Trylogia Death Bringer (#3). Wojna z Kandrok - Adrianna Biełowiec

Kup ebooka

45.00 zł
37.68 zł (37,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słownik słów kandrockich i po­jęć powiązanych z nadkolektywem

Po­niż­sze tłu­ma­cze­nie to forma przy­bli­żona, wiele słów nie ma bo­wiem od­po­wied­nika w ludzkiej kul­tu­rze, zwłasz­cza do­ty­czy to stopni woj­sko­wych (struk­tura woj­ska avo­rów wy­gląda zu­peł­nie ina­czej, oparta jest na ko­lek­tywach, po­nadto nie­wiele wia­domo na te­mat za­kresu dzia­łań nie­któ­rych stopni). Kan­drok nie znają in­ter­punk­cji, róż­nie ak­cen­tują słowa, także ich odmiana jest nie­re­gu­larna, a więk­szość nie od­mie­nia się. Doda­nie zna­ków in­ter­punk­cyj­nych służy za­tem uła­twieniu czy­tania. Wy­razy pi­sane ze słu­chu (pi­smo kan­droc­kie nie­wiele ma wspól­nego z ludz­kim).

Stop­nie woj­skowe Kan­drok (we­dle rangi od naj­niż­szej):

Side - młod­szy żoł­nierz po re­kru­ta­cji, wy­ko­rzy­sty­wany do naj­gor­szych prac.

Nako - do­świad­czony młod­szy żoł­nierz, zaj­muje się szko­le­niem side. Może do­wo­dzić ma­łym od­dzia­łem.

Midu - bar­dziej do­świad­czony żoł­nierz. Dowódca kilku od­dzia­łów.

Umen - młod­szy pod­ofi­cer (kon­kretna funk­cja nie­znana).

Kabo - pod­ofi­cer (kon­kretna funk­cja nie­znana).

Ondo - ofi­cer, do­wódca ma­łego okrętu za­ło­go­wego.

Rici - do­wódca eska­dry, na lą­dzie kom­pa­nii.

Xepo - do­wódca kilku eskadr lub ba­ta­lionu (for­ma­cje po­wią­zane z ko­lek­ty­wami; użyte ludz­kie od­po­wied­niki pełnią je­dy­nie funk­cje ob­ra­zowe).

Troh - do­wódca floty.

Lyyh - naj­wyż­szy sto­pień woj­skowy, ma pod sobą do­wód­ców floty. Ko­or­dy­nuje dzia­ła­nia wojenne.

+

Eli­tarni/Elita - ko­lek­tyw uprzy­wi­le­jo­wanej straży przy­bocznej gerhy. Pod­czas walk Eli­tarny pełni funk­cję wy­so­kiego ofi­cera. Za­wsze mają po­stać Wy­zwolonego albo wyż­szego cy­borga (wię­cej me­talu niż tkanki w ciele). W pew­nych oko­licz­no­ściach, na po­le­ce­nie gerhy, na­wet lyyh słu­chają ich po­le­ceń. Człon­ko­wie Elity jed­no­cze­śnie przy­na­leżą do swo­ich pier­wot­nych ko­lek­ty­wów, z któ­rych się wy­wo­dzą, choć już nie uczest­ni­czą w ich spra­wach, mają je­dy­nie z nimi po­wią­za­nie po­przez Jed­ność.

Gerha - władca Kan­drok. Uwa­żany za wcie­le­nie Nio­są­cego Świa­tło, boga avo­rów, nie­raz za sa­mego boga albo je­dy­nego z nim łącz­nika. We­dług zwy­czaju gerha po­wi­nien mieć po­stać stu­pro­cen­to­wej ma­szyny, jest więc Wy­zwo­lo­nym.

***

Affe­ris - flota albo duża grupa okrę­tów wo­jen­nych.

AMP - wieża am­pli­fi­ka­cyjna/am­pli­fi­ka­tor neu­ro­sy­gnału woli gerhy. Na pla­necie Ase­phor' Ce­ro­tis znaj­dują się trzy.

Demo - sta­tek ko­smiczny.

Devoka - okre­śle­nie lu­dzi.

Diar­duk - stop Kan­drok. Uży­wany też do cy­bor­gi­za­cji.

Dikrah - cykl; ka­len­da­rzowy "rok" w wieku avora. Jed­nostka wy­dzie­lona sztucz­nie. Nie po­krywa się z ro­kiem astro­no­micz­nym huva, bo ten ostatni jest dłuż­szy od di­krah.

Domo - chcesz.

Er­grih - do­wódca, prze­ło­żony.

Gah­reka - prze­kleń­stwo z ka­te­go­rii "do dia­ska".

Gefombe demo - wielki okręt/sta­tek.

Heroko - szuja, nik­czem­nik, pe­jo­ra­tyw­nie o kimś.

Heroko de­voka - po­gar­dli­wie o czło­wieku albo lu­dziach.

Huva - astro­no­miczny rok kan­drocki, okre­ślany peł­nym okrą­że­niem pla­nety z ich układu trionar­nego (błę­kitny nad­ol­brzym + dwa żółte ol­brzymy) wo­kół jed­nego z trzech słońc (błę­kitny nad­ol­brzym). Nie równa się to cyklowi (di­krah), w czym li­czony jest wiek avora. Cy­kle są krót­sze.

Jed­ność - rod­zaj po­tęż­nej więzi spo­łecz­nej sty­mu­lo­wa­nej przez neu­ro­cyty. Zbio­rowe uczu­cie, ja­kie od­czu­wają człon­ko­wie ko­lek­tywu oraz wszy­scy Kan­drok jako nad­ko­lek­tyw. Nie jest po­wią­zane z gerhą.

Kanda - od­po­wied­nik "sir".

Kra­goh gri­roka - we­dług okre­śle­nia ludzkiego to "mroczne ma­te­rie". Sztuczna sub­stan­cja, za­wie­sina, roz­pra­szana przez Kan­drok na wy­so­ko­ści jo­nos­fery Ce­ro­tis, która po­wo­duje ciem­no­ści. Jej za­da­nie to osłania­nie przed za­bój­czymi skut­kami cy­klicz­nej nadak­tyw­no­ści trzech gwiazd, zwłasz­cza błę­kit­nego nad­ol­brzyma, bę­dą­cego głów­nym źró­dłem za­si­la­nia pla­nety w ener­gię. Kan­drok, któ­rych re­li­gia po­wią­zana jest ze świa­tłem gwiazd, aby nie po­paść na ten czas w sza­leń­stwo, wprzód przygo­towują się men­tal­nie na uwol­nie­nie kra­goh gri­roka i wów­czas scho­dzą do oświe­tlo­nych pod­ziemi. Se­dy­men­ta­cja za­wie­siny za­leży od usta­wień po­wią­za­nych z ak­tyw­no­ścią gwiazdy, może trwać kilka go­dzin, dni, na­wet mie­sięcy. Roz­py­lane są przy wy­ko­rzy­sta­niu spe­cjal­nych wież-ge­ne­ra­to­rów.

Kroll - znaj­du­jąca się w ma­cie­rzy mię­dzy wszech­świa­tami struk­tura o wiel­kiej sile gra­wi­ta­cyj­nej. Jest wy­ko­rzy­sty­wany do po­dróży mię­dzy wszech­świa­tami.

Kun­hi­kar - płynny, gę­sty po­karm wy­twa­rzany z roz­ma­itej bio­ma­te­rii i do­dat­ków, w tym prze­two­rzo­nych ciał ludz­kich. Wstrzy­ki­wany bądź po­da­wany doustnie. Jedna z kilku form od­ży­wia­nia Kan­drok. Śmier­telna tru­ci­zna dla lu­dzi, któ­rzy nie prze­szli mo­dy­fi­ka­cji.

Ky­bro - za­równo od­po­wied­nik łóżka u Kan­drok, jak i kap­suła me­dyczna po­ziomu pod­sta­wo­wego. Pojem­nik z pły­nem pół­or­ga­nicz­nym (w jego skład wcho­dzą mię­dzy in­nymi zmie­nione soki żo­łąd­kowe avo­rów), który służy nie tylko do wy­ci­sze­nia świa­do­mo­ści, lecz także re­ge­ne­ruje mi­kro­urazy i więk­sze rany. Cy­borgi wpusz­czaną tam do­dat­kowo maź kon­ser­wu­jącą me­tal ich ciał.

Le­be­riks - po­moc­nik, to­wa­rzysz, zwy­kle w po­staci drona o wła­snej SI, spa­ro­wany z neu­ro­cy­tem wła­ści­ciela. Może mieć formę stałą bądź zmien­no­kształtną. Wy­żsi ofi­ce­ro­wie zry­wają z nim po­łą­cze­nie, by wię­cej mocy ob­li­cze­nio­wej sku­pić w tym cza­sie na przy­kład na kie­ro­waniu okrę­tem. Wten­czas le­be­riks staje się nie­zależną jed­nostką.

Li­kum - świa­tło.

Ma­daxa - nad­rzędna me­tro­po­lia, od­po­wied­nik sto­licy na Ce­ro­tis, gdzie prze­bywa gerha w swoim ko­lek­ty­wo­ra­cie.

Neu­ro­cyt - nie­wiel­kich roz­mia­rów sztuczny mózg, mon­to­wany w pła­cie czo­ło­wym. Obo­wiąz­kowy ele­ment wy­po­sa­że­nia każ­dego Kan­drok, peł­niący wiele róż­nych funk­cji. Głów­nie służy do prze­ka­zy­wa­nia in­for­ma­cji, wy­da­wa­nia roz­ka­zów i kon­troli za­cho­wa­nia.

Neu­ros­fera - sztuczna sfera oka­la­jąca pla­netę Ase­phor' Ce­ro­tis, znaj­du­jąca się bli­sko jo­nos­fery. Po­wią­zana z kon­trolą czy nisz­cze­niem neu­ro­cy­tów. Pod­czas ataku Ki­ri­tian zmie­niona w ba­rierę ochronną dez­ak­ty­wu­jącą ich sprzęt.

Nie­wy­zwo­lony - avor or­ga­niczny, także cy­borg.

Niguh - ro­ślina.

Nir - kan­drocka "go­dzina". Poję­cie wy­wo­dzi się od pory dnia na Ce­ro­tis.

Or­hada - za­si­la­nie istoty ży­ją­cej, w prze­kła­dzie ludz­kim: du­sza.

Sarre - szkie­let.

Se­kwen­cja - dłuż­szy okres ży­ciowy avora, jak dzie­ciń­stwo czy okres młodzień­czy u czło­wieka.

Varoth - wo­jow­nik/żoł­nierz.

Wahi­rika - ofiara ry­tu­alna, dzięki której naj­czę­ściej zhań­biony avor może od­zy­skać sza­cu­nek wśród ko­lek­tywu czy nad­ko­lek­tywu. Musi po­cho­dzić spoza ro­dzaju i zgo­dzić się do­bro­wol­nie na to, by stać się ofiarą swo­jego avora, na przy­kład po­przez zjedze­nie, za­strze­le­nie czy prze­robienie na kun­hi­kar. Jej śmierć może być prze­cią­gana bar­dzo długo. Nie­ty­kalna dla in­nych Kan­drok. Nie musi mieć neu­ro­cytu ani pod­le­gać cy­bor­gi­za­cji. Za­miast gi­nąć, może być też uży­wana jako ży­wi­ciel ener­ge­tyczny dla avora.

Wy­zwo­lony - avor, który w pełni po­zbył się ciała, ale ma za­cho­waną or­hadę. Stu­pro­cen­towa ma­szyna.

Źró­dło - na­zwa bio­sieci sca­la­jąca wszyst­kich Kan­drok w nad­ko­lek­tyw. Prze­ka­zuje od gerhy zbio­rowe in­for­ma­cje, na­rzuca emo­cje czy za­cho­wa­nia.

Fragmenty powieści

Po­ło­żyła się spać póź­nym wie­czo­rem, wpa­tru­jąc się w pusz­czone ho­lo­grafy pla­net i gwiazd, które krą­żyły pod su­fi­tem. Sen nie chciał na­dejść jak przez wiele ostat­nich nocy.

Gdy po czte­rech go­dzi­nach walk z my­ślami i wier­ce­nia się po łóżku po­wieki w końcu za­czy­nały się kleić, Jenny roz­bu­dził brzęk PDA Ki­reta. Cie­ka­wość pod­ku­siła ją, aby otwo­rzyć wia­do­mość. Była krótka, od For­kisa:

Chodź do cen­trum łącz­no­ści. Przy­pro­wadź więź­nia.

Za­lążki snu zwię­dły na­tych­miast. Dziew­czyna usia­dła gwał­tow­nie na łóżku ni­czym Ki­ri­tia­nin po usłyszeniu alarmu kodu czer­wo­nego. Także nie­po­ko­iła się po­dob­nie jak teo­re­tyczny achij, bo mo­gła się tylko do­my­ślać, o co może cho­dzić. A na pewno wia­do­mość do­star­czona w środku nocy nie wró­żyła ni­czego do­brego.

Oczami wy­obraźni uj­rzała po­nure ob­li­cze For­kisa wy­sy­ła­ją­cego ów la­ko­niczny prze­kaz. Zdą­żyła nie­jednokrot­nie za­uwa­żyć, że gdy był zi­ry­to­wany, uży­wał krót­kich, oschłych zdań.

Myśl o ojcu na­tych­miast wy­parła inna.

- Rei'than... - szep­nęła. - O nie.

Prze­czucie w tej sy­tu­acji oka­zało się zbędne - wręcz wie­działa, że sta­nie się coś złego. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, że Ne­cron nie otrzy­mał ad­re­so­wa­nej wia­do­mo­ści, co­kol­wiek miał wspól­nego z avo­rem. Jenny musiała do­stać się do niego pierw­sza. Ale co po­tem?

Od­po­wiedź po­ja­wiła się spon­ta­nicz­nie.

Ze stra­chu zmro­ziło ją do szpiku ko­ści, jak gdyby ano­ni­mowy za­ma­cho­wiec do­ko­nał dy­wer­sji na kli­ma­ty­zacji po­miesz­cze­nia.

Je­śli ją zła­pią, bę­dzie po niej. Może na­wet skoń­czy jak tamci achij, któ­rych oglą­dała z po­kładu Pa­ra­bel­lum - zbyt mało znała im­pe­ra­tora, aby prze­wi­dzieć jego po­su­nię­cia. To, że jest jego córką, nie okaże się ra­czej ta­ryfą ulgową.

Jednak nie miała wy­boru. Ne­crona już stra­ciła, ale nie po­zwoli lo­sowi wy­drzeć jej rów­nież Rei'ta­han. O to, ja­kie będą kon­se­kwen­cje pla­no­wa­nego szaleń­czego czynu, pomar­twi się póź­niej. Na­le­żało dzia­łać szybko, na­wet je­śli po wczo­raj­szym in­cy­den­cie z For­ki­sem wciąż czuła iry­ta­cję i przez to nie my­ślała do końca ra­cjo­nal­nie. Jed­nak pa­ra­dok­sal­nie złość i strach mo­gły sta­no­wić po­tężny ka­ta­li­za­tor pcha­jący do sku­tecz­nego dzia­ła­nia, bez zbęd­nego my­śle­nia.

Wło­żyła po­śpiesz­nie opiętą su­kienkę, leg­ginsy oraz pła­skie buty, by mo­gła wy­god­niej się prze­miesz­czać. Scho­wała do kie­szeni otrzy­many wcze­śniej pi­sto­let Da­riusa ze środ­kiem usy­pia­ją­cym.

Wyj­rzała na ko­ry­tarz. Ci­cho, pół­mrok i pu­sto. Mi­nąw­szy drzewno, za­częła truch­tać w stronę sta­cji ko­lejki kur­su­ją­cej do sek­tora D z pal­miar­nią. Uło­żyła już wstępny plan za­kła­da­jący za­bra­nie Tu­kum ze sobą, by od­blo­ko­wała za­mek w celi. Je­śli się nie uda, bę­dzie pro­blem, bo ak­ty­wa­tor do krat straż­nicy za­wsze trzy­mali przy so­bie. Wów­czas po­zo­sta­nie im­pro­wizacja.

Choć Jenny nie­raz na to uty­ski­wała, tym ra­zem dzię­ko­wała Ki­re­towi, że zde­cy­do­wał się nie in­sta­lo­wać w pod­zie­miach mo­ni­to­ringu, czego jak do­tąd For­kis nie zmie­nił, ma­jąc za­pewne na gło­wie po­waż­niej­sze sprawy.

Przy wa­go­niku krę­ciło się tro­chę osób. Znaj­du­jące się przed oran­że­rią fabryka ma­szyn i mon­ta­żow­nia pra­co­wały ostat­nio na peł­nych ob­ro­tach, przez całą dobę. Je­den z ope­ra­to­rów, z któ­rymi Sand­storm od­by­wała kurs ko­lejką, za­py­tał, do­kąd je­dzie tak późno, więc skła­mała, że Ag­gro po­pro­sił ją przez PDA, aby przy­nio­sła dla Tu­kum spe­cy­fik na za­tru­cie. Nie wy­my­śliła nic wia­ry­god­niej­szego. Męż­czy­zna oczy­wi­ście jej nie uwie­rzył i uśmiech­nął się wy­ro­zu­miale, my­śląc, że idzie na po­ta­jemną schadzkę.

W sek­to­rze D uni­kała głów­nych ko­ry­ta­rzy wy­peł­nio­nych ludźmi, tylko raz zer­k­nęła zza wy­soko za­wie­szo­nego mostka tech­nicz­nego na halę pro­duk­cyjną, gdzie z pat-b'itolu kształ­to­wano po­kaźne statki i okręty, a stare prze­bu­do­wy­wano. Wi­dok na­prawdę ro­bił wra­że­nie. Do­strze­gła Da­riusa zmie­nio­nego w my­śli­wiec Pa­ra­bel­lum, przy któ­rym krę­ciła się grupka osób i do­ko­ny­wała po­mia­rów. Aby zy­skać na cza­sie, Jenny pod­le­ciała sku­la­kiem bez­po­śred­nio pod pal­miar­nię. Stale miała pod­nie­siony puls, który zda­wał się re­zo­nan­so­wać z ka­ko­fo­nią mon­ta­żowni; drżały jej spo­cone dło­nie. Mo­gła już być spóź­niona, a Rei'than za­brany.

Osa­dziła sku­laka na ziemi i we­szła przez ka­mienną bramę na te­ren oran­że­rii. O tej po­rze dzia­łało oświe­tle­nie nocne, je­dy­nie przy al­tan­kach pa­liło się moc­niej­sze żółte świa­tło, jed­nak ko­rzy­sta­jącej z lek­kiej in­fa­wi­zji Sand­storm oba nie były po­trzebne. Poszła na skróty, roz­trą­ca­jąc li­ście więk­sze od sie­bie.

Prze­mie­rzała tę mi­kro­dżun­glę wiele razy, więc bez trudu zna­la­zła do­mek człe­ko­ja­guarów. W bla­sku za­mon­to­wa­nych przy wej­ściu świe­cą­cych krysz­ta­łów wi­działa przez otwarte drzwi całą piątkę. Tu­kum spała na po­sła­niu, przy­tu­lona do głowy Ag­gro­teha, na­to­miast po­zo­stałe ko­cięta le­żały przy matce parę kro­ków da­lej.

Spraw­dził się więc naj­gor­szy sce­na­riusz.

Jenny miała na­dzieję, że za­sta­nie Tu­kum buszującą nocą przed dom­kiem, co czę­sto czy­niła, nie­przy­zwy­cza­jona jesz­cze do cy­klu do­bo­wego na­rzu­co­nego sztucz­nym oświe­tle­niem, a przy­naj­mniej nie za­śnie wtu­lona w ko­goś z ro­dziny. Wtedy wy­star­czy­łoby wy­wo­łać ją ge­stami albo bez­sze­lest­nie "po­ży­czyć" na tro­chę. Wów­czas strzałki okaza­łyby się nie­po­trzebne. Czy one w ogóle dzia­łały na On­ka­lo­tów? Noż głu­pia wcze­śniej o tym nie po­my­ślała...

Ale już po pta­kach.

Sta­rała się stą­pać przed gan­kiem po samej mięk­kiej gle­bie. Q'ualela, któ­rego zmy­sły stę­piły się pod­czas stu­leci prze­by­wa­nia z ludźmi, Jenny zdo­ła­łaby jesz­cze wy­ma­new­ro­wać, ale bę­dąca na H14 straż­niczką świą­tyni Chi­mal­mat do­piero nie­dawno we­szła w zu­peł­nie obcy dla niej świat "de­mo­nów z gwiazd".

Nie było za­sko­cze­niem, że człe­ko­ja­gu­arka obu­dziła się, na­wet przez sen nie tra­cąc czuj­no­ści. Ob­ró­ciła głowę ku wej­ściu i za­uwa­żyła Jenny. Na se­kundę obie za­marły.

Chi­mal­mat do­strze­gła pi­sto­let w jej dłoni. Znała go - w po­dobny spo­sób Ki­ri­tia­nie za­apli­ko­wali jej kie­dyś en­tra­sera. Wy­ra­ża­jące skru­chę oczy Jenny do­peł­niły traf­nie oce­nio­nego za­gro­że­nia.

- Ty! - za­war­czała Chi­mal­mat, bu­dząc Ag­gro­teha i kocięta.

Za­nim użyła te­le­ki­nezy i po­słania ją w tył, dziew­czyna zdą­żyła wy­strze­lić, nie­znacz­nie tra­cąc kon­trolę nad ręką. Strzałka wbiła się w pod­stawę ogona, choć ce­lo­wała w udo.

Chi­mal­mat od­pły­nęła po kilku se­kun­dach; Sand­storm za­bra­kło tchu, gdy wal­nęła ple­cami o grunt.

- Jenny, co ty ro­bisz?! - Ag­gro ze­rwał się na równe łapy.

- Prze­pra­szam, ale mu­szę - wy­beł­ko­tała i strze­liła po­nownie. Nie tra­fiła, bo On­ka­lot od­sko­czył i żwawo wy­co­fał ra­mię znaj­du­jące się na li­nii strzału.

- Za­ufa­li­śmy ci!

Do­stał w bok przed pro­giem domu, dwa kroki od le­żą­cej Sand­storm, li­cząc, że do­pad­nie ją, za­nim wy­ce­luje i strzeli po raz trzeci. Wy­cią­gnąw­szy łapą strzałkę, zachwiał się i upadł py­skiem na jej buty.

Umy­słem Jenny tar­gnęło ko­lo­salne po­czu­cie winy, gdy do­tarło do niej, co wła­śnie zro­biła.

Bra­cia Tu­kum pry­snęli na czwo­raka w krzaki poza bu­dy­nek. Za­sko­czona On­ka­lotka tkwiła w miej­scu, nie ogar­nia­jąc, co właśnie się wy­da­rzyło, nie bę­dąc w sta­nie oce­nić, czy Jenny wciąż po­zo­staje jej przy­ja­ciółką, czy te­raz sta­nowi za­gro­że­nie. Tur­ku­sowe tę­czówki pra­wie cał­ko­wi­cie uto­nęły w czarnych spodkach jej źre­nic.

Do­strze­ga­jąca te ob­jawy strachu Jenny osten­ta­cyj­nie od­rzu­ciła pi­sto­let, wstała, krzy­wiąc się i ma­su­jąc plecy. Gdy zbli­żała się do wej­ścia, fukająca człe­ko­ja­gu­arka wy­co­fała się pod naj­dal­szą ścianę.

- Tu­kum, wy­bacz. - Sand­storm osu­nęła się przed nią na ko­lana, po­krę­ciła głową. Jej twarz wy­ra­żała szczery smu­tek. Dwaj bra­cia wy­ło­nili głowy z za­ro­śli, po czym ostroż­nie po­de­szli do le­żą­cego na brzu­chu Ag­gra. - Nie zro­bi­łam nic twoim ro­dzi­com, tylko po­szli spać na ja­kiś czas.

On­ka­lotka nie spusz­czała Jenny z oczu, wy­mijając ją sze­ro­kim łu­kiem. Zbli­żyła się do Chi­malmat, sta­nęła na dwóch ła­pach i za­częła gła­dzić ją po gło­wie.

- Źle - udało jej się po­wie­dzieć po ki­ri­tiań­sku.

- Tu­kum, zro­bi­łam to, bo po­trze­buję two­jej po­mocy. Ag­gro i Chi­mal­mat nie da­liby się prze­ko­nać, a nie mam czasu. Nic im nie bę­dzie, tylko tro­chę po­śpią, przy­się­gam. Sama wi­dzisz, że matka śpi i od­dy­cha.

- Śpi - po­twier­dziła Tu­kum. Je­den z braci, po oglę­dzi­nach Ag­gra, spoj­rzał w jej stronę i uniósł kciuk, co na­uczył się od Da­riusa.

- Tylko ty je­steś w sta­nie mi po­móc, mo­żesz ura­to­wać Rei'thana. Chcą mu zro­bić krzywdę, ale mo­żesz go oca­lić. Ty, nikt inny - Jenny pró­bo­wała wpły­nąć na ego On­ka­lotki.

I chyba po­dzia­łało. Tu­kum spoj­rzała na nią z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Lu­bisz Rei'thana, prawda?

Ko­cica przy­tak­nęła, opa­dła na cztery koń­czyny i zbli­żyła się do Jenny.

- Chcę tylko, abyś zro­biła to, co za­wsze. Pój­dziemy tu­ne­lem i otwo­rzysz mi drzwi do jego celi. Po­tem wró­cisz do pal­miarni, a ja gdzieś ukryję Rei'thana. Pro­szę. - Dziew­czyna zło­żyła ręce niby do mo­dli­twy. - Zga­dzasz się?

Ku jej wiel­kiej uldze Tu­kum ski­nęła krótko. Dała się wziąć na ręce. Wstaw­szy, Jenny po­ca­ło­wała ją mię­dzy uszami i mocno ob­jęła.

- Dzię­kuję. A te­raz nie ma czasu. Chodźmy.

On­ka­lotka ze­sko­czyła na de­ski, opu­ściła dom i za­częła biec na czwo­raka ku do­sko­nale zna­nej im kry­jówce. Bra­cia wa­hali się przez chwilę, a po­tem ru­szyli jej śla­dem.

- Wy zo­sta­je­cie.

Przy­sta­nęli i spo­glą­dali ba­daw­czo dziew­czynie w oczy. Sand­storm wes­tchnęła. Od­ga­nia­jąc ko­cięta, zmar­no­wa­łaby ko­lejne cenne mi­nuty.

Czwórką po­ko­ny­wali nie­długi od­ci­nek minidżun­gli.

Okrą­żyli al­tankę, w któ­rej męż­czy­zna z ko­bietą roz­ma­wiali i pa­lili tum­baku, ro­biąc so­bie prze­rwę pod­czas noc­nej zmiany w mon­ta­żowni. Zer­k­nęli w stronę drzew, usły­szaw­szy ha­łasy. Tu­kum z braćmi ce­lowo po­ka­zali się na wi­doku, by Ki­ri­tia­nie stra­cili za­in­te­re­so­wa­nie sze­le­stami.

Jenny prze­mknęła nie­zau­wa­żona. Zo­rien­to­wała się, że za­po­mniała za­brać pi­sto­let Da­riusa spod domu On­ka­lo­tów. Od­rzu­ciła po­mysł, aby po niego wra­cać.

Gdy zna­leźli się w ja­skini, za­pa­liła świa­tło z PDA, bę­dą­cym w przy­padku po­śpie­chu lep­szą opcją niż in­fra­wi­zja.

Do­tar­cie do sek­tora B od­było się w miarę pręż­nie - cza­sem trzeba było po­ga­niać sam­czyki, gdy sta­wały, spło­szone zmianą oto­cze­nia. Tu­kum pierw­sza we­szła do ła­zienki, za nią Jenny. Bra­cia wahali się, nie­pewni ko­lej­nego miej­sca po­zba­wio­nego ro­ślin­no­ści i prze­strzeni, ale po kilku za­chę­ca­ją­cych miauk­nię­ciach On­ka­lotki przeszli przez dziurę w ścia­nie. Dziew­czyna nie fa­ty­go­wała się na­wet, by zasu­nąć ka­fle.

Prze­mie­rzyli wy­marły ko­ry­tarz.

Z du­szą na ra­mie­niu i ser­cem bi­ją­cym w gar­dle Sand­storm zaj­rzała do wię­zie­nia. Po­czuła się, jakby stra­ciła po­łowę swo­jej wagi, gdy uj­rzała Rei'thana śpią­cego na po­sła­niu.

Avor roz­bu­dził się, sły­sząc jej kroki i szczęk­nię­cie zamka od­blo­ko­wa­nego przez Tu­kum, która za­raz po­tem miękko wsko­czyła mu na pierś.

***

Star­szy sier­żant Ga­reth obu­dził Ki­reta w środku nocy. Ru­diard otrzy­mał roz­kaz, że ma bez­zwłocz­nie przy­pro­wa­dzić go do kan­ce­la­rii For­kisa, a jako że był ni­skiego stop­nia, nie po­tra­fił udzie­lić od­po­wie­dzi na py­ta­nie o przy­czynę we­zwa­nia. Nie­mniej Ne­cron wie­dział, że mu­siała być po­ważna - rzadko kiedy zrywa się czło­wieka po no­cach z łóżka, by do­star­czyć mu do­brą wia­do­mość.

Ubrał się na­prędce i po­szedł z Ga­re­them na sta­cję ko­lejki kur­su­jącą bez­po­śred­nio do sek­tora A. Nie­ba­wem zna­leźli się pod kan­ce­la­rią Pierw­szego Dy­gni­ta­rza Ga­lak­tycz­nego.

Gdy Ki­ret wszedł do środka, zo­ba­czył, że oprócz For­kisa w po­miesz­cze­niu jest też War­fi­gh­ter.

- Dzię­kuję, star­szy sier­żan­cie, mo­że­cie odejść. - Ma­jący za­ciętą minę im­pe­ra­tor od­pra­wił by­łego ba­taba, na­wet na niego nie pa­trząc. Ga­reth za­sa­lu­to­wał i na­tych­miast opu­ścił pokój, po czym się od­da­lił.

- Ile razy mam cię wzy­wać? - For­kis zwró­cił się ostro do Ki­reta. - I co z tym więź­niem?

- Ja­kim więź­niem? - Ne­cron nie sko­ja­rzył, do­piero po chwili przy­po­mniał so­bie, że nie miał przy so­bie tego cho­ler­nego PDA. Nie po­fa­ty­go­wał się, by go po­szu­kać albo po­brać nowy z ma­ga­zynu.

- Do­sta­łeś wia­do­mość go­dzinę temu - For­kis po­twier­dził jego przy­pusz­cze­nia. - Nie­ważne. Za­pra­szam tu­taj.

Bif­fter rzu­cił okiem na sto­jącego przy stole do pre­zen­ta­cji ge­ne­rała, który spo­glą­dał na niego nie­zbyt ocho­czo. Utrzy­my­wał wręcz po­gar­dliwe, po­ważne ob­li­cze; mina For­kisa zresztą nie była lep­sza.

- Oto na­gra­nie - mó­wił im­pe­ra­tor - sprzed ty­go­dnia, za­re­je­stro­wane na du­żym zbli­że­niu przez jed­nego z nie­licz­nych oca­la­łych po­śred­ni­ków umiej­sco­wio­nych nie­da­leko Marsa. Nie do­star­czono nam go w cza­sie rze­czy­wi­stym, bo ak­tyw­ność trans­fe­rowa w chwili prze­sła­nia po­pro­wa­dzi­łaby wroga na Car­goo jak po nitce do kłębka. Od­cze­kano, aż wróg od­leci da­leko, co na szczę­ście się stało. Nasz wy­wiad ze Sta­rej Strefy do­łą­czył też ra­port.

Obaj ob­ser­wo­wali re­ak­cję przy­by­łego, gdy nas sto­łem wy­świe­tlił się ho­lo­graf. For­kis przy­śpie­szył od­twa­rza­nie bez strat od­bior­czych, za­pis trwał bo­wiem dwie ter­reń­skie doby.

Z ro­sną­cym prze­ra­że­niem Ki­ret oglą­dał ofen­sywę - atak Kan­drok na Zie­mię. Na or­bi­cie za­ko­twi­czyło kilka ich brzyd­kich, nie­fo­rem­nych pro­mów wo­jen­nych, z któ­rych za­częły wy­sy­py­wać się małe okręty. Te na­tych­miast wbiły się w at­mos­ferę.

Bif­fter przy­gryzł dolną wargę do krwi. Czyli jed­nak wró­cili. Cho­ciaż wielu achij po­wta­rzało mu, że to nie jego wina, a przy­kre zrzą­dze­nie losu, iż ze wszyst­kich moż­li­wych sko­lo­ni­zo­wa­nych pla­net tra­fił z Jenny aku­rat na Zie­mię, czuł się jak ktoś przy­ła­pany na zbrodni, któ­rej do­wody mu przedaw­niano.

- Da­lej jest to samo. - For­kis wy­łą­czył od­twa­rza­nie. - Je­dy­nie Wa­kanda sta­wiała opór ar­ty­le­rią zie­mia-po­wie­trze, reszta świata nie miała sprzętu, by prze­ciw­sta­wić się ta­kiej po­tę­dze tech­no­lo­gicz­nej. Na Zie­mię nie do­tarły jesz­cze uspraw­nie­nia ko­mu­ni­ka­cyjne Fi­gama, więc nie mamy z nią kon­taktu. Moż­liwe że zo­stał urwany na do­bre. Na­gra­nie i ra­port otrzy­ma­łem nie­długo przed tym, jak do cie­bie na­pi­sa­łem. O ataku wie­dzą na ra­zie Ga­reth, ja, Vel­kee i te­raz ty.

- Czego szu­kali na Ziemi? - za­py­tał Ki­ret bar­dziej ru­chem warg niż gło­sem.

- Je­dy­nie lu­dzi. Ro­bili ła­pankę. Część po­pu­la­cji rej­te­ro­wała się w ko­smos. Ich nie ści­gano, bo w su­mie po co, skoro avo­ro­wie zdo­byli to, czego chcieli - za­koń­czył do­bit­nie im­pe­ra­tor.

Ki­ret czuł się przy­szpi­lony ich wzro­kiem. Wo­lał nie wni­kać, do czego ci biedni lu­dzie byli Kan­drok po­trzebni. Zresztą pew­nie wie­dział tyle samo, co For­kis i Vel­kee.

- Za­ata­ku­jemy? Te­raz mie­li­by­śmy już szanse.

- Kogo i gdzie? - od­parł ge­ne­rał. - Avo­ro­wie od­le­cieli nie wia­domo do­kąd, por­to­wali się pew­nie do wę­zła przy gar­ni­zo­nie za­ło­żo­nym na ja­kiejś pla­ne­cie w Dro­dze Mlecz­nej. Nie zo­sta­wili po so­bie śladu, na­wet naj­mniej­szego stru­mie­nia czą­stek. Mo­żemy rów­nie do­brze rzu­cać mo­netą.

Necron mógłby przy­siąc, że in­ter­lo­ku­to­rzy po­dzie­lają jego me­lan­cho­lię. Ich chłodne twa­rze zda­wały się mó­wić: "To twoja wina, ty ich tam spro­wa­dzi­łeś".

- Co więc za­mie­rzasz? - za­py­tał im­pe­ra­tora.

- Na Ziemi prze­by­wali agenci, któ­rzy wie­dzieli, że mamy kry­jówkę na Car­goo. Część pla­nety po­tra­fi­łaby wy­mie­nić i wska­zać na ma­pie ko­smosu wszyst­kie na­sze ko­lo­nie w Zo­diac Uni­ver­sum. To tylko kwe­stia czasu, pew­nie bar­dzo krót­kiego, gdy avo­ro­wie do­wie­dzą się od schwy­ta­nych wszyst­kiego, czego chcą. Wy­star­czy, że po­da­dzą im neu­ro­cyty i przejmą kon­trolę nad ich umy­słami, choć za­pewne mają w za­na­drzu setki przy­jem­niej­szych spo­so­bów zdo­by­wa­nia in­for­ma­cji. Te­raz nie mamy wyj­ścia i mu­simy jak naj­szyb­ciej ude­rzyć w ich gerhę, tak jak po­in­stru­ował nas Nimja. To je­dyne wyj­ście. Atak wy­prze­dza­jący, z za­sko­cze­nia. Sa­mo­bój­czy ma­newr, któ­rego się nie spo­dzie­wają. Blitz­krieg.

Ki­ret żach­nął się.

- Chcesz ata­ko­wać Ase­phor' Ce­ro­tis?! Prze­cież nie je­ste­śmy go­towi! Nic nie wiemy o tej pla­ne­cie i sta­cjo­nu­ją­cych tam si­łach, ani jak na nią tra­fić!

- Już wiemy, gdzie leży, z do­kład­no­ścią do dwóch ki­lo­me­trów - wtrą­cił Vel­kee. - Dok­tor Cor­tez roz­sze­rzył wzór rów­na­nia Baksa, które przed­tem, oka­zało się, mo­gli­śmy sto­so­wać tylko w od­nie­sie­niu do na­szego wszech­świata. Te­raz po­zwala na nie­ogra­ni­czoną ma­te­ma­tyczną eks­plo­ra­cję ko­smosu przy przy­ję­ciu, że jest nie­skoń­czony. Uzy­skany wynik po­krywa się z da­nymi, które prze­ka­zał nam Na­cxit. Go­towi już bar­dziej nie bę­dziemy, ale mo­żemy dać so­bie na przy­go­to­wa­nia jesz­cze dwa ty­go­dnie, choć to ry­zy­kowne. Każdy dzień zbliża Kan­drok do od­kry­cia na­szej kry­jówki, a wtedy już po nas. Ko­niec. Le­żymy.

- To niby jak mamy ata­ko­wać ich główną pla­netę w in­nym wszech­świe­cie, za­pewne strze­żoną jak szlag, skoro mo­żemy paść pod ułam­kiem sił, które prze­rzu­cili do Zo­diac Uni­ver­sum?

- Zgod­nie ze sło­wami Nimja wię­cej woj­ska mają w ata­ko­wa­nych stre­fach - cią­gnął ge­ne­rał. - Ich pla­neta jest prak­tycznie nie­strze­żona, bo nie spo­dzie­wają się ataku. Nikt ich ni­gdy nie na­padł. Uwa­żają, że nie ma w ko­smo­sie więk­szej siły od nich sa­mych, wy­klu­cza­jąc Nio­są­cego Świa­tło. A jak już wiemy, tak na­zwali Nimja. Wo­kół jed­nego z nich zbu­do­wali fun­da­menty swo­jej fa­na­tycz­nej re­li­gii.

For­kis wziął z półki fi­gurkę no­wego mo­delu devemera i za­czął nią stu­kać o pa­lec, cho­dząc po po­koju.

- Przed twoim przyj­ściem, Ki­re­cie, omó­wi­li­śmy z ge­ne­ra­łem wstępną stra­te­gię. Ki­ri­tian spoza Car­goo, najem­ni­ków i na­szych so­jusz­ni­ków szko­lić już nie bę­dziemy. Każdy do­sta­nie roz­pusz­czalnego en­tra­sera, co wcze­śniej nie było ko­nieczne, bo czas był na­szym sprzy­mie­rzeń­cem. Ty­go­dnie na­uki skró­cimy więc do kilku go­dzin. Tech­no­lo­gia pat-b'itolu umoż­liwi nam rów­nież stwo­rze­nie no­wych ma­szyn bo­jo­wych w dwa ty­go­dnie, za­miast w kilka lat. Może uda się na­wet zre­du­ko­wać ten czas do nie­zbęd­nego mi­ni­mum. Im kró­cej, tym więk­sze szanse dla nas. Do ataku na Ase­phor' Ce­ro­tis na pewno wy­leci więk­szość Car­goo, zresztą i tak mu­sie­li­by­śmy się stąd ewa­ku­ować. Po­wstaną też dy­wi­zje, któ­rych za­da­nie bę­dzie po­le­gało na sy­mu­lo­wa­niu ataku my­lą­cego na Kan­drok w ob­rę­bie Zo­diac Uni­ver­sum - choć za­pewne skoń­czy się to re­alną walką. To zwięk­szy na­sze szanse na do­tar­cie do głów­nego celu, czyli gerhy.

- A je­śli ode­rsi-so­jusz­nicy nie ze­chcą przy­jąć en­tra­sera?

- Gdy zo­ba­czą, co się stało na Ziemi, z pew­no­ścią ze­chcą - od­parł War­fi­gh­ter. - Je­śli i to nie po­może, za­sto­suje się ter­ror psy­cho­lo­giczny i po­stra­szy ich Kan­drok. Do­staną wroga, na któ­rym będą mo­gli się wy­żyć.

Po tych sło­wach Ne­cron w pełni po­jął, że Ki­ri­tia­nie wró­cili do sta­rego re­żimu.

- Jak się do­sta­niemy na miej­sce głów­nego ataku? - in­da­go­wał.

Vel­kee oparł dło­nie o stół. Patrząc na Bif­ftera, uśmiech­nął się lewą stroną ust.

- Znamy już nim­jań­ską tech­no­lo­gię por­ta­cji. Bez żad­nych wę­złów po­śred­ni­czą­cych. Bez­po­śred­nio z punktu A do B. W wer­sji, że mo­żemy prze­no­sić całe po­jazdy.

- Czy to przy­pad­kiem nie wy­maga czyn­nego punktu do­ce­lo­wego? Mu­siałby ist­nieć taki na pla­ne­cie wroga.

- To było wła­śnie pierw­szą rze­czą, którą na­ukowcy wzięli pod de­batę. Nie wiem do­kład­nie, o co z tym cho­dzi, mu­siał­byś po­ga­dać z na­szą Wielką Trójką ja­jo­gło­wych. Zro­zu­mia­łem, że por­ter B nie musi być usta­wiany na prze­ciw­nym bie­gu­nie jesz­cze przed po­dróżą. W chwili wlotu floty do por­tera A czą­steczki pat-b'itolu lecą wiele lat świetl­nych przed nią na wy­li­czone ma­te­ma­tycz­nie miej­sce do­ce­lowe i za­wczasu wy­two­rzą drugi por­ter. Na pla­ne­cie albo w prze­strzeni ko­smicz­nej. W dru­gim przy­padku bę­dzie to wy­glą­dać, jak­by­śmy koń­czyli po­dróż na na­pę­dach Al­cu­bierre'a. Po­ja­wimy się zni­kąd. Kan­drok na Ce­ro­tis nie zdo­łają za­re­ago­wać. Po­dróż nie odbędzie się oczy­wi­ście w cza­sie rze­czy­wi­stym. Mię­dzy tu­ne­lem por­ta­cyj­nym a kla­syczną prze­strze­nią do­cho­dzi do ja­kiejś dy­la­ta­cji czasu - ge­ne­rał mach­nął ręką - bez względu na po­ko­ny­waną od­le­głość od­czu­walny czas po­dróży bę­dzie stały, ale tego to już w ogóle nie ogar­niam. Dla zwy­kłych achij i tak jest to nie­ważne.

- To wstęp­niak - oznaj­mił im­pe­ra­tor, od­kła­da­jąc fi­gurkę. - Wszystko mu­simy omó­wić z utwo­rzo­nym szta­bem i roz­pla­no­wać do­kład­nie. Wziąć pod uwagę jak naj­wię­cej moż­li­wych sce­na­riu­szy, i to pod pre­sją czasu.

Od nie­wiel­kiej ilo­ści snu, nad­miaru al­ko­holu w ostat­nim cza­sie, któ­rego nie po­zby­wał się spe­cy­fi­kami z krwi, prze­pro­wa­dza­nych eg­ze­ku­cji i na­tłoku in­for­ma­cji prze­cho­dzą­cych ludz­kie po­ję­cie, Ne­cron za­słabł. Musiał usiąść w fo­telu. Westch­nąw­szy, oparł czoło o pięść.

- Boże. - Przy­su­nął ją do ust. - Ale się po­ro­biło.

Spo­glą­dał na pół­kulę wy­świe­tla­cza ho­lo­gra­ficz­nego, czując na so­bie pa­lące spoj­rze­nia to­wa­rzy­szy. Wie­dział, że tak­sują go skru­pu­lat­nie, każdy naj­drob­niej­szy ruch, do­szu­ku­jąc się cha­rak­te­ry­stycz­nych, pod­ręcz­ni­ko­wych sy­gna­łów. Spraw­dzali, jak przy­jął in­for­ma­cje o ataku na Zie­mię i jak za­re­aguje, gdy usły­szy plany blitz­kriegu. Oni na­prawdę my­śleli, że współ­pra­cuje z Kan­drok, a na Błękitną Pla­netę udał się je­dy­nie po to, by zro­bić re­ko­ne­sans pod póź­niej­szy atak wroga! Tylko dla­tego go we­zwano do kan­ce­la­rii. For­kis nie miał wy­rzutów su­mie­nia, że od­su­nięto go od klu­czo­wych spraw, i wcale nie po­sta­no­wił znów trzymać go bli­sko sie­bie, jak za do­brych sta­rych cza­sów.

- Idź te­raz po więź­nia i za­pro­wadź go do la­bo­ra­to­rium - mó­wiąc to, For­kis wciąż wy­pa­try­wał niu­an­sów w jego mo­wie ciała.

- Po co?

- Wy­cią­gniemy od niego, gdzie sta­cjo­nują jed­nostki, które za­ata­ko­wały Zie­mię.

- Był już prze­cież prze­słu­chi­wany wiele razy, na­wet przez cie­bie. Nie są­dzę, że po­wie coś jesz­cze. To tylko po­mniej­szy żoł­nierz, nie wie ta­kich rze­czy. A na pewno orien­tuje się w obec­nej taktyce i stra­te­gii Kan­drok.

Ki­ret za­pra­gnął ugryźć się w ję­zyk. Wła­śnie wy­gło­sił mowę, ja­koby bro­nił więź­nia, na­wet je­śli tak wy­glą­dały fakty.

For­kis się zi­ry­to­wał.

- Mamy opra­co­waną nową, sku­teczną me­todę fil­tra­cji. Po­winna za­dzia­łać na przed­sta­wi­ciela Kan­drok. Przy­pro­wadź go bez ga­da­nia.

Zdu­miony Ki­ret pod­niósł się i sta­nął przed im­pe­ra­to­rem. Choć sam był wy­soki i miał mocną bu­dowę, mu­siał spo­glą­dać w górę, by pa­trzeć mu w oczy. Bła­gał w du­chu swe ciało, żeby nie za­ma­ni­fe­sto­wało ozna­kami sła­bo­ści. W prze­ciągu stu­leci nie­raz zda­rzało im się kłó­cić z For­ki­sem, ale za­wsze były to nie­winne sprzeczki. Ni­gdy po­dyk­to­wane czy­stym gnie­wem i chło­dem ni­czym na ostatnim glo­bie wie­lo­pla­ne­tar­nego układu, obec­nymi zwłasz­cza w spoj­rze­niu. For­kis sam z sie­bie ra­czej nie zło­ściłby się na niego. Na­prawdę wie­rzył, że jest zdrajcą? O co tu mo­gło cho­dzić?

