NIE BÓJCIE SIĘ WIĘC ICH! NIE MA BOWIEM NIC
SKRYTEGO, CO BY NIE MIAŁO BYĆ WYJAWIONE, ANI NIC TAJEMNEGO, O CZYM
BY SIĘ NIE MIANO DOWIEDZIEĆ.
(Ewangelia według św. Mateusza
10,26)[1]
Schody były strome i wąskie. Najniższe
stopnie miały głęboką szramę. Zupełnie jakby ktoś wbił w nie
topór.
Pewnego dnia właz prowadzący do wielkiej
czarnej dziury był otwarty.
Wiedziała przez cały czas, że
istnieje, bo mówili, że się tam wybierają. Ale ona nigdy tam nawet
nie zajrzała.
Najpierw weszła tylko na kilka
pierwszych schodków, bo nie było żadnej poręczy, której mogłaby
się przytrzymać. Ale zanim zdążyła się zastanowić, czy ma na to
odwagę, była już tak wysoko, że zajrzała w mrok.
I kiedy tak stała z głową ponad
krawędzią, mrok się przemienił. Szeptał do niej i chciał nią
zawładnąć.
Schwyciła się kawałka podłogi
i sprawdziła, czy nic się nie rusza. Coś mogło być tutaj
niebezpieczne. Ale nie wiedziała co.
Postępując krok za krokiem, zawarła
pakt z ciemnością, która pozwoliła jej dostrzec kontury kufrów,
skrzyń, pudeł, walizek, połamanych krzeseł i płóciennych
worków. Powiązanych sznurkiem stosów starych gazet. Tuż przy włazie
stał osłonięty budką koszyk na kółkach.
Wiedziała, że jeśli się odwróci
i spojrzy w światło, nie będzie w stanie wejść na samą
górę. Pokonała więc szybko kilka ostatnich schodków, aż poczuła
pod nagimi stopami deski podłogi.
Nie było tu lodowato, jak kiedyś
sądziła, tylko o wiele cieplej niż w izbie. Jakby deski na podłodze
promieniowały jakimś wewnętrznym ciepłem.
Kiedy tak szła przed siebie, wchodząc
coraz głębiej w mrok, robiło się coraz cieplej. Powietrze było
ciężkie od czegoś, czego nie umiała nazwać.
Belki podtrzymujące dach były ogromne
niczym ramiona trolla. W ciemności widziała jedynie ich zarysy
ponad swoją głową. Tworzyły głębokie rozpadliny i wykusze,
w których mogło kryć się wszystko to, czego ludzkie oko nie
potrafiło zobaczyć.
Nie było tu żadnego światła prócz
tego, które wpadało przez klapę otwartą nad schodami. Ciało stało
się zbyt lekkie, aby pomieścić serce tak wielkie jak jej. A ono biło
szaleńczo, usiłując wydostać się przez gardło za każdym razem,
gdy tylko dostrzegła własny cień.
Przy najbliższej ścianie kominowej
stał kufer z żelaznymi okuciami. Był pierwszym darem, jaki dała
jej ciemność. Kiedy otworzyła wieko, rozległ się cichy grzechot. To
nie ona była źródłem tego dźwięku.
Najpierw zacisnęła mocno powieki,
licząc do trzech, a potem je otworzyła i zobaczyła jeszcze wyraźniej
jakieś poruszenie. Jednocześnie coś przemknęło obok jej stóp. Niczym
wiatr.
Serce waliło szaleńczo, rozsadzając
ją całą. Przez chwilę stała tam tylko. Zupełnie nieruchomo. Potem
szybko wetknęła dłoń do kufra i natrafiła na coś delikatnie
szeleszczącego. Przypominało w dotyku bibułkę, z której Sara
robiła na Boże Narodzenie girlandy aniołów.
Miękkość pod spodem była jak aksamit
albo skóra. Napełniła nią obie dłonie i uniosła. Była o wiele
większa niż ona. Pociągnęła ją za sobą po podłodze, nie mając
odwagi na nią popatrzeć ani przycisnąć jej do ciała.
Rozłożyła tkaninę w promieniu
światła wpadającym przez otwartą klapę, a jej głowę wypełnił
zapach lata. Obcy i znajomy zarazem.
Najpierw sądziła, że to tylko suknia
z czerwonego aksamitu, z długimi rękawami i czarną koronką
okalającą dekolt.
Wtedy suknia rozłożyła się
i usiadła.
W środku siedziała pani
z długimi włosami i wyciągała do niej ręce. Jej bransoletki
pobrzękiwały. Całkiem cicho i tylko dla niej. Kółka, których nie
potrafiła policzyć, połyskiwały w półmroku.
Wtedy nadeszły mdłości. Stopy i ramiona
zwisły jej bezwładnie, a przez jej głowę przetoczył się przenikliwy
dźwięk. Pojęła, że zaraz upadnie.
Zdążyła jeszcze poczuć pod sobą
szorstkie deski podłogi.
*
Kiedy jej myśli powróciły, wszystko
było czerwone i czarne. Tępy ból uświadomił jej, że przygryzła
sobie język. Szyja i twarz były całkowicie mokre i lepkie.
Z ust jej ciekło. Spróbowała się
wytrzeć. Ale nie poszło to najlepiej. Drżąc, usiłowała się sama
objąć, bo zdała sobie sprawę, że marznie.
Wtedy rozpoznała ten miękki
aksamit. Leżała na czyichś kolanach. W chwilę potem poczuła
głaszczące ją ręce. Ciepłe i delikatne, z rozśpiewanymi
bransoletkami.
W pierwszej chwili zacisnęła mocno
powieki. Zaraz potem je otworzyła i spojrzała prosto w twarz
spoglądającą na nią z obrazu nad pianinem. Suknia też była ta
sama. Tylko że ta tutaj była prawdziwa.
To babcia Dina siedziała i trzymała
ją w ramionach, czekając, aż dojdzie do siebie.
A więc nie ma się czego bać,
pomyślała, zamykając ponownie oczy. Wtedy usłyszała:
- Wiedziałam, że pewnego dnia
przyjdziesz.
- Czekałaś?
- Oczywiście, że czekałam.
- Gdybym wiedziała, że tu jesteś,
przyszłabym wcześniej - rzekła drżącym głosem.
- Przecież nie dałabyś rady sama
otworzyć włazu.
- Dzisiaj był otwarty. Czy to
ty...?
- Albo ktoś inny.
- Jak mam sobie z nim poradzić,
kiedy będę chciała tu przyjść?
- Poproś Beniamina, żeby ci
otworzył.
- A jeśli nie będzie chciał?
- Musi.
- Dlaczego?
- Bo już wypuściłaś mnie
z walizki.
*
Bergljot z hałasem gramoliła się na
schody, wołając Karnę przestraszonym głosem.
Dziewczynka leżała nieporuszenie
w objęciach aksamitu.
Znieśli ją do izby. Przez otwarte drzwi
słyszała, jak Bergljot otrzymuje reprymendę za zostawienie otwartej
klapy do włazu na strych.
Stine siedziała przy łóżku, odmawiając
nad nią Ojcze nasz, tak jak to miała w zwyczaju,
pojąc ją jednocześnie wywarem z przywrotnika.
- Powinniście sprowadzić babkę
Dinę ze strychu - rzekła Karna pomiędzy kolejnymi łykami.
Popatrzyli na siebie w przerażeniu,
nic nie rozumiejąc.
Wtedy zaczęła wzbraniać się przed
dalszym piciem.
- Boże, zmiłuj się, zdaje się,
że dzieciak zobaczył upiora - stwierdziła Bergljot.
Wtedy Karna pojęła, że musi im
wybaczyć. O niczym nie mieli pojęcia. Przypomniała sobie, jak Oline
powiedziała pewnego razu:
- Pani Dina miała tyle pięknych
sukien. Była próżna, choć taka nieporządna. Na pewno leżą ciągle
gdzieś na strychu.
- Przynieście suknię po babci -
powiedziała surowo Karna.
I stało się tak, jak chciała.
*
Chodziła tam często. Nie tylko w lecie,
kiedy podłoga była ciepła i grzała ją w stopy. I nie tylko
wówczas, gdy padał deszcz. Nie, bywała na strychu zawsze wtedy,
kiedy tego potrzebowała.
Tam na górze najwyraźniej można było
znaleźć wszystkie rzeczy i ubrania posiadane przez ludzi w dawnych
czasach.
Stine i Oline uważały, że samotne
chodzenie po ciemnym strychu jest dla Karny niebezpieczne. Mogła dostać
napadu świętej choroby i zrobić sobie niechcący krzywdę.
Ale tata był zdania, że musi nauczyć
się rozpoznawać, kiedy powinna się położyć, żeby zapobiec
upadkowi. Nie należało jej ciągle niańczyć.
*
Kiedy tatuś otwierał jej właz, Oline
krzyczała z kuchni:
- Z doktora to nie jest żaden ojciec,
tylko zwykły głuptak! Zamierza pozwolić, żeby dzieciak wykończył
się gdzieś tam w ciemności!
Jednak wcale nie czuła, żeby upadek
groził jej w czasie, kiedy była na górze. Panowała tam ciemność
i cisza. Czasami słychać było jakąś mysz czy inne stworzenie.
Tata pomagał jej przysuwać skrzynie oraz
kufry bliżej włazu i światła, żeby mogła więcej zobaczyć. Lampy
nie pozwalano jej zabierać.
Godzinami wspólnie z babką
przeszukiwały stare, nikomu już niepotrzebne rzeczy. Tyle obrazów
przelatywało jej przez głowę. Ludzi, których nigdy nie widziała. Nie
każdy się przedstawiał. Ale to nic nie szkodziło.
Babcia mawiała, że szukają czasu.
Niekiedy wspólnie przymierzały
suknie. Babcia nigdy się nie śmiała, nawet jeśli Karna dziwnie
w nich wyglądała. Pomagała jej tylko zapinać guziki i paski.
Buty były zabawne. O wiele za duże
dla Karny. Kiedy szła, szurały po podłodze.
Pewnego dnia znalazły długie boa
z piór. Wiło się w ślad za nią jak wąż i pachniało trochę
jak doktorska torba taty. Mimo wszystko owinęła je sobie wokół szyi,
czując wyraźnie, że ma do czynienia z czymś żywym.
Zanim zeszła z powrotem do domu,
babcia zdjęła czerwoną suknię. Żeby schodząc, mogła zabrać ze
sobą zapach lata. Karna wzięła ją i powiesiła na oparciu wysokiego
krzesła w izbie.
Miała teraz wrażenie, jakby na
krześle siedziała babcia. Mogła leżeć w łóżku i mieć ją na
wyciągnięcie ręki.
*
Pieśń morza. Jej pierwsze
wspomnienie. Uczucie opuszczania własnego ciała. Bo musiała. A może
chciała?
Odpłynęła, jeszcze leżąc
w łóżku. Kiedy otworzyła oczy, porwała ją wielka
siła. Światło. Uniosło ją, wsysało w siebie. Przymuszało. Żeby
słuchała pieśni.
Kiedy sen ciągle trwał, ujrzała
samą siebie unoszącą się nad morzem. Wiatr miał takie mocarne
ramiona.
Dźwięk. Daleko przy szkierach brzmiał
jak głuchy łoskot. Potem bliżej, tony stawały się wyraźne,
a jednocześnie wkradał się w nie nowy odgłos, podobny do skargi
pełnej groźby. Potem od nowa. I tak przez cały czas. Wznosił się
jak pieśń wielkiego chóru, który zarazem szeptał i śpiewał,
napominał, dziękował i prosił.
Morze wydobywało z siebie chyba
najpotężniejszą pieśń na świecie.
Od czasu do czasu słyszała, jak
grzywacze rzucają się na wzgórze z flagą. Nie musiała tego
widzieć. Wiedziała, jak to wygląda. Fale wznosiły się i rozbijały
na wszystkim, czego były w stanie dosięgnąć.
W końcu, pobielałe ze złości,
usiłowały sięgnąć nieba. Zawsze jednak kończyły, opadając.
A wzgórze flagowe trwało. Najwyraźniej
było wieczne. Tylko maszt niekiedy się łamał.
*
Gdy przebudziła się w izbie, wszystko
wydawało się szare i czarne. Gałązki róży skrobały o szybę. Nie
mocno. Tylko jak cień niepokoju gdzieś w głowie.
Była spocona, a mimo to marzła. Minęła
dłuższa chwila, nim zdołała postawić stopy na podłodze.
Jej żołądek pełen był mdlącego
przestrachu i nie była już w stanie latać.
Dywanik był w paski. Ale nie
widziała kolorów. Czuła tylko jego lodowatą, szorstką
powierzchnię. Zdawała sobie z niej sprawę, jeszcze zanim
stopy dosięgły podłogi. Najbardziej chropowate były paski
ciemnoniebieskie. Resztki starego zimowego płaszcza Hanny.
Przeszła przez izbę i jadalnię, gdzie
ogień strzelał już w piecu. Podreptała do kuchni. Ciepło powitało
najpierw palce jej stóp. Potem ją całą. A w środku tego ciepła
była Oline. Zawsze.
Dawno temu sądziła, że Oline i stołeczek
na kółkach stanowią jedną całość. Ale kiedy pewnego razu Oline
dostała gorączki i leżała w łóżku, stołek stał samotnie przy
piecu. Leżała na nim poduszka w biało-niebieską kratkę, której
nie widziała nigdy wcześniej.
Zdarzało się, że budziła się z okropnym
smakiem w ustach, przypominającym jej o nieobecności tatusia
w chwili, gdy zasypiała.
Wdrapywała się wtedy na kolana Oline
i pytała: - Czy tatuś Karny wrócił już do domu?
*
Kiedy słońce powróciło, światło
zamieszkało również w śniegu. Powodowało drżenie powiek, tak
jakby oczy chciały się ukryć.
Ale nie było na to rady. Najpierw
nieznośnie bolało. Jakby przez głowę przepływała ławica drobnych
płotek z ostrymi płetwami.
A jednak musiała je
posiąść. Światło.
Jeśli dostatecznie długo wpatrywała
się w oko słońca, porywała ją pieśń morza. Musiała później
znosić mdlące przebudzenie.
Pociechę stanowiły ramiona tatusia. Jego
głos. Dłonie na czole.
Najgorzej było wtedy, gdy wpatrywały się
w nią obce oczy albo kiedy bezwiednie zsikała się pod siebie.
Tatuś miał
zwyczaj nakrywać ją pledem albo wnosić wtedy do izby. Ale nie zawsze
był przy niej.
*
Pewnego razu, kiedy spadł bielusieńki
i świeży śnieg, położyła się na plecach pomiędzy altaną
a płotem okalającym ogród. Nawet z zamkniętymi oczami wiedziała,
że ciepłe światło i zimny śnieg stanowią jedność. Dokładnie
tak jak morze i niebo w oddali, ponad przybrzeżnymi wysepkami.
Kiedy o tym myślała, głowa rozpadła
jej się na kawałki, zlewając się z niebem.
Zataczała wokół siebie ramionami
i nogami szerokie kręgi, aby poczuć własne istnienie. Potem wstała
ostrożnie, nie zostawiając śladów stóp.
Kiedy otworzyła oczy i spojrzała
w dół, w śniegu leżał anioł. Dokładnie w miejscu, gdzie
wcześniej leżała ona. Stworzyła go zupełnie sama. Na swój obraz
i podobieństwo.
Opowiedziała Oline o aniele
i w odpowiedzi usłyszała, że to bluźnierstwo. Tylko Bóg mógł
stworzyć cokolwiek na swój obraz i podobieństwo.
Nie spierała się. Ale pojęła, że
Oline nie zawsze ma rację.
*
Chciała wierzyć, że Hanna nadal
jest Hanną. A jednak to nie była ona. Coś obcego było w jej
głosie. I w ubraniach. Jedna z nich miała mniej zdecydowane
dłonie. No i pachniała zupełnie inaczej niż wszystko
w Reinsnes.
Pewnego razu, chyba zaraz po tym, jak
dostała swoje pierwsze zapinane buciki, bo został jej w pamięci
stukot własnych kroków na schodach, ta druga Hanna stała przy oknie
w sali sypialnianej. Twarz miała ukrytą w dłoniach.
Kiedy Karna chciała jej dotknąć,
pochyliła się i objęła ją ramionami. Wydzielała mocną, słodką
woń i wydobywały się z niej jakieś dźwięki. Twarz miała
całkowicie mokrą.
To wtedy po raz pierwszy poczuła pustkę,
która od czasu do czasu spowijała dorosłych i potrafiła wyciągnąć
kolor ze ścian, zamieniając go w chłodną barwę. Mimo że w piecu
płonął ogień. Działo się to w najbardziej niespodziewanych
momentach.
Tatuś wszedł do pokoju i zrobiło
się jeszcze gorzej. Nie patrzył na nią, tylko na tę inną
Hannę. Z obcą twarzą wymawiał słowa, które na zawsze utkwiły jej
w głowie. Dziwne, bo nie pamiętała, co dokładnie powiedział.
Spódnice szeleściły, a wysoki głos
rzucił coś o wyjeździe.
Wtedy tatuś schwycił ją z całej
siły. Miał nieczułe dłonie, więc wierzgała i krzyczała.
- Nie jesteś moim tatusiem, kiedy
robisz się taki okropny!
Później nie była już pewna, co z tego
zdarzyło się rzeczywiście. Ale przycisnął ją do siebie tak mocno,
że bolało, i krzyczał ponad jej głową.
- Do diabła, gówniaro, jestem twoim
ojcem!
W ten sposób wyjazd Hanny stał się
winą Karny. Dlaczego, tego nie wiedziała.
*
W sumie przez cały czas rozumiała,
że było ich dwie. Bo Hanna i Isak wyjechali już wcześniej do
Strandstedet.
Hanna prawie zawsze miała usta pełne
szpilek. Z beli materiałów i na wpół gotowych sukni wiszących
dookoła na ścianach unosiła się ciężka woń.
Zanim cokolwiek powiedziała, musiała
wyjąć po kolei wszystkie szpilki z ust i wetknąć je w czarny
grzybek uszyty z aksamitu. Był przytwierdzony na stałe do brzegu
stołu. Szpilki stały w nim równiutko, błyszcząc w świetle
lampy.
Dobrze było mieć Hannę, ale człowiek
nie mógł ufać jej obecności. Dlatego trzeba było jej uważnie
wypatrywać. Na przykład w tej drugiej. Karna uważała, że to
w zasadzie nic nie szkodzi. Przecież i tak wyjechały. Każda z nich
ruszyła parowcem w siną dal.
Najpierw słyszeli zamaszyste ruchy
i chrzęst kadłuba, potem parowiec wyłaniał się zza wzgórza
z flagą i zaczynał pomrukiwać.
Wtedy Livian ze sklepiku podpływała
do niego wiosłową łódką. Jeśli była duża fala, mała łódeczka
podskakiwała na niej w górę i w dół i wydawała się straszliwie
samotna. Jeśli na morzu panował spokój, zdawała się ptakiem
podpływającym do ogromnego parowca.
Czasami parowcem przypływały nie tylko
pakunki i skrzynie, ale również ludzie, których nigdy w życiu
nie widziała. Kiedy przychodzili do domu, prawie zawsze musiała się
przedstawić i podać im dłoń.
*
Z wyrazu ich oczu wiedziała, czy
naprawdę ją dostrzegają.
Ta druga Hanna zauważyła ją od razu
po przybyciu. Nawet bardziej niż dostrzegała tatusia.
Najpierw powiedziała coś niezrozumiałego
i tatuś również zaczął tak mówić. Kiedy ruszyli z przystani
w górę, wzięła Karnę za rękę. Kilka razy zatrzymywała się,
pochylała tak nisko, że robiła się równie mała jak Karna,
i wymawiała te swoje dziwne słowa.
Tatuś często miał taki miękki głos
w obecności tej drugiej Hanny. Również tego dnia w sali sypialnianej,
kiedy był taki niedobry. Może nawet najbardziej po tym dniu.
*
Druga Hanna siedziała przy
pianinie.
Pachniało trawą, a zasłonki były
takie białe. Nagle wdarły się do izby wielkim łukiem. W chwilę
później zwisały znów równo w dół, można było pomyśleć,
że to był tylko sen.
Karna podpełzła aż do czarnego pudła,
żeby słyszeć, jak druga Hanna wydobywa z niego pieśń.
Dwie nagie stopy opierały się
o pedały. Kiedy na nie naciskała, duże palce wykrzywiały się,
dziobiąc powietrze. Sprawiały wrażenie niedobrych, chociaż nie
robiły nic złego. A może przestraszonych? Że ktoś je złapie.
Przez chwilę leżała tam pogrążona
w dźwiękach, myśląc o tym ich przestrachu, a potem otworzyła
usta i ugryzła.
Najpierw w pianinie coś zagrzmiało
w momencie, gdy druga Hanna spróbowała zabrać stopę. Potem
spomiędzy oglądanych od dołu klawiszy wyłoniła się jej twarz. Do
góry nogami. Włosy zwieszały się prawie do ziemi. Jak oddzielająca
je zasłona.
Nie były tak czarne jak u prawdziwej
Hanny. Ale mimo to były ładne.
Tatuś nadbiegł, krzycząc na nią,
że popsuła koncert. Pociągnął ją za stopy, żeby wydobyć ją
spod pianina.
- Zostaw ją tam - rzekła druga
Hanna, wybijając kilka wściekłych akordów.
Ale nie była zła. Śmiała się.
A tatuś wcisnął się na stołek
tuż obok niej. Przez długą chwilę siedzieli tam, przytulając się
głowami. Wydawali przedziwne dźwięki.
Karna usiadła, pragnąc, aby ją
dostrzegli.
Ale jej nie widzieli.
Wtedy wyciągnęła ręce, kładąc je
obie na klawiszach. Zabrzmiała dzika pieśń. A oni nadal jej nie
zauważali.
Wówczas uznała, że równie dobrze
może jej to powiedzieć.
- Lepiej zaraz odpłyń parowcem!
Tatuś rozzłościł się, ale ta
druga Hanna wzięła ją na kolana. Ułożyła jej palce na klawiszach,
nakrywając je własnymi, i przycisnęła. To troszkę bolało.
- Popatrz! Teraz dla nas zagrasz -
powiedziała druga Hanna, naciskając ponownie palcami.
Wtedy z pianina wyszedł "Dziadek
Noe".
Kiedy druga Hanna puściła jej dłonie,
Karna nadal wpatrywała się w klawisze i przyciskała tam, gdzie
wydawało jej się, że siedzi dźwięk.
A "Dziadek Noe" ponownie rozpłynął
się po pokoju.
*
Na komodzie w najbardziej wystawnym
salonie stało zdjęcie oprawione w zdobioną ramkę. Powiadali, że
to jej matka.
- To twoja mama Karna, po której nosisz
imię - rzekł tatuś. - Umarła, kiedy się urodziłaś.
Słyszała, jak powtarzał dokładnie to
samo raz za razem. Ale to był pusty dźwięk.
Takim dźwiękiem stała się dla niej
Kopenhaga. Tam ludzie umierali. I to była jej wina. Bo mówili: Kiedy
się urodziłaś.
Od czasu do czasu przyciągała sobie
krzesło i wdrapywała się na nie, żeby mama Karna mogła ją
zobaczyć. Prawie zawsze był w tym smutek.
*
Kiedy prawdziwa Hanna przyjechała do
domu w Reinsnes, zostało już postanowione, kiedy dokładnie ma wracać
do Strandstedet.
A Isak musiał jechać z nią. Spał
w izbie z Karną, chociaż był od niej większy. Jeśli gniewał się
na nią, szedł nocować do oficyny, do Stine i Tomasza.
Kiedy Isak był w dobrym humorze, nie był
wcale taki zły. Ale nie można było polegać na jego obecności. Kiedy
się rozzłościł, mówił, że jest mała i głupia. Nie podobało jej
się to. Ale cóż mogła zrobić. Pokopać w krzesło albo pójść
do stajni i poszturchać konie patykiem, aż rżały. O ile nikt jej
nie widział. Ale to niewiele pomagało.
Pewnego razu, kiedy Isak był na nią
zły, upadła. Wszyscy nadbiegli. Hanna również. Wtedy uciekł do
letniej obory i nie pokazywał się przez całe popołudnie.
Hanna spała w mansardzie od południowej
strony. Raz na zawsze tam, oświadczyła Oline. Brzmiało to tak, jakby
miało trwać długo. Gdyby tylko można było mieć pewność, że to
będzie trwało aż do świąt.
Ale pojechali wszyscy razem. Tatuś
również. Ze swoją wielką doktorską torbą.
*
Pewnego dnia, kiedy razem z tatusiem
trollingowali czarniaka, przez cały czas wydawał jej się ponury.
Wtedy powiedziała mu to.
- Niech Hanna wróci tu do domu
i wszystko będzie znów dobrze.
- Musi być w Strandstedet i szyć,
sama rozumiesz.
Hanna była jedyną znaną Karnie kobietą,
która samodzielnie podjęła decyzję, że chce mieszkać gdzieś
indziej. Robiła to, co chciała, i niczym się nie przejmowała.
Stine miała na to coś w rodzaju
wyjaśnienia i mawiała:
- Hanna robi to, co sama czuje.
