Prolog
Londyn, 14 maja 1602
W zaułkach Southwark było ciemno i pusto. W powietrzu unosił się fetor
gnijących glonów, kloaki i zdechłych ryb. Paul odruchowo ścisnął mocniej
rękę Lucy i pociągnął ją za sobą.
- Trzeba było pójść brzegiem rzeki. W tej plątaninie uliczek można się
tylko zgubić - szepnął.
- Tak, tak, a za każdym rogiem czai się złodziej i morderca -
powiedziała rozbawiona. - Cudownie, prawda? To tysiąc razy lepsze niż
przesiadywanie w stęchłych murach i odrabianie lekcji. - Podkasała
ciężką suknię i pospieszyła dalej.
Uśmiechnął się mimowolnie. Lucy miała niepowtarzalny talent do
wynajdywania dobrych stron w każdej sytuacji i w każdym czasie. Nawet
tak zwane złote lata Anglii, które w tym momencie zadawały kłam swojej
nazwie, okazując się dość mrocznymi, nie zdołały jej wystraszyć, ale
wręcz wprawiły ją w dobry humor.
- Szkoda, że nigdy nie mamy więcej niż trzy godziny - powiedziała, gdy
do niej dołączył. - Hamlet podobałby mi się jeszcze bardziej, gdybym
nie musiała go oglądać w odcinkach. - Zręcznie ominęła wielką błotnistą
kałużę, a przynajmniej miała nadzieję, że to było błoto. Potem zrobiła
kilka frywolnych tanecznych kroków i okręciła się wokół własnej osi. -
"Tak, to rozwaga czyni nas tchórzami"1... Czyż to nie było
cudowne?
Skinął głową, siłą powstrzymując się od uśmiechu. Zbyt często musiał to
robić w obecności Lucy. Jeśli nie będzie uważał, wyjdzie na ostatniego
idiotę!
Znajdowali się w drodze do London Bridge - most Southwark, który
właściwie byłby dogodniejszy, w tamtym czasie jeszcze nie istniał. Ale
musieli się pospieszyć, jeśli nie chcieli, by ktoś zauważył ich
potajemną wyprawę w siedemnasty wiek.
Boże, ileż by dał za to, by móc w końcu zdjąć ten sztywny biały gors. W dotyku był niczym plastikowy kołnierz, jaki zakłada się psom po
operacji.
Lucy skręciła w stronę rzeki. Jej myśli najwyraźniej wciąż jeszcze
krążyły wokół Szekspira.
- A ile dałeś temu człowiekowi, żeby nas wpuścił do teatru Globe, Paul?
- Takie cztery ciężkie monety, nie mam pojęcia, ile są warte. -
Roześmiał się. - Może to była jego roczna pensja albo coś w tym stylu.
- W każdym razie poskutkowały. Miejsca były super.
Biegiem dotarli do London Bridge. Tak samo jak wtedy, kiedy szli w przeciwną stronę, Lucy przystanęła i chciała powiedzieć coś na temat
domów, które zbudowano na moście. Ale on pociągnął ją dalej.
- Wiesz przecież, co powiedział pan George: jeśli stoisz za długo pod
oknem, ktoś opróżni ci nocnik na głowę - przypomniał jej. - A poza tym
rzucasz się w oczy!
- Wcale nie widać, że to most, wygląda jak zwykła ulica. Patrz, korek!
Już czas, żeby powstało parę innych mostów.
Most, w przeciwieństwie do bocznych zaułków, był zatłoczony, ale powozy,
lektyki i dorożki nie posuwały się do przodu ani o centymetr.
Z dala dochodziły przekleństwa woźniców i rżenie koni, lecz przyczyny
zamieszania nie było widać. Z okna powozu tuż obok nich wychylił się
mężczyzna w czarnym kapeluszu. Sztywny biały kołnierzyk sięgał mu aż do
uszu.
- Nie ma jakiejś innej drogi przez tę śmierdzącą rzekę? - zawołał po
francusku do swego woźnicy.
Ten zaprzeczył.
- Nawet gdyby była, nie moglibyśmy zawrócić, utknęliśmy. Pójdę do przodu
zobaczyć, co się stało. Na pewno zaraz pojedziemy dalej, panie.
Mrucząc coś pod nosem, mężczyzna schował głowę razem z kapeluszem i kołnierzykiem z powrotem do powozu, podczas gdy woźnica torował sobie
drogę przez tłum.
- Słyszałeś to, Paul? Francuzi! - szepnęła z zachwytem Lucy. - Turyści!
- Tak. Świetnie. Ale my musimy ruszać dalej, nie mamy zbyt wiele czasu.
Przypominał sobie jak przez mgłę, że czytał o tym moście - kiedyś został
zniszczony, a potem odbudowany piętnaście metrów dalej. A więc to nie
jest dobre miejsce na przeskok w czasie.
Poszli za francuskim woźnicą, ale kawałek dalej ujrzeli taką masę ludzi
i pojazdów, że nie dało się przejść.
- Słyszałam, że zapalił się wóz wiozący beczki z olejem. - Stojąca przed
nimi kobieta nie mówiła do nikogo konkretnego. - Jak nie będą uważać, to
kiedyś spalą cały ten most.
- Tylko nie dziś - mruknął Paul i chwycił Lucy za ramię. - Chodź,
wracamy. Lepiej poczekajmy na przeskok po tej stronie.
- Pamiętasz jeszcze hasło? Na wypadek, gdybyśmy nie zdążyli.
- Coś z kawą i kupidynem?
- Gutta cavat lapidem, głuptasie. - Podniosła na niego wzrok,
chichocząc.
Jej niebieskie oczy błyszczały z rozbawienia i nagle przyszło mu do
głowy to, co odpowiedział jego brat Falk, zapytany o idealny moment:
"Nie bawiłbym się w długie rozmowy. Po prostu bym to zrobił. Najwyżej
cię spoliczkuje, ale przynajmniej będziesz wiedział".
Falk oczywiście wypytywał go, o kim mowa, ale Paul nie miał ochoty na
dyskusje, które zwykle zaczynały się od słów: "Przecież wiesz, że
związki między rodzinami de Villiers i Montrose mają być natury ściśle
biznesowej", a kończyły podsumowaniem: "Poza tym wszystkie dziewczyny z rodziny Montrose to kozy, a kiedyś wyrosną z nich takie smoki jak lady
Arista".
Kozy! Akurat! Może w odniesieniu do innych dziewczyn z rodziny Montrose
była to prawda - ale na pewno nie dotyczyła Lucy.
Lucy, która każdego dnia zadziwiała go na nowo, której zwierzał się tak
jak nikomu dotąd, Lucy, z którą dosłownie...
Zaczerpnął głęboko powietrza.
- Czemu stajesz? - spytała Lucy.
W tym momencie pochylił się ku niej i przycisnął wargi do jej ust. Przez
trzy sekundy bał się, że go odepchnie, ale po chwili najwyraźniej
przezwyciężyła zaskoczenie i oddała mu pocałunek, najpierw bardzo
ostrożnie, potem mocniej.
Właściwie był to najbardziej nieodpowiedni moment i właściwie okropnie
się spieszyli, bo przecież w każdej sekundzie mogli przeskoczyć w czasie, i właściwie...
Paul zapomniał, o co chodziło z tym trzecim "właściwie". Teraz liczyła
się tylko ona.
Nagle jego wzrok padł na postać w ciemnym kapturze i odskoczył
przerażony.
Lucy spojrzała na niego z irytacją, po czym zarumieniła się i spuściła
oczy.
- Przepraszam - mruknęła speszona. - Larry Coleman też mówił, że jak
całuję, to ma wrażenie, jakby mu ktoś wciskał do ust garść niedojrzałego
agrestu.
- Agrestu? - Potrząsnął głową. - A kim, do diabła, jest Larry Coleman?
Teraz zdawała się kompletnie zdezorientowana, ale on musiał sam jakoś
uporządkować chaos, który zapanował w jego głowie. Odciągnął Lucy spod
świateł pochodni, chwycił ją za ramiona i popatrzył jej głęboko w oczy.
- Okej, Lucy. Po pierwsze: całujesz mniej więcej tak... jak smakują
truskawki. Po drugie: jak spotkam tego Larry'ego Colemana, dam mu w pysk. Po trzecie: koniecznie zapamiętaj, na czym skończyliśmy. Ale teraz
mamy maleńki problem.
