Prolog
Hyde Park, Londyn
8 kwietnia 1912 roku
Dziewczyna osunęła się na kolana i wybuchnęła
płaczem. Towarzyszący jej chłopak rozejrzał się wokół. Tak jak się
spodziewał, o tej porze park był zupełnie pusty. Moda na jogging miała
nadejść dopiero wiele lat później, a dla śpiących na parkowych ławkach
włóczęgów przykrytych jedynie gazetami było zbyt zimno.
Ostrożnie owinął chronograf chusteczką i schował go do plecaka.
Jego towarzyszka klęczała wśród przekwitłych
krokusów pod jednym z drzew na północnym brzegu jeziora Serpentine.
Ramiona jej drżały, a ciałem wstrząsał szloch, który brzmiał jak
rozpaczliwy jęk zranionego zwierzęcia.
Nie mógł tego znieść, ale z doświadczenia
wiedział, że lepiej będzie zostawić ją w spokoju. Usiadł więc obok na
wilgotnej od rosy trawie, zapatrzył się w gładką niczym lustro
powierzchnię wody i czekał. Czekał na to, by ból, który prawdopodobnie
już nigdy do końca jej nie opuści, nieco zelżał.
Czuł się zresztą tak samo jak ona, ale starał się
jakoś trzymać. Nie powinna martwić się jeszcze o niego.
- Czy wynaleźli już chusteczki higieniczne? -
Pociągnęła w końcu nosem i zwróciła ku niemu twarz mokrą od łez.
- Nie mam pojęcia - odparł. - Ale mogę ci
zaoferować stylową chusteczkę z materiału, z monogramem.
- G.M. Czyżbyś ukradł ją Grace?
- Nie, sama mi ją dała. Możesz ją teraz
zasmarkać, księżniczko.
Oddając mu chusteczkę, ściągnęła usta w krzywym
uśmieszku.
- Jest teraz kompletnie do niczego.
Przepraszam.
- Ach, co tam! W tych czasach wywiesza się je na
słońcu, żeby wyschły, i używa jeszcze raz - powiedział. - Najważniejsze,
że przestałaś płakać.
W jej oczach natychmiast znów pojawiły się
łzy.
- Nie powinniśmy byli tak jej zostawiać. Przecież
ona nas potrzebuje! Wcale nie wiemy, czy nasz podstęp się uda, i nie
mamy szansy kiedykolwiek się tego dowiedzieć.
Jej słowa go zabolały.
- Martwi zdalibyśmy się jej na jeszcze
mniej.
- Gdybyśmy mogli się gdzieś ukryć wraz z nią,
gdzieś za granicą, pod fałszywym nazwiskiem, do chwili kiedy będzie
wystarczająco duża...
Przerwał jej, energicznie potrząsając
głową.
- Znaleźliby nas wszędzie, rozmawialiśmy już o tym tysiąc razy. Nie zostawiliśmy jej, wybraliśmy jedyne właściwe
wyjście: umożliwiliśmy jej bezpieczne życie. Przynajmniej przez
najbliższe szesnaście lat.
Przez chwilę milczała. Gdzieś w oddali zarżał
koń, a od strony West Carriage Drive dobiegły jakieś głosy, chociaż była
jeszcze noc.
- Wiem, że masz rację - powiedziała w końcu. -
Ale boli mnie świadomość, że już nigdy jej nie zobaczymy.
Przeciągnęła dłonią po zapłakanych oczach.
- Przynajmniej nie będziemy się nudzić. Prędzej
czy później wytropią nas również w tych czasach i naślą na nas
Strażników. On nie zrezygnuje bez walki ani z chronografu, ani ze swoich
planów.
Uśmiechnął się, widząc w jej oczach błysk
zainteresowania, i wiedział już, że kryzys minął.
- Może jednak byliśmy sprytniejsi niż on, a może
na koniec się okaże, że ten drugi chronograf nie działa. Wtedy już się
nie wydostanie.
- Byłoby wspaniale. Ale jeśli mu się uda, tylko
my będziemy mogli pokrzyżować jego plany.
- I choćby dlatego zrobiliśmy to, co do nas
należało.
Wstał i otrzepał dżinsy.
- Chodź już! Ta przeklęta trawa jest wilgotna, a ty musisz o siebie dbać.
Pozwoliła, by podciągnął ją do góry i pocałował.
- I co teraz
zrobimy? Znajdziemy kryjówkę dla chronografu?
Zerknęła niezdecydowanie na most oddzielający
Hyde Park od Ogrodów Kensingtońskich.
- Tak. Ale najpierw opróżnimy skrytki Strażników
i weźmiemy sobie pieniądze. A potem możemy pojechać pociągiem do
Southampton. Stamtąd w środę wypływa w swój dziewiczy rejs
Titanic.
Roześmiała się.
- Ach, więc tak rozumiesz dbanie o siebie! Ale i tak z tobą pojadę.
Był tak szczęśliwy, słysząc ponownie śmiech
ukochanej, że natychmiast pocałował ją raz jeszcze.
- Pomyślałem sobie... Wiesz przecież, że kapitan na
pełnym morzu ma prawo udzielić ślubu, prawda, księżniczko?
- Chcesz się ze mną ożenić? Na Titanicu?
Zwariowałeś?
- To byłoby takie romantyczne!
- Owszem, gdyby nie ta góra lodowa!
Położyła mu głowę na piersi i wtuliła twarz w jego kurtkę.
- Tak bardzo cię kocham - wymruczała.
- Czy zostaniesz moją żoną?
- Tak - powiedziała, z twarzą ciągle ukrytą na
jego piersi. - Ale tylko, jeśli wysiądziemy najpóźniej w Queenstown.
- Gotowa na kolejną przygodę, księżniczko?
- Gotowa, jeśli i ty jesteś gotów - odrzekła
cicho.
1.
Pierwszy raz poczułam to w poniedziałek w południe w szkolnej stołówce. Przez moment ścisnęło mnie w brzuchu tak
jak na górskiej kolejce, kiedy lecisz w dół z najwyżej położonego
punktu. Trwało to tylko dwie sekundy, ale wystarczyło, żebym wywaliła
sobie purée z sosem z talerza na mundurek. Sztućce z brzękiem upadły na
podłogę, talerz udało mi się jeszcze przytrzymać.
- To i tak smakuje, jakby już raz było zbierane z podłogi - powiedziała moja przyjaciółka Leslie, podczas gdy ja
usiłowałam uprzątnąć ten bałagan. Oczywiście wszyscy się na mnie gapili.
- Jeśli chcesz, możesz sobie wysmarować bluzkę także moją porcją.
- Nie, dziękuję.
Góra od mundurka liceum Saint Lennox była
wprawdzie przypadkiem tego samego koloru co purée z ziemniaków, ale
plama i tak nieprzyjemnie kłuła w oczy. Zapięłam guziki granatowej
bluzy, którą miałam na wierzchu.
- I co, mała Gwenny znowu bawi się jedzeniem? -
odezwała się Cynthia Dale. - Tylko nie siadaj koło mnie, ofermo!
- W życiu nie usiadłabym koło ciebie z własnej
woli, Cyn.
Niestety, małe wypadki z jedzeniem zdarzały mi
się w szkole dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zielony
kisiel wyleciał mi z aluminiowej foremki i wylądował dwa metry dalej w spaghetti carbonara jednego gościa z piątej klasy. Tydzień wcześniej
wylał mi się sok wiśniowy i wszyscy przy stole wyglądali tak, jakby
mieli ospę wietrzną. A ile razy zamoczyłam w sosie, soku czy mleku ten
idiotyczny krawat, który był częścią mundurka, tego już nie
zliczę.
