Dziewięć dni po nocy świętojańskiej 1890 roku. Osiem dni po tym, jak główny budynek w Reinsnes doszczętnie spłonął, a dwie osoby zginęły.
Wielki kamienny kościół w Strandstedet pękał w szwach. Kopuła otulała ludzi swym chłodem. Słowa. Trumna. Jeden, wspólny oddech.
Odgłos lekkich kroków w nawie głównej. Szelest letnich pantofli na chodniku. Karna szła od strony prezbiterium w dół kościoła. Przystanęła przy drzwiach. Ludzie siedzący w ławkach nie mieli odwagi się odwrócić. Nie przewracali kartek w śpiewnikach. Nie poruszali stopami. Organista nie uniósł rąk. Organy nie wydały z siebie ani jednego dźwięku.
Potem zaskrzypiały zawiasy starych, dębowych drzwi. Słoneczne światło wpłynęło do środka, ale żaden promień nie dosięgnął trumny, która stała na podwyższeniu w prezbiterium. Pastor, Johan Gr?nelv, był jedynym człowiekiem, który stał zwrócony w taki sposób, że mógł zobaczyć drganie powietrza w przedsionku kościoła. Jako jedyny widział dziewczynę stojącą w otwartych drzwiach. Drobną, ubraną na czarno postać prześwietloną słońcem.
Czy był przygotowany?
Zwlekał przez chwilę z daniem znaku mężczyznom, którzy mieli wynieść trumnę. Siedzieli jak sparaliżowani. Nikt nie patrzył na innych. Woskowe świece rozstawione na ołtarzu i w prezbiterium migotały. Wypalone czarne knoty usilnie podtrzymywały płomień.
Czas da się mierzyć. Ale w tym celu ktoś musi wpaść na pomysł, żeby go rejestrować. Ci, którzy mieli kieszonkowe zegarki, oczywiście ich nie wyjmowali. Nie można było otwarcie przyznać, że w Domu Bożym rozmyśla się o godzinie. Tym bardziej więc czekano na uderzenie dzwonów.
Nikt nigdy wcześniej nie był świadkiem takiej mowy pogrzebowej. I to wygłoszonej przez dziewczynkę. Można było zapałać wielkim oburzeniem z powodu naruszenia największych świętości albo poczuć się oszukanym, zważywszy że nikt wcześniej nie wiedział, kim zmarła naprawdę była. Ale nikomu nie przyszło to do głowy. To było zbyt nieprawdopodobne. Zanadto szokujące. A w tym wszystkim czas płynął tak, jak zawsze.
Aż do chwili, gdy stojąca w otwartych drzwiach dziewczyna się odwróciła. Jej twarz była jak pokryta woskiem tektura, oczy miała szeroko otwarte. Światło dobiegające z tyłu pochłonęło czerwoną barwę włosów z wyjątkiem jednego niesfornego kosmyka, który nie pozwolił się ujarzmić w warkoczach. Miękka, jaśniejąca czerwienią korona cierniowa.
Pastor w i d z i a ł ją i skinął głową w kierunku organisty. Ale zanim uderzyły organy, od strony otwartych drzwi dobiegł donośny okrzyk.
- Wynieście babcię Dinę!
*
Karna nie czekała, aż spełnią jej polecenie, zeszła od razu po kamiennych schodach i minęła omszałe nagrobki i kute krzyże. Wyszła przez wrota w cmentarnym ogrodzeniu. Minęła konie i wozy. Fiakr rzucił jej zdumione spojrzenie, a potem przeniósł wzrok na kościelne schody, żeby upewnić się, czy ceremonia dobiega końca.
Droga z kościoła nie była wcale krótka. Brzozowe zarośla, spowite mgiełką nadchodzącego lata, pochylały się nad nią z każdej strony. Stawiała zdecydowane kroki, szła lekko pochylona do przodu, z oczami utkwionymi w kamienistą drogę. Nie chciała iść obok koni ani ludzi. Wiedziała, że odtąd zawsze już tak będzie. Musiała iść samotnie. Już nie istniała. I s t n i a ł y tylko słowa, które wypowiedziała w kościele. Wiedziała też, że morderczyni nie może zostać pochowana w poświęconej ziemi.