Wskazał na wysokiego mężczyznę, który wynurzył się z cienia i podszedł
do powozu Francuza.
Oczy Lucy rozszerzyły się z przerażenia.
- Dobry wieczór, baronie - odezwał się po francusku mężczyzna. Na dźwięk
jego głosu Lucy mocno wpiła palce w ramię Paula. - Jak dobrze pana
widzieć. Z Flandrii to daleka droga. - Zsunął z głowy kaptur.
Z wnętrza powozu dobiegł ich okrzyk zaskoczenia.
- Fałszywy markiz! Cóż ty tutaj robisz, panie? Co to ma znaczyć?
- Też bym chciała wiedzieć - szepnęła Lucy.
- Czy tak wita się własnego potomka? - rzekł mężczyzna, najwyraźniej
zadowolony z efektu, jaki wywołał. - W końcu jestem wnukiem wnuka
twojego wnuka i nawet jeśli nazywają mnie człowiekiem bez imienia, mogę
cię zapewnić, że mam imię. I to nawet nie jedno, ściśle rzecz biorąc.
Czy mogę wsiąść do twego powozu? Niewygodnie się tutaj stoi, a most
jeszcze przez pewien czas będzie nieprzejezdny. - Nie czekając na
odpowiedź i nawet się nie rozglądając, otworzył drzwi i wsiadł do
powozu.
Lucy pociągnęła Paula dwa kroki w bok, jeszcze dalej od świetlistego
kręgu pochodni.
- To naprawdę on! Tylko znacznie młodszy! Co mamy teraz zrobić?
- Nic - odszepnął Paul. - Raczej nie możemy podejść i powiedzieć "dzień
dobry". W ogóle nie powinno nas tu być.
- Ale co on tu robi?
- Głupi przypadek. W żadnym razie nie może nas zobaczyć. Chodź, musimy
dostać się na brzeg.
Jednak żadne z nich nie ruszyło się z miejsca. Oboje stali jak
wmurowani, wpatrując się w ciemne okienko powozu z większą fascynacją,
niż przedtem patrzyli na scenę teatru Globe.
- W czasie naszego ostatniego spotkania dałem ci przecież wyraźnie do
zrozumienia, co o tobie myślę - dobiegł ich teraz z powozu głos
francuskiego barona.
- Och tak, dałeś.
Cichy śmiech gościa wywołał u Paula gęsią skórkę, choć nie potrafił
powiedzieć dlaczego.
- Podjąłem już decyzję! - Głos barona nieco drżał. - Przekażę to
szatańskie urządzenie sojuszowi, nieważne, jakich perfidnych metod
użyjesz, by mnie od tego odwieść. Wiem, że zawarłeś pakt z diabłem.
- O co mu chodzi? - wyszeptała Lucy.
Paul tylko pokręcił głową.
Znowu usłyszeli cichy śmiech.
- Mój ograniczony, zaślepiony przodku! O ileż łatwiejsze mogłoby być
twoje życie, i moje też, gdybyś posłuchał mnie, a nie tego twojego
biskupa czy żałosnych fanatycznych zwolenników sojuszu. Gdybyś tylko
użył rozumu zamiast różańca. Gdybyś dostrzegł, że jesteś częścią czegoś
większego niż to, o czym prawi kazania twój ksiądz.
Odpowiedź barona zabrzmiała jak Ojcze nasz.
- A więc to jest twoje ostatnie słowo w tej sprawie?
- Jesteś diabłem wcielonym - powiedział baron. - Wyjdź z mego powozu i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy.
- Jak sobie życzysz. Tylko jeszcze jeden drobiazg. Nie mówiłem ci o tym
wcześniej, żeby cię niepotrzebnie nie denerwować, ale na twoim nagrobku,
który widziałem na własne oczy, wypisano czternasty maja 1602 roku jako
dzień twojej śmierci.
- Ale to przecież jest... - zaczął baron.
- Otóż to, dzisiaj. A do północy nie pozostało już wiele czasu.
Dał się słyszeć ciężki oddech barona.
- Co on tam robi? - wyszeptała Lucy.
- Łamie swoje zasady. - Gęsia skórka pokryła Paulowi kark. - Mówi o... -
Przerwał, bo poczuł w żołądku dobrze znane, nieprzyjemne skurcze.
- Mój woźnica zaraz wróci - powiedział baron z lękiem w głosie.
- Tak, oczywiście - odrzekł intruz niemal znudzonym tonem. - Dlatego
będę się spieszył.
- Paul! - Lucy przyłożyła dłoń w okolice żołądka.
- Wiem, też to czuję. Niech to szlag trafi... Musimy biec, jeśli nie
chcemy spaść w odmęty rzeki.
Chwycił ją za ramię i pociągnął naprzód, starannie się pilnując, by nie
patrzeć w stronę okna powozu.
- Właściwie chyba zmarłeś w swojej ojczyźnie na paskudną grypę -
usłyszeli, przemykając obok. - Ale ponieważ moje odwiedziny u ciebie
ostatecznie doprowadziły do tego, że dziś jesteś tu, w Londynie, i cieszysz się znakomitym zdrowiem, równowaga została w pewien sposób
zakłócona. Moje umiłowanie ładu każe mi zatem odrobinę dopomóc śmierci.
Mimo że uwagę Paula pochłaniały teraz skurcze własnego żołądka i obliczanie, ile metrów jest jeszcze do brzegu, znaczenie tych słów
przeniknęło do jego świadomości. Zatrzymał się.
Lucy szturchnęła go w bok.
- Biegnij! - syknęła, sama podrywając się do biegu. - Mamy tylko kilka
sekund!
Na miękkich nogach ruszył za nią i gdy pobliski brzeg zaczął mu się
rozmywać przed oczami, usłyszał z wnętrza powozu straszny, choć
stłumiony krzyk, po którym padło wykrztuszone rzężącym głosem:
"Szatanie!" - a potem zapanowała martwa cisza.
fragm. William Shakespeare, Hamlet, tłum. Józef Paszkowski [wróć]
1.
Proszę państwa, to jest kościół! Tu nie
wolno się całować!
Przestraszona otworzyłam oczy i cofnęłam się gwałtownie, oczekując
widoku staromodnego księdza w rozwianej sutannie, który z oburzoną miną
spieszy w naszą stronę, by zadać nam surową pokutę. Ale to wcale nie był
człowiek. To był mały gargulec, który przysiadł na kościelnej ławce tuż
obok konfesjonału i patrzył na mnie tak samo zaskoczony jak ja na niego.
Choć w zasadzie to było raczej niemożliwe, bo mojego stanu nie dałoby
się już nazwać zaskoczeniem. Mówiąc szczerze, miałam coś w rodzaju
gigantycznej awarii procesu myślowego.
Wszystko zaczęło się od tego pocałunku. Gideon de Villiers pocałował
mnie - Gwendolyn Shepherd. Oczywiście powinnam była zadać sobie pytanie,
skąd nagle wpadł na ten pomysł - w konfesjonale, gdzieś w Belgravii w 1912 roku - tuż po naszej rozpaczliwej, zapierającej dech w piersiach
ucieczce, w której przeszkadzała mi nie tylko sięgająca do kostek, wąska
suknia z komicznym marynarskim kołnierzem.
Mogłam dokonać analitycznego porównania tego pocałunku z innymi, które
przeżyłam wcześniej, oraz określić, dlaczego Gideon całował o niebo
lepiej.
Mogło mi dać do myślenia, że między nami była ściana konfesjonału z okienkiem, przez które Gideon przepchnął głowę i ręce, i że to nie były
idealne warunki do pocałunku, pomijając już zupełnie fakt, że nie
potrzebowałam w swoim życiu większego chaosu, skoro zaledwie trzy dni
temu dowiedziałam się, że odziedziczyłam po swej rodzinie gen podróży w czasie.
Faktem jednak było, że nie pomyślałam absolutnie o niczym, może poza
"och!", "mmm!" i "jeszcze!".
Dlatego dopiero teraz, kiedy ten mały gargulec skrzyżował ramiona,
patrząc na mnie gniewnie z kościelnej ławki, dopiero teraz, gdy mój
wzrok padł na brudnożółtą zasłonkę w konfesjonale, która zaledwie przed
chwilą była jasnozielona, zorientowałam się, że tymczasem
przeskoczyliśmy z powrotem do teraźniejszości.
- Psiakrew! - Gideon cofnął się na swoją stronę konfesjonału i podrapał
się w głowę.
Psiakrew? Mało delikatnie spadłam z obłoków, zapominając o gargulcu.
- Jak dla mnie, nie było aż tak źle - powiedziałam, starając się zdobyć
na możliwie obojętny ton.
Niestety trochę brakowało mi tchu, co wpłynęło negatywnie na ogólne
wrażenie. Nie potrafiłam spojrzeć Gideonowi w oczy, więc wciąż gapiłam
się na brunatną poliestrową zasłonkę w konfesjonale.
Boże! Przebyłam w czasie prawie sto lat, w ogóle tego nie zauważając,
ponieważ ten pocałunek tak kompletnie i zupełnie mnie... zaskoczył. Chodzi
mi o to, że w jednej minucie facet się mnie czepia, w następnej znajduję
się w samym środku pościgu i muszę bronić się przed uzbrojonymi w pistolety mężczyznami, a potem nagle - ni stąd, ni zowąd - on twierdzi,
że jestem kimś wyjątkowym, i mnie całuje. I to jak całuje! Od razu
zrobiłam się zazdrosna o te wszystkie dziewczyny, od których się tego
nauczył.
- Nie ma nikogo. - Gideon wyjrzał, lustrując wnętrze kościoła, po czym
wyszedł z konfesjonału. - Dobrze. Wrócimy do Temple autobusem. Chodź, na
pewno już na nas czekają.
Wytrącona z równowagi wpatrywałam się w niego przez zasłonkę w konfesjonale. Czyżby to miało znaczyć, że chce nad tym wszystkim przejść
do porządku dziennego? Po pocałunku (właściwie lepiej przed, ale na to
było już za późno) należałoby jeszcze może wyjaśnić parę podstawowych
kwestii, prawda? Czy ten pocałunek był swego rodzaju wyznaniem miłości?
Może Gideon i ja byliśmy teraz nawet parą? Czy tylko trochę się
pomizialiśmy, bo akurat nie mieliśmy nic lepszego do roboty?
- Nie pojadę autobusem w tej sukni - oświadczyłam kategorycznie,
podnosząc się z największą godnością, na jaką było mnie stać.
Wolałabym odgryźć sobie język, niż zadać jedno z tych pytań, które
właśnie przemknęły mi przez głowę.
Moja suknia była biała, z błękitnymi satynowymi wstążkami w talii i przy
kołnierzyku, zapewne ostatni krzyk mody w 1912 roku, ale raczej niezbyt
odpowiednia w środkach komunikacji publicznej w dwudziestym pierwszym
wieku.
- Weźmiemy taksówkę - dodałam.
Gideon spojrzał na mnie, ale nie zaprotestował. W surducie i spodniach
zaprasowanych w kancik też niespecjalnie nadawał się do autobusu. A przy
tym wyglądał naprawdę dobrze, tym bardziej że jego włosy nie były już
tak gładziutko zaczesane za uszy jak jeszcze dwie godziny temu, lecz
opadały na czoło niesfornymi lokami.
Podeszłam do niego w kościelnej nawie i przeszył mnie dreszcz. Było
tutaj potwornie zimno. A może to dlatego, że od trzech dni prawie nie
spałam? A może przez to, co się właśnie wydarzyło?
Ostatnio mój organizm wytworzył prawdopodobnie więcej adrenaliny niż
przez całe szesnaście lat mojego dotychczasowego życia. Tak wiele się
zdarzyło, a ja miałam tak mało czasu, żeby się nad tym zastanowić, że
głowa wprost pękała mi od natłoku informacji i wrażeń. Gdybym była
postacią z komiksu, unosiłby się nade mną dymek z gigantycznym znakiem
zapytania. I może jeszcze parę trupich czaszek.
Spróbowałam zebrać się w sobie. Jeśli Gideon chce nad tym przejść do
porządku dziennego - proszę bardzo, ja też mogę.
- Okej, więc chodźmy stąd jak najszybciej - powiedziałam opryskliwie. -
Zimno mi.
Chciałam się obok niego przecisnąć, ale przytrzymał mnie za ramię.
- Posłuchaj, tamto... - Przerwał, zapewne w nadziei, że wejdę mu w słowo.
Czego oczywiście nie zrobiłam. Bardzo chciałam usłyszeć, co ma do
powiedzenia. Poza tym miałam trudności z oddychaniem, kiedy stał tak
blisko mnie.
- Ten pocałunek... To nie... - I znowu zamilkł.
Ale ja natychmiast dokończyłam w myślach: "To nie tak jak myślisz".
Och, jasne, więc nie powinien był tego robić, prawda? To tak jakby
podpalić zasłony, a potem się dziwić, że cały dom się pali (no dobra,
głupie porównanie). Nie zamierzałam mu niczego ułatwiać i tylko
patrzyłam na niego chłodno i wyczekująco. To znaczy próbowałam patrzeć
chłodno i wyczekująco, a w rzeczywistości prawdopodobnie przybrałam minę
w stylu "jestem mały Bambi, proszę cię, nie strzelaj do mnie!" - i nic
nie mogłam na to poradzić. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła mi drżeć
dolna warga.
To nie tak jak myślisz. No, dalej, powiedz to!
Ale Gideon nic nie powiedział. Wyciągnął mi szpilkę ze splątanych włosów
(moja skomplikowana fryzura z zawiniętych warkoczy zapewne wyglądała
teraz tak, jakby para ptaków uwiła w niej sobie gniazdo), ujął kosmyk
moich włosów i owinął go sobie wokół palca. Drugą dłonią zaczął gładzić
mnie po twarzy, a potem pochylił się i pocałował mnie ponownie, tym
razem bardzo delikatnie. Zamknęłam oczy i nastąpiło to samo co przedtem
- mój mózg znów miał tę błogą przerwę w komunikacji (nadawał wyłącznie
"och", "mmm" i "jeszcze").
Ale tylko przez jakieś dziesięć sekund, bo zaraz tuż obok rozległ się
zirytowany głos.
- Znowu zaczynacie?
Przestraszona pchnęłam Gideona lekko w pierś i spojrzałam prosto w pysk
małego gargulca, który tymczasem zwiesił się głową w dół z empory, pod
którą staliśmy. Ściśle rzecz biorąc, to był duch gargulca.
Gideon puścił moje włosy i przybrał obojętny wyraz twarzy. O Boże! Co on
musiał sobie teraz o mnie pomyśleć! W jego zielonych oczach nie
dostrzegłam jednak żadnych emocji, może poza lekkim zdziwieniem.
- Wiesz... zdawało mi się, że coś słyszałam - mruknęłam.
- Okej - powiedział nieco przeciągle, ale bardzo uprzejmie.
- To mnie słyszałaś! - odezwał się gargulec. - Słyszałaś mnie!
Był mniej więcej wielkości kota, jego twarz też przypominała pyszczek
kota; miał szpiczaste duże uszy rysia, a między nimi parę zaokrąglonych
rogów, poza tym skrzydełka na plecach i długi, pokryty łuskami,
jaszczurczy ogon o trójkątnym zakończeniu, nerwowo bijący na wszystkie
strony.
- A w dodatku mnie widzisz!
Milczałam.
- Lepiej już chodźmy - rzekł Gideon.
- Widzisz mnie i słyszysz! - zawołał z zachwytem mały gargulec,
zeskoczył z empory na jedną z kościelnych ławek i zaczął na niej
podskakiwać. Miał głos jak zakatarzone, zachrypnięte dziecko. - Wiem to
na pewno!
Teraz tylko nie mogę popełnić żadnego błędu, bo inaczej nigdy się go nie
pozbędę. Obojętnym wzrokiem omiotłam ławki, idąc w stronę wyjścia.
Gideon przytrzymał mi drzwi.
- Dziękuję, to bardzo uprzejme - rzucił gargulec, w podskokach
wybiegając z kościoła.
Gdy znalazłam się na zewnątrz, zmrużyłam oczy. Niebo pokrywały chmury i słońca nie było widać, ale według mojej oceny musiał być wczesny
wieczór.
- Poczekajże! - zawołał gargulec i chwycił mnie za suknię. - Koniecznie
musimy porozmawiać. Hej, depczesz mi po nogach... Nie udawaj, że mnie nie
widzisz. Wiem, że widzisz. - Z jego ust wystrzeliła odrobina wody,
tworząc przed moimi trzewikami małą kałużę. - Ups, przepraszam. To mi
się zdarza tylko wtedy, gdy jestem zdenerwowany.
Spojrzałam w górę na fasadę kościoła: był w stylu wiktoriańskim, z kolorowymi witrażami i dwiema ładnymi, fantazyjnymi wieżami. Cegły
występowały na przemian z kremowym tynkiem, co tworzyło wesoły pasiasty
wzór. Na całej budowli nie było jednak żadnej figurki, żadnego gargulca.
To dziwne, że pojawił się tutaj ten duch.
- Tu jestem! - zawołał gargulec i wczepił się pazurami w mur tuż przed
moim nosem.
Potrafił się wspinać jak jaszczurka, one wszystkie to umieją. Gapiłam
się przez sekundę na cegłę obok jego głowy, a potem się odwróciłam.
Gargulec nie był już teraz taki pewien, czy naprawdę go widzę.
- Proszę cię - powiedział. - Tak przyjemnie byłoby porozmawiać z kimś
innym niż duch sir Artura Conan Doyle'a.
Sprytne stworzenie. Ale nie dałam się na to nabrać. Było mi go wprawdzie
żal, ale wiedziałam, jak uciążliwe potrafią być te małe potworki, a poza
tym przeszkodził mi w pocałunku i przez niego Gideon prawdopodobnie
myśli teraz, że jestem rozkapryszoną kozą.
- Proszę, proszę, prooooszę! - powtarzał błagalnie gargulec.
Nadal całkowicie go ignorowałam. O rany, Bóg jeden wie, ile problemów
miałam na głowie.
Gideon podszedł do krawężnika i zaczął machać na taksówkę. Oczywiście
zaraz jakaś się zatrzymała. Niektórzy ludzie zawsze mają szczęście w takich sprawach. Albo coś w rodzaju naturalnego autorytetu. Na przykład
moja babka, lady Arista. Wystarczy, że stanie na skraju chodnika i rzuci
surowe spojrzenie, a już taksówkarz hamuje tuż obok niej.
- Idziesz, Gwendolyn?
- Nie możesz mnie tak teraz po prostu zostawić! - Schrypnięty głosik
gargulca brzmiał płaczliwie i rozdzierająco. - Przecież dopiero się
spotkaliśmy.
Gdybyśmy byli sami, pewnie dałabym się sprowokować do rozmowy. Mimo
ostrych, szpiczastych zębów i szponiastych stóp był na swój sposób
sympatyczny i chyba niespecjalnie mógł liczyć na czyjeś towarzystwo
(duch sir Arthura Conan Doyle'a miał z pewnością coś lepszego do roboty.
Czegóż on w ogóle szukał w Londynie?). Ale jeśli rozmawiasz z duchem w obecności innych ludzi, to uważają cię - jeśli masz szczęście - za
oszusta lub aktora albo - w większości przypadków - za wariata. Nie
chciałam ryzykować tego, by Gideon wziął mnie za wariatkę. Poza tym
ostatni gargulcowy demon, z którym rozmawiałam, tak się do mnie
przywiązał, że niemal nie mogłam sama pójść do łazienki.
Z kamienną twarzą wsiadłam więc do taksówki i kiedy samochód ruszał,
patrzyłam niewzruszenie przed siebie. Gideon wyglądał obok mnie przez
okno. Taksówkarz, unosząc brwi, otaksował we wstecznym lusterku nasze
kostiumy, ale nie skomentował ich ani słowem. To mu trzeba zapisać na
plus.
- Dochodzi wpół do siódmej - odezwał się Gideon, najwyraźniej usiłując
prowadzić neutralną konwersację. - Nic dziwnego, że umieram z głodu.
Teraz, kiedy to powiedział, zauważyłam, że ze mną jest całkiem podobnie.
Przy rodzinnym śniadaniu miałam okropny nastrój i przełknęłam najwyżej
pół grzanki, a posiłek w szkole był jak zwykle niejadalny. Z pewną
nostalgią pomyślałam o apetycznie wyglądających kanapkach i ciasteczkach
na stoliku u lady Tilney, które nas niestety ominęły.
Lady Tilney! Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że ja i Gideon
powinniśmy dokładniej omówić szczegóły naszej przygody w 1912 roku. W końcu rzecz mocno wymknęła się spod kontroli i nie miałam pojęcia, co
powiedzą na to Strażnicy, którzy w kwestii podróży w czasie zupełnie nie
znali się na żartach. Gideon i ja udaliśmy się w tę podróż z zadaniem
wczytania lady Tilney do chronografu (tak na marginesie, nadal nie
zrozumiałam do końca powodów, ale wydawało się to niesłychanie ważne:
chodziło chyba co najmniej o uratowanie świata). Zanim jednak zdołaliśmy
to załatwić, do akcji wkroczyli moja kuzynka Lucy i Paul - największe
zło w całej tej historii. Przynajmniej rodzina Gideona była o tym
przekonana, a on razem z nią. Podobno Lucy i Paul ukradli drugi
chronograf i wraz z nim ukryli się gdzieś w czasie. Od lat nikt o nich
nie słyszał - aż pojawili się u lady Tilney, wprowadzając lekki chaos w spotkanie przy popołudniowej herbatce.
Moment, kiedy w grę weszły pistolety, z czystego strachu wyparłam z głowy, ale w pewnej chwili Gideon przyłożył do skroni Lucy broń -
pistolet, którego, nawiasem mówiąc, w ogóle nie wolno mu było ze sobą
wziąć (tak jak mnie mojej komórki, ale z komórki nie można przynajmniej
nikogo zastrzelić!). Potem uciekliśmy do kościoła. Przez cały czas nie
mogłam się jednak uwolnić od myśli, że ta historia z Lucy i Paulem wcale
nie jest taka czarno-biała, jak utrzymywali to członkowie rodziny de
Villiers.
- A co powiemy w związku z lady Tilney? - spytałam.
- No tak. - Gideon zmęczonym gestem potarł czoło. - Nie żebyśmy mieli
kłamać, ale w tym przypadku może lepiej byłoby pominąć to i owo.
Najlepiej mówienie zostaw mnie.
I znowu ten jego rozkazujący ton.
- Tak, oczywiście - powiedziałam. - Będę przytakiwać i trzymać gębę na
kłódkę, jak na dziewczynę przystało.
Założyłam ręce na piersi. Dlaczego Gideon nie mógł się choć raz
normalnie zachować? Dopiero co mnie pocałował (i to więcej niż raz!), a teraz zgrywa Wielkiego Mistrza Loży Strażników!
Każde z nas wyglądało w skupieniu przez okno po swojej stronie.
W końcu Gideon pierwszy przerwał milczenie i to napełniło mnie pewną
satysfakcją.
- Co się stało, kot ci ukradł język? - Zabrzmiało to prawie tak, jakby
był zmieszany.
- Co proszę?
- Moja matka zawsze mnie tak pytała, gdy byłem mały. Kiedy gapiłem się
tak uparcie przed siebie jak ty przed chwilą.
- Ty masz matkę?
Ledwie zadałam to pytanie, zorientowałam się, jakie było idiotyczne. O Boże!
Gideon podniósł do góry jedną brew.
- A co myślałaś? - rzucił rozbawiony. - Że jestem androidem zmontowanym
przez wuja Falka i pana George'a?
- To wcale nie jest takie absurdalne. Masz jakieś zdjęcia z dzieciństwa?
- Próbując wyobrazić sobie Gideona jako niemowlaka, z okrągłą, miękką,
pucołowatą buzią i niemowlęcym meszkiem, musiałam się uśmiechnąć. -
Gdzie są twoi rodzice? Też mieszkają tu, w Londynie?
Gideon potrząsnął głową.
- Mój ojciec nie żyje, a matka mieszka w Antibes, w południowej Francji.
- Przez chwilę zaciskał wargi i myślałam już, że znowu zamilknie na
dłużej, ale zaraz dodał: - Z moim młodszym bratem i swoim nowym mężem,
panem "mów-mi-tato" Bertelinem. Ma firmę produkującą podzespoły z platyny i miedzi do sprzętu elektronicznego i najwidoczniej interesy idą
świetnie. W każdym razie jego szpanerski jacht nazywa się Krezus.
