki