Rozdział 1
Smród panujący w chlewni zdawał się mieć niemal płynną formę. Jerzy starał się oddychać przez usta, jednak pomagało to tylko na chwilę. Potworny odór z łatwością przenikał przez kilka warstw starego płótna, którymi detektyw owinął dolną część twarzy. Z trudem łapiąc każdy oddech, machał ciężką szuflą, ładując gnój na drewnianą, rozchybotaną taczkę. W ogromnym budynku znajdowało się kilkaset tuczników, których obsługą w zakresie toaletowym zajmowało się zaledwie dziesięciu pechowców. Jerzy, jako że na Państwową Przymusową Farmę numer siedemset czterdzieści trzy trafił dopiero wczoraj, natychmiast znalazł się na krótkiej liście pełniących tę zaszczytną służbę. Westchnął w duchu, jednak po chwili pocieszył się w myślach, że mógł przecież trafić znacznie gorzej. Przymusowe państwowe zakłady chemiczne, kopalnie i fabryki zbrojeniowe pożerały tysiące więźniów w niekończącym się cyklu wyczerpującej, faktycznie niewolniczej pracy. Zarówno Europa, jak i większość świata z całą bezwzględnością wykorzystywały darmową siłę roboczą stworzoną z tych, których pozbawiono praw obywatelskich.
Aby zająć czymś myśli, przyjrzał się pozostałym nieszczęśnikom. Dwóch młodych byczków, z którymi go tu przywieziono, raczej szybko zmieni przydział. Silne ciała, kwadratowe szczęki i pełne tłumionej agresji, złe spojrzenia wyraźnie zdradzały zatwardziałych kryminalistów. Dla takich ludzi pobyt na farmie to raczej nie była pierwszyzna, więc bez problemu się tu odnajdą. Pozostała siódemka prezentowała się znacznie gorzej. Wychudzeni, obdarci, noszący ślady świeżych i starych siniaków, ewidentnie znajdowali się na dole tutejszej drabiny społecznej. Jerzy mimo głębokiego współczucia wiedział, że bratanie się z nimi jest bardziej niż nierozsądne. W takich miejscach panowały twarde, brutalne zasady, a tylko głupiec próbował buntować się przeciwko specyficznej więziennej społeczności. Na przymusowych farmach, niezależnie od tego, czy państwowych, czy prywatnych, rządziło prawo siły, pieniędzy lub znajomości w przestępczym półświatku.
- Więzień Kowalski! - wydarł się na cały głos strażnik. - Ruszcie tę zawszoną dupę! Biegiem do mnie!
Jerzy uśmiechnął się pod nosem. Długo nie musiał czekać. Odstawił łopatę i truchtem ruszył w kierunku wyjścia. Żegnały go zazdrosne spojrzenia współosadzonych.
- Dawaj, śmierdzielu, nie mam całego dnia - warczał funkcjonariusz, krzywiąc się od chlewnych aromatów. - Naczelnik chce cię widzieć.
Świeże powietrze uderzyło niczym obuchem po łbie, detektyw zachwiał się i przez chwilę mrugał, oślepiony słabym grudniowym słońcem. Dopiero pałka strażnika waląca go po nerkach boleśnie przypomniała o potrzebie pośpiechu. Maszerując w stronę niewielkiego, dwupiętrowego budynku nadzorców, po raz pierwszy od chwili przybycia mógł w spokoju przyjrzeć się swojemu nowemu domowi. Siedemsetczterdziestkatrójka znacząco różniła się od poprzednich więzień, skupionych na rolnictwie. Tutaj hodowano rzadkie gatunki zwierząt na mięso, skóry i drogą, eksportową żelatynę. Jako że po nadejściu Ciemności wyginęły niemal wszystkie ssaki, ocalały jedynie te, które znajdowały się pod opieką ludzi, przy bezpiecznym źródle światła. Początkowo skupiono się wyłącznie na rolnictwie, mogącym wyżywić rzesze głodujących, oraz masowej hodowli ptactwa domowego, czy też stosunkowo prostym i efektywnym połowie ryb. Skoro hekatomba dotknęła tylko ssaki, to zarówno płazy, gady, ptaki czy kręgowce wodne mogły nadal służyć za mniej lub bardziej wydajne źródło białka. Z czasem jednak sytuacja się ustabilizowała, część starych fortun jakimś cudem przetrwała, a niektóre nawet się jeszcze powiększyły. Jak to zwykle bywa, pojawili się też nowi milionerzy, żerujący na czasach kryzysu. Zwykłe jedzenie, przeznaczone dla mas, nie było dla wyrafinowanych podniebień wystarczające, więc z resztek ocalałych ssaków hodowlanych, rozsianych po całej Europie, udało się przywrócić wybrane gatunki i rozpocząć hodowlę na bezpiecznie oddalonych od miast więziennych farmach. Władze europejskich krajów nie chciały, aby ledwie wiążącym koniec z końcem, a często jedynie wegetującym masom zanadto rzucały się w oczy luksusy dostępne tylko dla najbogatszych czy najbardziej wpływowych person.
Państwowa Przymusowa Farma numer siedemset czterdzieści trzy specjalizowała się akurat w hodowli świń. Poza wielką chlewnią w obiekcie znajdowała się też rzeźnia, w której dokonywano rozbioru tusz. Nic się nie mogło zmarnować. Nawet najmniejszy skrawek wieprzowiny wart był tygodniówkę nauczyciela, więc starannie pozyskiwano każdy strzęp bezcennego białka i tłuszczu. Oczyszczone skóry trafiały do jeszcze bardziej śmierdzącej niż chlewy garbarni, aby finalnie zostać wykorzystanymi w luksusowym przemyśle odzieżowym, meblarskim oraz samochodowym. Na farmie wszystko musiało być spożytkowane. Nawet z kości i niejadalnych resztek wytwarzano żelatynę. Galarety i auszpiki trafiające na stoły klasy wyższej musiały przecież być przygotowane z deficytowych składników najwyższej jakości. Kolejnymi mijanymi budynkami były silosy z paszą i słomą dla zwierząt, potem magazyny, a na koniec, w pewnym oddaleniu od pozostałych, postawiono masarnię. Detektyw już pierwszego wieczoru usłyszał, że pobyt w tej ostatniej zdawał się rajem dla osadzonych. Nic więc dziwnego, że trafiali tam wyłącznie wybrani, zajmujący też, rzecz jasna, najlepsze miejsca w więziennym baraku.
W końcu dotarli na miejsce. Przed drzwiami schludnego budynku z czerwonej cegły stało dwóch strażników. Postawni mężczyźni odziani byli w ciemnozielone mundury Państwowej Straży Więziennej, na które nałożyli stalowe napierśniki rodem z Wielkiej Wojny. Na głowach mieli poniemieckie hełmy, jeszcze starego wzoru, zapewne również pozyskane z policyjnych czy wojskowych magazynów. Przy pasach nosili wielkie, masywne bagnety, zwane potocznie "liściami", znakomicie rąbiące miękkie ciało podczas tłumienia ewentualnego buntu, oraz ciężkie, okute metalem pałki, idealne na codzienną dawkę przemocy. Ekwipunek uzupełniała niewielka metalowa tarcza. Ze zrozumiałych względów nadzorcy nie posiadali przy sobie broni palnej. W razie wybuchu zamieszek tak niebezpieczne narzędzia nie powinny wpaść w przestępcze ręce. Tylko wartownicy na wieżyczkach byli wyposażeni w karabiny, a i te wydawano z magazynu jedynie na czas służby.
Na widok przybyłych jeden ze strażników bez słowa otworzył drzwi, po czym wrócił na swoją pozycję.
Świeżo odmalowane błękitne ściany przyjemnie kontrastowały z brzydkimi, szarymi budynkami gospodarczymi, podobnie jak nieskazitelnie czysta drewniana podłoga. Tutejszy naczelnik z pewnością dbał o porządek i walory estetyczne w swoim maleńkim królestwie. Weszli na pierwsze piętro, po czym skierowali się do gabinetu, przed którym stał kolejny strażnik, odziany w mundur i wyposażony jedynie w pałkę. Mężczyzna skrzywił się z niesmakiem i gestem dał znać, że przejmuje więźnia. Kolejnym gestem pokazał Jerzemu, że ma czekać, po czym zapukał do drzwi. Z wewnątrz dobiegł niski, mocny głos zapraszający do środka. Mężczyzna nacisnął klamkę, a drugą ręką bezceremonialnie pchnął więźnia do pomieszczenia.
Gabinet był urządzony według nowoczesnych, stanowczo zbyt kosztownych trendów. Przynajmniej na ile Jerzy po przymusowych wykładach jego wspólniczki Barbary był w stanie ocenić. Naprzeciw eleganckiego, lekkiego biurka z orzechowego drewna stały trzy krzesła dla petentów, również o tym samym odcieniu. Cztery wypełnione aktami szafy stanowiły niewątpliwy komplet z pozostałymi meblami, wszystko w nowoczesnym stylu art déco. Pastelowe, żółte ściany uzupełniał dywan w zbliżonym odcieniu, a obowiązkowe lampy i kinkiety posiadały złote podstawy oraz okucia. Za biurkiem na masywnym skórzanym fotelu siedział niezwykle drobny mężczyzna. Od razu dało się zauważyć, że cierpi na niskorosłość. Pociągła pięćdziesięcioletnia twarz przykuwała uwagę dużymi szarymi oczami, a liczne bruzdy mimiczne i mocna szczęka sugerowały twardy charakter. Starannie przystrzyżone ciemne włosy, modna niewielka bródka i elegancki granatowy garnitur wskazywały na bardziej niż powierzchowną znajomość europejskiej mody i przede wszystkim dobry gust.
Mężczyzna nawet najmniejszym grymasem nie okazał, że razi go smród, otaczający więźnia niczym kokon. Wskazał jedno z krzeseł.
- Niech pan spocznie. Mamy przed sobą dłuższą rozmowę.
Jerzy rozsiadł się wygodnie i założył nogę na nogę. Doskonale wiedział, co będzie dalej. Mimo wszystko miło było choć przez chwilę odpocząć. Naczelnik zmierzył go wzrokiem i powiedział:
- Jerzy Kowalski, kapitan Wojska Polskiego, obecnie w stanie rezerwy. Ostatni zawód: prywatny detektyw. Został pan skazany przez sąd wojskowy na trzy lata twierdzy, zamienionej później na przymusową farmę. Jednocześnie nie utracił pan przywilejów oficerskich, co zazwyczaj następuje przy wyroku kryminalnym. Może mi pan wyjaśnić, jak to się stało?
- Mój występek został uznany za sprawę honorową. W tym przypadku skazany zachowuje zarówno swój stopień oficerski, jak i otrzymane wcześniej odznaczenia - wyrecytował Jerzy monotonnie. Nie był to pierwszy raz, gdy składał wyjaśnienia w tej sprawie. - Niestety, o charakterze przestępstwa nie mogę nic więcej powiedzieć. Po szczegóły musi pan zgłosić się bezpośrednio do sądu wojskowego.
- Obaj doskonale wiemy, że nic od nich nie uzyskam. - Naczelnik badawczo wpatrywał się w Jerzego. - Trudno, pozostaje mi pogodzić się z tym, że nie zaspokoję ciekawości. W takim razie przejdźmy dalej.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę kartkował akta. Mimo stosunkowo krótkiego pobytu więźnia w rządowych ośrodkach pracy przymusowej zdawały się bardzo opasłe. Nic dziwnego, detektyw był tyle razy przenoszony, że wszystkie te miejsca zdawały mu się jednym nieprzemijającym koszmarem.
- Z zasądzonych trzech lat odbył pan czternaście miesięcy kary. W tym czasie przebywał pan w siedmiu farmach, nasza jest ósma. Niezwykła rotacja, muszę przyznać.
- Uznałbym zdziwienie za szczere, gdyby nie fakt, że to zapewne właśnie pan w trybie pilnym ściągnął mnie z pięćsetdwudziestki. - Jerzy jak zawsze miał pewne kłopoty z trzymaniem języka na wodzy. - Mogę więc przypuszczać, że doskonale zna pan powody tak częstych zmian miejsca pobytu.
- Faktycznie, nie było łatwo pana tutaj sprowadzić. Musiałem wykorzystać wiele przysług. - Naczelnik uśmiechnął się zimno i spojrzał na Jerzego niczym wilk na łanię. - Jednak pańska reputacja zrobiła na mnie wrażenie. Sześć rozwiązanych spraw. Sześć wykrytych przestępstw. Kilkunastu schwytanych złoczyńców. Reputacja pana wyprzedza.
- Siedem.
- Słucham?
- Siedem rozwiązanych spraw. Uprzejmie proszę przekazać naczelnikowi Rosteckiemu, że za przemyt skażonego alkoholu odpowiadają starszy strażnik Nowicki, strażnik Jakubiak oraz dwóch więźniów, Bondarenko i Zagrodny. Proszę też dodać, że to właśnie Nowicki tuszował zgony więźniów.
- Imponujące. Nie dziwota, że jest pan wręcz rozchwytywany - odparł z uznaniem zarządca zakładu karnego. - Spodziewam się, że tutaj poradzi pan sobie równie sprawnie.
- Nie mogę się już doczekać nowej przygody - stwierdził detektyw. - Może przejdziemy do rzeczy? Szkoda czasu na czczą gadaninę.
- Jeśli tak się panu spieszy do przerzucania gnoju, to nie będę pana zatrzymywać. W końcu, jak mówi przysłowie, żadna praca nie hańbi.
Jerzy ze znużeniem spojrzał na niewielkiego funkcjonariusza. W każdym więzieniu proces przebiegał podobnie: najpierw próba sił, potem zastraszanie, a na koniec niechętna współpraca. Miał już tego dosyć. Farmy zlewały mu się w jedno, a konieczność poznawania po raz kolejny dozorców i współwięźniów zdawała się wysiłkiem ponad miarę. Z racji nieoficjalnych zleceń od naczelników ośrodków dla każdego stawał się pariasem. Strażnicy wprawdzie nie wiedzieli, na ile mogą sobie pozwolić, jednak uprzykrzali Jerzemu życie przy każdej sposobności. Skazani w najlepszym wypadku mu nie ufali, a w najgorszym musiał jeszcze uważać na zagrożenia z ich strony. Zawieszenie pomiędzy statusem więźnia a zaufanym człowiekiem naczelnika było potwornie męczące i wyniszczające. W ciągu roku schudł blisko dziesięć kilo, za to przybyło mu kolejnych przedwczesnych siwych włosów. Jedynym plusem była zdecydowanie lepsza tężyzna fizyczna, rezultat harówki na polach przymusowych farm czy w zakładach przemysłowych. Wprawdzie przepracowywał jedynie połowę wymaganych godzin, resztę czasu poświęcając na żmudne śledztwa, to jednak przynajmniej zbliżył się do starej, dobrej formy. Westchnął w duchu, wspominając, jak w dawnych czasach wiecznie obiecywał sobie powrót do ćwiczeń i za każdym razem nic z tego nie wychodziło. Tym razem los pomógł w spełnieniu zaległych przysiąg. Szkoda tylko, że aż tak złośliwie.
- Panie naczelniku, kultura nakazuje, aby przynajmniej podał pan swoje nazwisko.
- Zazwyczaj nie spoufalam się z więźniami, ale niech będzie. Nazywam się Cezary Pałącki.
- Panie naczelniku Pałącki, było mi bardzo miło pana poznać, jednak nie skorzystam z możliwości współpracy. Zasadniczo odpowiada mi towarzystwo czworonożnych przyjaciół czy, jak to powiedział Franciszek z Asyżu, naszych braci i sióstr. - Jerzy postanowił popisać się erudycją. - Mogę się już odmeldować?
- A więc tak pan chce to rozegrać? - Naczelnik spoglądał na detektywa z ciekawością entomologa ślęczącego nad nowym okazem owada. - Wydaje się panu, że może prowadzić dyskusję z pozycji siły? Chyba nie docenia pan środków, jakich mogę użyć, żeby zapewnić sobie posłuszeństwo.
- Z niewolnika nie ma pracownika - sentencjonalnie odparł były detektyw. - Zwłaszcza Innego, który dodatkowo jest doświadczony w prowadzeniu śledztw.
- Czyli zostaje marchewka. No dobrze. Czego pan oczekuje?
- Po pierwsze, wolnej ręki w prowadzeniu sprawy. Nie chcę, żeby ktokolwiek ze strażników przeszkadzał mi w dochodzeniu. Oznacza to, że muszę mieć do pana dostęp w każdej chwili, a oni muszą o tym wiedzieć.
- To jest zrozumiałe. Co jeszcze?
- Potrzebuję osobnego pokoju, takiego, gdzie będę mógł trzymać notatki i bez problemu spędzać czas w łóżku, także w godzinach pracy.
- Mam nadzieję, że w celu tego waszego przemierzania świata eterycznego, a nie smacznej drzemki? - stwierdził Pałącki kąśliwie.
- Po trzecie, pracuję fizycznie co drugi dzień, zawsze na innym obiekcie, z innymi ludźmi. - Jerzy zignorował docinki.
- Rozumiem. Chce pan lepiej poznać otoczenie, zapewne nie tylko więźniów, ale i strażników. Zaczynam rozumieć, dlaczego jest pan tak skuteczny.
- Po czwarte, ostatnie i najważniejsze. - Jerzy nieustępliwie spojrzał w oczy rozmówcy. - Po wszystkim da mi pan miesiąc lekkich prac, jakaś rachunkowość czy coś podobnego, i pozwoli zatrzymać osobny pokój. Dopiero potem zgodzi się pan na kolejne przeniesienie. To byłoby już wszystko.
- Spora ta pana marchewka... - westchnął naczelnik. - Trudno, niech będzie. Jednak jeśli mnie pan zawiedzie, nieistotne, czy z winy okoliczności, czy też własnej nieudolności, obiecuję naprawdę wyrafinowaną zemstę. Dziś jeszcze wróci pan do pracy, a od jutra zacznie śledztwo.
- Doskonale. Skoro się dogadaliśmy, to proszę o nieco szczegółów. Na początek: czym mam się zająć?
- Ta sprawa może pana zainteresować bardziej, niż pan sądzi. - Pałącki uśmiechnął się zagadkowo. - Z całą pewnością będzie bardziej odmienna od zatruć lewym bimbrem.
- Zamieniam się w słuch.
- Tydzień temu na terenie zakładu, a dokładniej: obok rzeźni, strażnicy odnaleźli ciało mężczyzny.
- Chyba nie ma w tym nic niezwykłego? Z doświadczenia wiem, że takie rzeczy wciąż się przytrafiają na farmach.
Denat był całkowicie nagi, jednak nie to sprawiło, że potrzebujemy pomocy. - Tym razem naczelnik zignorował wtrącenie. - Mimo gruntownego śledztwa nadal nie wiemy, kim jest ani jak się dostał na nasz teren. Zwłaszcza bez ubrania, do tego w zimie. Nie mamy też pojęcia, jak udało się go zastrzelić bez wszczęcia alarmu. To tyle na początek, o reszcie porozmawiamy po oględzinach zwłok.