Tyle że jeszcze nigdy dotąd mnie przy tym nie
mdliło.
Chociaż pewnie tylko to sobie wmówiłam. Ostatnio
w naszym domu po prostu za dużo się mówi o mdłościach.
Ale nie moich, tylko mojej kuzynki Charlotty, która, jak zwykle śliczna
i perfekcyjna, siedziała obok Cynthii i jadła łyżką purée.
Cała rodzina czekała na to, żeby Charlottę
zemdliło. W niektóre dni lady Arista - moja babka - dopytywała się co
dziesięć minut, czy Charlotta coś czuje. Z przerw między tymi pytaniami
korzystała ciotka Glenda, matka Charlotty, żeby zapytać dokładniusieńko
o to samo.
I za każdym razem kiedy Charlotta odpowiadała
przecząco, lady Arista ściągała usta, a ciotka Glenda wzdychała. Czasami
także na odwrót.
Pozostali - mama, moja siostra Caroline, mój brat
Nick i cioteczna babka Maddy - przewracali oczami. Oczywiście posiadanie
w rodzinie nosiciela genu podróży w czasie było ekscytujące, ale z upływem lat wyraźnie spowszedniało. Czasami po prostu mieliśmy dosyć
tego teatru, jaki urządzano wokół Charlotty.
Sama Charlotta zwykle ukrywała swoje emocje za
tajemniczym uśmieszkiem w stylu Mony Lisy. Na jej miejscu też bym nie
wiedziała, czy brakiem mdłości mam się cieszyć, czy raczej martwić. No,
szczerze mówiąc, pewnie bym się cieszyła. Byłam raczej typem strachajły.
Wolałam mieć spokój.
- To się wydarzy prędzej czy później - powtarzała
codziennie lady Arista. - I wtedy musimy być przygotowani.
No i faktycznie wydarzyło się po obiedzie, na
lekcji historii z panem Whitmanem. Ze stołówki wyszłam głodna. Jakby
tego wszystkiego było mało, w deserze - kompot z agrestu i pudding
waniliowy - znalazłam czarny włos i nie byłam pewna, czy jest to mój
włos, czy może kucharki. Tak czy owak, apetyt mi przeszedł.
Pan Whitman oddał nam klasówkę, którą pisaliśmy w zeszłym tygodniu.
- Widzę, że dobrze się przygotowaliście.
Szczególnie Charlotta. Szóstka z plusem.
Charlotta odgarnęła z twarzy jeden ze swoich
lśniących rudych kosmyków.
- Och -
powiedziała, jakby wynik był dla niej zaskoczeniem, a przecież zawsze i ze wszystkiego dostawała najlepsze stopnie.
Ale także Leslie i ja mogłyśmy tym razem być
zadowolone. Obie dostałyśmy szóstki z minusem, choć nasze przygotowanie
polegało na obejrzeniu na DVD filmu o królowej Elżbiecie z Cate
Blanchett i podjadaniu przy tym chipsów i lodów. Tyle że na historii
zawsze uważałyśmy, co na innych przedmiotach niestety rzadziej się
zdarzało.
Lekcje pana Whitmana były po prostu tak ciekawe, że nie dało się
inaczej, jak tylko słuchać. Sam pan Whitman też był bardzo interesujący.
Kochała się w nim, skrycie lub otwarcie, większość dziewczyn. Pani
Counter, nauczycielka geografii, również. Gdy pan Whitman przechodził
obok niej, zawsze czerwieniała jak burak. Ale rzeczywiście wyglądał
zabójczo, co do tego wszystkie byłyśmy zgodne. To znaczy wszystkie prócz
Leslie. Jej zdaniem pan Whitman przypominał wiewiórkę z kreskówki.
"Za każdym razem kiedy spogląda na mnie tymi
wielkimi brązowymi oczami, mam ochotę dać mu orzecha" - powiedziała
kiedyś. Doszła nawet do tego, że namolne wiewiórki w parku nazywała
"panami Whitmanami". I co zabawne, było to zaraźliwe i ja też zaczęłam
mówić: "Zobacz tylko, taki grubiutki, mały pan Whitman, jaki śliczny!",
widząc zbliżającą się do nas w podskokach wiewiórkę.
Przez tę historię z wiewiórkami Leslie i ja
byłyśmy z całą pewnością jedynymi dziewczynami w klasie, które nie
durzyły się w panu Whitmanie. Ja wprawdzie od czasu do czasu próbowałam
(choćby dlatego, że chłopcy w naszej klasie byli w sumie jeszcze
dzieciakami), ale na nic się to nie zdawało, bo porównanie z wiewiórką
nieodwołalnie zagnieździło się w mojej głowie. A jak tu pałać
romantycznym uczuciem do wiewiórki?
Cynthia rozpuściła pogłoskę, że pan Whitman w czasie studiów pracował jako model. Na dowód wycięła z ilustrowanego
pisma stronę z reklamą, na której mężczyzna, dość podobny do pana
Whitmana, namydlał się żelem pod prysznic.
Prócz Cynthii nikt nie wierzył, że to pan Whitman
jest tym facetem od żelu. Bo tamten miał dołek w podbródku, a pan
Whitman nie.
Chłopakom z klasy pan Whitman niezbyt się
podobał. A Gordon Gelderman wręcz go nie znosił. Bo zanim pan Whitman
trafił do naszej szkoły, wszystkie dziewczyny z naszej klasy kochały się
w Gordonie. Ja też, muszę się niestety do tego przyznać, ale miałam
wtedy jedenaście lat, a Gordon był całkiem ładny. Teraz, w wieku
szesnastu lat, był już tylko głupi. A od dwóch lat przechodził
nieustającą mutację. Niestety, piski na przemian z buczeniem nie
powstrzymywały go od ciągłego wygadywania głupot.
Strasznie się zdenerwował pałą z klasówki.
- To jest dyskryminacja, proszę pana. Zasłużyłem
co najmniej na czwórkę. Nie może mi pan stawiać złych stopni tylko
dlatego, że jestem chłopakiem.
Pan Whitman wyjął klasówkę z rąk Gordona i przewrócił stronę.
- "Elżbieta I była tak okropnie brzydka, że nie
mogła znaleźć męża. Dlatego wszyscy nazywali ją brzydką dziewicą" -
odczytał na głos.
Klasa zachichotała.
- No i co? Przecież
to prawda - bronił się Gordon. - Wyłupiaste oczy, zaciśnięte usta, a już
na pewno kretyńska fryzura.
Musieliśmy gruntownie przestudiować malowidła
przedstawiające Tudorów w National Portrait Gallery i faktycznie, na
tych obrazach Elżbieta I nie bardzo przypominała Cate Blanchett. Ale po
pierwsze, w tamtych czasach uważano wąskie usta i spiczaste nosy za
bardzo szykowne, a po drugie, ciuchy były naprawdę super. Po trzecie,
Elżbieta I nie miała wprawdzie męża, ale miała za to masę romansów -
między innymi z tym... no, jakżeż on się nazywał? W filmie grał go Clive
Owen.
- To ona sama nazywała siebie Królową Dziewicą - wyjaśnił Gordonowi pan
Whitman. - A to dlatego, że... - urwał. - Charlotto, źle się czujesz? Boli
cię głowa?