- Nie je­stem twoim chłop­cem na po­syłki - wark­nął Ne­cron. - Wy­ślij Ga­re­tha czy we­zwij so­bie ja­kie­goś in­nego sier­żanta.

Im­pe­ra­tor lekko uniósł brwi. Spo­dzie­wał się po zbla­zo­wa­nym Ki­re­cie wię­cej ule­gło­ści.

- Speł­nij prośbę swo­jego im­pe­ra­tora - rzekł ci­cho i tok­sycz­nie uprzej­mie.

Bif­fter po­słał mu twarde spoj­rze­nie, ob­ró­cił się i spo­koj­nie wy­szedł z po­koju. Psy­chozy trwał ciąg dal­szy. Te­raz ci dwaj za­pewne my­śleli, że jesz­cze bar­dziej ob­niżą jego mo­rale, je­śli każą mu przy­pro­wa­dzić Rei'thana, z któ­rym rze­komo utrzy­my­wał kon­takt. Za­chowa god­ność i nie bę­dzie się tłu­ma­czyć, że to ja­kieś bred­nie, ale też nie za­bije więź­nia, je­śli będą ka­zali mu to uczy­nić.

Nie po­zwoli so­bie na by­cie pion­kiem w nie­zro­zu­mia­łej dla niego grze.

***

- Jenny? - Zdzi­wie­nie roz­bu­dziło Rei'thana sku­tecz­niej niż gdyby użyto lo­do­watej wody chlu­śniętej na na­gie ciało. Wsta­jąc, zsu­nął z sie­bie Tu­kum.

Jenny rzu­ciła się avorowi w ra­miona, a on ob­jął ją nie­pew­nie.

- Mu­simy ucie­kać - rze­kła. - Idą po cie­bie.

Nie za­da­wał py­tań, bo sprawa była oczy­wi­sta, kto i po co za­mie­rza go za­brać. Ist­niał tylko je­den wróg.

- Skąd wiesz?

- Ki­ret zgu­bił PDA, który zna­la­złam i tam zo­ba­czy­łam roz­kaz.

Czuł przy piersi in­ten­sywne bi­cie mło­dego serca, jego zresztą nie było słabsze, choć z in­nych po­wo­dów niż u Jenny. Uśmiech­nął się prze­bie­gle, czego wtu­lona twa­rzą w jego szyję i bark dziew­czyna nie wi­działa.

Na­resz­cie! Tyle czasu cze­kał na tę chwilę!

- Rei, to boli - usły­szał szept. My­śląc o od­zy­ska­nej wol­no­ści, ści­snął Sand­storm zbyt mocno.

- Wy­bacz. - Od­su­nął się. Za­uwa­żył, że do po­miesz­cze­nia wcho­dzą nie­śmiało dwa ko­lejne ko­ciaki.

- To twoja ar­mia?

Dziew­czyna się od­wró­ciła.

- Same przy­szły za mną. Nie mia­łam czasu, by coś z nimi zro­bić. Ja je­stem spa­lona w tej ba­zie. Idąc po Tu­kum, mu­sia­łam uśpić jej ro­dzi­ców, któ­rzy wszystko wi­dzieli. Już się z tego nie wy­tłu­ma­czę. Ale nie­ważne. Mu­simy gdzieś cię ukryć - za­nie­po­ko­jona rze­kła z prze­ję­ciem. - For­kis tym ra­zem cię za­bije. Na­ukowcy mają nowe spo­soby, by wy­do­być z cie­bie wszyst­kie nie­zbędne in­for­ma­cje, wów­czas nie bę­dziesz im już po­trzebny żywy.

- Zacze­kaj. - Nie ru­szył się, gdy szarp­nęła go za rękę w stronę wyj­ścia. Po­pa­trzyła nań py­ta­jąco, a on na nią zde­cy­do­wa­nie. Jego oczy z drob­niut­kimi źre­ni­cami wy­da­wały się strasz­niej­sze niż za­zwy­czaj, ni­czym za­po­wiedź za­głady. Te­atral­nie wy­pu­ścił po­wie­trze. - Nie ukry­waj mnie na te­re­nie bazy, i tak mnie znajdą wcze­śniej bądź póź­niej. Mu­szę się stąd wy­do­stać. - Nie dał jej ze­brać my­śli, na­tych­miast do­bit­nie py­ta­jąc: - Je­steś ze mną? Po­mo­żesz mi?

- Tak - od­parła po krót­kiej chwili mil­cze­nia. Nie była zde­cy­do­wana, wa­hała się, coś w tym wszyst­kim jej nie pa­so­wało, ni­czym drobny ko­lec kak­tusa, kłujący iry­tu­jąco gdzieś w opuszce, któ­rego jed­nak nie dało się do­strzec go­łym okiem. Strasz­nie się bała, ale nie miała już wy­boru i mu­siała dzia­łać spon­ta­nicz­nie. Te­raz tylko ona mo­gła po­móc Rei'thanowi, i vice versa.

Po­de­szli do drzwi, wyj­rzeli na po­grą­żony w pół­mroku, ci­chy ko­ry­tarz. Nie­scy­bor­gi­zo­wany avor le­dwo wi­dział w tak ni­kłym, noc­nym świe­tle.

- Mu­szę się do­stać do la­bo­ra­to­rium. To ważne.

- Po co? - Sand­storm na­szły ko­lejne wąt­pli­wo­ści.

- Także zdo­być ja­kąś broń, nie­da­leko jest ar­se­nał. Mo­jej zbroi, w któ­rej przy­le­cia­łem na Car­goo, na pewno już nie odzyskam.

Ce­lowo mó­wił szybko, nie dając jej czasu na prze­my­śle­nia. Tylko tego bra­ko­wało, aby te­raz - w chwili, na którą cze­kał całe lata - wy­stra­szona dziew­czyna się wy­co­fała z ofe­ro­wa­nego wspar­cia i zruj­no­wała jego plany. Pocią­gnął ją za ra­mię i prze­jął pro­wa­dze­nie. Idąc, wy­ko­rzy­sty­wał jako punkty orien­ta­cyjne mi­zerne świa­tła lamp. Mi­nie tro­chę czasu, za­nim przy­zwy­czai się do pół­mroku, ale i tak bę­dzie wi­dzieć dwa razy go­rzej niż lu­dzie w ta­kich wa­run­kach. Ża­ło­wał, że nie ma zin­te­gro­wa­nego z mó­zgiem wspo­ma­ga­cza wzroku.

Eskor­to­wani przez ko­cięta ruszyli w stronę pu­stej o tej porze stró­żówki.

Stanęli jak wryci, gdy usły­szeli głosy mło­dych Ki­ri­tian, do­bie­ga­jące z głębi łu­ko­wa­tego ko­ry­ta­rza. W ich stronę zmie­rzały dwie osoby, są­dząc po śmie­chach i pro­wa­dzo­nym dia­logu.

- Gah­reka! - prze­klął Rei'than. Z tego, co wie­lo­krot­nie za­ob­ser­wo­wał, achij no­sili przy so­bie re­gu­la­mi­nowe uzbro­je­nie pod­sta­wowe, zwy­kle pi­sto­lety X17A4. Cy­wile nie­ko­niecz­nie, ale w tej czę­ści sek­tora prze­by­wali w więk­szo­ści żoł­nie­rze, któ­rzy ko­rzy­stali czę­sto z cen­trum re­kre­acji. Je­śli tylko zo­ba­czą ich duet, to spa­ra­li­żują w naj­lep­szym wy­padku; Jenny rów­nież obe­rwie się za spo­ufa­la­nie się z wro­giem. Rei'than nie mógł się wy­co­fać i żą­dać od dziew­czyny, by go za­pro­wa­dziła do tu­nelu ko­palni, o któ­rym mu opo­wia­dała. Nie po­tra­fiłby zre­zy­gno­wać i nie speł­nić nada­nego w eter roz­kazu xepo Thino'paia - neu­ro­cyt blo­ko­wał jego wolną wolę w przy­padku sprawy do­ty­czą­cej nad­ko­lek­tywu. Zresztą sam z sie­bie wo­lałby już dać się za­bić, niż okryć hańbą i stra­cić może nie­po­wta­rzalną szansę na prze­ję­cie je­dy­nej ludz­kiej broni zdol­nej zgła­dzić avo­rów.

Jenny chciała za­pro­po­no­wać, że mogą sta­nąć za za­ło­mem i z za­sko­cze­nia uśpić Ki­ri­tian, ale przy­po­mniała so­bie, że stra­ciła pi­sto­let Da­riusa. Rów­nież prze­klęła.

Z pro­blemu wy­ba­wiła ich Tu­kum, bły­ska­wicz­nie oceniając sy­tu­ację i wy­kazując się za­dzi­wia­jącą mą­dro­ścią. Wyrzu­ciła z gar­dła se­rię miauk­nięć, na co jej bra­cia za­re­ago­wali nie­malże na­tych­miast, wa­ha­jąc się tylko przez mo­ment. Od­po­wie­dzieli coś, na co ko­cica od­parła z jesz­cze więk­szym na­ci­skiem.

- Wy stój - wy­du­kała ku Jenny i Rei'tha­nowi, gdy dwójka On­kalotów za­częła biec jak w wy­ścigu na krót­kim dy­stan­sie.

Zau­wa­żyli ich achij zmie­rza­jący nie­świa­do­mie w stronę ucie­ki­nie­rów.

- Ty, patrz, ko­cięta.

- Ej, to są chyba szkraby z pal­miarni. Po­noć ktoś uśpił te duże.

Sły­sząca wy­mianę zdań Jenny nie była zdzi­wiona. O in­cy­den­cie wie­działo pew­nie już pół bazy. Uśpio­nych Ag­gra i Chi­mal­mat mogła za­uwa­żyć tamta para przy al­tance.

- I co ro­bimy? - za­py­tał młody Ki­ri­tia­nin to­wa­rzy­sza.

- No goń je i łap!

Do stu­kotu pa­zur­ków po me­talu po­sadzki do­łą­czyły dud­niący od­głos kro­ków i na­wo­ły­wa­nia. Dźwięki sta­wały się co­raz cich­sze.

Jenny ode­tchnęła z ulgą; spięty avor roz­luź­nił nieco mię­śnie.

- Świetny po­mysł, Tu­kum - ode­zwała się.

Ru­szyli w stronę po­ło­żo­nego bli­żej niż la­bo­ra­to­ria ar­se­nału. Drzwi do niego za­wsze stały otwo­rem, o czym Rei'than do­wie­dział się pod­czas któ­rejś z luź­nych ga­dek straż­ni­ków. Achij do­sko­nale umieli ob­cho­dzić się z bro­nią, w ba­zie nie do­cho­dziło do jej kra­dzieży, wy­no­sze­nia po­ta­jem­nie czy in­nych form kon­spi­ra­cji, więc nie było sensu trzy­ma­nia obiektu pod klu­czem. Nikt na­wet w pi­jac­kim sta­nie świa­do­mo­ści nie wziąłby na po­waż­nie sce­na­riu­sza, że wię­zień może wy­do­stać się z kar­ceru i jego oczy­wi­stym pierw­szym ce­lem sta­nie się zdo­by­cie broni. Nie mieli jed­nak po­ję­cia o umie­jęt­no­ściach Tu­kum - i tym, że ktoś za­du­rzony w Rei'thanie może go uwol­nić.

Oboje sły­szeli w od­dali od­głosy go­ni­twy. Ta nie trwała długo, bo po tym, jak wy­wią­zała się sprzeczka na te­mat spo­sobu za­trzy­ma­nia ma­lu­chów, je­den z Ki­ri­tian strze­lił pa­ra­li­za­torem. Nie­przy­tom­nych braci Tu­kum zabrano ku sta­cji ko­lejki.

Rei'tha­nowi i Jenny udało się ukryć przed kolej­nymi prze­miesz­cza­ją­cymi się achij w kan­cia­pach czy bocz­nych ko­ry­tarzach. Bez­bronny avor nie śmiał na ra­zie ni­kogo ata­ko­wać.

Na dro­dze po­ja­wiła się na­stępna prze­szkoda, tym ra­zem nie do uniknię­cia - za wę­głem stał oparty ple­cami o ścianę Ryan i w na­boż­nym sku­pie­niu prze­glą­dał coś w swoim PDA. Dla­tego nie usłyszeli go wcze­śniej. Idący przo­dem Rei'than nie­malże się z nim zde­rzył.

W pierw­szej se­kun­dzie trójka wy­trzesz­czyła na sie­bie oczy; Jenny głośno wcią­gnęła po­wie­trze.

W ko­lej­nej achij się­gał po nóż przy pa­sku.

Avor oka­zał się szyb­szy.

Wy­szarp­nął mu narzę­dzie z po­krowca i dźgnął sil­nie Ry­ana w bok pod­brzu­sza. Wy­ko­pał da­leko PDA, które wy­su­nęło się z jego rąk.

Trzy­ma­ją­cej ko­cicę na rę­kach Jenny krzyk za­marł w krtani.

Krzy­wiący się Ryan chwy­cił dłońmi za wy­sta­jącą z ciała rę­ko­jeść, sku­lił się, pod­parł ręką o ziemię, po czym runął na nią ciężko. Poza sy­cze­niem i po­ję­ki­wa­niem nie mógł wy­do­być z sie­bie in­nego dźwięku.

Rei'than bez­względ­nie wy­szarp­nął ostrze z jego rany, która za­częła krwa­wić jesz­cze bar­dziej. Oka­zało się, że ubrany po cy­wil­nemu sze­re­gowy nie miał przy so­bie in­nej broni.

- Za­bi­łeś go - wy­szep­tała ochry­ple zszo­ko­wana Sand­storm. - Ty go za­bi­łeś...

- A czego się spo­dzie­wa­łaś? - rzu­cił avor lek­ce­wa­żąco. -Albo ja jego, albo on mnie. Zresztą nie za­bi­łem, tylko uniesz­ko­dli­wi­łem. Nic mu nie bę­dzie, kręci się tu dużo de­voka, za­raz ktoś go znaj­dzie i szybko na­pra­wią mu ranę. - I o to wła­śnie cho­dziło, do­dał w my­ślach. Chęt­nie po­zbyłby się tego śmie­cia, jak na­ka­zy­wał pro­gram neu­rocytu, jed­nak mar­twym nikt by się nie zaj­mo­wał, a ranny za­wsze o pe­wien czas opóźni po­ścig. Rei'than nie zdra­dził więc nad­ko­lek­tywu, oszczę­dza­jąc wrogiego va­roth. Za­bi­ja­nie prze­sta­wało być prio­ry­te­tem, kiedy można było po­my­słowo wy­ko­rzy­stać ży­wego Ki­ri­tia­nina. - Chodź.

Mu­siał szarp­nąć za­mro­czoną dziew­czynę. Do­piero te­raz do niej do­tarło, co też naj­lep­szego uczy­niła, uwal­nia­jąc groź­nego więź­nia. Nie mo­gła jed­nak uciec czy za­cząć krzy­czeć, gdyż za bar­dzo bała się za­krwa­wio­nego noża, który Rei'than dzier­żył w pra­wej dłoni. Zresztą sama wy­brała taki los i mu­siała po­nieść kon­se­kwen­cje swo­jej de­cy­zji - avor py­tał ją prze­cież, czy ze­chce mu po­móc do­bro­wol­nie.

Udało im się w biegu i bez prze­szkód do­trzeć do ar­se­nału. I wtedy za­dud­nił alarm, który ob­jął we wła­da­nie wszyst­kie kory­ta­rze sek­tora. Mi­zerne, nocne świa­tło zmie­niło się w ro­tu­jący kar­ma­zyn.

Kod czer­wony.

Ozna­czało to za­trza­śnię­cie wszyst­kich drzwi i gro­dzi w re­jo­nie, któ­rych nikt nie otwo­rzy bez upo­waż­nie­nia z góry.

