8
Poole
Dzień piąty, 6.22
Przez całą rozmowę z detektywem Nashem Poole nie odrywał wzroku od
ciała. Kobieta klęczała na brzegu sadzawki, jakby się modliła. Przed nią
na srebrnej tacy leżały trzy białe pudełeczka przewiązane czarnym
sznurkiem. "Ojcze, przebacz mi" na tabliczce opartej o ciało. Napis
"Jestem zła" wycięty na jej czole.
Z pewnej odległości przyglądała mu się ekipa techników kryminalistyki
FBI. Był też ktoś z biura koronera. Podobnie jak na stacji metra
wszystkim kazano trzymać się z dala.
Poole przyklęknął w śniegu i przyjrzał się jej palcom. Choć dłonie były
przyciśnięte do siebie, zauważył oparzenia na opuszkach. Oparzenie
chemiczne, pewnie kwasem -?siarkowym, może solnym.
Sięgnął do ust denatki i próbował otworzyć je siłą, ale nie ustąpiły.
Tak jak mówił Nash. Zbyt sztywne jak na stężenie pośmiertne. Być może
zamarznięte. Temperatura powietrza wynosiła jakieś minus dziesięć
stopni. W nocy było minus kilkanaście, a odczuwalna jeszcze niższa z powodu silnego wiatru.
Tu też był biały proszek. Kobieta była zasypana śniegiem, więc trudno
było go dostrzec, ale tak, był. Cienka warstewka pokrywająca ciało, ale
nie sukienkę. Ubrano ją po tym, jak pył obsypał jej skórę. Lśnił
delikatnie, niczym kryształki.
Sól?
Paul Upchurch, z pomocą Bishopa, topił swoje ofiary w zbiorniku ze słoną
wodą. Czy to mógł być jakiś osad z tego zbiornika?
Zadzwonił telefon Poole'a. Wyłowił go z kieszeni, ale nie rozpoznał
numeru.
-?Mówi agent Poole.
-?Z tej strony Banister, szeryfka z Simpsonville. Przepraszam, że tak
wcześnie zawracam panu głowę. Jest pan jeszcze w Nowym Orleanie?
-?Już z powrotem w Chicago -?odparł Poole. Wstał i dał technikom znać,
że mogą rozpocząć proces dokumentacji i katalogowania. -?Czym mogę pani
służyć?
-?Mam... mam tu ciało. -?Sprawiała wrażenie roztrzęsionej. Głos jej drżał.
-?Znaleziono je na schodach sądu, jakieś dwie godziny temu. Tak... tak
jakby klęczy. Prawie jakby się modliło. Tak przynajmniej to wygląda. Do
tego trzy białe pudełka obwiązane sznurkiem. Ktoś napisał też coś na
schodach.
-?"Ojcze, przebacz mi" -?mruknął Poole.
-?Tak! Skąd pan wiedział?
-?Domyśla się pani, kim ona jest?
-?To nie ona, tylko on. I świetnie wiem, kto to jest.
9
Clair
Dzień piąty, 6.29
Clair kichnęła i wyciągnęła nową chusteczkę z pudełka na stole.
-?Będzie nam potrzebne większe pudło -?Kloz sparafrazował cytat ze
Szczęk, siląc się na akcent z Nowej Anglii. Zrobił wdech przez nos,
wciągając z powrotem smarki.
Clair łypnęła na niego spode łba.
-?Bardzo bym nie chciała tu z tobą umrzeć.
Kloz rozparł się na krześle. Stary metal zatrzeszczał.
-?Gdybyś mogła wybrać, gdzie i z kim umrzeć, kto by to był?
Zastanowiła się chwilę.
-?Matthew McConaughey. Zawsze uważałam, że seksowny jest jak na białasa.
Ale McConaughey po czterdziestce, nie ten młodziak z Uczniowskiej
balangi. Dorósł do tej twarzy dopiero później.
-?Gdzie?
-?Może na plaży na Barbadosie.
Kloz pokręcił głową.
-?No nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Na plaży można umrzeć tylko od
pogryzienia przez rekina. Nikt by nie chciał zostać zeżarty przez
rekina.
-?Debilna ta gra.
Kloz zignorował jej uwagę.
-?Ja bym wybrał Jennifer Lawrence, ale tylko gdyby miała na sobie to
skórzane wdzianko z Igrzysk śmierci.
-?A gdzież to chciałbyś umrzeć w takim towarzystwie?
-?Toledo w Ohio. Bez dwóch zdań.
-?Czemu w Toledo?
Wzruszył ramionami.
-?Zero rekinów.
-?No tak, to oczywiste.
-?Poza tym w Toledo nie ma co robić, więc gdybym utknął tam z odzianą w skórę Jennifer Lawrence w jakimś podłym motelu...
Clair zacisnęła powieki i zatkała uszy.
-?Dość. Nie chcę wiedzieć, co się dzieje w twojej głowie. Ani teraz, ani
nigdy.
-?Próbowałem tylko trochę rozluźnić atmosferę.
-?Wiem.
-?Nie chcę tu umrzeć.
-?Wiem.
-?Nie możemy stąd wychodzić, zaczynam dostawać klaustrofobii.
-?Wiem.
Kloz odepchnął się prawą stopą od podłogi i zaczął się powoli kręcić w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
-?Okres inkubacji wirusa SARS może trwać nawet dziesięć dni. Nasz miły
pan z CDC jeszcze nie powiedział nam tego wprost, ale zgodnie z ich
protokołem kwarantanna będzie musiała potrwać przynajmniej dziesięć dni
od ostatniego przypadku zachorowania. Jeśli nawet wirus nas nie zabije,
to przez prawie dwa tygodnie nas stąd nie wypuszczą.
-?Nie będą nas tu tak długo trzymać.
-?Czemu niby nie? -?zaoponował Kloz. -?Mamy łóżka, jedzenie, dostęp do
leków i sprzętu medycznego, jesteśmy odizolowani. Przychodzi ci do głowy
lepsze miejsce, gdzie można by nas wszystkich trzymać? Nie będą chcieli
ryzykować przeniesienia wirusa poza ten budynek.
-?Bishop ma wirusa. Może być teraz wszędzie.
-?A jeśli zarazi innych ludzi, ci z CDC najprawdopodobniej ściągną ich
na leczenie właśnie tutaj, z tych samych powodów, dla których będą
próbowali zatrzymać tu nas wszystkich: łóżka, leki, jedzenie, izolacja.
Zamkną nas tutaj i poczekają, aż wirus przez nas przelezie, wyczerpie
się. Skoro nie ma żadnego lekarstwa, tylko to ma sens. Nikt nie będzie
ryzykował epidemii. Nawet jeśli dzisiaj złapią Bishopa i go zamkną, nas
nie wypuszczą, póki możemy zarażać.
Clair wiedziała, że kolega ma słuszność, ale nie zamierzała przyznawać
mu racji. Zmięła chusteczkę i rzuciła ją do kosza. Śmieć wylądował
prawie pół metra od celu.
Trzy szybkie stuknięcia do drzwi.
Podnieśli głowy.
Zanim którekolwiek zdążyło coś powiedzieć, do pokoju wparował Jerome
Stout.
Szef szpitalnej ochrony nie spoczął ani na chwilę od czasu ich przyjazdu
i wyglądał na równie zmarnowanego co wszyscy inni. Na ogolonej głowie
zaczynał się pojawiać cień odrostu, a na ochroniarskim uniformie pod
pachami miał plamy potu. Słyszała, że objął tę posadę po odejściu z policji pięć lat temu, jako pięćdziesięciolatek. Nie pisał się na coś
takiego. Biała maseczka chirurgiczna na jego ustach tłumiła zmęczony
głos.
-?Musi pani pójść ze mną.
-?Dlaczego?
Nerwowo zerknął na Klozowskiego siedzącego w kącie, a potem znów na nią.
-?Mamy ciało. Kiepska sprawa.
-?Szlag -?mruknął Kloz pod nosem.
Clair wstała i ruszyła do drzwi.
-?Proszę to założyć -?poinstruował Stout, wskazując brodą na maskę,
którą wcześniej dostała.
Naciągnęła ją na twarz, dopasowując paski na uszach, i pośpieszyła za
nim.
Clair nie chciała przechodzić przez stołówkę, ale zanim zdążyła spytać o inną drogę, szef ochrony wkroczył do pomieszczenia. W chwili, gdy
wszyscy ją zauważyli, nastąpił wybuch. Kiedy policja sprowadziła do
szpitala osiemdziesiąt siedem potencjalnych ofiar Bishopa, zabroniono im
wychodzić poza tę salę i dwa przyległe pokoje socjalne dla pracowników.
Nie licząc Klozowskiego, była jedyną przedstawicielką policji na
miejscu, więc natychmiast ją rozpoznali. Niektórzy mieli maski, inni
nie, ale wszyscy krzyczeli. Ludzie wstawali i szli w jej stronę, w oczach mieli gniew. Chcieli odpowiedzi, tak samo jak ona, ale nie miała
im co powiedzieć. Przepchnęła się najszybciej, jak się dało, powtarzając
wszystkim wokół, żeby zachowali spokój, bo niedługo będzie po wszystkim.
Wyczuli jednak fałsz. Było wśród nich wielu lekarzy, znali się na
rzeczy. Ściągnięto tu ich dzieci, współmałżonków. Poodsuwali stoły pod
ściany, wiele osób zaczęło budować namioty ze szpitalnych prześcieradeł,
odgradzając się od innych. Brakowało przynajmniej dwudziestu czy
trzydziestu osób. Z tego, co mówiono jej wcześniej, niektóre rodziny
dostały osobne sale, ale nie dla wszystkich starczyło. Większość osób
była zatrudniona w szpitalu, więc poszli do swoich gabinetów, jeśli je
mieli, inni przejęli szatnie. Część personelu udała się nawet normalnie
na obchód, jak gdyby nigdy nic. Próbowano ich pozbierać, zanim rozniosą
wirusa, ale większość personelu wiedziała, że już na to za późno. Wirusa
będzie trzeba zatrzymać w murach szpitala, tak jak mówił Kloz.
Stout zaprowadził ją do wind. Westchnęła, kiedy drzwi się zamknęły,
odgradzając ją od wściekłego tłumu. Zostali sami.
-?Kilka osób próbowało rozwalić szklane drzwi w holu i wydostać się na
zewnątrz, ale policja wystawiła tam oddział antyterrorystyczny -
powiedział Stout. -?Są w pełnym rynsztunku. Wolę nie myśleć, co by się
stało, gdyby ktoś przekroczył granicę.
To Clair zasugerowała sprowadzenie antyterrorystów, ale nie zamierzała
mu o tym mówić. Przez wszystkie lata pracy w chicagowskiej policji trzy
razy miała do czynienia z "niepokojami społecznymi" (policja nie
przepadała za określeniem "zamieszki"). Za każdym razem coś wisiało
wcześniej w powietrzu, jakaś zapowiedź wydarzeń. W szpitalu aż cuchnęło
taką zapowiedzią i nie ona pierwsza to zauważyła. Osoby z personelu
pracowały w niemal absolutnej ciszy, bacznie przyglądały się sobie
nawzajem oraz tłumowi zgromadzonemu w stołówce. Rodzice skakali wokół
dzieci, a najcichsze kaszlnięcie czy kichnięcie spotykało się z morderczym spojrzeniem. Mówiło się o odizolowaniu chorych przez CDC.
Rozmawiali wcześniej z kierownictwem o wydzieleniu jednego skrzydła na
drugim piętrze, ale jeśli cokolwiek zrobiono w tym kierunku, to nikt nie
zdradził jej żadnych szczegółów planu.
Wjechali windą na czwarte piętro.
Kiedy drzwi się otworzyły, Stout poprowadził ją korytarzem po lewej
stronie. Na ścianie wisiała tablica z napisem "Kardiologia".
-?Pielęgniarka znalazła go jakieś dziesięć minut temu.
-?Kogo?
Nie odpowiedział. Skręcił bez słowa w kolejny korytarz, potem w trzeci,
weszli chyba do jakiegoś skrzydła administracyjnego. Większość drzwi
była pozamykana, zasłony pozaciągane.
-?Drugie drzwi po lewej -?powiedział.
Clair podążyła wzrokiem za jego palcem. Tabliczka na drzwiach głosiła
"Dr Stanford Pentz". Jej dłoń powędrowała do kolby broni służbowej
przypasanej na biodrze.
-?Nie będzie to pani potrzebne.
Clair mimo wszystko odpięła skórzany pasek kabury i wzmocniła chwyt,
drugą ręką sięgając do gałki. Drzwi otworzyły się do środka, ukazując
gabinet. Po lewej stała kanapa, po prawej -?mahoniowe biurko i dwa
okazałe skórzane fotele. Na ścianach wisiały rozmaite dyplomy, a na
biurku stało zdjęcie rodzinne: mężczyzna po sześćdziesiątce z żoną i na
oko dwunastoletnim synkiem, wszyscy uśmiechnięci i odświętnie ubrani.
Na środku pomieszczenia, plecami do Clair, a twarzą do dużego okna
zajmującego całą ścianę gabinetu, klęczał mężczyzna. Głowę miał
pochyloną do przodu, podbródek opierał się na klatce piersiowej. Nie
miał na sobie butów. Obok stała para czarnych mokasynów.
Clair podeszła bliżej.
Stojący w drzwiach Stout odchrząknął, ale nic nie powiedział.
Clair obeszła mężczyznę dookoła, stanęła między nim a oknem, i wtedy
właśnie zauważyła krew oraz trzy małe pudełeczka ułożone na podłodze.
10
Nash
Dzień piąty, 8.31
Nash wyplątywał się właśnie z kurtki, kiedy drzwi windy otworzyły się w podziemiach komendy policji Chicago. Zwykle wyludniony hol dziś aż
buzował. Zanim Nash zdążył wysiąść, jakiś dwudziestoparolatek wpakował
się do środka z wózkiem załadowanym pudłami na dokumenty.
Nash znał te pudła.
-?Gdzie to zabierasz?
-?Na Roosevelt -?odparł dzieciak.
Nash zauważył przy jego pasku odznakę FBI.
-?Na czyj rozkaz?
Chłopak wyciągnął rękę i nacisnął guzik parteru. Kciukiem wskazał w stronę holu.
-?Jeśli ma pan jakieś pytania, radzę zwrócić się do agenta Poole'a.
Kiedy drzwi zaczęły się zamykać, Nash wcisnął między nie stopę. Zanim
znów się otworzyły, sięgnął jeszcze do panelu sterowniczego windy i powciskał wszystkie guziki.
Gdy tylko wyszedł z windy, minął go kolejny młody agent z sześcioma
pudłami dokumentów.
Już od kilku lat grupa śledcza zajmująca się sprawą 4MK pracowała w pokoju narad znajdującym się na poziomie piwnicy. Łatwiej było im się
skupić pod ziemią niż w dużej sali z wszystkimi innymi detektywami. Zbyt
wiele pytań, zbyt wiele wścibskich oczu, zbyt wiele przecieków do prasy.
Izolacja rozwiązała wszystkie te problemy. No, przynajmniej większość z nich. Przed kilkoma miesiącami, gdy Anson Bishop okazał się Zabójcą
Czwartej Małpy i uciekł, sprawę przejęło FBI. Zajęli również
pomieszczenie vis-a-vis pokoju narad. Porter z początku obstawiał, że to
tymczasowe. Albo Bishop zostanie ujęty, albo FBI odda sprawę lokalnej
policji, kiedy już sprawa zejdzie z pierwszych stron gazet, ale nigdy do
tego nie doszło. Co więcej, sytuacja eskalowała. Zrobiło się jeszcze
gorzej.
Nash najpierw zajrzał do gabinetu FBI -?czworo agentów, żadnego nie
kojarzył. Wszyscy byli zajęci pakowaniem kartonów i ustawianiem ich przy
drzwiach.
Po drugiej stronie korytarza, w pokoju narad, zastał agenta specjalnego
Franka Poole'a -?siedział naprzeciwko wejścia, patrząc na trzy białe
tablice detektywistyczne.
Nash poczuł, że z wściekłości robi się czerwony jak burak.
-?Co tu się odwala, Frank?
-?Agent dowodzący Hurless chce wszystko skonsolidować w biurze terenowym
FBI przy Roosevelt. Dostajemy coraz więcej danych z Nowego Orleanu i Simpsonville: o tych sześciu ciałach znalezionych w jeziorze... o domu... o wszystkim, czego Sam się dotknął od wyjazdu z Chicago do chwili, gdy
znaleźliśmy go w hotelu Guyon.
-?Czemu nie możemy tego robić tutaj?
-?To nie ja podejmuję decyzje. -?Nie odrywając wzroku od tablic, Poole
dodał: -?Jak dobrze znasz burmistrza?
-?Ja? Spotkałem go ze dwa razy na jakichś uroczystościach, podałem rękę,
zrobili nam zdjęcie. Podejrzewam, że nie ma pojęcia o moim istnieniu.
-?A Anthony Warnick z jego biura?
-?Poznałem go dzisiaj. A co?
Poole nadal nie podnosił wzroku.
-?Warnick zadzwonił do burmistrza, on zadzwonił do przełożonego mojego
przełożonego i pięć minut później dostałem rozkaz, żeby włączyć was do
śledztwa. Dziesięć minut wcześniej Hurless chciał, żebym zamknął cię
razem z Samem. Ktoś tu ma na kogoś haka. Tylko to tłumaczy ten nagły
zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.
Poole wstał, podszedł do pierwszej tablicy i wskazał dwa słowa wśród
innych informacji o Arthurze Talbocie: "Znajomy burmistrza".
-?To Sam musiał napisać -?stwierdził Nash. -?Wiemy, że Talbot grał z burmistrzem w golfa. Wspierał też jego kampanię. Wszystkie jego
inwestycje budowlane były na wielką skalę. Domyślam się, że takie
projekty nie mają szans, jeśli burmistrz w jakimś zakresie nie bierze w nich udziału.
-?Powiązaliście go z czymś nielegalnym?
Nash pokręcił głową.
-?Nic nie wyszło. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek szukał. Interesował
nas Talbot, nie burmistrz.
-?Wydaje mi się, że masz być tutaj jego człowiekiem -?powiedział Poole
wprost.
Nash uśmiechnął się krzywo.
-?Skoro tak, to źle wybrał. Nie zamierzam z nim gadać.
Poole na chwilę zamilkł, po czym spytał:
-?Ma coś na ciebie?
Tym razem Nash roześmiał się w głos.
-?Myślisz, że spróbuje mnie jakoś zmusić?
Poole wzruszył ramionami.
-?Nic z tego -?oznajmił Nash stanowczo. -?Nic na mnie nie ma. Jestem
aniołkiem.
Poole otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie i tylko odchrząknął.
-?Skupmy się na sprawie.
-?Tak, dobry pomysł.
Poole rytmicznie zabębnił palcami w poręcz krzesła, po czym przeniósł
oczy z powrotem na tablice.
-?Parę godzin temu dzwoniła do mnie szeryfka z Simpsonville. Na schodach
sądu znalazła zwłoki mężczyzny, upozowane identycznie jak te dwie
kobiety, które znaleźliśmy tutaj. Oko, ucho i język usunięte i umieszczone w białych pudełeczkach przewiązanych czarnym sznurkiem. Obok
napisano "Ojcze, przebacz mi". Ciało pokryte biały proszkiem, tak jak
tamte dwie. Nie mam jeszcze wieści z laboratorium, ale wydaje mi się, że
to sól.
-?Szlag. To znaczy, że mamy dziś już cztery ciała -?odparł Nash.
-?Jak to?
-?Do mnie z kolei dzwoniła Clair. Też ma denata, lekarza nazwiskiem
Stanford Pentz. Identyczny przypadek jak pozostałe, łącznie z pudełkami
i białym pyłem.
-?A napis?
Nash przytaknął.
-?"Ojcze, przebacz mi". Na bloczku z receptami leżącym na biurku.
-?Coś na czole?
-?Nie, to jedyna różnica.
-?Ten w Simpsonville też nic nie miał. -?Poole zamyślił się na chwilę. -
Szpital jest zamknięty -?zauważył. -?Ustaliła czas zgonu? Jak ktokolwiek
mógł się tam dostać?
Do pokoju weszła trójka agentów i zaczęła pakować wszystko do pudeł,
które ustawiali pod drzwiami.
-?Tablice zostawcie -?poinstruował ich Poole.
Skinęli głowami i wrócili do pracy.
Poole odwrócił się z powrotem do tablic.
-?Cztery ciała odkryte na przestrzeni kilku godzin. Dwa na mieście,
jedno w szpitalu zamkniętym na wszystkie spusty, ostatnie ponad tysiąc
kilometrów stąd. To nie może być robota wyłącznie Bishopa.
Nash wziął sobie krzesło i siadł obok agenta.
-?Zidentyfikowaliście ofiarę z Karoliny Południowej?
Poole skinął głową.
-?Niejaki Tom Langlin. Autor protokołu z pożaru domu Bishopa w latach
dziewięćdziesiątych. Emerytowany strażak.
-?Masz ten protokół?
-?Na razie jest w Karolinie. Tylko zerknąłem. -?Poole odchylił głowę do
tyłu i zamknął oczy. -?Sierpień dziewięćdziesiątego piątego. Długo przed
moimi czasami. Od razu orzeczono podpalenie. Langlin spisał protokół.
Przeszedł na emeryturę, ale ciągle mieszka w okolicy. Mogę cię zawieźć
do jego domu, jeśli sądzisz, że to coś da. Według protokołu wszędzie
cuchnęło benzyną. Kiedy przyjechały wozy strażackie, nic już nie dało
się zrobić. W środku znaleziono ciała trzech mężczyzn. Nie udało się
ustalić przyczyny śmierci z powodu stanu zwłok po pożarze. Jedna osoba
przeżyła, niejaki Anson Bishop, lat dwanaście. Łowił ryby w jeziorze,
wrócił, bo zauważył dym. Uznano, że jednym z martwych mężczyzn był jego
ojciec. O podpalenie podejrzewano matkę, która zniknęła. Wypuszczono
list gończy, ale nie udało się jej namierzyć. Przyczepę za domem
wynajmowali Simon i Lisa Carterowie. Oni też zniknęli po pożarze i ślad
po nich zaginął. Chłopiec trafił do ośrodka terapeutycznego Camden,
niedaleko stąd. -?Poole otworzył oczy. -?To powiedziała mi szeryfka.
-?Kurde, mam ciary. Pamiętasz tę rozmowę słowo w słowo?
Poole odgarnął włosy do tyłu i znów skupił się na tablicach.
-?Mam pamięć ejdetyczną. Potrafię odtworzyć wspomnienia z niemal idealną
dokładnością.
-?Chryste, ja zwykle nie pamiętam, gdzie zaparkowałem.
-?Nie rób tak.
-?Jak?
-?Nie umniejszaj swojej wartości takimi żartami -?wyjaśnił Poole. -
Wiem, że mądry z ciebie facet. Jesteś dobry w tym, co robisz. Nic nie
zyskasz, umniejszając siebie. Otoczenie będzie miało o tobie gorszą
opinię. Nie rób sobie tego.
Nash uśmiechnął się kącikiem ust i zniżył głos.
-?Zdradzę ci pewien sekret, Frank. Przy głupim policjancie ludzie zwykle
przestają się pilnować. Zdziwiłbyś się, ile można zdziałać paroma
żartami i wymiętymi ciuchami. Jak taki gość jak ty gdzieś wejdzie, to
żaden gnój nie puści pary z ust. Ludzie się pilnują. Uważnie dobierają
słowa. Ze mną chcą wypić piwo. Zapominają, że mają do czynienia z gliniarzem. -?Wskazał na tablice. -?Poczucie humoru pomaga mi też radzić
sobie z tym wszystkim. Dużo tu śmierci, po jakimś czasie to zaczyna
ciążyć.
Poole westchnął i wbił wzrok w podłogę.
-?Czy Sam jest w to zamieszany?
Nash wytarł dłonie w spodnie.
-?Chciałbym powiedzieć, że nie. Chciałbym móc powiedzieć, że absolutnie
nie ma mowy. Znam go od dawna, jest jednym z najlepszych gliniarzy, z jakimi miałem przyjemność pracować. Sądzę, że gdybyś zadał mi to pytanie
miesiąc temu, tak właśnie bym odpowiedział. Teraz jednak nie jestem już
taki pewny. Wpadł w obsesję. Zachowuje się irracjonalnie. Wypuścił się
na jakąś dziwną misję. Pomógł tamtej kobiecie uciec z więzienia... Ciągle
sobie powtarzam, że nic mi nie mówił, żeby mnie chronić, Clair i Kloza
też, ale nie czuję tego. To wszystko jest jakieś pokręcone. Gdybym
wypisał wszystko, co zrobił, na jednej z tych tablic, i nie umieścił
jego nazwiska w nagłówku, a spojrzał tylko na dowody, jego działania,
byłby moim głównym podejrzanym. Trudno mi się z tym pogodzić, ale wiem,
że to prawda. Tymczasem jednak mamy cztery nowe ciała, a on przez cały
ten czas był zatrzymany. Nie ma mowy, żeby był za to odpowiedzialny, ale
to jeszcze nie oznacza, że jest czysty. Czegoś mi nie mówi, czegoś
naprawdę ważnego, a cokolwiek to jest, narastało przez te lata, kiedy
pracowaliśmy nad sprawą. Śmiertelnie boję się dowiedzieć, czym jest to
coś, ale jako policjant nie mogę spocząć, dopóki nie odkryję prawdy. Tak
to już jest.
Obaj umilkli na jakąś minutę. Ciszę przerwał Poole:
-?W FBI uważają, że są jakieś nieprawidłowości w śledztwie. Że to
dlatego 4MK tak długo nie daje się złapać.
Nash zaczął energicznie kręcić głową, jeszcze zanim Poole skończył
zdanie.
-?4MK tak długo się miga, bo jest chorym pojebem, którego motywy nie
mają żadnego sensu, chyba że dla niego. Jeśli Sam ma z tym jakiś
związek, a to naprawdę wątpliwe, to nigdy nie wpłynęło na jego pracę.
Widziałeś tamtą ścianę w jego mieszkaniu. Tak się nie zachowuje ktoś,
kto próbuje sabotować śledztwo. To był efekt działania umysłu
ogarniętego obsesją. Kogoś, kto chciał za wszelką cenę dopaść Bishopa.
Człowiek siedzący teraz w pokoju przesłuchań nadal tego pragnie. -?Nash
odwrócił się do Poole'a. -?Musicie pozwolić mu przeczytać te pamiętniki.
Niech wam pomoże. Nieważne, czy mu ufacie, czy nie, nikt nie ma wyższych
kompetencji, żeby przebić się przez bełkot Bishopa. Dobrze o tym wiesz,
nawet jeśli nie zamierzasz przyznać mi racji.
-?Wysłaliśmy mu te zeszyty dziesięć minut temu -?oznajmił Poole.
Nash się żachnął.
-?Czyli produkowałem się zupełnie bez sensu?
-?A coś mówiłeś? -?zdziwił się Poole. -?Nie słuchałem.
-?Oho, ciebie też trzymają się żarty?
-?Tylko ten jeden. -?Poole wstał i telefonem sfotografował tablice. -?Za
pół godziny jest odprawa przy Roosevelt. Burmistrz na pewno by chciał,
żebyś się tam stawił.
Nash nie miał pewności, czy ostatnie zdanie też było żartem.
11
Porter
Dzień piąty, 8.36
Porter był zbyt podniecony, żeby spać. Wypuścili go z sali przesłuchań
tylko do łazienki i źródełka z wodą pitną w holu. Kiedy funkcjonariusz w mundurze go wyprowadził, zgromadzeni w korytarzu ucichli. Detektywi,
których znał od lat, personel etatowy, wszyscy stali i patrzyli bez
słowa. Zwalczył chęć, żeby wyrzucić ręce w powietrze i wrzasnąć "Buuu!"
-?może to by ich sprowokowało. Gdy wrócił do sali przesłuchań,
zostawiono go tam samego. Spodziewał się, że postawią mu zarzuty -?od
pomocy w ucieczce z więzienia po morderstwo w hotelu Guyon -?ale nie.
Przynajmniej na razie. Cóż, nie ma pośpiechu, pomyślał. Wiedział, że go
nie wypuszczą. Zamknął oczy, próbował odpocząć, ale w głowie słyszał
ogłuszający krzyk -?wszystkie fakty związane ze sprawą wrzeszczały
jednocześnie, sto różnych głosów prowadziło ożywioną debatę.
Kiedy ktoś zapukał do drzwi, Porter gwałtownie otworzył oczy i zdał
sobie sprawę, że minęły dwie godziny.
Nie wiedział, po co w ogóle bawili się w pukanie, przecież i tak nie
mógł otworzyć. Wcześniej przez ponad godzinę walczył z pokusą
przekręcenia gałki, w końcu się poddał, ale potwierdził tylko swoje
obawy -?zamknięte na klucz. Na dźwięk stukania podniósł więc tylko wzrok
i czekał. Usłyszał brzęk otwieranego zamka i po chwili drzwi się
otworzyły. Do pokoju weszła dwudziestokilkulatka z identyfikatorem FBI i wejściówką dla odwiedzających komendę policji. Postawiła na stole białe
pudło na dokumenty.
-?To od agenta Poole'a.
Chwilę później już jej nie było. Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła
klucz.
W pokoju znów panowała cisza, jeśli nie liczyć szumu klimatyzatora.
Porter gapił się na pudło. Wiedział, co znajdzie w środku. Praktycznie
czuł te cholerne zeszyty przez cienki karton, czekały na niego niczym
żywe stworzenie, które na chwilę się przyczaiło. Położył rękę na
pokrywie i mógłby przysiąc, że jest ciepła.
Pot spłynął mu z czoła po policzku. Czuł, że kapie mu na ramię, ale
nawet nie próbował wycierać twarzy.
-?Będę potrzebował czegoś do pisania -?powiedział, nie podnosząc głowy.
Wiedział, że ktoś obserwuje go zza lustra weneckiego. Pewnie nawet
kilkoro ktosiów. -?I może też kawy.
Jakąś minutę później wszystko mu przynieśli -?tablicę, marker, kubek i dzbanek kawy pokryty ciemnobrązowym osadem, z rączką sklejoną taśmą.
Dopiero kiedy został znowu sam, otworzył pudło, wyjął po kolei wszystkie
zeszyty i rozłożył je na stole. Były ponumerowane, cyfry umieszczono w prawym górnym rogu każdej okładki -?od jednego do jedenastu -?dobrze mu
już znanym charakterem pisma.
Porter nalał sobie czarnej kawy i usiadł na krześle z pierwszym
zeszytem. Wydawało mu się, że jedno z ktosiów po drugiej stronie lustra
nachyla się nieco bliżej. Odparł pokusę, żeby czytać na głos.
12
Pamiętnik
Dom Pani Finicky dla Krnąbrnych Dzieci odzywał się
nocą. Trzask starych, artretycznych kości i stawów żył w ścianach,
podłodze i suficie. Dom dyszał, próbując nabrać powietrza -?cichy świst
i chrapliwy wydech zawsze zdawał się rodzić na dolnych piętrach i wychodzić gdzieś górą. Pomieszczenia w tym budynku były jak zmęczone
płuca, upstrzone guzami nowotworowymi i zbliznowaceniami, wykorzystane i porzucone przez tych, którzy niegdyś nazywali to miejsce domem.
Dom.
To słowo zdawało mi się zabawne, bo jeszcze rok
wcześniej mógłbym powiedzieć, co dla mnie znaczy. Bez wahania, bez
cienia wątpliwości, rozumiałem, co to dom, i potrafiłem pokazać go na
mapie, podać najlepszą drogę do niego. Wtedy było to jedno miejsce,
jedyne, jakie pamiętałem czy kiedykolwiek znałem. Dom oznaczał dla mnie
miły, ciepły koc. Mokry piach pod stopami, kiedy szedłem boso ścieżką do
jeziora. Dom to był śmiech matki i uśmiech ojca, i uprzejme machanie
uroczej pani Carter, kiedy przecinałem jej ogródek, licząc na to, że
poczuję zapach jej perfum albo dostrzegę kształty ciała, kiedy słońce
podświetlało od tyłu jej żółtą sukienkę w kwiaty.
Kiedy zamykałem oczy, mogłem tam wrócić, więc to
robiłem -?często tam wracałem. Z upływem czasu przy każdym powrocie coś
się zmieniało. Z początku różnice były subtelne -?pusty sznurek na
pranie, już nieobciążony mokrą, łopoczącą na wietrze bielizną
pościelową. Lodówka, niegdyś dobrze zaopatrzona, teraz z do połowy pustą
butelką skwaśniałego mleka. Pokoje, dawniej ciepłe i przytulne, teraz
chłodne w mroźnym jesiennym powietrzu, pokryte warstewką kurzu. Coraz
trudniej było mi znaleźć to miejsce, mój dom, jakby znajdowało się w pudle w mojej głowie, ustawionym pod
najdalszą ścianą, a codziennie pojawiały się nowe pudła, dokładane z przodu, i powoli zagrzebywały tamto pierwsze pudło.
Dziś po przebudzeniu myślałem o mojej kotce,
całkiem samej na brzegu jeziora, pozbawionej opieki.
Zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś zobaczę swój
dom.
Potem przypomniałem sobie ostatni raz, kiedy go
widziałem -?pożar, tamtych mężczyzn -?i zacząłem się zastanawiać, czy
cokolwiek po nim zostało.
Paul zachrapał.
Pan Paul Upchurch, rysownik światów, twórca
Dziwnych przypadków Maybelle Markel, zamieszkujący górne piętro łóżka w naszym wspólnym
pokoju, chrapał każdej nocy bez wyjątku, charcząc jak kiepsko
konserwowany agregat prądotwórczy. Ponieważ spał na górze, tuż pod
sufitem, każdy mokry oddech niósł się jeszcze głośniejszym echem. Do
tego stopnia, że czasami sam się budził i nie miał pojęcia dlaczego.
Mruczał coś niewyraźnie pod nosem i znowu odpływał, a po mniej więcej
godzinie historia się powtarzała.
Ja nie miałem tyle szczęścia.
Nie wiedzieć czemu, kiedy budziły mnie jego
zaburzenia oddychania, całkiem mijała mi senność. Leżałem w łóżku,
gapiąc się na spód materaca Paula, skąpany w bladym czerwonym świetle
elektronicznego budzika stojącego na drugim końcu pokoju. Zdawało się to
zdarzać zawsze dokładnie dwie minuty po czwartej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Tray
Dzień piąty, 5.19
-?Ej, gnoju, czy to ci, kurwa, wygląda na pensjonat?
Głos był szorstki, chropowaty. O tej porze to mógł być tylko policjant,
ochroniarz albo może wkurzony mieszkaniec któregoś z okolicznych domów.
Tak czy inaczej zawinięta w stęchłą narzutę Tray Stouffer nawet nie
drgnęła. Czasem, kiedy człowiek się w ogóle nie rusza, dają spokój.
Czasem im się nudzi i odchodzą.
Znowu kopnięcie ciężkim butem -?szybkie i mocne. Prosto w żołądek.
Tray chciałaby krzyknąć, złapać tę nogę i walczyć. Nic takiego jednak
nie zrobiła. Pozostała w całkowitym bezruchu.
-?Psiakrew, mówię do ciebie!
Kolejny kopniak, jeszcze silniejszy niż poprzedni, tym razem w żebra.
Tray stęknęła, nie mogła się powstrzymać. Mocniej otuliła się kapą.
-?Masz pojęcie, co się dzieje z cenami nieruchomości przez ciebie i twoich kumpli, którzy też tutaj koczują? Dzieciaki się was boją. Starsi
ludzie nie chcą wychodzić z domu. To nie fair, że muszą się potykać o takiego śmiecia, żeby wyjść do sklepu.
Czyli mieszkaniec.
Tray już to wszystko słyszała.
-?Wiesz, co ja tu robię o piątej rano, kiedy ty sobie ucinasz drzemkę?
Kiedy ty się wylegujesz w ciepełku na naszym progu? Właśnie skończyłem
zmianę w piekarni, dziesięć godzin. Wczoraj w nocy siedziałem tam
dwanaście godzin. Za dziesięć godzin muszę wracać. Tak zarabiam na życie
i na to mieszkanie. To mój wkład w społeczeństwo. Ja się nie szlajam po
ulicach jak wy, lenie pierdolone. Znajdź se jakąś pracę! Ogarnij się!
Dla czternastolatki nie było żadnej pracy. Przynajmniej legalnej.
Musiałaby dostać zgodę od rodziców, a na to nie miała najmniejszych
szans.
Tray przygotowała się na kolejnego kopniaka.
Mężczyzna jednak nie kopnął, tylko szarpnął za narzutę i zerwał ją z niej, odrzucił na bok. Kapa wylądowała w kałuży na wpół stopniałego
śniegu u podnóża schodów.
Tray zadrżała, zwinięta w kłębek, w obawie przed ciosem.
-?Ej, przecież to dziewczyna. Jeszcze z ciebie dzieciak -?powiedział
mężczyzna, a z jego tonu ulotniła się złość. -?Bardzo przepraszam. Jak
masz na imię?
-?Tracy -?odparła. -?Ale mówią mi Tray. -?Gdy tylko słowa opuściły jej
usta, natychmiast tego pożałowała. Wiedziała, jak to jest, kiedy zaczyna
z nimi gadać. Lepiej trzymać buzię na kłódkę, nie rzucać się w oczy.
Mężczyzna przyklęknął, w lewej ręce dyndała mu papierowa torba. Nie był
bardzo stary, może po dwudziestce. Gruby płaszcz. Brązowe włosy pod
granatową wełnianą czapką. Piwne oczy. Zawartość torby pachniała
niezwykle apetycznie.
Zauważył, że mu się przygląda.
-?Ja mam na imię Emmitt. Jesteś głodna, Tray?
Skinęła głową. Wiedziała, że to również błąd. Ale naprawdę była głodna.
Okropnie głodna.
Sięgnął do papierowej torby i wyłowił z niej nieduży bochenek chleba.
Chrupiąca skórka parowała w mroźnym powietrzu, jak zwykle zimą w Chicago, i Tray na chwilę zapomniała o przenikliwym wietrze znad
jeziora, który hulał po ulicy w wyjących porywach.
Zaburczało jej w brzuchu tak głośno, że oboje to usłyszeli.
Emmitt podał jej odłamany kawałek chleba, który Tray pożarła dwoma
kęsami, właściwie nie żując. To był prawdopodobnie najsmaczniejszy
chleb, jaki w życiu jadła.
-?Chcesz jeszcze?
Tray pokiwała głową, choć wiedziała, że nie powinna.
Emmitt sapnął. Wyciągnął dłoń i pogładził ją po policzku boczną stroną
palca wskazującego. Palec zsunął się na jej szyję, wślizgnął pod
kołnierz swetra.
-?Może chodź do mnie? Dostaniesz tyle chleba, ile będziesz chciała. Mam
też inne rzeczy do jedzenia. Prysznic z ciepłą wodą. Wygodne łóżko.
Zrobię...
Tray obiema rękami walnęła mężczyznę w ramiona. Przyklękał chwiejnie na
jednym kolanie i nie spodziewał się ciosu. Runął w tył, torba wypadła mu
z rąk, wyrżnął głową w metalową poręcz przy schodach do budynku.
-?Ty dziwko! -?wrzasnął.
Zanim zdążył się pozbierać, Tracy zerwała się na nogi. Złapała papierową
torbę, porwała swój plecak, zbiegła po pięciu stopniach, zaczepiając się
narzutą, i ruszyła ulicą Mercer. Nie będzie jej gonił; rzadko im się
chciało, ale czasem...
-?Nie próbuj tu wracać! Jak jeszcze raz cię tu złapię, dzwonię po
policję!
W końcu odważyła się zerknąć za siebie -?Emmitt wstał, pozbierał swoje
rzeczy i wchodził już do budynku. Nawet z takiej odległości wydawało jej
się, że czuje ciepło w holu wejściowym.
Zwolniła dopiero przy ogrodzeniu cmentarza Rose Hill. O tej porze brama
była zamknięta, ale Tray była szczupła, więc już po chwili prześlizgnęła
się między prętami z kutego żelaza, wciągając za sobą plecak i narzutę.
W Chicago było sporo noclegowni, ale miała już doświadczenie. O tej
porze były zamknięte na głucho. Wszędzie zamykali między dziewiętnastą a północą i nikogo nie wpuszczali po godzinach. A nawet gdyby, na pewno i tak pękały w szwach. Kolejki ustawiały się czasem już od południa,
zawsze brakowało miejsc. Tray czuła się zresztą bezpieczniej na ulicy.
Tacy Emmitci byli wszędzie, zwłaszcza w noclegowniach, a z dwojga złego
lepiej już spotkać takiego na schodach budynku mieszkalnego albo w uliczce osłoniętej przed wiatrem, niż spędzić z nim noc za zamkniętymi
drzwiami. Czasem nawet z więcej niż jednym. Emmitci zwykle trzymali się
razem i polowali w stadach.
Tray nie bała się cmentarzy. Przez ostatnie dwa lata spała przynajmniej
raz na każdym w mieście. Rose Hill należał do jej ulubionych z uwagi na
mauzolea. W przeciwieństwie do Oakwood i Graceland na Rose Hill nie
zamykano ich na noc. A chociaż zatrudniano wielu pracowników ochrony, w taką zimną noc na pewno grali w karty w dyżurce, oglądali telewizję albo
po prostu spali. Widywała ich często przez okna tej ich kanciapy.
Przebrnęła przez zasypaną świeżym śniegiem Tranquility Lane.
Nieszczególnie martwiła się o ślady -?wiedziała, że zasypie je wiatr.
Mimo wszystko nie chciała ryzykować, więc kiedy dotarła na szczyt
wzgórza, nie skręciła w lewo w Bliss Road, lecz przeszła na drugą stronę
Tranquility i wślizgnęła się do niedużego lasku rosnącego wzdłuż Bliss.
Nie paliły się żadne światła, ale księżyc był niemal w pełni, a kiedy w polu widzenia pojawiła się sadzawka, Tray nie mogła się nie zatrzymać i na nią nie popatrzeć. Skuta lodem powierzchnia lśniła pod cienką
warstewką świeżego śniegu. Na brzegu stały milczące marmurowe posągi, a pomiędzy nimi -?tkwiły kamienne ławki. To było takie ciche, spokojne
miejsce.
Tray nie od razu zauważyła dziewczynę klęczącą na krawędzi wody,
odwróconą do niej tyłem. Po plecach spływały jej długie blond włosy.
Wyglądała jak jeden z posągów -?nieruchoma, twarzą zwrócona do sadzawki.
Miała okropnie bladą skórę, niemal tak bezbarwną jak jej biała sukienka.
Nie miała na sobie kurtki ani butów, tylko tę białą sukienkę, z materiału tak cienkiego, że zdawał się przeźroczysty. Dłonie trzymała
splecione na wysokości piersi, jakby pogrążona w modlitwie, głowę
przechyloną na bok.
Tray nic nie powiedziała, ale podeszła bliżej. Zorientowała się, że
warstewka śniegu leżąca na wszystkim wokół pokrywa także dziewczynę.
Kiedy obeszła ją dookoła, zauważyła, że to wcale nie dziewczyna, lecz
dorosła kobieta. Uderzającą biel jej skóry przełamywała cienka czerwona
kreska biegnąca spod włosów w dół twarzy. Druga kreska zaczynała się z boku lewego oka, niczym strumień czerwonych łez, a trzecia -?w kąciku
ust. Ta ostatnia nadawała jej wargom jaskrawoczerwoną barwę, niczym
szminka.
Miała coś napisane na czole.
"Nie, zaraz, to nie jest napisane".
Na zasypanych śniegiem kolanach leżała srebrna taca. Taka, jaką można
znaleźć na eleganckim przyjęciu w drogiej restauracji -?nawet w wieku
zaledwie czternastu lat Tray dobrze wiedziała, że nigdy nie zobaczy
takiego miejsca na żywo, co najwyżej w kinie czy telewizji.
Na tacy leżały trzy nieduże białe pudełeczka. Każde mocno przewiązano
czarnym sznurkiem.
Za pudełeczkami, oparta o piersi kobiety, stała tekturowa tabliczka,
podobna do tych, z którymi Tray próbowała zbierać pieniądze na jedzenie.
Tyle że ona nigdy nie wypisywała takich słów jak na tym kartonie:
OJCZE, PRZEBACZ MI
Tray zrobiła jedyne, co mogła w tej sytuacji. Uciekła.
2
Poole
Dzień piąty, 5.28
Cześć, Sam,
domyślam się, że nie wiesz, o co chodzi.
Domyślam się, że dręczą Cię pytania.
Mnie też. Nadal mam wiele pytań.
Pytania stanowią fundament wiedzy, uczenia się, odkrywania i odkrywania
na nowo. Dociekliwy umysł nie ma zewnętrznych ścian. Dociekliwy umysł
jest jak magazyn o nieograniczonej powierzchni, jak pałac pamięci o nieskończonej liczbie komnat, pięter i błyszczących cacek. Czasem jednak
umysł doznaje urazu, jakaś ściana się kruszy, pałac pamięci wymaga
remontu, komnaty przypominają raczej zdewastowane klitki. Obawiam się,
że Twój umysł podpada pod tę drugą kategorię. Fotografie wokół Ciebie,
pamiętniki -?oto klucze, które pomogą Ci w procesie przekopywania
gruzów, przebudowy.
Jestem przy Tobie, Sam.
Zawsze tu będę, tak jak od zawsze byłem.
Przebaczyłem Ci, Sam. Może inni też przebaczą. Nie jesteś już tamtym
człowiekiem. Jesteś czymś znacznie więcej.
-?Anson1
-?Co to ma być? -?warknął agent specjalny Frank Poole, odkładając wydruk
na bok. Zamknął oczy i przycisnął dłonie do skroni. Dokuczał mu okropny
ból głowy. Próbował się przespać w samolocie z Nowego Orleanu, ale
okazało się to niemożliwe. Telefon satelitarny się urywał. Dzwonili
przede wszystkim z nowoorleańskiego biura FBI, którego funkcjonariusze
nadal przeczesywali kancelarię adwokacką Sarah Werner i znajdujące się
nad nią mieszkanie; zaledwie dziewięć godzin wcześniej Poole znalazł
ciało prawniczki na jej własnej kanapie -?patrzyła na niego mętnym
wzrokiem, na kolanach miała zgniłe resztki kolacji, a na środku czoła
mały czarny otwór po kuli. Koroner potwierdził, że kobieta nie żyła
przynajmniej od kilku tygodni, znacznie dłużej, niż Poole z początku
sądził. Zidentyfikowano ją jako Sarah Werner, co oznaczało, że kobieta,
z którą w ostatnich dniach widywano detektywa Sama Portera, nie mogła
być osobą, za którą się podawała. Była podstawioną oszustką. Wspólnie
wyciągnęli z miejscowego więzienia jedną z osadzonych i przewieźli ją
przez pół kraju, do Chicago.
Pomiędzy rozmowami z oddziałem terenowym telefon był zajęty przez
partnera Portera. Znaleźli detektywa w Guyonie, opuszczonym hotelu w Chicago. Więźniarka, której pomógł uciec, leżała zastrzelona w holu.
Porter, w stanie bliskim katatonii, siedział w pokoju na czwartym
piętrze, obwieszonym fotografiami przedstawiającymi go w towarzystwie
Ansona Bishopa, seryjnego mordercy znanego jako Zabójca Czwartej Małpy,
pod ręką miał stertę zapisanych notatników, a na ekranie stojącego na
biurku laptopa wyświetlała się powyższa wiadomość.
Z tego, co mu powiedziano, policja Chicago ustaliła, że laptop miał
związek z serią dziwacznych zabójstw, do których doszło w ostatnich
dniach -?kilka nastolatek podtapiano i resuscytowano, dopóki ich
organizmy wytrzymywały, a do tego na najróżniejsze sposoby mordowano
osoby dorosłe mające związek z opieką medyczną nad niejakim Paulem
Upchurchem, obecnie operowanym w szpitalu imienia Strogera.
Kiedy Poole akurat nie wisiał na telefonie z Nowym Orleanem albo
detektywem Nashem, rozmawiał z detektyw Clair Norton, która przebywała w tymże szpitalu -?właśnie wybuchła tam epidemia wywołana przez Bishopa,
Upchurcha, a być może także inne osoby.
Jedyną osobą, która się jeszcze nie odezwała, był jego bezpośredni
przełożony, agent dowodzący Hurless. Poole dobrze wiedział, że może
spodziewać się tego telefonu w każdej chwili, a wolałby mieć już wtedy
jakieś sensowne informacje.
-?Dajcie mi z nim pogadać -?poprosił detektyw Nash, gdzieś za jego
plecami w pokoju obserwacyjnym.
Poole wciąż trzymał się za głowę.
-?Nie ma mowy.
Po drugiej stronie lustra weneckiego Porter siedział na metalowym
krześle, zgarbiony nad również metalowym stołem. Nie skuto go
kajdankami. Poole zaczynał kwestionować słuszność tej decyzji.
-?Ze mną będzie chciał rozmawiać -?upierał się Nash.
Porter do nikogo się nie odezwał. Nie wydusił ani słowa.
-?Nie.
-?Sam nie jest złym człowiekiem. Nie jest w to zamieszany.
-?Tkwi w tym po uszy.
-?Nie Sam.
-?Kobieta, którą wyciągnął z więzienia, ma śmiertelną ranę postrzałową z broni, którą przy nim znaleźliśmy. Porter ma wyraźne ślady prochu na
dłoni. Nawet nie próbował ukrywać broni ani uciekać. Siedział i czekał,
aż go aresztujecie.
-?Nie wiemy, czy na pewno ją zabił.
-?Nie wypiera się tego -?zaripostował Poole.
-?Jeśli to zrobił, to wyłącznie w obronie własnej.
Poole puścił jego słowa mimo uszu.
-?Zadzwonił do szpitala Strogera i przekazał detektyw Norton informacje,
których nie mógłby posiadać, gdyby nie był w to zamieszany. Wiedział, że
Upchurch ma glejaka. Skąd w ogóle znał jego nazwisko? Wiedział o obu
dziewczynach. Znał szczegóły, których niewinny człowiek nie miał prawa
znać.
-?Słyszałeś, co mówiła Clair. Że to Bishop mu powiedział.
-?Bishop mu powiedział -?powtórzył zniecierpliwiony Poole. -?Bishop mu
powiedział, że wstrzyknął wirusa SARS dwóm zaginionym dziewczynom.
Zostawił je w domu z Upchurchem jak jakiegoś konia trojańskiego.
Poole tego też nie mógł zrozumieć. Kati Quigley i Larissa Biel, obie
zaginione, obie znalezione w domu Upchurcha. Porter twierdził, że
wstrzyknięto im szczep wirusa SARS. Zablokowano wszystkie wyjścia ze
szpitala, a tymczasem przeprowadzano badania krwi, żeby sprawdzić, czy
groźba ma pokrycie w rzeczywistości. W najlepszym razie chodziło o głupi
żart. W najgorszym...
-?Bishop sobie z nim pogrywa -?stwierdził Nash. -?To jego specjalność.
-?Powiedział Clair, że "zjebał sprawę". Przepraszał. Niewinny człowiek
nie mówi takich rzeczy.
-?Za to winny ucieka. Nie siedzi spokojnie, czekając na gliny. Zaciera
ślady, znika.
-?Ukradł dowody -?odparł Poole. -?Przeciwstawił się rozkazom. Zwiał do
Nowego Orleanu, pomógł jakiejś kobiecie uciec z więzienia, zostawił za
sobą trupa. Tutaj kolejnego. Właśnie dlatego nie możesz z nim rozmawiać:
jesteś zbyt blisko, żeby zobaczyć prawdziwy obraz. Zapomnij, że to twój
partner, twój przyjaciel. Spójrz na dowody, potraktuj go jak
podejrzanego. Dopóki nie zdołasz tak na niego patrzeć, nie zachowasz
obiektywizmu. A jeśli nie będziesz obiektywny, to tylko zaszkodzisz,
zamiast pomóc.
Poole wziął do ręki wydruk i jeszcze raz przestudiował tekst.
-?Gdzie jest teraz ten laptop?
-?U naszych informatyków, na górze.
-?Zadzwoń do nich i powiedz, żeby dali sobie spokój. Nie chcę, żeby wasi
ludzie go dotykali. Nie jesteście już wiarygodni. Technicy FBI rozbiorą
komputer i przeanalizują dane -?powiedział Poole. -?A zdjęcia i zeszyty,
które przy nim znaleźliście?
Nash milczał.
-?Nie każ mi znowu pytać.
-?Zdjęcia są ciągle w pokoju czterysta pięć w hotelu Guyon. Kazałem moim
ludziom obfotografować cały pokój i zagrodzić wejście. Jeden mundurowy
pełni wartę na piętrze, dodatkowa dwójka pilnuje przed budynkiem -
zrelacjonował Nash. -?Zeszyty przywiozłem tutaj i osobiście
zarejestrowałem jako materiał dowodowy.
-?Zostawcie wszystko, jak jest. Od tej pory wasi ludzie mają się niczego
nie tykać.
Nash nie odpowiedział. Poole wstał, a od nagłego ruchu głowa zapulsowała
mu takim bólem, jakby kula od kręgli obijała mu się od środka o ściany
czaszki. Znowu potarł się po skroniach.
-?Słuchaj, wyświadczam wam przysługę. Nie wiadomo, co się dzieje z Samem, ale jeśli ta sprawa trafi do sądu, wasz zespół musi się odciąć od
śledztwa. Jeśli tego nie zrobicie, każdy adwokat z prawdziwego zdarzenia
rozwali was w drobny mak. Zaczną od Sama, potem będziesz ty, Clair,
Klozowski i wszystko, czego się tknęliście. Od tej chwili jesteście
tylko obserwatorami. Wszyscy. W przeciwnym razie popełnicie zawodowe
samobójstwo.
-?Nie opuszczam przyjaciół.
-?Nie, ale oni czasem opuszczają ciebie.
Poole sięgnął do klamki drzwi sali przesłuchań, otworzył i wszedł do
środka. Metaliczny brzęk zamykanych drzwi wydał mu się jednym z najgłośniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszał.
3
Clair
Dzień piąty, 5.36
Clair kichnęła.
-?O ja pierdolę -?mruknął Klozowski, patrząc na nią z drugiego końca ich
tymczasowego biura urządzonego w starym gabinecie lekarskim w szpitalu
imienia Johna H. Strogera Jr.
-?Mówi się raczej "na zdrowie" -?odparła Clair, po czym wydmuchała nos.
-?Skóra mi się lepi od potu. Gardło mam wysuszone. Wszystko mnie boli -
wyliczał Klozowski. -?A wiesz, jakie atrakcje nas jeszcze czekają?
Następna jest biegunka. Nie ma nic gorszego niż sraczka, kiedy nie
możesz się zamknąć we własnej łazience. Potem zaczną nam się roztapiać
narządy wewnętrzne, oczy też nam popłyną. Opuścimy ten świat jako dwie
mokre plamy. Nie spodziewałem się takiej śmierci. Odkąd się zapisałem do
policji, zakładałem, że zginę w jakiejś efektywnej strzelaninie, podczas
nalotu czy akcji SWAT. A nie tak.
-?Chciałeś chyba powiedzieć "efektownej" -?wtrąciła Clair. -?Poza tym
jesteś informatykiem. Nerdom to wszystko nie grozi. Nastawiłabym się
raczej na śmierć od zacięcia się kartką albo niefortunnego wypadku z klawiaturą. -?Zgniotła chusteczkę w kulkę i wyrzuciła do stojącego pod
stołem kosza na śmieci, w którym nadal spoczywał komplet dokumentacji
medycznej Upchurcha. -?Objawy też ci się pomieszały. Masz na myśli
ebolę. SARS nie roztapia narządów.
-?A nie, no to spoko, hura.
Clair wskazała głową laptop Klozowskiego.
-?Policzyłeś wszystkich?
-?Nie chcesz wiedzieć.
-?Muszę.
-?Dwadzieścioro troje -?odparł.
Clair wyraźnie się ożywiła.
-?Spodziewałam się więcej. Mogłoby być znacznie gorzej.
Klozowski pokiwał palcem.
-?Zidentyfikowaliśmy dwadzieścia trzy potencjalne ofiary z akt Upchurcha
i sprowadziliśmy je do szpitala razem z rodzinami. Jeśli doliczyć mężów,
żony i dzieci, suma rośnie do osiemdziesięciu siedmiorga.
-?Szlag -?rzuciła Clair.
Kiedy policja zorientowała się, że Upchurch i jego wspólnik zabijają
osoby odpowiedzialne, ich zdaniem, za niepowodzenie kuracji Upchurcha,
Clair zebrała wszystkich i sprowadziła do szpitala, z myślą, że to
jedyne bezpieczne miejsce dla tak dużej grupy. Sprawcy jednak tylko na
to liczyli -?dwóm ostatnim ofiarom Upchurcha, Larissie Biel i Kati
Quigley, wstrzyknęli zaraźliwy patogen, bo wiedzieli, że i dziewczęta
zostaną przewiezione do najbliższego szpitala.
W ciągu zaledwie kilku godzin narazili na zakażenie nie tylko
pozostałych ludzi, których śmierci pragnął Upchurch, lecz także
wszystkich innych przebywających w szpitalu. W tym Clair Norton i Edwina
Klozowskiego.
Dowiedziała się o tym przez telefon od Portera, który powiedział jej
także, że patogenem był wirus SARS, wspólnikiem Upchurcha zaś -?Anson
Bishop. W szpitalu natychmiast zarządzono blokadę. Zgodnie z protokołem
dyrekcja powiadomiła CDC, Centrum Kontroli Chorób, które niezwłocznie
wysłało ekipę ze stacji kwarantanny na lotnisku O'Hare. Dotarli na
miejsce w ciągu dwudziestu siedmiu minut, Kloz zmierzył im czas.
Czekając na ich przyjazd, zmierzył też sobie temperaturę. Czterokrotnie.
Clair nadal próbowała zrozumieć, o co chodziło w ostatniej rozmowie z Porterem.
Człowiek, który do niej zadzwonił, nie brzmiał jak ten, którego znała.
Sprawiał wrażenie pokonanego, załamanego.
Wiedział o rzeczach, o których nie powinien mieć pojęcia.
Kiedy Nash i oddział SWAT zrobili nalot na dom Upchurcha, znaleźli go na
piętrze, w dziewczęcej sypialni. Nie było jednak żadnej dziewczynki,
tylko manekin w dziewczęcych ubraniach, otoczony pluszowymi maskotkami i rysunkami. Dziewczynka okazała się postacią z jakiegoś nieudanego
komiksu stworzonego przez Upchurcha. On sam poddał się bez protestów. W piwnicy znaleźli Larissę Biel, odurzoną lekami i nieprzytomną. Potem
dowiedzieli się, że połknęła szkło. Z początku sądzili, że Upchurch ją
do tego zmusił, ale okazało się, że zrobiła to sama, żeby nie
wykorzystał jej tak jak innych dziewcząt. Zeznała na piśmie, że Upchurch
podtapiał ofiary aż do utraty przytomności, a potem je ożywiał -
wszystko w ramach chorego eksperymentu mającego na celu przekonanie się,
czy istnieje życie po śmierci. Skoro Larissa połknęła szkło, to była
uszkodzona, nie nadawała się już do udziału w eksperymencie.
Clair nie mogła sobie wyobrazić, że podjęłaby taką decyzję. Larissa Biel
okazała niewiarygodną siłę, biorąc los we własne ręce i nie pozwalając,
żeby zadecydował o nim szaleniec. Obecnie dochodziła do siebie po
operacji, podczas której usunięto szkło oraz zaszyto rany gardła, strun
głosowych i żołądka. Chociaż wszystko wskazywało na to, że wydobrzeje po
urazach, których doznała w domu Upchurcha, pojawiły się u niej objawy
zakażenia wirusem, który Anson Bishop wstrzyknął w jej sponiewierane
ciało. Pozostawało niewiadomą, czy wyzdrowieje także z tego.
Na stole w kuchni Upchurcha znaleźli nieprzytomną Kati Quigley. W ręku
trzymała białe pudełeczko przewiązane czarnym sznurkiem, znak
rozpoznawczy Ansona Bishopa. W środku znajdował się kluczyk do szafki w szpitalu. Znaleźli w niej akta medyczne Paula Upchurcha oraz jabłko z wbitą strzykawką. Porter twierdził, że w strzykawce znajduje się tylko
próbka patogenu. Bishop miał mu powiedzieć, że jeśli Upchurch umrze, on
rozniesie wirusa na większą skalę gdzieś w mieście.
"Śnieżka też dała się złapać", powiedział Porter.
Paul Upchurch leżał w tej chwili na sali operacyjnej -?zasłabł po
aresztowaniu przez policję. Cierpiał na raka mózgu, glejaka w czwartym
stadium. Porter powiedział też Clair, że musi namierzyć niejakiego Ryana
Beyera, neurochirurga ze szpitala Johnsa Hopkinsa. Zleciła to zadanie
Klozowskiemu -?informatykowi zajęło to niecałe dziesięć minut. Wówczas
Clair zadzwoniła do Franka Poole'a, a on załatwił transport doktora
Beyera z Baltimore do Chicago na pokładzie jednego z prywatnych
odrzutowców FBI. Samolot wystartował tuż po północy z międzynarodowego
lotniska imienia Thurgooda Marshalla i o drugiej dwadzieścia jeden
wylądował na O'Hare. Stamtąd doktor Beyer pojechał pod eskortą policji
do szpitala Strogera, gdzie drogą okrężną -?żeby nie zaraził się od tych
narażonych na kontakt z wirusem -?zaprowadzono go na blok operacyjny na
trzecim piętrze. Upchurch czekał tam już na zabieg, przygotowany przez
tamtejszych lekarzy. Wraz z Bishopem zamordował wiele osób, ponieważ
uznał, że nie zapewniono mu właściwej opieki medycznej do wyleczenia
jego choroby. Nie dało się ukryć, że tymi czynami, jakkolwiek ponuro to
zabrzmi, przeniósł się na pierwsze miejsce bardzo długiej listy
oczekujących -?właśnie w tej chwili w głowie grzebał mu najwybitniejszy
specjalista w dziedzinie neurochirurgii.
Ktoś zapukał do drzwi. Do środka zajrzała Sue Miflin, szpitalna salowa.
-?Przepraszam, ale doktor Beyer wyszedł z sali operacyjnej. Chciałby z wami porozmawiać.
4
Poole
Dzień piąty, 5.38
Kiedy Poole wszedł do sali przesłuchań, detektyw Sam Porter nie podniósł
głowy. W ogóle nie zareagował na jego obecność. Siedział bez ruchu,
nieświadomy, co się wokół niego dzieje, wargi poruszały mu się
bezgłośnie, jakby prowadził jakąś prywatną rozmowę. Wzrok wbijał w dłonie. Palce drgały mu bezwiednie. Poole'owi przywodziło to na myśl
chwilę tuż przed zaśnięciem, kiedy ciało rzuca się w nagłych wstrząsach,
żeby pozbyć się resztek świadomości. Porter nie wyglądał jednak na
zaspanego, wręcz przeciwnie. Oczy miał czujne jak ćpun, który właśnie
wciągnął trzecią ścieżkę koki, mety czy amfy. Wyostrzone zmysły,
rozedrganie, wściekłość, ale jednocześnie wyrachowanie. Gonitwa
złożonych myśli, które nie miałyby żadnego sensu dla nikogo poza samym
zainteresowanym.
Poole nie znał Sama Portera szczególnie dobrze, nie lepiej niż
pozostałych członków ekipy pierwotnie zajmującej się sprawą Zabójcy
Czwartej Małpy (czy też 4MK, jak określano go skrótowo), ale znał się na
ludziach. Poole szczycił się, że potrafi dokonać oceny na pierwszy rzut
oka, zrozumieć czyjeś motywacje i lęki, ocenić poziom intelektualny i prawdziwe intencje. Kiedy poznał detektywa, instynkt podpowiedział mu,
że ma do czynienia z dobrym gliniarzem. Wierzył, że Porter naprawdę
chciał złapać Zabójcę Czwartej Małpy i wsadzić go za kratki. Dostrzegał
w nim bystrego policjanta, starego wyjadacza, szanowanego i podziwianego
przez współpracowników. Ideał, do którego Poole dążył każdego dnia,
odkąd dostał odznakę. Chociaż Porter niewiele mówił przez ten krótki
czas, który spędzili razem, Poole mógłby się założyć, że mężczyzna
bardzo dużo rozumiał. Nie wyciągał pochopnych wniosków, podążał za
dowodami. Przejmował się ofiarami, walczył o pamięć po nich. Dochodził
sprawiedliwości dla tych, którzy zostali.
Detektyw Sam Porter, którego poznał Frank Poole, był człowiekiem prawym.
Mężczyzna siedzący w sali przesłuchań nie był tamtym Samem Porterem. Ta
osoba była pustą skorupą.
Człowiekiem złamanym.
Wygniecione ubrania cuchnęły brudem i potem. Od wielu dni się nie golił.
Rozbiegane, przekrwione oczy wyzierały znad wielkich, ciemnych worów,
ciężkich z niewyspania.
Poole opadł na krzesło naprzeciwko Portera i splótł dłonie na stole.
-?Sam?
Porter wciąż gapił się na swoje ręce, a jego usta nadal prowadziły
rozmowę słyszalną tylko dla niego samego.
Poole pstryknął palcami.
Nic.
-?Słyszysz mnie, Sam?
Nic.
Poole uniósł prawą rękę i walnął otwartą dłonią w blat, najmocniej, jak
potrafił.
Cholernie zabolało.
Porter podniósł głowę i zmrużył oczy.
-?Frank.
Ton, jakim wymówił imię Poole'a, nie był pytający, nie świadczył też o tym, że go rozpoznał -?po prostu beznamiętnie stwierdzał fakt.
Pojedyncze słowo było niewiele głośniejsze od westchnięcia, przypominało
raczej wydech niż wypowiedź.
-?Musimy porozmawiać, Sam.
Porter oparł się na krześle i znów spuścił wzrok.
-?Chcę porozmawiać z Sarah Werner.
-?Nie żyje.
Porter uniósł głowę.
-?Jak to?
-?Zamordowana strzałem z broni palnej w głowę, przynajmniej trzy
tygodnie temu. Znalazłem ją na kanapie w jej mieszkaniu w Nowym
Orleanie.
Porter pokręcił głową.
-?Nie, nie z nią, z tą drugą. Z tą inną Sarah Werner.
-?Powiedz mi, gdzie jej szukać, to ją sprowadzę.
Porter nie odpowiedział.
-?Zdawałeś sobie sprawę, że zabiła prawdziwą Sarah Werner?
-?Nie wiemy na pewno, czy to zrobiła.
Na podstawie szacowanego czasu zgonu ustalili, że Porter był jeszcze w Chicago, kiedy zamordowano prawdziwą Sarah Werner. Porter miał zresztą
rację -?pomijając fakt, że tajemnicza kobieta przybrała jej tożsamość,
nie mieli żadnego dowodu, że również ją zabiła.
-?Ta twoja Sarah Werner, oszustka... Wiesz, kim ona naprawdę jest? -
spytał Poole.
-?A ty wiesz?
-?Wiem, że z twoją pomocą wyciągnęła z nowoorleańskiego więzienia jedną
z osadzonych. Kobietę uważaną za matkę Ansona Bishopa, czyli 4MK. Wiem,
że wspólnie przewieźliście uciekinierkę przez kilka stanów, aż do
Chicago. Wiem też, że zeszłego wieczoru uciekinierka ta została
zastrzelona w hotelu Guyon pistoletem, w którego posiadaniu byłeś
wkrótce po zdarzeniu. Wiem, że tamta kobieta rozpłynęła się w powietrzu,
a ty nie miałeś czasu albo chęci zmyć sobie z rąk resztek prochu przed
wkroczeniem SWAT. -?Poole westchnął. -?Wiem wystarczająco dużo. Teraz
może powiedz mi, co ty wiesz.
-?To matka Bishopa -?odparł Porter cicho.
-?Ta zabita? Właśnie to powiedziałem.
-?Nie ta zabita, tylko ta, która była ze mną. Ta druga Sarah Werner.
Oszustka. Tuż przed tym, jak odeszła z Bishopem, po tym jak to on, a nie
ja, zastrzelił więźniarkę, powiedzieli mi, że ona jest tak naprawdę
matką Bishopa.
-?Wierzysz im? Po tym wszystkim, co ci zgotował?
Wzrok Portera znów powędrował do niespokojnych dłoni.
-?Muszę przeczytać pamiętniki, wszystkie pamiętniki, wszystko, co
zostawił w tamtym pokoju. To wszystko tam jest. Wszystko, czego
potrzebujemy. Wszystkie odpowiedzi. Wszystko tam jest. Wszystko.
-?Sam, bredzisz. Musisz odpocząć.
Porter podniósł oczy i nachylił się ku Poole'owi.
-?Muszę przeczytać te pamiętniki.
-?Mowy nie ma. -?Poole pokręcił głową.
-?W tych pamiętnikach są wszystkie odpowiedzi.
-?Sądzę, że te zapiski to ściema -?zaoponował Poole.
Porter pokręcił głową.
-?Znalazłem jezioro. Dom. Też widzieliście, prawda? Byliście tam. Wiem,
że tam byliście. One naprawdę istnieją. -?Ściszył głos do
konspiracyjnego szeptu. -?W piwnicy jest plama krwi, dokładnie tam,
gdzie miała być według jego opisu. Tam, gdzie umarł Carter.
-?Porozmawiajmy o tym, Sam. Czy po raz pierwszy byłeś w Simpsonville w Karolinie Południowej? Pod numerem dwunastym przy Jenkins Crawl Road?
Porter wytrzeszczył na niego oczy.
-?Co? Oczywiście, że tak. A czemu?
-?Razem z szeryfką z Simpsonville sprawdziliśmy kartotekę nieruchomości.
Twoje nazwisko jest na akcie własności.
Porter jakby go nie słyszał.
-?Znaleźliście Cartera w jeziorze? -?spytał.
-?Wyciągnęliśmy z wody sześć ciał. Pięć w całości, jedno w workach na
śmieci, poćwiartowane.
-?Carter -?powiedział Porter cicho.
-?Akt własności działki, Sam. Dlaczego jest zapisana na ciebie?
Porter znów wbijał wzrok w dłoń i bezgłośnie poruszał wargami.
-?Sam?
Poderwał gwałtownie głowę.
-?Co?
-?Dlaczego twoje imię widnieje na akcie własności nieruchomości numer
dwanaście przy Jenkins Crawl Road?
Porter machnął ręką.
-?Robota Bishopa. Podrobił, sfałszował, podmienił... nieważne. On to
zrobił, nie ma to żadnego znaczenia. -?Opadł na oparcie krzesła, a wargi
rozciągały mu się w coraz szerszym uśmiechu. -?Znaleźliście Cartera.
Znaleźliście... Cartera. Ja pierdolę, znaleźliście Cartera.
Poole przyglądał się dłoniom detektywa, wciąż drżącym spazmatycznie na
stole. Porter chyba w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy.
-?Kiepsko z tobą, Sam. Musisz odpocząć.
Porter plasnął dłońmi w stół i pochylił się do przodu.
-?Muszę przeczytać te pamiętniki!
-?Czyje ciała wyłowiliśmy z jeziora? To było pięcioro ludzi.
-?Nie mam pojęcia.
-?To twoja działka.
Porter otworzył usta, jakby chciał odpowiedzieć, ale zaraz znów je
zamknął. Ponownie spuścił wzrok, splótł palce, ale niemal natychmiast je
rozłączył.
-?To sprawka Bishopa. On tak właśnie działa. Wypełnia świat kłamstwami.
-?W takim razie dlaczego wierzysz w to, co napisał w pamiętnikach? -
skontrował Poole. -?Skoro Bishopowi nie można wierzyć, dlaczego obchodzi
cię treść tych zapisków?
Porter uniósł głowę, w jego oczach pojawiła się iskierka nadziei.
-?Gdzie są zeszyty? Zostały w Guyonie?
-?O coś cię pytałem, Sam.
-?Te wasze ciała będą w pamiętnikach.
-?Nie wiesz tego na pewno.
Porter nachylił się bliżej. W kąciku ust błyszczała mu strużka śliny.
-?Wiemy, że to prawda, bo znaleźliście ciało Cartera, dokładnie tam,
gdzie twierdził, że będzie. Wiemy, że to prawda, bo w piwnicy jest plama
krwi, a na drzwiach lodówki wisi kłódka. On chce, żebyśmy się
dowiedzieli, co się stało. Cała reszta, na przykład moje nazwisko na
jakimś tam papierze, to wszystko zmyłki, to właśnie ściema, to właśnie
trzeba zignorować.
Poole odsunął się nieco na krześle, nie odrywając wzroku od mężczyzny
naprzeciwko. Tym razem Porter nie odwrócił wzroku. Odezwał się nagle
niskim, głuchym głosem:
-?"Nazywała się Rose Finicky i zasługiwała na śmierć, zasługiwała na to,
żeby umrzeć sto razy, wcale nie była czysta".
-?Co?
-?Bishop powiedział to tuż po tym, jak strzelił jej w głowę.
-?Tej kobiecie, którą znaleźliśmy w holu Guyon?
Porter skinął głową.
-?Ta druga kobieta, ta, którą miałem za Sarah Werner, to matka Bishopa.
Wykorzystał mnie, żeby sprowadzić je obie do Chicago. Twierdził, że ma
bombę.
-?Masz na dłoni ślady prochu z tamtej broni.
-?Wyrwałem mu broń i oddałem strzał ostrzegawczy. Nie ja ją
zastrzeliłem, tylko on.
-?Skoro miałeś broń, to dlaczego ich puściłeś? Czemu ich nie
aresztowałeś?
-?Wiesz czemu.
-?Chodzi ci o to, co powiedziałeś Clair?
Porter przytaknął.
-?Wstrzyknął tym dziewczynom SARS i zostawił próbkę w jabłku w szpitalu,
żeby udowodnić, że naprawdę dysponuje wirusem. Powiedział mi, że ma tego
więcej, a jeśli go nie wypuszczę, to już załatwił, żeby ktoś
rozprzestrzenił chorobę. Nie mogłem ryzykować, że mówi prawdę. Musiałem
ich wypuścić. Kazał mi zadzwonić z pokoju czterysta pięć. Powiedział, że
znajdę tam kolejne dowody.
-?Robiłeś, co ci kazał?
-?A jakie miałem wyjście?
Poole chciał mu powiedzieć, że miał wiele różnych opcji. Od chwili
przyjęcia tej sprawy aż do teraz Porter podejmował liczne decyzje, ale
za każdym razem niewłaściwe. Miał tak zmącony ogląd sytuacji, że równie
dobrze mógłby być ślepy. Sprawa przypominała zawiły labirynt, a Porter i Bishop zdawali się dobudowywać kolejne ściany.
-?Jest coś jeszcze. Coś, o czym musisz wiedzieć. -?Iskra w oczach Potera
rozbłysła niczym żarówka podczas skoku napięcia. Zamrugał. Skupił wzrok
na Poole'u. -?Niektóre elementy jego relacji są prawdziwe: dom, jezioro,
Carterowie... Wydaje mi się, że one wszystkie odpowiadają rzeczywistości,
ale inne nie. Teraz to widzę. To coś w rytmie tego tekstu, w doborze
słów. Zostawił wskazówki. Sądzę, że potrafię odróżnić prawdę od fikcji.
Przebić się przez ten styl staroświeckich opowiastek o rozrabiakach. Ty
też to zauważyłeś, prawda?
Poole odczuwał narastającą frustrację.
-?Te pamiętniki mają tylko odwrócić naszą uwagę.
-?Nie! -?Porter najwyraźniej nie zamierzał odpowiedzieć aż tak głośno,
bo skulił się na dźwięk własnego głosu i wcisnął głębiej w krzesło. -
Nie, te pamiętniki stanowią klucz do wszystkiego. Musimy tylko rozwiązać
zagadkę.
-?Ja muszę tylko złapać zabójcę.
-?Zabójców -?poprawił Porter.
-?Jak to?
-?Zanim zostawili mnie w tamtym hotelu, matka Bishopa powiedziała:
"Dlaczego naopowiadałeś temu miłemu panu, że twój ojciec nie żyje?".
Wspomniała też o pamiętniku. -?Porter znów przysunął się bliżej stołu. -
Nie rozumiesz? Ja teraz już to widzę. Krzyczy do mnie ze stron tych
zeszytów. Widzę to tak wyraźnie, jakby fałsz i prawda zostały zapisane
różnymi kolorami. Widzieliście ciało Libby McInley, nie sądzę, żeby to
Bishop ją zabił. Myślę, że próbował ją chronić. Jeśli to nie był Bishop...
-?Jego palce znów się splatały i rozplatały, wiły się, jakby zagniatał
niewidzialne ciasto. -?Oni wszyscy są zabójcami: matka, ojciec i sam
Bishop, myślę też, że cała trójka jest teraz w Chicago. Chcą dokończyć
coś, co zaczęło się lata temu, jeszcze w dzieciństwie Bishopa. Coś, co
jest w tych pamiętnikach, ukryte wśród kłamstw. -?Zaczął kiwać głową, a na jego ustach pojawił się uśmiech. -?Teraz już to coś widzę. -?Spojrzał
na Poole'a. -?Musisz mi zaufać.
Poole patrzył na niego przez długie sekundy.
-?Niektórzy uważają, że to ty możesz być ojcem Ansona Bishopa.
Strumyczek śliny z kącika ust Portera kapnął na metalowy blat, tworząc
malutką kałużę. Otarł wargi i spojrzał Poole'owi prosto w oczy.
-?A ty jak sądzisz?
-?Sądzę, że w twoim pokoju w Guyonie znaleźliśmy przekonujące dowody.
Porter parsknął.
-?Fotografie? Błagam. Dobrze wiesz, jak łatwo coś takiego sfabrykować.
-?Niektóre z tych zdjęć mają ponad dwadzieścia lat -?odparł Poole. -
Nawet gdyby Bishop chciał je sfałszować, to skąd wziąłby takie stare
fotografie? Jak długo go znasz, Sam?
-?Niecałe pół roku -?odpowiedział Porter. -?Poznałem go tego samego dnia
co Nash, po tamtym wypadku autobusowym, kiedy udawał, że pracuje w chicagowskiej policji. Zbadajcie mnie wykrywaczem kłamstw, jeśli to was
uspokoi, dla mnie to nie problem. Nie mam nic do ukrycia. Z tymi
zdjęciami jest tak samo jak z aktem własności: Bishop próbuje odwrócić
waszą uwagę od prawdy.
-?Prawdy, którą tylko ty potrafisz wyczytać z jego pamiętników.
Porter nie odpowiedział. Znowu odpłynął gdzieś myślami. Poole starał się
nie okazywać frustracji.
-?Kim jest Rose Finicky?
-?Musicie mi pozwolić przeczytać pamiętniki. Wiecie, że by ich nie
zostawił, gdyby nie były ważne. Na pewno rozumiesz przynajmniej to.
-?Poproszę moich ludzi, żeby je przejrzeli.
-?Nie ma na to czasu. Nie wiedzą, czego szukać. Nie będą potrafili
przebić się przez ściemę do prawdy. Ja znam Bishopa.
-?Ach tak? -?zaripostował Poole. -?Jak dobrze?
Ktoś zapukał w lustro weneckie. Ciężka pięść. Dwa szybkie stuknięcia.
Poole jeszcze przez chwilę siedział nieruchomo, nie odrywając wzroku od
Portera, który odwzajemniał jego spojrzenie. Nie potrafił nic wyczytać z jego twarzy. Bardzo chciał, ale nie potrafił. Jeśli Porter kłamał, nie
zdradzała tego mowa ciała. Wierzył we wszystko, co mówił.
"To jeszcze nie czyni tego prawdą", upomniał się Poole.
Wstał i podszedł do drzwi.
Za plecami usłyszał jeszcze Portera:
-?Nie złapiecie go beze mnie. Żadnego z nich nie złapiecie.
5
Clair
Dzień piąty, 5.43
Clair podniosła wzrok na salową stojącą w wejściu do gabinetu. Kobieta
pracowała od ich przyjazdu i wyglądała niewiele lepiej niż reszta z nich
-?przekrwione białka podkrążonych oczu, zgarbiona sylwetka. Jednak ani
myślała zwalniać. Clair podejrzewała, że nie zrobiła sobie nawet
krótkiej przerwy.
-?Pan doktor jest na linii czwartej -?powiedziała, wskazując brodą
telefon wiszący na ścianie.
Clair podziękowała i wstała. Stawy zatrzeszczały głośniej niż stare
metalowe krzesło, na którym spędziła ostatnie kilka godzin.
Wszystko ją bolało.
Łamało w kościach. Drapało w gardle. Nawet oczy pulsowały bólem. Nos
zmienił się w fabrykę smarków, w żaden sposób nie mogła się ogrzać.
Kloz ze znużeniem przyglądał jej się ze swojego kąta. Wyglądał niewiele
lepiej.
Podeszła do telefonu, sięgnęła po słuchawkę i wcisnęła podświetlony
guzik.
-?Mówi detektyw Norton.
-?Z tej strony doktor Beyer.
Z powodu kwarantanny nie miała jeszcze okazji poznać go osobiście.
Wyobrażała go sobie jako skrzyżowanie George'a Clooneya, Patricka
Dempseya i tego uroczego chłopaka z Hożych doktorów, bo taka wizja
wywoływała uśmiech na jej twarzy, a w tej chwili bardzo potrzebowała
czegoś pozytywnego. Głos miał niski, szorstki, chropowaty. To był głos
człowieka, który przez całe życie bardzo ostrożnie dobierał słowa, zanim
się odezwał.
Odchrząknął i powiedział jej dokładnie to, czego najbardziej się
obawiała.
-?To beznadziejny przypadek. Zdaje sobie pani z tego sprawę, prawda?
Tego pacjenta nie da się uratować.
Clair zerknęła na Kloza. Porzucił na chwilę grzebanie w komputerze i nie
odrywał od niej wzroku. Przycisnęła słuchawkę mocniej do ucha i ściszyła
głos.
-?Jeśli ten człowiek umrze, istnieje spore prawdopodobieństwo, że Anson
Bishop wypuści wirusa SARS gdzieś na terenie miasta. Życie tysięcy ludzi
może być zagrożone.
-?To nie zmienia faktów, proszę pani. Ten mężczyzna ma glejaka w fazie
terminalnej. Bardzo agresywny guz uszkodził znaczną część jego mózgu.
Usunąłem wszystko, co się dało, ale po prostu nie da się naprawić już
wyrządzonych szkód. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że on w ogóle
jeszcze żyje. Oprócz zaników pamięci i utraty funkcji motorycznych
nowotwór spowodował też uszkodzenie tylnej kory ciemieniowej oraz
pierwotnej i drugorzędowej kory ruchowej. Po operacji na pewno będzie
potrzebował respiratora, to minimum. Zauważyliśmy nieprawidłowości rytmu
serca, sądzę też, że doszło do uszkodzenia wzroku. Jakość życia
pacjenta...
Clair zamknęła oczy, słuchając wywodu lekarza.
-?Powiedziano nam, że pan może go uratować, zna pan jakąś kurację...
-?W Hopkinsie zajmuję się terapią wiązką fal ultradźwiękowych -?przerwał
doktor Beyer. -?To nieinwazyjna metoda leczenia glejaka, ale jesteśmy
dopiero na początkowym etapie badań klinicznych. Gdyby skierowano go do
mnie kilka lat temu, na wcześniejszym stadium, to być może mógłbym jakoś
pomóc, ale teraz? Choroba jest zbyt zaawansowana. Na tym etapie nie ma
już żadnej znanej kuracji ani drogi do wyzdrowienia. Jest za późno.
-?Co jeszcze może pan zrobić?
-?Właściwie nic. Trzeba go ustabilizować, zapewnić komfort i czekać na
nieuniknione. Zdziwiłbym się, gdyby w obecnym stanie przeżył dłużej niż
dzień czy dwa.
Clair zerknęła na Kloza. W jego oczach malowała się nadzieja. Odwróciła
się i ciągnęła rozmowę.
-?Musi pan powiedzieć dziennikarzom, że operacja przebiegła lepiej, niż
można się było spodziewać. Paul Upchurch jest w stanie stabilnym, a pan
planuje kontynuować leczenie w Hopkinsie, kiedy tylko pacjent będzie
mógł podróżować. Musi ich pan przekonać, że optymistycznie widzi jego
szanse.
Doktor Beyer nie odpowiedział.
Clair rzuciła okiem na zegarek.
-?Panie doktorze, Anson Bishop nadal gdzieś tam jest. Musi uwierzyć, że
robimy wszystko, co w naszej mocy, że Upchurch jest leczony zgodnie z ich żądaniami. Nie musi się pan zagłębiać w szczegóły, w razie czego
proszę się zasłonić tajemnicą lekarską, ale chodzi o to, żeby pozostawić
odpowiednie wrażenie.
-?Proszę pani, ja muszę myśleć o moim pacjencie i reputacji...
-?Może pan w ten sposób uratować życie tysięcy osób. Ten człowiek, Paul
Upchurch, uprowadził i zamordował przynajmniej kilka dziewcząt. Dwie z jego ofiar leżą w tym szpitalu, walczą o życie. Kiedy umrze, będę
skakała z radości, ale jeśli chodzi o opinię publiczną, a zwłaszcza o Ansona Bishopa, to prognozy dla pacjenta muszą się wydawać pozytywne.
Przynajmniej na razie.
Długo nic nie mówił.
-?Będę się musiał nad tym zastanowić. Być może skonsultować się z prawnikiem. Co jeśli Bishop ma wtyki w szpitalu, ktoś nas obserwuje i o wszystkim mu donosi? Nie znam osobiście żadnej z osób, które
towarzyszyły mi na sali operacyjnej. Moi ludzie są w Baltimore, w Hopkinsie.
Clair westchnęła, próbując rozczesać palcami kołtuny we włosach.
-?Nie mogę się ruszyć z tego pokoju. Z nimi też musi pan porozmawiać.
Wyjaśnić im, o jaką stawkę toczy się gra.
-?Dużo pani ode mnie wymaga.
-?Zrobi pan to?
-?Dam pani znać.
Rozłączył się, zanim zdążyła coś dodać. Clair stała jeszcze przez chwilę
przy telefonie, po czym odwiesiła słuchawkę.
-?No i co, jak z nim? -?zapytał Kloz.
-?Fantastycznie.
Nie dane mu było nic odpowiedzieć, bo znowu ktoś zapukał do drzwi. Za
szybą Clair rozpoznała Jarreda Maltby'ego z CDC. Nie wyglądał na
zachwyconego.
6
Poole
Dzień piąty, 5.48
Od kiedy Poole poszedł do Portera, grono zebranych w pokoju
obserwacyjnym powiększyło się o dwie osoby. Oprócz Nasha był tam teraz
również kapitan Henry Dalton, a także ktoś, kogo Poole nie znał.
Choć Dalton był niemal o głowę niższy od Poole'a, roztaczał wokół siebie
aurę autorytatywności, dzięki której zdawał się większy. Nawet o szóstej
rano był gładko ogolony i rześki, jakby świeżo po prysznicu. Poole dałby
się pokroić za prysznic.
-?Nie możecie go trzymać -?rzucił Dalton, nie zawracając sobie głowy
uprzejmościami.
-?A właśnie że tak.
-?Jeśli prasa się dowie, że został aresztowany, nie zostawią na nim
suchej nitki.
-?Domyślam się, że został pan poinformowany o sytuacji, kapitanie. Sam
sobie nawarzył tego piwa. Nie dość, że jest podejrzany o zabójstwo w Guyonie, to jeszcze poszukuje się go w sprawie wyciągnięcia tamtej
kobiety, teraz już martwej, z więzienia w Nowym Orleanie i przewiezienie
jej przez kilka stanów. Zignorował pańskie rozkazy i wyjechał z Chicago,
żeby ścigać Bishopa niczym jakiś samozwańczy stróż prawa. W jego
przypadku ryzyko ucieczki jest niezwykle wysokie. Nigdzie nie pójdzie.
Nie obchodzi mnie, co powiedzą dziennikarze. -?Poole łypnął na drugiego
mężczyznę. -?A pan to kto?
Schludnie ostrzyżony siwy pięćdziesięciolatek w granatowym garniturze
wyciągnął dłoń na powitanie.
-?Anthony Warnick z gabinetu burmistrza.
Poole nie uścisnął mu ręki i zwrócił się znów do Daltona.
-?Potrzebuję wglądu w akta personalne Portera. Weryfikacja przeszłości,
badania psychologiczne, testy... Wszystko, co macie. Muszę sobie poskładać
do kupy jego historię.
-?Moim zdaniem musi pan raczej zrobić kilka kroków wstecz i przemyśleć
to wszystko -?powiedział Dalton. -?Wszystkim nam się to przyda.
Wtrącił się Warnick.
-?Mieszanie policjanta w zbrodnie tak ohydne jak te popełnione przez
Ansona Bishopa, bez pełnej znajomości wszystkich faktów, byłoby
nieodpowiedzialne. Prasa jest jak sfora wygłodniałych bezpańskich psów.
Porwą każdy ochłap, jaki się im rzuci, i go wykorzystają, nie bacząc na
konsekwencje. Ktoś pstryknie fotkę, jak prowadzi pan detektywa Portera w kajdankach, i zaraz nie tylko on padnie ofiarą ataków, ale wszystkie
organy ścigania, z pańską agencją włącznie. Nie ograniczą się do niego.
Was wszystkich uznają za zdemoralizowanych. Miasto nie może sobie na to
pozwolić, nie teraz. W świetle ostatnich wydarzeń, zwłaszcza sytuacji w Strogerze, wszyscy są podminowani.
Ściszył głos i położył dłoń na ramieniu Poole'a, ale ten ją strząsnął.
Niezrażony urzędnik mówił dalej.
-?Jeśli rzeczywiście ma coś wspólnego z tymi morderstwami, będzie
jeszcze czas wymierzyć sprawiedliwość. Nic nie stoi na przeszkodzie,
żebyśmy po cichu zbadali sprawę, upewnili się, że wszystko wiemy, a dopiero potem powiadomili opinię publiczną. Tak się postępuje rozważnie
i odpowiedzialnie.
-?To nie jest Sam.
Słowa padły z ust Nasha. Stał przy lustrze weneckim i zaglądał do sali
przesłuchań.
-?Roztargniony, niezorganizowany... Wygląda, jakby od wielu dni nie spał.
Nawet po tym, jak zamordowano jego żonę, nie było z nim tak źle. Jak
zabierzecie mu tę sprawę, może się załamać.
-?Już się załamał -?stwierdził Poole.
-?Musi doprowadzić sprawę do końca. Potrzebuje to domknąć.
-?Co proponujesz?
Nash wzruszył ramionami.
-?Dajcie mu te zeszyty. Pamiętniki.
-?To materiał dowodowy, niewykluczone, że obciążający jego samego. Nie
ma mowy, żebym mu je oddał. Muszę je wysłać do Jednostki Analiz
Behawioralnych w Quantico. Jeśli coś w nich jest, oni to znajdą.
Dalton wymienił spojrzenia z przedstawicielem władz miasta.
-?Możemy je tutaj zdygitalizować i pańscy ludzie za kilka godzin dostaną
pliki. Sam też może je przejrzeć. Powiemy mu, że jeśli chce przeczytać
pamiętniki, musi to zrobić tutaj, na komendzie, ale nie będzie
aresztowany, zostanie tu z własnej woli. Jeśli coś znajdzie, to
świetnie. Jeśli nie, to przynajmniej nie wyjdzie. Będziemy mogli mieć go
na oku. A pańscy ludzie będą mieli czas, żeby zbadać też to, co
znaleźliście w Karolinie Południowej.
Siedzący w sali przesłuchań Porter znów trzymał na stole dłonie z mocno
splecionymi palcami. Nadal ruszał wargami w bezgłośnym monologu.
Zadzwonił telefon Nasha. Policjant wyszedł na korytarz, żeby
porozmawiać.
-?Może tak być?
Znowu Warnick.
Teraz rozdzwonił się też telefon Poole'a. Wyłowił go z kieszeni i zerknął na wyświetlacz.
Agent dowodzący Hurless.
Uniósł wyprostowany palec.
-?Przepraszam, muszę odebrać.
Hurless nie czekał nawet na "halo?".
-?Mamy nowe ciało pasujące do metody Bishopa. Kobieta na cmentarzu w Chicago. Rose Hill. Ekipa już tam jedzie. Macie Portera?
Poole zerknął przez lustro weneckie.
-?Tak.
-?Spływają raporty od Grangera w Karolinie Południowej, z więzienia w Nowym Orleanie i od CDC, ze szpitala. Integrujemy wszystkie informacje w oddziale terenowym. Kiedy skończysz na miejscu zbrodni, masz się do mnie
zgłosić.
-?Tak jest.
Hurless się rozłączył.
Nash wrócił do pokoju, twarz miał bladą. Zerknął na Daltona, potem na
Poole'a.
-?Mamy kolejne ciało.
-?Właśnie też się dowiedziałem. Zaraz tam jadę.
Nash wypuścił powietrze i zwrócił się do swojego przełożonego.
-?Dopóki nie usuniemy ciała z torów, czerwona linia będzie wyłączona z ruchu. Trzeba dać ogłoszenie, uprzedzić pasażerów.
Poole zmarszczył brwi.
-?Tory? Ciało jest przecież na cmentarzu.
Twarz Nasha jakimś cudem zrobiła się jeszcze bledsza.
-?Do mnie dzwonili w sprawie ciała znalezionego na torach czerwonej
linii metra, w okolicach stacji Clark. Kobieta, upozowana, a obok niej
trzy białe pudełeczka przewiązane czarnym sznurkiem.
7
Nash
Dzień piąty, 6.13
Detektyw Brian Nash zatrzymał swojego częściowo odrestaurowanego
chevroleta novę z 1972 roku za ambulansem zaparkowanym na drugiego na
Lake Street, przy LaSalle. Znalazł tabliczkę z napisem "POLICJA" w nadkolu po stronie pasażera i umieścił ją na desce rozdzielczej. Parę
minut wcześniej Clair zadzwoniła z najnowszymi informacjami. Ciągle z nią gadał.
-?Są tego pewni? -?zapytał, przesuwając dźwignię zmiany biegów w tryb
parkowania. Wolną dłoń przytrzymał nad kratką ogrzewania -?powietrze
leciało, ale niewiele cieplejsze niż wiatr od jeziora.
-?Maltby z CDC mówi, że przeprowadzili wszystkie testy dwa razy -
powiedziała Clair. -?Igła, którą znaleźliśmy w jabłku, razem z aktami
Upchurcha, zawiera czysty wirus SARS, jak wyhodowany w laboratorium.
-?Szlag.
-?No, szlag -?przytaknęła Clair. -?Rozdają tu wszystkim leki
antywirusowe całymi garściami, ale poza tym niewiele można zrobić. Nie
ma żadnej profilaktyki. Zamknęli szpital na wszystkie spusty, trudniej
tu wejść niż w dupę uczennicy ze szkoły katolickiej.
Nash parsknął śmiechem, który szybko przeszedł w mokry kaszel.
-?Chryste, nie brzmisz za dobrze.
-?Bierze mnie jakieś przeziębienie czy coś. Nie dosypiam, pogoda
paskudna, organizm nie daje rady. Zaczyna się to w końcu na mnie
odbijać.
-?Dieta oparta na fast foodzie i batonach też raczej nie pomaga. Ciało
jest podobno świątynią, a ty traktujesz swoje jak właściciel rudery
liczący na to, że dostanie odszkodowanie za pożar.
Nash zerknął na opakowania z McDonalda walające się pod siedzeniami i zmienił temat.
-?Przed chwilą słyszałem w radiu lekarza Upchurcha. Wygląda na to, że
przynajmniej na tym froncie mamy spokój.
-?To wszystko ściema. Doktorek nas kryje, żebyśmy zyskali na czasie.
Upchurch niedługo się odmelduje. Zostały mu góra dwie doby. Pilnuję
wszystkich, którzy mają z nim kontakt, żeby nikt się nie dowiedział o jego stanie.
-?Jeśli zadzwoniłaś, żeby podnieść mnie na duchu, to słabo ci idzie,
Eklerku.
Jakiś mundurowy wynurzył się z wyjścia z metra, schylił się, żeby
przejść pod żółtą taśmą policyjną, i ruszył ku novie Nasha. Wiatr
wzbijał śnieg wokół jego stóp; biały pył wirował w powietrzu. Kiedy
policjant zorientował się, czyje to auto, pomachał Nashowi bez większego
entuzjazmu i od razu zawrócił.
-?To ciało to robota Bishopa?
-?Jeszcze tam nie zszedłem -?odparł Nash. -?Ale tak to brzmiało.
-?Wierzysz w to, co Sam powiedział o rodzicach Bishopa?
-?Nie wiem już, w co wierzyć.
-?Bo to mogłoby być też jedno z nich. Albo nikt z tej trójki. Może jakiś
naśladowca.
Nash wyłączył nawiew i włączył go ponownie. Cholerne ustrojstwo wiało
zimnym powietrzem. Skórę miał lodowatą, nie mógł się ogrzać.
-?Sam kazałby nam się skupić na dowodach, bo wszystko inne to tylko
szum. I tak zrobimy.
-?Widziałeś go, prawda? -?zapytała Clair po chwili wahania.
-?Nie jestem pewny, co widziałem. Nie wiem, czy on da radę dojść do
siebie po tym wszystkim.
Clair na moment umilkła.
-?Ten agent FBI wie, że tam jesteś?
-?Tak, wie. Ustalił parametry.
-?Jakie parametry?
Nagle ktoś zapukał w szybę, serce podeszło Nashowi do gardła.
-?Jezu!
-?Co? -?spytała Clair.
Nash odwrócił się w bok. Obok samochodu stała Lizeth Loudon z Channel 7.
Wciskała ręce głęboko do kieszeni podbitej futrem kurtki i przeskakiwała
z nogi na nogę, próbując się zagrzać.
-?Muszę lecieć, Clair. Zadzwonię później.
Rozłączył się i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zacharczał, jakby
nie był pewny, czy chce się wyłączyć, ale w końcu umilkł. Wygramolił się
z auta, zatrzasnął drzwi i przepchnął się obok Loudon do wejścia do
metra.
-?Nie zamierzam z panią rozmawiać.
-?Jak nic pan nie powie, to będę sama musiała coś zmyślić -?odparła,
ruszając za nim.
-?Gdzie ma pani kamerzystę?
Pokazała kciukiem na furgonetkę zaparkowaną trzy miejsca za nim.
-?Siedzi w ciepełku.
-?Może powinna pani do niego dołączyć.
-?Wiem, że macie tam ciało. Potencjalną ofiarę 4MK.
-?Nie ma żadnego ciała.
Podetknęła mu pod nos swoją komórkę. Na ekranie wyświetlał się post z Facebooka.
-?To mi wygląda na ciało.
Nash zakonotował nazwisko użytkownika.
-?Mnie to wygląda na fotomontaż.
Schylił się pod taśmą odgradzającą miejsce zbrodni. Próbowała iść za
nim, ale pojawił się tamten mundurowy i kazał jej się odsunąć.
-?Jestem z nim -?powiedziała.
Nash pokręcił głową i ruszył w dół po schodach.
-?Nie, wcale nie jest ze mną.
-?Gdzie detektyw Porter? -?zawołała za nim. -?Nie powinno go tu być?
Nash nie odpowiedział. Zszedł na peron, podążając za szmerem głosów.
Na suficie paliły się jarzeniówki, ale jeszcze jaśniej świeciły cztery
duże lampy halogenowe ustawione na torach -?emitowały kulę białego
światła pod żółtym blaskiem płynącym z góry. Przy wschodnim końcu tunelu
stał zatrzymany pociąg, a od zachodu drogę blokował ford F150 wyposażony
w specjalne felgi. Włączone reflektory samochodu oświetlały tory, ale
nie miały szans przebić gęstej ciemności na więcej niż piętnaście
metrów.
Na peronie skierowano Nasha do specjalnych schodków, którymi mógł zejść
na tory.
-?Trzecia szyna jest pod napięciem. Nie możemy jej odłączyć, żeby nie
sparaliżować całej linii -?powiedział ktoś za jego plecami. -?Proszę
patrzeć pod nogi.
I tutaj rozciągnięto żółtą taśmę -?ogradzała spory odcinek torów między
pociągiem a pikapem. Halogeny rozproszyły mroki. Przed taśmą stało kilka
osób -?mundurowi, dwoje techników kryminalistyki z chicagowskiej
policji, kolejnych troje z FBI. Za taśmą nie było nikogo. Wszyscy
skierowali na niego wzrok. Rozmowy przycichły, a potem całkiem umilkły.
Nash schylił się pod taśmą i podszedł na środek torów.
Przyklęknął, wyjął komórkę i zadzwonił do Poole'a.
-?Opisz mi wszystko -?odezwał się Frank, gdy tylko odebrał. -?Każdy
szczegół. Nie śpiesz się. Niczego nie pomijaj.
Nash szybko rzucił okiem na trójkę agentów FBI i stojących obok nich
kryminalnych. Wszyscy patrzyli na niego i nie sprawiali wrażenia
zadowolonych z faktu, że odstawiono ich na boczny tor.
Kiedy okazało się, że ciała są dwa, a Poole próbował przejąć sprawę,
Warnick zadzwonił do burmistrza, burmistrz do dyrektora FBI, a ten z kolei do przełożonego Franka. Po pięciu minutach Poole dostał rozkaz,
żeby nie tylko informować o wszystkim chicagowską policję, lecz także
włączyć funkcjonariuszy do swojego zespołu. Najwyraźniej góra uważała,
że współpraca to najlepszy sposób na zachowanie twarzy przed opinią
publiczną. Poole próbował zgłaszać sprzeciw, ale natychmiast go
uciszono. Nash nie miał żadnych złudzeń, dlaczego przełożony agenta tak
chętnie się zgodził -?FBI wolało mieć kozła ofiarnego pod ręką. Gdyby
cokolwiek poszło nie tak, chcieli mieć na kogo zwalić winę, na kogoś
spoza FBI. Typowa taktyka organów naszego wspaniałego rządu.
Nash odchrząknął.
-?Kobieta, eee... Nie jestem pewny wieku. Strzelałbym, że po trzydziestce,
może czterdziestce. Trudno ocenić. Ma na sobie biały szlafrok z cienkiego materiału. Nic więcej, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na
miejscu nie ma ani butów, ani bielizny, ani płaszcza, ani żadnej innej
odzieży. Skórę ma pokrytą jakimś białym pyłem. Włosy też.
-?A ubrania?
-?Nie.
-?Czyli ubrano ją po śmierci?
-?Na to wygląda.
-?Co jeszcze?
Nash zdjął czarne skórzane rękawiczki, wyjął z kieszeni parę lateksowych
i naciągnął je na dłonie, do kompletu zakładając jeszcze maseczką
chirurgiczną, na wypadek gdyby biały puder okazał się szkodliwy dla
zdrowia. Nachylił się niżej.
-?Oczy ma zamknięte, ale wydaje mi się, że prawe usunięto. W kąciku
widać trochę zaschniętej krwi. -?Powoli odgarnął włosy denatki. -?Nie ma
jednego ucha. Upozowano ją... Jest w takiej pozycji, jakby się modliła.
Klęczy.
Sięgnął do ust, próbował je otworzyć.
-?Sztywna. Nie mogę otworzyć jej ust.
-?Stężenie pośmiertne?
-?Nie wydaje mi się. Może to z zimna.
-?Nic na siłę -?powiedział Poole. -?Koroner sprawdzi, czy usunięto
język. Masz tam trzy pudełeczka? Przewiązane czarnym sznurkiem?
-?Tak -?potwierdził Nash. -?Ale zwykle nie tak je znajdujemy. Bishop
wysyła pudełka pocztą, pojedynczo, przez mniej więcej tydzień. Nie
zostawia wszystkich trzech naraz.
-?Zrobił tak z tamtym ciałem, które znaleźliście z Porterem w tunelach.
To był dyrektor finansowy Talbota -?zauważył Poole.
-?Gunther Herbert -?uściślił Nash.
Bishop powiedział Porterowi, że torturował Herberta, żeby wyciągnąć z niego informacje o sytuacji finansowej Arthura Talbota. Informacje te
obciążały potentata na chicagowskim rynku nieruchomości, który, jak się
okazało, maczał palce w licznych zbrodniach półświatka.
-?Tak samo było z Libby McInley -?dorzucił Poole. -?Zostawił trzy
pudełka na stoliku kawowym.
-?Sprawca wyciął jakimś ostrzem napis na czole ofiary.
-?Co napisał?
-?"Jestem zła".
Libby również została pocięta. Tysiące maluteńkich nacięć brzytwą na
całym ciele.
-?Herberta i McInley torturowano dla wyciągnięcia informacji -
powiedział Nash cicho. -?Różnili się od pozostałych ofiar.
-?Co jeszcze?
Nash schylił się jeszcze niżej. Denatka wyglądała bardziej jak posąg niż
jak żywy człowiek. Nigdy jeszcze nie widział tak upozowanego ciała.
Jakby się modliła.
Zmrużył oczy.
-?Opuszki palców...
-?Co z nimi?
-?Chyba są... spalone.
-?Usunięto jej odciski?
-?Na to wygląda -?przytaknął Nash, próbując się dokładniej przyjrzeć,
nie ruszając przy tym dłoni ofiary. -?Nigdy wcześniej czegoś takiego nie
robił.
-?Jest jakiś podpis?
-?Podpis?
-?Kawałek tektury, kartka papieru... Cokolwiek napisane gdzieś w pobliżu
zwłok?
Nash rozejrzał się dookoła.
-?Nic nie widzę... A nie, czekaj.
-?Co tam?
Nash wstał i podszedł do ściany. Obejrzał się na obserwujących go
funkcjonariuszy.
-?Ktoś się orientuje, czy to świeże?
Nikt nie odpowiedział.
-?Co? -?dopytywał Poole.
Nash ostrożnie dotknął farby. Była jeszcze mokra.
OJCZE, PRZEBACZ MI