Karna rozumiała to w ten sposób,
że skoro Hanna chciała siedzieć w Strandstedet z ustami pełnymi
szpilek, to siedziała i już.
Pomijając tę sprawę, niełatwo
było pojąć, co lubi i czuje Hanna. Czasami lubiła Karnę. Ale nie
zawsze. Ale nawet Isaka nie zawsze lubiła.
Wtedy Oline orzekła:
- Chłopak powinien mieć ojca.
*
Kiedyś Hanna często przyjeżdżała do
Reinsnes. Tatuś i ona zaśmiewali się do rozpuku wieczorami. Słyszała
to ze swojej izby.
Pokonywali się nawzajem w warcaby
i szachy. Ale to były tylko pionki na planszy.
Pewnego razu wdrapała się na korytarz
prowadzący do strychu, a Hanna stała tam przed szafą z bielizną
i czegoś szukała. Wtedy Karna zobaczyła, że tatuś też tam
jest.
Miała wrażenie, że walczą ze sobą
w półmroku. Ale chyba tego nie robili. Kiedy ją zauważyli, zaczęli
do niej bardzo słodko przemawiać. Oboje naraz.
Nie była do końca pewna, czy zdarzyło
się to przed nastaniem tej drugiej Hanny, czy po. A może i wtedy,
i wtedy.
*
Oline mawiała:
- Kiedyś w Reinsnes było za dużo
bab, a teraz jest zbyt mało.
Karna rozumiała doskonale, że mówiła
tak dlatego, że nie było w domu prawdziwej Hanny.
Pewnego dnia przy ładnej pogodzie tatuś
zabrał ją ze sobą na łódkę. Płynęli strasznie szybko. Wszystko
było takie łatwe. Wtedy to powiedziała:
- To nie moja wina, że
wyjechała.
- Pewnie, że nie, a skąd ci to
przyszło do głowy? Oczywiście, że to nie twoja wina!
Wypowiedział to gdzieś w stronę
otwartego morza. Głos miał tak miękki, że aż mu się łamał.
- Wobec tego czyja to była wina?
- Moja.
- Bo byłeś taki niedobry?
- Tak, byłem bardzo niedobry!
- Czy ona wróci?
- Tego nie wiem.
- A możesz ją poprosić...?
- Hm...
- Nie chcesz?
- To nie takie łatwe.
- Czy nie mogłaby ci się do czegoś
przydać?
Wtedy roześmiał się, chociaż nadal
sprawiał wrażenie smutnego.
- Nie wiem, jak to ze mną
będzie...
Wtedy Karna się przestraszyła, bo
zdawała sobie sprawę, o czym myśli. O podróży. Dalekiej.
*
Tego dnia, gdy tatuś przyszedł
i powiedział, że będzie miał praktykę w Strandstedet, Karna nie
pojęła od razu, że będzie tam również spał.
Kiedy nie pojawił się przez cały dzień
i noc, i ciągle jeszcze nie wrócił do domu następnego wieczora,
zapytała Oline, gdzie śpi.
- Śpi w izbie na tyłach gabinetu
w Strandstedet.
- Tatuś ma mnie karmić - krzyknęła
wtedy.
Powiedzieli jej, że to niemożliwe. Skoro
tak, to nie było powodu, żeby jeść.
Przez dwa dni Oline, Stine i służące
na zmianę próbowały wcisnąć jej coś do jedzenia. Gdy Oline w końcu
wmusiła w nią owsiankę, Karna zwróciła ją od razu na stół.
A jednak nie chcieli jej dać spokoju
i ciągle marudzili. Wtedy wspięła się na blat kuchenny i tak
długo wpatrywała się w zachodzące słońce, aż porwała ją pieśń
morza.
Stine miała skrzynki rozstawione dookoła
na polu i nad brzegiem wody. Mieszkały w nich jej edredony w czasie
wysiadywania jaj, z których miały wyjść kaczęta.
Kiedy minęło więcej dni, niż Karna
była w stanie policzyć, a tatuś nadal nie wrócił, poszła do
skrzynek i wypłoszyła dorosłe kaczki. Potem zaczęła deptać
jajka. Nie jedno ani dwa. Wiele.
Z niektórych wypłynęła tylko
obrzydliwa breja. Inne miały pazury, dziób i niebieskawą
skórę. Oglądała je dokładnie, pomagając sobie patykiem.
W takiej sytuacji zastał ją
Tomasz. Rozgniewał się okropnie i zawlókł ją do Stine.
- Tatuś, mój tatuś! Ma wrócić! -
zawołała, tupiąc w podłogę.
Bała się tak strasznie, że zęby jej
szczękały.
Wówczas Stine zrobiła coś
niespodziewanego. Wzięła ją na kolana i powiedziała:
- Moje biedne dziecko!
Wtedy wszystko z niej popłynęło. Górą
i dołem. Doszła do siebie, czując drewniany patyk w ustach. Spocona
i zmarznięta, leżąca na ławie w oficynie.
Stine zajęta była wiązaniem szarej,
wełnianej nitki na jej przegubie, odmawiała Ojcze
nasz.
Nie wolno jej było zgubić tej
nitki. Nigdy.
Dzięki temu miało być jej lżej unieść
Dar. Żeby nie musiała już przygryzać sobie ust.
Darem nie była nitka, tylko jej
upadki.
*
Siedziała na kolanach Stine i rysowała
martwe kaczęta. Okropnie czerwone i niebieskie. Będzie mogła
postawić ten obrazek w największym salonie na komodzie obok martwej
Karny. Żeby kogoś miały.
Stine śpiewała jej o ptakach, które
są wolne i uleciały w ciemną noc ku chmurom, żeby dać małym
dziewczynkom puchowe kołderki do spania.
*
Następnego dnia tatuś wrócił do
domu. Po wysłuchaniu opowieści o edredonach i napadzie stwierdził,
że najlepiej byłoby, gdyby Karna jeździła razem z nim do
Strandstedet.
Oline i pozostałe kobiety były
przerażone takim brakiem rozsądku u dorosłego mężczyzny.
- Skoro przyjechaliśmy we
dwójkę z Kopenhagi do Reinsnes, to chyba do Strandstedet też damy
radę. Możemy przecież zatrudnić gosposię - rzekł.
- Popłyniemy łodzią i znajdziemy
sobie jakąś Hannę - oświadczyła Karna.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Ale nigdy nie stało się tak,
żeby pojechała z ojcem do Strandstedet i tam nocowała. Jeśli
zadawała pytania, odpowiadali jej, że tatuś najpierw musi zarobić
trochę pieniędzy, żeby mógł sobie pozwolić na wynajęcie gosposi
i niani.
Do tego czasu musiała po prostu pogodzić
się z tym, że będzie nocował w Strandstedet.
Kiedy tatusia nie było przez wiele dni,
chowała się w głąb siebie i stawała nikim. Albo rzucała się
w objęcia pieśni morza.
*
Czasami, kiedy tego potrzebowała,
czuła, jak mama Karna opuszcza swoje zdjęcie i jej dotyka. Nie na tyle
wyraźnie, żeby mogła stwierdzić, że naprawdę tak było. I nigdy
w czyjejś obecności. Tylko kiedy wpadała w pieśń morza. Żeby
Karna mogła trafić do domu.
Pewnego razu, gdy była zła na tatusia za
to, że musi jechać do chorych, powiedziała mu, że jest głuptasem,
skoro uważa, że mama stojąca na komodzie za swoim szkłem jest
cokolwiek warta.
Zgodził się z nią. Ale nic z tym
nie zrobił.
Nikt inny nie jeździł dookoła z wielką
czarną torbą pełną małych brązowych buteleczek i śnieżnobiałych
ściereczek, ani też nie siadywał przy szklanej witrynce, lecząc
ludzi.
Ale on należał tylko do niej.
Pojęła szybko, że bardziej lubi panie
niż panów. Coś było w sposobie, w jaki na nie patrzył. W jego
głosie. Przyjeżdżały do Reinsnes, jeśli wiedziały, że doktor
jest w domu.
Miała wrażenie, że nie wszystkie są
równie chore. Nie zostawały na długo.
*
Przy dobrej pogodzie zaczął zabierać ją
na wizyty do chorych. Potrafiła siedzieć godzinami, pilnując łódki,
a on w tym czasie chodził od domu do domu. Wiedziała, że zawsze
prosił kogoś, aby miał ją na oku. Ale rzadko ich widywała.
W jednym miejscu była tylko mała szopa
i ziemianka.
Kiedy zapytała, dlaczego nie mają w tym
gospodarstwie innych budynków, odparł:
- Bo budowa domu jest bardzo
droga.
- To dlaczego mamy tak dużo budynków
w Reinsnes?
- Bo w dawnych czasach właściciele
Reinsnes byli bogaci.
- Dlaczego ty nie jesteś bogaty,
żebyśmy mogli wybudować sobie dom w Strandstedet?
- Bo ja nie bardzo umiem zarabiać
pieniądze. Ale ty będziesz umiała, dokładnie tak jak Dina.
- Dlaczego Diny nie ma
w Reinsnes?
- Bo miała ochotę rozejrzeć się
po świecie.
- A kiedy przestanie to robić?
- Tego nie wiem.
- W Reinsnes jest za mało bab. Możesz
ją poprosić, żeby przyjechała?
- Prosiłem.
- No to nie prosiłeś dość
mocno!
- Być może - odparł.
- Czy ona jest dobra?
Zastanawiał się przez chwilę,
uśmiechając się do siebie.
- Nie dla wszystkich. Dla mnie nie
była taka zła. Ale surowa.
- Dla mnie też będzie?
- Nie, nie sądzę.
- No to możesz poprosić ją jeszcze
raz.
- Spróbuję. Możesz zrobić dla
niej rysunek?
- Martwych kaczek?
- Nie, lepiej żywych.
- Mają ładne kolory... te martwe
- stwierdziła.
W tym momencie musiał zrobić zwrot
i przerzucić żagiel. Miała w tym
czasie siedzieć spokojnie i nic nie mówić. Ale kiedy już skończył,
wiedziała, co chce powiedzieć.
- Chyba nie byliście dla niej
specjalnie dobrzy, skoro musiała wyjechać.
- Skąd ci to przyszło do
głowy?
- Zastanawiałam się nad tym.
- No a kto miałby być tym
niedobrym?
- Nie wiem?
- Niektórzy tak mają, że muszą
ciągle być w drodze - rzekł.
- Ty też?
- Kto wie.
- Ale nie wyjedziesz!
Nie odpowiedział od razu.
Kiedy nabrała powietrza, w piersi czuła
odłamki szkła.
Wtedy odrzekł, patrząc na morze:
- Powiem ci o tym dużo
wcześniej.
Wówczas wstała, obiema dłońmi chwyciła
jeden z wielkich kamieni balastowych i chciała wyskoczyć z nim za
burtę, prosto w objęcia pieśni morza.
Kiedy rzucił się przed siebie, żeby ją
złapać, łódka o mało się nie przewróciła. Przeklął głośno,
okropnie zły.
Przez krótką chwilę, kiedy nie trzymał
wioseł, łódka zeszła z kursu. Ponowne złapanie wiatru w żagle
zajęło całą wieczność.
- Jesteś brzydki, kiedy się złościsz
- stwierdziła.
- Ty tak samo, kiedy chcesz skakać
do morza.
A po chwili:
- Chodź tutaj i usiądź przy
mnie!
Podpełzła tyłem i przytuliła się
do niego. Wtedy to poczuła. Serce.
- Tatusiu, twoje serce chce
wyjść.
- Przestraszyło się, że cię
straci. Ale teraz żeglujemy znów razem.
Skinęła głową.
*
Wokół panowała osobliwa cisza. Nie
słychać było nawet odgłosu jej siusiania.
Nie włożyła na nogi stojących pod
łóżkiem filcowych kapci, chociaż podłoga była zimna. Wsunęła
tylko nocnik na miejsce, nadsłuchując jakiegoś dźwięku w śpiącym
domu. Okno w głębi izby jaśniało szarością. Nawet morza nie było
słychać.
Otworzyła drzwi do kuchni i przy stole
dojrzała sylwetkę Oline. Siedziała pochylona nad swoim kubkiem
z kawą. Jeden policzek miała oparty tak nisko, że spoczywał
w całości na przedramieniu. Noski kapci sterczały pod stołem każdy
w swoją stronę.
Karna zbliżyła się do niej z boku,
żeby zobaczyć, co takiego Oline ogląda aż tak dokładnie, że musiała
położyć głowę na stole.
Objęła ją, usiłując dostrzec to coś,
na co patrzyła Oline. Ale nie było tam niczego niezwykłego. Nawet
najmniejszego ptaszka w karmniku za oknem.
Poranne słońce nie dosięgło jeszcze
pokrywy studni, a parobek nie wypuścił kur. Trawa wokół gołębnika
mieniła się srebrem od nocnego deszczu, a ptaki mieszkające
w drzewach tworzących aleję jeszcze spały. Może ciągle była
noc?
Przytuliła się do Oline, chcąc wejść
jej na kolana.
Wtedy to się stało. Oline upadła
na płask jak szmaciana lalka. Jej twarz i górna połowa ciała
leżały teraz rozciągnięte na stole. Zupełnie bezwładnie. Jakby
nadal spała.
Karna szturchnęła ją, usiłując
zwrócić na siebie uwagę. Ale Oline na nią nie spojrzała. Wtedy
szturchnęła ją ponownie. Jak zawsze, w miejscu, gdzie dziabnął
ją palec Karny, powstał dołeczek.
Wtedy zdarzyło się to
ponownie. Oline ześlizgnęła się ze stołka i z wielkim hałasem
upadła na podłogę. Z rękami ponad głową, zamiast się nimi
podeprzeć. Dźwięk, który rozbrzmiał, przypominał odgłos uklepywania
wielkiego ciasta chlebowego.
Kiedy jej głowa uderzyła w podłogę,
zaśpiewały szyby w oknach i filiżanki w kredensie.
Oline zupełnie się tym nie
przejęła. Po prostu sobie leżała. Chudy biały warkoczyk trochę
jej się rozplótł. Leżał teraz niczym mała miotełka, obwiązana
kawałkiem białej nitki do szycia.
Jedna dłoń zwrócona była wnętrzem
do góry. Jakby Oline chciała coś dostać i czekała na to.
Karna dała jej maślany obwarzanek
z półmiska na stole i stała obok wyczekująco.
Ale Oline nie wzięła go porządnie do
ręki. Tylko wpatrywała się weń tam z podłogi. Z obcymi oczami i na
wpół uchylonymi ustami. Jej twarz była jakby zbyt wyraźna.
Serce Karny zaczęło walić. Najpierw
przyspieszyło. Potem ruszyło jak młot. Waliło bez przerwy. Stopom nie
można już było ufać, więc położyła się obok Oline. Pozostała
tam, a czas rozpłynął się dookoła.
W końcu uniosła dłoń i położyła
ją na piersi Oline.
Wtedy poczuła ciszę. Była ogromna jak
całe niebo. Większa nawet niż pieśń morza.
[1] Fragmenty Pisma Świętego są cytowane za
Biblią Tysiąclecia. (Wszystkie przypisy w książce
pochodzą od tłumaczki).