Wrota do ar­se­nału zasunęły im się przed no­sem.

- Tu­kum, po­tra­fi­ła­byś coś z tym zro­bić? - po­wie­dział grzecz­nie Rei'than. Lu­biąca go kocica zin­ter­pre­to­wała zra­nie­nie Ry­ana ina­czej niż Jenny - avor za­ata­ko­wał achij, któ­rzy ko­ja­rzyli jej się z prze­mocą i za­da­wa­niem bólu, więc po­mo­gła mu od razu.

Za­mek pu­ścił, Rei'than z nie­wiel­kim wy­sił­kiem prze­su­nął drzwi, na­pie­ra­jąc na nie rękoma. Tu­kum wy­śli­znęła się z ob­jęć Sand­storm i we­szła przez prze­świt do po­miesz­cze­nia.

- Stój na cza­tach - zwró­cił się do Jenny, wciąż nie­mo­gą­cej otrzą­snąć się z oszo­ło­mie­nia.

Nie miał czasu mysz­ko­wać po ogrom­nym po­miesz­cze­niu, więc wśród mo­no­tonnych dźwię­ków alarmu i ro­tu­ją­cej czer­wieni za­gar­nął z naj­bliż­szej otwar­tej ga­bloty mi­tra­liezę ener­ge­tyczną z moż­li­wo­ścią roz­pię­cia tar­czy de­fen­syw­nej. Pomoc Tu­kum oka­zała się zbędna - jako że broń na­le­żała do klasy niż­szych i śred­nich prio­ry­te­tów, nie znaj­do­wała się w za­blo­ko­wa­nej czę­ści. Nie zo­stała też sper­so­na­li­zowana, mo­gła za­tem dzia­łać w do­wol­nych rę­kach. Kan­drok ko­rzy­stali z po­dob­nej broni, także w cięż­kiej wer­sji dla me­chów. Rei'than wło­żył też na sie­bie nie­ozna­ko­wany ki­ri­tiań­ski pan­cerz; hełmu nie zna­lazł. Za­wsze to lep­sza ochrona niż bie­ga­nie w stroju me­dycz­nym, po­my­ślał. Prze­bo­leje i wy­trzyma w tym świń­stwie do chwili ucieczki z bazy. Za­krwa­wiony nóż wsu­nął za pa­sek.

Gdy wy­szedł z ar­se­nału i uj­rzał przy­gnę­bioną Jenny, ner­wowo zer­ka­jącą w obie strony ko­ry­ta­rza, wes­tchnął bez­gło­śnie i się zre­flek­to­wał. Znał już lu­dzi i ich po­trzeby za­leż­nie od wieku na tyle, by wie­dzieć, co ro­bić w ta­kiej sy­tu­acji. Przy­gar­nął Sand­storm wolną ręką do sie­bie, by po­ca­łować ją czule w usta.

- Nie martw się, bę­dzie do­brze. - Gła­skał ją po gło­wie. Czuł, jak od­prę­żają się jej mię­śnie. Spoj­rzała mu smutno w oczy, ale nie dało się z nich wy­czy­tać nic wię­cej. To do­bry znak, że nie ze­chciała się od­su­nąć. - Czas się zwi­jać. Te­raz la­bo­ra­to­rium.

Przy­tak­nęła.

Ru­szyli truch­tem z Tukum bie­gnącą przed nimi.

Ryan zdo­łał do­czoł­gać się do swo­jego PDA i po­in­for­mo­wał cen­tralę o ucieczce więź­nia. Po­pro­sił o po­siłki.

Na we­zwa­nie przybyli achij znaj­du­jący się w cen­trum re­kre­acji. Szybko zna­leźli in­truza. Jesz­cze bar­dziej niż wi­dok więź­nia na wol­no­ści za­sko­czyła ich obec­ność z nim Jenny. For­kis wy­dał już roz­kaz: ka­zał go zra­nić, uśpić, obez­wład­nić - co­kol­wiek, ale na ra­zie bez za­bi­ja­nia. Achij za­wa­hali się, nie chcąc przy­pad­kiem za­szko­dzić znaj­du­ją­cej się za nim dziew­czy­nie.

Rei'than w se­kundę wy­ko­rzy­stał ich nie­pew­ność. Chwy­cił obu­rącz kil­ku­ki­lo­gra­mową, ośmio­lu­fową mi­tra­liezę i za­czął szyć dziu­ra­wiącą ściany ener­gią.

Achij rzu­cili się za naj­tward­sze osłony, dwóch lekko obe­rwało, trzeci za­ro­bił w bark, aż ode­pchnęło go z im­pe­tem. Każdy miał na wy­po­sa­że­niu pi­sto­let X17A4, ale nie mo­gli ich użyć prze­ciwko tak gę­sto prują­cej ener­gii. Przy­byli tu bez­po­śred­nio na we­zwa­nie, z tym, co mieli pod ręką, pewni, że ła­two upo­rają się z pro­ble­mem - nie wie­dzieli, iż wię­zień zdo­był broń. Roz­sza­lały avor od­ciął ich od ar­se­nału, pój­ście po sprzęt do in­nego sek­tora także było pro­ble­ma­tyczne w ta­kich oko­licz­no­ściach.

- Złóż broń, te­ren jest za­bez­pie­czony! - za­wo­łał je­den z przyby­szy. - I tak cię w końcu do­rwiemy!

Rei'than zmie­nił tryb, zanim roz­grzana lufa wiąz­kowa skoń­czyła się ob­ra­cać. Z ma­łej wy­rzutni wy­strze­liła ra­kieta wy­mie­rzona w strop przed Ki­ri­tia­nami. Kon­struk­cja nie wy­trzy­mała, z su­fitu spadła desz­czem me­ta­lowa otu­lina, a za nią po­le­ciały tony skał i ziemi sta­rej ko­palni, sku­tecz­nie od­ci­na­jąc boczny ko­ry­tarz.

Szarp­nię­ciem ręki avor zmu­sił Jenny do dal­szego biegu. Alarm nie usta­wał.

Mi­nęli pierw­sze, nie­in­te­re­su­jące ich la­bo­ra­to­rium; pra­cow­nicy na wi­dok mi­tra­liezy w rę­kach więź­nia unie­śli ra­miona. W przed­sionku dru­giego za­stali za­blo­ko­wane drzwi, zamek oka­zał się zbyt skom­pli­ko­wany dla Tu­kum. Rei'than pró­bo­wał je wy­wa­lić z kopa i bo­kiem z roz­pędu, a gdy i to nie po­mo­gło, roz­wa­lił je set­kami strza­łów ener­ge­tycz­nych.

- Stój tu. - Wska­zał Jenny ob­szar przed zde­wa­sto­wa­nymi drzwiami.

- Czego wła­ści­wie szu­kasz? - Wzięła Tu­kum na ręce.

Zigno­ro­wał dziew­czynę i ru­szył.

W tej pra­cowni prze­by­wali bar­dziej bra­wu­rowi na­ukowcy, od­po­wie­dzialni za klu­czowe eks­pe­ry­menty, któ­rzy nie otrzy­mali żad­nych in­struk­cji. Wy­cią­gnęli pi­sto­lety i poukry­wani za zbior­ni­kami, re­ga­łami, urzą­dze­niami do eks­pe­ry­men­tów - ogólnie wszyst­kim, za czym się dało - za­częli strze­lać ku Rei'tha­nowi. Po­le­ciało weń rów­nież kilka przed­mio­tów. Ktoś zdą­żył dra­snąć go nie­groź­nie w od­sło­nięty po­li­czek, nim wy­two­rzył przed sobą owalną tar­czę ener­ge­tyczną, pra­wie swo­jego wzro­stu, od­bi­ja­jącą po­ci­ski X17A4. Nie mógł jed­nak w ta­kim po­ło­że­niu wy­mie­niać ognia. Ku­ląc się za osłoną, zmie­rzał w stronę chłodni z set­kami kap­su­łek wy­peł­nio­nych błę­kit­nym pły­nem.

Znaj­do­wał się tam kiri­tiań­ski su­per­wi­rus.

Obo­jętna forma.

Wresz­cie na­de­szła ta wie­ko­pomna chwila.

Jego czas!

Prze­su­nąw­szy pas broni na ramię, zgar­nął me­ta­lowo-pu­ro­nak­sowy przed­miot wolną prawą ręką, przy­bli­żył do twa­rzy i spoj­rzał w za­du­mie na za­mkniętą we­wnątrz ciecz. Nie­wi­doczną śmierć. Moż­liwą za­gładę or­ga­nicz­nej czę­ści Nad­ko­lek­tywu. Jed­nak tym ra­zem avo­ro­wie, po przy­krych do­świad­cze­niach zdo­by­tych nie­świa­do­mie w K'otz'ib'aja na Mo­ra­scrik, będą już wie­dzieli, jak się ob­cho­dzić z tą nie­po­zorną bio­bro­nią.

Bom­bar­do­wany w osłonę, dla pew­no­ści wziął jesz­cze dwie kap­sułki. Wsu­nął je do schowka przy udzie.

Ude­rze­nie za­błą­ka­nego ry­ko­szetu uszko­dziło rurę, z któ­rej za­czął wy­do­by­wać się zie­lony, gry­zący dym.

Kasz­lą­cemu Rei'tha­nowi udało się wy­cofać do Jenny. Sły­szał prze­kleń­stwa na­ukow­ców, dla któ­rych prio­ry­te­tem stało się od­ka­ża­nie po­miesz­cze­nia. Je­den prze­bił się przez gę­sty ni­czym mleko opar, my­śląc, że avor już zbiegł, i padł nie­przy­tomny, do­staw­szy w głowę kolbą mi­tra­liezy.

Nie­opo­dal roz­brzmie­wały kroki i głosy nad­cią­ga­ją­cych achij.

- Ucie­kamy. - Krew z rany na twa­rzy Rei'thana utwo­rzyła stru­myczki spły­wa­jące za koł­nierz pan­ce­rza.

- Cze­kaj, tędy. - Dziew­czyna skie­ro­wała go w inny ko­ry­tarz.

Te­raz li­czyła się już tylko szyb­kość.

Zna­jący sek­tor Ki­ri­tia­nie byli pewni, że w końcu za­pę­dzą ucie­ki­niera w ślepy róg - co zde­cy­do­wa­nie wo­le­liby zro­bić jak naj­prę­dzej.

Ktoś za­czaił się w za­ułku i gdy oboje truch­tali, wy­sko­czył i zdzie­lił kar­wa­szem pan­ce­rza Rei'thana w twarz. Krew za­częła mu le­cieć także z nosa, co tylko spo­tę­go­wało jego wście­kłość.

Jenny na mo­ment za­mu­ro­wało.

To był Ki­ret. Rów­nie wku­rzony jak avor.

Zdo­łał wy­rwać mu mi­tra­liezę i rzu­cić da­leko za sie­bie. Rei'than z ko­lei chwy­cił go za nad­gar­stek ręki trzy­ma­ją­cej pi­sto­let. Ne­cron zro­bił to samo z jego dło­nią się­ga­jącą po nóż.

Obaj za­częli się sza­mo­tać, każdy twardo trzy­ma­jąc swoją broń. Upa­dli na zie­mię, je­den nie pusz­czał dru­giego.

Wy­stra­szona walką Tu­kum, któ­rej wcze­śniej nie spło­szyła strze­la­nina ani tok­syczny dym, te­raz wy­rwała się z ob­jęć dziew­czyny i dała dyla w stronę ła­zienki.

Jenny nie miała pomy­słu, co ro­bić. Wal­czyło ze sobą dwóch męż­czyzn, któ­rych da­rzyła pew­nym uczu­ciem. Krzy­cze­nie do nich było bezsensowne, bo i tak zi­gno­rują jej bła­ga­nia. Roz­dzie­la­nie ich siłą wy­da­wało się jesz­cze gor­szym po­my­słem.

- Pod­daj się, nie masz szans - ce­dził Ki­ret, sta­ra­jąc się przy­gnieść pierś avora ko­la­nem. - Za mi­nutę będą tu achij.

- Tak bar­dzo się mnie bo­icie? - Rei'than na­sy­cił słowa ogromną dawką sar­ka­zmu. Tylko sku­tecz­nie draż­niąc Bif­ftera, mógł skło­nić go do po­peł­nie­nia błędu. Był od niego niż­szy i drob­niej­szy, przy prze­dłu­ża­ją­cej się sza­mo­ta­ni­nie z pew­no­ścią prze­gra, zwłasz­cza że przez wiele lat sie­dział w celi i nie­wiele się ru­szał. - Plu­ton na jed­nego avora? Czy może od razu ba­ta­lion?

Ne­cron nie uległ pro­wo­ka­cji.

Wię­zień wy­ko­rzy­stał wła­sną krew, na­pły­wa­jącą mu do ust, i splu­nię­ciem opo­nentowi w oczy za­mro­czył go na mo­ment.

Ki­ret sil­nie ode­pchnął go bu­tem, aby nie za­ro­bić no­żem w or­gan - w prze­ci­wień­stwie do Rei'thana miał na so­bie cy­wilne ubra­nie. W ży­ciu by nie po­my­ślał, że doj­dzie nocą do ta­kiego epi­zodu; był w dro­dze do celi, z za­mia­rem zgar­nię­cia straż­ni­ków, gdy roz­brzmiał alarm. Po­dob­nie jak reszta achij miał przy so­bie re­gu­la­mi­nowy pi­sto­let, który pra­wie ni­gdy nie był po­trzebny w pod­zie­miach Car­goo.

Rei'than od­tur­lał się poza za­sięg ra­mion Ki­ri­tia­nina, wstał - i chwy­cił od tyłu za­sko­czoną Jenny, przy­sta­wia­jąc jej nóż do gar­dła.

- Rzuć broń albo ją za­biję - wark­nął, pa­trząc na Ne­crona nie­na­wist­nym wzro­kiem. Efekt grozy po­tę­go­wała po­soka na jego twa­rzy i czer­wone oczy w bla­sku lamp alar­mo­wych.

Bła­gał w my­ślach dziew­czynę, aby miała na tyle ro­zumu w gło­wie, żeby sie­dzieć ci­cho. Mu­siała po­dzie­lać jego obawy, bo po­szła na współ­pracę, choć Rei'than przy­pusz­czał, że prę­dzej pa­nika ode­brała jej mowę. Je­śli rze­kłaby zdzi­wio­nym gło­sem coś w ro­dzaju: "Rei, to ty ro­bisz?", by­łaby to­tal­nie skoń­czona na Car­goo. Tak przy­naj­mniej po­rzuci Jenny przed do­sta­niem się do po­jazdu, a Ki­ri­tia­nie będą prze­ko­nani, że zmu­sił za­kład­nika do przy­mu­so­wej po­mocy. Jako te­le­patka za­pewne oprze się me­to­dom son­du­ją­cym Fi­gama i psy­cho­me­trii Ag­gro­teha, więc może ustrzeże się przed wy­ja­wie­niem prawdy.

Tak wła­ści­wie to czemu przej­mo­wał się jej lo­sem?

- Prze­stań ma­chać klamką, wy­wal ją! Wy­kop! Cof­nij się! Łapy w górę! Stój tak! - wy­bą­ki­wał in­struk­cje.

- Puść dziew­czynę - burk­nął Ki­ret. Posłusz­nie wy­ko­ny­wał po­le­ce­nia poza unie­sie­niem ra­mion. Za­ci­snął dło­nie w bez­sil­nej zło­ści.

Przy­ci­ska­jący Jenny do piersi avor wy­co­fy­wał się w stronę ła­zienki. Sko­ło­wana dziew­czyna stra­ciła ro­ze­zna­nie, czy jej to­wa­rzysz gra, czy za­czął dzia­łać na po­waż­nie, wo­lała więc na mo­dłę Ne­crona speł­niać jego wolę i mil­czeć.

Gdy męż­czyzn dzie­liła od­le­głość kil­ku­na­stu kro­ków, z rów­no­le­głego ko­ry­ta­rza wy­bie­gli so­lid­nie już uzbro­jeni w ar­se­nale Ko­gan, Ga­reth, Shi­mizu, Dar­ko­ris, Shane i kilku in­nych achij. Ofi­ce­ro­wie i ich pod­władni.

Rei'than spa­ni­ko­wał jedy­nie na czas krót­kiego od­de­chu, gdy wska­zało go dzie­więć ce­low­ni­ków. Jego umysł za­dzia­łał au­to­ma­tycz­nie, jakby ste­ro­wał nim neu­ro­cyt, choć tym ra­zem w pełni kie­ro­wał się wolną wolą.

- Kirecie, mó­wi­łeś, że nikt tu nie przyj­dzie! - Uda­wał za­sko­cze­nie i strach. - Jak mo­głeś mnie oszu­kać, bra­cie?!

- Co?! - Ne­cron pa­trzył na avora w zdu­mie­niu, nie­pewny, czy aby się nie prze­sły­szał. Ob­ró­cił się ku Ki­ri­tia­nom, któ­rzy byli nie­mniej za­sko­czeni niż on sam. - Nie słu­chaj­cie go, gada bzdury!

- Nie, to on gada bzdury! - Rei'than nie prze­sta­wał się co­fać z za­kład­niczką. - Od dawna jest ze mną w zmo­wie. Wy­pu­ścił mnie. Tro­chę się po­sprze­cza­li­śmy, do­szło do walki mię­dzy nami. A te­raz chce oca­lić wła­sną skórę i wy­rzeka się wszyst­kiego, co zro­bił!

Rei'than osią­gnął za­mie­rzony efekt. Zdez­o­rien­to­wani achij pa­trzyli te­raz na swo­jego by­łego im­pe­ra­tora, a nie na niego.

- Chyba mu nie wie­rzy­cie! - wrzesz­czał Ne­cron. - Łap­cie go! - Spoj­rzał bła­gal­nie na Jenny. Avor tak trzy­mał jej głowę, że ze ści­śniętą krta­nią mo­gła je­dy­nie spo­glą­dać w su­fit. Na jej drga­ją­cej szyi wy­kwi­tały ko­lejne kro­ple krwi. Je­dyna na­dzieja na po­twier­dze­nie słów Bif­ftera zo­stała więc sku­tecz­nie wy­łą­czona z tej cho­rej roz­grywki. Dziew­czyna zgi­nę­łaby na­tych­miast, gdyby wy­dała z ust choćby dźwięk.

Gdy Rei'than za­trza­snął się już w ła­zience, achij ze­rwali się do biegu, jakby ich ska­mie­niałe ciała od­zy­skały peł­nię wła­ści­wo­ściowi ży­wego or­ga­ni­zmu.

- Co za kre­tyn! - huk­nął Ko­gan. - Nie uciek­nie stąd, to ślepy za­ułek.

- Zro­bił to z de­spe­ra­cji - od­parł Dar­ko­ris, pró­bu­jący uchy­lić drzwi.

- Mu­simy od­bić Jenny. - Ki­ret po­chy­lił się, aby zgar­nąć swój pi­sto­let.

- Stój, pa­nie Bif­fter - Shane rzekł z wy­raźną re­zy­gna­cją. Nie po­do­bało mu się to, co bę­dzie mu­siał zro­bić. - Cof­nij ręce. Nie ru­szaj się.

Ne­cron wolno się wy­pro­sto­wał, ze zdu­mie­niem spoj­rzał na ka­pi­tana.

- Wik­to­rze... Osza­la­łeś?

Ko­ry­ta­rzem nadcią­gali ko­lejni Ki­ri­tia­nie, zja­wił się rów­nież wy­bu­dzony już Ag­gro­teh, jak i sam For­kis.

- Gdzie jest Tu­kum? - On­ka­lot za­py­tał Ne­crona. Jego sy­nów do­star­czono wcze­śniej do oran­że­rii, jed­nak ci w usta­lo­nej omercie1 nie zdra­dzili, któ­rędy do­stali się do sek­tora B. Ag­gro na­to­miast nie miał chęci ani czasu, by ich prze­py­ty­wać przy wy­ko­rzy­sta­niu psy­cho­me­trii.

- Pa­nie For­kis, mamy pro­blem... - Shane chciał zło­żyć ra­port, gdy im­pe­ra­tor wy­ko­nał gwał­towny gest ręką, na­ka­zu­jąc mil­cze­nie.

- Wszystko sły­sza­łem przez ko­mu­ni­ka­tor star­szego sier­żanta Ga­re­tha - po­wie­dział stanowczo. - Ki­re­cie, je­steś aresz­to­wany.

- Zwa­rio­wa­li­ście wszy­scy? - Ne­cron cof­nął się o krok, gdy Ga­reth z Shane'em zbli­żyli się doń z unie­sioną bronią. - Ja nic nie zro­bi­łem! Oce­nia­cie sy­tu­ację, su­ge­ru­jąc się sło­wami tylko jed­nej strony. Tak się nie po­stę­puje. Rei'than na­mie­szał wam w gło­wach!

- Nie, Ki­re­cie. Tylko to­bie na­mie­szał - od­parł For­kis z bu­dzą­cym nie­po­kój spo­ko­jem. - Nie­jedna osoba już ze­znała, że współ­pra­cu­jesz z wro­giem. One wszyst­kie też zmó­wiły się prze­ciwko to­bie? Te­raz mamy żywy do­wód na to, że mó­wiły prawdę.

Przed ła­zienką achij pró­bo­wali per­trak­to­wać z avo­rem, ale na ich py­ta­nia i żą­da­nia od­po­wia­dało zwia­stu­jące nie­zbyt przy­chylny sce­na­riusz mil­cze­nie. Bez pro­blemu znisz­czy­liby bro­nią drzwi, nie chcieli jed­nak skrzyw­dzić za­kład­niczki.

Ne­crona za­lała fala zło­ści.

- Kto roz­siewa ta­kie bred­nie?! Je­stem wierny tylko Ki­ri­tia­nom! Prze­stań pie­przyć, For­ki­sie! Nie wi­dzie­li­ście ca­łego zaj­ścia! Nie było świad­ków! Zna­czy się, Jenny może po­twier­dzić, że je­stem nie­winny!

- Dziew­czyna nie jest wia­ry­god­nym świad­kiem. Do­szły mnie słu­chy, że łą­czą was... bli­skie re­la­cje. - Nie­wzru­szony ob­sce­nicz­nym za­cho­wa­niem roz­mówcy im­pe­ra­tor mach­nął ręką ku achij. - Za­mknij­cie go w celi.

Ki­ret na­wet nie wie­dział, jak to sko­men­to­wać. Car­go­oń­czycy po­waż­nie są­dzili, że on i Jenny sy­piali ze sobą?! Z dru­giej strony tro­chę to tłu­ma­czyło, dla­czego For­kis tak dia­me­tral­nie zmie­nił do niego na­sta­wie­nie.

- Przy­kro mi. - Ga­reth re­gu­la­mi­nowo wy­ce­lo­wał broń w jego plecy.

- Pro­szę tedy, pa­nie Bif­fter. - Shane wska­zał kie­ru­nek, któ­rędy szło się do wię­zie­nia Rei'thana.

Ki­ret za­pa­no­wał nad ner­wami, chciał współ­pra­co­wać i jak naj­szyb­ciej wy­ja­śnić to nie­wy­obra­żalne nie­po­ro­zu­mie­nie, więc po­słusz­nie dał się pro­wa­dzić.

Od strony ła­zienki do­szedł ło­mot po­wa­lo­nych, me­ta­lo­wych drzwi. Wszy­scy spoj­rzeli w tamtą stronę, także Ki­ret, Shane i Ga­reth, któ­rzy przy­sta­nęli na mo­ment. Trzech achij z dru­żyny we­szło do środka.

Po kilku chwi­lach z po­miesz­cze­nia pierw­szy wy­ło­nił się sze­re­gowy Ko­gan.

- Pa­nie im­pe­ra­to­rze, tu ni­kogo nie ma - ra­por­to­wał, strą­ca­jąc z rę­ka­wic wapno i piach. - Ucie­kli chyba ja­kimś tu­ne­lem, o któ­rego ist­nie­niu nie mie­li­śmy po­ję­cia. Wej­ście do niego jest za­sy­pane.

- Avor ukradł na­szego su­per­wi­rusa. Złap­cie go za wszelką cenę - na­ka­zał For­kis. - Za­bez­pieczcie wszyst­kie po­jazdy. Roz­lokuj­cie lu­dzi w stra­te­gicz­nych punk­tach. Wię­zień nie może wy­do­stać się z bazy. Ki­re­cie - zwró­cił się do Bif­ftera, gdy achij bez­zwłocz­nie za­częli wy­peł­niać roz­kazy. - Je­śli Rei'than uciek­nie, zo­sta­niesz uka­rany śmier­cią zgod­nie z pra­wem wo­jen­nym.

Na ob­li­czu Necrona wy­kwi­tło oszo­łomienie, stał z sze­roko otwar­tymi oczyma, nie będąc w sta­nie rzu­cić w od­po­wie­dzi na­wet sy­laby.

Ru­szył się, do­piero gdy Shane szturch­nął go lufą w plecy.

***

Rei'than był zły na sie­bie, że stra­cił mi­tra­liezę w tak głupi spo­sób. Przy jej po­mocy mógł za­wa­lić po­czą­tek tu­nelu rów­nie sku­tecz­nie, co wcze­śniej ko­ry­tarz w sek­to­rze. Po otak­so­wa­niu stropu stwier­dził, że nie gro­zi­łoby to łań­cu­cho­wym za­wa­le­niem się dal­szej czę­ści ko­palni.

Gdy z Jenny i Tu­kum zna­leźli się już w tu­nelu, avor roz­ko­pał ła­zien­kowe ka­fle z dru­giej strony, zde­sta­bi­li­zo­wał cio­sami noża, pię­ści i nóg wszelką sypką ma­te­rię ze ścian i stropu, byle stwo­rzyć pro­wi­zo­ryczną ba­ry­kadę. Udało mu się na­wet po­lu­zo­wać parę gła­zów i więk­szych brył skal­nych. Za ścianą sły­chać było przy­tłu­mione krzyki achij, któ­rzy zde­cy­do­wali się na roz­wa­le­nie drzwi.

Jenny przy­glą­dała się w mil­cze­niu, jak pra­cuje, a gdy pod­szedł do niej chwilę póź­niej, na­dal nie wy­krze­sała z krtani ani słowa. Rankę na jej szyi za­skle­pił już skrzep.

- Prze­pra­szam za tę krew i cały strach, który w to­bie wy­wo­ła­łem - rzekł kor­nie Rei'than, spusz­cza­jąc głowę, jed­no­cze­śnie świ­dru­jąc Jenny swymi upior­nymi oczyma. Tu­kum stała u jego stóp i zer­kała cie­kaw­sko to na jedno, to na dru­gie. - Ale tylko tak mo­głem uwia­ry­god­nić całą po­ka­zówkę. Mia­łem wszystko pod kon­trolą, nie mo­głem cię skrzyw­dzić.

- My­śla­łam, że to na po­waż­nie - rze­kła ci­cho, ła­mią­cym się gło­sem. - Na­dal mam wąt­pli­wo­ści...

- Cóż, chyba nie wy­daję ci się już taki fajny, jak wtedy gdy sie­dzia­łem za krat­kami. - Uśmiech­nął się zu­chwale, aby na swój spo­sób roz­ła­do­wać na­pię­cie. Dziew­czyna dała się po­gła­skać po po­liczku. - Skoro się mnie oba­wiasz, po­pro­szę cię jesz­cze tylko o jedną drobną przy­sługę: po­każ, jak do­stać się do han­garu. Tam się roz­sta­niemy, już na za­wsze. Spró­buję po­ra­dzić so­bie sam, ale mu­simy się śpie­szyć - pod­kre­ślił, gdy głosy achij przy­brały na sile.

- Tędy.

Dziew­czyna prze­ła­mała strach (te­raz bar­dziej niż avora bała się re­ak­cji swo­jego ojca), chwy­ciła Rei'thana za rękę i po­pro­wa­dziła po­cząt­kowo pro­stym tu­ne­lem. Po kil­ku­set me­trach na prze­mian szyb­kiego mar­szu i truchtu do­tarli do roz­wi­dle­nia dróg.

- Tu­kum, ale ty wra­caj - gło­śno ła­piąca od­dech Sand­storm zwró­ciła się do On­ka­lotki, która wciąż im to­wa­rzy­szyła, za­miast skrę­cić w szer­szą od­nogę pro­wa­dzącą do pal­miarni.

Ko­cica je­dy­nie na nią łyp­nęła, po czym we­szła w pod­kop pro­wa­dzący do szybu przy wschod­niej ścia­nie han­garu sek­tora A.

- To tu­taj? - za­py­tał Rei'than.

- Tak. - Jenny kiw­nęła głową.

Ob­jął ją tkli­wym spoj­rze­niem.

- Dzięki za wszystko. Już so­bie po­ra­dzę.

- Od­pro­wa­dzę cię do sa­mego końca. - Nie zwra­ca­jąc uwagi na jego re­ak­cję, sztywno wci­snęła się za Tu­kum do klau­stro­fo­bicz­nego, owal­nego przej­ścia o gli­nia­stych ścia­nach.

Rei'than ru­szył za nią. Jako że miał na so­bie pan­cerz do­da­jący mu ob­ję­to­ści, prze­dzie­rał się z nie­ma­łym tru­dem. W pew­nej chwili my­ślał na­wet, że utknie na do­bre, ale udało mu się wy­krę­cić ra­mię i ob­lu­zo­wać no­żem kilka miejsc pod­kopu, nato­miast resztą za­jęła się jego zbroja, dzia­ła­jąca tro­chę jak kret ko­pal­niany. Z ko­ry­ta­rza do­cho­dziły co­raz gło­śniej­sze dźwięki prze­pla­tane echem - Ki­ri­tia­nie prze­mie­rzali ko­pal­nię. Avor wykal­ku­lo­wał, że miał nad nimi może dwie mi­nuty prze­wagi.

W kwa­dra­to­wym, me­ta­lo­wym już szy­bie sek­tora A po­su­wali się gę­siego na czwo­raka. Dotarli do naj­bliż­szej kra­tow­nicy o siatce zło­żo­nej z drob­nych, gę­stych oczek. Alarm świetlny i dźwię­kowy nada­wał także w han­ga­rze, ob­le­wa­jąc ich re­gu­lar­nie po­kła­dami czer­wieni. Uj­rzeli tylko kilku achij w po­bliżu pół­noc­nej sztolni, co ozna­czało, że po­ścig wciąż mu­siał się sku­piać na sek­to­rze B - nikt nie przy­pusz­czał, że ucie­ki­nier może do­stać się do han­garu taj­nym przej­ściem.

- Pa­mię­tasz ten my­śli­wiec, który po­ka­zy­wa­łaś mi w celi? - szep­nął Rei'than Jenny przy uchu.

- Bia­łek? Jest tam, za tym trans­por­te­rem. - Wska­zała je­den z du­żych stat­ków. - O ile go nie prze­sta­wili.

- Wspo­mi­na­łaś, że był ostat­nio mo­dy­fi­ko­wany.

- Tak, na pewno do­dano mu na­pęd win­dy­kalny i naj­now­sze osłony wy­my­ślone przez ze­spół dok­tora Fi­gama. Co jesz­cze, to nie wiem. Nie­zbyt się tym in­te­re­suję.

- Tyle mi wy­star­czy.

Avor bez trudu i ha­łasu - czemu sprzy­jał dźwięk alarmu - wy­jął kra­tow­nicę z ramy i odło­żył ją obok sie­bie. Ze­sko­czył z wy­so­ko­ści pra­wie czte­rech me­trów, lą­du­jąc w przy­kucu wśród po­jem­ni­ków. Wspo­ma­ga­nie pan­ce­rza nieco za­mor­ty­zo­wało upa­dek. Ża­den z achij znaj­du­ją­cych się w od­da­le­niu nie ob­ró­cił głowy.

Kiedy chciał mach­nąć krótko dziew­czy­nie na po­że­gna­nie, zobaczył ku swo­jej iry­ta­cji, że ta ska­cze za­raz za nim. Nie miał wy­boru i mu­siał ją zła­pać. Z ko­lei Tu­kum wy­sko­czyła z otworu pro­sto w ra­miona dziew­czyny.

Wy­ko­rzy­stu­jąc wspor­niki, ma­szyny, skrzy­nie i ła­do­warki jako osłony, szybko do­tarli po­chy­leni do my­śliwca XRS-14 Ghost.

- To te­raz naj­trud­niej­sza część - oznaj­mił Rei'than. - Le­piej zmy­kaj już, mała, bo po tym, co te­raz zro­bię, zo­ba­czą nas wszy­scy z han­garu.

Nie po­do­bało mu się, że Jenny zde­cy­do­wała się zo­stać. No nic, jej sprawa.

Wyjął ze schowka w pan­ce­rzu swoją ostat­nią kap­sułę ra­ji­thar, którą spa­ro­wał re­cy­fra­to­rem z neu­ro­cy­tem jesz­cze w cza­sach sprzed nie­woli. Kon­tem­plo­wał ją z powagą przez krótką chwilę - po czym po­tęż­nym ude­rze­niem ręki roz­bił o tylną część ka­dłuba Białka.

Od miej­sca ude­rze­nia za­częła się roz­cho­dzić fala ude­rze­niowa, przy­po­mi­na­jąca tę pod­czas im­paktu wiel­kiego me­te­orytu z pla­netą. Stop­niowo, nie­uchron­nie obej­mo­wała świe­tli­stą plan­deką co­raz więk­sze par­tie my­śliwca. Pik­se­lowate świa­tło trwało na da­nym ob­sza­rze kilka se­kund, po czym zani­kało. Nie­zro­zu­miały dla Jenny pro­ces sko­ja­rzył jej się z wy­twa­rza­niem ma­te­rii my­śliwca wo­kół Da­riusa, ale prze­czu­wała, że mo­gła to być zu­peł­nie inna tech­no­lo­gia niż tamta po­cho­dząca od Nimja.

- Co się dzieje? - za­py­tała.

- In­fek­cja pik­to­czi­pów. Oto dru­gie za­sto­so­wa­nie kap­suły ra­ji­thar w prak­tyce. Służy nam albo za źró­dło po­ży­wie­nia, albo, współgrając z neu­ro­cy­tem, prze­pro­gra­mo­wuje wy­braną jed­nostkę, do­sto­so­wu­jąc ją do wy­mo­gów ope­ra­tora na po­zio­mie cy­fro­wym, jak i czę­ściowo ma­te­rial­nym. Mó­wiąc krótko: przejmę od Ki­ri­tian tego my­śliwca.

Je­den z achij zwró­cił uwagę na grę światła. Na­tych­miast zwo­łał ko­le­gów i opan­ce­rzona, uzbro­jona grupa ru­szyła bie­giem w stronę Białka.

Pro­ces in­fek­cji prze­my­sło­wej za­koń­czył się.

- Stać!

Rei'than nie zdą­żył wejść na po­kład - wciąż stał na ziemi, gdy pa­dał nakaz.

Tu­kum sku­liła się za jego no­gami.

Jenny zrobiła je­dyną rzecz, jaka przy­szła jej do głowy, by ura­to­wać uzbro­jo­nego je­dy­nie w nóż przy­ja­ciela, a przy­naj­mniej za­mie­rzała wpro­wa­dzić za­mie­sza­nie i ku­pić im obojgu tro­chę czasu. Po­pa­trzyła osten­ta­cyj­nie na osłony heł­mów achij, po czym za­rzu­ciła ręce na szyję Rei'thana i na­mięt­nie po­ca­ło­wała go w usta.

- Co do... Jenny?! - wy­pa­lił je­den.

Avor był za­sko­czony nie mniej niż tamci. Dziew­czyna oto spa­liła swój ostatni most w tym miej­scu. Świad­kiem zda­rze­nia byli już nie tylko sku­pieni w pół­kręgu Ki­ri­tia­nie, mie­rzący w nich lu­fami, ale i masa ko­lej­nych, któ­rzy za­częli wle­wać się do han­garu od strony prze­łazu łą­czą­cego sek­tory.

- Tylko tak mogę oca­lić Ki­reta, któ­rego fał­szy­wie oskar­ży­łeś o zdradę - po­wie­działa szep­tem do Rei'thana, przy­kła­da­jąc mu dłoń do twa­rzy.

Na­prawdę nie miał te­raz czasu o tym dys­ku­to­wać.

- Bia­łek, sły­szysz mnie już? - za­py­tał bez­gło­śnie przy po­mocy neu­ro­cytu.

- Oczy­wi­ście, sir.

- Dia­gnoza.

- Wszyst­kie układy sprawne.

Odetch­nął w du­chu z ulgą, przy­naj­mniej w kwe­stii tej czę­ści planu. Jego oca­le­nie i suk­ces do­ty­czący roz­kazu xepo Thino'paia za­le­żały te­raz wy­łącz­nie od wra­żego my­śliwca. Ale ma­szyna nie po­winna oka­zać się za­wodna, przy­naj­mniej działo się tak w rze­czy­wi­sto­ści zna­nej Kan­drok. Nie­mniej XRS-14 stał się wła­śnie czę­ścią tam­tej strony, tej lep­szej, więc nie mógł na­wa­lić.

- Za­bij ich wszyst­kich i oczyść mi drogę. Oszczędź dziew­czynę.

Bia­łek w cza­sach, gdy na­le­żał jesz­cze do re­be­lian­tów, był wy­po­sa­żony w ukryte w ka­dłu­bie ra­kiety, podskrzydłowe wy­su­wane działka ta­ma­riowe, tylne ka­ra­binki pla­zmowe oraz działko ener­ge­tyczne, które po krót­kiej ku­mu­la­cji po­ci­sku strze­lało spod dzioba. Cały ten sprzęt zo­stał za­cho­wany, choć ulep­szony, tak by mógł spro­stać diar­du­kowi Kan­drok. Do­dat­kowo Fi­gam, po po­my­śle pod­su­nię­tym mu przez Chi­mal­mat, włą­czył do uzbro­je­nia my­śliwca obronną ki­ne­tyczną falę ude­rze­niową o za­sięgu stu me­trów, mo­gącą przy­kła­dowo ochro­nić pi­lota przed wy­wle­cze­niem, oraz falę ofen­sywną, dzia­ła­jącą jak udo­sko­na­lone EMP, zdolną prze­ni­kać przez ba­riery.

SI my­śliwca wy­kal­ku­lo­wała, że sku­tecz­niej­sza bę­dzie de­fen­sywa, by odse­pa­rować wro­gów od swo­jego no­wego ope­ra­tora. Po wy­su­nię­ciu się z ka­dłuba kil­ku­na­stu gło­wic, które wy­two­rzyły pole, na­stą­piła eks­plo­zja. Achij i lżej­sze przed­mioty z oto­cze­nia zo­stały ośrod­kowo roz­rzu­cone po ca­łym han­ga­rze. Prze­su­nęły się też mniej­sze ma­szyny. Jenny, która stała przy­tu­lona do Rei'thana, fala nie do­się­gła.

Sand­storm była prze­ra­żona moż­li­wo­ściami tech­no­lo­gicz­nymi Kan­drok. Wystar­czyło roz­bić ja­kąś małą kap­sułę, by ob­da­rzona sztuczną in­te­li­gen­cją ma­szyna w se­kundy zmie­niła front? Bez żad­nego oporu, bez żad­nych "wy­rzu­tów su­mie­nia"? Zero i je­den. Albo na­leżę do nich, albo do tam­tych - co za róż­nica? I to by­łoby na tyle w te­ma­cie nie­za­wod­no­ści sprzętu Nie­śmier­tel­nych. Za­bro­niono za­bie­rać na wojnę an­dro­idy, ale co z resztą ma­szyn ko­rzy­sta­jących z SI? Dziew­czyna do­tąd nie roz­my­ślała nad po­tęgą wroga. W Rei'tha­nie wi­działa je­dy­nie skrzyw­dzonego, sa­mot­nego więź­nia prze­trzy­my­wa­nego przez ob­cych, nad któ­rym każ­dego dnia wi­siało widmo śmierci. Te­raz w pełni po­jęła, z jak groź­nym nie­przy­ja­cie­lem się zbra­tała. Ow­szem, bała się go - ale chyba z tego wła­śnie po­wodu jesz­cze bar­dziej ją po­cią­gał. Uwiel­biała jego wy­gląd, od­wagę i siłę psy­chiczną, na­wet nie­usta­jącą iro­nię.

- Na mnie już czas. - Rei'than po­ca­ło­wał ją i na­tych­miast ru­szył ku za­pra­sza­jąco otwar­tej ka­bi­nie XRS-14.

Sand­storm po­jęła jesz­cze jedną rzecz: cały czas była ma­rio­netką avora, któ­rej od po­czątku nie za­mie­rzał za­bie­rać ze sobą. Li­czyła, że po tym, co za­pre­zen­to­wała achij z han­garu, uwolni ją od we­ge­to­wa­nia w ba­zie Car­goo, przy­naj­mniej pod­rzuci w inne miej­sce. Nie li­czyła wpraw­dzie na wy­lewne po­że­gna­nie, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, ale nie za­re­je­stro­wała żad­nych emo­cji ze strony Rei'thana. Po­czuła się podle. Zdra­dzona. Tym wła­śnie byli Kan­drok: bar­dziej ma­szy­nami niż istotami ży­wymi.

Rei'than nie ko­chał Jenny, choć mu­siał przy­znać, że jej lek­ko­myślność i na­iwność wzbu­dzały sym­pa­tię. Szcze­rze ją po­lu­bił, jak i jej to­wa­rzy­stwo. No w po­rządku - po­lu­bił ją na­wet bar­dzo. Już sam ten fakt wy­da­wał się nie­zwykły, bio­rąc pod uwagę to, że Jenny była de­voka, nie­mniej nie stał w sprzecz­no­ści z pro­gra­mem neu­ro­cytu, który od­rzu­cał wszystko, co mo­gło za­szko­dzić Kan­drok. Rei'than znał już przy­padek, że pewna na­sto­latka ura­to­wała avora-roz­bitka, za­dzierz­gnęło się mię­dzy nimi uczu­cie, on za­brał ją na­wet na Ase­phor' Ce­ro­tis, ale nie skoń­czyło się to do­brze. Są­dził, że więź mię­dzy czło­wie­kiem i avo­rem mo­gła się wy­two­rzyć, gdy ten drugi był od­cięty od swo­jego ko­lek­tywu i sy­gnału bio­sieci Źró­dła. Sand­storm przede wszyst­kim była jego prze­pustką. Bi­le­tem na jed­no­stronną po­dróż z tego miej­sca. Kartą prze­tar­gową. Po­tra­fiłby użyć wię­cej ta­kich po­rów­nań, na­uczyw­szy się ich od lu­dzi.

Nie­mniej coś go tknęło, kiedy był już nogą w ka­bi­nie. Dziew­czyna w końcu mu po­mo­gła, i to wie­lo­krot­nie. Kła­dąc swoje bez­pie­czeń­stwo na szali, od­wa­żyła się otwo­rzyć mu drzwi. Gdyby nie ona, już by nie żył. Dwa razy oca­liła mu ży­cie. Etyka Kan­drok na­ka­zy­wała spłacać długi, choć to do­ty­czyło tylko wła­snego ro­dzaju. Je­śli jed­nak ją zo­stawi, Ki­ri­tia­nie ra­czej nie okażą jej ła­ski. Może nie za­biją Sand­storm, skoro nie była achij i nie obo­wią­zy­wało jej prawo wo­jenne, ale z pew­no­ścią skoń­czy się to dla niej dłu­go­trwa­łym cier­pie­niem.

Spoj­rzał na nią z góry, trzy­ma­jącą przy piersi Tu­kum, ża­ło­sną, mil­czącą, w jej smutne oczy wy­ra­ża­jące strach i zawód.

Prych­nął, po­krę­cił głową. Zsu­nął się na skrzy­dło my­śliwca.

- Chodź. - Po­chy­lił się i wycią­gnął ra­mię z otwartą dło­nią. - Jed­nak uczci­wie ostrze­gam, że je­śli za­biorę cię do swo­ich, nie bę­dzie już od­wrotu. Nie daję ci gwa­ran­cji, że zdo­łam cię obro­nić przed po­tęż­niej­szymi ode mnie. Bę­dziesz mu­siała też za­ak­cep­to­wać mnie ta­kim, ja­kim je­stem.

Po­roz­rzu­cani po han­ga­rze achij zdo­łali się już po­zbie­rać. Nie zo­staw­szy po­in­for­mo­wani o ostat­niej mo­dy­fi­ka­cji Białka, otwo­rzyli ogień w jego kie­runku. Przy­byłe wspar­cie także roz­po­częło ostrzał. My­śli­wiec ak­ty­wo­wał osłony po­chła­nia­jące ener­gię po­ci­sków, którą mógł po­tem wy­ko­rzy­stać jako za­si­la­nie po jej zgro­madzeniu i prze­two­rze­niu. Ochroną ob­jął też Rei'thana i Jenny.

Nie ma­jąc czasu na roz­są­dek i lo­giczne my­śle­nie, Jenny po­szła za im­pul­sem i przy­jęła wy­cią­gniętą dłoń.

Avor pomógł jej do­stać się do ka­biny, tę na­tych­miast zapie­czę­to­wała her­me­tycznie osłona z ul­tra­pu­ro­naksu, który rów­nież był jed­nym z ostat­nich wy­na­laz­ków stwo­rzo­nym pod walkę z Kan­drok.

- Opuść pla­netę Car­goo, znajdź naj­bliż­szy wę­zeł i go użyj, ale w ob­rę­bie tej ga­lak­tyki - Rei'than wy­dał my­śliw­cowi po­le­ce­nie. Był pe­wien, że Kan­drok wciąż znaj­do­wali się licz­nie na ob­sza­rze Drogi Mlecz­nej. Stra­te­gia sprzed kilku huva, po­le­ga­jąca na wy­szu­ki­wa­niu, nie­wo­le­niu, prze­ka­ba­ce­niu bądź eks­ter­mi­na­cji Ki­ri­tian, wciąż po­winna obo­wią­zy­wać, o ile nie za­szły gwał­towne zmiany w tym kie­runku.

XRS-14 wy­star­to­wał, uniósł się pio­nowo nad po­sadzką, po czym skie­ro­wał ku sztolni wy­lo­to­wej. Za­nim to jesz­cze na­stą­piło, achij wstrzy­mali bez­sen­sowny ostrzał.

***

Chociaż był pra­wie śro­dek nocy, Da­rius nie od­czu­wał zmę­cze­nia, wciąż to­wa­rzy­szyły mu bo­wiem emo­cje zwią­zane z trans­for­ma­cją w my­śliwca. Po raz enty od­twa­rzał w wy­obraźni lot w ko­smos jako ope­ra­tor Pa­ra­bel­lum, jak i inne przy­jem­no­ści zwią­zane z tech­no­lo­gią pat-b'itolu. Po dia­gno­styce do­tyczącej dzia­ła­nia ma­szyny, jej in­te­rak­cji z ope­ra­to­rem, jak i bio­funk­cji Schin­dlera pod­czas prze­by­wa­nia w "pan­ce­rzu", Da­rius mógł so­bie w końcu po­zwo­lić na tro­chę pry­wat­no­ści. Opie­rał się ra­mio­nami o ba­rierkę jed­nej z ga­le­ry­jek nad halą mon­ta­żowni sek­tora D, po­pi­jał wodę z kubka i ob­ser­wo­wał per­so­nel tech­niczny mo­dy­fi­ku­jący stare ki­ri­tiań­skie ma­szyny. Także two­rzący zu­peł­nie nowe, które do­słow­nie ro­sły w oczach, jak wcze­śniej Pa­ra­bel­lum. Kulka pat-b'itolu spo­czy­wała bez­piecz­nie w jego kie­szeni.

Ktoś wy­słał do niego ko­mu­ni­kat. Da­rius zerk­nął na PDA i zo­ba­czył, że to ka­pral tech­nik Dar­ko­ris, je­den z jego ko­le­gów.

- No cześć, Ra­smus.

- Tak my­śla­łem, że nie śpisz. - Przy­śpie­szony od­dech męż­czy­zny świad­czył o tym, że biegł albo zmę­czył się w inny spo­sób. W tle było sły­chać liczne głosy. - Jest z tobą Jenny?

- O tej po­rze ra­czej nie. Coś się dzieje?

- Dużo, igno­ran­cie. - W in­nych oko­licz­no­ściach Dar­ko­ris po­wie­działby to w for­mie żartu, a nie wzbu­rze­nia. - For­kis ka­zał aresz­to­wać Ki­reta, po­noć od dawna był w ukła­dach z wro­giem. Po­mógł uciec Rei'tha­nowi, ale ich plan nie wy­pa­lił i zo­stali na­kryci. Była z nimi Jenny, jako za­kład­nik.

Gdyby PDA był wy­ko­nany z kruch­szego me­talu, nie­wy­klu­czone, że wstrzą­śnięty Da­rius nie­świa­do­mie zgnió­tłby go w gar­ści. Rze­czy­wi­ście przez chwilę w hali ro­to­wały alarmy, my­ślał jed­nak, że to nie­dawno za­twier­dzona sy­gna­li­za­cja tech­niczna zwią­zana ze wzmo­żoną pro­duk­cją, przy­pad­kiem przy­po­minająca kod czer­wony. Hala po­zo­sta­wała jed­nak za­mknięta, a per­so­nel za­cho­wy­wał się nor­mal­nie.

- Ja pier­dzielę, jaki hat-trick...

- Cze­kaj, są nowe roz­kazy. - Dar­ko­ris za­milkł na czas wy­słu­cha­nia ko­mu­ni­katu. - Ucie­ki­nier jest w han­ga­rze sek­tora A. Po­rwał Jenny i prze­jął my­śli­wiec. Zaraz ruszymy w po­ścig.

Schin­dler nie zdo­łał wy­ce­dzić prze­kleń­stwa, za to wy­pa­lił:

- Zro­bię to szyb­ciej.

Pod­jął de­cy­zję na­tych­miast, kie­ru­jąc się emo­cjami zu­peł­nie jak Jenny parę chwil wcze­śniej, gdy zde­cy­do­wała się po­dać dłoń Rei'tha­nowi. Trzy­ma­jąc PDA w gar­ści, ze­rwał się do sprintu po kra­tow­nicy rów­no­le­gle do ściany mon­ta­żowni. Bez prze­pra­sza­nia roz­trą­cił osoby sto­jące mu na dro­dze.

- Schin­dler, nie rób głupstw. - Kapral tech­nik sły­szał stu­kot jego bu­tów o me­tal.

Da­rius wci­snął włą­czony PDA w kie­szeń, a wy­jął z dru­giej kulkę pat-b'itolu. Pod­czas dia­gno­styki wiele razy ka­zano mu ak­ty­wo­wać i skła­dać pan­cerz Pa­ra­bel­lum, dzięki czemu opa­no­wał pro­ce­durę czy­nie­nia tego bły­ska­wicz­nie. Parę osób z dołu zwró­ciło głowy w jego stronę bądź za­chły­snęło się po­wie­trzem, gdy ze­sko­czył w małą prze­paść, od­biw­szy się od ba­rierki ga­le­ryjki. Roz­po­starł ra­miona.

- Dar, ty nie masz żad­nych roz­ka­zów! - dało się sły­szeć jesz­cze głos Dar­ko­risa.

Parę me­trów nad zie­mią Schin­dler roz­po­czął lot jako Pa­ra­bel­lum, czę­stu­jąc po­tęż­nym po­dmu­chem sto­jące wo­kół osoby.

Wiel­kim tu­ne­lem po­wietrz­nym, którego gro­dzie sam so­bie otwo­rzył elek­tro­nicz­nie, do­stał się do han­garu sek­tora A, a stamtąd ru­szył w po­ścig za Biał­kiem, który wcze­śniej roz­wa­lił śluzę sztolni cią­gną­cej się pio­nowo przez ska­li­ste wzgó­rze. Zde­spe­ro­wany, z moc­nym po­sta­no­wie­niem ura­to­wa­nia Jenny, igno­ro­wał wszel­kie ko­mu­ni­katy na­ka­zu­jące mu za­wró­cić - zor­ga­ni­zo­wany po­ścig miał ru­szyć nie­ba­wem, gdy po­bu­dzeni zo­staną naj­lepsi pi­loci.

- Spro­wa­dzę ją z po­wro­tem - po­in­for­mo­wał je­dy­nie For­kisa, który skon­tak­to­wał się z nim z cen­trum kon­troli lo­tów.

***

Wście­kły ni­czym bu­rza Sa­riel szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzał ko­ry­tarz. Igno­ro­wał zwra­ca­ją­cych na niego uwagę alian­tów, kie­ru­jąc się pro­sto ku kan­ce­la­rii ge­ne­rała War­fi­gh­tera. Kiedy już tam wszedł, nie czuł naj­mniej­szego skrępowa­nia, że za­kłó­cił ważne spo­tka­nie z in­te­re­santami wy­so­kich stopni, ana­li­zu­jącymi z Vel­kee'em po raz ko­lejny plany ataku.

Za­pa­dła głę­boka ci­sza, gdy urwano roz­mowy, słowa za­stą­piły wy­mowne i zdu­mione spoj­rze­nia.

Sa­riel bez ce­re­gieli trza­snął otwar­tymi dłońmi o wiel­kie biurko War­fi­gh­tera. Sto­jący za nim Vel­kee uniósł brew, miał minę, jakby chciał chwy­cić per­ma­nent­nego dwu­dzie­sto­sze­ścio­latka za wszarz i wy­wa­lić na zbity pysk na ko­ry­tarz.

- Dla­czego mam le­cieć z For­ki­sem na Ce­ro­tis?! - rzekł wście­kle na­uko­wiec. - Fi­gam i On­ka­loci zo­staną od­de­le­go­wani na H14, gdzie obec­nie jest bez­piecz­niej niż tu. Na wojnę po­wi­nien le­cieć tylko An­dro. Po kiego grzyba je­ste­śmy po­trzebni tam obaj?! Wszystko, co mie­li­śmy wam prze­ka­zać, już prze­ka­za­li­śmy, resztą umie w pełni za­jąć się woj­sko. Żą­dam, by i mnie ode­słano na Chu­li­mal czy w inne bez­pieczne miej­sce! - Przesunął wzro­kiem po ze­bra­nych, któ­rym w gło­wach się nie mie­ściło, co on odstawia. - Czy zda­je­cie so­bie sprawę, kim ja się sta­łem? Ogar­nia­cie w ogóle, na co mnie na­ra­ża­cie, wy­sy­ła­jąc na wojnę, gdzie mogę zgi­nąć? Je­stem jed­nym z trzech naj­waż­niej­szych i naj­cen­niej­szych lu­dzi w tej ga­lak­tyce!

Kapi­tan Wik­tor Shane z tru­dem zmie­nił wy­buch śmie­chu na ka­le­kie kaszl­nię­cie, co wy­pa­dło, jakby przez mo­ment dła­wił się śliną. Ge­ne­rał Ro­bert Mil­les od­pu­ścił so­bie ci­snący się na usta wul­garny ko­men­tarz.

Vel­kee nie prze­rwał spo­tka­nia, li­cząc na jak naj­szybsze za­ła­twienie sprawy z po­wa­lo­nym Je­lin­kiem. Od­no­sił wra­że­nie, że po tym, jak Na­cxit udo­sko­na­lił jego mózg, na­uko­wiec stał się jesz­cze bar­dziej bez­czelny, bo znał swoją war­tość i wiedział, że go po­trzebowano. A wyda­wać by się mo­gło, iż po prze­mia­nie bę­dzie uoso­bie­niem ła­god­no­ści i wie­dzy. Tym­cza­sem u Sa­riela spo­tę­go­wały się jego naj­gor­sze ce­chy. Prak­tycz­nie nikt go tu nie lu­bił, a i on nie dbał o do­brą at­mos­ferę w pracy czy ży­ciu pry­wat­nym, ma­jąc się za lep­szego od wszyst­kich, może z wy­jąt­kiem dok­tora Fi­gama. War­fi­gh­ter dzi­wił się, że ko­muś ta­kiemu udało się zna­leźć żonę.

- Usta­li­li­śmy, że awa­ryj­nie bie­rzemy was dwóch, na wy­pa­dek gdyby je­den z was zgi­nął. Nie­mniej obaj bę­dzie­cie przydatni - od­parł cier­pli­wie Vel­kee. - My­lisz się, twier­dząc, że achij sami już so­bie po­ra­dzą. Bez was mo­żemy mieć na miej­scu pro­blem z sys­te­mami obronnymi Kan­drok, a pracy na pewno czeka nas sporo. Bę­dziesz miał oka­zję do­wo­dzić wie­loma ludźmi w za­da­niach, gdzie bę­dzie wy­ma­gana wie­dza tech­niczna - spró­bo­wał go udo­bru­chać.

- Walę to. Ni­g­dzie nie lecę.

Vel­kee oparł pię­ści o blat. Obaj mie­rzyli się wzro­kiem. Star­szy, wy­soki, do­brze zbu­do­wany achij i młody, śred­niego wzro­stu i tycz­ko­waty na­uko­wiec.

- Może i sta­łeś się ja­kimś su­per­mó­zgiem, Sa­rielu, ale cią­gle je­steś Ki­ri­tia­ni­nem. Na Car­goo wszy­scy pod­le­gają roz­ka­zom For­kisa i dy­gni­ta­rzy.

- Nie je­stem żoł­nie­rzem, tylko na­ukow­cem.

- Je­steś achij, mia­łeś jak każdy szko­le­nie woj­skowe. W pew­nych oko­licz­no­ściach mu­sisz chwy­cić za broń, a ta­kie wła­śnie się nada­rzyły. Je­steś czę­ścią tego na­rodu.

- Już i tak dużo dla was zro­bi­łem. Na­mie­rzy­łem wam cho­ciażby tę cho­lerną pla­netę avo­rów. Mo­że­cie so­bie wsa­dzić wa­sze roz­kazy - Je­li­nek po­zwa­lał so­bie na wiele, pewny, że tamci nic mu nie zro­bią.

Ale nie miał ra­cji.

Vel­kee za­czął się iry­to­wać.

- Kuźwa, czło­wieku... To­bie i Androwi za­pew­nimy ochronę! Nie wyjdziesz z pie­przo­nego promu, może w ogóle po­zo­sta­niesz na or­bi­cie!

- Przez cie­bie tra­cimy tylko czas - rzekł nie­cier­pli­wie Mil­les.

- Swoje po­wie­dzia­łem - wy­ce­dził Sa­riel. - Nie po­lecę tam, aby zgi­nąć. Moje ży­cie warte jest te­raz tyle, co ty­siąca Ki­ri­tian.

Mó­wie­nie, że coś stało mu się z głową, brzmia­łoby dwu­znacz­nie. Za to War­fi­gh­te­rowi wpa­dło do jego wła­snej wy­ra­cho­wane roz­wią­za­nie pro­blemu.

- Za­tem ro­zu­miem, że nie zmie­nisz swo­jego zda­nia, Sa­rielu? - od­parł nie­po­ko­jąco ła­god­nie, pro­stu­jąc się.

- Nie - Je­li­nek ści­szył głos, są­dząc, że do­piął swego. Choć in­stynkt ostrze­gał go przed pod­stę­pem.

- I pro­sisz je­dy­nie o prze­nie­sie­nie?

Słu­żący już ja­kiś czas w ar­mii Shane przy­gryzł wargi, by się nie uśmiech­nąć. Wiedział, co za­raz na­stąpi.

Je­li­nek mach­nął rę­koma, które klep­nęły o uda.

- No na­resz­cie do cze­goś do­szli­śmy.

- Za­tem zgoda.

Na­uko­wiec nie był pe­wien, czy do­brze usły­szał. Wie­dział, że mu w końcu ustą­pią, ale nie spo­dzie­wał się, iż z Vel­kee'em pój­dzie aż tak ła­two.

- Słu­cham?

- Za­ła­twię panu prze­nie­sie­nie, na­wet na­tych­miast. - Ge­ne­rał z tru­dem za­cho­wał po­ważny wy­raz twarzy. Wy­brał kon­takt na PDA. Po­łą­cze­nie nie trwało długo. - Po­rucz­niku Sey­mour?

- Tak, pa­nie ge­ne­rale? - od­po­wie­dział Tsar po dru­giej stro­nie. Od chwili za­gi­nię­cia Da­riusa po­łowa jego na­tu­ral­nej, lu­zac­kiej oso­bo­wo­ści jakby zo­stała wy­łą­czona, co dało się roz­po­znać w znu­żo­nym gło­sie ofi­cera.

- Zna­leź­li­ście już za­stęp­stwo za Da­riusa Schin­dlera w dru­ży­nie Pro­xima Cen­tauri?

- Nie, sir.

Vel­kee po­pa­trzył mści­wie na Sa­riela.

- Mam tu ide­al­nego kan­dy­data, na pierw­szą li­nię.

Na­ukowca za­tkało. Zgro­ma­dzeni w po­miesz­cze­niu już otwar­cie za­częli chi­cho­tać. W su­mie do­brze im zro­biła tak luźna prze­rwa w po­waż­nej dys­ku­sji.

- Nie wal­czył ni­gdy na fron­cie, więc dam mu przy­dział sze­re­gowca. Przyda się wam pew­nie technolog, fi­zyk i ge­ne­tyk. To Sa­riel Je­li­nek. Mia­nuj Ry­ana na ka­prala dru­żyny za­miast Schin­dlera. Uwa­żam, że chło­pak so­bie po­ra­dzi.

- Tak jest, sir - od­po­wie­dział Tsar, a po­my­ślał: na chuj zła­many on nam tu­taj?! Wie­dział, że Sa­riel do­stał ten przy­dział, bo mu­siał coś odwalić przed War­fi­gh­te­rem. Wo­lałby jed­nak nie mieć go w swo­jej kom­pani, ce­niąc cha­rak­ter achij na równi z umie­jęt­no­ściami.

- Ja tak tego nie zo­sta­wię. - Bar­dziej blady niż ze­złosz­czony Sa­riel ob­ró­cił się i wy­szedł. Trza­snąłby drzwiami, gdyby nie uchy­lały się au­to­ma­tycz­nie.

- Nor­mal­nie brak słów - po­wie­dział Mil­les.

- Ko­leś ma w so­bie tyle jadu, że star­czy­łoby dla wszyst­kich te­ścio­wych na Atli - sko­men­to­wał Wik­tor. - A my­śla­łem, że wyż­sza in­te­li­gen­cja i ro­zum idą w pa­rze z em­pa­tią.

- Przez ta­kich uwa­ża­ją­cych się za bo­gów em­pa­tów mamy wła­śnie wojnę z Kan­drok. Ce­lem ewo­lu­cji istot in­te­li­gent­nych nie jest em­pa­tia, ale naj­wy­raź­niej sza­leń­stwo. - Vel­kee osu­szył kie­li­szek. - To na czym skoń­czy­li­śmy, pa­no­wie?