Byłam naprawdę zaskoczona. Tyle prywatnych informacji naraz - to było do
Gideona zupełnie niepodobne.
- Och, ale na pewno fajnie tam pojechać na wakacje, co?
- Tak, oczywiście - powiedział kpiąco. - Jest basen wielkości trzech
kortów tenisowych, a krany na tym kretyńskim jachcie są ze złota.
- W każdym razie wyobrażam sobie, że lepsze to niż nieogrzewana wiejska
chata w Peebles - odrzekłam. W mojej rodzinie wakacje spędzało się
zasadniczo w Szkocji. - Gdybym miała krewnych na południu Francji,
jeździłabym do nich na każdy weekend. Nawet gdyby nie mieli basenu ani
jachtu.
Gideon przyglądał mi się, kręcąc głową.
- Ach, tak? A jak byś sobie poradziła z tym, że co parę godzin musisz
przeskoczyć w przeszłość? To chyba niezbyt ekscytujące przeżycie, jeśli
pędzisz akurat po autostradzie z prędkością stu pięćdziesięciu
kilometrów na godzinę.
Ta historia z podróżami w czasie była dla mnie chyba jeszcze zbyt nowa,
bym zdążyła się zastanowić nad jej wszystkimi konsekwencjami. Istniało
tylko dwanaścioro nosicieli genu, rozrzuconych po różnych stuleciach, i wciąż nie mogłam do końca pojąć, że jestem jedną z nich. Przewidziana
była właściwie moja kuzynka Charlotta, która z wielką pasją
przygotowywała się do swej roli. Ale moja matka z niewyjaśnionych
powodów zamieszała coś z datą moich urodzin i teraz mieliśmy pasztet.
Tak samo jak Gideon miałam więc do wyboru: albo w sposób kontrolowany
przeskakiwać w czasie za pomocą chronografu, albo skok w czasie mógł
mnie zastać zawsze i wszędzie, a z własnego doświadczenia wiedziałam
już, że to nie jest zbyt przyjemne.
- Musiałbyś oczywiście zabierać ze sobą chronograf, aby co jakiś czas
poddać się elapsji w bezpieczną epokę - powiedziałam.
Gideon parsknął smutno.
- Tak, oczywiście w ten sposób można byłoby spokojnie podróżować, a po
drodze jeszcze zwiedzić tak wiele historycznych miejsc. Ale pomijając
to, że nigdy nie pozwolono by mi włóczyć się z chronografem w plecaku,
co ty byś wtedy bez niego zrobiła? - Spojrzał obok mnie przez okno. -
Przez Lucy i Paula został już tylko jeden, czyżbyś o tym zapomniała? -
powiedział nerwowo, jak zawsze, kiedy mówił o Lucy i Paulu.
Wzruszyłam ramionami i też zaczęłam wyglądać przez okno. Taksówka w spacerowym tempie zmierzała w kierunku Piccadilly. No, super. Popołudnie
w centrum miasta. Na piechotę pewnie bylibyśmy szybciej.
- Ty chyba jeszcze nie do końca rozumiesz, Gwendolyn, że odtąd nie
będziesz miała zbyt wielu okazji, by opuszczać tę wyspę! - W głosie
Gideona pobrzmiewała gorycz. - I to miasto. Zamiast wywozić cię na
wakacje do Szkocji, twoja rodzina powinna była raczej pokazać ci wielki
świat. A teraz już za późno. Nastaw się na to, że wszystko, o czym
marzysz, będziesz sobie mogła zobaczyć najwyżej na Google Earth.
Taksówkarz wygrzebał sfatygowaną książkę w miękkiej okładce, oparł się
na swoim fotelu i spokojnie zaczął czytać.
- Ale... przecież ty byłeś w Belgii i w Paryżu - powiedziałam. - Aby
stamtąd udać się w przeszłość i zdobyć krew tego tam, jak on się
nazywał... i tamtych...
- No jasne - wpadł mi w słowo. - Razem z moim wujem, trzema Strażnikami
i kostiumolożką. Świetna wyprawa. Pomijając fakt, że Belgia jest takim
niesłychanie egzotycznym krajem. Czyż wszyscy nie marzą o tym, żeby
pojechać na trzy dni do Belgii?
- A dokąd byś pojechał, gdybyś mógł wybrać? - spytałam cicho,
onieśmielona jego nagłym wybuchem.
- Chcesz powiedzieć, gdybym nie był obciążony tą klątwą podróży w czasie? O, Boże, nie wiedziałbym, od czego zacząć. Chile, Brazylia,
Peru, Kostaryka, Nikaragua, Kanada, Alaska, Wietnam, Nepal, Australia,
Nowa Zelandia... - Uśmiechnął się lekko. - Mniej więcej wszędzie prócz
Księżyca. Ale tak naprawdę nie ma co myśleć o czymś, czego nigdy w życiu
nie zrobisz. Musimy się pogodzić z tym, że jeśli chodzi o podróże, nasze
życie będzie raczej monotonne.
- Pomijając podróże w czasie. - Poczerwieniałam, ponieważ powiedział
"nasze życie" i zabrzmiało to jakoś tak... intymnie.
- To jest przynajmniej coś w rodzaju rekompensaty za tę wieczną kontrolę
i zamknięcie - odrzekł Gideon. - Gdyby nie było podróży w czasie, dawno
już bym umarł z nudów. To paradoksalne, ale prawdziwe.
- Mnie na pewno wystarczyłby dreszczyk emocji przy oglądaniu od czasu do
czasu jakiegoś emocjonującego filmu.
Tęsknym wzrokiem popatrzyłam za rowerzystą torującym sobie drogę w korku. Chciałam już być w domu! Samochody przed nami nie ruszyły się z miejsca nawet o milimetr, co zdawało się bardzo odpowiadać naszemu
pogrążonemu w lekturze kierowcy.
- Skoro twoja rodzina mieszka na południu Francji, to gdzie ty
mieszkasz? - zapytałam Gideona.
- Od niedawna mam mieszkanie w Chelsea. Ale przychodzę tam właściwie
tylko się wykąpać i przespać. Jeśli w ogóle. - Westchnął. W ciągu trzech
ostatnich dni spał równie mało jak ja. Albo nawet jeszcze mniej. -
Przedtem mieszkałem u mojego wuja Falka w Greenwich, od jedenastego roku
życia. Gdy moja matka poznała pana Zakazaną Gębę i chciała wyjechać z Anglii, zabierając mnie i brata ze sobą, Strażnicy się oczywiście
sprzeciwili. Zostało przecież zaledwie parę lat do mojego pierwszego
przeskoku w czasie i musiałem się jeszcze wiele nauczyć.
- I matka zostawiła cię samego?
Byłam przekonana, że moja mama nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
Gideon wzruszył ramionami.
- Lubię wuja, jest w porządku, o ile nie zgrywa akurat Wielkiego Mistrza
Loży. W każdym razie na pewno jest mi tysiąc razy bliższy niż mój tak
zwany ojczym.
- Ale... - Niemal nie miałam śmiałości zapytać. - Tęsknisz za nimi? -
wyszeptałam.
Znowu wzruszenie ramion.
- Dopóki nie skończyłem piętnastu lat i mogłem jeszcze bezpiecznie
podróżować, zawsze jeździłem do nich na wakacje. Poza tym moja matka co
najmniej dwa razy do roku przyjeżdża do Londynu, oficjalnie po to, żeby
mnie odwiedzić, ale tak naprawdę raczej po to, żeby wydawać pieniądze
monsieur Bertelina. Ma słabość do ciuchów, butów i starej biżuterii. I eleganckich restauracji makrobiotycznych.
Mamunia jak się patrzy, nie ma co!
- A twój brat?
- Raphael? Zrobił się już z niego prawdziwy Francuz. Nazywa pana
Zakazaną Gębę papą i kiedyś przejmie to platynowe imperium. Chociaż na
razie nie zanosi się na to, żeby skończył szkołę, leń patentowany.
Bardziej go zajmują dziewczyny niż książki. - Gideon położył rękę za mną
na oparciu siedzenia i mój oddech natychmiast przyspieszył. - Dlaczego
patrzysz na mnie taka zszokowana? Może jest ci mnie teraz żal?