Wszyscy spojrzeli na Charlottę, która obiema
rękami trzymała się za głowę.
- Tylko mnie... mdli - powiedziała i spojrzała na
mnie. - Wszystko wokół wiruje.
Wzięłam głęboki oddech. A więc stało się. Babcia
będzie zachwycona. A co dopiero ciotka Glenda.
- Suuuper - szepnęła Leslie obok mnie. - Czy
teraz stanie się przezroczysta?
Choć lady Arista od najmłodszych lat nam wpajała,
byśmy pod żadnym pozorem nie rozmawiali o tym, co dzieje się w naszej
rodzinie, sama podjęłam decyzję, by dla Leslie zakaz ten złamać. W końcu
była moją najlepszą przyjaciółką, a najlepsze przyjaciółki nie mają
przed sobą tajemnic.
Charlotta po raz pierwszy, odkąd ją znałam (co,
ściśle biorąc, oznaczało całe moje życie), sprawiała wrażenie niemal
bezradnej. Ja za to wiedziałam, co mam robić. Ciotka Glenda
wystarczająco wiele razy mi to powtarzała.
- Zaprowadzę Charlottę do domu - zwróciłam się do
pana Whitmana i wstałam. - Jeśli się pan zgodzi.
Wzrok pana Whitmana w dalszym ciągu spoczywał na
Charlotcie.
- Uważam, że to dobry pomysł, Gwendolyn -
powiedział. - Życzę ci powrotu do zdrowia, Charlotto.
- Dziękuję - odrzekła Charlotta.
W drodze do drzwi zataczała się lekko.
- Idziesz, Gwenny?
Pospiesznie ujęłam ją za ramię. Po raz pierwszy w obecności Charlotty poczułam się ważna. To było miłe, dla odmiany poczuć
się komuś potrzebną.
- Koniecznie do mnie zadzwoń i wszystko mi
opowiedz - szepnęła mi jeszcze Leslie.
Za drzwiami Charlotta odzyskała zwykłą energię.
Oczywiście chciała jeszcze zabrać z szafki swoje rzeczy.
Przytrzymałam jej ramię.
- Zostaw to, Charlotto. Musimy jak najszybciej
znaleźć się w domu. Lady Arista powiedziała...
- Już mi przeszło - powiedziała Charlotta.
- No i co z tego? To się może zdarzyć w każdej
chwili.
Charlotta dała się pociągnąć w drugą
stronę.
- Gdzie ja mam kredę? - Idąc, grzebałam w kieszeni kurtki. - O, tu jest. I komórka. Mam zadzwonić do domu? Boisz
się? Och, głupie pytanie, przepraszam. Jestem zdenerwowana.
- Już dobrze. Nie boję się.
Spojrzałam na nią z boku, chcąc sprawdzić, czy
nie kłamie. Przywdziała swój zamyślony uśmieszek Mony Lisy i nie było
widać, jakie kryją się za nim uczucia.
- Mam zadzwonić do domu?
- A co to da? - odpowiedziała pytaniem
Charlotta.
- Pomyślałam tylko...
- Myślenie możesz spokojnie pozostawić mnie -
burknęła.
Ramię w ramię zbiegłyśmy po schodach, w kierunku wnęki, w której zawsze
siedział James. Natychmiast wstał, kiedy nas zobaczył, ale ja tylko się do niego uśmiechnęłam.
Problem z Jamesem polegał na tym, że
oprócz mnie nikt go nie widział ani nie słyszał.
James był duchem. Dlatego unikałam rozmów z nim, kiedy nie byłam sama.
Wyjątek robiłam tylko dla Leslie. Ona nawet przez sekundę nie wątpiła w istnienie Jamesa. Leslie zawsze mi wierzyła i to był jeden z powodów,
dla których była moją najlepszą przyjaciółką. Strasznie żałowała, że nie
może zobaczyć ani usłyszeć Jamesa.
A ja się właściwie z tego cieszyłam, bo pierwsze
słowa, jakie na jej widok powiedział James, brzmiały: "Boże w niebiesiech! To biedne dziecko ma więcej piegów, niż jest gwiazd na
niebie! Jeśli jak najszybciej nie zacznie smarować się dobrym płynem
wybielającym, nigdy nie znajdzie sobie męża!".
"Zapytaj go, czy może gdzieś nie zakopał skarbu?"
- Tak natomiast brzmiało pierwsze pytanie Leslie, kiedy ich sobie
przedstawiłam.
Niestety, James nigdzie nie zakopał skarbu. Był
dość urażony, że Leslie go o to posądziła. Był też zawsze urażony, gdy
zachowywałam się tak, jakbym go nie widziała. W ogóle bardzo łatwo się
obrażał.
"Czy on jest przezroczysty? - spytała Leslie
podczas tego pierwszego spotkania. - A może czarno-biały?".
Nie, James właściwie wyglądał zupełnie normalnie.
Z wyjątkiem ciuchów, rzecz jasna.
"Możesz przez niego przejść na wskroś?".
"Nie wiem, nigdy nie próbowałam".
"To spróbuj" - zaproponowała Leslie.
Ale James nie zamierzał pozwolić na to, żebym
przez niego przeszła.
"Co to ma znaczyć: duch?! - obruszył się. - James
August Peregrin Pimplebottom, spadkobierca czternastego hrabiego
Hardsdale, nie pozwoli się obrażać nawet małym dziewczynkom".
Podobnie jak wiele duchów nie chciał przyjąć do
wiadomości, że nie jest już człowiekiem. Po prostu nie pamiętał, że
umarł. Znaliśmy się już od pięciu lat, od mojego pierwszego dnia w liceum Saint Lennox, ale Jamesowi się zdawało, że zaledwie parę dni temu
grał z przyjaciółmi w karty i plótł androny o koniach, sztucznych
pieprzykach i perukach (nosił jedne i drugie, pieprzyki i peruki, choć
wyglądało to lepiej, niż teraz brzmi). To, że od początku naszej
znajomości urosłam dwadzieścia centymetrów, że pozbyłam się aparatu na
zębach i dorobiłam biustu, rozmyślnie ignorował. Podobnie jak fakt, że
miejski pałac jego ojca przerobiono na prywatną szkołę, z bieżącą wodą,
światłem elektrycznym i centralnym ogrzewaniem. Jedynym, co zdawał się
od czasu do czasu rejestrować, była długość spódniczek szkolnych
mundurków. Najwyraźniej widok damskich łydek i kostek należał w jego
czasach do rzadkości.
- To niezbyt uprzejmie ze strony damy nie ukłonić
się komuś wyżej postawionemu, panno Gwendolyn - zawołał teraz, znowu
porządnie wkurzony, bo nie zwróciłam na niego uwagi.
- Wybacz. Spieszymy się - powiedziałam.
- Jeśli mógłbym w jakiś sposób być pomocny,
jestem do dyspozycji. - James wygładził sobie koronkowe mankiety.
- Wielkie dzięki, ale nie. Musimy szybko znaleźć
się w domu. - Tak jakby James mógł być nam w czymkolwiek pomocny! Nawet
nie potrafił otworzyć drzwi. - Charlotta źle się czuje.
- Och, bardzo mi przykro - odrzekł James, który
miał słabość do Charlotty. Uważał, że moja kuzynka, w przeciwieństwie do
"pieguski bez manier", jak zwykł nazywać Leslie, jest "zniewalająca i obdarzona czarującym wdziękiem". Dzisiaj też zasypał ją pochlebstwami. -
Proszę, przekaż jej moje najlepsze życzenia. I powiedz jej, że dziś
znowu wygląda zachwycająco. Nieco blado, ale uroczo niczym nimfa.
- Powiem.
- Przestań rozmawiać ze swoim wyimaginowanym
przyjacielem - odezwała się Charlotta. - Bo w końcu wylądujesz w domu
wariatów.
No dobra, to jej nie powiem. I bez tego jest
wystarczająco zarozumiała.
- James nie jest wyimaginowany, on jest
niewidzialny. To chyba wielka różnica!
- Skoro tak twierdzisz - mruknęła
Charlotta.
Obie z ciotką Glendą były zdania, że wymyśliłam
Jamesa i inne duchy, aby pokazać, jaka jestem ważna. Żałowałam, że im o tym kiedyś powiedziałam. Ale gdy byłam mała, nie umiałam nie mówić o gargulcach, które ożywały i na moich oczach tańczyły na tle fasad domów,
i stroiły do mnie miny. Gargulce były zabawne, ale widziałam też
okropne, mroczne sylwetki duchów, które wzbudzały we mnie strach.
Upłynęło kilka lat, zanim pojęłam, że duch nie może mi nic zrobić.
Jedyne, co duch może zrobić, to napędzić człowiekowi stracha.
Oczywiście nie James. On był zupełnie
niegroźny.
- Zdaniem Leslie to dobrze, że James umarł tak
młodo. Z nazwiskiem Pimplebottom i tak nie znalazłby sobie żony -
powiedziałam, upewniwszy się najpierw, że James już nas nie słyszy. - No
bo kto chciałby nosić nazwisko Pryszczaty Tyłek? To okropne!
Charlotta przewróciła oczami.
- Tak czy owak, wcale nie wygląda źle -
ciągnęłam. - I jest obrzydliwie bogaty, o ile można mu wierzyć. Tylko
ten jego zwyczaj nieustannego podtykania sobie pod nos wyperfumowanej
koronkowej chusteczki jest mało męski.
- Jaka szkoda, że nikt prócz ciebie nie może go
podziwiać - powiedziała Charlotta.
Też byłam tego zdania.
- I jak to głupio, że rozpowiadasz o swoich
dziwactwach poza rodziną - dodała.
To był znowu taki typowy dla Charlotty cios
poniżej pasa. Miał mnie zaboleć i niestety zabolał.
- Nie jestem dziwaczką!
- Oczywiście, że jesteś!
- I kto to mówi? Ty, nosicielka genu?
- Ale nie paplam o tym na prawo i lewo -
zauważyła Charlotta. - A ty zachowujesz się zupełnie jak stuknięta
ciotka Maddy. Ona nawet mleczarzowi opowiada swoje wizje.
- Jesteś bezczelna.
- A ty naiwna.
Kłócąc się, przemierzyłyśmy hol, minęłyśmy
przeszkloną kanciapę szkolnego konserwatora i wyszłyśmy na dziedziniec.
Wiał wiatr, a niebo wyglądało tak, jakby zaraz miał lunąć deszcz.
Żałowałam, że nie zabrałam naszych rzeczy z szafek. Płaszcz by się teraz
przydał.
- Przepraszam cię za to porównanie z ciotką
Maddy. - W głosie Charlotty zabrzmiała nuta skruchy. - Chyba jestem
trochę podekscytowana.
Zaskoczyła mnie. Dotąd nigdy nie
przepraszała.
- Rozumiem - powiedziałam szybko. Niech wie, że
potrafię docenić jej przeprosiny. W rzeczywistości o zrozumieniu nie
mogło być nawet mowy. Na jej miejscu trzęsłabym się ze strachu.
Wprawdzie też byłabym podekscytowana, ale mniej więcej tak jak w czasie
wizyty u dentysty. - Poza tym lubię ciotkę Maddy.
To była prawda. Cioteczna babka Maddy była
wprawdzie odrobinę gadatliwa i miała skłonność do powtarzania
wszystkiego po cztery razy, ale zdecydowanie wolałam to niż wielce
tajemnicze miny pozostałych. Poza tym ciotka zawsze szczodrze
rozdzielała między nas cytrynowe cukierki. Ale Charlotta miała w nosie cytrynowe cukierki.
Przeszłyśmy przez ulicę i dalej szybko
podążałyśmy chodnikiem.
- Nie zezuj tak na mnie - burknęła Charlotta. -
Zauważysz, kiedy zniknę. Wtedy narysujesz kredą ten swój durny krzyżyk i polecisz do domu. Ale to się wcale nie wydarzy, nie dziś.
- A skąd to możesz wiedzieć? Jesteś ciekawa,
gdzie wylądujesz? To znaczy kiedy?
- Oczywiście.
- Miejmy nadzieję, że nie w środku wielkiego
pożaru w 1664 roku.
- Wielki pożar Londynu miał miejsce w 1666 roku -
powiedziała Charlotta. - Doprawdy, łatwo to zapamiętać. Poza tym ta
część miasta nie była wtedy zbytnio zabudowana, a więc nic się tu nie
paliło.
Mówiłam już, że Charlotta na drugie i trzecie
imię miała "Ponura" i "Przemądrzała"?
Nie odpuszczałam jednak. Może i było to
bezczelne, ale chciałam, choć na krótką chwilę, zetrzeć jej z twarzy ten
durnowaty uśmieszek.
- Te mundurki pewnie palą się jak słoma -
zauważyłam mimochodem.
- Wiedziałabym, co robić - rzuciła krótko
Charlotta, nie przestając się uśmiechać.
Nie miałam innego wyjścia, jak tylko podziwiać
jej opanowanie. Mnie wizja nagłego wylądowania w przeszłości po prostu
przerażała.
Nieważne, w jakich czasach, przecież dawniej
zawsze było okropnie. Co parę lat wybuchała jakaś wojna albo ospa czy
inna zaraza, wystarczyło powiedzieć jedno niewłaściwe słowo, a już
ogłaszali cię czarownicą i palili na stosie. Poza tym były tylko
zwyczajne wychodki, wszyscy ludzie mieli pchły, a rankiem opróżniali
zawartość nocników przez okna, nie zważając, czy ktoś nie idzie
ulicą.
Charlottę przez całe życie przygotowywano do
tego, by umiała odnaleźć się w przeszłości. Nigdy nie miała czasu na
zabawę, na koleżanki, na chodzenie po sklepach, na kino czy chłopaków.
Zamiast tego pobierała lekcje tańca, fechtunku i jazdy konnej, uczyła
się języków i historii. Poza tym od roku w każdą środę po południu
wyjeżdżała dokądś z lady Aristą i ciotką Glendą i wracały dopiero późnym
wieczorem. Nazywały to "nauką misteriów". Jednak nikt nie chciał nam
powiedzieć, co to są za misteria, a już najmniej sama Charlotta.
"To jest tajemnica" - tak prawdopodobnie brzmiało
pierwsze zdanie, które płynnie wypowiedziała. I zaraz potem: "To nie
wasza sprawa".
Leslie zawsze mówiła, że nasza rodzina ma pewnie
więcej tajemnic niż wywiad brytyjski w całej swojej historii. Bardzo
możliwe, że miała rację.
Zwykle wracałyśmy do domu autobusem, przystanek linii numer 8 znajdował
się przy Berkeley Square, a stamtąd do naszego domu było już niedaleko.
Dziś te cztery przystanki pokonałyśmy pieszo, zgodnie z zarządzeniem
ciotki Glendy. Przez całą drogę ściskałam w dłoni kawałek kredy, ale
Charlotta ciągle była obok mnie.
Kiedy wspięłyśmy się na schody przed drzwiami
wejściowymi, byłam niemal rozczarowana. Tu bowiem kończył się mój udział
w całej tej historii. Odtąd sprawę miała przejąć moja babka.
Pociągnęłam Charlottę za rękaw.
- Zobacz! Ten człowiek w czerni znowu tu
jest.
- No i co z tego? - Charlotta nawet nie
spojrzała.
Mężczyzna stał naprzeciwko, przed wejściem do
domu pod numerem 18. Jak zawsze miał na sobie czarny płaszcz i kapelusz
zsunięty na oczy. Myślałam, że jest duchem, dopóki się nie
zorientowałam, że moje rodzeństwo i Leslie też go widzą.
Od miesięcy na okrągło obserwował nasz dom.
Możliwe, że tych mężczyzn było więcej, że się zmieniali i że wyglądali
tak samo. Sprzeczaliśmy się, czy są włamywaczami na przeszpiegach,
prywatnymi detektywami czy złymi czarownikami. O tym ostatnim święcie
przekonana była moja siostra Caroline. Miała dziewięć lat i uwielbiała
historie o złych czarownikach i dobrych wróżkach. Mój brat Nick miał
dwanaście lat i uważał historie o czarownikach i wróżkach za głupoty,
dlatego obstawiał włamywaczy. Leslie i ja byłyśmy za prywatnymi
detektywami.
Jednak kiedy przechodziliśmy na drugą stronę, aby
przyjrzeć się temu człowiekowi z bliska, on albo znikał w domu, albo
wsiadał do czarnego bentleya zaparkowanego przy krawężniku i odjeżdżał.
"To czarodziejski samochód - twierdziła Caroline.
- Kiedy nikt nie patrzy, zamienia się w kruka. A ten mężczyzna w czerni
staje się bardzo maleńkim ludzikiem i wznosi się na jego grzbiecie w przestworza".
Nick zapisał sobie numery rejestracyjne bentleya,
na wszelki wypadek. "Chociaż po skoku na pewno przemalują go na inny
kolor i założą nowe tablice rejestracyjne" - powiedział.
Dorośli zachowywali się tak, jakby nie widzieli
niczego podejrzanego w tym, że ubrany na czarno mężczyzna w kapeluszu
obserwuje ich dzień i noc.
Charlotta również. "Czego się czepiacie tego
biednego człowieka? - mówiła. - On tam po prostu pali papierosa, to
wszystko".
No jasne! Już raczej skłonna byłam uwierzyć w wersję z zaczarowanym krukiem.
Zaczęło padać. Dobrze, że dopiero teraz.
- Może przynajmniej znowu jest ci niedobrze? -
zapytałam, kiedy czekałyśmy, aż otworzą nam drzwi, bo nie miałyśmy
swoich kluczy.
- Nie rób takiej afery - powiedziała Charlotta. -
Zdarzy się, kiedy będzie się miało zdarzyć.
Drzwi otworzył nam pan Bernhard. Leslie uważała, że pan Bernhard jest
naszym lokajem i stanowi ostateczny dowód na to, że jesteśmy prawie tak
bogaci jak królowa albo Madonna. Nie wiedziałam dokładnie, kim lub czym
jest pan Bernhard. Dla mojej mamy był "powiernikiem babki", a sama babka
nazywała go "starym przyjacielem rodziny". Dla mnie i mojego rodzeństwa
był po prostu "tajemniczym służącym lady Aristy".
Na nasz widok uniósł brwi.
- Dzień dobry panu - powiedziałam. - Paskudna
pogoda, nieprawdaż?
- Absolutnie paskudna.
Z tym swoim haczykowatym nosem i brązowymi
oczami, które patrzyły zza okrągłych złotych okularów, pan Bernhard
przypominał mi zawsze sowę, a ściślej: puchacza.
- Wychodząc z domu, należy koniecznie włożyć
płaszcz.
- Ehm, zapewne należy - zgodziłam się.
- Gdzie jest lady Arista? - spytała
Charlotta.
Nigdy nie była nadmiernie uprzejma wobec pana
Bernharda. Może dlatego, że w przeciwieństwie do reszty dzieci nigdy nie
czuła przed nim żadnego respektu. Pan Bernhard miał przerażającą
zdolność nagłego wyłaniania się znikąd w każdym zakątku domu. Poruszał
się przy tym cicho jak kot. Zdawało się, że nic nie ujdzie jego uwagi -
niezależnie od pory dnia czy nocy on był obecny zawsze.
Pan Bernhard mieszkał w naszym domu, jeszcze
zanim się urodziłam, a moja mama mówiła, że mieszkał nawet wtedy, kiedy
ona była małą dziewczynką. Dlatego pan Bernhard miał prawdopodobnie tyle
lat co lady Arista, choć może na tyle nie wyglądał. Zajmował apartament
na drugim piętrze, a wchodziło się tam przez oddzielny korytarz schodami
z pierwszego piętra. Nawet progu tego korytarza nie wolno nam było
przestąpić.
Mój brat utrzymywał, że pan Bernhard zamontował
tam drzwi spustowe i różne inne cuda, by odciąć drogę nieproszonym
gościom. Nie miał na to jednak żadnego dowodu. Żadne z nas nigdy nie
odważyło się zapuścić w ten korytarz.
"Pan Bernhard potrzebuje prywatności" -
powtarzała często lady Arista.
"Tak, tak, to by się przydało każdemu z nas" -
mówiła wtedy mama, ale tak cicho, że lady Arista tego nie
słyszała.
- Wasza babcia jest w pokoju muzycznym -
poinformował Charlottę pan Bernhard.
- Dziękuję.
Charlotta zostawiła nas przy drzwiach i pobiegła
na górę. Pokój muzyczny znajdował się na pierwszym piętrze i nikt nie
wiedział, dlaczego go tak nazwano. Nie było tam nawet fortepianu.
Było to ulubione pomieszczenie lady Aristy i ciotecznej babki Maddy. W powietrzu unosiła się woń fiołkowych perfum i dymu z cygaretek lady Aristy. Wietrzono tu o wiele za rzadko. Po
dłuższym pobycie w tym pokoju robiło się człowiekowi niedobrze.
Pan Bernhard zamknął drzwi wejściowe, ale
zdążyłam jeszcze szybko zerknąć na drugą stronę ulicy. Mężczyzna w kapeluszu ciągle tam stał. Czy mi się zdawało, czy właśnie podniósł
rękę, jakby do kogoś machał? Może do pana Bernharda, a może do
mnie...?
Drzwi się zatrzasnęły, a ja nie zdołałam
dokończyć tej myśli, bo nagle w żołądku znowu odezwało się tamto uczucie
z górskiej kolejki. Wszystko rozmyło mi się przed oczami. Kolana ugięły
się pode mną i musiałam oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
Po chwili jednak wszystko minęło.
Serce biło mi jak oszalałe. Coś było ze mną nie
tak. Bez górskiej kolejki człowiekowi nie robi się przecież niedobrze
dwa razy w ciągu dwóch godzin.
A może... ach, co za bzdury! Prawdopodobnie za
szybko rosłam. A może miałam... hmmm... guza mózgu? Albo po prostu byłam
głodna?
Tak, pewnie o to chodziło. Od śniadania nic nie
jadłam, bo obiad wylądował na mojej bluzce. Odetchnęłam z ulgą.
Dopiero teraz spostrzegłam, że sowie oczy pana
Bernharda przyglądają mi się z uwagą.
- Uwaga! - powiedział poniewczasie.
Czułam, jak oblewam się rumieńcem.
- To ja już pójdę... odrabiać lekcje.
Pan Bernhard z całkowitą obojętnością skinął
głową. Ale idąc w górę po schodach, czułam na plecach jego wzrok.
2.
Leslie nazywała nasz dom "wytwornym
pałacem" ze względu na dużą liczbę pokoi, malowidła, boazerie i antyki.
Podejrzewała, że za każdą ścianą znajduje się tajne przejście, a w każdej szafie jest przynajmniej jedna skrytka. Kiedy byłyśmy młodsze,
zawsze gdy mnie odwiedzała, wybierałyśmy się na wyprawę po domu. To, że
surowo zabraniano nam węszenia po kątach, sprawiało, że te wędrówki były
jeszcze bardziej ekscytujące. Wypracowywałyśmy coraz zmyślniejsze
strategie, żeby nas nie przyłapano. Z biegiem czasu rzeczywiście
znalazłyśmy kilka skrytek, a nawet jedne tajemne drzwi. Znajdowały się
na klatce schodowej, za obrazem przedstawiającym brodatego otyłego
mężczyznę na koniu, z obnażoną szpadą i ponurym spojrzeniem.
Ów ponury mężczyzna był, według informacji
ciotecznej babki Maddy, moim praprapradziadkiem o imieniu Hugh, a jego
kasztanka nosiła imię Gruba Andzia. Przejście za obrazem prowadziło
wprawdzie tylko kilka schodków w dół, do łazienki, ale i tak na swój
sposób było tajemne.
"Ale z ciebie szczęściara, że możesz tu mieszkać"
- powtarzała zawsze Leslie.
Moim zdaniem to raczej Leslie była szczęściarą.
Mieszkała z mamą, tatą i kudłatym psem o imieniu Bertie w przytulnej
szeregówce w północnym Kensington. Nie było tam żadnych tajemnic,
żadnych niezwykłych służących i żadnych wkurzających krewnych.
Dawniej my też mieszkaliśmy w takim domu, mama,
tato, moje rodzeństwo i ja, w małym domu w Durham w północnej Anglii.
Ale potem tato umarł. Moja siostra miała wtedy pół roku i mama wraz z nami przeniosła się do Londynu, pewnie dlatego, że czuła się samotna.
Być może również nie starczało jej pieniędzy.
Mama dorastała w tym domu razem ze swoim
rodzeństwem, Glendą i Harrym. Tylko wuj Harry nie mieszkał w Londynie -
wraz z żoną osiadł w Gloucestershire.
Na początku ten dom mnie też, tak jak Leslie,
wydawał się pałacem. Ale kiedy trzeba dzielić pałac z liczną rodziną, po
pewnym czasie przestaje się wydawać aż taki wielki. Poza tym była w nim
masa niepotrzebnych pomieszczeń, takich jak sala balowa na parterze,
ciągnąca się przez całą szerokość domu.
Świetnie by się tu jeździło na deskorolce, ale to
było zabronione. Sala była piękna, miała wysokie okna, sztukaterie na
suficie i żyrandole, ale za mojego życia nie odbył się tu żaden bal ani
nawet większa uroczystość czy impreza.
W tej sali balowej odbywały się jedynie lekcje
tańca Charlotty i jej nauka fechtunku. Antresola dla muzyków, na którą
wchodziło się z holu po schodach, była zbędna niczym koklusz. Może
przydawała się tylko Caroline i jej przyjaciółkom, które w czasie zabawy
w chowanego anektowały ciemne kąty pod schodami prowadzącymi stąd na
pierwsze piętro.
Na pierwszym piętrze znajdował się wspomniany już
pokój muzyczny, poza tym pokoje lady Aristy i ciotecznej babki Maddy,
łazienka (ta z tajemnymi drzwiami) oraz jadalnia, w której co wieczór o wpół do ósmej cała rodzina musiała gromadzić się przy kolacji. Między
jadalnią a kuchnią, położoną dokładnie pod nią, kursowała staromodna
winda, którą dla zabawy wozili się w górę i w dół Nick i Caroline, choć
oczywiście było to surowo zabronione. Leslie i ja też to wcześniej
robiłyśmy, potem jednak niestety przestałyśmy się do niej
mieścić.
Na drugim piętrze znajdowało się mieszkanie pana
Bernharda, gabinet mojego zmarłego dziadka, lorda Montrose, i ogromna
biblioteka. Na tym piętrze, za rogiem, był także pokój Charlotty, z wykuszem, którym chętnie się pyszniła. Jej matka zajmowała salon i sypialnię z oknami wychodzącymi na ulicę.
Ciotka Glenda rozwiodła się z ojcem Charlotty,
który wraz z nową żoną mieszkał gdzieś w hrabstwie Kent. Prócz pana
Bernharda w domu nie było więc żadnego innego mężczyzny, chyba że za
mężczyznę uznać mojego brata. Zwierząt domowych też nie było, choć
usilnie o nie błagaliśmy. Lady Arista nie lubiła zwierząt, a ciotka
Glenda miała uczulenie na wszystko, co było porośnięte sierścią.
Moja mama, moje rodzeństwo i ja mieszkaliśmy na
trzecim piętrze, na poddaszu z licznymi skosami; były tam jednak również
dwa małe balkony. Każde z nas zajmowało niewielki pokoik, a Charlotta
zazdrościła nam dużej łazienki, bo ta na drugim piętrze nie miała okna,
nasza zaś miała aż dwa. Ale ja lubiłam przebywać na naszym piętrze
również dlatego, że mama, Nick, Caroline i ja byliśmy tu w swoim gronie,
co w tym domu wariatów bywało czasem prawdziwym dobrodziejstwem.
Wadą natomiast była ogromna odległość od kuchni,
co znów uświadomiłam sobie z przykrością, docierając na górę. Trzeba
było wziąć choćby jabłko. A tak musiałam zadowolić się maślanymi
herbatnikami z zapasów, które mama zgromadziła w kredensie.
Z czystej obawy przed powrotem mdłości zjadłam aż
jedenaście herbatników. Zdjęłam buty i kurtkę i wyciągnęłam się na sofie
w szwalni.
Dziś wszystko było jakieś dziwne. To znaczy
jeszcze dziwniejsze niż zwykle.
Była dopiero druga. Zanim będę mogła zadzwonić do
Leslie i pogadać z nią o moich problemach, upłynie co najmniej półtorej
godziny. Rodzeństwo też nie wróci ze szkoły przed czwartą, a mama kończy
pracę dopiero koło piątej. Zwykle uwielbiałam być sama w domu. Mogłam
się w spokoju wykąpać i nikt nie dobijał się w tym czasie do łazienki,
chcąc skorzystać z toalety. Mogłam nastawić muzykę i głośno śpiewać
sobie do niej. I mogłam oglądać w telewizji, co chciałam, i nikt nie
jęczał mi nad uchem, że "zaraz będzie SpongeBob
Kanciastoporty".
Ale dziś na żadną z tych rzeczy nie miałam
ochoty. Nawet nie chciało mi się zdrzemnąć. Wręcz przeciwnie, sofa -
zwykle miejsce niedoścignionego poczucia bezpieczeństwa - wydawała mi
się teraz chwiejną tratwą na rwącej rzece. Bałam się, że wraz ze mną
popłynie w dal, kiedy tylko zamknę oczy.
Aby pozbyć się tych natrętnych myśli, wstałam i zaczęłam trochę
porządkować szwalnię. Była ona czymś w rodzaju naszego nieoficjalnego
salonu, bo szczęśliwym trafem ani ciotki, ani moja babka niczego nie
szyły i dlatego nadzwyczaj rzadko pojawiały się na trzecim piętrze.
Zresztą brakowało tu nawet maszyny do szycia. Za to ze szwalni
prowadziły na dach wąskie schody. Przeznaczone były wyłącznie dla
kominiarza, ale Leslie i ja wybrałyśmy sobie dach na jedną z naszych
ulubionych kryjówek. Rozciągał się stamtąd cudowny widok i nie było
lepszego miejsca na dziewczyńskie rozmowy (na przykład o chłopakach i o tym, że nie znamy żadnego, w którym warto byłoby się zakochać).
Oczywiście mogło to być trochę niebezpieczne, bo
nie było tam balustrady, tylko sięgające kolan zdobienie kalenicy z galwanizowanego żelaza. Ale w końcu nie musiałyśmy tam koniecznie
ćwiczyć skoku w dal ani tańczyć do upadłego. Klucz do drzwi na dach
spoczywał w kredensie, w cukiernicy w różyczki. W mojej rodzinie nikt
nie wiedział, że znam tę skrytkę, w przeciwnym razie na pewno
rozpętałoby się piekło. Dlatego zawsze bardzo uważałam, żeby nikt nie
zobaczył, jak przekradam się na dach. Można się tam było też opalać,
urządzać pikniki albo po prostu się schować, gdy chciało się mieć święty
spokój. Jak mówiłam, często tego chciałam, ale akurat nie teraz.
Poskładałam koce, zmiotłam z sofy okruchy
herbatników, przetrzepałam poduszki, nadając im właściwy kształt, i schowałam do pudełka porozrzucane wokół figury szachowe. Nawet podlałam
azalię w doniczce stojącą na sekretarzyku w kącie i wilgotną ściereczką
wytarłam stolik koło sofy. Potem rozejrzałam się po wysprzątanym już
idealnie pokoju. Minęło dokładnie dziesięć minut, a mnie brakowało
towarzystwa jeszcze bardziej niż przedtem.
Ciekawe, czy w pokoju muzycznym Charlotta znowu
poczuła mdłości. Co się właściwie dzieje, kiedy przeskakuje się z domu w Mayfair w dwudziestym pierwszym wieku do, powiedzmy, piętnastego wieku,
kiedy w tym miejscu nie było jeszcze żadnych domów albo stało tylko
kilka? Zawisało się w powietrzu, a potem spadało jak kamień siedem
metrów w dół? Może lądowało się w mrowisku? Biedna Charlotta. Ale może w czasie tej tajemniczej nauki misteriów nauczono ją latać?
A propos misteriów: nagle wpadło mi do głowy, jak
zacząć myśleć o czymś innym. Poszłam do pokoju mamy i wyjrzałam na dół,
na ulicę. Mężczyzna w czerni wciąż stał przed wejściem do domu pod
numerem 18. Widziałam jego nogi i kawałek płaszcza. Jeszcze nigdy
wysokość trzech pięter nie wydawała mi się tak gigantyczna. Dla żartu
wyliczyłam sobie, ile metrów dzieli mnie od ziemi.
Czy w ogóle można przeżyć upadek z wysokości czternastu metrów? No, może
gdyby człowiek miał szczęście i spadł na bagniste podłoże? Podobno
dawniej cały Londyn rozciągał się na bagnach, tak przynajmniej
twierdziła pani Counter, nasza nauczycielka geografii. Bagna były w porządku, przynajmniej wylądowałoby się miękko. Niestety tylko po to, by
następnie marnie skończyć w szlamie.
Przełknęłam ślinę. Moje własne myśli przejmowały
mnie grozą.
Aby nie być już dłużej sama, postanowiłam złożyć
wizytę moim krewnym w pokoju muzycznym, nawet biorąc na siebie ryzyko,
że odeślą mnie z powrotem ze względu na ściśle tajne rozmowy.
Gdy weszłam do pokoju, cioteczna babka Maddy siedziała pod oknem na swym
ulubionym fotelu, Charlotta zaś stała przy drugim oknie, opierając się o biurko w stylu Ludwika XIV, którego barwnie polakierowanej i złoconej
powierzchni nie wolno nam było dotykać pod żadnym pozorem, żadną częścią
ciała (nie do wiary, że coś tak koszmarnego jak to biurko mogło być tak
wartościowe, jak to utrzymywała lady Arista. Nawet nie miało skrytek,
stwierdziłyśmy to z Leslie już wiele lat temu). Charlotta się przebrała
i zamiast szkolnego mundurka miała teraz na sobie ciemnoniebieską
sukienkę, która wyglądała jak połączenie koszuli nocnej, szlafroka i mnisiego habitu.
- Jak widzisz, ciągle jeszcze tu jestem -
odezwała się.
- To... to świetnie - odrzekłam, starając się nie
gapić z nadmiernym przerażeniem na jej strój.
- To jest nie do zniesienia - powiedziała ciotka
Glenda, chodząc od jednego okna do drugiego.
Podobnie jak Charlotta była wysoka, szczupła i miała płomiennorude loki. Moja mama miała takie same loki i moja babcia
też kiedyś była ruda. Również Caroline i Nick odziedziczyli ten kolor
włosów. Tylko ja miałam proste, ciemne włosy jak mój ojciec.
Dawniej też bardzo chciałam być ruda, ale Leslie
przekonała mnie, że moje czarne włosy pięknie kontrastują z niebieskimi
oczami i jasną cerą. Leslie wmówiła mi, że znamię w kształcie
półksiężyca, które miałam na skroni, nazywane przez ciotkę Glendę
"śmiesznym bananem", wygląda tajemniczo i interesująco. Obecnie
uważałam, że jestem całkiem ładna, głównie dzięki aparatowi, który
poskromił moje wystające przednie zęby i uwolnił mnie od podobieństwa do
zajączka. Ale oczywiście daleko mi było do tego "uroku i zupełnie
zniewalającego wdzięku", jaki miała Charlotta, żeby wspomnieć Jamesa.
Ha! Ileż bym dała, żeby mógł ją zobaczyć w tej workowatej kiecce.
- Gwendolyn, aniołku, chcesz cytrynowego cukierka? - Ciotka Maddy
postukała w stojący obok taboret. - Chodź, usiądź tu obok i zajmij mnie
trochę rozmową. Glenda strasznie mnie denerwuje tym swoim bieganiem w tę
i we w tę.
- Nie masz pojęcia o uczuciach matki, ciociu
Maddy - powiedziała ciotka Glenda.
- Nie, pewnie, że nie mam - westchnęła cioteczna
babka Maddy.
Była siostrą mojego dziadka i nigdy nie wyszła za
mąż. Była okrągłą, niewielką osóbką z roześmianymi, dziecięcymi oczami i włosami ufarbowanymi na złoty blond, w których nierzadko tkwił
zapomniany papilot.
- A gdzie jest lady Arista? - zapytałam, biorąc
cukierka.
- Jest obok, telefonuje - odrzekła cioteczna babka. - Ale niestety
rozmawia tak, że nie można zrozumieć ani słowa. Nawiasem mówiąc, to była
ostatnia puszka cukierków. Nie miałabyś przypadkiem czasu, żeby polecieć
do Selfridges i kupić mi nową?
- Jasne - powiedziałam.
Charlotta przeniosła ciężar ciała z jednej nogi
na drugą i ciotka Glenda natychmiast ruszyła w jej kierunku.
- Charlotto!
- Nic - powiedziała Charlotta.
Ciotka Glenda zacisnęła wargi.
- Może powinnaś raczej zaczekać na parterze? -
zapytałam Charlottę. - Nie spadłabyś z tak dużej wysokości.
- Może powinnaś
raczej się zamknąć, skoro mowa o sprawach, o których nie masz bladego
pojęcia? - odparowała Charlotta.
- Naprawdę, głupie uwagi są ostatnią rzeczą,
jakiej Charlotta teraz potrzebuje - powiedziała ciotka Glenda.
Zaczęłam żałować, że zeszłam na dół.
- Za pierwszym razem nosiciel genu nie
przeskakuje w czasie dalej niż o sto pięćdziesiąt lat - wyjaśniła
cierpliwie cioteczna babka. - Ten dom zbudowano w 1781 roku, a zatem tu,
w pokoju muzycznym, Charlotta jest absolutnie bezpieczna. Może najwyżej
wystraszyć kilka muzykujących pań.
- W tej sukience na pewno - mruknęłam tak cicho,
że mogła mnie usłyszeć jedynie cioteczna babka, która
zachichotała.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju
wkroczyła lady Arista. Wyglądała tak jak zawsze, jakby połknęła kij.
Albo nawet kilka. Jeden w rękach, drugi w nogach i trzeci, który
pośrodku utrzymywał to wszystko w kupie. Siwe włosy gładko zaczesała do
tyłu i związała w węzeł na karku, jak nauczycielka baletu, która potrafi
nieźle dać popalić.
- Kierowca już jedzie. Państwo de Villiers
oczekują nas w Temple. W drodze powrotnej można będzie od razu wczytać
Charlottę do chronografu.
Nie zrozumiałam z tego ani słowa.
- A jeśli się to dzisiaj w ogóle nie wydarzy? -
zapytała Charlotta.
- Charlotto, kochanie, dziś było ci trzy razy
niedobrze - przypomniała jej ciotka Glenda.
- Prędzej czy później to się wydarzy -
powiedziała lady Arista. - A teraz chodź już, kierowca może tu być w każdej chwili.
Ciotka Glenda ujęła Charlottę pod ramię i razem z lady Aristą opuściły pokój. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, cioteczna
babka Maddy i ja spojrzałyśmy na siebie.
- Czasami człowiek ma wrażenie, że jest
niewidzialny, prawda? - odezwała się ciotka Maddy. - Byłoby miło, gdyby
rzuciły chociaż "do widzenia" albo "trzymajcie się". Albo spytały
roztropnie: "Ciociu Maddy, może miałaś wizję, która mogłaby nam
pomóc?".
- A miałaś?
- Nie - odparła ciotka Maddy. - Dzięki
Bogu, nie miałam. Po wizjach dopada mnie straszliwy głód, a i tak jestem
za gruba.
- Kim są państwo de Villiers? - zapytałam.
- Bandą aroganckich snobów, jeśli chcesz znać
moje zdanie - powiedziała cioteczna babka. - Sami adwokaci i bankowcy.
Są właścicielami banku de Villiers w śródmieściu. Mamy u nich
konta.
To brzmiało bardzo mało mistycznie.
- A co ci ludzie mają wspólnego z Charlottą?
- Powiedzmy, że mają podobne problemy jak
my.
- Co za problemy?
Czyżby musieli mieszkać pod jednym dachem z babką
tyranem, ciotką bestią i zarozumiałą kuzynką?
- Gen podróży w czasie - odrzekła cioteczna
babka. - W rodzinie de Villiers dziedziczą go męscy potomkowie.
- A zatem oni też mają w domu taką
Charlottę?
- Jej męski odpowiednik. O ile dobrze wiem, ma na imię Gideon.
- I on też czeka na to, żeby mu się zrobiło
niedobrze?
- On ma to już za sobą. Jest dwa lata starszy od
Charlotty.
- To znaczy, że od dwóch lat rześko przeskakuje sobie w czasie?
- Można tak powiedzieć.
Spróbowałam jakoś połączyć te nowe rewelacje ze
strzępkami wiedzy, które miałam już wcześniej. Ponieważ jednak ciotka
Maddy chętnie dziś sypała informacjami, dałam sobie na to zaledwie kilka
sekund.
- A co to jest ten chroni... chrono...
- Chronograf! - Ciotka Maddy przewróciła swoimi
okrągłymi niebieskim oczami. - To jest rodzaj aparatu, za pomocą którego
można wysłać nosiciela genu, ale tylko jego, w ściśle określone czasy.
To ma coś wspólnego z krwią.
- Wehikuł czasu? Napędzany krwią? O rany!
Cioteczna babka wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia, jak to działa. Zapominasz, że
wiem tylko to, co usłyszę przypadkiem, siedząc tutaj i udając, że o niczym nie mam pojęcia. To wszystko jest całkowicie tajne.
- Tak. I bardzo skomplikowane - powiedziałam. -
Skąd w ogóle wiadomo, że Charlotta ma ten gen? I dlaczego ona go ma, a nie na przykład... hmmm... ty?
- Dzięki Bogu, ja go mieć nie mogę. My,
Montrose'owie, zawsze byliśmy wprawdzie dziwadłami, ale gen trafił do
naszej rodziny dopiero przez twoją babkę. Bo mój brat musiał się
koniecznie z nią ożenić - parsknęła ciotka Maddy.
Była siostrą mojego zmarłego dziadka Lucasa.
Ponieważ nie miała męża, już jako młoda dziewczyna przeniosła się do
niego i prowadziła mu dom.
- Pierwszy raz o genie usłyszałam po weselu
Lucasa i lady Aristy. Ostatnią nosicielką genu w linii dziedziczenia
Charlotty była pewna dama nazwiskiem Margret Tilney, a ona z kolei była
babką twojej babki lady Aristy.
- I Charlotta odziedziczyła ten gen po tamtej
Margret?
- Och, nie. Wcześniej odziedziczyła go Lucy.
Biedna dziewczyna.
- Co to za Lucy?
- Twoja kuzynka Lucy, najstarsza córka
Harry'ego.
- Ach! Ta Lucy!
Mój wuj Harry, ten z Gloucestershire, był
znacznie starszy niż Glenda i moja mama. Miał troje dorosłych dzieci.
Najmłodszy, David, miał dwadzieścia osiem lat i był pilotem British
Airways. Co jednak wcale nie znaczyło, że dostawaliśmy tańsze bilety.
Janet, średnia, miała już swoje dzieci, dwa małe denerwujące grzdyle o imionach Poppy i Daisy. Nigdy nie poznałam natomiast najstarszej, Lucy.
Niewiele też o niej wiedziałam. W rodzinie na temat Lucy się milczało.
Była bowiem kimś w rodzaju czarnej owcy w rodzie Montrose. W wieku
siedemnastu lat uciekła z domu i od tej pory wszelki słuch po niej
zaginął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki