Trylogia 4MK (tom 3). Szóste dziecko - J.D. Barker

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8

Poole

Dzień piąty, 6.22

Przez całą roz­mowę z detek­ty­wem Nashem Poole nie odry­wał wzroku od ciała. Kobieta klę­czała na brzegu sadzawki, jakby się modliła. Przed nią na srebr­nej tacy leżały trzy białe pude­łeczka prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem. "Ojcze, prze­bacz mi" na tabliczce opar­tej o ciało. Napis "Jestem zła" wycięty na jej czole.

Z pew­nej odle­gło­ści przy­glą­dała mu się ekipa tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki FBI. Był też ktoś z biura koro­nera. Podob­nie jak na sta­cji metra wszyst­kim kazano trzy­mać się z dala.

Poole przy­klęk­nął w śniegu i przyj­rzał się jej pal­com. Choć dło­nie były przy­ci­śnięte do sie­bie, zauwa­żył opa­rze­nia na opusz­kach. Opa­rze­nie che­miczne, pew­nie kwa­sem -?siar­ko­wym, może sol­nym.

Się­gnął do ust denatki i pró­bo­wał otwo­rzyć je siłą, ale nie ustą­piły. Tak jak mówił Nash. Zbyt sztywne jak na stę­że­nie pośmiertne. Być może zamar­z­nięte. Tem­pe­ra­tura powie­trza wyno­siła jakieś minus dzie­sięć stopni. W nocy było minus kil­ka­na­ście, a odczu­walna jesz­cze niż­sza z powodu sil­nego wia­tru.

Tu też był biały pro­szek. Kobieta była zasy­pana śnie­giem, więc trudno było go dostrzec, ale tak, był. Cienka war­stewka pokry­wa­jąca ciało, ale nie sukienkę. Ubrano ją po tym, jak pył obsy­pał jej skórę. Lśnił deli­kat­nie, niczym krysz­tałki.

Sól?

Paul Upchurch, z pomocą Bishopa, topił swoje ofiary w zbior­niku ze słoną wodą. Czy to mógł być jakiś osad z tego zbior­nika?

Zadzwo­nił tele­fon Poole'a. Wyło­wił go z kie­szeni, ale nie roz­po­znał numeru.

-?Mówi agent Poole.

-?Z tej strony Bani­ster, sze­ryfka z Simp­so­nville. Prze­pra­szam, że tak wcze­śnie zawra­cam panu głowę. Jest pan jesz­cze w Nowym Orle­anie?

-?Już z powro­tem w Chi­cago -?odparł Poole. Wstał i dał tech­ni­kom znać, że mogą roz­po­cząć pro­ces doku­men­ta­cji i kata­lo­go­wa­nia. -?Czym mogę pani słu­żyć?

-?Mam... mam tu ciało. -?Spra­wiała wra­że­nie roz­trzę­sio­nej. Głos jej drżał. -?Zna­le­ziono je na scho­dach sądu, jakieś dwie godziny temu. Tak... tak jakby klę­czy. Pra­wie jakby się modliło. Tak przy­naj­mniej to wygląda. Do tego trzy białe pudełka obwią­zane sznur­kiem. Ktoś napi­sał też coś na scho­dach.

-?"Ojcze, prze­bacz mi" -?mruk­nął Poole.

-?Tak! Skąd pan wie­dział?

-?Domy­śla się pani, kim ona jest?

-?To nie ona, tylko on. I świet­nie wiem, kto to jest.

9

Clair

Dzień piąty, 6.29

Clair kich­nęła i wycią­gnęła nową chu­s­teczkę z pudełka na stole.

-?Będzie nam potrzebne więk­sze pudło -?Kloz spa­ra­fra­zo­wał cytat ze Szczęk, siląc się na akcent z Nowej Anglii. Zro­bił wdech przez nos, wcią­ga­jąc z powro­tem smarki.

Clair łyp­nęła na niego spode łba.

-?Bar­dzo bym nie chciała tu z tobą umrzeć.

Kloz roz­parł się na krze­śle. Stary metal zatrzesz­czał.

-?Gdy­byś mogła wybrać, gdzie i z kim umrzeć, kto by to był?

Zasta­no­wiła się chwilę.

-?Mat­thew McCo­nau­ghey. Zawsze uwa­ża­łam, że sek­sowny jest jak na bia­łasa. Ale McCo­nau­ghey po czter­dzie­stce, nie ten mło­dziak z Uczniow­skiej balangi. Dorósł do tej twa­rzy dopiero póź­niej.

-?Gdzie?

-?Może na plaży na Bar­ba­do­sie.

Kloz pokrę­cił głową.

-?No nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Na plaży można umrzeć tylko od pogry­zie­nia przez rekina. Nikt by nie chciał zostać zeżarty przez rekina.

-?Debilna ta gra.

Kloz zigno­ro­wał jej uwagę.

-?Ja bym wybrał Jen­ni­fer Law­rence, ale tylko gdyby miała na sobie to skó­rzane wdzianko z Igrzysk śmierci.

-?A gdzież to chciał­byś umrzeć w takim towa­rzy­stwie?

-?Toledo w Ohio. Bez dwóch zdań.

-?Czemu w Toledo?

Wzru­szył ramio­nami.

-?Zero reki­nów.

-?No tak, to oczy­wi­ste.

-?Poza tym w Toledo nie ma co robić, więc gdy­bym utknął tam z odzianą w skórę Jen­ni­fer Law­rence w jakimś pod­łym motelu...

Clair zaci­snęła powieki i zatkała uszy.

-?Dość. Nie chcę wie­dzieć, co się dzieje w two­jej gło­wie. Ani teraz, ani ni­gdy.

-?Pró­bo­wa­łem tylko tro­chę roz­luź­nić atmos­ferę.

-?Wiem.

-?Nie chcę tu umrzeć.

-?Wiem.

-?Nie możemy stąd wycho­dzić, zaczy­nam dosta­wać klau­stro­fo­bii.

-?Wiem.

Kloz ode­pchnął się prawą stopą od pod­łogi i zaczął się powoli krę­cić w kie­runku prze­ciw­nym do ruchu wska­zó­wek zegara.

-?Okres inku­ba­cji wirusa SARS może trwać nawet dzie­sięć dni. Nasz miły pan z CDC jesz­cze nie powie­dział nam tego wprost, ale zgod­nie z ich pro­to­ko­łem kwa­ran­tanna będzie musiała potrwać przy­naj­mniej dzie­sięć dni od ostat­niego przy­padku zacho­ro­wa­nia. Jeśli nawet wirus nas nie zabije, to przez pra­wie dwa tygo­dnie nas stąd nie wypusz­czą.

-?Nie będą nas tu tak długo trzy­mać.

-?Czemu niby nie? -?zaopo­no­wał Kloz. -?Mamy łóżka, jedze­nie, dostęp do leków i sprzętu medycz­nego, jeste­śmy odizo­lo­wani. Przy­cho­dzi ci do głowy lep­sze miej­sce, gdzie można by nas wszyst­kich trzy­mać? Nie będą chcieli ryzy­ko­wać prze­nie­sie­nia wirusa poza ten budy­nek.

-?Bishop ma wirusa. Może być teraz wszę­dzie.

-?A jeśli zarazi innych ludzi, ci z CDC naj­praw­do­po­dob­niej ścią­gną ich na lecze­nie wła­śnie tutaj, z tych samych powo­dów, dla któ­rych będą pró­bo­wali zatrzy­mać tu nas wszyst­kich: łóżka, leki, jedze­nie, izo­la­cja. Zamkną nas tutaj i pocze­kają, aż wirus przez nas prze­le­zie, wyczer­pie się. Skoro nie ma żad­nego lekar­stwa, tylko to ma sens. Nikt nie będzie ryzy­ko­wał epi­de­mii. Nawet jeśli dzi­siaj zła­pią Bishopa i go zamkną, nas nie wypusz­czą, póki możemy zara­żać.

Clair wie­działa, że kolega ma słusz­ność, ale nie zamie­rzała przy­zna­wać mu racji. Zmięła chu­s­teczkę i rzu­ciła ją do kosza. Śmieć wylą­do­wał pra­wie pół metra od celu.

Trzy szyb­kie stuk­nię­cia do drzwi.

Pod­nie­śli głowy.

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło coś powie­dzieć, do pokoju wpa­ro­wał Jerome Stout.

Szef szpi­tal­nej ochrony nie spo­czął ani na chwilę od czasu ich przy­jazdu i wyglą­dał na rów­nie zmar­no­wa­nego co wszy­scy inni. Na ogo­lo­nej gło­wie zaczy­nał się poja­wiać cień odro­stu, a na ochro­niar­skim uni­for­mie pod pachami miał plamy potu. Sły­szała, że objął tę posadę po odej­ściu z poli­cji pięć lat temu, jako pięć­dzie­się­cio­la­tek. Nie pisał się na coś takiego. Biała maseczka chi­rur­giczna na jego ustach tłu­miła zmę­czony głos.

-?Musi pani pójść ze mną.

-?Dla­czego?

Ner­wowo zer­k­nął na Klo­zow­skiego sie­dzą­cego w kącie, a potem znów na nią.

-?Mamy ciało. Kiep­ska sprawa.

-?Szlag -?mruk­nął Kloz pod nosem.

Clair wstała i ruszyła do drzwi.

-?Pro­szę to zało­żyć -?poin­stru­ował Stout, wska­zu­jąc brodą na maskę, którą wcze­śniej dostała.

Nacią­gnęła ją na twarz, dopa­so­wu­jąc paski na uszach, i pośpie­szyła za nim.

Clair nie chciała prze­cho­dzić przez sto­łówkę, ale zanim zdą­żyła spy­tać o inną drogę, szef ochrony wkro­czył do pomiesz­cze­nia. W chwili, gdy wszy­scy ją zauwa­żyli, nastą­pił wybuch. Kiedy poli­cja spro­wa­dziła do szpi­tala osiem­dzie­siąt sie­dem poten­cjal­nych ofiar Bishopa, zabro­niono im wycho­dzić poza tę salę i dwa przy­le­głe pokoje socjalne dla pra­cow­ni­ków. Nie licząc Klo­zow­skiego, była jedyną przed­sta­wi­cielką poli­cji na miej­scu, więc natych­miast ją roz­po­znali. Nie­któ­rzy mieli maski, inni nie, ale wszy­scy krzy­czeli. Ludzie wsta­wali i szli w jej stronę, w oczach mieli gniew. Chcieli odpo­wie­dzi, tak samo jak ona, ale nie miała im co powie­dzieć. Prze­pchnęła się naj­szyb­ciej, jak się dało, powta­rza­jąc wszyst­kim wokół, żeby zacho­wali spo­kój, bo nie­długo będzie po wszyst­kim. Wyczuli jed­nak fałsz. Było wśród nich wielu leka­rzy, znali się na rze­czy. Ścią­gnięto tu ich dzieci, współ­mał­żon­ków. Pood­su­wali stoły pod ściany, wiele osób zaczęło budo­wać namioty ze szpi­tal­nych prze­ście­ra­deł, odgra­dza­jąc się od innych. Bra­ko­wało przy­naj­mniej dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu osób. Z tego, co mówiono jej wcze­śniej, nie­które rodziny dostały osobne sale, ale nie dla wszyst­kich star­czyło. Więk­szość osób była zatrud­niona w szpi­talu, więc poszli do swo­ich gabi­ne­tów, jeśli je mieli, inni prze­jęli szat­nie. Część per­so­nelu udała się nawet nor­mal­nie na obchód, jak gdyby ni­gdy nic. Pró­bo­wano ich pozbie­rać, zanim roz­niosą wirusa, ale więk­szość per­so­nelu wie­działa, że już na to za późno. Wirusa będzie trzeba zatrzy­mać w murach szpi­tala, tak jak mówił Kloz.

Stout zapro­wa­dził ją do wind. Wes­tchnęła, kiedy drzwi się zamknęły, odgra­dza­jąc ją od wście­kłego tłumu. Zostali sami.

-?Kilka osób pró­bo­wało roz­wa­lić szklane drzwi w holu i wydo­stać się na zewnątrz, ale poli­cja wysta­wiła tam oddział anty­ter­ro­ry­styczny - powie­dział Stout. -?Są w peł­nym rynsz­tunku. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś prze­kro­czył gra­nicę.

To Clair zasu­ge­ro­wała spro­wa­dze­nie anty­ter­ro­ry­stów, ale nie zamie­rzała mu o tym mówić. Przez wszyst­kie lata pracy w chi­ca­gow­skiej poli­cji trzy razy miała do czy­nie­nia z "nie­po­ko­jami spo­łecz­nymi" (poli­cja nie prze­pa­dała za okre­śle­niem "zamieszki"). Za każ­dym razem coś wisiało wcze­śniej w powie­trzu, jakaś zapo­wiedź wyda­rzeń. W szpi­talu aż cuch­nęło taką zapo­wie­dzią i nie ona pierw­sza to zauwa­żyła. Osoby z per­so­nelu pra­co­wały w nie­mal abso­lut­nej ciszy, bacz­nie przy­glą­dały się sobie nawza­jem oraz tłu­mowi zgro­ma­dzo­nemu w sto­łówce. Rodzice ska­kali wokół dzieci, a naj­cich­sze kaszl­nię­cie czy kich­nię­cie spo­ty­kało się z mor­der­czym spoj­rze­niem. Mówiło się o odizo­lo­wa­niu cho­rych przez CDC. Roz­ma­wiali wcze­śniej z kie­row­nic­twem o wydzie­le­niu jed­nego skrzy­dła na dru­gim pię­trze, ale jeśli cokol­wiek zro­biono w tym kie­runku, to nikt nie zdra­dził jej żad­nych szcze­gó­łów planu.

Wje­chali windą na czwarte pię­tro.

Kiedy drzwi się otwo­rzyły, Stout popro­wa­dził ją kory­ta­rzem po lewej stro­nie. Na ścia­nie wisiała tablica z napi­sem "Kar­dio­lo­gia".

-?Pie­lę­gniarka zna­la­zła go jakieś dzie­sięć minut temu.

-?Kogo?

Nie odpo­wie­dział. Skrę­cił bez słowa w kolejny kory­tarz, potem w trzeci, weszli chyba do jakie­goś skrzy­dła admi­ni­stra­cyj­nego. Więk­szość drzwi była poza­my­kana, zasłony poza­cią­gane.

-?Dru­gie drzwi po lewej -?powie­dział.

Clair podą­żyła wzro­kiem za jego pal­cem. Tabliczka na drzwiach gło­siła "Dr Stan­ford Pentz". Jej dłoń powę­dro­wała do kolby broni służ­bo­wej przy­pa­sa­nej na bio­drze.

-?Nie będzie to pani potrzebne.

Clair mimo wszystko odpięła skó­rzany pasek kabury i wzmoc­niła chwyt, drugą ręką się­ga­jąc do gałki. Drzwi otwo­rzyły się do środka, uka­zu­jąc gabi­net. Po lewej stała kanapa, po pra­wej -?maho­niowe biurko i dwa oka­załe skó­rzane fotele. Na ścia­nach wisiały roz­ma­ite dyplomy, a na biurku stało zdję­cie rodzinne: męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce z żoną i na oko dwu­na­sto­let­nim syn­kiem, wszy­scy uśmiech­nięci i odświęt­nie ubrani.

Na środku pomiesz­cze­nia, ple­cami do Clair, a twa­rzą do dużego okna zaj­mu­ją­cego całą ścianę gabi­netu, klę­czał męż­czy­zna. Głowę miał pochy­loną do przodu, pod­bró­dek opie­rał się na klatce pier­sio­wej. Nie miał na sobie butów. Obok stała para czar­nych moka­sy­nów.

Clair pode­szła bli­żej.

Sto­jący w drzwiach Stout odchrząk­nął, ale nic nie powie­dział.

Clair obe­szła męż­czy­znę dookoła, sta­nęła mię­dzy nim a oknem, i wtedy wła­śnie zauwa­żyła krew oraz trzy małe pude­łeczka uło­żone na pod­ło­dze.

10

Nash

Dzień piąty, 8.31

Nash wyplą­ty­wał się wła­śnie z kurtki, kiedy drzwi windy otwo­rzyły się w pod­zie­miach komendy poli­cji Chi­cago. Zwy­kle wylud­niony hol dziś aż buzo­wał. Zanim Nash zdą­żył wysiąść, jakiś dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek wpa­ko­wał się do środka z wóz­kiem zała­do­wa­nym pudłami na doku­menty.

Nash znał te pudła.

-?Gdzie to zabie­rasz?

-?Na Roose­velt -?odparł dzie­ciak.

Nash zauwa­żył przy jego pasku odznakę FBI.

-?Na czyj roz­kaz?

Chło­pak wycią­gnął rękę i naci­snął guzik par­teru. Kciu­kiem wska­zał w stronę holu.

-?Jeśli ma pan jakieś pyta­nia, radzę zwró­cić się do agenta Poole'a.

Kiedy drzwi zaczęły się zamy­kać, Nash wci­snął mię­dzy nie stopę. Zanim znów się otwo­rzyły, się­gnął jesz­cze do panelu ste­row­ni­czego windy i powci­skał wszyst­kie guziki.

Gdy tylko wyszedł z windy, minął go kolejny młody agent z sze­ścioma pudłami doku­men­tów.

Już od kilku lat grupa śled­cza zaj­mu­jąca się sprawą 4MK pra­co­wała w pokoju narad znaj­du­ją­cym się na pozio­mie piw­nicy. Łatwiej było im się sku­pić pod zie­mią niż w dużej sali z wszyst­kimi innymi detek­ty­wami. Zbyt wiele pytań, zbyt wiele wścib­skich oczu, zbyt wiele prze­cie­ków do prasy. Izo­la­cja roz­wią­zała wszyst­kie te pro­blemy. No, przy­naj­mniej więk­szość z nich. Przed kil­koma mie­sią­cami, gdy Anson Bishop oka­zał się Zabójcą Czwar­tej Małpy i uciekł, sprawę prze­jęło FBI. Zajęli rów­nież pomiesz­cze­nie vis-a-vis pokoju narad. Por­ter z początku obsta­wiał, że to tym­cza­sowe. Albo Bishop zosta­nie ujęty, albo FBI odda sprawę lokal­nej poli­cji, kiedy już sprawa zej­dzie z pierw­szych stron gazet, ale ni­gdy do tego nie doszło. Co wię­cej, sytu­acja eska­lo­wała. Zro­biło się jesz­cze gorzej.

Nash naj­pierw zaj­rzał do gabi­netu FBI -?czworo agen­tów, żad­nego nie koja­rzył. Wszy­scy byli zajęci pako­wa­niem kar­to­nów i usta­wia­niem ich przy drzwiach.

Po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, w pokoju narad, zastał agenta spe­cjal­nego Franka Poole'a -?sie­dział naprze­ciwko wej­ścia, patrząc na trzy białe tablice detek­ty­wi­styczne.

Nash poczuł, że z wście­kło­ści robi się czer­wony jak burak.

-?Co tu się odwala, Frank?

-?Agent dowo­dzący Hur­less chce wszystko skon­so­li­do­wać w biu­rze tere­no­wym FBI przy Roose­velt. Dosta­jemy coraz wię­cej danych z Nowego Orle­anu i Simp­so­nville: o tych sze­ściu cia­łach zna­le­zio­nych w jezio­rze... o domu... o wszyst­kim, czego Sam się dotknął od wyjazdu z Chi­cago do chwili, gdy zna­leź­li­śmy go w hotelu Guyon.

-?Czemu nie możemy tego robić tutaj?

-?To nie ja podej­muję decy­zje. -?Nie odry­wa­jąc wzroku od tablic, Poole dodał: -?Jak dobrze znasz bur­mi­strza?

-?Ja? Spo­tka­łem go ze dwa razy na jakichś uro­czy­sto­ściach, poda­łem rękę, zro­bili nam zdję­cie. Podej­rze­wam, że nie ma poję­cia o moim ist­nie­niu.

-?A Anthony War­nick z jego biura?

-?Pozna­łem go dzi­siaj. A co?

Poole na­dal nie pod­no­sił wzroku.

-?War­nick zadzwo­nił do bur­mi­strza, on zadzwo­nił do prze­ło­żo­nego mojego prze­ło­żo­nego i pięć minut póź­niej dosta­łem roz­kaz, żeby włą­czyć was do śledz­twa. Dzie­sięć minut wcze­śniej Hur­less chciał, żebym zamknął cię razem z Samem. Ktoś tu ma na kogoś haka. Tylko to tłu­ma­czy ten nagły zwrot o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Poole wstał, pod­szedł do pierw­szej tablicy i wska­zał dwa słowa wśród innych infor­ma­cji o Arthu­rze Tal­bo­cie: "Zna­jomy bur­mi­strza".

-?To Sam musiał napi­sać -?stwier­dził Nash. -?Wiemy, że Tal­bot grał z bur­mi­strzem w golfa. Wspie­rał też jego kam­pa­nię. Wszyst­kie jego inwe­sty­cje budow­lane były na wielką skalę. Domy­ślam się, że takie pro­jekty nie mają szans, jeśli bur­mistrz w jakimś zakre­sie nie bie­rze w nich udziału.

-?Powią­za­li­ście go z czymś nie­le­gal­nym?

Nash pokrę­cił głową.

-?Nic nie wyszło. Zresztą nie sądzę, żeby kto­kol­wiek szu­kał. Inte­re­so­wał nas Tal­bot, nie bur­mistrz.

-?Wydaje mi się, że masz być tutaj jego czło­wie­kiem -?powie­dział Poole wprost.

Nash uśmiech­nął się krzywo.

-?Skoro tak, to źle wybrał. Nie zamie­rzam z nim gadać.

Poole na chwilę zamilkł, po czym spy­tał:

-?Ma coś na cie­bie?

Tym razem Nash roze­śmiał się w głos.

-?Myślisz, że spró­buje mnie jakoś zmu­sić?

Poole wzru­szył ramio­nami.

-?Nic z tego -?oznaj­mił Nash sta­now­czo. -?Nic na mnie nie ma. Jestem anioł­kiem.

Poole otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale zmie­nił zda­nie i tylko odchrząk­nął.

-?Skupmy się na spra­wie.

-?Tak, dobry pomysł.

Poole ryt­micz­nie zabęb­nił pal­cami w poręcz krze­sła, po czym prze­niósł oczy z powro­tem na tablice.

-?Parę godzin temu dzwo­niła do mnie sze­ryfka z Simp­so­nville. Na scho­dach sądu zna­la­zła zwłoki męż­czy­zny, upo­zo­wane iden­tycz­nie jak te dwie kobiety, które zna­leź­li­śmy tutaj. Oko, ucho i język usu­nięte i umiesz­czone w bia­łych pude­łecz­kach prze­wią­za­nych czar­nym sznur­kiem. Obok napi­sano "Ojcze, prze­bacz mi". Ciało pokryte biały prosz­kiem, tak jak tamte dwie. Nie mam jesz­cze wie­ści z labo­ra­to­rium, ale wydaje mi się, że to sól.

-?Szlag. To zna­czy, że mamy dziś już cztery ciała -?odparł Nash.

-?Jak to?

-?Do mnie z kolei dzwo­niła Clair. Też ma denata, leka­rza nazwi­skiem Stan­ford Pentz. Iden­tyczny przy­pa­dek jak pozo­stałe, łącz­nie z pudeł­kami i bia­łym pyłem.

-?A napis?

Nash przy­tak­nął.

-?"Ojcze, prze­bacz mi". Na bloczku z recep­tami leżą­cym na biurku.

-?Coś na czole?

-?Nie, to jedyna róż­nica.

-?Ten w Simp­so­nville też nic nie miał. -?Poole zamy­ślił się na chwilę. - Szpi­tal jest zamknięty -?zauwa­żył. -?Usta­liła czas zgonu? Jak kto­kol­wiek mógł się tam dostać?

Do pokoju weszła trójka agen­tów i zaczęła pako­wać wszystko do pudeł, które usta­wiali pod drzwiami.

-?Tablice zostaw­cie -?poin­stru­ował ich Poole.

Ski­nęli gło­wami i wró­cili do pracy.

Poole odwró­cił się z powro­tem do tablic.

-?Cztery ciała odkryte na prze­strzeni kilku godzin. Dwa na mie­ście, jedno w szpi­talu zamknię­tym na wszyst­kie spu­sty, ostat­nie ponad tysiąc kilo­me­trów stąd. To nie może być robota wyłącz­nie Bishopa.

Nash wziął sobie krze­sło i siadł obok agenta.

-?Ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście ofiarę z Karo­liny Połu­dnio­wej?

Poole ski­nął głową.

-?Nie­jaki Tom Lan­glin. Autor pro­to­kołu z pożaru domu Bishopa w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Eme­ry­to­wany stra­żak.

-?Masz ten pro­to­kół?

-?Na razie jest w Karo­li­nie. Tylko zer­k­ną­łem. -?Poole odchy­lił głowę do tyłu i zamknął oczy. -?Sier­pień dzie­więć­dzie­sią­tego pią­tego. Długo przed moimi cza­sami. Od razu orze­czono pod­pa­le­nie. Lan­glin spi­sał pro­to­kół. Prze­szedł na eme­ry­turę, ale cią­gle mieszka w oko­licy. Mogę cię zawieźć do jego domu, jeśli sądzisz, że to coś da. Według pro­to­kołu wszę­dzie cuch­nęło ben­zyną. Kiedy przy­je­chały wozy stra­żac­kie, nic już nie dało się zro­bić. W środku zna­le­ziono ciała trzech męż­czyzn. Nie udało się usta­lić przy­czyny śmierci z powodu stanu zwłok po poża­rze. Jedna osoba prze­żyła, nie­jaki Anson Bishop, lat dwa­na­ście. Łowił ryby w jezio­rze, wró­cił, bo zauwa­żył dym. Uznano, że jed­nym z mar­twych męż­czyzn był jego ojciec. O pod­pa­le­nie podej­rze­wano matkę, która znik­nęła. Wypusz­czono list goń­czy, ale nie udało się jej namie­rzyć. Przy­czepę za domem wynaj­mo­wali Simon i Lisa Car­te­ro­wie. Oni też znik­nęli po poża­rze i ślad po nich zagi­nął. Chło­piec tra­fił do ośrodka tera­peu­tycz­nego Cam­den, nie­da­leko stąd. -?Poole otwo­rzył oczy. -?To powie­działa mi sze­ryfka.

-?Kurde, mam ciary. Pamię­tasz tę roz­mowę słowo w słowo?

Poole odgar­nął włosy do tyłu i znów sku­pił się na tabli­cach.

-?Mam pamięć ejde­tyczną. Potra­fię odtwo­rzyć wspo­mnie­nia z nie­mal ide­alną dokład­no­ścią.

-?Chry­ste, ja zwy­kle nie pamię­tam, gdzie zapar­ko­wa­łem.

-?Nie rób tak.

-?Jak?

-?Nie umniej­szaj swo­jej war­to­ści takimi żar­tami -?wyja­śnił Poole. - Wiem, że mądry z cie­bie facet. Jesteś dobry w tym, co robisz. Nic nie zyskasz, umniej­szając sie­bie. Oto­cze­nie będzie miało o tobie gor­szą opi­nię. Nie rób sobie tego.

Nash uśmiech­nął się kąci­kiem ust i zni­żył głos.

-?Zdra­dzę ci pewien sekret, Frank. Przy głu­pim poli­cjan­cie ludzie zwy­kle prze­stają się pil­no­wać. Zdzi­wił­byś się, ile można zdzia­łać paroma żar­tami i wymię­tymi ciu­chami. Jak taki gość jak ty gdzieś wej­dzie, to żaden gnój nie puści pary z ust. Ludzie się pil­nują. Uważ­nie dobie­rają słowa. Ze mną chcą wypić piwo. Zapo­mi­nają, że mają do czy­nie­nia z gli­nia­rzem. -?Wska­zał na tablice. -?Poczu­cie humoru pomaga mi też radzić sobie z tym wszyst­kim. Dużo tu śmierci, po jakimś cza­sie to zaczyna cią­żyć.

Poole wes­tchnął i wbił wzrok w pod­łogę.

-?Czy Sam jest w to zamie­szany?

Nash wytarł dło­nie w spodnie.

-?Chciał­bym powie­dzieć, że nie. Chciał­bym móc powie­dzieć, że abso­lut­nie nie ma mowy. Znam go od dawna, jest jed­nym z naj­lep­szych gli­nia­rzy, z jakimi mia­łem przy­jem­ność pra­co­wać. Sądzę, że gdy­byś zadał mi to pyta­nie mie­siąc temu, tak wła­śnie bym odpo­wie­dział. Teraz jed­nak nie jestem już taki pewny. Wpadł w obse­sję. Zacho­wuje się irra­cjo­nal­nie. Wypu­ścił się na jakąś dziwną misję. Pomógł tam­tej kobie­cie uciec z wię­zie­nia... Cią­gle sobie powta­rzam, że nic mi nie mówił, żeby mnie chro­nić, Clair i Kloza też, ale nie czuję tego. To wszystko jest jakieś pokrę­cone. Gdy­bym wypi­sał wszystko, co zro­bił, na jed­nej z tych tablic, i nie umie­ścił jego nazwi­ska w nagłówku, a spoj­rzał tylko na dowody, jego dzia­ła­nia, byłby moim głów­nym podej­rza­nym. Trudno mi się z tym pogo­dzić, ale wiem, że to prawda. Tym­cza­sem jed­nak mamy cztery nowe ciała, a on przez cały ten czas był zatrzy­many. Nie ma mowy, żeby był za to odpo­wie­dzialny, ale to jesz­cze nie ozna­cza, że jest czy­sty. Cze­goś mi nie mówi, cze­goś naprawdę waż­nego, a cokol­wiek to jest, nara­stało przez te lata, kiedy pra­co­wa­li­śmy nad sprawą. Śmier­tel­nie boję się dowie­dzieć, czym jest to coś, ale jako poli­cjant nie mogę spo­cząć, dopóki nie odkryję prawdy. Tak to już jest.

Obaj umil­kli na jakąś minutę. Ciszę prze­rwał Poole:

-?W FBI uwa­żają, że są jakieś nie­pra­wi­dło­wo­ści w śledz­twie. Że to dla­tego 4MK tak długo nie daje się zła­pać.

Nash zaczął ener­gicz­nie krę­cić głową, jesz­cze zanim Poole skoń­czył zda­nie.

-?4MK tak długo się miga, bo jest cho­rym poje­bem, któ­rego motywy nie mają żad­nego sensu, chyba że dla niego. Jeśli Sam ma z tym jakiś zwią­zek, a to naprawdę wąt­pliwe, to ni­gdy nie wpły­nęło na jego pracę. Widzia­łeś tamtą ścianę w jego miesz­ka­niu. Tak się nie zacho­wuje ktoś, kto pró­buje sabo­to­wać śledz­two. To był efekt dzia­ła­nia umy­słu ogar­nię­tego obse­sją. Kogoś, kto chciał za wszelką cenę dopaść Bishopa. Czło­wiek sie­dzący teraz w pokoju prze­słu­chań na­dal tego pra­gnie. -?Nash odwró­cił się do Poole'a. -?Musi­cie pozwo­lić mu prze­czy­tać te pamięt­niki. Niech wam pomoże. Nie­ważne, czy mu ufa­cie, czy nie, nikt nie ma wyż­szych kom­pe­ten­cji, żeby prze­bić się przez beł­kot Bishopa. Dobrze o tym wiesz, nawet jeśli nie zamie­rzasz przy­znać mi racji.

-?Wysła­li­śmy mu te zeszyty dzie­sięć minut temu -?oznaj­mił Poole.

Nash się żach­nął.

-?Czyli pro­du­ko­wa­łem się zupeł­nie bez sensu?

-?A coś mówi­łeś? -?zdzi­wił się Poole. -?Nie słu­cha­łem.

-?Oho, cie­bie też trzy­mają się żarty?

-?Tylko ten jeden. -?Poole wstał i tele­fo­nem sfo­to­gra­fo­wał tablice. -?Za pół godziny jest odprawa przy Roose­velt. Bur­mistrz na pewno by chciał, żebyś się tam sta­wił.

Nash nie miał pew­no­ści, czy ostat­nie zda­nie też było żar­tem.

11

Por­ter

Dzień piąty, 8.36

Por­ter był zbyt pod­nie­cony, żeby spać. Wypu­ścili go z sali prze­słu­chań tylko do łazienki i źró­dełka z wodą pitną w holu. Kiedy funk­cjo­na­riusz w mun­du­rze go wypro­wa­dził, zgro­ma­dzeni w kory­ta­rzu uci­chli. Detek­tywi, któ­rych znał od lat, per­so­nel eta­towy, wszy­scy stali i patrzyli bez słowa. Zwal­czył chęć, żeby wyrzu­cić ręce w powie­trze i wrza­snąć "Buuu!" -?może to by ich spro­wo­ko­wało. Gdy wró­cił do sali prze­słu­chań, zosta­wiono go tam samego. Spo­dzie­wał się, że posta­wią mu zarzuty -?od pomocy w ucieczce z wię­zie­nia po mor­der­stwo w hotelu Guyon -?ale nie. Przy­naj­mniej na razie. Cóż, nie ma pośpie­chu, pomy­ślał. Wie­dział, że go nie wypusz­czą. Zamknął oczy, pró­bo­wał odpo­cząć, ale w gło­wie sły­szał ogłu­sza­jący krzyk -?wszyst­kie fakty zwią­zane ze sprawą wrzesz­czały jed­no­cze­śnie, sto róż­nych gło­sów pro­wa­dziło oży­wioną debatę.

Kiedy ktoś zapu­kał do drzwi, Por­ter gwał­tow­nie otwo­rzył oczy i zdał sobie sprawę, że minęły dwie godziny.

Nie wie­dział, po co w ogóle bawili się w puka­nie, prze­cież i tak nie mógł otwo­rzyć. Wcze­śniej przez ponad godzinę wal­czył z pokusą prze­krę­ce­nia gałki, w końcu się pod­dał, ale potwier­dził tylko swoje obawy -?zamknięte na klucz. Na dźwięk stu­ka­nia pod­niósł więc tylko wzrok i cze­kał. Usły­szał brzęk otwie­ra­nego zamka i po chwili drzwi się otwo­rzyły. Do pokoju weszła dwu­dzie­sto­kil­ku­latka z iden­ty­fi­ka­to­rem FBI i wej­ściówką dla odwie­dza­ją­cych komendę poli­cji. Posta­wiła na stole białe pudło na doku­menty.

-?To od agenta Poole'a.

Chwilę póź­niej już jej nie było. Zamknęła za sobą drzwi i prze­krę­ciła klucz.

W pokoju znów pano­wała cisza, jeśli nie liczyć szumu kli­ma­ty­za­tora.

Por­ter gapił się na pudło. Wie­dział, co znaj­dzie w środku. Prak­tycz­nie czuł te cho­lerne zeszyty przez cienki kar­ton, cze­kały na niego niczym żywe stwo­rze­nie, które na chwilę się przy­cza­iło. Poło­żył rękę na pokry­wie i mógłby przy­siąc, że jest cie­pła.

Pot spły­nął mu z czoła po policzku. Czuł, że kapie mu na ramię, ale nawet nie pró­bo­wał wycie­rać twa­rzy.

-?Będę potrze­bo­wał cze­goś do pisa­nia -?powie­dział, nie pod­no­sząc głowy. Wie­dział, że ktoś obser­wuje go zza lustra wenec­kiego. Pew­nie nawet kil­koro kto­siów. -?I może też kawy.

Jakąś minutę póź­niej wszystko mu przy­nie­śli -?tablicę, mar­ker, kubek i dzba­nek kawy pokryty ciem­no­brą­zo­wym osa­dem, z rączką skle­joną taśmą.

Dopiero kiedy został znowu sam, otwo­rzył pudło, wyjął po kolei wszyst­kie zeszyty i roz­ło­żył je na stole. Były ponu­me­ro­wane, cyfry umiesz­czono w pra­wym gór­nym rogu każ­dej okładki -?od jed­nego do jede­na­stu -?dobrze mu już zna­nym cha­rak­te­rem pisma.

Por­ter nalał sobie czar­nej kawy i usiadł na krze­śle z pierw­szym zeszy­tem. Wyda­wało mu się, że jedno z kto­siów po dru­giej stro­nie lustra nachyla się nieco bli­żej. Odparł pokusę, żeby czy­tać na głos.

12

Pamięt­nik

Dom Pani Finicky dla Krnąbr­nych Dzieci odzy­wał się nocą. Trzask sta­rych, artre­tycz­nych kości i sta­wów żył w ścia­nach, pod­ło­dze i sufi­cie. Dom dyszał, pró­bu­jąc nabrać powie­trza -?cichy świst i chra­pliwy wydech zawsze zda­wał się rodzić na dol­nych pię­trach i wycho­dzić gdzieś górą. Pomiesz­cze­nia w tym budynku były jak zmę­czone płuca, upstrzone guzami nowo­two­ro­wymi i zbli­zno­wa­ce­niami, wyko­rzy­stane i porzu­cone przez tych, któ­rzy nie­gdyś nazy­wali to miej­sce domem.

Dom.

To słowo zda­wało mi się zabawne, bo jesz­cze rok wcze­śniej mógł­bym powie­dzieć, co dla mnie zna­czy. Bez waha­nia, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, rozu­mia­łem, co to dom, i potra­fi­łem poka­zać go na mapie, podać naj­lep­szą drogę do niego. Wtedy było to jedno miej­sce, jedyne, jakie pamię­ta­łem czy kie­dy­kol­wiek zna­łem. Dom ozna­czał dla mnie miły, cie­pły koc. Mokry piach pod sto­pami, kiedy sze­dłem boso ścieżką do jeziora. Dom to był śmiech matki i uśmiech ojca, i uprzejme macha­nie uro­czej pani Car­ter, kiedy prze­ci­na­łem jej ogró­dek, licząc na to, że poczuję zapach jej per­fum albo dostrzegę kształty ciała, kiedy słońce pod­świe­tlało od tyłu jej żółtą sukienkę w kwiaty.

Kiedy zamy­ka­łem oczy, mogłem tam wró­cić, więc to robi­łem -?czę­sto tam wra­ca­łem. Z upły­wem czasu przy każ­dym powro­cie coś się zmie­niało. Z początku róż­nice były sub­telne -?pusty sznu­rek na pra­nie, już nie­ob­cią­żony mokrą, łopo­czącą na wie­trze bie­li­zną poście­lową. Lodówka, nie­gdyś dobrze zaopa­trzona, teraz z do połowy pustą butelką skwa­śnia­łego mleka. Pokoje, daw­niej cie­płe i przy­tulne, teraz chłodne w mroź­nym jesien­nym powie­trzu, pokryte war­stewką kurzu. Coraz trud­niej było mi zna­leźć to miej­sce, mój dom, jakby znaj­do­wało się w pudle w mojej gło­wie, usta­wio­nym pod naj­dal­szą ścianą, a codzien­nie poja­wiały się nowe pudła, dokła­dane z przodu, i powoli zagrze­by­wały tamto pierw­sze pudło.

Dziś po prze­bu­dze­niu myśla­łem o mojej kotce, cał­kiem samej na brzegu jeziora, pozba­wio­nej opieki.

Zasta­na­wia­łem się, czy jesz­cze kie­dyś zoba­czę swój dom.

Potem przy­po­mnia­łem sobie ostatni raz, kiedy go widzia­łem -?pożar, tam­tych męż­czyzn -?i zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy cokol­wiek po nim zostało.

Paul zachra­pał.

Pan Paul Upchurch, rysow­nik świa­tów, twórca Dziw­nych przy­pad­ków May­belle Mar­kel, zamiesz­ku­jący górne pię­tro łóżka w naszym wspól­nym pokoju, chra­pał każ­dej nocy bez wyjątku, char­cząc jak kiep­sko kon­ser­wo­wany agre­gat prą­do­twór­czy. Ponie­waż spał na górze, tuż pod sufi­tem, każdy mokry oddech niósł się jesz­cze gło­śniej­szym echem. Do tego stop­nia, że cza­sami sam się budził i nie miał poję­cia dla­czego. Mru­czał coś nie­wy­raź­nie pod nosem i znowu odpły­wał, a po mniej wię­cej godzi­nie histo­ria się powta­rzała.

Ja nie mia­łem tyle szczę­ścia.

Nie wie­dzieć czemu, kiedy budziły mnie jego zabu­rze­nia oddy­cha­nia, cał­kiem mijała mi sen­ność. Leża­łem w łóżku, gapiąc się na spód mate­raca Paula, ską­pany w bla­dym czer­wo­nym świe­tle elek­tro­nicz­nego budzika sto­ją­cego na dru­gim końcu pokoju. Zda­wało się to zda­rzać zawsze dokład­nie dwie minuty po czwar­tej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Tray

Dzień piąty, 5.19

-?Ej, gnoju, czy to ci, kurwa, wygląda na pen­sjo­nat?

Głos był szorstki, chro­po­waty. O tej porze to mógł być tylko poli­cjant, ochro­niarz albo może wku­rzony miesz­ka­niec któ­re­goś z oko­licz­nych domów. Tak czy ina­czej zawi­nięta w stę­chłą narzutę Tray Sto­uf­fer nawet nie drgnęła. Cza­sem, kiedy czło­wiek się w ogóle nie rusza, dają spo­kój. Cza­sem im się nudzi i odcho­dzą.

Znowu kop­nię­cie cięż­kim butem -?szyb­kie i mocne. Pro­sto w żołą­dek.

Tray chcia­łaby krzyk­nąć, zła­pać tę nogę i wal­czyć. Nic takiego jed­nak nie zro­biła. Pozo­stała w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu.

-?Psia­krew, mówię do cie­bie!

Kolejny kop­niak, jesz­cze sil­niej­szy niż poprzedni, tym razem w żebra.

Tray stęk­nęła, nie mogła się powstrzy­mać. Moc­niej otu­liła się kapą.

-?Masz poję­cie, co się dzieje z cenami nie­ru­cho­mo­ści przez cie­bie i two­ich kum­pli, któ­rzy też tutaj koczują? Dzie­ciaki się was boją. Starsi ludzie nie chcą wycho­dzić z domu. To nie fair, że muszą się poty­kać o takiego śmie­cia, żeby wyjść do sklepu.

Czyli miesz­ka­niec.

Tray już to wszystko sły­szała.

-?Wiesz, co ja tu robię o pią­tej rano, kiedy ty sobie uci­nasz drzemkę? Kiedy ty się wyle­gu­jesz w cie­pełku na naszym progu? Wła­śnie skoń­czy­łem zmianę w pie­karni, dzie­sięć godzin. Wczo­raj w nocy sie­dzia­łem tam dwa­na­ście godzin. Za dzie­sięć godzin muszę wra­cać. Tak zara­biam na życie i na to miesz­ka­nie. To mój wkład w spo­łe­czeń­stwo. Ja się nie szla­jam po uli­cach jak wy, lenie pier­do­lone. Znajdź se jakąś pracę! Ogar­nij się!

Dla czter­na­sto­latki nie było żad­nej pracy. Przy­naj­mniej legal­nej. Musia­łaby dostać zgodę od rodzi­ców, a na to nie miała naj­mniej­szych szans.

Tray przy­go­to­wała się na kolej­nego kop­niaka.

Męż­czy­zna jed­nak nie kop­nął, tylko szarp­nął za narzutę i zerwał ją z niej, odrzu­cił na bok. Kapa wylą­do­wała w kałuży na wpół stop­nia­łego śniegu u pod­nóża scho­dów.

Tray zadrżała, zwi­nięta w kłę­bek, w oba­wie przed cio­sem.

-?Ej, prze­cież to dziew­czyna. Jesz­cze z cie­bie dzie­ciak -?powie­dział męż­czy­zna, a z jego tonu ulot­niła się złość. -?Bar­dzo prze­pra­szam. Jak masz na imię?

-?Tracy -?odparła. -?Ale mówią mi Tray. -?Gdy tylko słowa opu­ściły jej usta, natych­miast tego poża­ło­wała. Wie­działa, jak to jest, kiedy zaczyna z nimi gadać. Lepiej trzy­mać buzię na kłódkę, nie rzu­cać się w oczy.

Męż­czy­zna przy­klęk­nął, w lewej ręce dyn­dała mu papie­rowa torba. Nie był bar­dzo stary, może po dwu­dzie­stce. Gruby płaszcz. Brą­zowe włosy pod gra­na­tową weł­nianą czapką. Piwne oczy. Zawar­tość torby pach­niała nie­zwy­kle ape­tycz­nie.

Zauwa­żył, że mu się przy­gląda.

-?Ja mam na imię Emmitt. Jesteś głodna, Tray?

Ski­nęła głową. Wie­działa, że to rów­nież błąd. Ale naprawdę była głodna. Okrop­nie głodna.

Się­gnął do papie­ro­wej torby i wyło­wił z niej nie­duży boche­nek chleba. Chru­piąca skórka paro­wała w mroź­nym powie­trzu, jak zwy­kle zimą w Chi­cago, i Tray na chwilę zapo­mniała o prze­ni­kli­wym wie­trze znad jeziora, który hulał po ulicy w wyją­cych pory­wach.

Zabur­czało jej w brzu­chu tak gło­śno, że oboje to usły­szeli.

Emmitt podał jej odła­many kawa­łek chleba, który Tray pożarła dwoma kęsami, wła­ści­wie nie żując. To był praw­do­po­dob­nie naj­smacz­niej­szy chleb, jaki w życiu jadła.

-?Chcesz jesz­cze?

Tray poki­wała głową, choć wie­działa, że nie powinna.

Emmitt sap­nął. Wycią­gnął dłoń i pogła­dził ją po policzku boczną stroną palca wska­zu­ją­cego. Palec zsu­nął się na jej szyję, wśli­zgnął pod koł­nierz swe­tra.

-?Może chodź do mnie? Dosta­niesz tyle chleba, ile będziesz chciała. Mam też inne rze­czy do jedze­nia. Prysz­nic z cie­płą wodą. Wygodne łóżko. Zro­bię...

Tray obiema rękami wal­nęła męż­czy­znę w ramiona. Przy­klę­kał chwiej­nie na jed­nym kola­nie i nie spo­dzie­wał się ciosu. Runął w tył, torba wypa­dła mu z rąk, wyrżnął głową w meta­lową poręcz przy scho­dach do budynku.

-?Ty dziwko! -?wrza­snął.

Zanim zdą­żył się pozbie­rać, Tracy zerwała się na nogi. Zła­pała papie­rową torbę, porwała swój ple­cak, zbie­gła po pię­ciu stop­niach, zacze­pia­jąc się narzutą, i ruszyła ulicą Mer­cer. Nie będzie jej gonił; rzadko im się chciało, ale cza­sem...

-?Nie pró­buj tu wra­cać! Jak jesz­cze raz cię tu zła­pię, dzwo­nię po poli­cję!

W końcu odwa­żyła się zer­k­nąć za sie­bie -?Emmitt wstał, pozbie­rał swoje rze­czy i wcho­dził już do budynku. Nawet z takiej odle­gło­ści wyda­wało jej się, że czuje cie­pło w holu wej­ścio­wym.

Zwol­niła dopiero przy ogro­dze­niu cmen­ta­rza Rose Hill. O tej porze brama była zamknięta, ale Tray była szczu­pła, więc już po chwili prze­śli­zgnęła się mię­dzy prę­tami z kutego żelaza, wcią­ga­jąc za sobą ple­cak i narzutę.

W Chi­cago było sporo noc­le­gowni, ale miała już doświad­cze­nie. O tej porze były zamknięte na głu­cho. Wszę­dzie zamy­kali mię­dzy dzie­więt­na­stą a pół­nocą i nikogo nie wpusz­czali po godzi­nach. A nawet gdyby, na pewno i tak pękały w szwach. Kolejki usta­wiały się cza­sem już od połu­dnia, zawsze bra­ko­wało miejsc. Tray czuła się zresztą bez­piecz­niej na ulicy. Tacy Emmitci byli wszę­dzie, zwłasz­cza w noc­le­gowniach, a z dwojga złego lepiej już spo­tkać takiego na scho­dach budynku miesz­kal­nego albo w uliczce osło­nię­tej przed wia­trem, niż spę­dzić z nim noc za zamknię­tymi drzwiami. Cza­sem nawet z wię­cej niż jed­nym. Emmitci zwy­kle trzy­mali się razem i polo­wali w sta­dach.

Tray nie bała się cmen­ta­rzy. Przez ostat­nie dwa lata spała przy­naj­mniej raz na każ­dym w mie­ście. Rose Hill nale­żał do jej ulu­bio­nych z uwagi na mau­zo­lea. W prze­ci­wień­stwie do Oakwood i Gra­ce­land na Rose Hill nie zamy­kano ich na noc. A cho­ciaż zatrud­niano wielu pra­cow­ni­ków ochrony, w taką zimną noc na pewno grali w karty w dyżurce, oglą­dali tele­wi­zję albo po pro­stu spali. Widy­wała ich czę­sto przez okna tej ich kan­ciapy.

Prze­brnęła przez zasy­paną świe­żym śnie­giem Tra­nqu­ility Lane. Nie­szcze­gól­nie mar­twiła się o ślady -?wie­działa, że zasy­pie je wiatr. Mimo wszystko nie chciała ryzy­ko­wać, więc kiedy dotarła na szczyt wzgó­rza, nie skrę­ciła w lewo w Bliss Road, lecz prze­szła na drugą stronę Tra­nqu­ility i wśli­zgnęła się do nie­du­żego lasku rosną­cego wzdłuż Bliss.

Nie paliły się żadne świa­tła, ale księ­życ był nie­mal w pełni, a kiedy w polu widze­nia poja­wiła się sadzawka, Tray nie mogła się nie zatrzy­mać i na nią nie popa­trzeć. Skuta lodem powierzch­nia lśniła pod cienką war­stewką świe­żego śniegu. Na brzegu stały mil­czące mar­mu­rowe posągi, a pomię­dzy nimi -?tkwiły kamienne ławki. To było takie ciche, spo­kojne miej­sce.

Tray nie od razu zauwa­żyła dziew­czynę klę­czącą na kra­wę­dzi wody, odwró­coną do niej tyłem. Po ple­cach spły­wały jej dłu­gie blond włosy. Wyglą­dała jak jeden z posą­gów -?nie­ru­choma, twa­rzą zwró­cona do sadzawki. Miała okrop­nie bladą skórę, nie­mal tak bez­barwną jak jej biała sukienka. Nie miała na sobie kurtki ani butów, tylko tę białą sukienkę, z mate­riału tak cien­kiego, że zda­wał się prze­źro­czy­sty. Dło­nie trzy­mała sple­cione na wyso­ko­ści piersi, jakby pogrą­żona w modli­twie, głowę prze­chy­loną na bok.

Tray nic nie powie­działa, ale pode­szła bli­żej. Zorien­to­wała się, że war­stewka śniegu leżąca na wszyst­kim wokół pokrywa także dziew­czynę. Kiedy obe­szła ją dookoła, zauwa­żyła, że to wcale nie dziew­czyna, lecz doro­sła kobieta. Ude­rza­jącą biel jej skóry prze­ła­my­wała cienka czer­wona kre­ska bie­gnąca spod wło­sów w dół twa­rzy. Druga kre­ska zaczy­nała się z boku lewego oka, niczym stru­mień czer­wo­nych łez, a trze­cia -?w kąciku ust. Ta ostat­nia nada­wała jej war­gom jaskra­wo­czer­woną barwę, niczym szminka.

Miała coś napi­sane na czole.

"Nie, zaraz, to nie jest napi­sane".

Na zasy­pa­nych śnie­giem kola­nach leżała srebrna taca. Taka, jaką można zna­leźć na ele­ganc­kim przy­ję­ciu w dro­giej restau­ra­cji -?nawet w wieku zale­d­wie czter­na­stu lat Tray dobrze wie­działa, że ni­gdy nie zoba­czy takiego miej­sca na żywo, co naj­wy­żej w kinie czy tele­wi­zji.

Na tacy leżały trzy nie­duże białe pude­łeczka. Każde mocno prze­wią­zano czar­nym sznur­kiem.

Za pude­łecz­kami, oparta o piersi kobiety, stała tek­tu­rowa tabliczka, podobna do tych, z któ­rymi Tray pró­bo­wała zbie­rać pie­nią­dze na jedze­nie. Tyle że ona ni­gdy nie wypi­sy­wała takich słów jak na tym kar­to­nie:

OJCZE, PRZE­BACZ MI

Tray zro­biła jedyne, co mogła w tej sytu­acji. Ucie­kła.

2

Poole

Dzień piąty, 5.28

Cześć, Sam,

domy­ślam się, że nie wiesz, o co cho­dzi.

Domy­ślam się, że drę­czą Cię pyta­nia.

Mnie też. Na­dal mam wiele pytań.

Pyta­nia sta­no­wią fun­da­ment wie­dzy, ucze­nia się, odkry­wa­nia i odkry­wa­nia na nowo. Docie­kliwy umysł nie ma zewnętrz­nych ścian. Docie­kliwy umysł jest jak maga­zyn o nie­ogra­ni­czo­nej powierzchni, jak pałac pamięci o nie­skoń­czo­nej licz­bie kom­nat, pię­ter i błysz­czą­cych cacek. Cza­sem jed­nak umysł doznaje urazu, jakaś ściana się kru­szy, pałac pamięci wymaga remontu, kom­naty przy­po­mi­nają raczej zde­wa­sto­wane klitki. Oba­wiam się, że Twój umysł pod­pada pod tę drugą kate­go­rię. Foto­gra­fie wokół Cie­bie, pamięt­niki -?oto klu­cze, które pomogą Ci w pro­ce­sie prze­ko­py­wa­nia gru­zów, prze­bu­dowy.

Jestem przy Tobie, Sam.

Zawsze tu będę, tak jak od zawsze byłem.

Prze­ba­czy­łem Ci, Sam. Może inni też prze­ba­czą. Nie jesteś już tam­tym czło­wie­kiem. Jesteś czymś znacz­nie wię­cej.

-?Anson1

-?Co to ma być? -?wark­nął agent spe­cjalny Frank Poole, odkła­da­jąc wydruk na bok. Zamknął oczy i przy­ci­snął dło­nie do skroni. Doku­czał mu okropny ból głowy. Pró­bo­wał się prze­spać w samo­lo­cie z Nowego Orle­anu, ale oka­zało się to nie­moż­liwe. Tele­fon sate­li­tarny się ury­wał. Dzwo­nili przede wszyst­kim z nowo­or­le­ań­skiego biura FBI, któ­rego funk­cjo­na­riu­sze na­dal prze­cze­sy­wali kan­ce­la­rię adwo­kacką Sarah Wer­ner i znaj­du­jące się nad nią miesz­ka­nie; zale­d­wie dzie­więć godzin wcze­śniej Poole zna­lazł ciało praw­niczki na jej wła­snej kana­pie -?patrzyła na niego męt­nym wzro­kiem, na kola­nach miała zgniłe resztki kola­cji, a na środku czoła mały czarny otwór po kuli. Koro­ner potwier­dził, że kobieta nie żyła przy­naj­mniej od kilku tygo­dni, znacz­nie dłu­żej, niż Poole z początku sądził. Ziden­ty­fi­ko­wano ją jako Sarah Wer­ner, co ozna­czało, że kobieta, z którą w ostat­nich dniach widy­wano detek­tywa Sama Por­tera, nie mogła być osobą, za którą się poda­wała. Była pod­sta­wioną oszustką. Wspól­nie wycią­gnęli z miej­sco­wego wię­zie­nia jedną z osa­dzo­nych i prze­wieźli ją przez pół kraju, do Chi­cago.

Pomię­dzy roz­mo­wami z oddzia­łem tere­no­wym tele­fon był zajęty przez part­nera Por­tera. Zna­leźli detek­tywa w Guy­onie, opusz­czo­nym hotelu w Chi­cago. Więź­niarka, któ­rej pomógł uciec, leżała zastrze­lona w holu. Por­ter, w sta­nie bli­skim kata­to­nii, sie­dział w pokoju na czwar­tym pię­trze, obwie­szo­nym foto­gra­fiami przed­sta­wia­ją­cymi go w towa­rzy­stwie Ansona Bishopa, seryj­nego mor­dercy zna­nego jako Zabójca Czwar­tej Małpy, pod ręką miał stertę zapi­sa­nych notat­ni­ków, a na ekra­nie sto­ją­cego na biurku lap­topa wyświe­tlała się powyż­sza wia­do­mość.

Z tego, co mu powie­dziano, poli­cja Chi­cago usta­liła, że lap­top miał zwią­zek z serią dzi­wacz­nych zabójstw, do któ­rych doszło w ostat­nich dniach -?kilka nasto­la­tek pod­ta­piano i resu­scy­to­wano, dopóki ich orga­ni­zmy wytrzy­my­wały, a do tego na naj­róż­niej­sze spo­soby mor­do­wano osoby doro­słe mające zwią­zek z opieką medyczną nad nie­ja­kim Pau­lem Upchur­chem, obec­nie ope­ro­wa­nym w szpi­talu imie­nia Stro­gera.

Kiedy Poole aku­rat nie wisiał na tele­fo­nie z Nowym Orle­anem albo detek­ty­wem Nashem, roz­ma­wiał z detek­tyw Clair Nor­ton, która prze­by­wała w tymże szpi­talu -?wła­śnie wybu­chła tam epi­de­mia wywo­łana przez Bishopa, Upchur­cha, a być może także inne osoby.

Jedyną osobą, która się jesz­cze nie ode­zwała, był jego bez­po­średni prze­ło­żony, agent dowo­dzący Hur­less. Poole dobrze wie­dział, że może spo­dzie­wać się tego tele­fonu w każ­dej chwili, a wolałby mieć już wtedy jakieś sen­sowne infor­ma­cje.

-?Daj­cie mi z nim poga­dać -?popro­sił detek­tyw Nash, gdzieś za jego ple­cami w pokoju obser­wa­cyj­nym.

Poole wciąż trzy­mał się za głowę.

-?Nie ma mowy.

Po dru­giej stro­nie lustra wenec­kiego Por­ter sie­dział na meta­lo­wym krze­śle, zgar­biony nad rów­nież meta­lo­wym sto­łem. Nie skuto go kaj­dan­kami. Poole zaczy­nał kwe­stio­no­wać słusz­ność tej decy­zji.

-?Ze mną będzie chciał roz­ma­wiać -?upie­rał się Nash.

Por­ter do nikogo się nie ode­zwał. Nie wydu­sił ani słowa.

-?Nie.

-?Sam nie jest złym czło­wie­kiem. Nie jest w to zamie­szany.

-?Tkwi w tym po uszy.

-?Nie Sam.

-?Kobieta, którą wycią­gnął z wię­zie­nia, ma śmier­telną ranę postrza­łową z broni, którą przy nim zna­leź­li­śmy. Por­ter ma wyraźne ślady pro­chu na dłoni. Nawet nie pró­bo­wał ukry­wać broni ani ucie­kać. Sie­dział i cze­kał, aż go aresz­tu­je­cie.

-?Nie wiemy, czy na pewno ją zabił.

-?Nie wypiera się tego -?zari­po­sto­wał Poole.

-?Jeśli to zro­bił, to wyłącz­nie w obro­nie wła­snej.

Poole puścił jego słowa mimo uszu.

-?Zadzwo­nił do szpi­tala Stro­gera i prze­ka­zał detek­tyw Nor­ton infor­ma­cje, któ­rych nie mógłby posia­dać, gdyby nie był w to zamie­szany. Wie­dział, że Upchurch ma gle­jaka. Skąd w ogóle znał jego nazwi­sko? Wie­dział o obu dziew­czy­nach. Znał szcze­góły, któ­rych nie­winny czło­wiek nie miał prawa znać.

-?Sły­sza­łeś, co mówiła Clair. Że to Bishop mu powie­dział.

-?Bishop mu powie­dział -?powtó­rzył znie­cier­pli­wiony Poole. -?Bishop mu powie­dział, że wstrzyk­nął wirusa SARS dwóm zagi­nio­nym dziew­czy­nom. Zosta­wił je w domu z Upchur­chem jak jakie­goś konia tro­jań­skiego.

Poole tego też nie mógł zro­zu­mieć. Kati Quigley i Larissa Biel, obie zagi­nione, obie zna­le­zione w domu Upchur­cha. Por­ter twier­dził, że wstrzyk­nięto im szczep wirusa SARS. Zablo­ko­wano wszyst­kie wyj­ścia ze szpi­tala, a tym­cza­sem prze­pro­wa­dzano bada­nia krwi, żeby spraw­dzić, czy groźba ma pokry­cie w rze­czy­wi­sto­ści. W naj­lep­szym razie cho­dziło o głupi żart. W naj­gor­szym...

-?Bishop sobie z nim pogrywa -?stwier­dził Nash. -?To jego spe­cjal­ność.

-?Powie­dział Clair, że "zje­bał sprawę". Prze­pra­szał. Nie­winny czło­wiek nie mówi takich rze­czy.

-?Za to winny ucieka. Nie sie­dzi spo­koj­nie, cze­ka­jąc na gliny. Zaciera ślady, znika.

-?Ukradł dowody -?odparł Poole. -?Prze­ciw­sta­wił się roz­ka­zom. Zwiał do Nowego Orle­anu, pomógł jakiejś kobie­cie uciec z wię­zie­nia, zosta­wił za sobą trupa. Tutaj kolej­nego. Wła­śnie dla­tego nie możesz z nim roz­ma­wiać: jesteś zbyt bli­sko, żeby zoba­czyć praw­dziwy obraz. Zapo­mnij, że to twój part­ner, twój przy­ja­ciel. Spójrz na dowody, potrak­tuj go jak podej­rza­nego. Dopóki nie zdo­łasz tak na niego patrzeć, nie zacho­wasz obiek­ty­wi­zmu. A jeśli nie będziesz obiek­tywny, to tylko zaszko­dzisz, zamiast pomóc.

Poole wziął do ręki wydruk i jesz­cze raz prze­stu­dio­wał tekst.

-?Gdzie jest teraz ten lap­top?

-?U naszych infor­ma­ty­ków, na górze.

-?Zadzwoń do nich i powiedz, żeby dali sobie spo­kój. Nie chcę, żeby wasi ludzie go doty­kali. Nie jeste­ście już wia­ry­godni. Tech­nicy FBI roz­biorą kom­pu­ter i prze­ana­li­zują dane -?powie­dział Poole. -?A zdję­cia i zeszyty, które przy nim zna­leź­li­ście?

Nash mil­czał.

-?Nie każ mi znowu pytać.

-?Zdję­cia są cią­gle w pokoju czte­ry­sta pięć w hotelu Guyon. Kaza­łem moim ludziom obfo­to­gra­fo­wać cały pokój i zagro­dzić wej­ście. Jeden mun­du­rowy pełni wartę na pię­trze, dodat­kowa dwójka pil­nuje przed budyn­kiem - zre­la­cjo­no­wał Nash. -?Zeszyty przy­wio­złem tutaj i oso­bi­ście zare­je­stro­wa­łem jako mate­riał dowo­dowy.

-?Zostaw­cie wszystko, jak jest. Od tej pory wasi ludzie mają się niczego nie tykać.

Nash nie odpo­wie­dział. Poole wstał, a od nagłego ruchu głowa zapul­so­wała mu takim bólem, jakby kula od krę­gli obi­jała mu się od środka o ściany czaszki. Znowu potarł się po skro­niach.

-?Słu­chaj, wyświad­czam wam przy­sługę. Nie wia­domo, co się dzieje z Samem, ale jeśli ta sprawa trafi do sądu, wasz zespół musi się odciąć od śledz­twa. Jeśli tego nie zro­bi­cie, każdy adwo­kat z praw­dzi­wego zda­rze­nia roz­wali was w drobny mak. Zaczną od Sama, potem będziesz ty, Clair, Klo­zow­ski i wszystko, czego się tknę­li­ście. Od tej chwili jeste­ście tylko obser­wa­to­rami. Wszy­scy. W prze­ciw­nym razie popeł­ni­cie zawo­dowe samo­bój­stwo.

-?Nie opusz­czam przy­ja­ciół.

-?Nie, ale oni cza­sem opusz­czają cie­bie.

Poole się­gnął do klamki drzwi sali prze­słu­chań, otwo­rzył i wszedł do środka. Meta­liczny brzęk zamy­ka­nych drzwi wydał mu się jed­nym z naj­gło­śniej­szych dźwię­ków, jakie kie­dy­kol­wiek sły­szał.

3

Clair

Dzień piąty, 5.36

Clair kich­nęła.

-?O ja pier­dolę -?mruk­nął Klo­zow­ski, patrząc na nią z dru­giego końca ich tym­cza­so­wego biura urzą­dzo­nego w sta­rym gabi­ne­cie lekar­skim w szpi­talu imie­nia Johna H. Stro­gera Jr.

-?Mówi się raczej "na zdro­wie" -?odparła Clair, po czym wydmu­chała nos.

-?Skóra mi się lepi od potu. Gar­dło mam wysu­szone. Wszystko mnie boli - wyli­czał Klo­zow­ski. -?A wiesz, jakie atrak­cje nas jesz­cze cze­kają? Następna jest bie­gunka. Nie ma nic gor­szego niż sraczka, kiedy nie możesz się zamknąć we wła­snej łazience. Potem zaczną nam się roz­ta­piać narządy wewnętrzne, oczy też nam popłyną. Opu­ścimy ten świat jako dwie mokre plamy. Nie spo­dzie­wa­łem się takiej śmierci. Odkąd się zapi­sa­łem do poli­cji, zakła­da­łem, że zginę w jakiejś efek­tyw­nej strze­la­ni­nie, pod­czas nalotu czy akcji SWAT. A nie tak.

-?Chcia­łeś chyba powie­dzieć "efek­tow­nej" -?wtrą­ciła Clair. -?Poza tym jesteś infor­ma­ty­kiem. Ner­dom to wszystko nie grozi. Nasta­wi­ła­bym się raczej na śmierć od zacię­cia się kartką albo nie­for­tun­nego wypadku z kla­wia­turą. -?Zgnio­tła chu­s­teczkę w kulkę i wyrzu­ciła do sto­ją­cego pod sto­łem kosza na śmieci, w któ­rym na­dal spo­czy­wał kom­plet doku­men­ta­cji medycz­nej Upchur­cha. -?Objawy też ci się pomie­szały. Masz na myśli ebolę. SARS nie roz­ta­pia narzą­dów.

-?A nie, no to spoko, hura.

Clair wska­zała głową lap­top Klo­zow­skiego.

-?Poli­czy­łeś wszyst­kich?

-?Nie chcesz wie­dzieć.

-?Muszę.

-?Dwa­dzie­ścioro troje -?odparł.

Clair wyraź­nie się oży­wiła.

-?Spo­dzie­wa­łam się wię­cej. Mogłoby być znacz­nie gorzej.

Klo­zow­ski poki­wał pal­cem.

-?Ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy dwa­dzie­ścia trzy poten­cjalne ofiary z akt Upchur­cha i spro­wa­dzi­li­śmy je do szpi­tala razem z rodzi­nami. Jeśli doli­czyć mężów, żony i dzieci, suma rośnie do osiem­dzie­się­ciu sied­miorga.

-?Szlag -?rzu­ciła Clair.

Kiedy poli­cja zorien­to­wała się, że Upchurch i jego wspól­nik zabi­jają osoby odpo­wie­dzialne, ich zda­niem, za nie­po­wo­dze­nie kura­cji Upchur­cha, Clair zebrała wszyst­kich i spro­wa­dziła do szpi­tala, z myślą, że to jedyne bez­pieczne miej­sce dla tak dużej grupy. Sprawcy jed­nak tylko na to liczyli -?dwóm ostat­nim ofia­rom Upchur­cha, Laris­sie Biel i Kati Quigley, wstrzyk­nęli zaraź­liwy pato­gen, bo wie­dzieli, że i dziew­częta zostaną prze­wie­zione do naj­bliż­szego szpi­tala.

W ciągu zale­d­wie kilku godzin nara­zili na zaka­że­nie nie tylko pozo­sta­łych ludzi, któ­rych śmierci pra­gnął Upchurch, lecz także wszyst­kich innych prze­by­wa­ją­cych w szpi­talu. W tym Clair Nor­ton i Edwina Klo­zow­skiego.

Dowie­działa się o tym przez tele­fon od Por­tera, który powie­dział jej także, że pato­ge­nem był wirus SARS, wspól­ni­kiem Upchur­cha zaś -?Anson Bishop. W szpi­talu natych­miast zarzą­dzono blo­kadę. Zgod­nie z pro­to­ko­łem dyrek­cja powia­do­miła CDC, Cen­trum Kon­troli Cho­rób, które nie­zwłocz­nie wysłało ekipę ze sta­cji kwa­ran­tanny na lot­ni­sku O'Hare. Dotarli na miej­sce w ciągu dwu­dzie­stu sied­miu minut, Kloz zmie­rzył im czas. Cze­ka­jąc na ich przy­jazd, zmie­rzył też sobie tem­pe­ra­turę. Czte­ro­krot­nie.

Clair na­dal pró­bo­wała zro­zu­mieć, o co cho­dziło w ostat­niej roz­mo­wie z Por­te­rem.

Czło­wiek, który do niej zadzwo­nił, nie brzmiał jak ten, któ­rego znała.

Spra­wiał wra­że­nie poko­na­nego, zała­ma­nego.

Wie­dział o rze­czach, o któ­rych nie powi­nien mieć poję­cia.

Kiedy Nash i oddział SWAT zro­bili nalot na dom Upchur­cha, zna­leźli go na pię­trze, w dziew­czę­cej sypialni. Nie było jed­nak żad­nej dziew­czynki, tylko mane­kin w dziew­czę­cych ubra­niach, oto­czony plu­szo­wymi maskot­kami i rysun­kami. Dziew­czynka oka­zała się posta­cią z jakie­goś nie­uda­nego komiksu stwo­rzo­nego przez Upchur­cha. On sam pod­dał się bez pro­te­stów. W piw­nicy zna­leźli Larissę Biel, odu­rzoną lekami i nie­przy­tomną. Potem dowie­dzieli się, że połknęła szkło. Z początku sądzili, że Upchurch ją do tego zmu­sił, ale oka­zało się, że zro­biła to sama, żeby nie wyko­rzy­stał jej tak jak innych dziew­cząt. Zeznała na piśmie, że Upchurch pod­ta­piał ofiary aż do utraty przy­tom­no­ści, a potem je oży­wiał - wszystko w ramach cho­rego eks­pe­ry­mentu mają­cego na celu prze­ko­na­nie się, czy ist­nieje życie po śmierci. Skoro Larissa połknęła szkło, to była uszko­dzona, nie nada­wała się już do udziału w eks­pe­ry­men­cie.

Clair nie mogła sobie wyobra­zić, że pod­ję­łaby taką decy­zję. Larissa Biel oka­zała nie­wia­ry­godną siłę, bio­rąc los we wła­sne ręce i nie pozwa­la­jąc, żeby zade­cy­do­wał o nim sza­le­niec. Obec­nie docho­dziła do sie­bie po ope­ra­cji, pod­czas któ­rej usu­nięto szkło oraz zaszyto rany gar­dła, strun gło­so­wych i żołądka. Cho­ciaż wszystko wska­zy­wało na to, że wydo­brzeje po ura­zach, któ­rych doznała w domu Upchur­cha, poja­wiły się u niej objawy zaka­że­nia wiru­sem, który Anson Bishop wstrzyk­nął w jej spo­nie­wie­rane ciało. Pozo­sta­wało nie­wia­domą, czy wyzdro­wieje także z tego.

Na stole w kuchni Upchur­cha zna­leźli nie­przy­tomną Kati Quigley. W ręku trzy­mała białe pude­łeczko prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem, znak roz­po­znaw­czy Ansona Bishopa. W środku znaj­do­wał się klu­czyk do szafki w szpi­talu. Zna­leźli w niej akta medyczne Paula Upchur­cha oraz jabłko z wbitą strzy­kawką. Por­ter twier­dził, że w strzy­kawce znaj­duje się tylko próbka pato­genu. Bishop miał mu powie­dzieć, że jeśli Upchurch umrze, on roz­nie­sie wirusa na więk­szą skalę gdzieś w mie­ście.

"Śnieżka też dała się zła­pać", powie­dział Por­ter.

Paul Upchurch leżał w tej chwili na sali ope­ra­cyj­nej -?zasłabł po aresz­to­wa­niu przez poli­cję. Cier­piał na raka mózgu, gle­jaka w czwar­tym sta­dium. Por­ter powie­dział też Clair, że musi namie­rzyć nie­ja­kiego Ryana Bey­era, neu­ro­chi­rurga ze szpi­tala Johnsa Hop­kinsa. Zle­ciła to zada­nie Klo­zow­skiemu -?infor­ma­ty­kowi zajęło to nie­całe dzie­sięć minut. Wów­czas Clair zadzwo­niła do Franka Poole'a, a on zała­twił trans­port dok­tora Bey­era z Bal­ti­more do Chi­cago na pokła­dzie jed­nego z pry­wat­nych odrzu­tow­ców FBI. Samo­lot wystar­to­wał tuż po pół­nocy z mię­dzy­na­ro­do­wego lot­ni­ska imie­nia Thur­go­oda Mar­shalla i o dru­giej dwa­dzie­ścia jeden wylą­do­wał na O'Hare. Stam­tąd dok­tor Beyer poje­chał pod eskortą poli­cji do szpi­tala Stro­gera, gdzie drogą okrężną -?żeby nie zara­ził się od tych nara­żo­nych na kon­takt z wiru­sem -?zapro­wa­dzono go na blok ope­ra­cyjny na trze­cim pię­trze. Upchurch cze­kał tam już na zabieg, przy­go­to­wany przez tam­tej­szych leka­rzy. Wraz z Bisho­pem zamor­do­wał wiele osób, ponie­waż uznał, że nie zapew­niono mu wła­ści­wej opieki medycz­nej do wyle­cze­nia jego cho­roby. Nie dało się ukryć, że tymi czy­nami, jak­kol­wiek ponuro to zabrzmi, prze­niósł się na pierw­sze miej­sce bar­dzo dłu­giej listy ocze­ku­ją­cych -?wła­śnie w tej chwili w gło­wie grze­bał mu naj­wy­bit­niej­szy spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie neu­ro­chi­rur­gii.

Ktoś zapu­kał do drzwi. Do środka zaj­rzała Sue Miflin, szpi­talna salowa.

-?Prze­pra­szam, ale dok­tor Beyer wyszedł z sali ope­ra­cyj­nej. Chciałby z wami poroz­ma­wiać.

4

Poole

Dzień piąty, 5.38

Kiedy Poole wszedł do sali prze­słu­chań, detek­tyw Sam Por­ter nie pod­niósł głowy. W ogóle nie zare­ago­wał na jego obec­ność. Sie­dział bez ruchu, nie­świa­domy, co się wokół niego dzieje, wargi poru­szały mu się bez­gło­śnie, jakby pro­wa­dził jakąś pry­watną roz­mowę. Wzrok wbi­jał w dło­nie. Palce drgały mu bez­wied­nie. Poole'owi przy­wo­dziło to na myśl chwilę tuż przed zaśnię­ciem, kiedy ciało rzuca się w nagłych wstrzą­sach, żeby pozbyć się resz­tek świa­do­mo­ści. Por­ter nie wyglą­dał jed­nak na zaspa­nego, wręcz prze­ciw­nie. Oczy miał czujne jak ćpun, który wła­śnie wcią­gnął trze­cią ścieżkę koki, mety czy amfy. Wyostrzone zmy­sły, roze­dr­ga­nie, wście­kłość, ale jed­no­cze­śnie wyra­cho­wa­nie. Goni­twa zło­żo­nych myśli, które nie mia­łyby żad­nego sensu dla nikogo poza samym zain­te­re­so­wa­nym.

Poole nie znał Sama Por­tera szcze­gól­nie dobrze, nie lepiej niż pozo­sta­łych człon­ków ekipy pier­wot­nie zaj­mu­ją­cej się sprawą Zabójcy Czwar­tej Małpy (czy też 4MK, jak okre­ślano go skró­towo), ale znał się na ludziach. Poole szczy­cił się, że potrafi doko­nać oceny na pierw­szy rzut oka, zro­zu­mieć czy­jeś moty­wa­cje i lęki, oce­nić poziom inte­lek­tu­alny i praw­dziwe inten­cje. Kiedy poznał detek­tywa, instynkt pod­po­wie­dział mu, że ma do czy­nie­nia z dobrym gli­nia­rzem. Wie­rzył, że Por­ter naprawdę chciał zła­pać Zabójcę Czwar­tej Małpy i wsa­dzić go za kratki. Dostrze­gał w nim bystrego poli­cjanta, sta­rego wyja­da­cza, sza­no­wa­nego i podzi­wia­nego przez współ­pra­cow­ni­ków. Ideał, do któ­rego Poole dążył każ­dego dnia, odkąd dostał odznakę. Cho­ciaż Por­ter nie­wiele mówił przez ten krótki czas, który spę­dzili razem, Poole mógłby się zało­żyć, że męż­czy­zna bar­dzo dużo rozu­miał. Nie wycią­gał pochop­nych wnio­sków, podą­żał za dowo­dami. Przej­mo­wał się ofia­rami, wal­czył o pamięć po nich. Docho­dził spra­wie­dli­wo­ści dla tych, któ­rzy zostali.

Detek­tyw Sam Por­ter, któ­rego poznał Frank Poole, był czło­wie­kiem pra­wym.

Męż­czy­zna sie­dzący w sali prze­słu­chań nie był tam­tym Samem Por­te­rem. Ta osoba była pustą sko­rupą.

Czło­wie­kiem zła­ma­nym.

Wygnie­cione ubra­nia cuch­nęły bru­dem i potem. Od wielu dni się nie golił. Roz­bie­gane, prze­krwione oczy wyzie­rały znad wiel­kich, ciem­nych worów, cięż­kich z nie­wy­spa­nia.

Poole opadł na krze­sło naprze­ciwko Por­tera i splótł dło­nie na stole.

-?Sam?

Por­ter wciąż gapił się na swoje ręce, a jego usta na­dal pro­wa­dziły roz­mowę sły­szalną tylko dla niego samego.

Poole pstryk­nął pal­cami.

Nic.

-?Sły­szysz mnie, Sam?

Nic.

Poole uniósł prawą rękę i wal­nął otwartą dło­nią w blat, naj­moc­niej, jak potra­fił.

Cho­ler­nie zabo­lało.

Por­ter pod­niósł głowę i zmru­żył oczy.

-?Frank.

Ton, jakim wymó­wił imię Poole'a, nie był pyta­jący, nie świad­czył też o tym, że go roz­po­znał -?po pro­stu bez­na­mięt­nie stwier­dzał fakt. Poje­dyn­cze słowo było nie­wiele gło­śniej­sze od wes­tchnię­cia, przy­po­mi­nało raczej wydech niż wypo­wiedź.

-?Musimy poroz­ma­wiać, Sam.

Por­ter oparł się na krze­śle i znów spu­ścił wzrok.

-?Chcę poroz­ma­wiać z Sarah Wer­ner.

-?Nie żyje.

Por­ter uniósł głowę.

-?Jak to?

-?Zamor­do­wana strza­łem z broni pal­nej w głowę, przy­naj­mniej trzy tygo­dnie temu. Zna­la­złem ją na kana­pie w jej miesz­ka­niu w Nowym Orle­anie.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Nie, nie z nią, z tą drugą. Z tą inną Sarah Wer­ner.

-?Powiedz mi, gdzie jej szu­kać, to ją spro­wa­dzę.

Por­ter nie odpo­wie­dział.

-?Zda­wa­łeś sobie sprawę, że zabiła praw­dziwą Sarah Wer­ner?

-?Nie wiemy na pewno, czy to zro­biła.

Na pod­sta­wie sza­co­wa­nego czasu zgonu usta­lili, że Por­ter był jesz­cze w Chi­cago, kiedy zamor­do­wano praw­dziwą Sarah Wer­ner. Por­ter miał zresztą rację -?pomi­ja­jąc fakt, że tajem­ni­cza kobieta przy­brała jej toż­sa­mość, nie mieli żad­nego dowodu, że rów­nież ją zabiła.

-?Ta twoja Sarah Wer­ner, oszustka... Wiesz, kim ona naprawdę jest? - spy­tał Poole.

-?A ty wiesz?

-?Wiem, że z twoją pomocą wycią­gnęła z nowo­or­le­ań­skiego wię­zie­nia jedną z osa­dzo­nych. Kobietę uwa­żaną za matkę Ansona Bishopa, czyli 4MK. Wiem, że wspól­nie prze­wieź­li­ście ucie­ki­nierkę przez kilka sta­nów, aż do Chi­cago. Wiem też, że zeszłego wie­czoru ucie­ki­nierka ta została zastrze­lona w hotelu Guyon pisto­le­tem, w któ­rego posia­da­niu byłeś wkrótce po zda­rze­niu. Wiem, że tamta kobieta roz­pły­nęła się w powie­trzu, a ty nie mia­łeś czasu albo chęci zmyć sobie z rąk resz­tek pro­chu przed wkro­cze­niem SWAT. -?Poole wes­tchnął. -?Wiem wystar­cza­jąco dużo. Teraz może powiedz mi, co ty wiesz.

-?To matka Bishopa -?odparł Por­ter cicho.

-?Ta zabita? Wła­śnie to powie­dzia­łem.

-?Nie ta zabita, tylko ta, która była ze mną. Ta druga Sarah Wer­ner. Oszustka. Tuż przed tym, jak ode­szła z Bisho­pem, po tym jak to on, a nie ja, zastrze­lił więź­niarkę, powie­dzieli mi, że ona jest tak naprawdę matką Bishopa.

-?Wie­rzysz im? Po tym wszyst­kim, co ci zgo­to­wał?

Wzrok Por­tera znów powę­dro­wał do nie­spo­koj­nych dłoni.

-?Muszę prze­czy­tać pamięt­niki, wszyst­kie pamięt­niki, wszystko, co zosta­wił w tam­tym pokoju. To wszystko tam jest. Wszystko, czego potrze­bu­jemy. Wszyst­kie odpo­wie­dzi. Wszystko tam jest. Wszystko.

-?Sam, bre­dzisz. Musisz odpo­cząć.

Por­ter pod­niósł oczy i nachy­lił się ku Poole'owi.

-?Muszę prze­czy­tać te pamięt­niki.

-?Mowy nie ma. -?Poole pokrę­cił głową.

-?W tych pamięt­ni­kach są wszyst­kie odpo­wie­dzi.

-?Sądzę, że te zapi­ski to ściema -?zaopo­no­wał Poole.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Zna­la­złem jezioro. Dom. Też widzie­li­ście, prawda? Byli­ście tam. Wiem, że tam byli­ście. One naprawdę ist­nieją. -?Ści­szył głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu. -?W piw­nicy jest plama krwi, dokład­nie tam, gdzie miała być według jego opisu. Tam, gdzie umarł Car­ter.

-?Poroz­ma­wiajmy o tym, Sam. Czy po raz pierw­szy byłeś w Simp­so­nville w Karo­li­nie Połu­dnio­wej? Pod nume­rem dwu­na­stym przy Jen­kins Crawl Road?

Por­ter wytrzesz­czył na niego oczy.

-?Co? Oczy­wi­ście, że tak. A czemu?

-?Razem z sze­ryfką z Simp­so­nville spraw­dzi­li­śmy kar­to­tekę nie­ru­cho­mo­ści. Twoje nazwi­sko jest na akcie wła­sno­ści.

Por­ter jakby go nie sły­szał.

-?Zna­leź­li­ście Car­tera w jezio­rze? -?spy­tał.

-?Wycią­gnę­li­śmy z wody sześć ciał. Pięć w cało­ści, jedno w wor­kach na śmieci, poćwiar­to­wane.

-?Car­ter -?powie­dział Por­ter cicho.

-?Akt wła­sno­ści działki, Sam. Dla­czego jest zapi­sana na cie­bie?

Por­ter znów wbi­jał wzrok w dłoń i bez­gło­śnie poru­szał war­gami.

-?Sam?

Pode­rwał gwał­tow­nie głowę.

-?Co?

-?Dla­czego twoje imię wid­nieje na akcie wła­sno­ści nie­ru­cho­mo­ści numer dwa­na­ście przy Jen­kins Crawl Road?

Por­ter mach­nął ręką.

-?Robota Bishopa. Pod­ro­bił, sfał­szo­wał, pod­mie­nił... nie­ważne. On to zro­bił, nie ma to żad­nego zna­cze­nia. -?Opadł na opar­cie krze­sła, a wargi roz­cią­gały mu się w coraz szer­szym uśmie­chu. -?Zna­leź­li­ście Car­tera. Zna­leź­li­ście... Car­tera. Ja pier­dolę, zna­leź­li­ście Car­tera.

Poole przy­glą­dał się dło­niom detek­tywa, wciąż drżą­cym spa­zma­tycz­nie na stole. Por­ter chyba w ogóle nie zda­wał sobie z tego sprawy.

-?Kiep­sko z tobą, Sam. Musisz odpo­cząć.

Por­ter pla­snął dłońmi w stół i pochy­lił się do przodu.

-?Muszę prze­czy­tać te pamięt­niki!

-?Czyje ciała wyło­wi­li­śmy z jeziora? To było pię­cioro ludzi.

-?Nie mam poję­cia.

-?To twoja działka.

Por­ter otwo­rzył usta, jakby chciał odpo­wie­dzieć, ale zaraz znów je zamknął. Ponow­nie spu­ścił wzrok, splótł palce, ale nie­mal natych­miast je roz­łą­czył.

-?To sprawka Bishopa. On tak wła­śnie działa. Wypeł­nia świat kłam­stwami.

-?W takim razie dla­czego wie­rzysz w to, co napi­sał w pamięt­ni­kach? - skon­tro­wał Poole. -?Skoro Bisho­powi nie można wie­rzyć, dla­czego obcho­dzi cię treść tych zapi­sków?

Por­ter uniósł głowę, w jego oczach poja­wiła się iskierka nadziei.

-?Gdzie są zeszyty? Zostały w Guy­onie?

-?O coś cię pyta­łem, Sam.

-?Te wasze ciała będą w pamięt­ni­kach.

-?Nie wiesz tego na pewno.

Por­ter nachy­lił się bli­żej. W kąciku ust błysz­czała mu strużka śliny.

-?Wiemy, że to prawda, bo zna­leź­li­ście ciało Car­tera, dokład­nie tam, gdzie twier­dził, że będzie. Wiemy, że to prawda, bo w piw­nicy jest plama krwi, a na drzwiach lodówki wisi kłódka. On chce, żeby­śmy się dowie­dzieli, co się stało. Cała reszta, na przy­kład moje nazwi­sko na jakimś tam papie­rze, to wszystko zmyłki, to wła­śnie ściema, to wła­śnie trzeba zigno­ro­wać.

Poole odsu­nął się nieco na krze­śle, nie odry­wa­jąc wzroku od męż­czy­zny naprze­ciwko. Tym razem Por­ter nie odwró­cił wzroku. Ode­zwał się nagle niskim, głu­chym gło­sem:

-?"Nazy­wała się Rose Finicky i zasłu­gi­wała na śmierć, zasłu­gi­wała na to, żeby umrzeć sto razy, wcale nie była czy­sta".

-?Co?

-?Bishop powie­dział to tuż po tym, jak strze­lił jej w głowę.

-?Tej kobie­cie, którą zna­leź­li­śmy w holu Guyon?

Por­ter ski­nął głową.

-?Ta druga kobieta, ta, którą mia­łem za Sarah Wer­ner, to matka Bishopa. Wyko­rzy­stał mnie, żeby spro­wa­dzić je obie do Chi­cago. Twier­dził, że ma bombę.

-?Masz na dłoni ślady pro­chu z tam­tej broni.

-?Wyrwa­łem mu broń i odda­łem strzał ostrze­gaw­czy. Nie ja ją zastrze­li­łem, tylko on.

-?Skoro mia­łeś broń, to dla­czego ich puści­łeś? Czemu ich nie aresz­to­wa­łeś?

-?Wiesz czemu.

-?Cho­dzi ci o to, co powie­dzia­łeś Clair?

Por­ter przy­tak­nął.

-?Wstrzyk­nął tym dziew­czy­nom SARS i zosta­wił próbkę w jabłku w szpi­talu, żeby udo­wod­nić, że naprawdę dys­po­nuje wiru­sem. Powie­dział mi, że ma tego wię­cej, a jeśli go nie wypusz­czę, to już zała­twił, żeby ktoś roz­prze­strze­nił cho­robę. Nie mogłem ryzy­ko­wać, że mówi prawdę. Musia­łem ich wypu­ścić. Kazał mi zadzwo­nić z pokoju czte­ry­sta pięć. Powie­dział, że znajdę tam kolejne dowody.

-?Robi­łeś, co ci kazał?

-?A jakie mia­łem wyj­ście?

Poole chciał mu powie­dzieć, że miał wiele róż­nych opcji. Od chwili przy­ję­cia tej sprawy aż do teraz Por­ter podej­mo­wał liczne decy­zje, ale za każ­dym razem nie­wła­ściwe. Miał tak zmą­cony ogląd sytu­acji, że rów­nie dobrze mógłby być ślepy. Sprawa przy­po­mi­nała zawiły labi­rynt, a Por­ter i Bishop zda­wali się dobu­do­wy­wać kolejne ściany.

-?Jest coś jesz­cze. Coś, o czym musisz wie­dzieć. -?Iskra w oczach Potera roz­bły­sła niczym żarówka pod­czas skoku napię­cia. Zamru­gał. Sku­pił wzrok na Poole'u. -?Nie­które ele­menty jego rela­cji są praw­dziwe: dom, jezioro, Car­te­ro­wie... Wydaje mi się, że one wszyst­kie odpo­wia­dają rze­czy­wi­sto­ści, ale inne nie. Teraz to widzę. To coś w ryt­mie tego tek­stu, w dobo­rze słów. Zosta­wił wska­zówki. Sądzę, że potra­fię odróż­nić prawdę od fik­cji. Prze­bić się przez ten styl sta­ro­świec­kich opo­wia­stek o roz­ra­bia­kach. Ty też to zauwa­ży­łeś, prawda?

Poole odczu­wał nara­sta­jącą fru­stra­cję.

-?Te pamięt­niki mają tylko odwró­cić naszą uwagę.

-?Nie! -?Por­ter naj­wy­raź­niej nie zamie­rzał odpo­wie­dzieć aż tak gło­śno, bo sku­lił się na dźwięk wła­snego głosu i wci­snął głę­biej w krze­sło. - Nie, te pamięt­niki sta­no­wią klucz do wszyst­kiego. Musimy tylko roz­wią­zać zagadkę.

-?Ja muszę tylko zła­pać zabójcę.

-?Zabój­ców -?popra­wił Por­ter.

-?Jak to?

-?Zanim zosta­wili mnie w tam­tym hotelu, matka Bishopa powie­działa: "Dla­czego naopo­wia­da­łeś temu miłemu panu, że twój ojciec nie żyje?". Wspo­mniała też o pamięt­niku. -?Por­ter znów przy­su­nął się bli­żej stołu. - Nie rozu­miesz? Ja teraz już to widzę. Krzy­czy do mnie ze stron tych zeszy­tów. Widzę to tak wyraź­nie, jakby fałsz i prawda zostały zapi­sane róż­nymi kolo­rami. Widzie­li­ście ciało Libby McIn­ley, nie sądzę, żeby to Bishop ją zabił. Myślę, że pró­bo­wał ją chro­nić. Jeśli to nie był Bishop... -?Jego palce znów się spla­tały i roz­pla­tały, wiły się, jakby zagnia­tał nie­wi­dzialne cia­sto. -?Oni wszy­scy są zabój­cami: matka, ojciec i sam Bishop, myślę też, że cała trójka jest teraz w Chi­cago. Chcą dokoń­czyć coś, co zaczęło się lata temu, jesz­cze w dzie­ciń­stwie Bishopa. Coś, co jest w tych pamięt­ni­kach, ukryte wśród kłamstw. -?Zaczął kiwać głową, a na jego ustach poja­wił się uśmiech. -?Teraz już to coś widzę. -?Spoj­rzał na Poole'a. -?Musisz mi zaufać.

Poole patrzył na niego przez dłu­gie sekundy.

-?Nie­któ­rzy uwa­żają, że to ty możesz być ojcem Ansona Bishopa.

Stru­my­czek śliny z kącika ust Por­tera kap­nął na meta­lowy blat, two­rząc malutką kałużę. Otarł wargi i spoj­rzał Poole'owi pro­sto w oczy.

-?A ty jak sądzisz?

-?Sądzę, że w twoim pokoju w Guy­onie zna­leź­li­śmy prze­ko­nu­jące dowody.

Por­ter par­sk­nął.

-?Foto­gra­fie? Bła­gam. Dobrze wiesz, jak łatwo coś takiego sfa­bry­ko­wać.

-?Nie­które z tych zdjęć mają ponad dwa­dzie­ścia lat -?odparł Poole. - Nawet gdyby Bishop chciał je sfał­szo­wać, to skąd wziąłby takie stare foto­gra­fie? Jak długo go znasz, Sam?

-?Nie­całe pół roku -?odpo­wie­dział Por­ter. -?Pozna­łem go tego samego dnia co Nash, po tam­tym wypadku auto­bu­so­wym, kiedy uda­wał, że pra­cuje w chi­ca­gow­skiej poli­cji. Zba­daj­cie mnie wykry­wa­czem kłamstw, jeśli to was uspo­koi, dla mnie to nie pro­blem. Nie mam nic do ukry­cia. Z tymi zdję­ciami jest tak samo jak z aktem wła­sno­ści: Bishop pró­buje odwró­cić waszą uwagę od prawdy.

-?Prawdy, którą tylko ty potra­fisz wyczy­tać z jego pamięt­ni­ków.

Por­ter nie odpo­wie­dział. Znowu odpły­nął gdzieś myślami. Poole sta­rał się nie oka­zy­wać fru­stra­cji.

-?Kim jest Rose Finicky?

-?Musi­cie mi pozwo­lić prze­czy­tać pamięt­niki. Wie­cie, że by ich nie zosta­wił, gdyby nie były ważne. Na pewno rozu­miesz przy­naj­mniej to.

-?Popro­szę moich ludzi, żeby je przej­rzeli.

-?Nie ma na to czasu. Nie wie­dzą, czego szu­kać. Nie będą potra­fili prze­bić się przez ściemę do prawdy. Ja znam Bishopa.

-?Ach tak? -?zari­po­sto­wał Poole. -?Jak dobrze?

Ktoś zapu­kał w lustro wenec­kie. Ciężka pięść. Dwa szyb­kie stuk­nię­cia.

Poole jesz­cze przez chwilę sie­dział nie­ru­chomo, nie odry­wa­jąc wzroku od Por­tera, który odwza­jem­niał jego spoj­rze­nie. Nie potra­fił nic wyczy­tać z jego twa­rzy. Bar­dzo chciał, ale nie potra­fił. Jeśli Por­ter kła­mał, nie zdra­dzała tego mowa ciała. Wie­rzył we wszystko, co mówił.

"To jesz­cze nie czyni tego prawdą", upo­mniał się Poole.

Wstał i pod­szedł do drzwi.

Za ple­cami usły­szał jesz­cze Por­tera:

-?Nie zła­pie­cie go beze mnie. Żad­nego z nich nie zła­pie­cie.

5

Clair

Dzień piąty, 5.43

Clair pod­nio­sła wzrok na salową sto­jącą w wej­ściu do gabi­netu. Kobieta pra­co­wała od ich przy­jazdu i wyglą­dała nie­wiele lepiej niż reszta z nich -?prze­krwione białka pod­krą­żo­nych oczu, zgar­biona syl­wetka. Jed­nak ani myślała zwal­niać. Clair podej­rze­wała, że nie zro­biła sobie nawet krót­kiej prze­rwy.

-?Pan dok­tor jest na linii czwar­tej -?powie­działa, wska­zu­jąc brodą tele­fon wiszący na ścia­nie.

Clair podzię­ko­wała i wstała. Stawy zatrzesz­czały gło­śniej niż stare meta­lowe krze­sło, na któ­rym spę­dziła ostat­nie kilka godzin.

Wszystko ją bolało.

Łamało w kościach. Dra­pało w gar­dle. Nawet oczy pul­so­wały bólem. Nos zmie­nił się w fabrykę smar­ków, w żaden spo­sób nie mogła się ogrzać.

Kloz ze znu­że­niem przy­glą­dał jej się ze swo­jego kąta. Wyglą­dał nie­wiele lepiej.

Pode­szła do tele­fonu, się­gnęła po słu­chawkę i wci­snęła pod­świe­tlony guzik.

-?Mówi detek­tyw Nor­ton.

-?Z tej strony dok­tor Beyer.

Z powodu kwa­ran­tanny nie miała jesz­cze oka­zji poznać go oso­bi­ście. Wyobra­żała go sobie jako skrzy­żo­wa­nie Geo­rge'a Clo­oneya, Patricka Demp­seya i tego uro­czego chło­paka z Hożych dok­to­rów, bo taka wizja wywo­ły­wała uśmiech na jej twa­rzy, a w tej chwili bar­dzo potrze­bo­wała cze­goś pozy­tyw­nego. Głos miał niski, szorstki, chro­po­waty. To był głos czło­wieka, który przez całe życie bar­dzo ostroż­nie dobie­rał słowa, zanim się ode­zwał.

Odchrząk­nął i powie­dział jej dokład­nie to, czego naj­bar­dziej się oba­wiała.

-?To bez­na­dziejny przy­pa­dek. Zdaje sobie pani z tego sprawę, prawda? Tego pacjenta nie da się ura­to­wać.

Clair zer­k­nęła na Kloza. Porzu­cił na chwilę grze­ba­nie w kom­pu­te­rze i nie odry­wał od niej wzroku. Przy­ci­snęła słu­chawkę moc­niej do ucha i ści­szyła głos.

-?Jeśli ten czło­wiek umrze, ist­nieje spore praw­do­po­do­bień­stwo, że Anson Bishop wypu­ści wirusa SARS gdzieś na tere­nie mia­sta. Życie tysięcy ludzi może być zagro­żone.

-?To nie zmie­nia fak­tów, pro­szę pani. Ten męż­czy­zna ma gle­jaka w fazie ter­mi­nal­nej. Bar­dzo agre­sywny guz uszko­dził znaczną część jego mózgu. Usu­ną­łem wszystko, co się dało, ale po pro­stu nie da się napra­wić już wyrzą­dzo­nych szkód. Szcze­rze mówiąc, jestem zasko­czony, że on w ogóle jesz­cze żyje. Oprócz zani­ków pamięci i utraty funk­cji moto­rycz­nych nowo­twór spo­wo­do­wał też uszko­dze­nie tyl­nej kory cie­mie­nio­wej oraz pier­wot­nej i dru­go­rzę­do­wej kory rucho­wej. Po ope­ra­cji na pewno będzie potrze­bo­wał respi­ra­tora, to mini­mum. Zauwa­ży­li­śmy nie­pra­wi­dło­wo­ści rytmu serca, sądzę też, że doszło do uszko­dze­nia wzroku. Jakość życia pacjenta...

Clair zamknęła oczy, słu­cha­jąc wywodu leka­rza.

-?Powie­dziano nam, że pan może go ura­to­wać, zna pan jakąś kura­cję...

-?W Hop­kin­sie zaj­muję się tera­pią wiązką fal ultra­dź­wię­ko­wych -?prze­rwał dok­tor Beyer. -?To nie­in­wa­zyjna metoda lecze­nia gle­jaka, ale jeste­śmy dopiero na począt­ko­wym eta­pie badań kli­nicz­nych. Gdyby skie­ro­wano go do mnie kilka lat temu, na wcze­śniej­szym sta­dium, to być może mógł­bym jakoś pomóc, ale teraz? Cho­roba jest zbyt zaawan­so­wana. Na tym eta­pie nie ma już żad­nej zna­nej kura­cji ani drogi do wyzdro­wie­nia. Jest za późno.

-?Co jesz­cze może pan zro­bić?

-?Wła­ści­wie nic. Trzeba go usta­bi­li­zo­wać, zapew­nić kom­fort i cze­kać na nie­unik­nione. Zdzi­wił­bym się, gdyby w obec­nym sta­nie prze­żył dłu­żej niż dzień czy dwa.

Clair zer­k­nęła na Kloza. W jego oczach malo­wała się nadzieja. Odwró­ciła się i cią­gnęła roz­mowę.

-?Musi pan powie­dzieć dzien­ni­ka­rzom, że ope­ra­cja prze­bie­gła lepiej, niż można się było spo­dzie­wać. Paul Upchurch jest w sta­nie sta­bil­nym, a pan pla­nuje kon­ty­nu­ować lecze­nie w Hop­kin­sie, kiedy tylko pacjent będzie mógł podró­żo­wać. Musi ich pan prze­ko­nać, że opty­mi­stycz­nie widzi jego szanse.

Dok­tor Beyer nie odpo­wie­dział.

Clair rzu­ciła okiem na zega­rek.

-?Panie dok­to­rze, Anson Bishop na­dal gdzieś tam jest. Musi uwie­rzyć, że robimy wszystko, co w naszej mocy, że Upchurch jest leczony zgod­nie z ich żąda­niami. Nie musi się pan zagłę­biać w szcze­góły, w razie czego pro­szę się zasło­nić tajem­nicą lekar­ską, ale cho­dzi o to, żeby pozo­sta­wić odpo­wied­nie wra­że­nie.

-?Pro­szę pani, ja muszę myśleć o moim pacjen­cie i repu­ta­cji...

-?Może pan w ten spo­sób ura­to­wać życie tysięcy osób. Ten czło­wiek, Paul Upchurch, upro­wa­dził i zamor­do­wał przy­naj­mniej kilka dziew­cząt. Dwie z jego ofiar leżą w tym szpi­talu, wal­czą o życie. Kiedy umrze, będę ska­kała z rado­ści, ale jeśli cho­dzi o opi­nię publiczną, a zwłasz­cza o Ansona Bishopa, to pro­gnozy dla pacjenta muszą się wyda­wać pozy­tywne. Przy­naj­mniej na razie.

Długo nic nie mówił.

-?Będę się musiał nad tym zasta­no­wić. Być może skon­sul­to­wać się z praw­ni­kiem. Co jeśli Bishop ma wtyki w szpi­talu, ktoś nas obser­wuje i o wszyst­kim mu donosi? Nie znam oso­bi­ście żad­nej z osób, które towa­rzy­szyły mi na sali ope­ra­cyj­nej. Moi ludzie są w Bal­ti­more, w Hop­kin­sie.

Clair wes­tchnęła, pró­bu­jąc roz­cze­sać pal­cami koł­tuny we wło­sach.

-?Nie mogę się ruszyć z tego pokoju. Z nimi też musi pan poroz­ma­wiać. Wyja­śnić im, o jaką stawkę toczy się gra.

-?Dużo pani ode mnie wymaga.

-?Zrobi pan to?

-?Dam pani znać.

Roz­łą­czył się, zanim zdą­żyła coś dodać. Clair stała jesz­cze przez chwilę przy tele­fo­nie, po czym odwie­siła słu­chawkę.

-?No i co, jak z nim? -?zapy­tał Kloz.

-?Fan­ta­stycz­nie.

Nie dane mu było nic odpo­wie­dzieć, bo znowu ktoś zapu­kał do drzwi. Za szybą Clair roz­po­znała Jar­reda Maltby'ego z CDC. Nie wyglą­dał na zachwy­co­nego.

6

Poole

Dzień piąty, 5.48

Od kiedy Poole poszedł do Por­tera, grono zebra­nych w pokoju obser­wa­cyj­nym powięk­szyło się o dwie osoby. Oprócz Nasha był tam teraz rów­nież kapi­tan Henry Dal­ton, a także ktoś, kogo Poole nie znał.

Choć Dal­ton był nie­mal o głowę niż­szy od Poole'a, roz­ta­czał wokół sie­bie aurę auto­ry­ta­tyw­no­ści, dzięki któ­rej zda­wał się więk­szy. Nawet o szó­stej rano był gładko ogo­lony i rześki, jakby świeżo po prysz­nicu. Poole dałby się pokroić za prysz­nic.

-?Nie może­cie go trzy­mać -?rzu­cił Dal­ton, nie zawra­ca­jąc sobie głowy uprzej­mo­ściami.

-?A wła­śnie że tak.

-?Jeśli prasa się dowie, że został aresz­to­wany, nie zosta­wią na nim suchej nitki.

-?Domy­ślam się, że został pan poin­for­mo­wany o sytu­acji, kapi­ta­nie. Sam sobie nawa­rzył tego piwa. Nie dość, że jest podej­rzany o zabój­stwo w Guy­onie, to jesz­cze poszu­kuje się go w spra­wie wycią­gnię­cia tam­tej kobiety, teraz już mar­twej, z wię­zie­nia w Nowym Orle­anie i prze­wie­zie­nie jej przez kilka sta­nów. Zigno­ro­wał pań­skie roz­kazy i wyje­chał z Chi­cago, żeby ści­gać Bishopa niczym jakiś samo­zwań­czy stróż prawa. W jego przy­padku ryzyko ucieczki jest nie­zwy­kle wyso­kie. Ni­gdzie nie pój­dzie. Nie obcho­dzi mnie, co powie­dzą dzien­ni­ka­rze. -?Poole łyp­nął na dru­giego męż­czy­znę. -?A pan to kto?

Schlud­nie ostrzy­żony siwy pięć­dzie­się­cio­la­tek w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze wycią­gnął dłoń na powi­ta­nie.

-?Anthony War­nick z gabi­netu bur­mi­strza.

Poole nie uści­snął mu ręki i zwró­cił się znów do Dal­tona.

-?Potrze­buję wglądu w akta per­so­nalne Por­tera. Wery­fi­ka­cja prze­szło­ści, bada­nia psy­cho­lo­giczne, testy... Wszystko, co macie. Muszę sobie poskła­dać do kupy jego histo­rię.

-?Moim zda­niem musi pan raczej zro­bić kilka kro­ków wstecz i prze­my­śleć to wszystko -?powie­dział Dal­ton. -?Wszyst­kim nam się to przyda.

Wtrą­cił się War­nick.

-?Mie­sza­nie poli­cjanta w zbrod­nie tak ohydne jak te popeł­nione przez Ansona Bishopa, bez peł­nej zna­jo­mo­ści wszyst­kich fak­tów, byłoby nie­od­po­wie­dzialne. Prasa jest jak sfora wygłod­nia­łych bez­pań­skich psów. Porwą każdy ochłap, jaki się im rzuci, i go wyko­rzy­stają, nie bacząc na kon­se­kwen­cje. Ktoś pstryk­nie fotkę, jak pro­wa­dzi pan detek­tywa Por­tera w kaj­dan­kach, i zaraz nie tylko on pad­nie ofiarą ata­ków, ale wszyst­kie organy ści­ga­nia, z pań­ską agen­cją włącz­nie. Nie ogra­ni­czą się do niego. Was wszyst­kich uznają za zde­mo­ra­li­zo­wa­nych. Mia­sto nie może sobie na to pozwo­lić, nie teraz. W świe­tle ostat­nich wyda­rzeń, zwłasz­cza sytu­acji w Stro­ge­rze, wszy­scy są pod­mi­no­wani.

Ści­szył głos i poło­żył dłoń na ramie­niu Poole'a, ale ten ją strzą­snął. Nie­zra­żony urzęd­nik mówił dalej.

-?Jeśli rze­czy­wi­ście ma coś wspól­nego z tymi mor­der­stwami, będzie jesz­cze czas wymie­rzyć spra­wie­dli­wość. Nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby­śmy po cichu zba­dali sprawę, upew­nili się, że wszystko wiemy, a dopiero potem powia­do­mili opi­nię publiczną. Tak się postę­puje roz­waż­nie i odpo­wie­dzial­nie.

-?To nie jest Sam.

Słowa padły z ust Nasha. Stał przy lustrze wenec­kim i zaglą­dał do sali prze­słu­chań.

-?Roz­tar­gniony, nie­zor­ga­ni­zo­wany... Wygląda, jakby od wielu dni nie spał. Nawet po tym, jak zamor­do­wano jego żonę, nie było z nim tak źle. Jak zabie­rze­cie mu tę sprawę, może się zała­mać.

-?Już się zała­mał -?stwier­dził Poole.

-?Musi dopro­wa­dzić sprawę do końca. Potrze­buje to domknąć.

-?Co pro­po­nu­jesz?

Nash wzru­szył ramio­nami.

-?Daj­cie mu te zeszyty. Pamięt­niki.

-?To mate­riał dowo­dowy, nie­wy­klu­czone, że obcią­ża­jący jego samego. Nie ma mowy, żebym mu je oddał. Muszę je wysłać do Jed­nostki Ana­liz Beha­wio­ral­nych w Quan­tico. Jeśli coś w nich jest, oni to znajdą.

Dal­ton wymie­nił spoj­rze­nia z przed­sta­wi­cie­lem władz mia­sta.

-?Możemy je tutaj zdy­gi­ta­li­zo­wać i pań­scy ludzie za kilka godzin dostaną pliki. Sam też może je przej­rzeć. Powiemy mu, że jeśli chce prze­czy­tać pamięt­niki, musi to zro­bić tutaj, na komen­dzie, ale nie będzie aresz­to­wany, zosta­nie tu z wła­snej woli. Jeśli coś znaj­dzie, to świet­nie. Jeśli nie, to przy­naj­mniej nie wyj­dzie. Będziemy mogli mieć go na oku. A pań­scy ludzie będą mieli czas, żeby zba­dać też to, co zna­leź­li­ście w Karo­li­nie Połu­dnio­wej.

Sie­dzący w sali prze­słu­chań Por­ter znów trzy­mał na stole dło­nie z mocno sple­cio­nymi pal­cami. Na­dal ruszał war­gami w bez­gło­śnym mono­logu.

Zadzwo­nił tele­fon Nasha. Poli­cjant wyszedł na kory­tarz, żeby poroz­ma­wiać.

-?Może tak być?

Znowu War­nick.

Teraz roz­dzwo­nił się też tele­fon Poole'a. Wyło­wił go z kie­szeni i zer­k­nął na wyświe­tlacz.

Agent dowo­dzący Hur­less.

Uniósł wypro­sto­wany palec.

-?Prze­pra­szam, muszę ode­brać.

Hur­less nie cze­kał nawet na "halo?".

-?Mamy nowe ciało pasu­jące do metody Bishopa. Kobieta na cmen­ta­rzu w Chi­cago. Rose Hill. Ekipa już tam jedzie. Macie Por­tera?

Poole zer­k­nął przez lustro wenec­kie.

-?Tak.

-?Spły­wają raporty od Gran­gera w Karo­li­nie Połu­dnio­wej, z wię­zie­nia w Nowym Orle­anie i od CDC, ze szpi­tala. Inte­gru­jemy wszyst­kie infor­ma­cje w oddziale tere­no­wym. Kiedy skoń­czysz na miej­scu zbrodni, masz się do mnie zgło­sić.

-?Tak jest.

Hur­less się roz­łą­czył.

Nash wró­cił do pokoju, twarz miał bladą. Zer­k­nął na Dal­tona, potem na Poole'a.

-?Mamy kolejne ciało.

-?Wła­śnie też się dowie­dzia­łem. Zaraz tam jadę.

Nash wypu­ścił powie­trze i zwró­cił się do swo­jego prze­ło­żo­nego.

-?Dopóki nie usu­niemy ciała z torów, czer­wona linia będzie wyłą­czona z ruchu. Trzeba dać ogło­sze­nie, uprze­dzić pasa­że­rów.

Poole zmarsz­czył brwi.

-?Tory? Ciało jest prze­cież na cmen­ta­rzu.

Twarz Nasha jakimś cudem zro­biła się jesz­cze bled­sza.

-?Do mnie dzwo­nili w spra­wie ciała zna­le­zio­nego na torach czer­wo­nej linii metra, w oko­li­cach sta­cji Clark. Kobieta, upo­zo­wana, a obok niej trzy białe pude­łeczka prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem.

7

Nash

Dzień piąty, 6.13

Detek­tyw Brian Nash zatrzy­mał swo­jego czę­ściowo odre­stau­ro­wa­nego che­vro­leta novę z 1972 roku za ambu­lan­sem zapar­ko­wa­nym na dru­giego na Lake Street, przy LaSalle. Zna­lazł tabliczkę z napi­sem "POLI­CJA" w nad­kolu po stro­nie pasa­żera i umie­ścił ją na desce roz­dziel­czej. Parę minut wcze­śniej Clair zadzwo­niła z naj­now­szymi infor­ma­cjami. Cią­gle z nią gadał.

-?Są tego pewni? -?zapy­tał, prze­su­wa­jąc dźwi­gnię zmiany bie­gów w tryb par­ko­wa­nia. Wolną dłoń przy­trzy­mał nad kratką ogrze­wa­nia -?powie­trze leciało, ale nie­wiele cie­plej­sze niż wiatr od jeziora.

-?Maltby z CDC mówi, że prze­pro­wa­dzili wszyst­kie testy dwa razy - powie­działa Clair. -?Igła, którą zna­leź­li­śmy w jabłku, razem z aktami Upchur­cha, zawiera czy­sty wirus SARS, jak wyho­do­wany w labo­ra­to­rium.

-?Szlag.

-?No, szlag -?przy­tak­nęła Clair. -?Roz­dają tu wszyst­kim leki anty­wi­ru­sowe całymi gar­ściami, ale poza tym nie­wiele można zro­bić. Nie ma żad­nej pro­fi­lak­tyki. Zamknęli szpi­tal na wszyst­kie spu­sty, trud­niej tu wejść niż w dupę uczen­nicy ze szkoły kato­lic­kiej.

Nash par­sk­nął śmie­chem, który szybko prze­szedł w mokry kaszel.

-?Chry­ste, nie brzmisz za dobrze.

-?Bie­rze mnie jakieś prze­zię­bie­nie czy coś. Nie dosy­piam, pogoda paskudna, orga­nizm nie daje rady. Zaczyna się to w końcu na mnie odbi­jać.

-?Dieta oparta na fast foodzie i bato­nach też raczej nie pomaga. Ciało jest podobno świą­ty­nią, a ty trak­tu­jesz swoje jak wła­ści­ciel rudery liczący na to, że dosta­nie odszko­do­wa­nie za pożar.

Nash zer­k­nął na opa­ko­wa­nia z McDo­nalda wala­jące się pod sie­dze­niami i zmie­nił temat.

-?Przed chwilą sły­sza­łem w radiu leka­rza Upchur­cha. Wygląda na to, że przy­naj­mniej na tym fron­cie mamy spo­kój.

-?To wszystko ściema. Dok­to­rek nas kryje, żeby­śmy zyskali na cza­sie. Upchurch nie­długo się odmel­duje. Zostały mu góra dwie doby. Pil­nuję wszyst­kich, któ­rzy mają z nim kon­takt, żeby nikt się nie dowie­dział o jego sta­nie.

-?Jeśli zadzwo­ni­łaś, żeby pod­nieść mnie na duchu, to słabo ci idzie, Eklerku.

Jakiś mun­du­rowy wynu­rzył się z wyj­ścia z metra, schy­lił się, żeby przejść pod żółtą taśmą poli­cyjną, i ruszył ku novie Nasha. Wiatr wzbi­jał śnieg wokół jego stóp; biały pył wiro­wał w powie­trzu. Kiedy poli­cjant zorien­to­wał się, czyje to auto, poma­chał Nashowi bez więk­szego entu­zja­zmu i od razu zawró­cił.

-?To ciało to robota Bishopa?

-?Jesz­cze tam nie zsze­dłem -?odparł Nash. -?Ale tak to brzmiało.

-?Wie­rzysz w to, co Sam powie­dział o rodzi­cach Bishopa?

-?Nie wiem już, w co wie­rzyć.

-?Bo to mogłoby być też jedno z nich. Albo nikt z tej trójki. Może jakiś naśla­dowca.

Nash wyłą­czył nawiew i włą­czył go ponow­nie. Cho­lerne ustroj­stwo wiało zim­nym powie­trzem. Skórę miał lodo­watą, nie mógł się ogrzać.

-?Sam kazałby nam się sku­pić na dowo­dach, bo wszystko inne to tylko szum. I tak zro­bimy.

-?Widzia­łeś go, prawda? -?zapy­tała Clair po chwili waha­nia.

-?Nie jestem pewny, co widzia­łem. Nie wiem, czy on da radę dojść do sie­bie po tym wszyst­kim.

Clair na moment umil­kła.

-?Ten agent FBI wie, że tam jesteś?

-?Tak, wie. Usta­lił para­me­try.

-?Jakie para­me­try?

Nagle ktoś zapu­kał w szybę, serce pode­szło Nashowi do gar­dła.

-?Jezu!

-?Co? -?spy­tała Clair.

Nash odwró­cił się w bok. Obok samo­chodu stała Lizeth Loudon z Chan­nel 7. Wci­skała ręce głę­boko do kie­szeni pod­bi­tej futrem kurtki i prze­ska­ki­wała z nogi na nogę, pró­bu­jąc się zagrzać.

-?Muszę lecieć, Clair. Zadzwo­nię póź­niej.

Roz­łą­czył się i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Sil­nik zachar­czał, jakby nie był pewny, czy chce się wyłą­czyć, ale w końcu umilkł. Wygra­mo­lił się z auta, zatrza­snął drzwi i prze­pchnął się obok Loudon do wej­ścia do metra.

-?Nie zamie­rzam z panią roz­ma­wiać.

-?Jak nic pan nie powie, to będę sama musiała coś zmy­ślić -?odparła, rusza­jąc za nim.

-?Gdzie ma pani kame­rzy­stę?

Poka­zała kciu­kiem na fur­go­netkę zapar­ko­waną trzy miej­sca za nim.

-?Sie­dzi w cie­pełku.

-?Może powinna pani do niego dołą­czyć.

-?Wiem, że macie tam ciało. Poten­cjalną ofiarę 4MK.

-?Nie ma żad­nego ciała.

Pode­tknęła mu pod nos swoją komórkę. Na ekra­nie wyświe­tlał się post z Face­bo­oka.

-?To mi wygląda na ciało.

Nash zako­no­to­wał nazwi­sko użyt­kow­nika.

-?Mnie to wygląda na foto­mon­taż.

Schy­lił się pod taśmą odgra­dza­jącą miej­sce zbrodni. Pró­bo­wała iść za nim, ale poja­wił się tam­ten mun­du­rowy i kazał jej się odsu­nąć.

-?Jestem z nim -?powie­działa.

Nash pokrę­cił głową i ruszył w dół po scho­dach.

-?Nie, wcale nie jest ze mną.

-?Gdzie detek­tyw Por­ter? -?zawo­łała za nim. -?Nie powinno go tu być?

Nash nie odpo­wie­dział. Zszedł na peron, podą­ża­jąc za szme­rem gło­sów.

Na sufi­cie paliły się jarze­niówki, ale jesz­cze jaśniej świe­ciły cztery duże lampy halo­ge­nowe usta­wione na torach -?emi­to­wały kulę bia­łego świa­tła pod żół­tym bla­skiem pły­ną­cym z góry. Przy wschod­nim końcu tunelu stał zatrzy­many pociąg, a od zachodu drogę blo­ko­wał ford F150 wypo­sa­żony w spe­cjalne felgi. Włą­czone reflek­tory samo­chodu oświe­tlały tory, ale nie miały szans prze­bić gęstej ciem­no­ści na wię­cej niż pięt­na­ście metrów.

Na pero­nie skie­ro­wano Nasha do spe­cjal­nych schod­ków, któ­rymi mógł zejść na tory.

-?Trze­cia szyna jest pod napię­ciem. Nie możemy jej odłą­czyć, żeby nie spa­ra­li­żo­wać całej linii -?powie­dział ktoś za jego ple­cami. -?Pro­szę patrzeć pod nogi.

I tutaj roz­cią­gnięto żółtą taśmę -?ogra­dzała spory odci­nek torów mię­dzy pocią­giem a pika­pem. Halo­geny roz­pro­szyły mroki. Przed taśmą stało kilka osób -?mun­du­rowi, dwoje tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki z chi­ca­gow­skiej poli­cji, kolej­nych troje z FBI. Za taśmą nie było nikogo. Wszy­scy skie­ro­wali na niego wzrok. Roz­mowy przy­ci­chły, a potem cał­kiem umil­kły.

Nash schy­lił się pod taśmą i pod­szedł na śro­dek torów.

Przy­klęk­nął, wyjął komórkę i zadzwo­nił do Poole'a.

-?Opisz mi wszystko -?ode­zwał się Frank, gdy tylko ode­brał. -?Każdy szcze­gół. Nie śpiesz się. Niczego nie pomi­jaj.

Nash szybko rzu­cił okiem na trójkę agen­tów FBI i sto­ją­cych obok nich kry­mi­nal­nych. Wszy­scy patrzyli na niego i nie spra­wiali wra­że­nia zado­wo­lo­nych z faktu, że odsta­wiono ich na boczny tor.

Kiedy oka­zało się, że ciała są dwa, a Poole pró­bo­wał prze­jąć sprawę, War­nick zadzwo­nił do bur­mi­strza, bur­mistrz do dyrek­tora FBI, a ten z kolei do prze­ło­żo­nego Franka. Po pię­ciu minu­tach Poole dostał roz­kaz, żeby nie tylko infor­mo­wać o wszyst­kim chi­ca­gow­ską poli­cję, lecz także włą­czyć funk­cjo­na­riu­szy do swo­jego zespołu. Naj­wy­raź­niej góra uwa­żała, że współ­praca to naj­lep­szy spo­sób na zacho­wa­nie twa­rzy przed opi­nią publiczną. Poole pró­bo­wał zgła­szać sprze­ciw, ale natych­miast go uci­szono. Nash nie miał żad­nych złu­dzeń, dla­czego prze­ło­żony agenta tak chęt­nie się zgo­dził -?FBI wolało mieć kozła ofiar­nego pod ręką. Gdyby cokol­wiek poszło nie tak, chcieli mieć na kogo zwa­lić winę, na kogoś spoza FBI. Typowa tak­tyka orga­nów naszego wspa­nia­łego rządu.

Nash odchrząk­nął.

-?Kobieta, eee... Nie jestem pewny wieku. Strze­lał­bym, że po trzy­dzie­stce, może czter­dzie­stce. Trudno oce­nić. Ma na sobie biały szla­frok z cien­kiego mate­riału. Nic wię­cej, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka. Na miej­scu nie ma ani butów, ani bie­li­zny, ani płasz­cza, ani żad­nej innej odzieży. Skórę ma pokrytą jakimś bia­łym pyłem. Włosy też.

-?A ubra­nia?

-?Nie.

-?Czyli ubrano ją po śmierci?

-?Na to wygląda.

-?Co jesz­cze?

Nash zdjął czarne skó­rzane ręka­wiczki, wyjął z kie­szeni parę latek­so­wych i nacią­gnął je na dło­nie, do kom­pletu zakła­da­jąc jesz­cze maseczką chi­rur­giczną, na wypa­dek gdyby biały puder oka­zał się szko­dliwy dla zdro­wia. Nachy­lił się niżej.

-?Oczy ma zamknięte, ale wydaje mi się, że prawe usu­nięto. W kąciku widać tro­chę zaschnię­tej krwi. -?Powoli odgar­nął włosy denatki. -?Nie ma jed­nego ucha. Upo­zo­wano ją... Jest w takiej pozy­cji, jakby się modliła. Klę­czy.

Się­gnął do ust, pró­bo­wał je otwo­rzyć.

-?Sztywna. Nie mogę otwo­rzyć jej ust.

-?Stę­że­nie pośmiertne?

-?Nie wydaje mi się. Może to z zimna.

-?Nic na siłę -?powie­dział Poole. -?Koro­ner spraw­dzi, czy usu­nięto język. Masz tam trzy pude­łeczka? Prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem?

-?Tak -?potwier­dził Nash. -?Ale zwy­kle nie tak je znaj­du­jemy. Bishop wysyła pudełka pocztą, poje­dyn­czo, przez mniej wię­cej tydzień. Nie zosta­wia wszyst­kich trzech naraz.

-?Zro­bił tak z tam­tym cia­łem, które zna­leź­li­ście z Por­te­rem w tune­lach. To był dyrek­tor finan­sowy Tal­bota -?zauwa­żył Poole.

-?Gun­ther Her­bert -?uści­ślił Nash.

Bishop powie­dział Por­te­rowi, że tor­tu­ro­wał Her­berta, żeby wycią­gnąć z niego infor­ma­cje o sytu­acji finan­so­wej Arthura Tal­bota. Infor­ma­cje te obcią­żały poten­tata na chi­ca­gow­skim rynku nie­ru­cho­mo­ści, który, jak się oka­zało, maczał palce w licz­nych zbrod­niach pół­światka.

-?Tak samo było z Libby McIn­ley -?dorzu­cił Poole. -?Zosta­wił trzy pudełka na sto­liku kawo­wym.

-?Sprawca wyciął jakimś ostrzem napis na czole ofiary.

-?Co napi­sał?

-?"Jestem zła".

Libby rów­nież została pocięta. Tysiące malu­teń­kich nacięć brzy­twą na całym ciele.

-?Her­berta i McIn­ley tor­tu­ro­wano dla wycią­gnię­cia infor­ma­cji - powie­dział Nash cicho. -?Róż­nili się od pozo­sta­łych ofiar.

-?Co jesz­cze?

Nash schy­lił się jesz­cze niżej. Denatka wyglą­dała bar­dziej jak posąg niż jak żywy czło­wiek. Ni­gdy jesz­cze nie widział tak upo­zo­wa­nego ciała.

Jakby się modliła.

Zmru­żył oczy.

-?Opuszki pal­ców...

-?Co z nimi?

-?Chyba są... spa­lone.

-?Usu­nięto jej odci­ski?

-?Na to wygląda -?przy­tak­nął Nash, pró­bu­jąc się dokład­niej przyj­rzeć, nie rusza­jąc przy tym dłoni ofiary. -?Ni­gdy wcze­śniej cze­goś takiego nie robił.

-?Jest jakiś pod­pis?

-?Pod­pis?

-?Kawa­łek tek­tury, kartka papieru... Cokol­wiek napi­sane gdzieś w pobliżu zwłok?

Nash rozej­rzał się dookoła.

-?Nic nie widzę... A nie, cze­kaj.

-?Co tam?

Nash wstał i pod­szedł do ściany. Obej­rzał się na obser­wu­ją­cych go funk­cjo­na­riu­szy.

-?Ktoś się orien­tuje, czy to świeże?

Nikt nie odpo­wie­dział.

-?Co? -?dopy­ty­wał Poole.

Nash ostroż­nie dotknął farby. Była jesz­cze mokra.

OJCZE, PRZE­BACZ MI