- Trochę - przyznałam szczerze i pomyślałam o jedenastoletnim chłopcu,
który musiał zostać w Anglii całkiem sam. Wśród chroniących tajemnicę
mężczyzn, którzy zmuszali go do pobierania lekcji fechtunku i gry na
skrzypcach. I do polo! - Falk nie jest nawet twoim prawdziwym wujem.
Tylko dalekim krewnym.
Ktoś za nami zatrąbił wściekle. Taksówkarz podjechał kawałek, w zasadzie
nie odrywając się od lektury.
Gideon zdawał się w ogóle nie zwracać na niego uwagi.
- Falk był dla mnie zawsze jak ojciec - powiedział. Uśmiechnął się do
mnie krzywo. - Doprawdy, nie musisz mi się przyglądać tak, jakbym był
Davidem Copperfieldem.
Co proszę? Dlaczego miałabym myśleć, że jest Davidem Copperfieldem?
Gideon westchnął.
- Mam na myśli postać z powieści Karola Dickensa, a nie tego magika. Czy
ty czasem czytasz książki?
I to był znowu dawny, zarozumiały Gideon. Już mi się mieszało w głowie
od tych wszystkich uprzejmości i zwierzeń. I dziwna rzecz, prawie mi
ulżyło, że wrócił ten poprzedni, okropny typek. Zrobiłam najbardziej
wyniosłą minę, na jaką tylko potrafiłam się zdobyć, i lekko odsunęłam
się od niego.
- Szczerze mówiąc, preferuję literaturę współczesną.
- Ach, tak? - W oczach Gideona błysnęło rozbawienie. - Co takiego na
przykład?
Nie mógł wiedzieć, że moja kuzynka Charlotta też przez całe lata
systematycznie zadawała mi to pytanie, i to tak samo arogancko.
Właściwie czytałam niemało i dlatego chętnie jej odpowiadałam, ale
ponieważ Charlotta zwykle kwitowała moje lektury słowami "mało ambitne"
i "dziewczyńskie głupoty", w pewnym momencie miarka się przebrała i zepsułam jej zabawę raz na zawsze. Czasem trzeba pokonać ludzi ich
własną bronią. Sztuka polega na tym, by mówić bez śladu wahania, a trzeba też wpleść co najmniej jedno nazwisko autora bestsellerów,
najlepiej kogoś, czyją książkę rzeczywiście się przeczytało. Poza tym
zasada brzmi: im bardziej egzotycznie i obco brzmi nazwisko, tym lepiej.
Uniosłam brodę i hardo spojrzałam Gideonowi w oczy.
- No, na przykład chętnie czytam takich pisarzy jak George Matussek,
Wally Lamb, Pjotr Selvjeniki, Liisa Tikaanenen. Nawiasem mówiąc, uważam,
że fińscy autorzy są świetni, mają takie specyficzne poczucie humoru...
Lubię też Jacka Augusta Merrywethera, choć jego ostatnia książka troszkę
mnie rozczarowała. Helen Marundi oczywiście, Tahuro Yashamoto, Lawrence
Delaney i rzecz jasna Grimphook, Czerkowski, Maland, Pitt...
Gideon wyglądał na zdezorientowanego.
Przewróciłam oczami.
- Rudolf Pitt, nie Brad.
Kąciki ust lekko mu drgnęły.
- Chociaż muszę powiedzieć, że Ametystowy śnieg w ogóle mi się nie
podobał - mówiłam dalej. - Za dużo pompatycznych metafor, nie sądzisz?
Czytając, przez cały czas miałam wrażenie, że napisał to za niego ktoś
inny.
- Ametystowy śnieg? - powtórzył Gideon i teraz uśmiechał się już
naprawdę. - Tak, mnie też wydał się strasznie pompatyczny. Natomiast
Bursztynowa lawina bardzo mi się podobała.
Nie mogłam inaczej, też musiałam się uśmiechnąć.
- Tak, Bursztynową lawiną naprawdę zasłużył sobie na austriacką
nagrodę literacką. A co sądzisz o Takoshi Mahuro?
- Wczesne utwory są ciekawe, ale uważam, że trochę męczące jest to jego
ciągłe przerabianie traum z dzieciństwa - rzekł Gideon. - Z japońskich
pisarzy wolę takich jak Yamamoto Kawasaki albo Haruki Murakami.
Teraz już chichotałam na całego.
- Ale Murakami istnieje naprawdę.
- Wiem - powiedział Gideon. - Charlotta podarowała mi jego książkę.
Kiedy następnym razem będziemy rozmawiać o książkach, zarekomenduję jej
Ametystowy śnieg. Czyje to było?
- Rudolfa Pitta.
Charlotta podarowała mu książkę. Ach, jak to... hmmm... miło z jej strony.
Skąd w ogóle taki pomysł? I cóż oni jeszcze razem robili poza gadaniem o książkach? Moje rozbawienie ulotniło się w jednej chwili. Jak mogę tak
po prostu siedzieć i paplać z Gideonem, jakby nic się między nami nie
zdarzyło? Najpierw powinniśmy sobie wyjaśnić parę podstawowych spraw.
Wbiłam w niego wzrok i zaczerpnęłam głęboko powietrza, nie wiedząc
dokładnie, o co w ogóle chcę spytać.
"Dlaczego mnie pocałowałeś?".
- Zaraz będziemy na miejscu - powiedział Gideon.
Zbita z tropu wyjrzałam przez okno. Faktycznie - gdzieś w środku naszej
słownej potyczki taksówkarz odłożył książkę na bok i kontynuował jazdę,
a zaraz miał skręcić w Crown Office Rowe w dzielnicy Temple, gdzie
mieściła się kwatera główna tajnego stowarzyszenia Strażników. Chwilę
później zatrzymał samochód na jednym z zarezerwowanych miejsc
parkingowych obok lśniącego bentleya.
- Jest pan zupełnie pewien, że możemy tutaj stać?
- Wszystko w porządku - odrzekł Gideon i wysiadł. - Nie, Gwendolyn,
zaczekaj w taksówce, a ja pójdę po pieniądze - powiedział, kiedy
chciałam wysiąść za nim. - I pamiętaj: obojętnie, o co nas będą pytać,
tylko ja mówię, a ty milczysz. Zaraz wracam.
- Licznik bije - rzucił mrukliwie taksówkarz.
I on, i ja patrzyliśmy za Gideonem znikającym między szacownymi
budynkami Temple i dopiero teraz dotarło do mnie, że pozostałam tu jako
zastaw.
- Państwo z teatru? - zapytał taksówkarz.
- Co proszę?
Cóż to za trzepoczący cień nad nami?
- Mam na myśli te zabawne kostiumy.
- Nie, z muzeum. - Z dachu auta dobiegały dziwne odgłosy drapania.
Zupełnie jakby usiadł na nim jakiś ptak. Duży ptak. - Co to jest?
- Co takiego? - spytał taksówkarz.
- Wydaje mi się, że na samochodzie jest wrona czy jakiś inny ptak -
powiedziałam z nadzieją.
Ale to, co przechyliło głowę z dachu i spojrzało do środka, oczywiście
nie było żadną wroną. To był ten mały gargulec z Belgravii. Kiedy
zobaczył moje przerażenie, jego kocią twarz wykrzywił triumfujący
uśmieszek i fontanna wody poleciała na przednią szybę.
2.
Zdziwiona, co? - zawołał mały gargulec.
Odkąd wysiadłam z taksówki, zagadywał mnie bezustannie. - Kogoś takiego
jak ja nie da się tak po prostu spławić.
- No dobrze, w porządku. Posłuchaj... - Obejrzałam się nerwowo na
taksówkę.
Kierowcy powiedziałam, że muszę szybko wysiąść i zaczerpnąć powietrza,
bo jest mi niedobrze, i teraz spoglądał na mnie nieufnie, dziwiąc się,
dlaczego rozmawiam ze ścianą. Gideona wciąż nie było.
- Poza tym umiem latać. - Na dowód tego mały gargulec rozpostarł
skrzydła. - Jak nietoperz. Szybciej niż wszystkie taksówki.
- Posłuchaj mnie wreszcie: to, że cię widzę, wcale jeszcze nie znaczy...
- Widzisz i słyszysz! - wszedł mi w słowo. - Wiesz, jaka to rzadkość?
Ostatnią osobą, która mnie widziała i słyszała, była madame Tussaud, a ona niespecjalnie sobie ceniła moje towarzystwo. Najczęściej skrapiała
mnie wodą święconą i się modliła. Biedaczka była dość wrażliwa. -
Gargulec wywrócił oczami. - Sama wiesz: za dużo ściętych głów...
Znowu wypluł z siebie fontannę wody, wprost pod moje stopy.
- Przestań już!
- Przepraszam! To tylko te nerwy. Drobne wspomnienie czasów, kiedy byłem
rynną.
Miałam niewielką nadzieję, że się go pozbędę, ale chciałam przynajmniej
spróbować. Po dobroci. Schyliłam się więc do niego, aż nasze oczy
znalazły się na tej samej wysokości.
- Na pewno jesteś miłym facetem, ale nie możesz ze mną zostać. Moje
życie jest już dostatecznie skomplikowane i szczerze mówiąc, zupełnie
wystarczą mi te duchy, które znam. Proszę cię więc, żebyś po prostu
zniknął.
- Nie jestem duchem - odparł z urazą gargulec. - Jestem demonem. A raczej tym, co z demona pozostało.
- A jaka to różnica? - krzyknęłam w desperacji. - Nie powinnam widzieć
ani duchów, ani demonów, zrozum to. Musisz wrócić do swojego kościoła.
- Jaka to różnica? No rzeczywiście! Duchy są zaledwie odbiciami zmarłych
ludzi, którzy z jakiegoś powodu nie chcą opuścić tego świata. A ja byłem
demonem, kiedy jeszcze żyłem. Nie możesz mnie wrzucać do jednego wora ze
zwykłymi duchami. Poza tym to nie jest mój kościół. Lubię się tam tylko
trochę pobyczyć.
Taksówkarz gapił się na mnie z szeroko rozdziawionymi ustami. Przez
otwarte okno samochodu słyszał zapewne każde słowo - każde moje słowo.
Potarłam ręką czoło.
- Nieważne. W każdym razie nie możesz ze mną zostać.
- Czego się boisz? - Gargulec ufnie podszedł bliżej i przekrzywił głowę.
- Dziś już nie pali się kobiety na stosie jak czarownicy tylko dlatego,
że widzi i wie coś więcej niż zwykli ludzie.
- Ale dzisiaj ktoś, kto gada z duchami... och, i z demonami, ląduje w psychiatryku - powiedziałam. - Czy ty nie rozumiesz, że... - Przerwałam.
To nie miało sensu. Po dobroci dalej nie zajadę. Zmarszczyłam czoło. -
To, że mam pecha widzieć cię i słyszeć - powiedziałam tak szorstko, jak
tylko umiałam - nie daje ci jeszcze prawa do mojego towarzystwa.
Na gargulcu moje przemówienie najwyraźniej nie zrobiło żadnego wrażenia.
- Ale tobie do mojego, szczęściaro...
- Mówiąc wprost: przeszkadzasz mi. A więc idź sobie, proszę -
prychnęłam.
- Nie, nie pójdę. Potem byś tylko tego żałowała. Nawiasem mówiąc, twój
amant wraca. - Ułożył wargi w dzióbek i zaczął głośno cmokać.
- Och, zamknij się. - Patrzyłam, jak Gideon długim krokiem mija zakręt.
- I odwal się wreszcie - wysyczałam, nie poruszając wargami, niczym
brzuchomówczyni.
Oczywiście gargulca kompletnie to nie ruszyło.
- Nie tym tonem, młoda damo - rzekł rozbawiony. - Pamiętaj zawsze: jaką
miarką mierzysz, taką ci odmierzą.
Gideon nie był sam, za nim ujrzałam zasapanego pana George'a, który
musiał biec, aby dotrzymać Gideonowi kroku. Już z daleka uśmiechał się
do mnie promiennie.
Wyprostowałam się i wygładziłam suknię.
- Gwendolyn, dzięki Bogu - powiedział pan George, wycierając chusteczką
pot z czoła. - Wszystko w porządku, moja panno?
- Ależ się zadyszał ten tłuścioszek - wtrącił gargulec.
- Wszystko idealnie, panie George. Mieliśmy tylko parę... eee... problemów...
Gideon, który dał taksówkarzowi kilka jednofuntowych banknotów, rzucił
mi nad dachem samochodu ostrzegawcze spojrzenie.
- ...żeby zgrać się w czasie - dokończyłam, patrząc na taksówkarza, który
kręcąc głową, wyprowadził auto z parkingu i odjechał.
- Tak, Gideon mówił już, że wystąpiły komplikacje. To niepojęte, gdzieś
w systemie jest luka, musimy to gruntownie przeanalizować. I zapewne
przemyśleć na nowo. Najważniejsze jednak, że wam nic się nie stało. -
Pan George podsunął mi ramię, co wyglądało trochę dziwnie, ponieważ był
niemal o pół głowy niższy ode mnie. - Chodź, moja panno, jest jeszcze
parę rzeczy do zrobienia.
- Właściwie chciałabym jak najszybciej pojechać do domu - powiedziałam.
Gargulec wspiął się na pion kanalizacyjny i powoli przesuwał się po
rynnie, śpiewając przy tym na całe gardło Friends will be friends.
- Och tak, z pewnością - rzekł pan George. - Ale dziś spędziłaś w przeszłości zaledwie trzy godziny. Aby mieć pewność do jutrzejszego
popołudnia, musisz teraz jeszcze na parę godzin poddać się elapsji. Nie
martw się, nic męczącego. Przytulna piwnica, gdzie będziesz mogła
odrobić lekcje.
- Ale... mama na pewno już czeka i się niepokoi.
Poza tym dziś była środa, a to jest u nas w domu dzień kurczaka z rożna
z frytkami. Nie mówiąc o tym, że czekała tam wanna i moje łóżko! Żeby w takiej sytuacji obarczać mnie jeszcze odrabianiem lekcji, to była
właściwie bezczelność. Ktoś powinien mi po prostu napisać
usprawiedliwienie. Ponieważ Gwendolyn ostatnio odbywa codziennie ważne
misje w czasie, należy ją w przyszłości zwolnić z wszelkich zadań
domowych.
Gargulec wciąż głośno śpiewał i musiałam się dość mocno powstrzymywać,
żeby go nie poprawiać. Dzięki SingStar i popołudniowym karaoke u mojej
przyjaciółki Leslie świetnie znałam różne teksty, także zespołu Queen, i dobrze wiedziałam, że w tej piosence nie występuje żaden ogórek.
- Dwie godziny wystarczą - odezwał się Gideon, który znowu stawiał tak
długie kroki, że ledwie nadążaliśmy za nim z panem George'em. - Potem
może jechać do domu i się wyspać.
Nie znosiłam, kiedy w mojej obecności mówiono o mnie w trzeciej osobie.
- Tak, i już się nie może tego doczekać - prychnęłam. - Bo rzeczywiście
jest bardzo zmęczona.
- Zadzwonimy do twojej mamy i wytłumaczymy jej, że zostaniesz odwieziona
do domu najpóźniej o dziesiątej - powiedział pan George.
O dziesiątej? Żegnaj, kurczaku z rożna. Założę się, że moja porcja dużo
wcześniej padnie ofiarą mojego żarłocznego młodszego brata.
- When you're through with life and all hope is lost - śpiewał
gargulec.
Zsuwał się po ceglanej ścianie, na wpół frunąc, na wpół schodząc, by na
koniec z gracją wylądować obok mnie na chodniku.
- Powiemy, że masz jeszcze lekcje - rzekł pan George, bardziej do siebie
niż do mnie. - O swojej wycieczce do roku 1912 może nie powinnaś nic
mówić, bo ona myślała, że poddasz się elapsji do 1956 roku.
Dotarliśmy przed kwaterę główną Strażników. Stąd od wieków kontrolowano
podróże w czasie. Rodzina de Villiers wywodziła się podobno wprost od
hrabiego de Saint Germain, jednego z najsłynniejszych podróżników w czasie w linii męskiej. Natomiast my, ród Montrose, tworzyłyśmy linię
żeńską, co dla rodu de Villiers zdawało się znaczyć tyle, że tak
naprawdę się nie liczymy.
To hrabia de Saint Germain był tym, który wynalazł kontrolowane podróże
w czasie za pomocą chronografu, i on wydał ten bezsensowny rozkaz, by
wszyscy podróżnicy w czasie zostali koniecznie wczytani do chronografu.
Obecnie brakowało już tylko Lucy, Paula, lady Tilney i jeszcze jednej
niuni, jakiejś damy dworu, której imienia jakoś nie mogłam zapamiętać.
Musieliśmy więc zdobyć po parę mililitrów ich krwi.
Podstawowe pytanie brzmiało teraz: co się stanie, kiedy cała dwunastka
podróżników w czasie zostanie już wczytana do chronografu i krąg się
zamknie? Najwyraźniej nikt tego dokładnie nie wiedział. W ogóle, gdy
rozmowa schodziła na hrabiego, Strażnicy zachowywali się jak najbardziej
bezwolne lemingi. Ślepe uwielbienie to przy tym pikuś!
Mnie natomiast na myśl o tym całym de Saint Germainie dosłownie ściskało
w gardle, ponieważ moje jedyne spotkanie z nim w przeszłości było
bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne.
Pan George, sapiąc, wdrapywał się przede mną na schody. Jego okrągła
postać miała w sobie, jak zawsze, coś pocieszającego. W każdym razie był
wśród tej zgrai chyba jedyną osobą, której odrobinę ufałam. Pomijając
Gideona... chociaż nie, zaufaniem tego nazwać nie można.
Budynek kwatery głównej pozornie nie różnił się od innych domów w wąskich zaułkach wokół kościoła w Temple, gdzie znajdowały się
przeważnie kancelarie adwokackie i gabinety wykładowców z Instytutu Nauk
Prawnych. Ja jednak wiedziałam, że kwatera jest dużo większa i znacznie
mniej skromna, niż wydawała się z zewnątrz, i że rozciąga się przede
wszystkim pod ziemią, na ogromnej powierzchni.
Tuż przed drzwiami Gideon mnie przytrzymał.
- Powiedziałem, że jesteś okropnie przerażona - syknął - więc jeśli
chcesz dziś wcześniej wrócić do domu, gap się trochę głupkowato.
- Myślałam, że cały czas to robię - mruknęłam.
- Czekają na was w Smoczej Sali - sapnął pan George. - Idźcie przodem,
ja jeszcze każę pani Jenkins przynieść coś do jedzenia. Pewnie jesteście
głodni. Jakieś szczególne życzenia?
Zanim zdążyłam wyrazić swoje życzenia, Gideon złapał mnie za rękę i szarpnął, bym szła dalej.
- Jak najwięcej wszystkiego! - zdążyłam zawołać, odwracając się przez
ramię w kierunku pana George'a, nim Gideon wciągnął mnie do kolejnego
korytarza.
Co chwilę potykałam się o moją długą suknię. A gargulec leciutko
podskakiwał obok nas.
- Uważam, że twój kochaś nie ma zbyt dobrych manier - odezwał się. -
Zwykle w ten sposób ciągnie się kozę na targ.
- Nie pędź tak - powiedziałam do Gideona.
- Im szybciej będziemy to mieli za sobą, tym szybciej będziesz mogła
wrócić do domu.
Czy w jego głosie zabrzmiała troska, czy też chciał się mnie po prostu
pozbyć?
- Tak, ale... może też bym chciała uczestniczyć w rozmowie, nie pomyślałeś
o tym? Mam całe mnóstwo pytań i po dziurki w nosie tego, że nikt nie
udziela mi na nie odpowiedzi.
Gideon odrobinę zwolnił kroku.
- Dzisiaj tak czy owak nikt ci już nie udzieli żadnej odpowiedzi. Dziś
będą tylko chcieli się dowiedzieć, jak mogło dojść do tego, że Lucy i Paul się na nas zaczaili. I niestety wciąż jesteś naszą główną
podejrzaną.
To "naszą" boleśnie mnie zakłuło.
- Jestem jedyną osobą, która w ogóle nic o tym wszystkim nie wie!
Gideon westchnął.
- Przecież już próbowałem ci to wytłumaczyć. Teraz pewnie jesteś
całkowicie nieświadoma i... niewinna, ale nikt nie wie, co zrobisz w przyszłości. Nie zapominaj, że także później będziesz mogła udać się w przeszłość i opowiedzieć Lucy i Paulowi o naszej wizycie. - Przerwał. -
To znaczy... mogłabyś opowiedzieć.
Wywróciłam oczami.
- Tak samo jak ty! A w ogóle dlaczego musi to być ktoś z nas? Czy
Margret Tilney sama nie mogła pozostawić wiadomości? Albo Strażnicy?
Każdemu z podróżników w czasie mogli dać list, z dowolnej epoki do
jakiejkolwiek innej.
- Hę? - odezwał się gargulec, który teraz leciał nad nami. - Czy ktoś mi
tu może wytłumaczyć, o czym mowa? Nic nie kumam.
- Z pewnością jest kilka możliwych wyjaśnień - powiedział Gideon i zwolnił jeszcze bardziej. - Ale wydawało mi się, że Lucy i Paul dzisiaj...
jak by to powiedzieć... zrobili na tobie wrażenie.
Zatrzymał się, puścił moje ramię i spojrzał na mnie z powagą.
- Gdyby mnie przy tym nie było, porozmawiałabyś z nimi, wysłuchałabyś
ich kłamliwych historii, a może nawet dobrowolnie dałabyś swoją krew do
skradzionego chronografu.
- Nie, nie dałabym - zaprzeczyłam. - Ale naprawdę chętnie bym
posłuchała, co mają nam do powiedzenia. Nie zrobili na mnie wrażenia
złych.
Gideon skinął głową.
- Widzisz, o to mi właśnie chodzi, Gwendolyn. Ci ludzie zamierzają
zniszczyć tajemnicę, którą chroniono przez setki lat. Chcą zabrać coś,
co im się nie należy. A do tego potrzebują jeszcze tylko naszej krwi.
Nie sądzę, by cofnęli się przed czymkolwiek, żeby ją dostać. - Odgarnął
sobie z twarzy kosmyk ciemnych kręconych włosów, a ja aż wstrzymałam
oddech.
O, Boże, jaki on jest przystojny! Te zielone oczy, pięknie wygięta linia
ust, blada cera - wszystko w nim było po prostu doskonałe. Poza tym
pachniał tak ładnie, że przez sekundę miałam ochotę położyć mu głowę na
piersi. Ale oczywiście tego nie zrobiłam.
- Może już zapomniałeś, że my też chcieliśmy ich krwi? I to ty
przyłożyłeś Lucy pistolet do głowy, a nie na odwrót - powiedziałam. -
Ona nie miała broni.
Między brwiami Gideona pojawiła się zmarszczka.
- Gwendolyn, proszę, nie bądź naiwna. Tak czy owak zostaliśmy zwabieni w pułapkę. Lucy i Paul mieli uzbrojone wsparcie, było co najmniej czworo
na jednego.
- Na dwoje! - zawołałam. - Ja też tam byłam!
- Pięcioro, wliczając lady Tilney. Gdyby nie mój pistolet, pewnie byśmy
już nie żyli. A w każdym razie mogliby nam pobrać krew przemocą, bo
właśnie po to przyszli. I ty chciałaś z nimi rozmawiać?
Zagryzłam wargę.
- Halo! - odezwał się gargulec. - A może pomyślicie też o mnie? Bo ja
się już całkiem pogubiłem.
- Rozumiem, że jesteś oszołomiona - powiedział Gideon znacznie
łagodniej, ale z wyraźną wyższością w głosie. - W ciągu ostatnich dni po
prostu zbyt wiele zobaczyłaś i usłyszałaś. Byłaś kompletnie
nieprzygotowana. Jak miałabyś zrozumieć, o co tu chodzi? Powinnaś iść do
domu się wyspać. Pozwól mi więc teraz szybko to załatwić. - Znowu złapał
mnie za ramię i pociągnął do przodu. - Ja będę mówił, a ty potwierdzisz
moje słowa, dobrze?
- Dobrze. Powtarzasz to już co najmniej dwudziesty raz - odrzekłam
zirytowana i zaryłam nogami w podłogę przed mosiężną tabliczką z napisem
Ladies. - Możecie na razie zacząć beze mnie, ponieważ od czerwca 1912
roku chce mi się do toalety.
Gideon mnie puścił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki