Trylogia Ciągu:. Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo - William Gibson

Kup ebooka

59.00 zł
50.15 zł (48,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

5

Zespół medyczny, który zatrudniła Molly, zajmował dwa piętra anonimowego bloku w pobliżu starego centrum Baltimore. Budynek zbudowano systemem modułowym, jak powiększoną do ogromnych wymiarów wersję Taniego Hotelu, w której każda skrzynia ma czterdzieści metrów długości. Case spotkał Molly, gdy wychodziła zza drzwi z ozdobnym napisem GERALD CHIN, DENTYSTA. Utykała.

- Powiedział, że jeśli w coś kopnę, noga mi odpadnie.

- Spotkałem jednego z twoich kumpli - poinformował. - Moderna.

- Tak? Którego?

- Lupusa Yonderboya. Przekazał wiadomość. - Podał jej papierową serwetkę, na której grubym mazakiem wykaligrafował WINTERMUTE. - Powiedział...

Wtedy uniosła dłoń w migu milczenia.

- Zapraszam cię na kraby - oznajmiła.

* * *

Po lunchu w Baltimore, gdzie Molly z irytującą łatwością poradziła sobie z krabem, złapali metro do Nowego Jorku. Case nauczył się, że nie należy zadawać pytań. Jedyną odpowiedzią był znak milczenia. Noga chyba jej dokuczała, więc nie odzywała się prawie wcale.

Chuda czarna dziewczynka z wplecionymi we włosy drewnianymi paciorkami i antycznymi opornikami otworzyła drzwi lokalu Finna i poprowadziła ich tunelem wśród śmieci. Case uznał, że podczas ich nieobecności stosy złomu urosły odrobinę. Czy może raczej uległy subtelnej przemianie, wygotowały się pod naporem czasu, niewidzialne płatki osiadły bezgłośnie, tworząc mierzwę, krystaliczną esencję odrzuconej technologii, kwitnącą w sekrecie na wysypiskach Ciągu.

Za wojskowym kocem, przy białym stole czekał Finn.

Molly zaczęła gestykulować, wyjęła strzęp papieru, napisała coś i podała Finnowi. Wziął go w dwa palce wyciągniętej ręki, jakby w obawie, że może wybuchnąć. Zrobił znak, którego Case nie znał, a który wyrażał kombinację zniecierpliwienia i ponurej rezygnacji. Wstał i strzepnął okruchy z tweedowej marynarki. Na stole stał słój marynowanych śledzi, a obok oopielniczki pełnej niedopałków partagasów leżało rozerwane plastikowe opakowanie sucharów.

- Czekajcie - polecił i wyszedł.

Molly usiadła na jego miejscu, ze wskazującego palca wysunęła ostrze i przebiła szarawe dzwonko śledzia. Case spacerował bez celu, przy każdym okrążeniu muskając palcami czujniki.

Po dziesięciu minutach wrócił Finn, ukazując w szerokim uśmiechu żółte zęby. Kiwnął głową, uniósł zwycięsko kciuk, po czym skinął na Case'a, by pomógł mu z płytą drzwi. Gdy Case wygładzał rzepy uchwytów, Finn wyjął z kieszeni małą płaską konsolę i wystukał długi ciąg znaków.

- Skarbie - zwrócił się do Molly, odkładając konsolę na bok. - Trafiłaś. Poważnie. Czuję to. Możesz powiedzieć, skąd to masz?

- Yonderboy - odparła Molly, odsuwając śledzie i suchary. - A na boku dogadałam się z Larrym.

- Chytrze - pochwalił Finn. - To SI.

- Moglibyście trochę wolniej? - poprosił Case.

- Berno. - Finn zignorował tę uwagę. - Berno. Ma warunkowe obywatelstwo szwajcarskie, zgodnie z ich odpowiednikiem Ustawy z pięćdziesiątego trzeciego. Zbudowana dla Tessier-Ashpool S.A. Są właścicielami mainframe'u i źródłowego software'u.

- Co jest w Bernie? - Case stanął między nimi.

- Wintermute to kod rozpoznawczy SI. Mam numer z Rejestru Turinga. Sztuczna inteligencja.

- Wszystko świetnie - stwierdziła Molly. - Ale dokąd to nas prowadzi?

- Jeśli Yonderboy ma rację - oświadczył Finn - ta SI stoi za Armitage'em.

- Zapłaciłam Larry'emu, żeby Moderni poniuchali koło Armitage'a - wyjaśniła Case'owi Molly. - Dysponują bardzo dziwnymi kanałami informacyjnymi. Umowa była taka, że dostaną forsę, jeśli odpowiedzą na jedno pytanie: kto prowadzi Armitage'a?

- I sądzisz, że to ta SI? One nie mają autonomii. To na pewno korporacja macierzysta, ten Tessle...

- Tessier-Ashpool S.A. - poprawił Finn. - Mogę opowiedzieć o nich ciekawą historię. Chcecie posłuchać?

Usiadł i zgarbił się lekko.

- Finn uwielbia opowiadać - zauważyła Molly.

- Tej historii nikt jeszcze nie słyszał - zaczął Finn.

* * *

Finn był paserem, handlarzem kradzionych towarów, przede wszystkim software'u. W ramach interesów kontaktował się czasem z innymi paserami, z których część pracowała w bardziej tradycyjnych dziedzinach. Handlowali szlachetnymi metalami, znaczkami, rzadkimi monetami, klejnotami, biżuterią, futrami, obrazami i dziełami sztuki. Historia, którą opowiedział Molly i Case'owi, zaczynała się od opowieści innego człowieka, mężczyzny, którego nazywał Smithem.

Smith także był paserem, ale w lepszych okresach działał legalnie jako sprzedawca dzieł sztuki. Był pierwszą znaną Finnowi osobą, która "poszła w krzem" - to określenie wydało się Case'owi dość staroświeckie. Kupował mikrosofty z programami o historii sztuki i cennikami galerii. Z sześcioma chipami w nowym gnieździe Smith dysponował budzącą podziw wiedzą - w porównaniu do swych znajomych. Mimo to przyszedł do Finna z prośbą o pomoc - przyjacielską prośbą, jak jeden człowiek interesu do drugiego. Szukał wejścia do danych klanu Tessier-Ashpool, wyjaśnił, i to wejścia zrealizowanego w sposób wykluczający prześledzenie trasy do źródła. To możliwe, zaopiniował Finn, ale za niezbędne uznał pewne wyjaśnienia.

- To śmierdziało - mówił Case'owi. - Śmierdziało forsą. A Smith był ostrożny. Niemal zbyt ostrożny.

Smith, jak się okazało, miał dostawcę znanego jako Jimmy. Ów Jimmy, włamywacz i nie tylko, wrócił właśnie po roku na wysokiej orbicie i przewiózł na dno studni grawitacyjnej pewne przedmioty. Najbardziej niezwykłym obiektem, jaki zdobył w swojej wędrówce po archipelagu, była głowa, misternie wykonane popiersie z emaliowanej platyny, wysadzane perłami i lazurytem. Smith westchnął, schował kieszonkowy mikroskop i poradził, by rzeźbę przetopić. Była współczesna, nie antyczna, zatem bez wartości dla kolekcjonerów. Jimmy się roześmiał. Popiersie jest terminalem komputerowym, wyjaśnił. Potrafi mówić. I to nie syntegłosem, ale dzięki wspaniałemu układowi zaworów i miniaturowych organowych piszczałek. Ktokolwiek skonstruował tę zabawkę, musiał wielbić barok i mieć skłonności do perwersji, gdyż syntegłosowe chipy są tanie jak barszcz. Kuriozum. Smith podłączył głowę do komputera i słuchał, jak melodyjny, nieludzki głos recytuje liczby zeszłorocznych stawek podatkowych.

Wśród jego klientów był pewien tokijski miliarder, którego namiętność do mechanicznych automatów graniczyła z fetyszyzmem. Smith wzruszył więc ramionami i podniósł otwarte dłonie w geście tak starym, jak sam handel. Spróbuje, obiecał, ale wątpi, czy dużo wytarguje.

Gdy Jimmy wyszedł, pozostawiając głowę, Smith zbadał ją uważnie. Wykrył pewne znaki szczególne. W końcu dotarł do śladów niezwykłej współpracy dwóch rzemieślników z Zurychu, specjalisty od emalii z Paryża, holenderskiego jubilera i projektanta układów scalonych z Kalifornii. Wykrył, że przedmiot został wykonany na zamówienie Tessier-Ashpool S.A.

Nawiązał wstępny kontakt z tokijskim kolekcjonerem, wspominając, że jest na tropie czegoś godnego uwagi.

A potem złożono mu wizytę. Niezapowiedziany gość przeszedł przez labirynt zabezpieczeń, jakby wcale nie istniał. Niski mężczyzna, Japończyk, niezwykle uprzejmy, prezentujący wszystkie cechy hodowlanego mordercy ninja. Smith patrzył nieruchomo w brązowe oczy śmierci siedzącej naprzeciw, za stolikiem z wietnamskiego palisandru. Delikatnie, niemal przepraszająco, klonowany zabójca oświadczył, że jego obowiązkiem jest znaleźć i odzyskać pewne dzieło sztuki, niezwykle piękny mechanizm, który zabrano z domu jego pana. Doszło do jego wiadomości, mówił ninja, że Smith może znać miejsce ukrycia tego obiektu.

Smith zapewnił, że nie chce umierać, i przyniósł głowę. Jakiego zysku, spytał ninja, spodziewał się pan ze sprzedaży tego przedmiotu? Smith wymienił sumę o wiele niższą od ceny, jaką zamierzał wyznaczyć. Ninja wyjął chip kredytowy i przelał odpowiednią kwotę z numerowanego szwajcarskiego konta. Któż to, pytał dalej, dostarczył panu ten przedmiot? Smith powiedział. Po kilku dniach dowiedział się o śmierci Jimmy'ego.

- Wtedy ja pojawiłem się na scenie - mówił dalej Finn. - Smith wiedział, że prowadzę interesy z ludźmi z Memory Lane, a tam właśnie załatwia się dyskretne wejścia, których źródeł nie można wykryć. Wynająłem kowboja. Wziąłem procent jako pośrednik. Smith był ostrożny. Przeżył właśnie coś bardzo dziwnego i wyszedł z tego cały, ale nic tu nie pasowało. Kto płacił z tego szwajcarskiego skarbca? Yakuza? Niemożliwe. Mają bardzo sztywny kodeks, obejmujący takie sytuacje: zabijają też odbiorcę. Zawsze. Jakaś afera wywiadu? Smith nie przypuszczał. Szpiegowskie interesy mają pewną aurę, którą nietrudno wyczuć. No więc kazałem mojemu kowbojowi przelecieć stare informacje prasowe i znaleźliśmy Tessier-Ashpool w dziale sądowym. Sprawa była nieistotna, ale mieliśmy już firmę prawniczą. Potem on załatwił lód tych adwokatów i dotarliśmy do adresu rodziny. Dużo nam z tego przyszło.

Case uniósł brew.

- Freeside - wyjaśnił Finn. - Wrzeciono. Wyszło na to, że prawie w całości należy do nich. Interesujący był obraz, jaki otrzymał mój kowboj, kiedy przeprowadził systematyczny przegląd wiadomości prasowych i wykonał kompilację. Organizacja rodzinna. Struktura korporacji. Teoretycznie możesz się wkupić do każdej spółki akcyjnej, ale od ponad stu lat ani jedna akcja Tessier-Ashpool nie pojawiła się na otwartym rynku. O ile wiem, na żadnym rynku. Taka bardzo spokojna, bardzo ekscentryczna rodzina, z pierwszej generacji wrzeciona. Rządzona jak korporacja. Z wielką forsą. Unikają prasy. Częste klonowania. Orbitalne prawa nie są tak twarde, jeśli chodzi o inżynierię genetyczną. I trudno stwierdzić, które pokolenie, czy kombinacja pokoleń, kieruje całym przedstawieniem w konkretnym momencie.

- A to dlaczego? - zdziwiła się Molly.

- Mają własne zestawy kriogeniczne. Prawo, nawet orbitalne, stanowi, że człowiek w stanie zamrożenia jest formalnie martwy. Wygląda na to, że się wymieniają, chociaż od trzydziestu lat nikt nie oglądał ojca-założyciela. Matka-założycielka zginęła w jakimś wypadku w laboratorium...

- I co się stało z twoim paserem?

- Nic. - Finn zmarszczył czoło. - Zostawił tę sprawę. Spojrzeliśmy tylko w tę fantastyczną plątaninę zależności T-A i to wszystko. Jimmy musiał jakoś dotrzeć do Straylight i zwinąć głowę, a Tessier-Ashpoolowie posłali po nią ninja. Smith postanowił o wszystkim zapomnieć. Może był sprytny. - Spojrzał na Molly. - Villa Straylight. Czubek wrzeciona. Teren ściśle prywatny.

- Sądzisz, że są właścicielami tego ninja?

- Smith tak uważał.

- Spore koszty - mruknęła. - Ciekawe, co się stało z tym małym ninja. Jak myślisz, Finn?

- Pewnie trzymają go w lodzie. I rozmrażają w razie potrzeby.

- No dobra - wtrącił Case. - Wiemy, że Armitage dostaje zlecenia od SI zwanej Wintermute. Do jakich wniosków to prowadzi?

- Na razie do żadnych - stwierdziła Molly. - Ale mam dla ciebie pewną robótkę na boku.

Podała mu złożony skrawek papieru. Rozwinął. Współrzędne sieci i kody wejściowe.

- Czyje to?

- Armitage'a. Jakaś jego baza danych. Kupiłam od Modernów. Osobna umowa. Gdzie to?

- W Londynie - oświadczył Case.

- Włam się - rzuciła ze śmiechem. - Przynajmniej raz spróbuj zarobić na utrzymanie.

* * *

Case stał na zatłoczonym peronie, czekając na pociąg trans-OMBA. Pił od chwili rozstania z Molly, która pewnie już od kilku godzin była na poddaszu z konstruktem Płaszczaka w zielonej torbie.

Nie dawała mu spokoju myśl o Płaszczaku jako konstrukcie, kasecie ROM-u odtwarzającej umiejętności zmarłego, jego obsesje i odruchy... Pociąg nadjechał, dudniąc na czarnej ścieżce indukcyjnej, a drobny pył posypał się ze szczelin w stropie tunelu. Case poczłapał do najbliższych drzwi. W drodze obserwował pasażerów. Para drapieżnych Chrześcijańskich Uczonych przesuwała się w stronę trójki młodych techniczek biurowych, noszących na rękach stylizowane hologramy waginy; różowa wilgoć migotała w ostrych światłach lamp. Techniczki oblizywały nerwowo doskonałe w kształcie wargi i spod metalizowanych powiek spoglądały na Chrześcijańskich Uczonych. Dziewczęta przypominały smukłe, egzotyczne zwierzęta. Kołysały się nieświadomie i z gracją w takt ruchu pociągu, a ich wysokie obcasy były jak gładkie kopytka na szarej podłodze wagonu. Zanim wpadły w panikę i rzuciły się do ucieczki przed misjonarzami, pociąg stanął na przystanku Case'a.

Wysiadł. Natychmiast zauważył hologram białego cygara, zawieszony przy ścianie stacji, z napisem FREESIDE pulsującym zdeformowanymi literami, stylizowanymi na japońskie piktogramy. Przecisnął się przez tłum i stanął, by obejrzeć obraz dokładnie. NA CO CZEKASZ? - mrugał plakat. Tępe, białe wrzeciono, nabijane kratownicami, promiennikami, dokami i kopułami. Tysiące razy widział już tę reklamę i inne, podobne. Ze swojego deku potrafił sięgnąć do danych Freeside równie łatwo, jak do Atlanty. Podróż to sprawa dla mięsa. Teraz jednak dostrzegł niewielki znaczek rozmiaru drobnej monety, wpleciony w świetlną sieć ogłoszenia: T-A.

Szedł w stronę pokoju na poddaszu i wspominał Płaszczaka. Większą część dziewiętnastego roku życia spędził w "Eleganckiej Porażce", siedząc nad drogim piwem i obserwując kowbojów. Nigdy nawet nie dotknął deku, ale już wtedy wiedział, czego chce. Tego lata co najmniej dwudziestu takich jak on odwiedzało "Porażkę", każdy z nich zdecydowany pracować jako pajac dla jakiegoś kowboja. Nie istniał inny sposób nauki.

Wszyscy słyszeli o Pauleyu, hałaśliwym dżokeju z przedmieść Atlanty, który przeżył śmierć kliniczną za czarnym lodem. Plotka - nieśmiała, uliczna, jedyna, która krążyła - nie mówiła o nim wiele. Tyle że dokonał niemożliwego.

- Wielka sprawa - poinformował Case'a inny przyszły kowboj, za cenę piwa. - Ale kto wie, jaka dokładnie? Słyszałem, że to sieć wypłat Brazylii. W każdym razie był trupem, martwym i zimnym.

Case spojrzał przez bar na tęgiego mężczyznę w koszulce, o skórze w odcieniu ołowiu.

- Mały - powiedział mu Płaszczak kilka miesięcy później, w Miami. - Jestem całkiem jak te pieprzone, wielkie jaszczurki, wiesz? Mają po dwa cholerne mózgi, jeden w głowie, jeden nad ogonem. Rusza tylnymi łapami. Walnąłem ten czarny towar, a ogonowy mózg trzymał mnie w ruchu.

Kowbojska elita w "Porażce" unikała Pauleya z powodu jakiejś niezwykłej, grupowej fobii, graniczącej z zabobonem. McCoy Pauley, Łazarz cyberprzestrzeni...

I w końcu załatwiło go serce. Rosyjskie serce z demobilu, wszczepione podczas wojny w obozie jenieckim. Nie chciał go wymienić. Twierdził, że potrzebuje mocnych uderzeń, by zachować poczucie czasu.

Idąc po schodach, Case ściskał palcami strzępek papieru od Molly.

Molly pochrapywała na gąbce. Przezroczysta skorupa obejmowała jej nogę od kolana, sięgając kilka milimetrów poniżej pachwiny. Skórę pod sztywnym, mikroporowym gipsem znaczyły plamy stłuczeń, zmieniające kolor z czarnego na brzydki żółty. Osiem plastrów różnych barw i rozmiarów biegło w równej linii wokół lewego nadgarstka. Obok leżał transdermalny zestaw Akai, a cienkie czerwone przewody sięgały do trod wejściowych pod gipsem.

Case włączył tensor obok Hosaki. Krążek ostrego światła padł wprost na konstrukt Płaszczaka. Wsunął trochę lodu, wcisnął kasetę i podłączył się.

Wrażenie było dokładnie takie, jakby ktoś czytał mu przez ramię.

Odchrząknął.

- Dix? McCoy? To ty, chłopie? - Słowa z trudem przechodziły przez ściśnięte gardło.

- Cześć, brachu - odpowiedział bezkierunkowy głos.

- To ja, Case. Pamiętasz?

- Miami, pajac, szybki kurs.

- Dix, jaka jest ostatnia rzecz, jaką sobie przypominasz, zanim się do ciebie odezwałem?

- Nic.

- Zaczekaj.

Odłączył konstrukt. Wrażenie obecności zniknęło. Podłączył z powrotem.

- Dix? Kim ja jestem?

- Zagiąłeś mnie, synu. Kim ty jesteś, do cholery?

- Ca... twój kumpel. Partner. Co się z tobą dzieje?

- Dobre pytanie.

- Pamiętasz, że tu byłeś? Parę sekund temu?

- Nie.

- Wiesz, jak działa matryca osobowości w ROM-ie?

- Pewno, brachu. To przecież firmware'owy konstrukt.

- Włączam go w bank, z którego korzystam, i w ten sposób zapewniam sekwencyjną pamięć w czasie rzeczywistym?

- Chyba tak.

- Dobra, Dix. Ty jesteś konstruktem ROM-u. Kapujesz?

- Jeśli tak mówisz - odparł konstrukt. - Kim jesteś?

- Case.

- Miami - rzekł głos. - Pajac, szybki kurs.

- Zgadza się. A na początek, Dix, ty i ja przelecimy do sieci Londynu i złapiemy dostęp do paru danych. Wchodzisz w to?

- Chcesz mi powiedzieć, mały, że mam jakiś wybór?

 

1 Sprawna broń

W New Delhi wypuścili na trop Turnera psa-tarana. Nastroili na jego feromony i kolor włosów. Dogonił go na ulicy zwanej Chandni Chauk i przez las gołych brązowych nóg i opon rikszy ruszył biegiem do wynajętego bmw. W rdzeniu miał kilogram rekrystalizowanego heksogenu w powłoce TNT.

Turner nie zauważył, że się zbliża. Jego ostatnim obrazem Indii była otynkowana na różowo fasada hotelu o nazwie Khush-Oil.

Miał dobrego agenta, zatem miał również dobry kontrakt. A że miał dobry kontrakt, w godzinę po wybuchu znalazł się w Singapurze. Przynajmniej jego większa część. Holenderski chirurg lubił sobie żartować, jak to pewien nieokreślony procent Turnera nie wydostał się z Palam International tym pierwszym lotem i musiał spędzić noc w magazynie, w pojemniku biomedycznym.

Holender i jego zespół poświęcili trzy miesiące, żeby poskładać Turnera do kupy. Wyklonowali metr kwadratowy skóry: wyhodowali ją na blokach kolagenu i polisacharydach z chrząstek rekina. Oczy i genitalia kupili na wolnym rynku. Oczy były zielone.

Większą część tych trzech miesięcy spędził w generowanym z ROM-u symstymowym konstrukcie wyidealizowanego dzieciństwa w zeszłowiecznej Nowej Anglii. Wizyty Holendra były snami szarego przedświtu, koszmarami niknącymi, gdy niebo rozjaśniało się za oknem jego sypialni na piętrze. Późno w noc pachniały lilie. Czytał Conan Doyle'a przy świetle sześćdziesięciowatowej żarówki ukrytej za pergaminowym abażurem w klipry. Masturbował się w zapachu czystej pościeli i myślał o dziewczynach ze szkoły. Holender otwierał tylne drzwiczki umysłu i wchodził, by zadawać pytania; ale rankiem matka wołała na śniadanie, na owsiankę, jajka na bekonie, kawę z mlekiem i cukrem.

Aż pewnego ranka obudził się w obcym łóżku; Holender stał przy oknie, z którego wlewały się do wnętrza tropikalna zieleń i raniący oczy blask słońca.

- Możesz już wracać do domu, Turner. Skończyliśmy z tobą. Jesteś jak nowy.

* * *

Był jak nowy... To znaczy jaki? Nie wiedział. Wziął wszystko, co przekazał mu Holender, i odleciał z Singapuru. Domem było następne lotnisko: Hyatt.

I następne. I jeszcze jedno.

Leciał wciąż dalej. Jego chip kredytowy był prostokątem czarnego lustra ze złotą krawędzią. Gdy go pokazywał, ludzie za kontuarami uśmiechali się i kiwali głowami. Drzwi otwierały się i zamykały. Koła odrywały się od żelbetu, pojawiały się drinki, podawano obiad.

Na Heathrow z białej kopuły nieba nad lotniskiem oderwał się wielki kawał pamięci i runął prosto na niego. Nie zatrzymując się, Turner zwymiotował do niebieskiego plastikowego pojemnika. Kiedy dotarł do lady na końcu korytarza, wymienił swój bilet.

Poleciał do Meksyku.

* * *

I przebudził się wśród brzęku blaszanych wiader na kafelkach, wilgotnego szelestu szczotek, obok ciepłego ciała przytulonej kobiety.

Pokój był wysoko sklepioną jaskinią. Nagi biały tynk zbyt wyraźnie odbijał dźwięki; gdzieś poza hałasami pokojówek na porannym dziedzińcu rozbrzmiewały głuche uderzenia fal przyboju. Zgnieciona w dłoni pościel była szorstkim płótnem zmiękczonym niezliczonymi praniami.

Pamiętał słońce wpadające przez szeroką przestrzeń opalizującej szyby, lotniskowy bar, Puerto Vallarta. Musiał przejść z samolotu dwadzieścia metrów; mocno zaciskał powieki w obronie przed słońcem. Zapamiętał martwego nietoperza, rozprasowanego jak zeschły liść na betonie pasa.

Pamiętał jazdę autobusem, górską drogę, smród spalin, brzegi przedniej szyby zaklejone pocztówkowymi hologramami niebieskich i różowych świętych. Ignorował górską scenerię, poświęcając całą uwagę kuli różowego lucytu i nierównemu tańcowi rtęci w jej wnętrzu. Nieco większa od baseballowej piłki gałka tkwiła na zgiętym stalowym pręcie dźwigni zmiany biegów. Została odlana wokół przyczajonego pająka wydmuchanego z czystego szkła i w połowie wypełnionego rtęcią. Rtęć chlapała i kołysała się, kiedy szofer pędził swym autobusem po serpentynach, drżała i falowała na prostych. Gałka była śmieszna, ręcznie robiona, złowieszcza: tkwiła tam, by powitać go znowu w Meksyku.

Jeden z klikunastu mikrosoftów, jakie dostał od Holendra, dawał ograniczoną znajomość hiszpańskiego. Ale w Vallarta sięgnął za lewe ucho i wsunął w gniazdo zatyczkę, kryjąc ją pod kwadratem cielistego mikroporowego plastra. Pasażer w tyle autobusu miał radio. Rytmiczny pop przerywał okresowo głos spikera recytującego jak litanię ciągi dziesięciocyfrowych liczb: dzisiejsze wygrane w loterii państwowej.

Kobieta obok niego poruszyła się we śnie.

Podparł się na łokciu i przyjrzał się jej. Obca twarz, ale nie taka, jakiej życie w hotelach nauczyło go oczekiwać. Spodziewał się raczej rutynowej piękności, płodu taniej chirurgii plastycznej i nieustępliwego darwinizmu mody, archetypu wypieczonego z twarzy gwiazd ostatnich pięciu lat.

W zarysie szczęki miała coś ze środkowego Zachodu, archaicznego i amerykańskiego. Niebieska pościel zwijała jej się wokół bioder, padające przez drewniane okiennice promienie słońca pokrywały długie uda ukośnymi pasami złota. Twarze, przy których budził się w hotelach całego świata, przypominały ozdoby na masce wozu samego Boga... Śpiące twarze kobiet, identyczne i samotne, nagie, zwrócone wprost w pustkę. Ale ta była inna. Już teraz wiązało się z nią jakieś znaczenie. Znaczenie i imię.

Usiadł, zsuwając nogi z łóżka. Podeszwy stóp wyczuły na zimnych kafelkach szorstkość morskiego piasku. W powietrzu unosił się lekki, przenikliwy zapach środka owadobójczego. Wstał nagi, z pulsującą głową. Zmusił nogi do ruchu. Sprawdził pierwsze z dwojga drzwi, znalazł białe kafelki, biały tynk, pękate, chromowane sitko prysznica na poznaczonej rdzą żelaznej rurze. Oba krany uwalniały identyczny strumyczek letniej wody. Obok plastikowej szklanki leżał antyczny zegarek: mechaniczny rolex na pasku z jasnej skóry.

W zakrytych okiennicami oknach łazienki nie było szyb, jedynie napięta siateczka z zielonego nylonu. Wyjrzał między drewnianymi listwami, mrużąc oczy przed gorącym, czystym słońcem. Zobaczył wyschniętą fontannę wyłożoną kwiecistymi kafelkami i rdzewiejące zwłoki volkswagena rabbita.

Allison. Tak miała na imię.

* * *

Włożyła wystrzępione oliwkowe szorty i jedną z jego białych koszulek; nakręcany rolex ze zmętniałą stalową kopertą trafił na lewy przegub. Poszli na spacer wzdłuż łuku plaży, w stronę Barre de Navidad. Trzymali się wąskiego pasa twardego mokrego piasku powyżej linii fal.

Mieli już wspólną historię: pamiętał ją rankiem przy straganie pod żelaznym dachem małego miasteczkowego mercado, jak oburącz trzymała wielki gliniany kubek wrzącej kawy. Wymazując tortillą jajka z salsą z popękanego białego talerza, obserwował muchy krążące w smugach światła docierających przez łaty palmowych liści i skorodowane płyty. Chwilę rozmowy o jej pracy w jakiejś firmie prawniczej w Los Angeles, gdzie mieszkała sama w którymś ze skleconych na pontonach miasteczek zacumowanych niedaleko Redondo. Powiedział jej, że jest specjalistą doboru personelu. W końcu naprawdę zajmował się personelem.

- Może szukam jakiejś innej pracy...

Ale rozmowa wydawała się wtórna wobec tego, co istniało między nimi. Fregata zawisła im nad głowami, przez chwilę walczyła z wiatrem, ześliznęła się w bok, zawróciła i odleciała. Oboje zadrżeli, widząc cudowną swobodę ptaka, jego bezmyślne szybowanie. Ścisnął jej dłoń.

Niebieska sylwetka wyrosła naprzeciw, zbliżając się plażą: żandarm maszerował do miasta. Wyglansowane czarne wysokie buty na miękkim białym piasku wydawały się nierzeczywiste. Kiedy ich mijał, z twarzą smagłą i nieruchomą za lustrzanymi okularami, Turner zauważył karabinowego formatu laser Steiner-Optic z celownikiem Fabrique Nationale. Niebieski kombinezon był idealnie czysty, nogawki z kantami jak noże.

Przez większą część swego dorosłego życia Turner sam był żołnierzem, chociaż nigdy nie nosił munduru. Był najemnikiem, angażowanym przez wielkie korporacje, prowadzące nieustanną sekretną wojnę o panowanie nad gospodarkami całych państw. Był specjalistą od wyciągania wyższych urzędników i naukowców. Ponadnarodowe koncerny, dla których pracował, nigdy by nie przyznały, że istnieją tacy ludzie jak Turner...

- Wczoraj wieczorem wypiłeś prawie całą butelkę herradury - zauważyła.

Kiwnął głową. Jej dłoń w jego dłoni była ciepła i sucha. Przy każdym kroku spoglądał na palce jej stóp, na paznokcie pomalowane spękaną różową emalią.

Fale toczyły się do brzegu, o szczytach przejrzystych jak zielone szkło.

Pył wodny skraplał się na jej opaleniźnie.

* * *

Po pierwszym dniu razem ich życie potoczyło się według prostego wzoru. Jedli śniadanie w mercado, w budce z betonowym kontuarem, wytartym do gładzi polerowanego marmuru. Rankiem pływali, dopóki słońce nie zapędzało ich do ocienionego okiennicami chłodu hotelowego pokoju. Tam kochali się pod wolnymi drewnianymi łopatkami sufitowego wentylatora. Potem spali. Po południu badali labirynt wąskich uliczek za Avenida albo ruszali na wycieczkę na wzgórza. Kolacje jadali w małych rastauracyjkach nad plażą i pili drinki na patiach białych hoteli. Światło księżyca kłębiło się na szczytach fal.

Stopniowo, bez słów, nauczyła go nowego stylu namiętności. Był przyzwyczajony do obsługi, do kontaktów z wyszkolonymi profesjonalistkami. Teraz, w białej grocie, klękał na kafelkach i zlizywał z niej sól Pacyfiku zmieszaną z jej wilgocią, a chłodne uda gładziły mu policzki. Z dłońmi na jej biodrach unosił ją jak kielich, mocno przyciskając wargi, gdy język szukał centrum, ogniska, częstotliwości, która doprowadzi ją na szczyt. Potem z uśmiechem wspinał się na nią, wchodził i szukał własnej drogi.

Czasami potem coś opowiadał; długie spirale luźnych historii splatały się i łączyły z szumem morza. Ona sama mówiła niewiele, ale nauczył się cenić te nieliczne słowa. I zawsze obejmowała go. I słuchała.

* * *

Minął tydzień, potem następny. Ostatniego ich wspólnego dnia przebudził się w tym samym chłodnym pokoju i znalazł ją obok siebie. Przy śniadaniu miał wrażenie, że dostrzega w niej jakąś zmianę, niepokój.

Opalali się i pływali, a w znajomym łóżku zapomniał o lekkim ukłuciu lęku.

Po południu zaproponowała spacer plażą w stronę Barre, tam gdzie poszli pierwszego ranka.

Turner wyjął z gniazda za uchem zatyczkę i wsunął drzazgę mikrosoftu. Struktura hiszpańskiego przeniknęła go jak szklana wieża, niewidoczne bramy wisiały na zawiasach czasu teraźniejszego i przyszłego, trybów warunkowych i czasowników dokonanych. Zostawił ją w pokoju, przeszedł przez Avenida i znalazł się na rynku. Kupił wiklinowy kosz, puszki zimnego piwa, kanapki i owoce. Wracając, wziął jeszcze od handlarza na Avenida nową parę okularów.

Miał już równą, ciemną opaleniznę. Zniknęły kanciaste łaty pozostawione po wszczepach Holendra, a ona nauczyła go jedności własnego ciała. Rankiem, kiedy w lustrze patrzył w zielone oczy, były to jego oczy, a w snach Holender przestał go dręczyć swymi marnymi dowcipami i suchym kaszlem. Czasami widywał jeszcze we śnie odpryski Indii, kraju, którego prawie nie znał; jaskrawe odłamki: Chandni Chauk, zapach kurzu i pieczonego chleba...

* * *

Mury zrujnowanego hotelu wyrastały w jednej czwartej łuku zatoki. Przybój był tu silniejszy, każda fala jak wybuch.

Pociągnęła go w tamtą stronę. W kącikach jej oczu dostrzegł coś nowego: napięcie. Mewy wzleciały w górę, kiedy szli ręka w rękę po plaży, by zajrzeć za puste otwory drzwi. Piasek osiadł i fasada budynku się zapadła. Ściany runęły, pozostawiając stropy trzech kondygnacji, niczym olbrzymie dachówki zwisające z pogiętych, pordzewiałych ścięgien grubych jak palec stalowych prętów. Każde piętro pomalowano na inny kolor, wyłożono innym wzorem płytek.

HOTEL PLAYA DEL M głosił napis z dziecięcych liter, ułożonych z muszli nad betonowym łukiem.

- Mar - dokończył, chociaż wyjął już mikrosoft.

- To koniec - powiedziała, wchodząc w cień łuku.

- Czego koniec?

Podążył za nią. Kosz ocierał mu biodro, piasek pod stopami był chłodny, suchy i miałki.

- Koniec. Skończone. To miejsce. Nie ma tu czasu, nie ma przyszłości.

Spojrzał na nią, a potem dalej, na zardzewiałe sprężyny łóżka wbite w kąt między rozkruszonymi ścianami.

- Śmierdzi moczem - stwierdził. - Chodźmy popływać.

* * *

Morze stłumiło poczucie chłodu, lecz jakoś oddalili się od siebie. Siedzieli na kocu z pokoju Turnera i jedli w milczeniu. Cień ruin wydłużał się. Wiatr rozwiewał jej jasne od słońca włosy.

- Kiedy na ciebie patrzę, myślę o koniach - odezwał się w końcu.

- Tak? - odpowiedziała, jak gdyby z głębin zmęczenia. - W końcu wymarły dopiero trzydzieści lat temu.

- Nie. O ich włosach. Tych włosach na szyi, kiedy biegną.

- Grzywy - mruknęła. Łzy błysnęły jej w oczach. - Pieprz to. - Ramiona jej zadrżały. Odetchnęła głęboko. Rzuciła na piasek pustą puszkę po carta blanca. - To wszystko... i ja... jakie to ma znaczenie? - Jej ręce znowu go objęły. - Och, Turner, chodź! Chodź...

A kiedy kładła się na plecach, ciągnąc go za sobą, zobaczył coś: łódź zredukowaną odległością do białego myślnika tam, gdzie woda spotyka się z niebem.

* * *

Usiadł i wciągnął obcięte dżinsy. Znowu zobaczył jacht. Był teraz o wiele bliżej: pełna gracji biała sylwetka sunąca po wodzie. Głębokiej wodzie. Sądząc po sile przyboju, dno musiało tu opadać niemal pionowo. Pewnie dlatego szereg hoteli przy plaży kończył się tam, gdzie się kończył. I dlatego nie przetrwała ta ruina. Fale wypłukały jej fundamenty.

- Daj mi kosz.

Zapinała bluzkę. Kupił ją dla niej w którymś z tych smętnych małych sklepików przy Avenida. Jaskrawoniebieska meksykańska bawełna, marnie uszyta. Rzeczy kupowane tu w sklepach rzadko wytrzymywały dłużej niż dzień czy dwa.

- Prosiłem, żebyś mi podała kosz.

Posłuchała. Przeszukał resztki ich popołudnia; pod plastikową torbą plastrów ananasa zalanych sokiem z limony i przyprószonych cayenne znalazł swoją lornetkę, niewielkie wojskowe szkła 6x30. Otworzył integralne osłony z obiektywów i poduszek okularów, po czym przestudiował zaokrąglone ideogramy logo Hosaki. Żółty ponton wypłynął zza rufy i skierował się w stronę plaży.

- Turner, ja...

- Wstawaj.

Zwinął koc i jej ręcznik, wsunął do kosza. Obok lornetki postawił ostatnią puszkę ciepłego carta blanca. Wstał, podniósł ją na nogi i wcisnął kosz do rąk.

- Może się mylę - powiedział. - Jeśli tak, uciekaj stąd. Biegnij do tej drugiej kępy palm. - Pokazał palcem. - Nie wracaj do hotelu. Złap autobus do Manzanillo albo Vallara. Jedź do domu.

Słyszał już warkot przyczepnego silnika.

Łzy stanęły jej w oczach, ale nie powiedziała ani słowa. Odwróciła się i pobiegła, mijając ruiny, przyciskając do piersi kosz, potykając się na ławicach nawianego piasku. Nie oglądała się za siebie.

Odwrócił się i spojrzał na jacht. Ponton podskakiwał na falach przyboju. Jacht nazywał się Tsushima, a ostatnim razem Turner widział go w Zatoce Hiroshimy, z jego pokładu podziwiał wrota Shinto w Itsukushima.

Nie potrzebował lornetki, by zgadnąć, że pasażerem pontonu jest Conroy, a steruje któryś z ninja Hosaki. Usiadł po turecku na chłodnym piasku i otworzył swoją ostatnią puszkę meksykańskiego piwa.

* * *

Opierając nieruchome dłonie o tekowy reling Tsushimy, spojrzał na linię białych nadbrzeżnych hoteli. Za nimi lśniły trzy hologramy miasteczka: Banamex, Aeronaves i sześciometrowa Dziewica nad katedrą.

Conroy stał obok.

- Nagłe zlecenie - powiedział. - Wiesz, jak to jest.

Głos miał równy, bez żadnej tonacji, jakby próbował naśladować tani chip głosowy. Szeroka twarz była blada, trupio blada. Podkrążone oczy kryły się głęboko, tlenioną grzywę zaczesywał do tyłu z szerokiego czoła. Nosił czarne polo i czarne spodnie.

- Wejdźmy do środka - zaproponował.

Turner poszedł za nim, schylając głowę w niskich drzwiach kabiny. Białe parawany, jasna sosna bez najmniejszej skazy - surowy, tokijski szyk korporacyjny.

Conroy usiadł na niskim prostokątnym pufie z ciemnoszarego ultraskaju. Turner stanął nieruchomo z rękami zwisającymi bezwładnie po bokach. Conroy wziął z niskiego lakowego stolika ozdobny inhalator.

- Wzmacniacz choliny?

- Nie.

Conroy wsunął sobie inhalator do nozdrza i pociągnął.

- Może zjesz sushi? - zapytał. Odłożył inhalator na stół. - Przed godziną złapaliśmy parę lucjanów.

Turner stał bez ruchu i patrzył.

- Christopher Mitchell - oznajmił Conroy. - Maas Biolabs. Ich czołowy spec od układów hybrydowych. Przechodzi do Hosaki.

- Nigdy o nim nie słyszałem.

- Bzdura. A co powiesz na drinka?

Turner pokręcił głową.

- Krzem już się kończy, Turner. Mitchell to facet, który wymyślił biochipy, a Maas siedzi na głównych patentach. Wiesz o tym. To ten gość od monoklonali. Chce odejść. Ty i ja, Turner, mamy go przerzucić.

- Chyba przeszedłem na emeryturę, Conroy. Dobrze mi tu było.

- To właśnie stwierdził zespół psycho w Tokio. To znaczy, przecież już nie pierwszy raz wychodzisz z dołka. Ona jest psychologiem polowym. Pracuje dla Hosaki.

Mięsień w udzie Turnera zaczął drgać rytmicznie.

- Mówią, że jesteś gotów, Turner. Po New Delhi trochę się o ciebie martwili, dlatego woleli sprawdzić. Taka drobna terapia na boku. Nigdy nie zaszkodzi, nie?

 

1

Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na martwy kanał.

- Nie chodzi o to, że biorę - tłumaczył ktoś, gdy Case przeciskał się między ludźmi stłoczonymi u wejścia do "Chat". - Po prostu mój organizm cierpi na silny niedostatek narkotyków.

To był głos z Ciągu i żart z Ciągu. W barze "Chatsubo" spotykali się zawodowi ekspatrianci. Można tu było pić przez cały tydzień, nie słysząc nawet słowa po japońsku.

Za barem stał Ratz. Proteza podrygiwała monotonnie, gdy napełniał kufle kirinem. Dostrzegł Case'a i uśmiechnął się, ukazując zęby będące plamistą mieszaniną wschodnioeuropejskiej stali i brunatnej próchnicy. Case znalazł sobie miejsce przy kontuarze, między wątpliwą opalenizną którejś z dziwek Lonny'ego Zone'a i czyściutkim, marynarskim mundurem wysokiego Afrykanina z plemiennymi bliznami na policzkach.

- Wage był tu wcześniej z dwoma pajacami. - Ratz zdrową ręką pchnął kufel wzdłuż lady. - Ma do ciebie jakiś interes?

Case wzruszył ramionami. Dziewczyna po prawej stronie zachichotała i szturchnęła go porozumiewawczo.

Uśmiech barmana stał się jeszcze szerszy. Brzydota Ratza była legendarna. W epoce niezbyt kosztownego piękna jego brak miał w sobie coś z symbolu. Antyczne ramię zawyło, gdy sięgał po kolejny kufel; była to rosyjska proteza wojskowa, siedmiofunkcyjny manipulator na serwach, powleczony różowym plastikiem.

- Zbyt wiele w panu artysty, Herr Case - warknął Ratz; ten dźwięk pełnił u niego funkcję śmiechu. Różowym hakiem podrapał obwisły, opięty białą koszulą brzuch. - Artysty od lekko zabawnych interesów.

- Jasne. - Case łyknął piwa. - Ktoś tu musi być zabawny. Cholernie pewne, że nie ty.

Chichot dziwki zabrzmiał o oktawę wyżej.

- Ani ty, siostro. Więc znikaj, co? Zone jest moim osobistym przyjacielem.

Spojrzała mu w oczy i wydała najcichszy z możliwych odgłos splunięcia. Wargi ledwie się poruszyły. Ale odeszła.

- Jezu - mruknął Case. - Jaki horror tu wpuszczasz? Człowiek nie może się spokojnie napić.

- Ha - stwierdził Ratz, waląc ścierką w nierówne drewno. - Zone oddaje działkę. Tobie pozwalam pracować ze względu na wartości rozrywkowe.

Gdy Case podnosił kufel, nastąpiła jedna z tych niezwykłych chwil ciszy, jakby równoczesna pauza setek niezależnych konwersacji. Potem zadźwięczał chichot dziwki, z odcieniem histerii.

- Przeleciał anioł - burknął Ratz.

- To Chińczycy! - ryczał pijany Australijczyk. - Chińczycy wymyślili pieprzone struganie nerwów. W każdej chwili poleciałbym na kontynent na obróbkę. Oni potrafią cię ustawić, chłopie...

- A to... - mruknął do swego kufla Case, czując wzbierającą nagle gorycz - to już naprawdę gówno prawda.

* * *

Japończycy zapomnieli więcej z neurochirurgii, niż Chińczycy w ogóle wiedzieli. Czarne kliniki Chiby były na samym topie, wprowadzały co miesiąc całe systemy nowych technik, a mimo to nie zdołały usunąć ran, jakie odniósł w tamtym hotelu w Memphis.

Był tu od roku, a wciąż śnił o cyberprzestrzeni, choć nadzieja słabła każdej nocy. Tyle prochów, tyle wiraży i ściętych zakrętów w Mieście Nocy, i nadal widział we śnie matrycę, jasne kraty logik rozwijające się w bezbarwnej pustce... Ciąg był daleko stąd, za Pacyfikiem, a on nie był już specem konsoli, kowbojem cyberprzestrzeni. Był jeszcze jednym popychaczem, który starał się jakoś przeżyć. Jednakże senne marzenia nadpływały każdej japońskiej nocy jak elektroniczne voudou. Płakał po nich, krzyczał i budził się samotny w ciemności, skulony w swojej kapsule w jakimś skrzynkowym hotelu, wbijając dłonie w płytę materaca. Palce ściskały piankę, próbując sięgnąć konsoli, której nie było.

* * *

- Widziałem wczoraj twoją dziewczynę. - Ratz podał Case'owi drugie kirin.

- Nie mam dziewczyny - odparł i łyknął z kufla.

- Pannę Lindę Lee.

Case potrząsnął głową.

- Żadnych kobiet? Nic? Tylko interesy, druhu artysto? Całkiem oddany handlowi? - Małe piwne oczka barmana kryły się głęboko w fałdach pomarszczonej skóry. - Kiedy byłeś z nią, lubiłem cię chyba bardziej. Częściej się śmiałeś. A teraz, którejś nocy, możesz się stać nazbyt artystyczny. Skończysz w klinicznym zbiorniku, jako części zamienne.

- Łamiesz mi serce, Ratz. - Dopił piwo, zapłacił i wyszedł, garbiąc chude, sterczące ramiona pod mokrym od deszczu nylonem wiatrówki koloru khaki. Krocząc wśród tłumów Ninsei, czuł stęchły zapach własnego potu.

* * *

Case miał dwadzieścia cztery lata. W wieku dwudziestu dwóch został kowbojem, koniokradem, jednym z najlepszych w Ciągu. Uczył się u naprawdę najlepszych, McCoya Pauleya i Bobby Quine'a, legend tego fachu. Działał na niemal nieustannym adrenalinowym haju, produkcie ubocznym młodości i sprawności, włączony do robionego na zamówienie cyberprzestrzennego deku, który rzutował bezcielesną świadomość na wszechzmysłową halucynację matrycy. Był złodziejem pracującym dla innych, bogatszych złodziei, pracodawców dostarczających egzotycznego oprogramowania wymaganego dla przebicia jasnych murów systemów korporacyjnych, otwierającego okna na złotonośne pola danych.

Popełnił klasyczny błąd, choć przysięgał sobie, że tego nie zrobi: okradł swoich zleceniodawców. Zatrzymał coś dla siebie i próbował pchnąć to u pasera w Amsterdamie. Wciąż nie był pewien, jak został wykryty. Zresztą, teraz nie miało to znaczenia. Oczekiwał na śmierć, ale oni tylko się uśmiechali. Oczywiście, powiedzieli, może sobie zatrzymać pieniądze. Nie ma sprawy. Będą mu potrzebne. Ponieważ - nadal z uśmiechem - mają zamiar upewnić się, że już nigdy nie będzie pracował.

Uszkodzili mu system nerwowy wojenną, rosyjską mykotoksyną.

Przywiązany do łóżka w hotelu w Memphis, halucynował przez trzydzieści godzin, a jego talent wypalał się mikron po mikronie.

Ingerencja była minimalna, subtelna i absolutnie skuteczna.

Dla Case'a, żyjącego jedynie dla niematerialnego uniesienia cyberprzestrzeni, to był Koniec. W barach, które odwiedzał jako czołowy kowboj, elita okazywała obojętność czy nawet pogardę dla ciała. Ciało to mięso. Case znalazł się w więzieniu własnego ciała.

* * *

Szybko wymienił cały swój kapitał na nowe jeny, gruby plik starych, papierowych pieniędzy, krążących bez końca w obiegu zamkniętym czarnych rynków całego świata, niby muszelki między wyspiarzami Triobriandu. W Ciągu trudno było przeprowadzać uczciwe transakcje z gotówką. W Japonii było to nielegalne.

W Japonii, wierzył w to z twardą, absolutną pewnością, znajdzie lekarstwo. W Chibie. Albo w zarejestrowanej klinice, albo w strefie cienia czarnej medycyny. Równoznacznej z implantami, ostrzeniem nerwów i mikrobioniką. Chiba jak magnes przyciągała techno-kryminalne subkultury Ciągu.

W Chibie patrzył, jak jego nowe jeny znikają podczas dwumiesięcznej rundy badań i konsultacji. Ludzie z czarnych klinik, jego ostatnia nadzieja, podziwiali precyzję okaleczenia, po czym wolno kręcili głowami.

Sypiał teraz w najtańszych skrzyniach, blisko portu, pod kwarcowo-halogenowymi reflektorami. Przez całą noc zalewały blaskiem doki, jak sceny gigantycznych teatrów. Lśnienie telewizyjnego nieba zaćmiewały światła Tokio, nawet ogromne, holograficzne logo Fuji Electric Company. Zatoka Tokijska była czarnym obszarem, gdzie mewy krążyły nad dryfującymi ławicami białego styropianu. Za portem leżało miasto; kopuły fabryk ginęły w cieniu ogromnych sześciennych budynków korporacji. Miasto i port rozdzielała ziemia niczyja, sieć starych uliczek bez oficjalnej nazwy. Miasto Nocy z Ninsei w samym sercu. Za dnia bary przy Ninsei były zamknięte i bezbarwne, neony wygaszone, hologramy martwe, czekające pod zatrutym, srebrzystym niebem.

* * *

Dwie przecznice na zachód od "Chat", w herbaciarni zwanej "Jarre de Thé", Case popił podwójnym espresso pierwszą tej nocy pigułkę. Był to płaski, różowy ośmiokąt, mocna odmiana brazylijskiej deksedryny, kupiona od którejś z dziewczyn Zone'a.

Ściany lokalu wyłożono lustrami, każdą płytę zwierciadła obramowując czerwonym neonem.

Na początku, gdy znalazł się w Chibie całkiem sam, z niewielką kwotą pieniędzy i jeszcze mniejszą porcją nadziei na znalezienie lekarstwa, wszedł w stan śmiertelnego przeciążenia. Zdobywał gotówkę z chłodną, jakby obcą, koncentracją. W ciągu pierwszego miesiąca zabił dwóch mężczyzn i kobietę dla sum, jakie rok wcześniej uznałby za śmieszne. Ninsei zużywała go, aż wreszcie sama stała się eksternalizacją jakiegoś pragnienia śmierci, obcą trucizną, którą - nie wiedząc - nosił w sobie.

Miasto Nocy przypominało zwariowany eksperyment społecznego darwinizmu, zaprojektowany przez znudzonego badacza, bez przerwy wciskającego klawisz szybkiego przewijania. Przestawałeś pchać i tonąłeś bez śladu; ale gdy ruszałeś odrobinę za szybko, zrywałeś delikatne napięcie powierzchniowe czarnego rynku. Tak czy tak, znikałeś i nie pozostawało nic prócz mglistych wspomnień w mózgu takiego mebla jak Ratz. Zresztą serce, płuca czy nerki mogły prztrwać, służąc komuś obcemu, kto miał dość nowych jenów na części z klinicznych zbiorników.

Interes był tu tłem wszystkiego, podświadomym, wszechobecnym szumem, a śmierć akceptowaną formą kary za lenistwo, nieuwagę, brak wdzięku, niedostosowanie się do wymagań złożonego protokołu.

Samotny przy stoliku w "Jarre de Thé", z ośmiokątem, który właśnie zaczynał działać, i kropelkami potu występującymi na skórze dłoni, nagle świadom każdego mrowiącego włoska na ramionach i piersi, Case wiedział, że w pewnym momencie rozpoczął grę z samym sobą. Bardzo starą grę, bez nazwy, ostateczny pasjans. Przestał nosić broń, nie zachowywał nawet podstawowych środków ostrożności. Wykonywał najostrzejsze, najbardziej ryzykowne zlecenia ulicy i zyskał reputację człowieka, który potrafi zrealizować każde zamówienie. Część umysłu zdawała sobie sprawę, że blask autodestrukcji stał się jaskrawo widoczny dla wszystkich klientów, których miał coraz mniej. Ta sama część jednak rozkoszowała się świadomością, że to już tylko kwestia czasu. I ta właśnie część umysłu, usatysfakcjonowana oczekiwaniem na śmierć, najbardziej nienawidziła myśli o Lindzie Lee.

Pewnej deszczowej nocy znalazł ją w salonie gier.

Pod jaskrawymi upiorami płynącymi poprzez błękitną zawiesinę tytoniowego dymu, hologramy Zamku Czarnoksiężnika, Wojnę Czołgów w Europie, Nowy Jork z powietrza... Taką ją zapamiętał, z twarzą skąpaną w niespokojnych światłach laserów, z rysami zredukowanymi do kodu: policzki lśniące szkarłatem pożaru w Zamku Czarnoksiężnika, czoło zalane lazurem, gdy Monachium padało pod natarciem czołgów, usta muśnięte złotem iskier, jakie szybujący kursor krzesał ze ściany kanionu drapaczy chmur. Szedł wtedy ostro; klocek ketaminy Wage'a ruszył w drogę do Jokohamy, a pieniądze miał już w kieszeni. Wszedł tam, by skryć się przed deszczem spływającym po chodniku Ninsei. Zobaczył tylko ją, wśród dziesiątków twarzy nad konsolami, pochłoniętą rozgrywką. Taki sam wyraz miała jej twarz kilka godzin później, gdy spała w skrzyni niedaleko portu. Górna warga przypominała linię, jaką rysują dzieci, by przedstawić ptaka w locie.

Przeszedł między automatami i stanął obok niej, wciąż rozemocjonowany załatwionym niedawno interesem. Podniosła głowę. Dostrzegł szare oczy obramowane rozmazaną czarną kredką. Oczy małego zwierzątka, pochwyconego światłami nadjeżdżającego pojazdu.

Ich wspólna noc przeciągnęła się do świtu, do biletów w porcie poduszkowców i jego pierwszej wycieczki przez zatokę. Deszcz nie ustawał, padając przy Harajuku, osiadając kroplami na jej plastikowej kurtce. Dzieci Tokio w białych chodakach i foliowych pelerynach spacerowały obok słynnych butików. Wreszcie stanęli wśród nocnego gwaru salonu pachinko. Trzymała go za rękę jak mała dziewczynka.

Prawie miesiąc trwało, nim mieszanka narkotyków i napięcia, która była jego naturalnym środowiskiem, zmieniła te wiecznie zdumione oczy w studnie wzajemnej potrzeby. Obserwował, jak rozpada się jej osobowość, pęka jak góra lodowa, jak odpływają kry, by wreszcie zobaczyć nagie pragnienie, wygłodniałą strukturę uwarunkowania. Patrzył, jak śledzi kolejnego jelenia. Koncentracja przywodziła mu na myśl modliszki, sprzedawane na straganach przy Shiga, gdzie stały akwaria ze zmutowanymi, błękitnymi karpiami i świerszcze w bambusowych klatkach.

Wpatrywał się w czarny krąg fusów na dnie pustej filiżanki. Wibrował od prochów. Brązowy laminat blatu pokrywała mętna patyna maleńkich rys. Deksedryna wzbierała wzdłuż kręgosłupa, a Case widział niezliczone losowe uderzenia, niezbędne dla stworzenia takiej powierzchni. Herbaciarnia była urządzona w staromodnym, bezimiennym stylu zeszłego wieku, nieudolnie łączącym japońską tradycję z jasnymi, mediolańskimi plastikami. Wydawało się jednak, że wszystko pokrywa cienka błona, jakby zszargane nerwy tysięcy klientów zużyły jakoś lustra i błyszczące kiedyś tworzywa, pozostawiając powierzchnie zasnute czymś, czego już nigdy nie da się usunąć.

- Case, chłopie...

Uniósł głowę i spojrzał w szare oczy obramowane czarną kredką. Miała na sobie wytarty francuski dres orbitalny i nowe, białe tenisówki.

- Nie można cię znaleźć, człowieku. - Usiadła naprzeciw i oparła łokcie o stół. Rękawy niebieskiej bluzy zostały oderwane u ramion. Automatycznie sprawdził jej ręce, szukając śladów igieł i plastrów. - Chcesz papierosa?

Wyciągnęła z kieszeni na kostce zmiętą paczkę yeheyuanów. Wziął jednego. Zaczekał, aż poda mu ogień czerwoną plastikową rurką.

- Dobrze sypiasz, Case? Wyglądasz na zmęczonego.

Akcent sugerował, że pochodzi z południa Ciągu, gdzieś w pobliżu Atlanty. Miała worki pod oczami, lecz ciało gładkie i jędrne. Dwadzieścia lat. Świeże linie bólu zaczynały odbijać się już na stałe w kącikach ust. Ciemne włosy związała z tyłu kawałkiem barwnego jedwabiu. Wzór na tkaninie mógł przedstawiać obwody drukowane albo plan miasta.

- Jeśli nie zapomnę zażyć tabletek - odparł, uderzony niemal fizyczną falą tęsknoty, pożądania i samotności, atakujących na częstotliwości amfetaminy. Pamiętał zapach jej skóry w przegrzanej skrzyni niedaleko portu, dotyk palców splecionych na szyi.

To tylko mięso, pomyślał. I potrzeby mięsa.

- Wage - oświadczyła, mrużąc oczy - chciałby cię widzieć z dziurą w twarzy.

Zapaliła papierosa.

- Kto powiedział? Ratz? Mówiłaś z Ratzem?

- Nie. Mona. Jej nowy chłoptaś pracuje dla Wage'a.

- Nie jestem mu winien aż tyle. - Wzruszył ramionami. - Straci forsę, jeśli mnie załatwi.

- Zbyt wielu ludzi jest mu coś winnych, Case. Może masz posłużyć za przykład. Lepiej uważaj.

- Jasne. Co u ciebie, Linda? Masz gdzie spać?

- Spać... - Potrząsnęła głową. - Pewnie, Case.

Zadrżała i pochyliła się nad stołem. Twarz lśniła warstewką potu.

- Trzymaj - mruknął, wsunął palce w kieszeń wiatrówki i wyciągnął zmiętą pięćdziesiątkę. Odruchowo wygładził ją pod stołem, złożył na cztery i podał Lindzie.

- Są ci potrzebne, skarbie. Daj je lepiej Wage'owi.

W szarych oczach było coś, czego nie potrafił rozpoznać; czego nigdy przedtem nie widział.

- Mam mu oddać dużo więcej. Weź. Niedługo dostanę większą forsę - skłamał, patrząc, jak jego nowe jeny znikają w zapinanej na zamek kieszeni.

- Jak dostaniesz, poszukaj Wage'a, Case. Szybko.

- Na razie, Linda - rzucił, wstając.

- Cześć.

Pod jej źrenicami prześwitywał milimetrowy pasek bieli. Sanpaku.

- I uważaj, co masz za plecami.

Skinął głową i wyszedł.

Spojrzał za siebie ponad plastikowymi drzwiami. Jej oczy odbijały się w klatce czerwonego neonu.

* * *

Piątkowa noc na Ninsei.

Minął stragany yakitori, salony masażu i koncesjonowaną kawiarnię "Piękna dziewczyna", potem elektroniczny grom salonu gier. Ustąpił z drogi sararimanowi w ciemnym garniturze. Dostrzegł logo Mitsubischi-Genetech wytatuowane na grzbiecie prawej dłoni mężczyzny.

Autentyczne? Jeśli tak, pomyślał, facet sam szuka kłopotów. Jeśli nie, dobrze mu tak. Pracownicy M-G, powyżej pewnego szczebla, mieli implantowane zaawansowane mikroprocesory, kontrolujące poziom mutagenów we krwi. Kto pokazywał się z takim wyposażeniem w Mieście Nocy, kończył szybko - w zbiornikach czarnej kliniki.

Sarariman był Japończykiem, ale na Ninsei kłębił się tłum gaijin. Grupy marynarzy z portu, podnieceni samotni turyści szukający rozkoszy niewymienianych w przewodnikach, ważniacy z Ciągu, obnoszący swoje wszczepy i implanty, a także tuzin różnych gatunków popychaczy. Wszyscy kroczyli ulicą w skomplikowanym tańcu żądz i interesów.

Istniało mnóstwo teorii tłumaczących, dlaczego Chiba City tolerowało enklawę Ninsei. Case przychylał się do idei, że yakuza chroni to miejsce jako rodzaj muzeum, przypomnienie własnych, skromnych początków. Dostrzegał jednak również pewien sens w tłumaczeniu, że pączkujące technologie wymagają stref leżących poza prawem, że Miasto Nocy trwało nie ze względu na swych mieszkańców, ale jako świadomie pozostawione bez nadzoru pole gry technologii jako takiej.

Czy Linda ma rację, zastanawiał się, patrząc na kolorowe światła. Czy Wage zechce go zabić dla przykładu? To nie miało sensu, ale Wage zajmował się głównie zakazanymi elementami biologicznymi; mówiło się, że trzeba do tego być szaleńcem.

Linda jednak twierdziła, że Wage chce go zlikwidować. Podstawową tezą Case'a dotyczącą dynamiki ulicznych interesów było to, że ani sprzedawca, ani kupujący wcale go nie potrzebują. Zadanie pośrednika polegało na uczynieniu siebie złem koniecznym. Niepewna nisza, jaką znalazł w przestępczej ekologii Miasta Nocy, była podcięta kłamstwami, każdej nocy przerastana zdradą. Czując, że jej ściany zaczynają się kruszyć, znalazł się na skraju niezwykłej euforii.

Tydzień temu opóźnił transfer syntetycznego ekstraktu gruczołów i sprzedał go z szerszym niż zwykle marginesem. Wiedział, że Wage'owi się to nie podobało. Wage był jego głównym dostawcą, od dziewięciu lat działał w Chibie i jako jeden z nielicznych handlarzy gaijin znalazł powiązania ze sztywno rozwarstwionym światem przestępczym poza granicami Miasta Nocy. Materiał genetyczny i hormony ściekały na Ninsei krętą ścieżką pełną ślepych zaułków. Wage'owi udało się prześledzić trasę jakiegoś towaru i teraz miał stałe kontakty w dziesiątkach miast.

Case stanął przed wystawą. Sklep oferował drobne, błyszczące przedmioty dla marynarzy: zegarki, scyzoryki, zapalniczki, kieszonkowe magnetowidy, symstymowe deki, obciążone łańcuchy manriki i shuriken. Shuriken zawsze go fascynowały - stalowe gwiazdy z ostrymi jak noże promieniami. Jedne były chromowane, inne czarne, jeszcze inne tęczowe jak benzyna na wodzie. Interesowały go te chromowane, umieszczone na szkarłatnym ultraskaju, przytrzymywane prawie niewidzialnymi pętlami rybackiej żyłki, ozdobione symbolami smoków lub yin-yang. Chwytały i załamywały blask neonów, a Case pomyślał, że za takimi właśnie gwiazdami podąża, że jego przeznaczenie jest wypisane w konstelacjach taniego chromu.

- Julie - powiedział gwiazdom. - Pora się spotkać ze starym Julie.

* * *

Julius Deane miał sto trzydzieści pięć lat, a jego metabolizm był pracowicie wypaczany przez fortunę, którą co tydzień wydawał na serum i hormony. Podstawową obroną przed starzeniem była doroczna pielgrzymka do Tokio, gdzie chirurdzy genetyczni na nowo układali kody DNA. W Chibie nie wykonywano takich zabiegów. Później leciał do Hongkongu i zamawiał roczną porcję garniturów i koszul. Bezpłciowy i nieludzko cierpliwy, czerpał zadowolenie chyba jedynie z wyrafinowanych form czci dla kunsztu krawieckiego. Case nie widział go nigdy dwa razy w tym samym garniturze, choć garderoba Deane'a składała się prawie wyłącznie ze starannych rekonstrukcji zeszłowiecznej odzieży. Nosił szkła korekcyjne w cienkich złotych oprawkach, wyszlifowane z cienkich płytek syntetycznego różowego kwarcu i umieszczone ukośnie, jak lustra w wiktoriańskim domu dla lalek.

Biura Deane'a mieściły się w magazynie za Ninsei. Część budynku lata temu urządzono dość oszczędnie, wstawiając przypadkowo dobrane europejskie meble - jak gdyby właściciel zamierzał kiedyś tu zamieszkać. Neoazteckie biblioteczki gromadziły kurz pod ścianą w pokoju, gdzie czekał Case. Para pękatych disneyowskich lamp zachowywała chwiejną równowagę na niskim stoliczku w stylu Kandinsky'ego, z lakierowanej na czerwono stali. Zegar Dali zwisał między biblioteczkami, a nierówna tarcza krzywiła się do nagiej betonowej podłogi. Wskazówki były hologramami, zmieniającymi długość w zależności od kształtu fragmentu tarczy, nad którym się znajdowały. Wszędzie stały białe moduły transportowe z włókna szklanego. Pachniały lekko konserwowanym imbirem.

- Jesteś chyba czysty, synu - rozległ się bezcielesny głos Deane'a. - Wejdź, proszę.

Magnetyczne sztaby wysunęły się z framugi masywnych drzwi z imitacji palisandru, po lewej stronie biblioteczek. Wielkie samoprzylepne litery głosiły: JULIUS DEANE IMPORT EKSPORT. O ile meble ustawione w zastępczej poczekalni wskazywały na koniec zeszłego wieku, sam gabinet pochodził z jego początków.

Gładka, różowa twarz Deane'a była zwrócona w stronę Case'a, oświetlona starożytną mosiężną lampą z prostokątnym abażurem z zielonego szkła. Importer siedział za wielkim biurkiem z malowanej stali, mając po obu stronach wysokie, pełne szuflad szafki z jakiegoś jasnego drewna. Case przypuszczał, że kiedyś używano ich do przechowywania danych na papierowym nośniku. Na biurku poniewierały się kasety, zwoje pożółkłych wydruków i części czegoś w rodzaju mechanicznej maszyny do pisania, której Deane'owi jakoś nie udawało się poskładać.

- Cóż cię sprowadza, mój chłopcze? - Deane podsunął Case'owi podłużnego cukierka, owiniętego papierkiem w biało-niebieską kratkę. - Spróbuj. Ting Ting Djahe, najlepsze.

Case odmówił, usiadł w szerokim, drewnianym fotelu na biegunach i przesunął kciuk wzdłuż wytartego szwu nogawki czarnych dżinsów.

- Julie, słyszałem, że Wage chce mnie zabić.

- Och. No cóż... A gdzie słyszałeś, jeśli wolno spytać?

- Od ludzi.

- Od ludzi - powtórzył Deane, ssąc imbirowego cukierka. - Jakich ludzi? Przyjaciół?

Case przytaknął.

- Nie zawsze można rozpoznać prawdziwych przyjaciół.

- Jestem mu winien trochę forsy, Julie. Nic ci nie mówił?

- Nie kontaktował się ze mną ostatnio. - Deane westchnął. - Oczywiście, nawet gdybym wiedział, być może nie mógłbym ci powiedzieć. Wiesz jak stoją sprawy.

- Sprawy?

- On jest ważnym ogniwem, Case.

- Rozumiem. Czy on chce mnie zabić, Julie?

- W każdym razie ja nic o tym nie wiem. - Wzruszył ramionami. Równie dobrze mogli dyskutować o cenach imbiru. - Jeśli okaże się to zwykłą plotką, synu, wpadnij za tydzień. Dam ci zarobić na pewnym drobiazgu z Singapuru.

- Z hotelu Nan Hai przy Bencoolen?

- Jesteś niedyskretny, synu. - Deane uśmiechnął się. Stalowe biurko kryło całą fortunę w sprzęcie przeciwpodsłuchowym.

- To na razie, Julie. Pozdrowię od ciebie Wage'a.

Deane uniósł dłoń, a jego palce musnęły nieskazitelny węzeł krawata.

* * *

Nie odszedł daleko, gdy poczuł uderzenie - nagła, komórkowa świadomość, że ktoś za nim idzie. I to blisko.

Case traktował kultywację pewnego rodzaju spokojnej paranoi jak kwestię zupełnie oczywistą. Problem polegał na utrzymaniu kontroli. Nie było to proste zza stosu różowych ośmiokątów. Opanował napływ adrenaliny i nadał wąskiej twarzy wyraz znudzonej obojętności, udając, że pozwala tłumowi nieść się wzdłuż ulicy. Dostrzegł ciemną wystawę i zdołał się przy niej zatrzymać. Za szybą był chirurgiczny butik, zamknięty z powodu remontu. Z rękami w kieszeniach kurtki patrzył na płaski romb hodowlanego ciała, umieszczony na rzeźbionym postumencie ze sztucznego nefrytu. Barwa skóry przywodziła na myśl dziwki Zone'a; ozdabiał ją tatuaż z cyfrowym wyświetlaczem, podłączonym do wszczepionego chipa. Po co się męczyć operacją, pomyślał, kiedy można to wszystko zwyczajnie nosić w kieszeni?

Nie poruszając głową, uniósł wzrok i przestudiował odbicie mijających go przechodniów.

Tam.

Za marynarzami w oliwkowych koszulach z krótkimi rękawami. Czarne włosy, lustrzane okulary, ciemne ubranie, szczupły...

Zniknął.

Case ruszył biegiem, przygarbiony, manewrując w tłumie.

* * *

- Możesz mi pożyczyć spluwę, Shin?

- Dwie godziny. - Chłopak się uśmiechnął. Stali w obłoku zapachów świeżych ryb, na tyłach straganu z sushi przy Shiga. - Ty wrócić za dwie godziny.

- Potrzebuję już, chłopie. Nie masz czegoś na miejscu?

Shin pogrzebał za prostymi dwulitrowymi puszkami, kiedyś zawierającymi sproszkowany chrzan. Wreszcie znalazł wąski pakunek w szarej folii.

- Taser. Jedna godzina, dwadzieścia nowych jenów. Depozyt trzydzieści.

- Cholera, nie chcę tego. Potrzebuję pistoletu. Gdybym akurat chciał kogoś zastrzelić, jasne?

Kelner wzruszył ramionami i schował taser za puszkami po chrzanie.

- Dwie godziny.

* * *

Wszedł do sklepu, nie spojrzawszy nawet na rząd shuriken. W życiu czymś takim nie rzucał.

Kupił dwie paczki yeheyuanów, płacąc chipem Banku Mitsubishi, według którego nazywał się Charles Derek May. To lepiej niż Truman Starr, jak w paszporcie.

Japonka za ladą wyglądała na kilka lat starszą od starego Deane'a, przy czym ani razu nie korzystała z dobrodziejstw nauki. Wyjął z kieszeni cienki zwitek nowych jenów.

- Chcę kupić broń.

Skinęła w stronę szafki wypełnionej nożami.

- Nie - odparł. - Nie lubię noży.

Wyjęła spod lady wąskie, podłużne pudło. Na pokrywie z żółtej tektury wyrysowano tandetnie kobrę z rozpostartym kapturem. Wewnątrz leżało osiem identycznych, owiniętych bibułką cylindrów. Patrzył, jak plamiste palce zdzierają papier. Uniosła obiekt, by mógł się przyjrzeć - matowa stalowa rurka z rzemienną pętlą na jednym końcu i niewielką brązową piramidką na drugim. Ścisnęła rurkę, obejmując kciukiem i palcem wskazującym koniec przy piramidce. Szarpnęła za rzemień. Trzy lśniące teleskopowe fragmenty zwiniętej ciasno sprężyny wysunęły się i zablokowały.

- Kobra - powiedziała.

* * *

Za migotaniem neonów niebo nad Ninsei miało posępny szary kolor. Powietrze było coraz gorsze, a tego wieczoru wyrosły mu chyba zęby i co drugi człowiek nosił maskę filtracyjną. Case spędził dziesięć minut nad pisuarem, usiłując znaleźć wygodny sposób noszenia kobry. W końcu wcisnął uchwyt za pasek dżinsów; piramidkowe ostrze mieściło się pomiędzy żebrami a podszewką wiatrówki. Miał wrażenie, że przy pierwszym kroku całe urządzenie wypadnie na chodnik, ale czuł się pewniej.

W "Chat" zwykle nie prowadziło się interesów, choć w ciągu tygodnia pojawiali się tu różni klienci. W piątki i soboty sytuacja zmieniała się diametralnie. Stali goście byli na miejscu, jak zwykle, lecz ginęli w tłumie marynarzy i specjalistów z marynarzy żyjących. Otwierając drzwi, Case szukał wzrokiem Ratza, ale barmana nie było. Lonny Zone, rezydujący tu alfons, obserwował z ojcowską dumą, jak któraś z jego dziewcząt pracuje nad młodym marynarzem. Zone brał pewną odmianę hipnotyku, zwanego przez Japończyków Tancerzem Chmur. Case dał mu znak, wskazując ręką kontuar. Zone przepłynął wolno wśród tłumu. Twarz miał obwisłą i bez wyrazu.

- Widziałeś dziś Wage'a, Lonny?

Zone przyglądał mu się ze zwykłą obojętnością. Pokręcił głową.

- Jesteś pewien?

- Może w Namban. Może ze dwie godziny temu.

- Miał ze sobą jakichś pajaców? Jeden chudy, ciemne włosy, może w czarnej kurtce?

- Nie - stwierdził po chwili Zone, marszcząc gładkie czoło, by wykazać, ile wysiłku kosztuje go przypominanie sobie tylu nieistotnych szczegółów. - Wielkie chłopy. Hodowlani.

W oczach Zone'a było bardzo niewiele białkówki i jeszcze mniej tęczówek; pod obwisłymi powiekami lśniły powiększone, ogromne źrenice. Długo patrzył na Case'a, potem spuścił wzrok i dostrzegł wybrzuszenie stalowego pejcza.

- Kobra. - Uniósł brew. - Chcesz kogoś przepieprzyć?

- Na razie, Lonny - rzucił Case i wyszedł.

* * *

Ogon pojawił się znowu. Był tego pewien. Poczuł napływ euforii. Ośmiokąty i adrenalina mieszały się z czymś jeszcze. Bawi cię to, pomyślał. Zupełnie zwariowałeś.

W jakiś niewytłumaczalny sposób wszystko to przypominało mu trasę w matrycy. Wystarczyło trochę przemęczenia, jakieś rozpaczliwe, ale właściwie całkiem dowolne kłopoty, a mógł patrzeć na Ninsei jak na pola danych. Matryca też kiedyś przypominała mu proteiny, powiązane w różny sposób dla specyfikacji komórek. Potem można rzucić się w przyśpieszony dryf z poślizgiem, z absolutnym zaangażowaniem, ale też obojętnie, a wszystko wokół szalało w tańcu biznesu, interakcji informacyjnej, danych ucieleśnionych w labiryntach czarnego rynku...

Do roboty, Case, pomyślał. Bierz się za nich. To ostatnia rzecz, jakiej oczekują.

Znalazł się niedaleko salonu gier, gdzie po raz pierwszy spotkał Lindę Lee.

Pobiegł przez Ninsei, rozpychając grupę marynarzy. Któryś z nich wrzasnął za nim coś po hiszpańsku. Ale wtedy minął już wejście, a hałas ogarnął go jak fala. Infradźwięki wibrowały w żołądku. Ktoś trafił dziesięcioma megatonami w Wojnie Czołgów i jaskrawy hologram grzybokształtnej chmury wykwitł nad głowami graczy, gdy symulowany wybuch zalał salon strumieniem białego szumu. Case skręcił na prawo i wbiegł na niemalowane drewniane schody. Był tu kiedyś z Wage'em; omawiali przerzut zakazanych zestawów hormonalnych z człowiekiem o imieniu Matsuga. Pamiętał korytarz, poplamione chodniki, rząd identycznych drzwi prowadzących do maleńkich gabinetów. Jedne były otwarte; młoda Japonka w czarnej koszulce bez rękawów spojrzała znad białego terminalu. Nad głową miała plakat reklamujący uroki Grecji: egejski błękit z plamami zaokrąglonych ideogramów.

- Wezwij tu ochronę - rzucił Case.

Potem pognał korytarzem, znikając jej z oczu. Dwoje ostatnich drzwi zamknięto, pewnie na klucz. Z półobrotu walnął podeszwą nylonowego buta w pokrytą niebieskim lakierem sklejkę. Drzwi odskoczyły, tani hardware wypadł z popękanej futryny. Wewnątrz ciemność, z jasną plamą obudowy terminalu. Case stał już przy drzwiach naprzeciwko, z całej siły napierając na plastikową, przezroczystą gałkę klamki. Coś trzasnęło i był w środku. Tu właśnie on i Wage spotkali Matsugę, ale biuro, które ten ostatni oficjalnie prowadził, zniknęło już dawno. Żadnego terminalu, nic. Światło z alei sączyło się przez brudny plastik. Dostrzegł tylko wężową pętlę światłowodu zwisającą ze ściennego gniazdka, stos pustych puszek, opakowań i pozbawioną łopatek kolumnę elektrycznego wentylatora.

Okno było pojedynczą płytą taniego plastiku. Case zrzucił kurtkę, owinął nią prawe ramię i pchnął. Szyba pękła. Uderzył jeszcze dwa razy, by oczyścić ramę. Ponad stłumionym szumem gier rozległ się sygnał alarmu, uruchomionego albo wyłamaniem okna, albo przez tę dziewczynę na końcu korytarza.

Case odwrócił się, wciągnął kurtkę i wysunął kobrę na pełną długość.

Zamknął drzwi, więc miał nadzieję, że ogon uwierzy w jego ucieczkę przez te drugie, które prawie wyrwał z zawiasów. Lśniący ostrosłup kobry kołysał się lekko, stalowa sprężyna wzmacniała puls.

Nic się nie stało. Słyszał tylko wycie alarmu, szum gier, walenie własnego serca. Napłynął strach, jak na wpół zapomniany przyjaciel. Nie chłodny, nieubłagany mechanizm amfetaminowej paranoi, lecz zwykły, zwierzęcy strach. Od tak dawna żył na krawędzi emocjonalnego załamania, że prawie nie pamiętał, na czym polega zwyczajne przerażenie.

Ten pokoik był jednym z miejsc, w których ginęli ludzie. On też może tu zginąć. Jeśli będą mieli pistolety...

Trzask w drugim końcu korytarza. Męski głos wołający coś po japońsku. Krzyk, wrzask grozy. Następny trzask.

Kroki. Spokojne, coraz bliższe kroki.

Minęły jego zamknięte drzwi. Zatrzymały się na czas trzech szybkich uderzeń serca. I zawróciły. Jeden, drugi, trzeci... Obcas zaczepił o chodnik.

Resztki indukowanej ośmiokątem brawury zniknęły. Wsunął kobrę w uchwyt i ślepy ze strachu podkradł się do okna. Nerwy wyły przeraźliwie. Wspiął się, przetoczył, spadał, zanim świadomość pojęła, co właściwie robi. Uderzenie o ziemię wbiło w uda tępe igły bólu.

Wąski klin światła z półotwartej klapy do piwnicy obejmował stos zużytych światłowodów i obudowę wyrzuconej konsoli. Case padł twarzą na wilgotną tekturę, przetoczył się w cień konsoli. Okno pokoiku stało się prostokątem mętnego blasku. Alarm ciągle wibrował; w tym miejscu był głośniejszy, gdyż ściana budynku tłumiła wycie gier.

W ramie okna pojawiła się głowa, podświetlona jarzeniówkami korytarza. Zniknęła i wysunęła się znowu. Nie widział rysów twarzy, jedynie srebrzysty błysk wokół oczu.

- Szlag... - zaklął ktoś. Kobieta. Z akcentem północnego Ciągu.

Głowa zniknęła. Case leżał pod konsolą przez długą chwilę i liczył wolno do dwudziestu. Potem wstał. Wciąż trzymał w dłoni kobrę i nie od razu sobie uświadomił, co to właściwie jest. Pokuśtykał alejką, oszczędzając lewą kostkę.

* * *

Pistolet Shina był pięćdziesięcioletnią wietnamską imitacją południowoamerykańskiej kopii automatycznego walthera PPK, z potężnym kopnięciem. Komorę przystosowano do długiej amunicji karabinowej kalibru .22. Case wolałby pociski rozrywające w ołowianym płaszczu, od prostych, z wydrążonymi stożkami, chińskiej produkcji, które sprzedał mu Shin. Mimo wszystko miał broń i dziewięć kul. Ściskał kolbę, idąc od straganu z sushi wzdłuż Shiga. Uchwyt był z jaskrawego czerwonego plastiku, ozdobiony wizerunkiem atakującego smoka - coś, co w ciemności można było gładzić kciukiem. Wcisnął kobrę do pojemnika na śmieci przy Ninsei i przełknął na sucho kolejny ośmiokąt.

Tabletka ożywiła mu obwody. Wchodząc w Baiitsu, uznał, że ogon zniknął. I bardzo dobrze. Musiał załatwić parę telefonów, ubić kilka interesów. Nie mógł czekać. Niedaleko stąd, w kierunku portu, przy Baiitsu, stał zwykły dziesięciopiętrowy biurowiec z brzydkiej, żółtej cegły. O tej porze w oknach było ciemno, ale odchylając głowę, można było dostrzec delikatne lśnienie nad dachem. Zepsuty neon przy głównym wejściu głosił TANI HOTEL. Wyżej wymalowano plątaninę ideogramów. Case nie wiedział, czy to miejsce ma jakąś inną nazwę. Zawsze określano je jako Tani Hotel. Wchodziło się z przecznicy Baiitsu, gdzie u stóp przejrzystego szybu czekała winda. Jak cały ten budynek, powstała bez planu, mocowana do ściany bambusem i epoksydami. Case wszedł do plastikowej klatki i użył klucza: kawałka sztywnej taśmy magnetycznej bez żadnych znaków.

Od kiedy przybył do Chiby, wynajmował tu skrzynię. Płacił co tydzień, ale nigdy tu nie spał. Sypiał w tańszych lokalach.

Winda pachniała perfumami i papierosowym dymem. Ścianki kabiny były porysowane i brudne. Na wysokości piątego piętra zobaczył światła Ninsei. Bębnił palcami w kolbę pistoletu, gdy winda hamowała z narastającym sykiem. Zatrzymała się ze zwykłym szarpnięciem, lecz był na to przygotowany. Wszedł do sali służącej jako kombinacja hallu i podwórza.

Na samym środku kwadratu zielonej plastikowej murawy nastoletni Japończyk siedział za półkolistą konsolą, czytając jakąś książkę. Białe skrzynki z włókna szklanego stały na ramie z budowlanego rusztowania: sześć rzędów po dziesięć sztuk w każdym. Case skinął chłopcu głową i ruszył po sztucznej trawie ku najbliższej drabinie. Dach był tu z taniego laminatu; trzaskał przy wietrznej pogodzie i przeciekał, gdy padało. Za to skrzynie miały stosunkowo dobre zamki.

Ażurowy pomost wibrował pod jego ciężarem, gdy Case szedł ostrożnie wzdłuż trzeciego rzędu, do numeru 92. Skrzynie miały trzy metry długości, owalne luki były szerokie na metr i wysokie na trochę więcej niż półtora. Wsunął klucz w szczelinę i czekał, aż domowy komputer dokona weryfikacji. Magnetyczne sworznie zgrzytnęły uspokajająco i z trzaskiem sprężyn luk się otworzył. Zamigotały jarzeniówki. Case wsunął się do środka, zamknął klapę i uderzył w panel aktywizujący ręczną blokadę.

Numer 92 był pusty. Wewnątrz stał tylko standardowy kieszonkowy komputer Hitachi i niewielka biała styropianowa skrzynka. Zawierała resztki trzech dziesięciokilowych brył suchego lodu, starannie owiniętych w papier, by zahamować parowanie, oraz zakręcaną, aluminiową kolbę laboratoryjną. Case przykucnął na brunatnej gąbce, służącej za łóżko i podłogę, wyjął z kieszeni .22 Shina i ułożył na pokrywie. Potem zdjął kurtkę. Terminal skrzyni wbudowano we wklęsłą ścianę, naprzeciw tablicy z regulaminem hotelu w siedmiu językach. Zdjął z widełek różową słuchawkę i z pamięci wybrał numer w Hongkongu. Po pięciu sygnałach rozłączył się. Klient z Hitachi, zainteresowany trzema megabajtami gorącego RAM-u, nie odbierał telefonów.

Wystukał tokijski numer w Shinjuku.

Usłyszał kobiecy głos. Odpowiedziała coś po japońsku.

- Jest Grzechotnik?

- Miło cię usłyszeć - odezwał się Grzechotnik, słuchający pewnie z drugiego aparatu. - Oczekiwałem twojego telefonu.

- Mam to nagranie, o które ci chodziło. - Case spojrzał na styropianowe pudło.

- Bardzo się cieszę. Mamy pewne problemy z transferem gotówki. Możesz odczekać?

- Chłopie, naprawdę potrzebuję szmalu...

Grzechotnik przerwał połączenie.

- Ty sukinsynu - burknął Case do buczącej cicho słuchawki. Patrzył na swój tani, mały pistolecik.

- Niepewny - stwierdził. - Wszystko dzisiaj jest raczej niepewne.

* * *

Case wkroczył do "Chat" godzinę przed wschodem słońca. Ręce trzymał w kieszeniach. W jednej ściskał wypożyczony pistolet, w drugiej aluminiową kolbę.

Ratz siedział przy stoliku pod ścianą i pił z kufla wodę Apollonaris. Krzesło trzeszczało pod stu dwudziestoma kilogramami tłustego cielska. Brazylijski chłopak imieniem Kurt stał za barem, obsługując skromną grupkę na ogół milczących pijaczków. Plastikowe ramię Ratza brzęczało, gdy unosił kufel do ust. Łysina lśniła od potu.

- Marnie wyglądasz, przyjacielu artysto - zauważył, błyskając ruiną uzębienia.

- Świetnie mi idzie. - Case wyszczerzył zęby jak czaszka. - Superświetnie.

Nie wyjmując rąk z kieszeni, opadł na krzesło po drugiej stronie stołu.

- I spacerujesz sobie tam i z powrotem w tym swoim przenośnym schronie z wódy i prochów. Jasne. Odporny na uczucia wyższe.

- Może byś zlazł ze mnie, Ratz? Widziałeś Wage'a?

- Odporny na strach i samotność - mówił dalej barman. - Wsłuchaj się w strach. Może to on jest twoim przyjacielem.

- Słyszałeś może coś o bójce w salonie gier? Ktoś oberwał?

- Wariat pociął faceta z ochrony. - Barman wzruszył ramionami. - Podobno dziewczyna.

- Ratz, muszę pogadać z Wage'em.

- Aha... - Wargi mężczyzny zacisnęły się w linię. Ponad ramieniem Case'a spojrzał ku drzwiom. - Chyba ci się uda.

Case miał wrażenie, że znów widzi okno wystawowe i rząd shuriken. Metamfetamina śpiewała szaleńczo pod czaszką. Rękojeść broni stała się śliska od potu.

- Herr Wage. - Ratz wstał i wolno wyciągnął swój różowy manipulator, jakby oczekiwał uścisku dłoni. - Jakże mi miło. Tak rzadko pan nas zaszczyca.

Case odwrócił się i spojrzał w twarz Wage'a - trudną do zapamiętania opaloną maskę z hodowlanymi transplantami nikona barwy morskiej zieleni zamiast oczu. Wage miał na sobie ciemnoszary garnitur, a na obu nadgarstkach proste platynowe bransolety. Za nim szli jego pajace, niemal identyczni młodzi ludzie z rękawami opiętymi na sztucznie powiększonych muskułach.

- Jak leci, Case?

- Panowie. - Ratz chwycił w różowe szpony przepełnioną popielniczkę. - Nie chcę tu żadnych kłopotów.

Popielniczka z reklamą piwa Tsingtao była zrobiona z utwardzanego plastiku. Ratz zgniótł ją bez wysiłku. Niedopałki i odpryski zielonego tworzywa spłynęły kaskadą na blat stołu.

- Rozumiemy się?

- Skarbie - wtrącił jeden z pajaców. - Może spróbujesz tej sztuczki ze mną?

- Nie trać czasu na celowanie w nogi, Kurt - powiedział konwersacyjnym tonem Ratz.

Case spojrzał na chłopaka. Brazylijczyk stał za barem, mierząc w trójkę przybyłych ze śrutówki Smith & Wesson. W wylot lufy, zrobionej z cienkiego jak papier stopu owiniętego kilometrem szklanego włókna, można by chyba wepchnąć pięść. Ażurowy magazynek ukazywał pięć grubych pomarańczowych ładunków, poddźwiękowych pocisków rozrywających.

- Formalnie nie są śmiertelne - wyjaśnił Ratz.

- Jestem ci winien drinka - mruknął Case.

- Nic mi nie jesteś winien. - Grubas wzruszył ramionami. - Ci trzej - skinął na Wage'a i jego pajaców - powinni wiedzieć, że w "Chatsubo" nikogo się nie załatwia.

Wage chrząknął.

- A kto mówił o załatwianiu kogokolwiek? Chcemy tylko pogadać o interesach. Case i ja pracujemy razem.

Case wyjął .22 i wymierzył Wage'owi w krocze.

- Słyszałem, że chcesz mnie wykończyć.

Różowy chwytnik Ratza objął lufę pistoletu i Case rozluźnił mięśnie.

- Case, może mi wytłumaczysz, co się z tobą wyrabia? Odbija ci czy co? Co to za bełkot, że mam zamiar cię skasować? - Wage spojrzał na chłopaka stojącego za jego lewym ramieniem. - Wracajcie obaj do Namban. Tam czekajcie.

Ruszyli do wyjścia. Lokal był całkiem pusty, jeśli nie liczyć Kurta i pijanego marynarza śpiącego u stóp barowego stołka. Lufa smith & wessona podążała za parą pajaców do drzwi, potem cofnęła się i wymierzyła w Wage'a. Magazynek pistoletu Case'a uderzył o blat. Ratz przytrzymał broń w manipulatorze i wyrzucił nabój z komory.

- Kto powiedział, że chcę cię skasować? - spytał Wage.

Linda.

- No kto, człowieku? Ktoś chciał cię wystawić?

Marynarz jęknął i zwymiotował.

- Wywal go! - zawołał Ratz do Kurta, który siedział na barze, trzymając smith & wessona na kolanach, i zapalał papierosa.

Case czuł, jak przygniata go ciężar nocy, niby worek mokrego piasku opadający na powieki. Podał Wage'owi aluminiową kolbę.

- To wszystko, co mam. Przysadki. Warte pięć stów, jeśli pchniesz je szybko. Resztę rachunku miałem w RAM-ie, ale to już przeszłość.

- Dobrze się czujesz, Case? - Kolba zniknęła już pod ciemnoszarą klapą. - Zgadza się, to na pewien czas wyrównuje rachunki, ale wyglądasz nędznie. Jak rozdeptane gówno. Lepiej połóż się gdzieś i prześpij.

- Tak. - Wstał, czując, jak "Chat" wiruje wokół niego. Zachichotał. - Wiesz, miałem jeszcze pięćdziesiątkę, ale dałem komuś.

Wziął magazynek i jeden luźny nabój, wrzucił do kieszeni, schował pistolet do drugiej.

- Idę do Shina. Muszę odebrać zastaw.

- Wracaj do domu. - Ratz poruszył się na trzeszczącym stołku z czymś w rodzaju zakłopotania. - Słyszysz, artysto? Do domu.

Czuł na plecach ich spojrzenia, gdy szedł przez salę i ramieniem otwierał plastikowe drzwi.

* * *

- Dziwka - rzekł do różowego blasku nad Shiga. Hologramy wzdłuż Ninsei znikały jak duchy, a większość neonów była już martwa i zimna. Sączył z piankowego naparstka gęstą, czarną kawę kupioną w ulicznej budce i patrzył, jak wschodzi słońce.

- Leć, skarbie. To miasto jest dla ludzi, którzy lubią rynsztoki.

Nie o to chodziło i coraz trudniej było mu zachować poczucie krzywdy z powodu zdrady. Ona chciała tylko biletu do domu, a RAM w jego hitachi wystarczał, by za ten bilet zapłacić. Pod warunkiem, że trafi do odpowiedniego pasera. I jeszcze ta pięćdziesiątka: prawie odmówiła, wiedząc, że wkrótce obrobi go z całej reszty majątku.

Kiedy wysiadł z windy, przy biurku siedział ten sam chłopak. Z inną książką.

- Dobra robota! - krzyknął Case przez plastikowy trawnik. - Nie musisz mi mówić. Sam wiem. Piękna kobieta przyszła mnie odwiedzić. Powiedziała, że ma klucz. Zarobiłeś drobny napiwek, powiedzmy: pięćdziesiąt Nowych.

Chłopak odłożył książkę.

- Kobieta. - Case przeciągnął kciukiem po czole. - Jedwab.

Uśmiechnął się szeroko. Chłopiec odpowiedział uśmiechem i kiwnął głową.

- Dzięki, durniu - mruknął Case.

Męczył się przez chwilę z zamkiem. Musiała coś popsuć, kiedy przy nim grzebała, pomyślał. Amatorka. Wiedział, gdzie wypożyczyć czarną skrzynkę, która otworzy wszystko w Tanim Hotelu. Jarzeniówki błysnęły, gdy wsuwał się do środka.

- Zamknij luk powoli i spokojnie, przyjacielu. Wciąż masz przy sobie tę specjalność lokalu, którą dostałeś od kelnera?

Siedziała plecami do ściany po drugiej stronie skrzyni. Opierała przedramiona o podciągnięte kolana. Spomiędzy palców sterczał dziurkowany wylot strzałkowego pistoletu.

- To byłaś ty? Wtedy, przy automatach? - Zatrzasnął klapę. - Gdzie Linda?

- Wciśnij przełącznik rygla.

Usłuchał.

- To twoja dziewczyna? Linda?

Przytaknął.

- Poszła sobie. Zabrała hitachi. Nerwowy dzieciak. Co z twoją spluwą?

Nosiła lustrzane okulary. Miała czarne ubranie, a obcasy czarnych butów wbijały się głęboko w piankę podłogi.

- Oddałem Shinowi. Odebrałem zastaw. Naboje sprzedałem mu z powrotem, za pół ceny. Chcesz pieniędzy?

- Nie.

- Może trochę suchego lodu? W tej chwili nie mam nic więcej.

- Co w ciebie wstąpiło wieczorem? Po co odegrałeś tę scenę w salonie? Musiałam narobić bałaganu, kiedy przypętał się ten najemny glina z nunczako.

- Linda powiedziała, że chcesz mnie zabić.

- Linda tak powiedziała? W życiu jej nie widziałam. Dopiero tutaj.

- Nie pracujesz dla Wage'a?

Pokręciła głową. Zauważył, że jej okulary były chirurgicznie wszczepione i okrywały oczodoły. Srebrzyste szkła wyrastały z gładkiej bladej skóry ponad kośćmi policzkowymi, obramowane czarnymi, nierówno przyciętymi włosami. Szczupłe białe palce, zaciśnięte wokół strzałkowca, miały paznokcie barwy burgunda. Chyba sztuczne.

- Wszystko spieprzyłeś, Case. Ledwo się zjawiłam, od razu wpakowałeś mnie w swoją wersję rzeczywistości.

- Więc czego chcesz? - Oparł się o klapę luku.

- Ciebie. Jedno żywe ciało ze sprawnym, w miarę, mózgiem. Molly, Case. Mam na imię Molly. Zabieram cię do człowieka, dla którego pracuję. Chce tylko pogadać. Nic więcej. Nikt ci nie zrobi krzywdy.

- To dobrze.

- Tyle że ja czasem krzywdzę ludzi. Chyba tak już jestem poskręcana.

Miała obcisłe czarne skórzane spodnie i luźną czarną kurtkę z jakiegoś matowego tworzywa, które wyglądało, jakby pochłaniało światło.

- Będziesz grzeczny, Case, jeśli schowam ten strzałkowiec? Wyglądasz na faceta, który lubi głupio ryzykować.

- Nie ma sprawy. Jestem spokojny. Jak dziecko, żadnych problemów.

- Doskonale. - Pistolet zniknął pod czarną kurtką. - Bo gdybyś postanowił spróbować, byłaby to najgłupsza decyzja w twoim życiu.

Wyciągnęła ręce, rozszerzyła lekko palce. Z ledwie słyszalnym szczękiem spod burgundowych paznokci wyskoczyło dziesięć obosiecznych czterocentymetrowych skalpeli.

Patrzyła na nie z uśmiechem. Ostrza skryły się wolno.

 

2

Po roku w skrzyniach pokój na dwudziestym piątym piętrze Hiltona w Chibie wydawał się gigantyczny. Miał wymiary dziesięć metrów na osiem, połowa apartamentu. Biały ekspres Brauna parował na małym stoliczku przy rozsuwanych szklanych płytach, zamykających niewielki balkon.

- Wlej w siebie trochę kawy. Przyda ci się. - Molly zdjęła czarną kurtkę. Strzałkowiec wisiał pod jej pachą w czarnej kaburze. Miała na sobie szarą kamizelkę, z metalowymi zamkami na ramionach. Kuloodporna, domyślił się Case, nalewając kawy do jaskrawoczerwonego kubka. Miał wrażenie, że jego ręce i nogi są zrobione z drewna.

- Case...

Podniósł głowę. Widział tego mężczyznę po raz pierwszy w życiu.

- Nazywam się Armitage.

Ciemny szlafrok luźno związany paskiem, szeroka pierś, bezwłosa i muskularna, płaski, twardy brzuch. Niebieskie oczy, blade jak wytrawione kwasem.

- Wzeszło słońce, Case. Zaczął się twój szczęśliwy dzień.

Case machnął ręką w bok, ale obcy bez trudu uskoczył przed strumieniem kawy. Brązowa plama wykwitła na ścianie pokrytej imitacją ryżowego papieru. Dostrzegł kanciasty złoty kolczyk w lewym uchu: Oddziały Specjalne. Mężczyzna uśmiechnął się.

- Weź sobie kawy, Case - poradziła Molly. - Nic się nie stało, ale nie wyjdziesz stąd, póki Armitage nie powie tego, co ma do powiedzenia.

Siedziała po turecku na krytym jedwabiem materacu i, nie patrząc, rozkładała pistolet. Podwójne zwierciadła śledziły go, gdy szedł do stolika i napełniał kubek.

- Jesteś za młody, żeby pamiętać wojnę, Case. - Armitage przeczesał palcami krótko przycięte kasztanowe włosy. Na jego nadgarstku błyszczała ciężka złota bransoleta. - Leningrad, Kijów, Syberia. Wynaleźliśmy cię na Syberii, Case.

- Co to ma znaczyć?

- Rycząca Pięść, Case. Słyszałeś już tę nazwę.

- Jakiś atak, co? Próba wypalenia tego rosyjskiego centrum programami wirusowymi. Tak, słyszałem. Nikt nie przeżył.

Wyczuł nagły wzrost napięcia. Armitage podszedł do okna i spojrzał na Zatokę Tokijską.

- To nieprawda. Jeden oddział przedostał się do Helsinek.

Case wzruszył ramionami i łyknął kawy.

- Jesteś kowbojem konsoli. Prototypy programów, jakich używasz, by przełamać przemysłowe banki danych, zostały opracowane dla Ryczącej Pięści. Do ataku na ośrodek komputerowy w Kierensku. Podstawowym modułem była motolotnia Nightwing, pilot, dek matrycy i dżokej. Uruchamialiśmy wirus zwany Kretem. Seria Kretów była pierwszą generacją prawdziwych programów intruzyjnych.

- Lodołamaczy - mruknął znad czerwonego kubka Case.

- Lód od LOD-u, logicznego oprogramowania defensywnego.

- Problem w tym, drogi panie, że już nie jestem dżokejem. Chyba pora, żebym sobie poszedł.

- Byłem tam, Case. Byłem, kiedy powstawał twój gatunek.

- Nie masz, chłopie, nic wspólnego ze mną i z moim gatunkiem. Jesteś po prostu bogaty i stać cię na takie kosztowne panienki z brzytwami, które eskortują moją dupę aż tutaj. - Podszedł do okna i spojrzał w dół. - Tam teraz mieszkam.

- Nasz profil wykazuje, że chciałeś zmusić ulicę, by cię zabiła, gdy się tylko odwrócisz.

- Profil?

- Zrealizowaliśmy szczegółowy model. Wykupiliśmy symulację każdego z twoich wcieleń i przelecieliśmy parę wojskowych programów. Model daje ci miesiąc życia na zewnątrz. A prognoza medyczna wykazuje, że w ciągu roku będziesz potrzebował nowej trzustki.

- My. - Case spojrzał w blade niebieskie oczy. - Kto "my"?

- Co byś powiedział, gdybym cię zapewnił, że potrafimy wyleczyć uszkodzenia twojego mózgu?

Armitage wydał się nagle Case'owi kimś wyrzeźbionym w bloku metalu: bezwładny, potwornie ciężki. Statua. Wiedział wtedy, że to tylko sen i że zaraz nastąpi przebudzenie. Armitage już się nie odezwie. Sny Case'a zawsze kończyły się taką stop-klatką, a ten właśnie dobiegał końca.

- Co ty na to, Case?

Case spojrzał na zatokę i zadrżał.

- Powiedziałbym, że pieprzysz jak stary.

Armitage skinął głową.

- A potem zapytałbym o warunki.

- Podobne do tych, do jakich jesteś przyzwyczajony.

- Pozwól mu się trochę przespać, Armitage - wtrąciła Molly. Elementy broni leżały przed nią na jedwabiu niby jakaś kosztowna łamigłówka. - Rozłazi się w szwach.

- Warunki - powtórzył Case. - Już. W tej chwili.

Wciąż drżał. Nie mógł powstrzymać drżenia.

* * *

Klinika była bezimienna i elegancko urządzona: kilka smukłych pawilonów oddzielonych japońskimi ogródkami. Pamiętał to miejsce. Był tu, gdy przez pierwszy miesiąc w Chibie sprawdzał wszystkie takie ośrodki.

- Boisz się, Case. Naprawdę się boisz.

Było niedzielne popołudnie i stał obok Molly na czymś w rodzaju dziedzińca. Białe głazy, kępa zielonych bambusów, czarny żwir zagrabiony w gładkie fale. Mechaniczny ogrodnik, podobny do wielkiego metalowego kraba, pracował przy bambusach.

- Uda się, Case. Nie masz pojęcia, czym dysponuje Armitage. Za doprowadzenie cię do porządku płaci tym chłopakom programem. Tym, który dostali, żeby wiedzieli, jak to zrobić. Wyskoczą trzy lata przed całą konkurencję. Wyobrażasz sobie, ile to warte?

Zaczepiła kciuki o pętle paska skórzanych dżinsów i kołysała się lekko na lakierowanych obcasach czerwonych kowbojskich butów. Wąskie noski pokrywało lśniące meksykańskie srebro. Szkła przypominały puste kałuże rtęci i wpatrywały się w niego z owadzią obojętnością.

- Jesteś ulicznym samurajem - stwierdził. - Jak długo dla niego pracujesz?

- Parę miesięcy.

- A przedtem?

- Dla kogoś innego. Wiesz, pracująca dziewczyna.

Przytaknął.

- To śmieszne, Case.

- Co jest śmieszne?

- Zupełnie, jakbym cię znała. Z tego profilu, który on dostał. Wiem, jak jesteś poskręcany.

- Nie znasz mnie, siostro.

- Jesteś w porządku facet, Case. To, co ci dolega, nazywa się pech.

- A co z nim? Też w porządku, Molly?

Automatyczny krab ruszył ku nim, starannie wybierając drogę przez fale żwiru. Spiżowa skorupa wyglądała, jakby miała z tysiąc lat. Kiedy znalazł się metr od jej butów, odpalił błysk światła i zamarł na chwilę, analizując dane.

- Zawsze, Case, zawsze i przede wszystkim dbam o własny, słodki tyłek.

Krab zmienił kurs, by ją wyminąć, ale kopnęła precyzyjnie i z gracją. Srebrny czubek buta brzęknął o skorupę. Robot padł na grzbiet, ale spiżowe kończyny szybko przywróciły mu właściwą pozycję.

Case przysiadł na głazie i czubkami butów kreślił linie zakłócające symetrię żwirowych fal. Szukał w kieszeniach papierosów.

- W koszuli - rzuciła.

- Odpowiesz mi? - Wyłowił pomiętego yeheyuana, a ona podała mu ogień cienką płytką niemieckiej stali, która wyglądała jak wyposażenie stołu operacyjnego.

- No dobra. Ten facet musi coś planować, coś ważnego. Ma kupę szmalu, a nigdy przedtem nie miał. I przez cały czas dostaje więcej. - Case rozpoznał wyraz napięcia w linii ust. - A może coś ważnego planuje Armitage'a...

- Nie rozumiem.

Wzruszyła ramionami.

- Właściwie sama nie wiem. Nie mam pojęcia, dla kogo i czego naprawdę pracujemy.

Wpatrywał się w podwójne zwierciadła. W sobotę rano, kiedy wyszedł z Hiltona, wrócił do Taniego Hotelu i przespał dziesięć godzin. Potem wybrał się na długi spacer bez celu wzdłuż strefy ochronnej portu i obserwował, jak za łańcuchami krążą mewy. Jeśli go śledziła, robiła to fachowo. Unikał Miasta Nocy. Czekał w skrzyni na telefon Armitage'a. A teraz ten cichy dziedziniec, niedzielne popołudnie, ta dziewczyna z ciałem gimnastyczki i dłońmi iluzjonisty...

- Pozwoli pan, sir. Anestezjolog już czeka. - Technik skłonił się, odwrócił i zniknął za drzwiami. Nie sprawdzał, czy Case idzie za nim.

* * *

Chłodny, stalowy zapach. Pieszczota lodu na plecach.

Zagubiony. Zupełnie maleńki, w ciemności, marzną dłonie, obraz ciała znika w korytarzach telewizyjnego nieba.

Głosy.

Potem czarny płomień odnalazł rozgałęzione dopływy nerwów; ból przewyższający wszystko, czemu nadano nazwę bólu...

* * *

Spokojnie. Nie ruszaj się.

Ratz tam był, i Linda Lee, Wage i Lonny Zone, setka twarzy z neonowego lasu, marynarze, popychacze i dziwki w miejscu, gdzie niebo jest trującym srebrem, poza łańcuchami i więzieniem czaszki.

Nie szarp się, do cholery.

Gdzie niebo blednie od trzasków zakłóceń do bezkoloru matrycy, dostrzegł shuriken, swoje gwiazdy.

- Przestań, Case. Muszę trafić w żyłę!

Siedziała mu okrakiem na piersi, z błękitną plastikową strzykawką w ręku.

- Jeśli się nie uspokoisz, podetnę ci to pieprzone gardło. Jesteś napchany inhibitorami endorfiny.

* * *

Przebudził się i znalazł ją leżącą obok, w ciemności.

Miał wrażenie, że jego szyja zbudowana jest z suchych gałązek, tak była krucha i łamliwa. Równomierny puls bólu spływał wzdłuż kręgosłupa. Obrazy powstawały i zanikały: migotliwy montaż wież i kopuł Fullera Ciągu, niewyraźne sylwetki, idące ku niemu w cieniu mostu czy balkonu...

- Case? Już środa, Case. - Poruszyła się, wyciągnęła rękę ponad nim. Pierś musnęła ramię. Słyszał, jak zdziera foliowy kapsel i pije.

- Masz. - Wsunęła mu butelkę do ręki. - Widzę w ciemności, Case. Mam w szkłach mikrokanałowy wzmacniacz obrazu.

- Plecy mnie bolą.

- Tamtędy wymieniali płyn. Krew też. To dlatego, że dorzucili ci jeszcze nową trzustkę. I wszczepili trochę świeżej tkanki w wątrobę. Nie wiem, co wyczyniali z nerwami. Masa zastrzyków. W każdym razie nie musieli niczego otwierać do głównego numeru.

Położyła się.

- Jest 2:43:12, Case. Mam odczyt czasu podłączony do nerwu wzrokowego.

Usiadł i spróbował się napić. Zakrztusił się, zakasłał, letnia woda spryskała pierś i uda.

- Muszę sprawdzić z dekiem - usłyszał własny głos. Po omacku szukał ubrania. - Chcę wiedzieć...

Roześmiała się. Drobne, silne dłonie pochwyciły jego ramiona.

- Przykro mi, wariacie. Jeszcze osiem dni. Twój system nerwowy byłby w strzępach, gdybyś się teraz podłączył. Tak powiedzieli lekarze. Poza tym uważają, że wszystko w porządku. Sprawdzą jutro albo pojutrze.

Położyła się znowu.

- Gdzie jesteśmy?

- W domu. W Tanim Hotelu.

- A gdzie Armitage?

- W Hiltonie. Sprzedaje tubylcom paciorki albo coś w tym stylu. Niedługo się wynosimy, chłopie. Amsterdam, Paryż, potem znowu Ciąg. - Dotknęła jego ramienia. - Przewróć się. Zrobię ci masaż.

Leżał na brzuchu, czubkami palców wyciągniętych rąk dotykając ścianki skrzyni. Molly zajęła się grzbietem. Klęczała na gąbce; czuł chłodny dotyk skórzanych dżinsów. Palcami muskała jego szyję.

- Dlaczego nie jesteś w Hiltonie?

Odpowiedziała, sięgając między jego uda i delikatnie, dwoma palcami, obejmując mosznę. Pieściła go przez minutę, wyprostowana wśród mroku, drugą ręką gładząc szyję. Skóra jej dżinsów trzeszczała cicho przy każdym poruszeniu. Case drgnął, czując, jak sztywnieje na miękkiej gąbce.

W głowie mu szumiało, ale kruchość szyi chyba ustąpiła. Uniósł się na łokciu, przewrócił, opadł na plecy, przyciągnął ją i lizał jej piersi. Małe, twarde, wilgotne sutki ześlizgiwały się po policzku. Odszukał zamek spodni i pociągnął.

- Zostaw - rzuciła. - Widzę.

Odgłos zsuwanych dżinsów. Poruszała się przy nim, póki nie odrzuciła ich na bok. Przełożyła nad nim nogę, a on dotknął jej twarzy. Nieoczekiwana twardość wszczepionych szkieł.

- Nie rób - powiedziała. - Zostają ślady.

Uklękła nad nim i poprowadziła jego dłoń, kciukiem wzdłuż szczeliny pośladków, z palcami rozłożonymi na wargach sromu. Gdy zsuwała się w dół, powróciły obrazy, pulsujące twarze, rozbłyskujące i gasnące strzępy neonów. Wygiął grzbiet, gdy go objęła. Ujeżdżała go, opadając raz za razem, aż doszli równocześnie. Orgazm zapłonął błękitem w bezczasowej przestrzeni, pustce jak w matrycy, gdzie twarze rozpadały się i znikały w korytarzach huraganu, a jej mocne i wilgotne uda ściskały jego biodra.

* * *

Na Ninsei rzadsza, robocza wersja tłumu przechodniów wykonywała rytualne figury złożonego tańca. Fale dźwięku przelewały się drzwiami salonów pachinko i gier automatycznych. Case zajrzał do "Chat". Zone doglądał swoich dziewczyn w ciepłym, pachnącym piwem mroku. Ratz stał za barem.

- Widziałeś Wage'a, Ratz?

- Nie dzisiaj. - Barman spojrzał na Molly i demonstracyjnie uniósł brew.

- Jak go spotkasz, powiedz, że mam forsę.

- Szczęście zaczyna ci sprzyjać, artysto?

- Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić.

* * *

- Słuchaj, muszę zobaczyć tego faceta. - Case obserwował swoje odbicie w lustrze okularów. - Mam z nim interesy, które powinienem zamknąć.

- Armitage nie będzie zadowolony, jeżeli spuszczę cię z oczu. - Stała z rękami na biodrach pod wytopionym zegarem Deane'a.

- On nie zechce rozmawiać, póki tu jesteś. Zresztą, pieprzę Deane'a, sam potrafi o siebie zadbać. Ale są ludzie, którzy pójdą pod glebę, jeśli bez słowa wyjadę z Chiby. To moi ludzie. Rozumiesz?

Zacisnęła usta i pokręciła głową.

- Mam ludzi w Singapurze, tokijskie kontakty w Shinjuku i Asakuza. Oni padną, zrozum - kłamał, trzymając ją za rękaw czarnej kurtki. - Pięć. Tylko pięć minut. Według twojego zegarka. Dobrze?

- Nie za to biorę pieniądze.

- To, za co ci płacą, to jedna sprawa. A paru moich bliskich przyjaciół, ginących tylko dlatego, że zbyt dosłownie traktujesz instrukcje, to całkiem inna.

- Gówno. Bliscy przyjaciele mojej dupy. Idziesz, bo chcesz nas sprawdzić u twojego kumpla przemytnika. - Oparła stopę o zakurzony stolik w stylu Kadinsky'ego.

- Case, stary druhu, wygląda na to, że twoja towarzyszka jest uzbrojona. I ma w głowie sporą ilość silikonu. O co ci właściwie chodzi? - Upiorne chrząknięcie Deane'a zawisło między nimi.

- Zaczekaj, Julie. Zresztą i tak wejdę sam.

- Możesz być tego pewien, synu. Nie zgodziłbym się na nic innego.

- Dobra - powiedziała. - Idź. Ale tylko pięć minut. Potem wejdę i wychłodzę twojego kumpla permanentnie. A przy okazji spróbuj się trochę zastanowić.

- Nad czym?

- Dlaczego właściwie robię ci przysługę. - Odwróciła się i wyszła, mijając stosy pojemników konserwowanego imbiru.

- Obracasz się w dziwniejszym niż zwykle towarzystwie - zauważył Deane.

- Julie, ona sobie poszła. Wpuścisz mnie? Proszę.

Zgrzytnęły rygle.

- Powoli, Case - ostrzegł głośnik.

- Włącz sprzęt, Julie. Wszystko, co masz w biurku - rzucił Case, siadając na kręconym krześle.

- Zawsze jest włączony - odparł uprzejmie Deane, wyjmując rewolwer zza rozłożonej starej maszyny do pisania. Wymierzył w Case'a. Rewolwer był potężny, magnum z odpiłowaną lufą. Wycięto też przednią część osłony spustu, a kolbę owinięto czymś, co przypominało starą taśmę klejącą. Case pomyślał, że broń wygląda dziwacznie w wypielęgnowanych palcach Deane'a.

- To tylko na wszelki wypadek, rozumiesz. Nic do ciebie nie mam. A teraz mów, czego chcesz.

- Potrzebna mi lekcja historii, Julie. I informacja o kimś.

- Coś się ruszyło, synu? - Deane miał na sobie pasiastą koszulę w cukierkowych barwach, z kołnierzykiem białym i sztywnym jak porcelana.

- Ja, Julie. Wyjeżdżam. Już mnie nie ma. Ale wyświadcz mi jeszcze uprzejmość.

- Informacja o kim, synu?

- Gaijin nazwiskiem Armitage. Ma apartament w Hiltonie.

- Siedź spokojnie, Case. - Deane odłożył broń i wystukał coś na klawiaturze małego terminalu. - Wiesz chyba tyle samo, co moja siatka. Ten dżentelmen dogadał się chwilowo z yakuzą, a synowie neonowej chryzantemy mają swoje sposoby ochrony sprzymierzeńców przed takimi jak ja. Wolę się nie przebijać. A teraz historia. Wspominałeś o historii. - Podniósł rewolwer, ale tym razem nie wycelował go w Case'a. - O jaką historię ci chodzi?

- O wojnę. Byłeś na wojnie, Julie?

- Wojnę? Co można o niej powiedzieć? Trwała trzy tygodnie.

- Rycząca Pięść.

- Słynna sprawa. Nie uczą was tego w szkole? Tuż po wojnie był to cholerny polityczny football. Afera jak Watergate, do samego piekła i z powrotem. Twoja góra, znaczy szefowie z Ciągu, dołączyła... zaraz, gdzie to było? W McLean? Wszystko w bunkrach... wielki skandal. Zmarnowali sporą porcję młodego, patriotycznego mięsa tylko po to, żeby przetestować jakąś nową technologię. Jak się potem okazało, wiedzieli o rosyjskiej obronie. Wiedzieli o empach, promiennikach impulsów magnetycznych. Ale posłali tych chłopców mimo wszystko, żeby sprawdzić. - Deane wzruszył ramionami. - Iwan strzelał do nich jak do kaczek.

- Ktoś się wyrwał?

- Chryste - westchnął Deane. - To były ciężkie czasy. Ale chyba tak, paru się udało. Jednej grupie. Przechwycili ruski szturmowiec. Wiesz, helikopter. Dolecieli nim do Finlandii. Nie znali kodów wejściowych i po drodze ostro ostrzelali fińską obronę. To byli goście z Oddziałów Specjalnych. - Pociągnął nosem. - Szlag by to trafił.

Case przytaknął. Zapach imbiru przyprawiał o mdłości.

- Przeżyłem wojnę w Lizbonie. - Deane odłożył rewolwer. - Piękne miejsce.

- Byłeś w wojsku, Julie?

- Raczej nie. Chociaż widziałem kilka akcji. - Uśmiechnął się swym dziecinnym uśmiechem. - To wspaniałe, co wojna robi z rynkami zbytu.

- Dzięki, Julie. Jestem ci winien przysługę.

- Drobiazg, Case. Do zobaczenia.

* * *

Później powtarzał sobie, że ten wieczór u Sammiego od początku wydawał się nie taki jak trzeba, że wyczywał to już wtedy, gdy szedł za Molly tamtym korytarzem, rozdeptując warstwę starych biletów i styropianowych kubków. Wyczuwał śmierć Lindy.

Po spotkaniu z Deane'em poszli do Namban, gdzie plikiem nowych jenów Armitage'a spłacił dług u Wage'a. Wage był zadowolony, jego chłopcy przeciwnie, a Molly uśmiechała się z ekstatyczną, dziką intensywnością, wyraźnie marząc, by któryś z nich zrobił pierwszy ruch. Potem zabrał ją do "Chat" na drinka.

- Marnujesz czas, kowboju - powiedziała, kiedy z kieszeni kurtki wyjął ośmiokątną tabletkę.

- Niby czemu? Chcesz jedną? - Podał jej także.

- Twoja nowa trzustka, Case. I bezpieczniki w wątrobie. Armitage zaprojektował je, żeby omijały to śmiecie. - Stuknęła w ośmiokąt purpurowym paznokciem. - Jesteś biochemicznie niezdolny do odlotu na amfetaminie i kokainie.

- Szlag... - mruknął. Spojrzał na tabletkę, potem na nią.

- Zjedz. Zjedz nawet tuzin. Nic się nie stanie.

Zjadł. Nic się nie stało.

Trzy piwa później Molly zapytała Ratza o walki.

- U Sammiego - odparł barman.

- Beze mnie - stwierdził Case. - Słyszałem, że ludzie się tam zabijają.

Po godzinie kupowała bilety od chudego Tajlandczyka w białej koszulce i luźnych spodenkach.

Lokal Sammiego był powietrzną kopułą ze sztywnej tkaniny wzmocnionej siatką cienkich stalowych linek, stojącą przy portowym magazynie. Korytarz z drzwiami na obu końcach służył za prymitywną śluzę, utrzymującą niezbędną różnicę ciśnień. Pierścienie jarzeniówek tkwiły w równych odstępach na drewnianym suficie, większość potłuczona już dawno temu. Wilgotne powietrze przygniatało zapachem potu i betonu.

Nie był przygotowany na widok areny, tłumu, na pełną napięcia ciszę, na gigantyczne świetlne kukiełki pod kopułą. Beton opadał tarasami do centralnej sceny, kolistego podwyższenia otoczonego gąszczem sprzętu projekcyjnego. Było ciemno; jedynie dwa hologramy przesuwały się migotliwie nad ringiem, powtarzając ruchy walczących. Warstwy papierosowego dymu unosiły się nad widownią, dryfując wolno, póki nie trafiały w prądy powietrza dmuchaw podtrzymujących kopułę. Było cicho; jedynie dmuchawy szumiały dyskretnie, a z głośników dobiegały wzmocnione oddechy zawodników.

Barwne odbicia pełzały w okularach Molly, gdy mężczyźni krążyli wokół siebie. Hologramy powiększały dziesięciokrotnie i noże w rękach miały prawie metr długości. Chwyt noża przy walce to chwyt szermierczy, przypomniał sobie Case. Palce obejmują rękojeść, z kciukiem wzdłuż ostrza. Wydawało się, że klingi dryfowały samodzielnie; szybowały z rytualną powolnością, ostrze mijało ostrze. Szukali luki w osłonie. Zwrócona ku górze twarz Molly stała się gładka i nieruchoma.

- Poszukam czegoś do jedzenia - poinformował Case.

Skinęła głową, pochłonięta tańcem na arenie.

Nie podobało mu się tutaj.

Odwrócił się i wszedł w cień. Za ciemno. I za cicho.

Zauważył, że widzami byli głównie Japończycy, i to nie typowi bywalcy Miasta Nocy. Raczej technicy z lepszych dzielnic. Przypuszczał, że arena zyskała aprobatę komitetu rekreacyjnego jakiejś korporacji. Przez chwilę zastanawiał się, jak to by było pracować przez całe życie dla którejś zaibatsu. Firmowe mieszkanie, firmowy hymn, firmowy pogrzeb.

Zanim znalazł budki z jedzeniem, okrążył niemal całą kopułę. Kupił yakitori na cienkich patyczkach i dwa wysokie kartonowe kubki piwa. Spojrzał na hologramy; krew znaczyła pierś jednej z figur. Gęsty brunatny sos ściekał mu na palce.

Za siedem dni będzie mógł się podłączyć. Kiedy zamykał oczy, widział matrycę.

Cienie zafalowały, gdy hologramy podjęły taniec.

Nagle poczuł ucisk supła lęku między łopatkami. Po żebrach spłynął lodowaty strumyk potu. Operacja się nie udała. Wciąż był tutaj, wciąż był mięsem, żadna Molly nie czeka wpatrzona w migotanie noży, żaden Armitage w Hiltonie nie trzyma dla niego biletów, nowego paszportu i pieniędzy. Wszystko to jest tylko snem, żałosnym wytworem fantazji... Gorące łzy stanęły w oczach.

W czerwonym błysku światła z nasady szyi trysnęła krew. Tłum wrzeszczał, wstawał, wrzeszczał... gdy jedna z postaci osunęła się bezwładnie, jej hologram bladł, zanikał...

Ostry smak wymiotów w gardle. Zamknął oczy, odetchnął głęboko, otworzył i zobaczył, jak mija go Linda. Jej szare oczy były ślepe z przerażenia. Nosiła ten sam francuski kombinezon.

Zniknęła. W cieniu.

Czysty, podświadomy odruch: rzucił piwo i kurczaka i pobiegł za nią. Może ją wołał; nie pamiętał dokładnie.

Powidok pojedynczej, cienkiej jak włos linii czerwonego światła. Rozcięła beton pod cienkimi podeszwami butów.

Białe tenisówki Lindy błyskały teraz bliżej wygiętej ściany. Znowu mignął w oczach upiorny promień lasera; podskakiwał w polu widzenia zgodnie z rytmem biegu.

Ktoś podłożył mu nogę. Beton obcierał skórę dłoni.

Przetoczył się i kopnął, ale nie trafił. Zobaczył, jak pochyla się nad nim chudy chłopak o ułożonych w kolce blond włosach, podświetlonych od tyłu tęczową aureolą. Postać nad sceną uniosła nóż w stronę wiwatującego tłumu. Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął coś z rękawa: brzytwę, która zalśniła czerwienią, gdy w ciemności mignął trzeci promień. Ostrze niby różdżka magika zsuwało się ku krtani.

Twarz zniknęła w brzęczącym obłoku mikroskopijnych wybuchów: strzałki Molly, dwadzieścia na sekundę. Chłopak kaszlnął konwulsyjnie i runął na nogi Case'a.

Szedł w stronę budek z jedzeniem, w cień. Spojrzał w dół, oczekując rubinowej igły wyskakującej z piersi. Nic. Znalazł ją. Leżała z zamkniętymi oczami u stóp betonowego filaru. Czuł zapach gotowanego mięsa. Tłum wykrzykiwał imię zwycięzcy. Sprzedawca piwa wycierał kurki ciemną szmatą. Jedna biała tenisówka zsunęła się i leżała przy jej głowie.

Idź wzdłuż ściany. Betonowa krzywa. Ręce w kieszeniach. Nie zatrzymuj się. Wśród niewidzących twarzy, wpatrzonych w obraz zwycięzcy nad ringiem. Twarz Europejczyka zatańczyła w świetle płomyka zapałki, wargi zaciśnięte na krótkim cybuchu metalowej fajki. Zapach haszyszu. Case szedł przed siebie, nie czując niczego.

- Case. - Z głębokiego mroku wynurzyły się jej lustra. - Nic ci nie jest?

Coś harczało i bulgotało w ciemności za jej plecami.

Pokręcił głową.

- Walka skończona, Case. Pora do domu.

Próbował ją wyminąć, wejść w mrok, gdzie coś umierało. Zatrzymała go, opierając dłoń na piersi.

- Kumple twojego strachliwego przyjaciela. Zabił dla ciebie tę dziewczynę. Nie najlepiej dobierałeś sobie przyjaciół w tym mieście. Kiedy sprawdzaliśmy ciebie, dostaliśmy też częściowy profil tego starego skurwiela. Za parę nowych usmażyłby każdego. Ten za mną powiedział, że trafili na nią, kiedy próbowała pchnąć twój RAM. Taniej wyszło zabić ją i zabrać. Zaoszczędzili trochę szmalu... Namówiłam tego z laserem, żeby mi o wszystkim opowiedział. Czysty przypadek, że akurat byliśmy w tym miejscu, ale musiałam się upewnić.

Mówiła zimnym, twardym tonem.

Case miał wrażenie, że mózg się zaciął.

- Kto? - zapytał. - Kto ich przysłał?

Podała mu zachlapaną krwią torbę konserwowanego imbiru. Dostrzegł, że ręce ma lepkie od krwi. Z tyłu, w mroku, ktoś wydał chrapliwy odgłos i umarł.

* * *

Kiedy załatwili pooperacyjną kontrolę w klinice, Molly zabrała go na lotnisko. Armitage już czekał. Wynajął poduszkowiec. Ostatnim widokiem Chiby były ciemne łuki eleganckiej zabudowy. Potem mgła okryła czarne wody i dryfujące ławice odpadków.

 

1 Dymnik

Duch był pożegnalnym prezentem ojca. Ubrany na czarno sekretarz przekazał go w holu odlotów Narity.

Przez pierwsze dwie godziny lotu do Londynu leżał zapomniany w torebce: gładki, ciemny owal, ozdobiony z jednej strony wszechobecnym logo Maas-Neotek, z drugiej łagodnie wygięty, by pasował do dłoni użytkownika.

Siedziała sztywno wyprostowana w fotelu kabiny pierwszej klasy, z twarzą ułożoną w zimną maseczkę, naśladującą najbardziej charakterystyczną minę nieżyjącej matki. Sąsiednie miejsca były puste; ojciec wykupił wszystkie. Zrezygnowała z posiłku, jaki zaproponował nerwowy steward. Te puste fotele najwyraźniej budziły w nim lęk przed bogactwem i potęgą jej ojca. Wahał się przez chwilę, potem skłonił i wycofał. Na krótki moment pozwoliła matczynej masce na uśmiech.

Duchy, pomyślała później, gdzieś nad Niemcami, wpatrując się w tapicerkę fotela obok. Jak dobrze jej ojciec traktował swoje duchy.

Duchy widziała także za oknem, duchy w stratosferze zimowej Europy, fragmentaryczne obrazy, które formowały się, gdy tylko jej oczy traciły ostrość widzenia. Matka w Ueno Park: delikatna twarz w blasku wrześniowego słońca. "Żurawie, Kumi! Spójrz na żurawie!". A Kumiko patrzyła ponad Jeziorem Shinobazu i nie widziała niczego, żadnych żurawi, tylko parę ruchomych czarnych punktów, z pewnością kruków. Woda była gładka jak jedwab barwy ołowiu, a blade hologramy migotały niewyraźnie nad odległą linią stanowisk łuczniczych. Kumiko miała jeszcze zobaczyć te żurawie, nie raz, w marzeniach. Były origami, kanciastymi tworami składanymi z neonowych plansz, jasnymi sztywnymi ptakami żeglującymi w księżycowej przestrzeni szaleństwa matki...

Wspominała ojca w czarnym kimono rozwartym na wytatuowanym szturmie smoków, przygarbionego za ogromną hebanową pustynią biurka, z oczami chłodnymi i błyszczącymi jak malowane oczy lalki. "Twoja matka nie żyje. Czy rozumiesz?". A dookoła płaszczyzny cieni w gabinecie: kanciasta ciemność. Jego dłoń wysuwająca się do przodu, w krąg światła lampy, rękaw kimona zsuwa się, odsłaniając złotego rolexa i kolejne smoki z grzywami zwiniętymi w fale, wykłute mocno i ciemno wokół przegubu, wskazujące... Wskazujące na nią. "Czy zrozumiałaś?". Nie odpowiedziała, ale uciekła w tajne miejsce, do komórki najmniejszych maszyn czyszczących. Tykały wokół niej przez całą noc, co kilka minut skanowały ją różowymi błyskami laserowego światła. Aż wreszcie znalazł ją ojciec, pachnący whisky i papierosami Dunhilla. I zaniósł do pokoju na piętrze apartamentu.

Wspominała tygodnie, jakie nadeszły potem, puste dni, spędzane zwykle w odzianym na czarno towarzystwie tych czy innych sekretarzy, opanowanych mężczyzn z automatycznymi uśmiechami i ciasno zwiniętymi parasolami. Jeden z nich, najmłodszy i najmniej opanowany, próbował ją zabawić - na zatłoczonym chodniku Ginza, w cieniu zegara Hattori - zaimprowizowanym pokazem kendo. Przemykał sprawnie między zaskoczonymi sprzedawczyniami i zdumionymi turystami, a czarny parasol migotał nieszkodliwie w formalnych, starożytnych cięciach. Kumiko uśmiechnęła się wtedy własnym uśmiechem - zerwała żałobną maskę. Poczucie winy natychmiast wbiło się głębiej i jeszcze mocniej w to miejsce w sercu, gdzie ukryła pewność o swym wstydzie i niegodziwości. Najczęściej jednak sekretarze zabierali ją na zakupy, do jednego po drugim wielkiego magazynu przy Ginza, do dziesiątków butików Shinjuku, wspomnianych przez niebieski plastikowy przewodnik Michelina, mówiący sztywnym japońskim dla turystów. Kupowała tylko rzeczy brzydkie, brzydkie i bardzo drogie, a sekretarze maszerowali obok niej niewzruszenie, ściskając w mocnych dłoniach błyszczące torby. Co wieczór, kiedy wracała do apartamentu ojca, torby układano równo w jej sypialni, gdzie pozostawały nieotwierane i nietknięte, póki nie usunęły ich pokojówki.

A w siódmym tygodniu, w przeddzień jej trzynastych urodzin, postanowiono, że Kumiko odleci do Londynu.

* * *

- Będziesz gościem w domu mojego kobuna - poinformował ją ojciec.

- Ale ja nie chcę tam jechać - odparła i ukazała mu uśmiech matki.

- Musisz - oświadczył, odwracając się. - Wystąpiły pewne kłopoty - dodał w stronę ocienionego gabinetu. - W Londynie nic nie będzie ci grozić.

- A kiedy wrócę?

Ojciec nie odpowiedział. Skłoniła się i wyszła, wciąż nosząc na twarzy uśmiech matki.

* * *

Duch zbudził się pod dotknięciem Kumiko, kiedy zaczynali już się zniżać nad Heathrow. Pięćdziesiąta pierwsza generacja biochipów Maas-Neotek przywołała w fotelu obok niewyraźną postać: chłopca z jakiegoś wyblakłego obrazu polowania, ze skrzyżowanymi swobodnie nogami w wysokich myśliwskich butach i oliwkowych bryczesach.

- Cześć - odezwał się duch.

Kumiko mrugnęła i otworzyła dłoń. Chłopiec zamigotał i zniknął. Spojrzała na niewielki gładki aparat i powoli zacisnęła palce.

- Cześć po raz drugi - powiedział. - Jestem Colin. A ty?

Przyglądała się. Oczy miał jak jasnozielony dym, wysokie czoło blade i gładkie pod zwichrzoną ciemną grzywą. Poprzez lśniące zęby widziała fotel po drugiej stronie przejścia.

- Jeśli jestem dla ciebie zbyt widmowy... - uśmiechnął się - ...możemy podciągnąć rozdzielczość.

I nagle zmaterializował się w pełni, nieprzyjemnie wyraźny i rzeczywisty; zatrzask na klapie jego ciemnej kurtki wibrował z halucynatoryczną jasnością.

- To wyczerpuje baterie - stwierdził i zbladł do poprzedniego stanu. - Nie słyszałem jak ci na imię.

Znowu ten uśmiech.

- Nie jesteś prawdziwy - oznajmiła surowo.

Wzruszył ramionami.

- Nie trzeba tak głośno, panienko. Inni pasażerowie uznają cię za dziwaczkę, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. Subwokalizacja, to właściwy sposób. Wychwytuję wszystko przez skórę... - Wyprostował nogi i przeciągnął się, splatając dłonie na karku. - Pas, panienko. Ja sam nie muszę się przypinać, gdyż nie jestem, jak to zauważyłaś, prawdziwy.

Kumiko zmarszczyła brwi i rzuciła aparat duchowi na kolana. Zniknął. Zapięła pas, spojrzała na zabawkę, zawahała się i podniosła ją znowu.

- A więc pierwszy raz w Londynie? - zapytał, wypływając z peryferii pola widzenia.

Przytaknęła odruchowo.

- Nie denerwują cię loty? Nie boisz się?

Pokręciła głową. Czuła się idiotycznie.

- Nie szkodzi - rzekł duch. - Będę na ciebie uważał. Heathrow za trzy minuty. Ktoś cię odbierze?

- Wspólnik mojego ojca - odpowiedziała po japońsku.

Duch wyszczerzył zęby.

- W takim razie trafisz z pewnością w dobre ręce. - Mrugnął porozumiewawczo. - Z mojego wyglądu trudno zgadnąć, że jestem lingwistą, prawda?

Kumiko przymknęła oczy, a duch szeptał do niej coś o odkryciach archeologicznych na Heathrow, o neolicie i epoce żelaza, o garnkach i narzędziach...

* * *

- Miss Yanaka? Kumiko Yanaka?

Anglik wyrastał nad nią, a wielkie ciało gaijin okrywały szerokie fałdy ciemnej wełny. Małe ciemne oczka przyglądały się jej uprzejmie zza okularów w stalowych ramkach. Nos wyglądał, jakby został kiedyś zgruchotany i nigdy porządnie niezłożony. Włosy, jakie mu jeszcze pozostały, mężczyzna golił do szarej szczeciny, a czarne wełniane rękawiczki były wystrzępione i bez palców.

- Bo ja, widzisz - dodał takim tonem, jakby to ją miało natychmiast uspokoić - mam na imię Petal.

* * *

Petal nazywał miasto Dymnikiem.

Kumiko drżała na chłodnej czerwonej skórze; przez okno starożytnego jaguara obserwowała płatki śniegu, opadające w dół i topniejące na drodze, którą Petal nazywał M4. Popołudniowe niebo było bezbarwne. Petal prowadził w milczeniu, sprawnie, ściągając wargi, jakby zaraz miał coś zagwizdać. Dla przybysza z Tokio ruch wydawał się absurdalnie nikły. Przyśpieszając, wyprzedzili bezzałogowy pojazd Eurotransu, z tępym dziobem wysadzanym sensorami i bateriami reflektorów. Mimo szybkości Kumiko czuła się tak, jakby stali w miejscu, jakby to cząstki Londynu krystalizowały się wokół niej: ściany z mokrej cegły, betonowe łuki, czarne żelazne pręty sterczące w górę jak rzędy włóczni.

Miasto definiowało się powoli. Kiedy zjechali już z M4 i jaguar czekał na skrzyżowaniach, dostrzegała poprzez śnieg twarze - zarumienione twarze gaijin ponad ciemną tkaniną, brody ukryte w szalach, kobiece obcasy stukające po srebrzystych kałużach. Rzędy sklepików i domów przypominały wspaniale odwzorowane detale akcesoriów, jakie widziała kiedyś rozstawione wokół modelu lokomotywy w Osace, w galerii handlarza europejskimi antykami.

Było tu całkiem inaczej niż w Tokio, gdzie przeszłość, czy raczej to, co z niej pozostało, chroniono z lękliwą troską. Tam historia stała się czymś niezwykłym, rzadkością osłanianą przez rząd i podtrzymywaną z funduszy korporacji. Tutaj wydawała się samą osnową rzeczywistości, jakby miasto było pojedynczą naroślą kamienia i cegieł, niezliczonymi warstwami wiadomości i znaczeń kolejnych epok, tworzonymi przez wieki zgodnie z dyktatem jakiegoś prawie już nieczytelnego DNA handlu i imperium.

- Żal, że Swain nie mógł wyjechać po ciebie osobiście - odezwał się człowiek imieniem Petal.

Kumiko nie miała kłopotów z jego akcentem, raczej z dziwną strukturą wypowiadanych zdań. Początkowo wzięła przeprosiny za polecenie. Pomyślała, czy nie uruchomić ducha, ale zrezygnowała z tego pomysłu.

- Swain - powtórzyła. - Pan Swain jest moim gospodarzem?

Wzrok Petala odszukał ją we wstecznym lusterku.

- Ojciec ci nie powiedział?

- Nie.

- Aha. - Kwinął głową. - Pan Yanaka dba o bezpieczeństwo w takich sprawach. Rozsądnie. Człowiek na jego stanowisku i tak dalej... - Westchnął ciężko. - Przepraszam za ogrzewanie. W garażu mieli się tym zająć...

- Czy jesteś sekretarzem pana Swaina? - zwróciła się do porośniętej szczeciną fałdy skóry nad kołnierzem grubego ciemnego płaszcza.

- Sekretarzem? - Przez chwilę się zastanawiał. - Nie - uznał w końcu. - Nie sekretarzem.

Przejechali przez rondo, obok lśniących metalicznych markiz i licznych wieczorem przechodniów.

- Jadłaś coś? Dali wam jakiś posiłek w czasie lotu?

- Nie byłam głodna...

Świadoma maski swej matki na twarzy...

- Swain coś dla ciebie znajdzie. Często je różne japońskie potrawy. - Dziwacznie cmoknął językiem. Obejrzał się.

Spoglądała obok niego, na pocałunki śnieżnych płatków, ścierane machnięciami wycieraczek.

* * *

Rezydencja Swaina na Notting Hill składała się z trzech połączonych wiktoriańskich domów, usytuowanych gdzieś w śnieżnym labiryncie skwerów, zaułków i uliczek. Petal, dźwigając w rękach po dwie walizki Kumiko, wyjaśnił, że numer 17 stanowi główne wejście także do numerów 16 i 18.

- Nie warto tam pukać - rzekł, wskazując niezgrabnie ciężkimi walizkami na lśniący czerwony lakier i mosiężne okucia drzwi pod 16. - Nic za nimi nie ma, tylko dwadzieścia centymetrów żelbetu.

Obejrzała się. Niemal identyczne fasady znikały wzdłuż łuku uliczki. Śnieg padał gęsto, a szare niebo rozjaśniło się łososiowym blaskiem sodowych latarni. Ulica była pusta, śnieg świeży i gładki. Wyczuwała jakiś obcy posmak w mroźnym powietrzu, słaby, ale przenikliwy zapach spalenizny i archaicznych paliw. Buty Petala pozostawiały duże, wyraźne ślady. Nosił czarne zamszowe oksfordy z wąskimi czubkami, na bardzo grubych, karbowanych podeszwach z czerwonego plastiku. Drżąc z zimna, szła za nim po szarych schodach prowadzących do numeru 17.

- Już jestem - oświadczył czarnym drzwiom. - Wejść.

Potem westchnął, postawił wszystkie cztery walizki na śniegu, zdjął rękawiczkę bez palców i przycisnął dłoń do wprawionego w drzwi krążka jasnej stali. Kumiko miała wrażenie, że słyszy cichutki pisk, brzęk owada: wznosił się coraz wyżej, aż ucichł, a drzwi drgnęły od stłumionego uderzenia cofających się magnetycznych sworzni.

- Nazwałeś je Dymnikiem - powiedziała, kiedy chwycił mosiężną gałkę. - Miasto...

Znieruchomiał.

- Dymnik... Tak. - Otworzył drzwi do ciepła i światła. - To dawne określenie, rodzaj przezwiska.

Chwycił walizki i wszedł na niebieski chodnik wyłożonego białymi panelami foyer. Ruszyła za nim. Drzwi zamknęły się za nimi, sworznie zaskoczyły z głuchym szczękiem. Nad białą boazerią wisiał obraz w mahoniowej ramie: konie na łące, niewielkie figurki w czerwonych frakach. Colin, chipowy duch, byłby tam jak u siebie, pomyślała. Petal znowu postawił jej bagaże. Zgnieciony śnieg upadł na niebieski chodnik. Mężczyzna otworzył kolejne drzwi, odsłaniając błyszczącą stalową kratę. Z brzękiem odsunął ją na bok. Patrzyła, nie rozumiejąc.

- Winda - wyjaśnił. - Nie ma miejsca na walizki. Przywiozę je drugą turą.

Mimo pozornie zaawansowanego wieku, winda ruszyła płynnie, gdy tylko Petal dotknął krótkim palcem porcelanowego guzika. Kumiko musiała stanąć bardzo blisko niego: pachniał mokrą wełną i jakąś kwiatową wodą do golenia.

- Umieściliśmy cię na górze - powiedział, wskazując wąski korytarz. - Pomyśleliśmy, że wolisz mieć trochę spokoju. - Otworzył drzwi i przepuścił ją do wnętrza. - Mam nadzieję, że to wystarczy. - Zdjął okulary i przetarł je energicznie zgniecioną chusteczką. - Przyniosę twoje walizki.

Kiedy wyszedł, Kumiko wolno obeszła masywną wannę z czarnego marmuru, zajmującą środek niedużego pokoju. Ściany pochylały się ostro ku sufitowi, wyłożone płytkami z plamistych złotych luster. Między dwoma mansardowymi okienkami stało największe łóżko, jakie kiedykolwiek widziała. Ponad nim wmontowano w lustro małe ruchome lampki, podobne do lampek nad fotelami w samolocie.

Stanęła obok wanny i dotknęła szyi służącego za kran złoconego łabędzia. Rozłożone skrzydła pełniły funkcje kurków. Powietrze w pokoju było ciepłe i nieruchome... Przez jedną chwilę miała uczucie, że niczym bolesna mgła wypełnia je obecność matki.

Petal chrząknął w progu.

- No tak... - Wniósł bagaże. - Wszystko w porządku? Jesteś głodna? Nie? Zostawię cię, żebyś się urządziła... - Ustawił walizki przy łóżku. - Gdybyś miała ochotę coś zjeść, to zadzwoń. - Wskazał ozdobny antyczny telefon z rzeźbionym mosiężnym mikrofonem i słuchawką na spiralnym uchwycie z kości słoniowej. - Wystarczy podnieść; nie musisz wykręcać numeru. Śniadanie zjesz, jak się obudzisz. Zapytaj kogokolwiek, pokaże ci gdzie. Potem możesz się spotkać ze Swainem...

Wrażenie obecności matki zniknęło wraz z powrotem Petala. Kiedy życzył jej dobrej nocy i zamknął drzwi, spróbowała znowu je wyczuć, ale nie pozostał nawet ślad.

Przez długi czas stała przy wannie, gładząc śliski metal łabędziej szyi.

 

3

Dom.

Dom to OMBA, Ciąg, Oś Metropolitalna Boston-Atlanta.

Zaprogramuj mapę, by wyświetlała częstotliwość transmisji danych, każdy tysiąc megabajtów jako jeden piksel na bardzo wielkim ekranie. Manhattan i Atlanta zapłoną jednostajną bielą. Potem zaczną pulsować - tempo transferu zagrozi przeciążeniem modelu. Twoja mapa może wybuchnąć jak nova. Ostudź ją. Zmień skalę. Jeden piksel to milion megabajtów. Przy stu milionach megabajtów na sekundę zaczniesz wyróżniać pewne bloki w centrum Manhattanu i kontury stuletnich ośrodków przemysłowych w dawnym centrum Atlanty...

* * *

Case przebudził się ze snów o lotniskach, o czarnych skórach Molly poruszających się przed nim na torowiskach Narity, Schiphol, Orly... Oglądał siebie, jak godzinę przed wschodem słońca kupuje w jakimś kiosku płaską plastikową butelkę duńskiej wódki.

Gdzieś w żelbetowych korzeniach Ciągu wagony pchały tunelem kolumnę stęchłego powietrza. Sam pociąg na indukcyjnej poduszce poruszał się bezgłośnie, ale przemieszczane powietrze sprawiało, że tunel śpiewał, schodząc basami w infradźwięki. Wibracje sięgały do pokoju, gdzie leżał; kurz unosił się ze szpar w zniszczonym parkiecie.

Otworzył oczy. Molly leżała naga, tuż poza zasięgiem ramienia, na drugim brzegu obszaru bardzo nowej, różowej gąbki. Od góry światło dnia wlewało się przez brudną kratę świetlika. Jeden półmetrowy kwadrat szyby zastąpiono dyktą. Przez wywiercony otwór wsuwał się gruby kabel, zwisający kilka centymetrów nad podłogą. Case leżał na boku i patrzył, jak Molly oddycha, na jej piersi, obrys bioder przywodzący na myśl funkcjonalną elegancję kadłuba myśliwskiego samolotu. Ciało dziewczyny było oszczędne, sprawne, z mięśniami jak u tancerki.

Pokój był duży. Case usiadł. Był także pusty, poza szerokim, różowym materacem i dwiema nylonowymi torbami podróżnymi, nowymi i identycznymi, leżącymi obok. Ślepe ściany, żadnych okien, jedne, pomalowane na biało, stalowe i ognioodporne drzwi. Ściany pokrywały niezliczone warstwy białej lateksowej farby. Fabryczny lokal. Znał takie pokoje, takie budynki; ich lokatorzy działali w strefie pośredniej, gdzie sztuka nie do końca była przestępstwem, a przestępstwo nie całkiem było sztuką.

Wrócił do domu.

Zsunął stopy na podłogę wyłożoną małymi drewnianymi płytkami. Niektórych brakowało, inne były całkiem obluzowane. Bolała go głowa. Pamiętał Amsterdam, inny pokój w zabytkowej części centrum, gdzie budynki miały po kilkaset lat. Molly wracała z nabrzeża kanału z sokiem pomarańczowym i jajkami. Armitage ruszył z jakąś tajemniczą misją, a oni szli po Dam Square do znanego jej baru na przejściu Damrak. Paryż był tylko niewyraźnym snem. Zabrała go na zakupy.

Wstał, wciągnął znalezioną przy łóżku pogniecioną parę nowych czarnych dżinsów i ukląkł przy torbach. Pierwsza, którą otworzył, należała do Molly: równo złożone ubrania i niewielkie, kosztowne z wyglądu drobiazgi. Druga była pełna rzeczy, których kupowania nie pamiętał: książki, taśmy, symstymowy dek, ubrania z francuskimi i włoskimi naszywkami. Pod zieloną koszulką znalazł płaski pakunek owinięty w origami z japońskiego, makulaturowego papieru.

Opakowanie pękło, gdy wyjmował paczkę; wypadła z niej jasna dziewięcioramienna gwiazda. Utknęła sztorcem w szczelinie parkietu.

- Prezent - odezwała się Molly. - Zauważyłam, że stale je oglądałeś.

Obejrzał się. Siedziała po turecku na materacu i paznokciami barwy burgunda sennie drapała się po brzuchu.

* * *

- Ktoś później wpadnie zabezpieczyć ten lokal - poinformował Armitage. Stał w otwartych drzwiach ze staromodnym magnetycznym kluczem w ręku.

Molly szykowała kawę na maleńkiej niemieckiej płytce, którą wyjęła z torby.

- Poradzę sobie - oświadczyła. - Mam wszystko co potrzebne. Infraskanery na perymetrze, brzęczyki...

- Nie - odparł, zamykając drzwi. - Chcę szczelnej ochrony.

- Jak sobie życzysz. - Miała na sobie czarną siatkową koszulkę wsuniętą w luźne bawełniane spodnie.

- Był pan w policji, panie Armitage? - zapytał Case. Siedział oparty plecami o ścianę.

Armitage nie był wyższy od niego, ale ze swymi szerokimi ramionami i wojskową postawą wypełniał sobą całe drzwi. Nosił ciemny, włoski garnitur, w prawej ręce trzymał czarny skórzany neseser. Zniknął kolczyk Oddziałów Specjalnych. Gładka twarz bez wyrazu ukazywała rutynową urodę kosmetycznych butików, amalgamat rysów głównych gwiazd mass mediów ostatniego dziesięciolecia. Blady błysk oczu wzmacniał wrażenie maski. Case pożałował pytania.

- Wielu ludzi z Oddziałów trafia do glin - wyjaśnił zakłopotany. - Albo do ochrony przemysłowej.

Molly podała mu parujący kubek kawy.

- Ten numer, który kazał im pan zrobić z moją trzustką, to rutynowa zagrywka policji.

Armitage zamknął drzwi i przeszedł przez pokój, by stanąć wprost przed nim.

- Miałeś szczęście, Case. Powinieneś być mi wdzięczny.

- Naprawdę? - Case głośno dmuchał na gorący płyn.

- Potrzebowałeś nowej trzustki. Ta, którą kupiliśmy, uwolniła cię od groźnego uzależnienia.

- Dzięki, ale lubiłem to uzależnienie.

- To dobrze. Bo teraz masz drugie.

- Co to ma znaczyć? - Case podniósł głowę.

Armitage uśmiechał się.

- Masz piętnaście woreczków przymocowanych do błon różnych głównych arterii. Rozpuszczają się. Bardzo powoli, ale rozpuszczają. Każdy z nich zawiera mykotoksynę. Znasz już efekty jej działania. To ta, którą twoi byli pracodawcy zaaplikowali ci w Memphis.

Case spojrzał na uśmiechniętą maskę i zamrugał.

- Masz dość czasu, by wykonać zadanie, do którego cię wynająłem. I to wszystko. Zrób swoje, a mogę wstrzyknąć ci enzym, który rozpuści mocowanie, nie naruszając przy tym woreczków. Potem musisz wymienić krew. W przeciwnym razie woreczki wypuszczą swoją zawartość i wrócisz do miejsca, gdzie cię znalazłem. Widzisz więc, Case, że jesteśmy ci potrzebni. Potrzebni tak samo jak wtedy, kiedy wyciągaliśmy cię z rynsztoka.

Case spojrzał na Molly. Wzruszyła ramionami.

- A teraz idź do windy towarowej i przynieś pudła. - Armitage podał mu klucz magnetyczny. - No, idź. Spodoba ci się, Case. Jak poranek Bożego Narodzenia.

* * *

Lato w Ciągu. Tłumy na ulicach, rozkołysane jak źdźbła trawy na wietrze, łąka ciał przebijana krótkimi wirami pragnień i spełnień.

Siedział obok Molly na betonowej krawędzi wyschłej fontanny, w przefiltrowanym blasku słońca. Pozwalał, by nieskończony strumień twarzy przypominał kolejne etapy życia. Najpierw dziecko o posępnych oczach, uliczny chłopak ze zwieszonymi luźno, gotowymi do ciosu dłońmi; potem nastolatek z gładką twarzą i tajemniczym spojrzeniem zza czerwonych okularów. Pamiętał walkę na dachu, bezgłośne starcie w różanym blasku świtu. Miał wtedy siedemnaście lat.

Przesunął się lekko. Przez cienki dżins wyczuwał twardy, szorstki beton. Nic tutaj nie przypominało elektrycznego tańca Ninsei. Tu rządziły inne interesy, inny rytm, zapach barów szybkiej obsługi, perfum, letniego potu.

Dek czekał na poddaszu, Ono-Sendai Cyberspace 7. Pozostawili pokój zasypany abstrakcyjnymi bryłami styropianowych opakowań, zmiętymi arkuszami folii i setkami maleńkich piankowych kulek. Ono-Sendai; najdroższy, przyszłoroczny model komputera Hosaka; monitor Sony; tuzin dysków korporacyjnego lodu; ekspres do kawy Brauna. Armitage zaczekał tylko na aprobatę Case'a.

- Gdzie mógł iść? - spytał Case Molly.

- Lubi hotele. Te duże. Najlepiej blisko lotniska.

Włożyła starą kamizelkę z demobilu, z dziesięcioma kieszeniami o dziwacznych kształtach. Nosiła parę wielkich, plastikowych, ciemnych okularów, całkowicie zasłaniających jej lustrzane wszczepy.

- Wiedziałaś wcześniej o tym świństwie z toksynami? - spytał wtedy, przy fontannie. Pokręciła głową. - Myślisz, że to prawda?

- Może. A może nie. Efekt identyczny.

- Znasz jakiś sposób, żeby sprawdzić?

- Nie - odparła, unosząc prawą dłoń w migu oznaczającym milczenie. - Takie wkręty są za delikatne, żeby skan mógł je wykryć. - Palce poruszyły się znowu: "czekaj". - Zresztą, dla ciebie to prawie bez znaczenia. Widziałam, jak głaszczesz to Sendai. To było jak pornografia.

Roześmiała się.

- A co ma na ciebie? Jak przykręcił śrubę pracującej dziewczynie?

- Ambicja zawodowa, dziecinko. To wszystko.

Znowu znak milczenia.

- Zjemy jakieś śniadanie, co? Jajka i autentyczny bekon. Pewnie cię wykończy po tym hodowlanym krylu w Chibie. No co? Złapiemy metro na Manhattan i zamówimy prawdziwe śniadanie.

* * *

METRO HOLOGRAFIX, głosił zakurzonymi literami szklanych rurek martwy neon. Case usiłował wydłubać spomiędzy zębów kawałek bekonu. Zrezygnował z pytań, dokąd idą. Jedyną odpowiedzią były szturchnięcia w żebra i znak milczenia. Mówiła o modzie, o sporcie, o jakimś politycznym skandalu w Kalifornii, o którym nigdy dotąd nie słyszał.

Rozejrzał się po pustej, ślepej uliczce. Przez skrzyżowanie przetoczyła się płachta gazety. Zwariowane wiatry wschodnich dzielnic... miały jakiś związek z prądami konwekcyjnymi i zawirowaniami na kopułach. Case wyglądał przez okno, spoglądając na martwy neon. Jej Ciąg nie był jego Ciągiem, stwierdził. Przeszli przez dziesiątki klubów i barów, których w życiu nie widział. Załatwiała wszystko, zwykle jednym skinieniem głowy. Odnawiała kontakty.

Coś się poruszało w cieniu za METRO HOLOGRAFIX.

Drzwi były prostokątem przegniłej płyty dachowej. Molly stanęła przed nimi, a jej ręce zatańczyły w złożonej sekwencji migów, za którą nie mógł nadążyć. Pochwycił znak szmalu - kciuk pocierający czubek palca wskazującego. Drzwi uchyliły się do środka, a ona wprowadziła go w zapach kurzu. Stanęli w wąskim przejściu, między stosami śmieci wyrastającymi po obu stronach, pod ścianami pełnymi półek rozsypujących się książek. Śmieci wyglądały jak coś, co wyrosło w tym miejscu, niezwykła grzybnia poskręcanego metalu i plastiku. Rozróżniał niektóre przedmioty, ale te zaraz zlewały się znowu w jednolitą masę: trzewia telewizora tak stare, że nabijane szklanymi pieńkami próżniowych lamp, pęknięty talerz anteny, brązowy pojemnik z plątaniną skorodowanych rurek. Ogromny stos starych magazynów spływał kaskadą na otwartą przestrzeń, ciała straconych lat patrzyły ślepo w górę, gdy szedł za Molly wąskim kanionem strzaskanego złomu. Usłyszał za plecami trzaśnięcie drzwiami. Nie obejrzał się.

Tunel zamykał stary koc wojskowy, przewieszony w pustej futrynie. Molly przeszła na drugą stronę. Błysnęło światło.

Cztery kwadraty ścian z matowego plastiku; taki sam sufit. Na podłodze szpitalne kafelki z antypoślizgowym wzorem wystających krążków. Na środku kwadratowy, pomalowany na biało stół i cztery białe składane krzesła.

Mężczyzna, który stał w drzwiach po drugiej stronie pomieszczenia, mrugał teraz niepewnie. Zdawało się, że został zaprojektowany w tunelu aerodynamicznym. Małe uszy przylegały do czaszki, a wielkie przednie zęby, odsłonięte w czymś, co nie do końca było uśmiechem, wyginały się ostro do tyłu. Miał na sobie starożytną marynarkę, a w lewej dłoni trzymał jakiś rodzaj broni. Przyjrzał się im, mrugnął znowu i wsunął pistolet do kieszeni. Skinął na Case'a, wskazał płytę białego plastiku opartą o ścianę obok drzwi. Case podszedł bliżej. Zauważył, że był to niemal centymetrowej grubości lity blok drukowanych obwodów. Pomógł mężczyźnie unieść go i umieścić w futrynie. Sprawne, żółte od nikotyny palce zamocowały uchwyty rzepów. Zamruczał ukryty wentylator.

- Czas. - Mężczyzna wyprostował się. - Licznik bije. Znasz cenę, Molly.

- Potrzebujemy skanu, Finn. Szukamy implantów.

- No to stań tam, między filarami. Stań na taśmie. Wyprostuj się. A teraz odwróć, pełne trzysta sześćdziesiąt.

Case patrzył, jak obraca się między dwiema kruchymi z wyglądu kolumnami, pełnymi czujników. Mężczyzna wyjął z kieszeni mały monitor.

- Tak, jest coś nowego w głowie. Silicon, powłoka z pirolitycznych włókien węglowych. Zegar, prawda? Szkła dają odczyt taki jak zawsze, niskotermiczne izotropowe włókna węglowe. Lepsza biokompatybliność z pirolitami, ale to już twoja sprawa. Pazurki bez zmian.

- Chodź tu, Case. - Dostrzegł czarny X z taśmy klejącej. - Obróć się. Wolno.

- Ten chłopak to dziewica. - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Jakieś tanie dentystyczne łaty, nic więcej.

- Masz odczyt wszczepów biologicznych? - Molly rozpięła kamizelkę i zdjęła ciemne okulary.

- Myślisz, że jesteśmy w Mayo? Właź na stół, mały. Przelecimy małą biopsję. - Roześmiał się, ukazując jeszcze więcej żółtych zębów. - Nie. Słowo Finna, słodziutki, nie masz żadnych maciupcich pluskiewek, żadnych bomb rdzeniowo-kręgowych. Mam wyłączyć ekran?

- Na tak długo, ile trzeba, żebyś stąd wyszedł, Finn. Potem pełna ekranizacja, póki nie skończymy.

- Nie ma sprawy. Finn jest zachwycony, Molly. Płacisz za każdą sekundę.

Zaekranowali za nim drzwi. Molly odwróciła krzesło i siadła, opierając podbródek na złożonych dłoniach.

- Możemy rozmawiać. Tyle dyskrecji, na ile mnie stać.

- O czym?

- O tym, co robimy.

- A co robimy?

- Pracujemy dla Armitage'a.

- I twierdzisz, że to nie on jest szefem?

- Zgadza się. Widziałam twój profil, Case. I widziałam pozostałą część naszej listy sprawunków. Pracowałeś kiedyś z umarłymi?

- Nie. - Obserwował swoje odbicie w jej okularach. - Chociaż... chybabym potrafił. Jestem całkiem niezły w tym, czym się zajmuję.

Użycie czasu teraźniejszego wciąż wywoływało dreszcze.

- Wiesz, że Dixie Płaszczak nie żyje?

Przytaknął.

- Słyszałem, że to serce.

- Będziesz działał z jego konstruktem - poinformowała z uśmiechem. - Uczył cię podstaw, co? On i Quine. Nawiasem mówiąc, znam Quine'a. Prawdziwy dupek.

- Ktoś zrobił zapis McCoya Pauleya? Kto? - Case usiadł, opierając łokcie o blat. - Nie mogę uwierzyć. W życiu nie usiedziałby spokojnie przez czas potrzebny do nagrania.

- Sense/Net. Możesz się założyć, że dali mu przynajmniej mega.

- Quine też nie żyje?

- Nic z tego. Wyjechał do Europy. Nie ma z tym nic wspólnego.

- Wiesz, jeśli dostaniemy się do Płaszczaka, to sprawa załatwiona. Był najlepszy. Wiesz, że trzy razy przeżył wypłaszczenie? Śmierć kliniczną?

Przytaknęła.

- Całkiem płaska linia na EEG. Pokazywał mi taśmy. "Rany, byłem trupem!".

- Posłuchaj, Case. Odkąd zawarłam kontrakt, próbuję wyniuchać, kto stoi za Armitage'em. To chyba nie zaibatsu, rząd ani przedstawiciele yakuza. Armitage odbiera instrukcje. Coś mu każe jechać do Chiby, wyszukać ćpuna, który właśnie odbywa ostatnią trasę po wypalonej ziemi, zapłacić programem za operację, która doprowadzi go do porządku. Mogliśmy kupić dwudziestu kowbojów pierwszej klasy za szmal, jaki rynek mógł zaoferować za ten program. A ty byłeś dobry, ale nie aż tak dobry... - Podrapała się w nos.

- Wyraźnie dla kogoś ma to sens - mruknął. - Dla kogoś na górze.

- Nie pozwól, żebym raniła twoje uczucia. - Uśmiechnęła się. - Będziemy musieli wykonać przynajmniej jeden ostry skok, żeby wydostać konstrukt Płaszczaka. Sense/Net trzyma go w skarbcu biblioteki, w mieście. Ciasno jak w tyłku węgorza. Ale Sense/Net ma tam również cały nowy materiał na sezon jesienny. Wystarczy to zabrać, żeby mieć więcej szmalu, niż możesz sobie wyobrazić. Ale nie, mamy wziąć Płaszczaka i nic więcej. Dziwne.

- Fakt. Wszystko tu jest dziwne. Ty jesteś dziwna, ta dziura jest dziwna, a w ogóle to kim jest ten dziwny facio w korytarzu?

- Finn to mój stary kontakt. Głównie paser. Software. Ten interes z dyskrecją to takie uboczne źródło dochodu. Ale namówiłam Armitage'a, żeby był tu naszym technikiem, więc kiedy się później pojawi, to go nie znasz. Jasne?

- Powiesz, co Armitage wepchnął w ciebie? Co rozpuszcza się teraz powoli?

- Nie byłam szczególnie oporna - odparła z uśmiechem. - Każdy, kto jest dobry w tym, co robi, musi to robić. Ty musisz się podłączać. Ja muszę walczyć.

Spojrzał badawczo.

- Powiedz, co wiesz o Armitage'u.

- Przede wszystkim nikt o takim nazwisku nie brał udziału w żadnej Ryczącej Pięści. Sprawdziłam. Ale to o niczym nie świadczy. Nie przypomina żadnego z facetów, którzy przeżyli. Widziałam zdjęcia. - Wzruszyła ramionami. - Wielkie rzeczy... Nic więcej nie znalazłam.

Zaczęła bębnić paznokciami po oparciu krzesła.

- Ale ty jesteś kowbojem, nie? To znaczy, możesz się trochę rozejrzeć.

- Zabije mnie.

- Może. Może nie. Chyba cię potrzebuje, Case. Bardzo. Zresztą, jesteś sprytny. Potrafisz go kiwnąć.

- Co jeszcze było na tej liście, o której wspominałaś?

- Zabawki. W większości dla ciebie. I jeden potwierdzony psychopata, niejaki Peter Riviera. Paskudny klient.

- Gdzie jest teraz?

- Nie wiem. Ale to naprawdę szurnięty sukinsyn. Widziałam profil. - Skrzywiła się. - Obrzydliwy.

Wstała i przeciągnęła się jak kot.

- To co, mały? Robimy spółkę? Wchodzimy w to razem? Partnerzy?

- Mogę wybierać, co? - Case spojrzał ponuro.

Wybuchnęła śmiechem.

- Trafiłeś, kowboju.

* * *

- Korzenie matrycy tkwią w prymitywnych grach zręcznościowych - mówił głos. - We wczesnych programach graficznych i wojskowych eksperymentach z gniazdami czaszkowymi.

Dwuwymiarowa bitwa kosmiczna na sony zbladła, niknąc za lasem matematycznie generowanych paproci, demonstrujących przestrzenne efekty spiral logarytmicznych; wystąpiły zimne, błękitne obrazy kompleksów militarnych, zwierzęta laboratoryjne podłączone do systemów testujących, hełmy przekazujące dane do układów kontroli ognia czołgów i samolotów bojowych.

- To jest cyberprzestrzeń. Konsensualna halucynacja, doświadczana każdego dnia przez miliardy uprawnionych użytkowników we wszystkich krajach, przez dzieci nauczane pojęć matematycznych... Graficzne odwzorowanie danych pobieranych z banków wszystkich komputerów świata. Niewyobrażalna złożoność...

Świetlne linie przebiegały bezprzestrzeń umysłu, skupiska i konstelacje danych. Jak światła wielkiego miasta, coraz dalsze...

- Co to jest? - spytała Molly, gdy pstryknął przełącznikiem kanałów.

- Program dla dzieci.

Nieciągły strumień obrazów w rytmie cyklu selektora.

- Koniec - polecił Hosace.

- Chcesz spróbować, Case?

Środa. Osiem dni od przebudzenia w Tanim Hotelu z Molly u boku.

- Mam wyjść, Case? Może będzie ci łatwiej w samotności...

- Nie. - Pokręcił głową. - Zostań. To bez znaczenia.

Założył na czoło czarną frotową opaskę, bardzo ostrożnie, by nie poruszyć płaskich dermatrod Sendai. Patrzył na leżący na kolanach dek. Właściwie go nie widział. Miał przed oczami wystawę sklepu na Ninsei, chromowane shuriken płonące odbitym blaskiem neonów. Uniósł głowę; na ścianie, tuż nad sony, zawiesił jej prezent, przybił szpilką z żółtą główką wsuniętą w centralny otworek.

Zamknął oczy.

Odnalazł karbowany przycisk zasilania.

A w krwistej ciemności pod powiekami wrzały na granicach przestrzeni srebrne fosfeny, hipnagogiczne obrazy przeskakiwały niby film zmontowany z przypadkowych klatek. Symbole, liczby, twarze, rozmyta, rozczłonkowana mandala wizualnej informacji.

Błagam, modlił się w duchu. Teraz...

Szary krąg barwy nieba nad Chibą.

Teraz...

Krąg zawirował, coraz szybciej, stał się sferą jaśniejszej szarości. Powiększał się...

I płynął, rozkwitał przed nim jak origami z płynnego neonu, odkrywał dom nieznający odległości, jego ojczyznę, trójwymiarową, przezroczystą szachownicę sięgającą nieskończoności. Wewnętrzne oko otworzyło się na schodkową piramidę szkarłatu Agencji Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża, płonącą poza zielonymi sześcianami amerykańskiej filii banku Mitsubishi. Wysoko i bardzo daleko widział spiralne ramiona systemów wojskowych, znajdujące się poza jego zasięgiem.

A gdzieś w dali śmiał się w białym pokoiku na poddaszu, odległe palce pieściły dek, a łzy ulgi spływały po twarzy.

* * *

Kiedy zdjął trody, Molly nie było, a na poddaszu panował mrok. Sprawdził czas: był w cyberprzestrzeni przez pięć godzin. Przeniósł Ono-Sendai na jedno z nowych biurek, po czym zwalił się do łóżka, naciągając na głowę czarny jedwabny śpiwór Molly.

Czujnik, przylepiony taśmą do stalowych drzwi, brzęknął dwa razy.

- Żądanie wejścia - poinformował. - Według mojego programu obiekt jest czysty.

- To otwórz. - Case zsunął z twarzy jedwab i usiadł.

Drzwi otwierały się wolno. Spodziewał się Molly lub Armitage'a.

- Chryste - jęknął chrapliwy głos. - Wiem, że ta dziwka widzi w ciemności... - Jakaś krępa postać przestąpiła próg i zamknęła drzwi. - Zapal światło, dobra?

Case zsunął się z gąbki i znalazł staromodny wyłącznik.

- Jestem Finn - oświadczył Finn i skrzywił się ostrzegawczo.

- Case.

- Miło mi. Robię trochę hardware'u dla twojego szefa. - Finn wyjął z kieszeni paczkę oartagasów i zapalił. Aromat kubańskiego tytoniu wypełnił pokój. Mężczyzna podszedł do biurka i ocenił Ono-Sendai. - Wygląda na seryjny. Popracujemy nad tym. Ale mam też problem dla ciebie, mały.

W wewnętrznej kieszeni marynarki znalazł brudną brązową kopertę, strzepnął tytoń na podłogę i wyciągnął z koperty czarny gładki prostokąt.

- Cholerne prototypy - mruknął, rzucając przedmiot na biurko. - Zalewają je w blok polikarbonu. Laser nie rozetnie bez wysmażenia całego układu. Chronione przed rentgenem, ultradźwiękami i Bóg wie czym jeszcze. Dostaniemy się tam, ale sam widzisz, że nie ma spoczynku dla nieprawych.

Starannie złożył kopertę i schował do wewnętrznej kieszeni.

- Co w tym jest?

- Zasadniczo przełącznik. Kiedy wmontujesz do Sendai, będziesz mógł odbierać symstym na żywo albo z zapisu, bez odłączania od matrycy.

- Po co?

- Nie mam pojęcia. Wiem, że szykuję zestaw nadawczy dla Moll, więc pewnie jej układ zmysłowy będziesz odbierał. - Poskrobał się po brodzie. - Wychodzi na to, że sprawdzisz, jak naprawdę obcisłe są te jej dżinsy.

 

4

Case siedział z dermatrodami umocowanymi do czoła i patrzył, jak pyłki tańczą w rozcieńczonym świetle wpadającym przez kratownicę nad głową. Trwało odliczanie; cyfry migały w rogu ekranu monitora.

Kowboje nie korzystają z symstymu, pomyślał, ponieważ jest to zasadniczo zabawka dla mięsa. Wiedział, że trody, jakich sam używał, i niewielka plastikowa tiara zwisająca z symstymowego deku są właściwie identyczne, a matryca cyberprzestrzeni to drastyczne uproszczenie zestawu doznań zmysłowych, przynajmniej w zakresie prezentacji. Jednak sam symstym uznawał za zbędne wzmocnienie danych wejściowych ciała. Naturalnie, nagrania komercjalne były montowane i jeśli w trakcie zapisu Tally Isham rozbolała głowa, widz tego nie odczuwał.

Monitor zabuczał ostrzegawczo. Jeszcze dwie sekundy.

Cienka taśma światłowodów łączyła nowy układ z Sendai.

Jeden, dwa i...

Cyberprzestrzeń wjechała w egzystencję z punktów kardynalnych. Płynnie, pomyślał, ale niezbyt. Trzeba będzie nad tym popracować.

Potem uruchomił nowy przełącznik.

Nagły przeskok w inne ciało. Matryca zniknęła, napłynęła fala dźwięków i kolorów... Szła teraz po zatłoczonej ulicy, obok straganów z programami, których obniżone ceny wypisano na plastikowych płytkach, wśród fragmentów muzyki dobiegającej z niezliczonych głośników. Zapachy uryny, wolnych monomerów, perfum, smażonego kryla. Przez kilka przerażających sekund desperacko walczył o przejęcie kontroli nad ciałem. Potem zmusił się do pasywności, zmienił w pasażera za jej źrenicami.

Szkła chyba wcale nie redukowały światła. Zastanawiał się, czy wbudowane wzmacniacze dokonywały automatycznej kompensacji. Niebieskie alfanumeryki podawały czas, nisko, na perymetrze lewego pola. Popisuje się, uznał.

Mowa jej ciała dezorientowała, styl zdumiewał. Bez przerwy miał wrażenie, że za chwilę musi się z kimś zderzyć, ale ludzie znikali z drogi, odstępowali, robili miejsce.

- Jak leci, Case?

Słyszał te słowa i czuł, jak je wypowiada. Wsunęła dłoń pod kurtkę; czubek palca zakreślił krąg wokół sutka pod rozgrzanym jedwabiem. Wrażenie odbierało dech. Roześmiała się. Ale połączenie było jednostronne. Nie mógł odpowiedzieć.

Dwie przecznice dalej znalazła się na krańcu Memory Lane. Case wciąż usiłował zwrócić wzrok ku punktom orientacyjnym, których sam by użył, szukając drogi. Wymuszona pasywność zaczynała go irytować.

Nacisnął przełącznik. Transfer do cyberprzestrzeni był natychmiastowy. Przerzucił się wzdłuż muru prymitywnego lodu Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, automatycznie szukając potencjalnych okien. Potem znowu przeskoczył w jej zmysły, w płynny ruch mięśni, w jasne, wyraźne odczucia.

Pomyślał o mózgu, z którym dzielił te wrażenia. Co właściwie o niej wiedział? Że była profesjonalistką, jak on. Powiedziała, że sensem jej życia, tak jak dla niego, jest to, co robi, by na to życie zarabiać. Pamiętał, jak poruszała się przytulona, wcześniej, zaraz po przebudzeniu, i równoczesne stęknięcie zjednoczenia, kiedy w nią wchodził, i że później lubiła kawę bez śmietanki...

Zmierzała do jednej z dość podejrzanych wypożyczalni oprogramowania, jakich pełno było po obu stronach Memory Lane. Panowała cisza; było słychać tylko cichuteńki szum. Budki stały pod ścianami głównego hallu. Klienci byli młodzi, niewielu wyszło z wieku nastolatka. Zdawało się, że wszyscy mają karbonowe gniazda wszczepione za lewym uchem, ale Molly nie przyglądała się im specjalnie. Na ladach leżały setki drzazg mikrosoftów, kanciaste odpryski barwnego silikonu na białym kartonie pod gładkimi, przezroczystymi bąblami. Molly dotarła do siódmej budki przy południowej ścianie. Za ladą tępym wzrokiem patrzył w przestrzeń chłopak z ogoloną głową. Z gniazda za uchem sterczało z dziesięć mikrosoftowych ostrzy.

- Jesteś tam, Larry? - Ustawiła się przed nim.

Oczy chłopca zogniskowały się. Usiadł i brudnym paznokciem wydłubał z gniazda jasnofioletową drzazgę.

- Cześć, Larry.

- Molly. - Skinął jej głową.

- Mam robotę dla kilku twoich przyjaciół, Larry.

Larry wyjął z kieszeni sportowej koszuli płaskie plastikowe pudełko, otworzył je i ułożył mikrosoft obok tuzina innych. Zawahał się, nim sięgnął po szklisty, czarny chip, odrobinę dłuższy niż pozostałe, i wsunął go pewnie w gniazdo za uchem. Zmrużył oczy.

- Molly ma jeźdźca - stwierdził. - A Larry'emu to się nie podoba.

- No, no - mruknęła. - Nie wiedziałam, że jesteś taki... czuły. Jestem zaskoczona. Taka czułość musi sporo kosztować.

- Czy ja panią znam? - Powróciło tępe spojrzenie. - Chce pani kupić jakieś softy?

- Szukam Modernów.

- Masz jeźdźca, Molly. To mówi. - Stuknął czarną drzazgę. - Ktoś inny używa twoich oczu.

- Mój partner.

- Powiedz, żeby sobie poszedł.

- Mam coś dla Modernistycznych Panter, Larry.

- Nie wiem o czym pani mówi.

- Zmyj się, Case - poleciła, a on wcisnął przełącznik i natychmiast znalazł się w matrycy. Widmowy obraz centrum oprogramowania trwał jeszcze przez kilka sekund w brzęczącym spokoju cyberprzestrzeni.

- Modernistyczne Pantery - rzucił do Hosaki, zdejmując trody. - Pięciominutowe streszczenie.

- Gotów - oznajmił komputer.

Nie znał tej nazwy. Coś nowego, coś, co pojawiło się, gdy był w Chibie. Moda atakowała młodzież Ciągu z prędkością światła. Całe subkultury mogły wyrosnąć w ciągu nocy, kwitnąć przez kilka tygodni, by wreszcie zniknąć bez śladu.

- Realizuj - polecił. Hosaka zdążył skorzystać z dostępu do sieci bibliotek, magazynów i agencji informacyjnych.

Pokaz rozpoczął nieruchomy kolorowy obraz, który Case uznał z początku za rodzaj collage'u, z twarzą chłopca wyciętą z innego zdjęcia i wmontowaną w tło upstrzonego napisami muru. Ciemne oczy, mongolskie fałdy - ewidentnie wynik operacji plastycznej, plamki trądziku na wąskich policzkach. Hosaka zwolnił obraz; chłopiec ruszył, popłynął ze złowieszczą gracją mima udającego drapieżnika z dżungli. Ciało pozostało niemal niewidoczne; abstrakcyjny wzór przypominający cegły i napisy przesuwał się gładko po jednoczęściowym kombinezonie. Mimetyczny polikarbon.

Cięcie na dr Virginię Rambali, Wydział Socjologii Uniwersytetu Nowego Jorku. Nazwisko, instytut i uczelnia rozbłysnęły różowymi alfanumerykami w poprzek ekranu.

- Biorąc pod uwagę ich skłonność do tych przypadkowych aktów niemal surrealistycznej przemocy - powiedział ktoś niewidoczny - trudno będzie naszym widzom zrozumieć, dlaczego uparcie twierdzi pani, że ten fenomen nie jest formą terroryzmu.

- Istnieje pewna granica, poza którą terrorysta traci kontrolę nad przekazami mediów - wyjaśniła z uśmiechem dr Rambali. - Za tą granicą może nastąpić eskalacja przemocy, ale terrorysta staje się symptomem masowego przekazu jako takiego. Cechą terroryzmu w powszechnie uznawanym sensie jest jego ścisły związek z przekazem. Modernistyczne Pantery odróżnia od innych grup terrorystycznych poziom ich samoświadomości, ich wiedza o zakresie, w jakim media rozdzielają akt terroryzmu od jego wyjściowej, socjopolitycznej motywacji...

- Przeskocz to - polecił Case.

* * *

Pierwszego Moderna Case spotkał dwa dni po obejrzeniu informacji Hosaki. Moderni, uznał wtedy, są współczesną wersją Wielkich Uczonych z czasów, gdy on sam dobiegał dwudziestki. W Ciągu krążył rodzaj widmowego, nastoletniego DNA, coś przekazującego zakodowane koncepcje rozmaitych krótkotrwałych subkultur i replikującego się w nierównych odstępach czasu. Modernistyczne Pantery były nową odmianą Uczonych. Gdyby dawniej istniała odpowiednia technika, Wielcy Uczeni też mieliby gniazda wypchane mikrosoftami. Ważny był styl, a ten nie uległ zmianie. Moderni byli najemnikami, klownami, nihilistycznymi technofetyszystami.

Ten, który stanął pod drzwiami na poddasze z pudłem dyskietek od Finna, okazał się chłopakiem o delikatnym głosie i imieniu Angelo. Jego twarz była prostym przeszczepem, hodowanym na kolagenie i polisacharydach z chrząstek rekina. Gładka i obrzydliwa, była najpotworniejszym egzemplarzem wybiórczej chirurgii, jaką Case w życiu widział. Kiedy Angelo uśmiechnął się, odsłaniając ostre jak igły kły jakiegoś dużego zwierzęcia, poczuł niemal ulgę. Przeszczep zalążków zębowych - oglądał już takie rzeczy.

- Nie możesz dopuścić, żeby te małe czubki przerzuciły cię za lukę pokoleniową - stwierdziła Molly.

Case przytaknął, zajęty wzorcami układów lodu Sense/Net.

To było to. To, czym był, kim był, samą jego istotą. Zapomniał o jedzeniu. Molly zostawiła na rogu długiego stołu karton ryżu i styropianowe tacki z sushi. Czasem zmuszał się, by skorzystać z chemicznej toalety, którą ustawili w kącie pokoju. Desenie lodu formowały się i przekształcały na ekranie, a on szukał szczelin, omijał najbardziej oczywiste pułapki, planował trasę, którą przedostanie się do Sense/Net. To był dobry lód. Wspaniały lód. Jego obraz płonął, gdy leżał, obejmując Molly, i przez stalową kratę świetlika patrzył na czerwoną jutrzenkę wschodu. Zaraz po przebudzeniu widział labirynt jego tęczowych pikseli. Od razu siadał przy deku, nie dbając nawet o to, by się ubrać. Szkoda czasu. Pracował. Stracił rachubę dni.

A czasem, zwłaszcza gdy Molly znikała, ruszając na kolejną wyprawę rozpoznawczą w towarzystwie kadry wynajętych Modernów, powracały obrazy Chiby. Twarze i neony Ninsei. Obudził się kiedyś z niezbornego snu o Lindzie Lee, nie pamiętając, kim była i co w ogóle dla niego znaczyła. Kiedy sobie przypomniał, włączył się i pracował przez dziewięć godzin bez przerwy.

Cięcie lodu Sense/Net zajęło łącznie dziewięć dni.

- Powiedziałem: tydzień - narzekał Armitage, choć nie potrafił ukryć zadowolenia, gdy Case zademonstrował mu plan akcji. - Nie śpieszyłeś się zbytnio.

- Bzdura. - Case uśmiechnął się do ekranu. - To dobra robota, Armitage.

- Fakt - przyznał tamten. - Ale niech ci to nie uderzy do głowy. W porównaniu z tym, z czym masz się wkrótce zmierzyć, to raczej gra zręcznościowa.

* * *

- Kocham cię, Kocia Mamo - szepnął przekaźnik Modernistycznych Panter. Głos w słuchawkach Case'a przypominał modulowane trzaski zakłóceń.

- Atlanta, Synu. Chyba w porządku. W porządku, odebrałeś? - Głos Molly był trochę wyraźniejszy.

- Słucham i jestem posłuszny.

Moderni wykorzystywali jakąś drucianą antenę w New Jersey i odbijali kodowany sygnał przekaźnika od satelity Synów Chrystusa Króla, zawieszonego na orbicie geosynchronicznej nad Manhattanem. Traktowali chyba całą operację jak bardzo skomplikowany dowcip i odpowiednio do tego wybierali satelity komunikacyjne. Sygnał Molly wysyłano z metrowego, składanego talerza przyepoksydowanego do dachu czarnego wieżowca banku, prawie tak wysokiego, jak budynek Sense/Net.

Atlanta. Prosty kod identyfikacyjny. Atlanta, potem Boston, Chicago i Denver, zmiana co pięć minut. Gdyby ktokolwiek zdołał przechwycić sygnał Molly, rozszyfrować i zsyntetyzować głos, kod zdradziłby go Modernom. Gdyby natomiast została w budynku dłużej niż dwadzieścia minut, było wysoce nieprawdopodobne, że w ogóle by stamtąd wyszła.

Case przełknął resztkę kawy, umocował trody, przez czarną koszulkę poskrobał się po piersi. Miał bardzo ogólne pojęcie o tym, co zaplanowały Modernistyczne Pantery w celu odwrócenia uwagi ochrony Sense/Net. On miał dopilnować, by jego program intruzyjny połączył się z systemami Sense/Net w chwili, gdy Molly będzie to potrzebne. Obserwował malejące liczby w rogu ekranu. Dwa. Jeden.

Włączył się i uruchomił program.

- Linia główna - tchnął przekaźnik. Jego głos był jedynym dźwiękiem, jaki słyszał Case, nurkując wśród lśniących warstw lodu Sense/Net.

Dobrze. Sprawdzić Molly. Uruchomił symstym i przeskoczył w jej zmysły.

Układ kodujący zakłócał trochę wejście wizji. Stała przed ścianą złocistych luster w olbrzymim hallu biurowca. Żuła gumę i sprawiała wrażenie zafascynowanej własnym odbiciem. Gdyby nie para wielkich słonecznych okularów, nie wyróżniałaby się wcale: jeszcze jedna turystka czekająca w nadziei, że zobaczy Tally Isham. Miała na sobie różową plastikową pelerynę, białą siatkową koszulkę i luźne białe spodnie, skrojone według stylu modnego rok temu w Tokio. Uśmiechnęła się z roztargnieniem i przygryzła gumę. Case miał ochotę się roześmiać. Czuł na jej żebrach mikroporowy plaster, przytrzymujący płaskie układy: radio, zestaw symstymu i koder. Laryngofon przylepiony do szyi wyglądał zupełnie jak przeciwbólowy dermadysk. Dłonie, wsunięte w kieszenie różowej peleryny, zaciskały się rytmicznie, wykonując ciąg ćwiczeń typu napięcie-rozluźnienie. Przez kilka sekund nie pojmował, że dziwne mrowienie na czubkach palców to ostrza, wysuwające się częściowo i chowające z powrotem.

Przeskoczył. Program dotarł do piątej bramy. Ledwie świadom własnych palców na klawiaturze, dokonywał minimalnych korekt i patrzył, jak lodołamacz migoce i przesuwa się przed nim. Półprzejrzyste płaszczyzny barw tasowały się jak talia kart magika. Wybierz jedną. Którąkolwiek.

Brama przemknęła w tył. Roześmiał się. Lód Sense/Net uznał jego wejście za rutynowy transfer danych z oddziału w Los Angeles. Był wewnątrz. Za nim odpadały programy wirusowe, przekształcały sieć kodu bramy, gotowe do zatrzymania prawdziwych danych z Los Angeles, gdy w końcu nadejdą.

Przeskoczył znowu. Molly szła w głąb hallu, obok gigantycznego, okrągłego stanowiska recepcji.

12:01:20, płonął odczyt w jej nerwie wzrokowym.

* * *

O północy, zgodnie ze wskazaniami chipa za okiem Molly, przekaźnik w Jersey podał sygnał "Linia główna". Dziewięciu Modernów, rozproszonych wzdłuż dwustu mil Ciągu, równocześnie wybrało w telefonicznych automatach NAJW ZAGR. Każdy z nich wygłosił krótką przemowę, odwiesił słuchawkę i odszedł w mrok, zdzierając chirurgiczne rękawiczki. Dziewięć różnych wydziałów policji i publicznych służb bezpieczeństwa przetrawiało informację o nieznanej szerzej walczącej podsekcie chrześcijańskich fundamentalistów, która przyznała się do wprowadzenia w system wentylacyjny Piramidy Sense/Net klinicznych ilości zakazanego środka psychoaktywnego, znanego jako Niebieski Dziewięć. Środek, określany w Kalifornii mianem Smętnego Anioła, wywoływał ostrą paranoję i mordercze psychozy u osiemdziesięciu pięciu procent obiektów doświadczalnych.

* * *

Case wcisnął przełącznik w chwili, gdy jego program płynął przez bramy podsystemu kontrolującego zabezpieczenia biblioteki naukowej Sense/Net. I stwierdził, że właśnie wsiada do windy.

- Przepraszam, czy pani jest pracownikiem? - Strażnik uniósł brwi.

Molly nadmuchała balon gumy.

- Nie - odparła, wbijając dwie kostki prawej dłoni w splot słoneczny ochroniarza.

Ten zgiął się wpół, sięgając do sygnalizatora u paska. Wtedy stuknęła jego głową o ścianę windy.

Żując odrobinę szybciej, wcisnęła na podświetlonej płytce klawisze ZAMKNIJ DRZWI i STOP. Wyjęła z kieszeni czarną skrzynkę i wsunęła kabel w dziurkę zamka blokującego dostęp do obwodów sterownika.

* * *

Modernistyczne Pantery odczekały cztery minuty, by ich pierwszy ruch osiągnął oczekiwany efekt, po czym wyrzuciły kolejną starannie przygotowaną dawkę dezinformacji. Tym razem przekazały ją bezpośrednio do wewnętrznego systemu wideo w budynku Sense/Net.

O 12:04:03 wszystkie monitory zamigotały z częstotliwością powodującą ataki u podatnej grupy pracowników Sense/Net. Trwało to osiemnaście sekund. Potem ekrany wypełniło coś, co tylko w ogólnych zarysach przypominało ludzką twarz. Rysy tego czegoś, rozciągnięte wzdłuż asymetrycznych obszarów kości, przywodziły na myśl jakąś obsceniczną projekcję Mercatora. Skręcona, wydłużona szczęka drgnęła i rozwarły się błękitne, wilgotne wargi. Jakiś przedmiot - być może ręka - podobny do pęku sękatych, szkarłatnych korzeni, sięgnął do kamery, rozmył się i zniknął. Podświadomościowo szybkie obrazy zatrucia: grafika systemu zaopatrzenia budynku w wodę, dłonie w rękawiczkach, trzymające laboratoryjne probówki, coś spada w mrok, biały rozprysk wody... Ścieżka audio, z głośnością dopasowaną do odtwarzania nieco poniżej dwukrotnej szybkości normalnej, była fragmentem zeszłomiesięcznej audycji poświęconej potencjalnym militarnym zastosowaniom substancji znanej jako HsG, biochemicznego środka sterującego współczynnikiem wzrostu ludzkiego szkieletu. Nadmierna dawka HsG sprawiała, że część komórek mnożyła się w przyśpieszonym tempie, zwiększając współczynnik wzrostu o rząd wielkości sięgający tysiąca procent.

O 12:05:00 w okrytym lustrami ośrodku konsorcjum Sense/Net przebywało trochę powyżej trzech tysięcy osób. Pięć minut po północy, gdy biały rozbłysk ekranów zakończył przekaz wiadomości Modernów, Piramida Sense/Net wrzasnęła.

Ku Piramidzie zmierzało pół tuzina poduszkowców grupy taktycznej nowojorskiej policji, reagującej na zagrożenie wprowadzenia Niebieskiego Dziewięć do systemu wentylacyjnego. Palili wszystkie sygnały, jak w czasie rozruchów. Z platformy przy Riker startował śmigłowiec Grupy Szybkiego Reagowania OMBA.

* * *

Case uruchomił drugi program. Starannie zaprojektowany wirus zaatakował włókna kodów, osłaniające główne komendy strażnicze podziemia, gdzie mieściły się materiały badawcze Sense/Net.

- Boston - dobiegł głos Molly. - Jestem na dole.

Case przełączył i zobaczył ścianę windy. Molly rozpinała spodnie. Zerwała mikroporowy plaster, mocujący do łydki spory pakiet o barwie dokładnie takiej jak jej skóra. Pasma burgundu pływały po mimetycznym polikarbonie, gdy odwijała kombinezon Modernów. Zdjęła różową pelerynę i wciągnęła nowy kostium.

12:06:26.

Wirus Case'a przewiercił dziurę w lodzie pliku komend biblioteki. Przecisnął się do wnętrza. W nieskończonej błękitnej przestrzeni unosiły się kodowane barwnie kule, nanizane na ciasną kratę bladoniebieskiego neonu. W nonprzestrzeni matrycy wnętrze dowolnego konstruktu miało nieograniczony wymiar subiektywny; dziecięcy kalkulator-zabawka odsłaniał niezgłębione otchłanie nicości, gdzie zawieszono jedynie kilka podstawowych instrukcji. Case zaczął wystukiwać sekwencję, którą Finn kupił od jakiegoś sararimana średniego szczebla z poważnymi problemami na tle narkotyków. Jak po niewidzialnych szynach poszybował wśród sfer.

Tutaj. To ta.

Wystukał sobie drogę do jej wnętrza; zimny, błękitny neon stropu był bezgwiezdny i gładki jak zmrożone szkło. Uruchomił podprogram, który wprowadził pewne zmiany w instrukcjach strażniczych rdzenia.

Teraz na zewnątrz. Płynne przejście w ruch wsteczny. Wirus odbudowywał sieć okna.

Zrobione.

* * *

W hallu biurowca dwie Modernistyczne Pantery siedziały czujnie pod niskim prostokątnym kwietnikiem, filmując kamerą wideo całe zamieszanie. Obaj nosili kameleonowe kombinezony.

- Taktyczni rozpylają piankowe barykady - powiedział do laryngofonu pierwszy. - Szybcy ciągle próbują posadzić gdzieś helikopter.

* * *

Case wcisnął klawisz symstymu. I wskoczył w agonię złamanej kości. Molly oddychała płytko i nierytmicznie, oparta o szarą ścianę korytarza. Case natychmiast wrócił do matrycy; rozpalona do białości igła bólu w lewym udzie zanikała powoli.

- Co się stało, Synu? - spytał przekaźnika.

- Nie wiem, Brzeszczot. Mama nie odpowiada. Czekaj.

Program Case'a krążył. Pojedyncza, cienka jak włos linia czerwonego światła sięgała ze środka odtworzonego okna do migotliwej sylwetki lodołamacza. Nie miał czasu na czekanie. Odetchnął głęboko i przeskoczył znowu.

Opierając się o ścianę, Molly zrobiła krok. Case na poddaszu jęknął. Przy drugim kroku przestąpiła nad wyciągniętą ręką. Rękaw munduru czerwony od świeżej krwi. Przelotny widok strzaskanej pałki ze szklanego włókna. Pole widzenia zwęziło się w tunel. Po trzecim kroku Case wrzasnął i znalazł się znowu w matrycy.

- Synu? Tu Boston, malutki. - Głos drżał z bólu. Zakaszlała. - Drobne kłopoty z tubylcami. Jeden z nich chyba złamał mi nogę.

- Czego potrzebujesz, Kocia Mamo? - Słowa przekaźnika ginęły w szumie zakłóceń.

Case zmusił się, by przeskoczyć. Oparta o ścianę, odciążała lewą nogę. Pogrzebała w kieszeni na brzuchu kombinezonu, znalazła plastikową płytkę wysadzaną tęczowymi dermadyskami. Wybrała trzy i kciukiem przylepiła do nadgarstka, nad żyłami. Sześć tysięcy mikrogramów analogonu endorfiny runęło na ból i rozbiło go w proch, jak młot. Wygięła się konwulsyjnie. Różowe fale ciepła obmyły uda. Odetchnęła i odprężyła się.

- Dobra, Synu. Już w porządku. Ale jak wyjdę, będę potrzebowała zespołu medycznego. Powiedz to moim. Brzeszczot, jestem dwie minuty od celu. Możesz wytrzymać?

- Powiedz, że wszedłem i trzymam - odpowiedział Case.

Kulejąc, Molly ruszyła korytarzem. Raz się obejrzała. Case dostrzegł bezwładne ciała trzech strażników Sense/Net. Jeden chyba nie miał oczu.

- Taktyczni i Szybcy zablokowali parter, Kocia Mamo. Piankowe barykady. W hallu robi się gorąco.

- Tu też jest gorąco - odparła, przeciskając się przez podwójne stalowe wrota. - Brzeszczot, jestem prawie na miejscu.

Case przeskoczył do matrycy i zerwał z czoła trody. Był zlany potem. Wytarł twarz ręcznikiem i łyknął wody z plastikowego bidonu stojącego obok Hosaki. Sprawdził wyświetloną na ekranie mapę biblioteki. Migający czerwony kursor pełzł przez kontur wrót. Kilka milimetrów od zielonego punktu oznaczającego lokalizację konstruktu Dixie'ego Płaszczaka. Zastanawiał się, jakie skutki będzie to miało dla jej nogi. Po dostatecznej dawce endorfiny mogłaby chodzić na parze krwawych kikutów.

Działał automatycznie: trody, złącze, przeskok.

Biblioteka naukowa Sense/Net była martwym obszarem pamięci: trzymane tu materiały musiały być fizycznie usunięte. Dopiero potem możliwy był sprzęg. Molly kuśtykała między rzędami identycznych szarych pojemników.

- Synu, powiedz jej, że jeszcze pięć, a potem dziesięć w lewo - rzucił Case.

- Pięć prosto i dziesięć w lewo, Kocia Mamo - powtórzył przekaźnik.

Skręciła. Blada bibliotekarka kuliła się między dwoma pojemnikami. Przerażone spojrzenie, mokre policzki; Molly zignorowała ją. Case był ciekaw, co zrobili Moderni, żeby wywołać strach o takim natężeniu. Wiedział, że miało to związek z fałszywą groźbą, ale był zbyt zajęty swoim lodem, by słuchać wyjaśnień Molly.

- To ten - powiedział, lecz Molly już stała przed regałem, na którym leżała kaseta konstruktu. Kształtem przypominał neoazteckie biblioteczki z poczekalni Julie Deane'a w Chibie.

- Działaj, Brzeszczot - rzuciła Molly.

Case przeskoczył do cyberprzestrzeni i wysłał rozkaz wzdłuż czerwonej linii przebijającej biblioteczny lód. Pięć niezależnych systemów alarmowych zostało przekonanych, że nadal działają. Trzy skomplikowane zamki zdezaktywowano, choć wierzyły, że wciąż są zamknięte. Główny bank danych doznał niewielkiego przesunięcia stałej pamięci: konstrukt usunięto przed miesiącem, na polecenie jednego z wyższych urzędników. Gdyby bibliotekarka szukała tego polecenia, stwierdzi, że zapisy są skasowane.

Drzwiczki otworzyły się bezszelestnie.

- 0467839 - powiedział Case, a Molly zdjęła z podstawy czarny blok pamięci.

Przypominał magazynek wojskowego karabinu. Ścianki pokrywały jakieś symbole i ostrzegawcze napisy.

Molly zamknęła drzwiczki. Case przeskoczył.

Usunął czerwoną nić z lodu biblioteki. Wciągnął ją z powrotem do swojego programu, odruchowo uruchamiając pełny zwrot systemu. Bramy Sense/Net trzasnęły za nim, a podprogramy, wirując, znikały w rdzeniu lodołamacza, gdy mijał przejścia, gdzie je pozostawił.

- Wyjście, Synu - rzucił i opadł na krzesło.

Po okresie pełnej koncentracji mógł zachować połączenie, nie tracąc świadomości własnego ciała. Mogą minąć dni, zanim Sense/Net odkryje kradzież konstruktu. Kluczem była blokada transferu danych z Los Angeles, który zbyt dokładnie zgadzał się w czasie z terrorystycznym atakiem Modernów. Nie sądził, by przeżyło trzech strażników, na których trafiła Molly w korytarzu. Nikomu nie opowiedzą o spotkaniu. Przeskoczył.

Winda, z czarną skrzynką umocowaną do płyty kontrolnej, pozostała na miejscu. Strażnik leżał skulony na podłodze. Po raz pierwszy Case zauważył plaster na jego szyi. To pewnie Molly, żeby jej nie przeszkadzał. Przestąpiła nad nim, usunęła czarną skrzynkę i wcisnęła HALL.

Drzwi windy rozsunęły się z sykiem, jakaś kobieta pchnięta przez tłum wpadła tyłem do środka i uderzyła głową o ścianę. Molly nie zwróciła na nią uwagi. Zerwała plaster z szyi strażnika. Potem kopniakiem odrzuciła białe spodnie i różową pelerynę, cisnęła za nimi słoneczne okulary i naciągnęła na czoło kaptur kombinezonu. Konstrukt tkwił w kieszeni na brzuchu, lekko uciskając żebra. Wyszła.

Case widywał już tłum ogarnięty paniką, ale nigdy w zamkniętym pomieszczeniu.

Pracownicy Sense/Net wybiegali z wind i pędzili do wyjść, by tam napotkać piankowe barykady Taktycznych i piaskowe pociski Szybkich OMBA. Obie formacje, przekonane, że otoczyły hordę potencjalnych morderców, współpracowały z niezwykłą efektywnością. Za zrujnowanymi drzwiami głównymi barykadę zaścielała potrójna warstwa ciał. Głuche wystrzały policyjnych strzelb stanowiły tło dla dźwięku wydawanego przez tłum, pędzący tam i z powrotem po marmurowej posadzce hallu. Case nigdy w życiu nie słyszał niczego podobnego.

Molly, najwyraźniej, także nie.

- Jezu! - jęknęła i zawahała się.

Dźwięk przypominał pisk, przechodzący w chrapliwe wycie czystego, absolutnego przerażenia. Podłogę pokrywały ciała, ubrania, krew i długie, zdeptane zwoje żółtych wydruków.

- Wyłaź, siostro. Wynosimy się stąd.

Oczy dwójki Modernów spoglądały z wirujących obłąkańczo odcieni polikarbonu. Kombinezony nie nadążały za szalejącą w hallu burzą kolorów i kształtów.

- Jesteś ranna? Chodź, Tommy cię poprowadzi.

Tommy podał coś temu, który mówił: owiniętą polikarbonem kamerę wideo.

- Chicago - powiedziała. - Wychodzimy.

A potem upadła, nie na marmurową posadzkę śliską od krwi i wymiocin, ale w głąb ciepłej jak krew studni, w ciszę i mrok.

* * *

Przywódca Modernistycznych Panter przedstawił się jako Lupus Yonderboy. Nosił polikarbonowy kombinezon z opcją zapisu, dzięki czemu potrafił w dowolnej chwili odtwarzać tła. Przysiadł na krawędzi biurka niby stylizowany maszkaron i spod kaptura obserwował Case'a i Armitage'a. Uśmiechał się. Miał różowe włosy. Tęczowa kępa mikrosoftów sterczała mu zza lewego ucha. Samo ucho było spiczaste, z pędzelkiem różowych włosów. Zmodyfikowane źrenice wychwytywały światło jak oczy kota. Case przyglądał się barwom i deseniom pełznącym po tkaninie kombinezonu.

- Pozwoliliście, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli - stwierdził Armitage. Stał na środku pokoju niby posąg spowity w ciemne, lśniące fałdy eleganckiego płaszcza.

- Chaos, panie Ktosiu - odparł Lupus Yonderboy - to nasz styl i nasz sposób działania. Nasz główny atut. Wasza kobieta wie o tym. Z nią rozmawiamy. Nie z tobą, panie Ktosiu.

Na kombinezonie pojawił się dziwaczny wzór w barwie beżu i jasnego avocado.

- Potrzebowała zespołu medycznego. Pilnujemy jej. Wszystko w najlepszym porządku.

Znów się uśmiechnął.

- Zapłać mu - burknął Case.

- Nie dostaliśmy towaru. - Armitage spojrzał gniewnie.

- Wasza kobieta go ma - wyjaśnił Yonderboy.

- Zapłać mu.

Armitage podszedł sztywno i wyjął z kieszeni trzy grube zwitki nowych jenów.

- Chcesz przeliczyć?

- Nie - odparł Modern. - Zapłacisz według umowy. Jesteś panem Ktosiem. Płacisz, by nim pozostać. A nie panem z Nazwiskiem.

- Mam nadzieję, że to nie groźba.

- To interes. - Yonderboy wsunął pieniądze do pojedynczej kieszeni z przodu kombinezonu.

Zadzwonił telefon. Case odebrał.

- Molly - oznajmił, podając słuchawkę Armitage'owi.

* * *

Case opuścił budynek, gdy geodezyjne Ciągu rozjaśniały się szarością przedświtu. Miał wrażenie, że ręce i nogi ma zimne, odłączone od ciała. Nie mógł spać. Miał dosyć pokoju na poddaszu. Lupus odszedł, po nim Armitage, a Molly leżała gdzieś w szpitalu. Wibracje przejeżdżającego pociągu pod stopami; dopplerowsko cichnąca w dali syrena.

Skręcał losowo. Z podniesionym kołnierzem, przygarbiony w nowej skórzanej kurtce, rzucił do ścieku pierwszego z łańcucha yeheyuanów, by natychmiast zapalić następnego. Myślał o woreczkach z toksyną Armitage'a, rozpuszczających się wolno w krwiobiegu, o coraz cieńszych mikroskopijnych błonach. Nie wydawały się realne. Tak samo jak panika i cierpienie, oglądane oczami Molly w hallu Sense/Net. Usiłował sobie przypomnieć twarze trojga ludzi, których zabił w Chibie. Mężczyźni byli jak czyste karty, kobieta podobna do Lindy Lee. Odrapany trójkołowy samochód dostawczy przetoczył się obok z brzękiem pustych plastikowych baniek.

- Case.

Odskoczył, instynktownie stając plecami do ściany.

- Wiadomość dla ciebie, Case. - Kombinezon Lupusa Yonderboya cyklicznie wyświetlał czyste barwy podstawowe. - Wybacz. Nie chciałem cię przestraszyć.

Case wyprostował się, nie wyjmując rąk z kieszeni. Był o głowę wyższy od Moderna.

- Powinieneś uważać, Yonderboy.

- To jest wiadomość. Wintermute - przeliterował.

- Od ciebie? - Case zrobił krok do przodu.

- Nie. Do ciebie.

- Od kogo?

- Wintermute - powtórzył Yonderboy.

Kiwnął głową, kołysząc grzebieniem różowych włosów. Kombinezon stał się matowoczarny, jak węglisty cień na tle starego betonu. Wykonał dziwaczny, krótki taniec, machnął chudym czarnym ramieniem i zniknął. Nie. Tam. W kapturze kryjącym róż, w kombinezonie o idealnie dobranym odcieniu szarości, plamistym i pomazanym jak chodnik, na którym stał. Oczy mrugnęły, odbijając czerwień ulicznego sygnalizatora. A potem naprawdę zniknął.

Case zamknął oczy i oparty o brudny mur rozmasował zgrabiałymi palcami powieki.

Ninsei była o wiele prostsza.