Nigdy wcześniej nie pokonywała pieszo drogi do hotelu Grand. Kiedy tak szła, z dłoni zwieszały jej się o wiele za długie rękawy czarnej, żałobnej sukienki. Nie przeszkadzało jej to. Nie zamierzała do niczego używać rąk. Wszystko już zostało zrobione. Głowę wypełniała jej pajęczyna. Niosła ją ostrożnie na szyi. Pochyliła ją lekko, żeby mogła oprzeć się o pierś. Czuła, jak w środku poruszają się te wszystkie stworzenia. Uwięzione w pajęczynie. Rój pełzających robaków. Bały się i usiłowały znaleźć u niej schronienie. Ale teraz nie biegały już tak gwałtownie jak wtedy, kiedy jechała do kościoła.
Nie wiedziała, czy spotkała w Strandstedet jakichś ludzi, bo nikogo nie dostrzegała. Przeszła przez niebieskie drzwi i znalazła się w środku. Pokonała wszystkie schody prowadzące do izby, w której zawsze spała, nocując u babci. Dzisiaj nikt na nią nie czekał. Zasłony były zaciągnięte, a okno zamknięte. Nad białą komodą wisiało lustro w pozłacanej ramie. Zobaczyła w nim nieistniejącą twarz.
Usiłowała przypomnieć sobie te słowa, ich kolejność. Jakby to była jakaś formuła matematyczna lub nuty, według których można było zagrać. Właśnie, zagrać z nut. Ale słowa jej się wymykały. Ich rytm był jej obcy. Wetknęła dłoń do kieszeni sukienki i wyjęła z niej kartkę. Rozłożyła ją. Wszystko tam było napisane. Na kartce jeszcze mokrej od jej dłoni.
Zmarli nie mogą mówić. Zgodnie z życzeniem mojej babki przejęłam po niej całe dziedzictwo. Również jej wyznanie grzechów.
Ale to zbyt wiele dla mnie samej. Proszę więc o zrozumienie dla słów, które zaraz padną.
Tutaj, przy trumnie mojej babki, przed Bogiem i wszystkimi ludźmi, proszę o łaskę i wybaczenie za otrzymane dziedzictwo.
Gdyż ja, Karna Gr?nelv, przekazuję tę oto wiadomość od zmarłej:
Ja, Dina Gr?nelv Bernhoft, z domu Holm, w listopadzie tysiąc osiemset czterdziestego czwartego roku wiozłam Jakuba Gr?nelva przez góry do lekarza. Własnymi rękoma spowodowałam upadek sań w przepaść, powodując w ten sposób jego śmierć.
W październiku tysiąc osiemset pięćdziesiątego siódmego roku, na wrzosowiskach na południe od Reinsnes, zastrzeliłam ze sztucera Rosjanina Leo Żukowskiego, powodując jego śmierć.
Wyznaję swoje winy.
Proszę jednak o to, żeby moje ciało zostało wyzwolone.
I oddane morzu.
*
Kościelne wzgórze. Anna zatrzymała Beniamina i usiłowała mu coś powiedzieć. Ale on nie rozumiał, czego od niego chce. Objął ją tylko ramieniem. Mocno. Nie był w stanie nikomu spojrzeć w oczy. Większość osób ustępowała mu z drogi, unikając kontaktu. Nieliczni podeszli do niego i coś wymamrotali. Ale on tego nie słyszał. Tylko kiwał głową. Twarze rozmywały mu się przed oczami. Wszystkie poza twarzą Johana, który stał samotnie w swoim ornacie. Pojął nagle, że Johan musiał wiedzieć. Że to Johan stał za tym wyznaniem.
- Nie widzę nigdzie Karny. Musimy ją znaleźć - rzekła Anna i pociągnęła go za sobą.
- Tak! - odparł i ruszył, potem przyspieszył, a po chwili zaczął biec. Najpierw do toalety. Potem do zakrystii. Na cmentarz. Do wozowni. Na wzgórza przy plaży. Anna biegła za nim z żałobną woalką powiewającą wokół kapelusza i ramion. Za nią śpieszył Johan. Wyczyszczone do połysku, amerykańskie buty zaplątały mu się w ornat, a pot przesączał się przez ciasną kryzę wokół szyi.
Letnie słońce prażyło, a ptaki radośnie ćwierkały w zaroślach.
*
Tego czerwcowego dnia młody Peder sadził długimi susami w górę żwirowej drogi prowadzącej do doktorówki, żeby znaleźć Karnę. Z każdym krokiem, podbiegając i dysząc, ćwiczył, co ma powiedzieć. Powtarzał od nowa każde słowo.
- Jesteś taka odważna, najodważniejsza ze wszystkich! Nie miałbym dość odwagi, żeby zrobić to, co ty. Zawsze chowałem się w najciemniejszym kącie i pochylałem głowę. Za to ty! Możesz być dumna z tej mowy. Wszystko zostało ujawnione. Chciałbym być równie odważny i powiedzieć wszem wobec, że mój brat pobił Hannę do nieprzytomności. Że zabił dziecko w jej brzuchu. Było nas kilkoro, którzy o tym wiedzieli i powinni byli zaświadczyć. A gdybyśmy to zrobili? I wszystko wyszłoby na jaw. Czy będziemy razem dawać świadectwo złu, Karno? Wobec wszystkich, którzy n i e c h c ą w i d z i e ć !
Właśnie tak ćwiczył. Jego wargi się poruszały i gdzieś w głębi głowy słyszał własny głos.
Doktorówka nie była zamknięta, ale dom stał pusty. Karny nie było. Ani nikogo innego. Nie tracąc czasu na zdejmowanie butów, przebiegł przez cały dom, ale nigdzie jej nie znalazł. Zapomniał już o słowach, które sobie przygotował, zapomniał o wszystkim innym i był teraz tylko psem tropiącym, który musi ją znaleźć, zanim coś się zdarzy. Czym mogło być to c o ś, nie do końca był w stanie sobie wyobrazić. Pomijając padaczkę, nie było na świecie niczego ani nikogo, kto mógłby chcieć jej krzywdy. A mimo to biegnąc, miał uczucie, że nie ma czasu wciągnąć powietrza. Oddychaniem będzie mógł się zająć innego dnia, kiedy wszystko na świecie wróci już do normy.
I kiedy tak w pośpiechu przemierzał pokoje, przyszło mu nagle do głowy, gdzie ona może być.
Kiedy Peder dobiegł do Grandu, z butami w ręce poszedł prosto do części prywatnej. Z salonu dobiegały głosy. Nikt nie powinien zobaczyć, że jego buty stoją w wejściu, bo mógłby przybiec, żeby go powstrzymać. Wiedział, że nie należy do kręgu osób, które zaprasza się do środka i informuje o wszystkim. Nie dlatego, żeby chcieli go od niej izolować, tylko dlatego, że nie przyszłoby im to do głowy. Nie w tej sytuacji. Mieli dość swoich zmartwień. Ale on tylko robił to, co było konieczne. Wślizgnął się cicho po schodach i otworzył drzwi do izby, w której zawsze spała, kiedy nocowała u Diny.
Siedziała na krześle zwróconym tyłem do niego, twarzą do okna. Była owinięta zielonym, wełnianym szalem, jakby marzła. Jemu zaś było o wiele za gorąco. Przyszło mu do głowy, że być może narusza jej prywatność, wpadając tak z impetem, bo jej czarna, żałobna sukienka leżała na łóżku. Pod szalem miała na sobie tylko bieliznę. Splątane rude włosy spływały jej na plecy, jakby dopiero co wstała z łóżka.
Odchrząknął i zamknął za sobą drzwi.
- Karno - szepnął ostrożnie.
Kiedy się odwróciła, spojrzenie, które napotkał, było - puste. Doznał nieprzyjemnego uczucia. Trudno mu było oddychać. Patrzyła wprost na niego, ale na wskroś, i dalej na wylot przez drzwi, które miał za sobą. Podszedł do niej i chciał położyć jej dłoń na ramieniu, okazać bliskość. Zrobić cokolwiek, żeby dała mu znak, że widzi, że to on, Peder, jest przy niej.
Wtedy gwałtownie wstała i zatrzymała go gestem uniesionych dłoni, które zwróciła wnętrzem do niego. Szal zsunął jej się z ramion i okalał teraz bose stopy. Przez cały czas patrzyła przez niego na wskroś. Poczucie samotności, czy cokolwiek to było, przypomniało mu ten dzień, kiedy jego matka nagle umarła.
- Karno ... - spróbował ponownie. Ale ona trwała nieporuszona. Wymówił swoje imię. Czekał. Ale ona tylko stała i patrzyła niewidzącym wzrokiem, jakby w ogóle go tam nie było.
Kiedy usłyszał na schodach czyjeś kroki, poczuł niemalże ulgę. To było więcej, niż był w stanie unieść samotnie.
Peder czuł taki smutek, że nie był zdolny go udźwignąć. Ale też nie mógł go tak po prostu odrzucić, bo przecież chodziło o n i ą. Próbując zapanować nad nim, zaczął wędrować. Przeszedł przez górę nad Strandstedet. Mijały godziny, a on nie myślał o niczym innym poza tym jej pustym spojrzeniem. Widział je w gwiazdach na niebie prześwitujących przez zarośla. W omszałych kamieniach. W kwiatach rosnących wzdłuż ścieżki i wszędzie dookoła. W chaotycznych warstwach chmur i w zachodzącym słońcu. Ciągle był czerwiec i nigdzie się nie spieszyło. Światło było bezbożne, przeszywające, bezwstydne i wszechobecne. Niebo było jednym wielkim, jaśniejącym piekłem.
Napił się wody ze strumienia i pomyślał, że powinien ruszyć z powrotem w dół, ale nie zrobił tego. Peder stracił poczucie, że dojście dokądkolwiek ma sens. Po prostu szedł przed siebie. W którymś momencie w głowie wyłoniła mu się myśl, że gdyby Dina Gr?nelv żyła, to mógłby z nią porozmawiać. Ona była osobą, która potrafiła działać i znajdować rozwiązanie tam, gdzie inni dawno się poddali. Wspiął się na kolejną skałę, a potem usiadł pod skalnym nawisem. Po pewnym czasie jego twarde, młode ciało wyciągnęło się na ziemi.
Obudził się dopiero, kiedy słońce zanurzyło się w morzu i ruszyło z powrotem do góry. Niezależnie od tego, ile godzin minęło, nic się nie zmieniło. Spojrzenie Karny tkwiło w zamglonym, białym oku słońca i go nie rozpoznawało.
*
Wiolonczela babci? Słyszała ją, ale nie pojmowała, co gra? Z wściekłością wybijała najniższe, głębokie tony. Usiłowała rozsadzić jej głowę. Potem dotarło do niej, że tylko ona ją słyszy, nikt inny.
Usiadła na łóżku i otworzyła oczy. Światło było takie ostre. Przez okno wpadł wiatr i szarpał haczykami okiennymi. Zasłona nie mogła tego znieść, więc ustąpiła mu miejsca.
Chyba już wszystko zostało zakończone. Bez niej. To pewnie dlatego tatuś właśnie stanął w drzwiach. Mężczyzna w czarnym ubraniu. Wyciągnął do niej ramiona i podszedł bliżej.
- Dzięki Bogu, jesteś tutaj! - zawołał i usiadł ciężko na brzegu łóżka. Wydobywały się z niego dziwne dźwięki.
- Czy teraz popłyniecie wrzucić babcię do morza? - chciała zapytać, ale nie była w stanie.
- Przestraszyłaś nas. Nie powinnaś była tak po prostu uciekać, sama rozumiesz. Ale Bogu dzięki, że wszystko dobrze! - powiedział i mocno przycisnął ją do siebie.
- Czy mam popłynąć z wami? - znów chciała zapytać, ale żadne słowo się z niej nie wydobyło.
- Nie! Tylko szyper, Johan i ja - powinien odpowiedzieć, ale tylko ją przytulał i szlochał.
- Chyba powinnam popłynąć z wami - zamierzała odrzec pogodnym głosem, ale nie dała rady.
- Nie, lepiej odpocznij! - powinien był na to odpowiedzieć, ale co do tego nie miał pewności.
Tył jego głowy z białym kołnierzykiem na karku i odświętnym czarnym garniturem poniżej odbijał się w lustrze ze złotą ramą. Włosy. Przetykane siwizną. Loki zwisały bez życia. Głowa opadała do przodu, jakby nie miał siły utrzymać jej wyprostowanej.
- A kto zaśpiewa psalm, jeśli mnie tam nie będzie? - chciała zapytać.
- Ja to zrobię - powinien był odpowiedzieć, chociaż na twarzy miał tylko cień uśmiechu.
- Nie ma mowy! Nie potrafisz śpiewać - odparłaby ona, szturchnęła go w bok i się zaśmiała.
Ale płakał tak strasznie, że nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa.
- Wszystko stało się tak szybko - mogłaby rzec. Mogłaby go zapytać, dlaczego babcia sama nie powiedziała tego wszystkiego przed śmiercią. Na długo przedtem, zanim potworny ból zmusił ją do zrozumienia, że za chwilę umrze. Zanim po nią posłała i z trudem wydobyła z siebie całą swoją opowieść. O mężu Jakubie i saniach, które spadły w przepaść. O Rosjaninie Leo na wrzosowisku. Babcia, która w każdej innej sprawie była taka odważna i mówiła ludziom wprost różne rzeczy, przemilczała to, co najważniejsze. Milczała, bo bała się wyroku? Uwięzienia? I dlatego ona, Karna, musiała odegrać rolę świadka?
Mogłaby go zapytać.
- Czy to jest tak, że nakładacie na mnie rolę świadka? Ty też, tatusiu? Czy chcesz, żebym to ja opowiedziała Annie o tobie i Hannie? Czy po to się urodziłam? Żeby zostać tą, która zaświadczy?
Ale to wszystko zniknęło. Bo w końcu mogła się poddać i upaść.
*
Morze połyskiwało w oddali, a słabe fale unosiły jego wody. Krople deszczu tworzyły na powierzchni ulotne kręgi. Powstawały ciągle od nowa, od każdej kolejnej kropli zasysanej w głębinę. Horyzont ze wszystkimi swoimi odcieniami szarości zdawał się nieskończony.
Nie było widać lądu. Ani mew.
Beniamin opuścił żagiel. Łódź była stabilna i szeroka i powoli wytraciła prędkość. Jasny dziewczęcy głos niósł się daleko po wodzie; chociaż pojmował, że Karny tam nie ma, to jej głos perlił się nad falami i znikał w szczelinie między niebem a morzem. Później nigdy już nie był w stanie przypomnieć sobie, co takiego śpiewała, kiedy trumna przez krótką chwilę, zanim ją puścili, balansowała na relingu. I nie mógł przecież jej o to zapytać. Nigdy. Chwilę potem rozległ się dźwięk, którego tak się obawiał. Wielkiej wody rozstępującej się pod ciężarem drewnianej trumny z ciałem Diny. Siedem ogromnych kamieni towarzyszyło jej w drodze w głębinę.
Później kręgi rozchodziły się coraz spokojniej, wciąż dalej i dalej. Aż w końcu dotarły do jego oczu i pozostały tam już na zawsze.
Cisza. Pokład łodzi unosił się i opadał pod jego stopami. Nie na tyle, żeby musiał się czegoś przytrzymać albo rozstawić nogi. Tylko tyle, żeby pojął, że ziemia głęboko pod nim się poruszyła. A prądy i wiatr podążały swoimi szlakami, tak jakby nic się nie zdarzyło.