Trylogia 4MK (tom 2). Piąta ofiara - J.D. Barker

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9

Por­ter

Dzień drugi, 7.59

Por­ter zmie­rzył Die­nera wzro­kiem.

-?Zna­le­ziono ciało, kolejna nasto­latka zagi­nęła. Przez całą noc byłem na nogach. O co ci cho­dzi?

"Od jak dawna on tu się czai?"

-?Wiem, wszy­scy już wie­dzą. Brawo za dys­kre­cję. -?Die­ner rzu­cił na biurko Por­tera naj­now­sze wyda­nie "Chi­cago Tri­bune".

Por­ter zer­k­nął na nagłó­wek:

"4MK ZNOWU PORYWA NASZE CÓRKI?".

Niżej umiesz­czono foto­gra­fię Emory Con­nors, która ze spusz­czoną głową szła ulicą. Zarówno arty­kuł, jak i zdję­cie znaj­do­wały się w gór­nej poło­wie pierw­szej strony -?naj­waż­niej­szy tekst numeru. Pod linią zgię­cia wydru­ko­wano jesz­cze dwie foto­gra­fie: wyko­nane tele­obiek­ty­wem uję­cie sceny zbrodni w Jack­son Park oraz dom Davie­sów.

Die­ner wstał, obszedł biurko Por­tera, tak że zna­lazł się po jego stro­nie, i postu­kał pal­cem w gazetę.

-?Wymie­niają tutaj z nazwi­ska Ellę Rey­nolds i Lili Davies.

-?Jak to moż­liwe? Nie ujaw­ni­li­śmy żad­nych infor­ma­cji. Z rodzi­cami Lili Davies widzia­łem się parę godzin temu.

Die­ner wzru­szył ramio­nami.

-?Widocz­nie jeden z two­ich genial­nych pod­wład­nych ma za długi język.

-?To jakiś absurd -?mruk­nął Por­ter, prze­bie­ga­jąc tekst wzro­kiem.

W arty­kule wspo­mniano o zna­le­zie­niu ciała w zale­wie w Jack­son Park oraz spe­ku­lo­wano, że cho­dzi praw­do­po­dob­nie o zagi­nioną Ellę Rey­nolds. Autor pisał także, że wkrótce po odkry­ciu zwłok oka­zało się, że znik­nęła kolejna nasto­latka. Lili Davies wyszła wczo­raj do szkoły, ale nie dotarła na lek­cje i od tej pory nikt jej nie widział. Resztę arty­kułu poświę­cono poprzed­nim ofia­rom Zabójcy Czwar­tej Małpy, zasu­ge­ro­wano też, że Anton Bishop musiał zmie­nić stra­te­gię po tym, jak umknął poli­cji.

-?Co tu robi ten palant? -?zapy­tał Nash od progu.

Por­ter pod­niósł gazetę.

-?Dostar­cza naj­śwież­sze wia­do­mo­ści.

Nash pod­szedł do nich i rzu­cił płaszcz na krze­sło zwol­nione przez Die­nera. Zdjął jakiś paproch z ramie­nia agenta.

-?Faj­nie, że roz­wa­żasz moż­liwe ścieżki kariery. Jak będziesz grzeczny, to po szkole poje­dziemy do Wal­marta i kupimy ci jakiś porządny rower, żebyś mógł docie­rać z gaze­tami do więk­szej grupy klien­tów.

Por­ter poło­żył gazetę na biurku Nasha i wska­zał na foto­gra­fie zalewu oraz domu Davie­sów.

-?To nie Bishop. Spe­ku­lo­wa­nie, że to jego robota, świad­czy o kom­plet­nej nie­od­po­wie­dzial­no­ści. Zależy im tylko na jak naj­wyż­szej sprze­daży.

-?Skąd ta pew­ność? Może Bishop rze­czy­wi­ście posta­no­wił tro­chę zmie­nić tak­tykę, tak jak piszą -?zaopo­no­wał Die­ner.

-?Seryjni mor­dercy nie zmie­niają spo­sobu dzia­ła­nia, dobrze o tym wiesz. To dla nich jak pod­pis.

Die­ner wzru­szył ramio­nami.

-?Bishop nie jest jak inni seryjni mor­dercy. Każde zabój­stwo sta­no­wiło ele­ment wyra­fi­no­wa­nego planu zemsty. Wypeł­nił go z chwilą zamor­do­wa­nia Tal­bota. Może zamie­rzał przejść na eme­ry­turę, ale szybko się zorien­to­wał, że na­dal cią­gnie go do dziew­czy­nek. Nie mógł nad tym zapa­no­wać, więc upro­wa­dził Ellę Rey­nolds. Wykoń­czył ją, a potem porwał Lili Davies. -?Die­ner ruszył w stronę wyj­ścia. -?Spró­buj spoj­rzeć na sprawę z dystansu, zoba­czysz, że to ma sens.

Por­ter odło­żył na biurko płaszcz, w któ­rego fał­dach na­dal tkwiły akta Bar­bary McIn­ley. Serce waliło mu jak mło­tem.

-?Co za ciul -?stwier­dził Nash.

-?Sły­sza­łem! -?zawo­łał Die­ner z kory­ta­rza. -?Jeśli nie macie racji i to fak­tycz­nie ofiary 4MK, to musi­cie nam prze­ka­zać sprawę!

-?Ten drugi gość jest tro­chę lep­szy -?powie­dział Por­ter. -?Ten jego part­ner, Pit­bul, Bool, Ghul...?

-?Poole. Frank Poole. Zresztą też ciul, jak oni wszy­scy. Hej, zobacz, jak mi się zry­mo­wało! -?Nash zamie­rzał zatrza­snąć drzwi, ale w tej samej chwili poja­wiła się Clair z iPa­dem w ręku. Tuż za nią do pokoju wszedł Kloz, na lap­to­pie niósł trzy białe pudła usta­wione jedno na dru­gim w chwiejną wieżę.

-?Może by mi któ­ryś pomógł?

Nash wziął górny kar­ton i zaniósł go na swoje biurko.

-?Nie zabie­raj ich za daleko -?popro­sił Kloz. -?Muszą mi wystar­czyć na cały tydzień.

-?Co to jest? -?zapy­tał Por­ter.

-?Trzy razy po dwa­na­ście pącz­ków z tej nowej cukierni nie­da­leko, Peace, Love, and Lit­tle Donuts -?wyja­śniła Clair. -?Skur­czy­byk chciał zacho­mi­ko­wać wszyst­kie pod swoim biur­kiem, ale wytłu­ma­czy­łam mu, że dzie­le­nie się ze współ­pra­cow­ni­kami to cnota.

Kloz par­sk­nął.

-?Powie­dzia­łaś, że jeśli ich tu nie przy­niosę, to wyślesz mejla do całego wydziału, że trzy­mam je u sie­bie. Nie mogłem zosta­wić ich na górze bez opieki, te sępy zaraz by się na nie rzu­ciły. Po minu­cie zosta­łyby tylko okruszki. Poza tym jest ich tylko osiem­na­ście: po sześć w opa­ko­wa­niu, nie po dwa­na­ście.

Nash otwo­rzył pod­wę­dzone pudełko i wytrzesz­czył oczy.

-?Jezu­sie słodki, co za pięk­no­ści.

Por­ter zła­pał drugi kar­ton ze sterty i zasiadł za biur­kiem. Clair wzięła trzeci.

-?Ej! -?wrza­snął Kloz. -?To moje!

-?Tylko czemu takie małe? -?zapy­tał Por­ter z ustami peł­nymi kre­mo­wego nadzie­nia.

Clair wyłu­skała ze swo­jego pudełka pączka obsy­pa­nego kawał­kami oreo.

-?To pączki "dla sma­ko­szy". Zro­bi­ła­bym cudzy­słów w powie­trzu, ale mam zajęte ręce. Pieką takie maleń­stwa i sprze­dają jako wymyślne żar­cie dwa razy dro­żej niż zwy­kłe pączki. Gdyby nie były takie zaje­bi­ste, to inte­res szybko by padł, ale te pączu­sie to niebo w gębie. Z każ­dym gry­zem czuję, jak mi rośnie tyłek, ale mam to gdzieś.

Kloz usiadł na swoim sta­łym miej­scu, przy biurku obok stołu kon­fe­ren­cyj­nego. Poło­żył dło­nie pła­sko na meta­lo­wym bla­cie i zro­bił głę­boki wdech dla uspo­ko­je­nia, ale twarz mu poczer­wie­niała.

-?No dobra, może­cie zjeść po jed­nym, ale nie wię­cej.

-?Nie­wy­klu­czone, że zja­dłem już cztery -?powie­dział Nash, starł z ust dowody kuli­nar­nej zbrodni i spoj­rzał na pudło ze zdzie­siąt­ko­wa­nymi wypie­kami. -?A reszty nie oddam.

Dzie­sięć minut póź­niej wszyst­kie trzy kar­tony świe­ciły pust­kami, ostał się tylko jeden pączek z polewą tru­skaw­kową. Por­ter poczuł pobu­dza­jące dzia­ła­nie cukru. Wstał, pod­szedł do jedy­nej wol­nej tablicy i napi­sał na górze "ELLEN REY­NOLDS".

-?Chyba Ella Rey­nolds -?popra­wił go Nash.

Por­ter wes­tchnął, zma­zał imię wierz­chem dłoni i napi­sał "ELLA".

-?No dobra, to co wiemy?

-?Dwu­dzie­stego pierw­szego stycz­nia zgło­szono jej zagi­nię­cie, a zna­le­ziono ją wczo­raj, dwu­na­stego lutego. Zamar­z­nięte zwłoki znaj­do­wały się pod taflą lodu na zale­wie w Jack­son Park -?powie­działa Clair.

-?Nie była zamar­z­nięta -?wtrą­cił się Nash. -?Przy­naj­mniej nie cał­kiem. Tak powie­dział Eisley. Ale zalew był.

-?Racja, prze­pra­szam -?odparła Clair. -?Pra­cow­nicy parku twier­dzą, że zalew cał­ko­wi­cie zamarzł dru­giego stycz­nia, czyli dwa­dzie­ścia dni przed zagi­nię­ciem dziew­czyny. Poza tym mam coś na nagra­niu z kamery, pusz­czę wam, jak już uzu­peł­nimy wszyst­kie infor­ma­cje na tablicy.

Por­ter ski­nął głową.

-?Kiedy ją zna­le­ziono, dziew­czyna nie miała na sobie wła­snych ubrań, a praw­do­po­dob­nie nale­żące do dru­giej zagi­nio­nej, Lili Davies. -?Zapi­sał imię i nazwi­sko, po czym wró­cił do kolumny Elli. -?Ostatni raz widziano Ellę, kiedy w czar­nej kurtce wysia­dała z auto­busu jakieś dwie prze­cznice od domu, w pobliżu Logan Squ­are, około dwu­dzie­stu kilo­me­trów od miej­sca, w któ­rym zna­le­ziono zwłoki. Możemy chyba zało­żyć, że sprawca zain­sce­ni­zo­wał miej­sce zbrodni tak, by wyda­wało się, że ciało Ellie leżało w wodzie od wielu tygo­dni, ale to nie­moż­liwe, jeśli się okaże, że ubra­nia fak­tycz­nie należą do Lili.

Nash wstał zza biurka, pod­szedł do stołu kon­fe­ren­cyj­nego sto­ją­cego przed tablicą i usiadł.

-?Po co to wszystko? Namę­czył się, żeby umie­ścić Ellę pod lodem, a potem ubrał ją w ciu­chy Lili, co pozwala nam dokład­nie usta­lić datę śmierci. To nie ma sensu.

-?Dla niego ma -?zauwa­żył Por­ter. -?Wszystko to ma dla niego jakiś sens. To także...

Por­ter zapi­sał "UTO­PIONA W SŁO­NEJ WODZIE" pod nazwi­skiem Elli.

-?Poważ­nie? -?zapy­tał Kloz.

-?Eisley zna­lazł słoną wodę w płu­cach i żołądku ofiary. Jest prak­tycz­nie pewny, że przy­czyną śmierci było uto­nię­cie -?odparł Por­ter.

-?Uto­nię­cie -?powtó­rzyła Clair. -?W sło­nej wodzie.

-?Do naj­bliż­szego oce­anu jest z tysiąc kilo­me­trów -?dodał Nash.

-?Musimy spraw­dzić wszyst­kie oce­ana­ria w mie­ście i firmy, które je zaopa­trują -?stwier­dził Por­ter. -?Możemy raczej wyklu­czyć wycieczkę nad morze. Za mało czasu, led­wie się to spina.

Clair pokrę­ciła głową.

-?Za krótko spa­łam, żeby to wszystko ogar­nąć.

-?Chyba wszy­scy gonimy reszt­kami -?przy­znał Por­ter. -?Co nam wia­domo o tej dru­giej dziew­czy­nie, Lili Davies?

Nash otwo­rzył notat­nik.

-?Córka dok­tora Ran­dala Daviesa i Grace Davies. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Gabrielle Deegan. Cho­dzi do Wil­cox Aca­demy. Ostat­nio widziano ją w czer­wo­nej kurtce, jak twier­dzi matka, dokład­nie w nylo­no­wej piko­wa­nej parce z kap­tu­rem. Miała też na sobie białą czapkę, białe ręka­wiczki, ciemne dżinsy i różowe adi­dasy. Nie dotarła do szkoły, więc naj­praw­do­po­dob­niej porwano ją dwu­na­stego rano. Matka widziała, jak wycho­dziła do szkoły około siód­mej pięt­na­ście. Lek­cje zaczy­nają się za dzie­sięć ósma, a do szkoły ma bli­sko, cho­dzi pie­szo.

-?Sama czy z kimś? -?zapy­tał Por­ter.

-?Matka powie­działa nam, że to tylko cztery prze­cznice, więc Lili cho­dzi sama -?powie­dział Nash.

Kloz obrzu­cił smut­nym spoj­rze­niem pudełka po pącz­kach, po czym rów­nież pod­szedł do stołu kon­fe­ren­cyj­nego.

-?Cztery prze­cznice to rze­czy­wi­ście bli­ziutko. Nie­wiele czasu dla pory­wa­cza.

Clair usia­dła obok Nasha.

-?Przy zało­że­niu, że poszła pro­sto do szkoły, a nie możemy tego zało­żyć. Może po dro­dze wpa­dła na zna­jo­mego i wsia­dła do auta. Wiem, że to tylko parę prze­cznic, ale sama czę­sto tak robi­łam w dro­dze do szkoły. W tak bli­skiej odle­gło­ści od szkoły wszy­scy i tak spo­ty­kają się na par­kingu, wielu uczniów zostaje tam jesz­cze poga­dać przed dzwon­kiem na lek­cje.

-?Można?

Wszy­scy pod­nie­śli głowy. W progu stała Sophie Rodri­guez. Uwagę Por­tera zwró­cił ten sam jasno­brą­zowy swe­ter, który miała na sobie u Davie­sów. Ona pew­nie też nie wró­ciła jesz­cze od tej pory do domu.

-?Zapra­szamy -?powie­dział. -?Usiądź gdzieś, wła­śnie oma­wiamy po kolei wszyst­kie szcze­góły.

-?Eee, Sam? -?powie­dział Kloz, mie­rząc wzro­kiem nowo przy­byłą. - Pamię­tasz, jak się to skoń­czyło ostat­nio, kiedy wpu­ści­łeś obcego?

Clair wymie­rzyła mu kuk­sańca w ramię.

-?Znam Sophie pra­wie od czte­rech lat. Jest spraw­dzona. -?Wska­zała na krze­sło po lewej.

Sophie zosta­wiła torbę koło drzwi, zdjęła kurtkę i usia­dła, stu­diu­jąc tablicę.

-?Wiem, że sprawą zaj­muje się wydział zabójstw, a jak dotąd Lili jest tylko zagi­niona, ale mamy dość oczy­wi­ste powią­za­nie. Współ­praca to naj­lep­sze roz­wią­za­nie, przy­naj­mniej na razie. Dopóki się nie zorien­tu­jemy, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

-?Witamy w eki­pie, Sophie -?powie­dział Por­ter.

Nash posłał mu zmę­czone spoj­rze­nie, ale nic nie powie­dział.

Sophie rozej­rzała się po twa­rzach wszyst­kich obec­nych.

-?Ella też była jedną z moich dziew­czyn. Czło­wiek zawsze stara się mieć nadzieję, ale po czter­dzie­stu ośmiu godzi­nach od zagi­nię­cia można zało­żyć, że to albo ucieczka z domu, albo coś gor­szego. Obie dziew­czyny wycho­wy­wały się w szczę­śli­wych rodzi­nach, więc serce chyba mi pod­po­wia­dało, że to "coś gor­szego". Kiedy powie­dzie­li­ście mi o ubra­niach, tylko potwier­dzi­li­ście moje przy­pusz­cze­nia. Mam nadzieję, że znaj­dziemy Lili, zanim będzie za późno.

-?Poka­zy­wa­łaś rodzi­com Lili zdję­cia ubrań? -?zapy­tał Por­ter. Wysłał je mej­lem jesz­cze z kost­nicy.

Sophie ski­nęła głową.

-?Matka potwier­dziła, że należą do Lili. Podobno wła­sno­ręcz­nie wpi­sała jej ini­cjały na metce od czapki.

Por­ter dopi­sał "ZNA­LE­ZIONA W UBRA­NIU LILI DAVIES" w kolum­nie Elli na tablicy. Potem znów zwró­cił się do Sophie.

-?Co jesz­cze możesz nam powie­dzieć o Elli?

Przyj­rzała się infor­ma­cjom zebra­nym na tablicy.

-?Kilka tygo­dni temu, tuż po zagi­nię­ciu, zro­bi­łam coś w rodzaju wizji lokal­nej. Wysia­dała z auto­busu jakieś dwie prze­cznice od domu, przy Logan Squ­are, ale rodzice powie­dzieli mi, że cza­sem odra­biała lek­cje w Star­buck­sie przy Kedzie Ave­nue. Spraw­dzi­łam obie trasy. Droga z przy­stanku do domu zajęła mi cztery minuty, z przy­stanku do Star­bucksa sie­dem, a ze Star­bucksa do domu dzie­więć. Wszę­dzie kręci się sporo ludzi. Nie mam poję­cia, jak ktoś mógł ją stam­tąd porwać, żeby nikt nie zauwa­żył.

-?Roz­ma­wia­łaś z kie­row­ni­kiem Star­bucksa? -?zapy­tał Nash.

Sophie poki­wała głową.

-?Roz­po­znał Ellę na zdję­ciu, które mu poka­za­łam, ale nie potra­fił powie­dzieć, czy tego kon­kret­nego dnia u nich była. Zwy­kle płaci gotówką, więc nie mogłam spraw­dzić wycią­gów z karty debe­to­wej czy kre­dy­to­wej.

-?Kamery?

-?Jedna jest, ale codzien­nie się rese­tuje, nie zapi­sują nagrań. Zanim do nich dotar­li­śmy, było już za późno.

-?Może powi­nie­nem to spraw­dzić? -?zapro­po­no­wał Kloz. -?Nie widzia­łem jesz­cze sys­temu bez­pie­czeń­stwa, który rze­czy­wi­ście kaso­wałby mate­riał z poprzed­niego dnia. Jeśli jest tam jakiś twardy dysk, to frag­menty mogły się zacho­wać, nawet jeśli kie­row­nik sądzi, że wszystko się ska­so­wało.

Por­ter ski­nął głową i zapi­sał na tablicy "NAGRA­NIE ZE STAR­BUCKSA (CYKL 1-DNIOWY?) -?KLOZ".

-?Co jesz­cze?

-?Prze­szu­ka­li­śmy kom­pu­ter i skrzynkę mej­lową, ale nie zna­leź­li­śmy niczego nie­ty­po­wego -?odparła Sophie. -?Tele­fon znik­nął razem z nią. Ostatni raz połą­czył się ze sta­cją prze­kaź­ni­kową w pobliżu Logan Squ­are i znik­nął z sieci cztery minuty po roz­kła­do­wym przy­jeź­dzie auto­busu.

-?Kloz?

Kloz już kiwał głową i noto­wał coś w lap­to­pie.

-?Tym też się zajmę.

-?Zna­leź­li­ście coś w pokoju Lili? -?zwró­cił się Por­ter do Sophie.

-?Nic szcze­gól­nego. Dużo poroz­rzu­ca­nych ciu­chów. Niczego nie cho­wała w szu­fla­dach ani pod mate­ra­cem, czyli w typo­wych skryt­kach. Na lustrze wisiało przy­kle­jone zdję­cie Lili z jakąś dziew­czyną. Matka powie­działa, że to Gabby, jej przy­ja­ciółka. Od ojca dowie­dzia­łam się, że miała tele­fon komór­kowy i lap­topa, ale w pokoju ich nie zna­la­złam. Podobno wzięła je ze sobą do szkoły, matka mówiła, że pew­nie miała kom­pu­ter w ple­caku. -?Urwała na chwilę, żeby prze­czy­tać ese­mesa. -?Pró­bo­wa­li­śmy namie­rzyć jej komórkę, ale była wyłą­czona. Wła­śnie dosta­łam wyniki. Ostatni prze­kaź­nik, z któ­rym się połą­czyła, znaj­duje się nie­da­leko domu Davie­sów. O siód­mej dwa­dzie­ścia trzy znik­nęła z sieci. To nie­całe dzie­sięć minut od wyj­ścia z domu.

-?Kloz, sprawdź, czy uda ci się coś wycią­gnąć z kont na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych albo skrzynki mej­lo­wej -?popro­sił Por­ter.

-?Robi się -?odparł Kloz.

Sophie wyjęła z torby teczkę na doku­menty i roz­ło­żyła jej zawar­tość na stole. Miała w niej zdję­cia obu dziew­czyn.

-?Ella i Lili są do sie­bie podobne, co mogłoby suge­ro­wać pociąg do pew­nego typu urody albo motywy sek­su­alne, ale pato­log powie­dział, że nie zna­le­ziono śla­dów napa­sto­wa­nia. Na razie jed­nak nie igno­ro­wa­ła­bym tego podo­bień­stwa, może nie być przy­pad­kowe.

-?Słusz­nie. Mogę zer­k­nąć? -?zapy­tał Por­ter, wska­zu­jąc na foto­gra­fie.

Sophie podała mu odbitki, a Por­ter przy­kleił je do tablicy.

-?Ile lat ma Lili?

-?Sie­dem­na­ście -?odparła Sophie.

-?Obie mają blond włosy mniej wię­cej do ramion. Ella miała nie­bie­skie oczy, Lili ma zie­lone. W podob­nym wieku, dwa lata róż­nicy. Do któ­rego liceum cho­dziła Ella? -?zapy­tał Por­ter.

Sophie prze­kart­ko­wała notat­nik.

-?Kelvyn Park High. Była w dru­giej kla­sie.

-?Mamy jakieś powody, żeby przy­pusz­czać, że się znały?

-?Nic mi o tym nie wia­domo -?odparła. -?Inne szkoły, inne kręgi zna­jo­mych, dwa lata róż­nicy. Żadna nie jeź­dziła samo­cho­dem.

-?A co z gale­rią? -?zapy­tał Por­ter. -?Może tam mogły się poznać?

-?Nie byłam jesz­cze w gale­rii. Otwie­rają dopiero o dzie­sią­tej.

Por­ter podra­pał się po policzku.

-?Wolał­bym, żeby­ście poszły z Clair do szkoły, a potem może poroz­ma­wiały z tą przy­ja­ciółką, Gabrielle Deegan. Dzieci boją się Nasha.

-?Nic na to nie pora­dzę, że tak wszyst­kich onie­śmie­lam -?zażar­to­wał Nash.

-?My pój­dziemy do gale­rii -?powie­dział Por­ter.

-?Świet­nie, nie ma to jak tro­chę sztuki.

-?Prze­ślę wam adres -?powie­działa Sophie. -?To przy North Hal­sted Street.

Por­ter zer­k­nął na tablicę.

-?Co jesz­cze?

Zapa­dła cisza.

-?To co, obej­rzymy nagra­nie? -?zapy­tała Clair.

-?Dobra, odpa­laj.

Clair stuk­nęła pal­cem w ekran iPada i posta­wiła go na środku stołu. Stop-klatka: wąska czarna jezd­nia sfil­mo­wana pod bez­na­dziej­nym kątem. Znacz­nik czasu wska­zy­wał godzinę 8.47 dnia 12 lutego.

Clair włą­czyła odtwa­rza­nie i czas na wyświe­tla­czu zaczął się zmie­niać w tem­pie rze­czy­wi­stym. Prze­je­chały dwa samo­chody -?żółta toyota i biały ford. Kiedy poja­wił się szary pikap, Clair wci­snęła pauzę.

-?Będę teraz powo­lutku prze­wi­jać do przodu -?powie­działa i obraz zaczął prze­su­wać się klatka po klatce.

Por­ter zro­zu­miał dla­czego, gdy tylko kamera uchwy­ciła tył fur­go­netki.

-?Zatrzy­maj -?powie­dział.

Samo­chód cią­gnął duży zbior­nik z wodą, taki, jakie mie­wają firmy zaj­mu­jące się czysz­cze­niem base­nów.

-?W parku nie ma basenu, zresztą raczej nie ma wiel­kiego popytu na takie usługi w środku zimy -?stwier­dziła Clair. -?Pew­nie tak przy­wiózł tam wodę.

-?Masz uję­cia pod innymi kątami? -?zapy­tał Por­ter.

Clair pokrę­ciła głową.

-?To jedyna kamera.

Kloz nachy­lił się nad table­tem.

-?Wiele tu nie zdzia­łam. Jakość obrazu jest nie­zła, tylko kąt fil­mo­wa­nia tra­giczny.

-?Możesz cof­nąć o parę kla­tek? -?popro­sił Por­ter.

Clair wci­snęła prze­wi­ja­nie do tyłu. Z każ­dym dotknię­ciem obraz cofał się o jedną klatkę.

-?Stop -?powie­dział Por­ter. -?Skąd ten odblask i czemu wła­ści­wie ktoś to tak fatal­nie usta­wił?

Kamerę zamon­to­wano pod bar­dzo ostrym kątem, prak­tycz­nie pio­nowo w dół. Zwy­kle kie­ro­wano obiek­tyw w górę lub w dół ulicy -?naj­lep­szy spo­sób, żeby uchwy­cić zbli­ża­jące się lub odda­la­jące samo­chody.

Zatrzy­mali nagra­nie na klatce, która obej­mo­wała więk­szość szyby przed­niej, ale jaskra­wo­biały odblask unie­moż­li­wiał zaj­rze­nie do środka.

Por­ter dostrze­gał zarys syl­wetki kie­rowcy, ale żad­nych szcze­gó­łów, które pozwo­li­łyby na iden­ty­fi­ka­cję.

-?Kloz, myślisz, że dał­byś radę to powięk­szyć i cho­ciaż tro­chę wyczy­ścić?

Kloz przy­gryzł opuszkę kciuka.

-?Może... Trudno powie­dzieć. Spró­buję.

-?Kie­row­nik parku powie­dział mi, że rzadko prze­glą­dają nagra­nia. Kamera ma przede wszyst­kim odstra­szać. Albo się z cza­sem oblu­zo­wała i prze­krę­ciła w dół, albo ktoś celowo ją oblu­zo­wał i tak usta­wił. Facet nie ma poję­cia, kiedy ani jak to się mogło stać -?wyja­śniła Clair. - Twier­dzi, że daw­niej kamera była zamon­to­wana tak, żeby reje­stro­wać nad­jeż­dża­jące samo­chody i ich kie­row­ców.

Por­ter odwró­cił się w stronę Kloza, ale ten mach­nął ręką, zanim prze­ło­żony zdą­żył otwo­rzyć usta.

-?Tak, wiem. Przej­rzę stare nagra­nia i spró­buję usta­lić, kiedy to się mogło stać, a może nawet jakimś cudem tra­fimy na naszego sprawcę, jak szcze­rzy się do kamery z młot­kiem w gar­ści.

-?Cza­sem popeł­niają błędy -?zauwa­żył Por­ter.

-?Pewka.

-?Nie jest źle. W naj­gor­szym razie powin­ni­smy wyła­pać markę i model pikapa. Spraw­dzimy firmy zaj­mu­jące się czysz­cze­niem base­nów i może coś się trafi. -?Por­ter odwró­cił się z powro­tem do tablicy. -?Możemy dodać coś jesz­cze?

Znowu zapa­dła cisza. Por­ter nało­żył zakrętkę na fla­ma­ster i usiadł przy stole kon­fe­ren­cyj­nym.

-?Chciał­bym dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o samych upro­wa­dze­niach. Sprawca działa szybko i naj­wy­raź­niej bez żad­nego pro­blemu porywa dziew­czyny z miejsc publicz­nych. To zna­czy, że albo świet­nie wta­pia się w oto­cze­nie, albo zapo­znaje się z nimi wcze­śniej, żeby czuły się w jego towa­rzy­stwie bez­piecz­nie. Nie dałby rady nie­zau­wa­że­nie zacią­gnąć wierz­ga­ją­cej nasto­latki do fur­go­netki, więc musiał je jakoś prze­ko­nać, żeby poszły z nim z wła­snej woli.

-?Może mieć do dys­po­zy­cji inne pojazdy -?zasu­ge­ro­wał Nash. -?Roboty dro­gowe, gazow­nia czy kablówka. Coś, czego się w ogóle nie zauważa.

Kloz obró­cił lap­topa, żeby poka­zać wszyst­kim szcze­gó­łowy plan Chi­cago i oko­lic. Wid­niały na nim trzy czer­wone kropki: jedna w pobliżu Logan Squ­are, druga w Jack­son Park, trze­cia przy King Drive na Bron­ze­ville.

-?Oba miej­sca porwa­nia dzieli jakieś pięt­na­ście kilo­me­trów. W tak dużym mie­ście ozna­cza to pokaźny obszar polo­wa­nia. Co cie­kawe, Jack­son Park, gdzie zna­le­ziono Ellę, jest bli­żej domu Lili niż Elli.

Por­ter przyj­rzał się uważ­nie mapie.

-?Czyli Lili porwano bli­sko miej­sca zna­le­zie­nia Elli. To może się oka­zać ważne.

-?Ella uto­nęła w sło­nej wodzie? -?Sophie ze zmarsz­czo­nym czo­łem patrzyła na tablicę. -?To prze­cież nie ma sensu.

-?A może basen ze słoną wodą? -?zasu­ge­ro­wał Kloz. -?To by paso­wało do fur­go­netki ze zbior­ni­kiem.

-?Jest coś takiego? -?zdzi­wił się Nash.

Kloz poki­wał głową.

-?Tak, moja cio­cia na Flo­ry­dzie ma taki basen. Jest uczu­lona na chlor. Poza tym są łatwe w utrzy­ma­niu, nie trzeba odmie­rzać środ­ków dezyn­fek­cyj­nych.

-?W Chi­cago raczej nie ma takich dużo. Mógł­byś zro­bić listę? -?popro­sił Por­ter.

-?Może uda mi się do cze­goś dotrzeć przez pozwo­le­nia na budowę - powie­dział Kloz.

Por­ter rozej­rzał się po twa­rzach zgro­ma­dzo­nych wokół stołu. Z wyjąt­kiem Sophie Rodri­guez znał ich wszyst­kich od lat. Się­gnął na biurko Nasha po gazetę i poło­żył ją na stole.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Por­ter

Dzień pierw­szy, 20.23

Ciem­ność.

Ogar­nęła go, głę­boka i gęsta, pochło­nęła świa­tło i zosta­wiła za sobą tylko atra­men­to­wo­czarną pustkę. Mgła dła­wiła jego myśli -?słowa pró­bo­wały się łączyć, utwo­rzyć sen­sowne, spójne zda­nie, ale w chwili, gdy zda­wały się już bli­skie osią­gnię­cia celu, prze­pa­dały w mroku, zastę­po­wało je nasi­la­jące się poczu­cie stra­chu, wra­że­nie cięż­ko­ści -?a ciało zapa­dało się w mętną toń.

Mokry zapach.

Pleśń.

Wil­goć.

Por­ter chciał otwo­rzyć oczy.

Musiał otwo­rzyć oczy.

One jed­nak się bro­niły, trzy­mały się mocno.

Głowa pękała mu z bólu.

Dokucz­liwe pul­so­wa­nie za pra­wym uchem, a także w skroni.

-?Sta­raj się nie ruszać, Sam. Nie chcę, żeby zro­biło ci się nie­do­brze.

Głos dobie­gał z oddali, stłu­miony, ale dobrze znany.

Por­ter leżał.

Zimna stal pod opusz­kami pal­ców.

Wtedy przy­po­mniał sobie zastrzyk. Igła w szyi, szyb­kie ukłu­cie, zimny płyn prze­dzie­ra­jący się przez skórę do mię­śni, a potem...

Por­ter zmu­sił się do otwar­cia oczu, choć cięż­kie powieki nie chciały ustą­pić. Suchość, pie­cze­nie.

Pró­bo­wał potrzeć oczy, wycią­gnął prawą dłoń, ale coś szarp­nęło ją z powro­tem do tyłu: to naprę­żył się łań­cuch na jego nad­garstku.

Zachły­snął się powie­trzem, ale wytę­żył siły i usiadł. Przy zmia­nie pozy­cji zakrę­ciło mu się w gło­wie. Mało bra­ko­wało, a natych­miast upadłby z powro­tem na plecy.

-?Hej, Sam, nie sza­lej. Dzia­ła­nie etor­finy powinno wkrótce ustą­pić, skoro już odzy­ska­łeś przy­tom­ność. Pocze­kaj minutkę czy dwie.

Zapa­liło się świa­tło, jasny halo­gen skie­ro­wany wprost na jego twarz. Por­ter się skrzy­wił, ale nie zamie­rzał odwra­cać oczu, upar­cie wbi­jał wzrok w męż­czy­znę sto­ją­cego obok źró­dła świa­tła -?ciemny, nie­wy­raźny kształt.

-?Bishop? -?Por­ter led­wie roz­po­znał wła­sny głos, chra­pliwy jak szu­ra­nie po żwi­rze.

-?Co sły­chać, Sam? -?Cień zro­bił krok w prawo, odwró­cił pusty dwu­dzie­sto­li­trowy kubeł po far­bie do góry dnem i usiadł.

-?Prze­stań mi świe­cić po oczach, do jasnej cho­lery.

Por­ter szarp­nął za łań­cuch przy­mo­co­wany do nad­garstka. Drugi koniec kaj­da­nek zagrze­cho­tał na jakiejś gru­bej rurze -?wodo­cią­go­wej, a może od gazu.

-?Co to ma, kurwa, być?

Anson Bishop się­gnął do lampy i prze­krę­cił ją nieco w lewo. Jarze­niówka umo­co­wana na jakimś sto­jaku. Świa­tło padło na mur z pusta­ków z boj­le­rem w prze­ciw­le­głym kącie oraz sta­rymi pralką i suszarką usta­wio­nymi pod ścianą.

-?Lepiej?

Por­ter znowu szarp­nął łań­cu­chem.

Bishop uśmiech­nął się pod nosem i wzru­szył ramio­nami.

Kiedy Por­ter widział go ostatni raz, Bishop miał ciem­no­brą­zowe, bar­dzo krótko obcięte włosy. Teraz były jaśniej­sze i dłuż­sze, roz­czo­chrane. Twarz pokry­wał mu trzy-, czte­ro­dniowy zarost. Swo­bodny, acz ele­gancki strój został zastą­piony przez dżinsy i ciem­no­szarą bluzę z kap­tu­rem.

-?Wyglą­dasz dość podle -?stwier­dził Por­ter.

-?Cięż­kie czasy.

Nie mógł jed­nak zmie­nić swo­ich oczu, cza­ją­cego się za nimi chłodu.

Jego oczy pozo­stały takie same.

Bishop wycią­gnął z tyl­nej kie­szeni łyżeczkę do jedze­nia grejp­fru­tów i zaczął z roz­tar­gnie­niem obra­cać ją w dłoni. Ząb­ko­wana kra­wędź bły­skała w świe­tle.

Por­ter posta­no­wił zigno­ro­wać łyżeczkę. Spoj­rzał w dół i postu­kał pal­cem wska­zu­ją­cym w meta­lową powierzch­nię, na któ­rej sie­dział.

-?To taki sam wózek, do jakiego przy­ku­łeś Emory?

-?Mniej wię­cej.

-?Nie mia­łeś jakie­goś łóżka polo­wego?

-?Mniej wytrzy­małe.

Spod wózka wycie­kała kałuża ciem­no­czer­wo­nego płynu, roz­le­gła plama na brud­nej, beto­no­wej posadzce. Por­ter wolał o nią nie pytać. Kiedy dotknął spodu meta­lo­wych noszy, poczuł na pal­cach coś lep­kiego. O to też nie zapy­tał. Na ścia­nie po jego lewej stro­nie wisiało kilka pó­łek peł­nych roz­ma­itych przy­bo­rów malar­skich: puszek, pędzli, folii ochron­nej. Sufit zbu­do­wano z drew­nia­nych desek o sze­ro­ko­ści mniej wię­cej pięt­na­stu cen­ty­me­trów, roz­miesz­czo­nych co nie­całe pół metra. Prze­strzeń mię­dzy deskami wypeł­niały odsło­nięte kable, rury kana­li­za­cyjne i prze­wody wen­ty­la­cyjne.

-?To piw­nica w domu miesz­kal­nym. Nie­du­żym i raczej sta­rym. Ta rura nad twoją głową jest pokryta azbe­stem, więc nie radził­bym jej obgry­zać. Domy­ślam się, że budy­nek jest opusz­czony, bo pod­łą­czy­łeś sobie tę lampkę do prze­dłu­ża­cza, a kabel idzie na górę do... Hm, jakie­goś aku­mu­la­tora? Na pewno nie masz tam gene­ra­tora, byłoby sły­chać. Nie sko­rzy­sta­łeś z gniaz­dek w ścia­nie, więc pew­nie nie ma tu prądu. Poza tym jest zimno jak w psiarni. Para leci mi z ust, czyli nie ma też ogrze­wa­nia. To znowu świad­czy o tym, że dom jest opusz­czony. Nikt by nie ryzy­ko­wał, że zamar­zną mu rury.

Bisho­powi wyraź­nie spra­wiło to przy­jem­ność, na jego ustach igrał wątły uśmie­szek.

Por­ter kon­ty­nu­ował.

-?Budy­nek jest raczej wąski, więc to pew­nie jeden z tych tra­dy­cyj­nych domów typu shot­gun. Bio­rąc pod uwagę, że raczej nie wybra­łeś mod­nej dziel­nicy ze Star­buck­sami, gdzie miesz­kańcy mają dostęp do inter­netu i zwy­kle od razu zgła­szają poli­cji, że zauwa­żyli ści­ga­nego prze­stępcę, zakła­dam, że wola­łeś się trzy­mać zachod­niej czę­ści mia­sta. Może to na przy­kład Wood Street. Dużo tam pustych domów.

Wolną ręką Por­ter się­gnął pod płaszcz na piersi po broń, ale zna­lazł tylko pustą kaburę. Komórki też nie było.

-?Gli­niarz w każ­dym calu.

Wood Street znaj­do­wała się o dobry kwa­drans jazdy samo­cho­dem od jego miesz­ka­nia przy Wabash Ave­nue, nawet przy małym natę­że­niu ruchu, a Por­ter poczuł ukłu­cie w szyję jakąś prze­cznicę od domu. Oczy­wi­ście snuł tylko dzi­kie domy­sły, ale zale­żało mu, żeby Bishop nie prze­sta­wał mówić. Im pory­wacz wię­cej mówił, tym Por­ter mniej myślał o tam­tej łyżeczce.

Pul­su­jący ból sku­pił się w punk­cie za pra­wym okiem Por­tera.

-?Nie pró­bu­jesz mnie prze­ko­nać, żebym oddał się w ręce spra­wie­dli­wo­ści? Że jeśli będę współ­pra­co­wał, to pomo­żesz mi unik­nąć kary śmierci?

-?Nie.

Tym razem Bishop się uśmiech­nął.

-?Hej, chcesz zoba­czyć coś faj­nego?

Por­ter odpo­wie­działby prze­cząco, ale wie­dział, że jego słowa tak naprawdę są bez zna­cze­nia. Ten czło­wiek miał obmy­ślony plan, dzia­łał w kon­kret­nym celu. Upro­wa­dze­nie detek­tywa chi­ca­gow­skiej poli­cji to ryzyko, któ­rego nikt by nie pod­jął bez waż­nego powodu.

W pra­wej przed­niej kie­szeni czuł bre­lo­czek z klu­czami. Bishop mu je zosta­wił, kiedy zabie­rał tele­fon i broń. Miał tam klu­czyk do kaj­da­nek, a do więk­szo­ści paso­wał ten sam. Kiedy zaczy­nał pracę w poli­cji, wyja­śniono mu, że zazwy­czaj to nie ta sama osoba zakuwa zatrzy­ma­nego w kaj­danki i potem go z nich roz­kuwa. Podej­rzany jest czę­sto kil­ka­krot­nie prze­no­szony mię­dzy komi­sa­ria­tami. Dla­tego nauczono ich, żeby pod­czas prze­szu­ka­nia zabie­rać klu­cze, wszyst­kie bez wyjątku. Każdy kry­mi­na­li­sta z praw­dzi­wego zda­rze­nia nosił przy sobie klu­czyk do kaj­da­nek, na wypa­dek gdyby jakiś żół­to­dziób zapo­mniał spraw­dzić. Por­ter musiałby jed­nak wyjąć pęk klu­czy z pra­wej kie­szeni, prze­ło­żyć go jakoś do lewej ręki, otwo­rzyć kaj­danki i uniesz­ko­dli­wić Bishopa, zanim ten zdą­żyłby poko­nać dzie­lącą ich odle­głość pół­tora metra.

Napast­nik chyba nie miał żad­nej broni, tylko łyżeczkę.

-?Oczy z przodu, Sam -?roz­ka­zał Bishop.

Por­ter zwró­cił się ponow­nie ku niemu.

Bishop wstał i prze­szedł na drugą stronę piw­nicy do sto­lika koło pralki. Wró­cił na miej­sce z małym drew­nia­nym pudeł­kiem, na któ­rym leżał glock Por­tera. Odło­żył broń na pod­łogę koło sie­bie i zwol­nił kciu­kiem zatrzask, otwie­ra­jąc pokrywkę.

Sześć gałek ocznych gapiło się na Por­tera z czer­wo­nej aksa­mit­nej wyściółki.

Dawne ofiary Bishopa.

Por­ter spu­ścił wzrok na pisto­let.

-?Oczy z przodu -?powtó­rzył Bishop i zachi­cho­tał.

Coś się nie zga­dzało. Bishop zawsze postę­po­wał zgod­nie z tym samym sche­ma­tem. Naj­pierw usu­wał ofie­rze ucho, potem oczy, a na końcu język i wysy­łał je kolejno do bli­skich ofiary wraz z liści­kiem, wszystko w bia­łym pudełku prze­wią­za­nym czar­nym sznur­kiem. Zawsze. Ni­gdy nie odstę­po­wał od tej zasady. Nie zosta­wiał sobie tro­feów. Wie­rzył, że karze rodziny za jakieś złe uczynki. Samo­zwań­czy obrońca wymie­rza­jący spra­wie­dli­wość cho­rymi meto­dami. Nie zosta­wiał sobie oczu. Ni­gdy nie zosta­wiał...

-?Lepiej już zacznijmy. -?Bishop pogła­skał dło­nią pokrywkę pudełka, gestem peł­nym czu­ło­ści, po czym odsta­wił je na pod­łogę obok pisto­letu i pod­niósł łyżeczkę do świa­tła.

Por­ter stur­lał się z meta­lo­wych noszy na kół­kach, wrzesz­cząc z bólu, kiedy meta­lowa obręcz wpiła się w skórę nad­garstka -?rura trzy­mała się mocno. Pró­bu­jąc zigno­ro­wać ból, nie­zgrab­nie wci­snął lewą dłoń do pra­wej kie­szeni spodni, żeby wycią­gnąć klu­cze, a jed­no­cze­śnie kop­nął wózek w kie­runku Bishopa. Już muskał bre­lo­czek czub­kami pal­ców, kiedy Bishop uchy­lił się przed noszami, wierz­gnął nogą do przodu i kop­nął Por­tera w lewą pisz­czel. Por­ter nie zdo­łał ustać i zwa­lił się na zie­mię, ale kaj­danki na jego pra­wej ręce przy­cze­pione do rury szarp­nęły tak mocno, że pra­wie wyrwały mu ramię ze stawu.

Zanim zdą­żył zare­ago­wać, poczuł kolejne ukłu­cie igły, tym razem w udo. Pró­bo­wał spoj­rzeć w dół, ale Bishop szarp­nął go za włosy, odcią­ga­jąc głowę do tyłu.

Świa­do­mość zaczęła powoli odpły­wać. Por­ter z tym wal­czył, wal­czył z całych sił. Wal­czył na tyle długo, żeby zoba­czyć, jak do jego lewego oka zbliża się łyżeczka do grejp­fruta, żeby poczuć, jak ząb­ko­wane ostrze prze­cina tarczkę powieki, kiedy Bishop wci­snął łyżeczkę do jego oczo­dołu, na tyle długo, żeby...

-?Nie­zła była?

Por­ter rzu­cił się na sie­dze­niu przy­trzy­my­wany przez pas bez­pie­czeń­stwa. Łapał gwał­tow­nie powie­trze, szar­piąc głową na boki, aż w końcu jego wzrok wylą­do­wał na Nashu sie­dzą­cym w fotelu kie­rowcy.

-?Co? Kto?

Nash uśmiech­nął się zło­śli­wie.

-?Panienka z two­jego snu. Jęcza­łeś.

"Sześć gałek ocznych".

Por­ter, wciąż zdez­o­rien­to­wany, uświa­do­mił sobie, że sie­dzi na miej­scu pasa­żera w che­vro­le­cie Nasha, sta­rej novie rocz­nik 1972, którą ten kupił dwa mie­siące temu, kiedy jego uko­chany ford fie­sta wyzio­nął ducha na dro­dze numer 290 o trze­ciej nad ranem. Musiał wtedy wezwać trans­port z cen­trali, bo nie mógł się dodzwo­nić do Por­tera.

Por­ter wyj­rzał przez okno. Szybę pokry­wała cienka war­stewka brud­nego lodu.

-?Gdzie my jeste­śmy?

-?Na Hayes, zbli­żamy się do parku -?odpo­wie­dział part­ner, włą­cza­jąc kie­run­kow­skaz. -?Może powi­nie­neś sobie odpu­ścić tę akcję.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Nic mi nie jest.

Nash skrę­cił w lewo do Jack­son Park i poje­chał odśnie­żoną nie­dawno drogą. Czer­wono-nie­bie­skie świa­tła odbi­jały się od ciem­nych drzew wokół.

-?To już cztery mie­siące, Sam. Jeśli na­dal masz pro­blemy ze snem, powi­nie­neś z kimś poroz­ma­wiać. Nie­ko­niecz­nie ze mną czy z Clair, ale... z kimś.

-?Nic mi nie jest -?powtó­rzył Por­ter.

Minęli boisko do bejs­bolu po pra­wej stro­nie, porzu­cone na okres zimy, i zagłę­bili się mię­dzy nagie drzewa. Przed nimi migało jesz­cze wię­cej świa­teł: pół tuzina samo­cho­dów, może wię­cej. Cztery wozy patro­lowe, karetka, wóz stra­żacki. Wzdłuż brzegu zalewu stały wiel­kie reflek­tory ilu­mi­na­cyjne, a na całym tere­nie odgro­dzo­nym żółtą taśmą poli­cyjną roz­siane były ogrze­wa­cze gazowe.

Nash zaha­mo­wał za wozem straży pożar­nej, prze­sta­wił dźwi­gnię skrzyni bie­gów na tryb par­ko­wa­nia i zga­sił sil­nik, który zakrztu­sił się dwu­krot­nie, jakby szy­ko­wał się do spek­ta­ku­lar­nego strzału z rury wyde­cho­wej, ale w końcu ucichł. Por­ter zauwa­żył kilku funk­cjo­na­riu­szy gapią­cych się w ich stronę, kiedy gra­mo­lili się z samo­chodu na mroźne zimowe powie­trze.

-?Mogli­śmy przy­je­chać moim -?powie­dział Por­ter do Nasha. Pode­szwy jego butów zachrzę­ściły na świe­żym śniegu.

Por­ter miał dodge'a char­gera rocz­nik 2011.

Więk­szość współ­pra­cow­ni­ków nazy­wała samo­chód Por­tera "autem na kry­zys wieku śred­niego" -?dwa lata temu, w dniu jego pięć­dzie­sią­tych uro­dzin, dodge zastą­pił toyotę camry. To była nie­spo­dzianka: Heather, świę­tej pamięci żona Por­tera, kupiła mu spor­towy samo­chód po tym, jak ich poprzed­nie auto padło ofiarą wan­dali i wyzio­nęło ducha w jed­nej z nie­zbyt przy­ja­znych poli­cji dziel­nic na połu­dniu mia­sta. Por­ter nie ukry­wał, że sie­dząc za kie­row­nicą tego pojazdu, czuł się o ład­nych kilka lat młod­szy, ale przede wszyst­kim widok samo­chodu wywo­ły­wał uśmiech na jego twa­rzy.

Heather ukryła klu­czyki we wła­sno­ręcz­nie upie­czo­nym tor­cie uro­dzi­no­wym i mało bra­ko­wało, a Por­ter zła­małby sobie na nich ząb.

Potem zawią­zała mu oczy i spro­wa­dziła po scho­dach przed budy­nek, śpie­wa­jąc Sto lat, cho­ciaż z takim gło­sem raczej nie mia­łaby szans dostać się do Idola.

Por­ter myślał o żonie za każ­dym razem, kiedy wsia­dał do samo­chodu, ale zda­wało się, że z dnia na dzień coraz mniej rze­czy mu o niej przy­po­mina, a rysy jej twa­rzy stop­niowo zacie­rają się w jego pamięci.

-?Twój samo­chód jesz­cze pogar­sza sprawę. Cią­gle nim jeź­dzimy, a moja Con­nie gnije na pod­jeź­dzie przed domem. Jeśli będę nią jeź­dził, to nie zapo­mnę, że chcę ją odre­mon­to­wać. Jeśli będę pamię­tał, że chcę ją odre­mon­to­wać, to może w końcu wezmę ją na warsz­tat i zabiorę się do roboty.

-?Con­nie?

-?Samo­chody powinny mieć imiona.

-?Wcale nie. Samo­cho­dom nie powinno się nada­wać imion, a ty nie masz zie­lo­nego poję­cia, jak ją... go wyre­mon­to­wać. Założę się, że jak już dote­le­pa­łeś się tym gru­cho­tem do domu i zaj­rza­łeś pod maskę, to się zorien­to­wa­łeś, że zaj­mie ci to tro­chę wię­cej niż czter­dzie­ści trzy minuty, nie tak jak w odcinku poTUR­BO­wa­nych.

-?Ten pro­gram to ściema. Powinni mówić, ile fak­tycz­nie trwa taka naprawa.

-?Mogło być gorzej. Przy­naj­mniej nie uza­leż­ni­łeś się od HGTV i nie pró­bu­jesz w wol­nym cza­sie dora­biać sobie reno­wa­cją i sprze­dażą domów.

-?Racja. Cho­ciaż oni się z tym uwi­jają w dwa­dzie­ścia dwie minuty, a zwrot z inwe­sty­cji mają dużo więk­szy -?odparł Nash. -?Jak­bym tak opchnął z jeden dom czy dwa, to mógł­bym komuś zapła­cić za naprawę auta. Oho, tam jest Clair...

Prze­szli pod żółtą taśmą poli­cyjną i skie­ro­wali się na brzeg zalewu. Clair stała obok jed­nego z ogrze­wa­czy, do ucha przy­ci­skała tele­fon. Kiedy ich zauwa­żyła, ski­nęła głową w stronę wody, zakryła mikro­fon i powie­działa:

-?Wydaje nam się, że to Ella Rey­nolds. -?Po czym wró­ciła do roz­mowy.

Por­tera zakłuło w sercu.

Ella Rey­nolds była pięt­na­sto­latką, która trzy tygo­dnie wcze­śniej zagi­nęła po lek­cjach w pobliżu Logan Squ­are. Ostatni raz widziano ją, kiedy wysia­dała z auto­busu dwie prze­cznice od domu. Rodzice natych­miast zgło­sili zagi­nię­cie, w ciągu godziny uru­cho­miono sys­tem alar­mowy. Nie­wiele to jed­nak dało. Nikt nie prze­ka­zał żad­nych uży­tecz­nych infor­ma­cji.

Nash ruszył nad brzeg zbior­nika, Por­ter poszedł w jego ślady.

Zalew był zamar­z­nięty.

Cztery poma­rań­czowe pachołki stały na lodzie kawa­łek od brzegu, a mię­dzy nimi prze­cią­gnięto żółtą taśmę, two­rząc pro­sto­kąt. Śnieg został odgar­nięty.

Por­ter ostroż­nie posta­wił stopę na lodzie, nasłu­chu­jąc cha­rak­te­ry­stycz­nego trza­sku. Choć taflę pokry­wały liczne ślady butów, zawsze się stre­so­wał, kiedy to on miał wkro­czyć na zamar­z­niętą powierzch­nię.

Postą­pił kilka kro­ków do przodu i zauwa­żył dziew­czynę. Lód był prze­źro­czy­sty jak szkło.

Patrzyła z dołu oczami pozba­wio­nymi wyrazu.

Miała prze­raź­li­wie bladą skórę, zabar­wioną na nie­bie­sko z wyjąt­kiem oko­lic oczu. Tutaj jej skóra była ciem­no­fio­le­towa. Wargi miała roz­chy­lone, jakby chciała coś powie­dzieć, jakieś słowa, które ni­gdy już nie wybrzmią.

Por­ter przy­klęk­nął, żeby dokład­niej się jej przyj­rzeć.

Miała na sobie czer­woną kurtkę, czarne dżinsy, białą weł­nianą czapkę i ręka­wiczki do kom­pletu, a także różowe buty spor­towe. Ramiona zwi­sały jej luźno po bokach, nogi sku­lone pod cia­łem zni­kały w ciem­nej toni. W wodzie zwłoki zwy­kle puchną, ale niska tem­pe­ra­tura kon­ser­wuje. Por­ter wolał spuch­nięte. Zauwa­żył, że kiedy wyglą­dały na mniej ludz­kie, łatwiej mu było przy­swoić sobie ten widok -?pod­cho­dził do sprawy mniej emo­cjo­nal­nie.

Dziew­czyna wyglą­dała jak nie­mowlę, opusz­czone i bez­bronne, śpiące pod szkla­nym kocem.

Nash stał za nim i lustro­wał wzro­kiem drzewa na dru­gim brzegu.

-?W tysiąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim urzą­dzili tu wystawę świa­tową. Po tam­tej stro­nie zalewu był ogród japoń­ski, zaj­mo­wał cały ten obszar, gdzie teraz jest lasek. Ojciec przy­pro­wa­dzał mnie tutaj jako dzie­ciaka. Mówił, że spie­przyło się dopiero w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej. Czy­ta­łem gdzieś chyba, że udało się zebrać fun­du­sze, żeby na wio­snę go przy­wró­cić. Widzisz te ozna­ko­wane drzewa? Do wycię­cia.

Por­ter podą­żył za wzro­kiem part­nera. Zalew roz­ga­łę­ział się na dwie czę­ści, wschod­nią i zachod­nią, opły­wa­jące nie­wielką wysepkę. Wiele z pora­sta­ją­cych ją drzew obwią­zano różo­wymi wstąż­kami. Na dru­gim brzegu stało kilka ławek pokry­tych cienką war­stewką szronu.

-?Jak myślisz, kiedy ten zbior­nik zama­rza?

Nash zasta­no­wił się chwilę.

-?Pod koniec grud­nia, może na początku stycz­nia. A czemu?

-?Jeśli to Ella Rey­nolds, to jak dostała się pod lód? Znik­nęła trzy tygo­dnie temu. Zalew powi­nien być już wtedy cał­ko­wi­cie zamar­z­nięty.

Nash zna­lazł w tele­fo­nie zdję­cie Elli Rey­nolds i poka­zał Por­te­rowi.

-?Wygląda jak ona, ale może to tylko zbieg oko­licz­no­ści, jakaś inna dziew­czyna, która się uto­piła, kiedy powierzch­nia nie była jesz­cze skuta lodem.

-?Może, ale jest do niej bar­dzo podobna.

Poja­wiła się przy nich Clair. Pochu­chała w dło­nie i roz­tarła je mocno.

-?Roz­ma­wia­łam z Sophie Rodri­guez z wydziału zagi­nio­nych dzieci. Wysła­łam jej zdję­cie i upiera się, że to Ella Rey­nolds, ale ubra­nie się nie zga­dza. Kiedy Ella znik­nęła, miała na sobie czarną kurtkę. Troje świad­ków zeznało, że widziało ją w auto­bu­sie w czar­nej kurtce. Zadzwo­niła nawet do matki dziew­czyny, ale kobieta twier­dzi, że jej córka nie ma czer­wo­nej kurtki ani bia­łej czapki i ręka­wi­czek.

-?Czyli albo to zupeł­nie inna dziew­czyna, albo ktoś ją prze­brał - stwier­dził Por­ter. -?Jeste­śmy ponad dwa­dzie­ścia kilo­me­trów od miej­sca, w któ­rym Ella znik­nęła.

Clair przy­gry­zła wargę.

-?Będzie potrzebna iden­ty­fi­ka­cja zwłok.

-?Kto ją zna­lazł?

Clair wska­zała na radio­wóz sto­jący na obrze­żach odgro­dzo­nego terenu.

-?Jakiś chło­pak z ojcem, dzie­ciak ma dwa­na­ście lat. -?Zer­k­nęła na notatki w tele­fo­nie. -?Scott Watts. Przy­szli spraw­dzić, czy lód na zale­wie jest wystar­cza­jąco mocny, żeby potre­no­wać jazdę na łyż­wach. Ojciec ma na imię Brian. Podobno chło­pak odgar­nął śnieg i zauwa­żył kawa­łek ręki. Facet kazał synowi się cof­nąć, odśnie­żył tro­chę więk­szy kawa­łek, prze­ko­nał się, że to osoba, i zadzwo­nił pod numer alar­mowy. To było jakąś godzinę temu, zgło­sze­nie przy­jęto o dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia dzie­więć. Upchnę­łam ich w radio­wo­zie, w razie gdy­by­ście chcieli z nimi poroz­ma­wiać.

Por­ter poskro­bał lód paznok­ciem palca wska­zu­ją­cego i rozej­rzał się dookoła. Po lewej stało dwoje tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych i podejrz­li­wie przy­glą­dało się ich trójce.

-?Kto odgar­nął ten śnieg? -?zapy­tał.

Młod­sza z tej dwójki, na oko trzy­dzie­sto­let­nia blon­dynka z krót­kimi wło­sami, w oku­la­rach i gru­bej różo­wej kurtce, pod­nio­sła rękę.

-?Ja, pro­szę pana.

Jej kolega prze­stą­pił nie­pew­nie z nogi na nogę. Wyglą­dał na star­szego od niej o jakieś pięć lat.

-?Ja nad­zo­ro­wa­łem. A o co cho­dzi?

-?Nash? Możesz mi to podać? -?Por­ter wska­zał na pędzel z dłu­gim, bia­łym wło­siem, który wysta­wał z jed­nego z przy­bor­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych.

Gestem dłoni popro­sił tech­ni­ków, żeby pode­szli bli­żej.

-?Spo­koj­nie, zwy­kle nie gryzę.

W listo­pa­dzie Por­ter wró­cił przed cza­sem ze zwol­nie­nia, na które wysłano go po tym, jak jego żona zgi­nęła pod­czas napadu na miej­scowy sklep spo­żyw­czy. Chciał pra­co­wać, głów­nie po to, żeby mieć jakieś zaję­cie, nie myśleć o tym, co się stało.

Zde­cy­do­wa­nie naj­gor­sze były dni bez­po­śred­nio po jej śmierci, kiedy zamknął się sam w miesz­ka­niu. Wszystko przy­po­mi­nało mu o żonie.

Jej twarz patrzyła na niego z foto­gra­fii usta­wio­nych na nie­mal każ­dej półce. W powie­trzu uno­sił się jej zapach -?przez pierw­szy tydzień nie mógł zasnąć, jeśli nie roz­ło­żył na łóżku jej ubrań. Sie­dział w domu i obse­syj­nie myślał o tym, co zro­biłby face­towi, który ją zabił. Nie chciał, żeby takie myśli wypeł­niały mu głowę.

W końcu z miesz­ka­nia wycią­gnął go Zabójca Czwar­tej Małpy, zwany 4MK.

To rów­nież 4MK doko­nał zemsty na czło­wieku, który zamor­do­wał żonę Por­tera. I to z jego powodu ludzie zacho­wy­wali się dziw­nie w jego towa­rzy­stwie, tak jak ta dwójka tech­ni­ków. Nie tyle z lękiem, ile z naboż­nym podzi­wem.

To przez niego 4MK pod maską tech­nika kry­mi­na­li­stycz­nego zdo­łał prze­nik­nąć w sze­regi zespołu pro­wa­dzą­cego śledz­two. To jego Zabójca Czwar­tej Małpy dźgnął nożem w jego wła­snym miesz­ka­niu. To on był tym gli­nia­rzem, który zła­pał seryj­nego mor­dercę i pozwo­lił mu się wymknąć.

Cztery mie­siące póź­niej wszy­scy na­dal o tym roz­ma­wiali, tyle że nie przy nim.

Tech­nicy pode­szli bli­żej.

Kobieta kuc­nęła obok niego.

Za pomocą pędzla Por­ter odgar­nął śnieg z obszaru przy­le­ga­ją­cego do linii brze­go­wej oraz wokół oczysz­czo­nego wcze­śniej terenu. Kiedy powięk­szył już krąg o kolejne pół metra, odło­żył pędzel i zaczął prze­cią­gać dło­nią po lodzie, zaczy­na­jąc od środka i powoli prze­su­wa­jąc się ku brze­gom. Zatrzy­mał się około dzie­się­ciu cen­ty­me­trów od gra­nicy śniegu.

-?Tutaj. Pro­szę dotknąć.

Młod­sza tech­niczka zdjęła ręka­wiczkę i z waha­niem wyko­nała pole­ce­nie, opusz­kami pal­ców muska­jąc lodową taflę.

Zatrzy­mała się parę cen­ty­me­trów od jego dłoni.

-?Czuje pani?

Ski­nęła głową.

-?Deli­katne wgłę­bie­nie. Płyt­kie, ale wyczu­walne.

-?Pro­szę obwieść szcze­linę dookoła i zazna­czyć. -?Podał jej gruby fla­ma­ster.

Minutę zajęło jej nary­so­wa­nie rów­nego kwa­dratu dokład­nie nad cia­łem. Po bokach przy­le­gały do niego dwa mniej­sze kwa­draty, każdy o kra­wę­dzi około dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

-?No to chyba mamy odpo­wiedź -?stwier­dził Por­ter.

Nash zmarsz­czył czoło.

-?O co cho­dzi?

Por­ter wstał i pomógł się pod­nieść tech­niczce.

-?Jak się pani nazywa?

-?Lindsy Rol­fes.

-?Rol­fes, pro­szę wytłu­ma­czyć, o co cho­dzi.

Zasta­no­wiła się chwilę, zer­ka­jąc to na Por­tera, to na lód. Nagle do niej dotarło.

-?Zalew był zamar­z­nięty, więc ktoś wyciął dziurę w lodzie, praw­do­po­dob­nie przy uży­ciu bez­prze­wo­do­wej piły łań­cu­cho­wej, a potem wrzu­cił ofiarę do wody. Gdyby wpa­dła, zoba­czy­li­by­śmy poszar­pane kra­wę­dzie, a nie ide­alny kwa­drat. Ale to nie ma sensu...

-?Co?

Zmarsz­czyła brwi, się­gnęła do przy­bor­nika, wyjęła wier­tarkę bez­prze­wo­dową, przy­mo­co­wała calową koń­cówkę i wywier­ciła dwa otwory, jeden poza obsza­rem wyty­czo­nym przez jej linię, drugi bli­sko ciała. Linijką zmie­rzyła odle­głość do wody w obu miej­scach.

-?Nie rozu­miem... Ofiara jest pod linią zama­rza­nia.

-?Nie nadą­żam -?powie­działa Clair.

-?Uzu­peł­nił wodę -?stwier­dził Por­ter.

Rol­fes poki­wała głową.

-?No tak, ale po co? Mógł po pro­stu wyciąć prze­rę­bel, wepchnąć ciało pod lód i zosta­wić dziurę, żeby natu­ral­nie zamar­zła. Byłoby znacz­nie szyb­ciej i łatwiej. Dziew­czyna by znik­nęła, może nawet na zawsze.

Clair wes­tchnęła.

-?Mogli­by­ście wytłu­ma­czyć bar­dziej po ludzku? Nie wszy­scy tu jeste­śmy eks­per­tami od prze­rę­bli.

Por­ter gestem popro­sił o linijkę. Rol­fes podała mu ją.

-?Lód ma gru­bość co naj­mniej dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Widać tu linię wody. -?Wska­zał na podziałkę linijki. -?Gdy­byś wycięła stąd kwa­dra­towy blok lodu, zostałby występ o wyso­ko­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, od powierzchni lodu do wody. Powiedzmy, że potem wrzu­casz ciało do prze­rę­bla, dziew­czyna tonie, a ty chcesz ukryć dziurę. Musia­ła­byś zacze­kać, aż zrobi się nad nią przynaj­mniej cienka war­stwa lodu, a potem zalać dziurę wodą, wypeł­nić aż do gór­nej kra­wę­dzi lodu, żeby wyrów­nać.

-?Woda zama­rza­łaby tutaj przy­naj­mniej dwie godziny -?oznaj­miła Rol­fes. - Może tro­chę kró­cej, ostat­nio były bar­dzo niskie tem­pe­ra­tury.

Por­ter przy­tak­nął.

-?Dole­wał wody tak długo, aż świeży lód osią­gnął gru­bość sta­rego. Nasz sprawca jest cier­pliwy. To musiało być bar­dzo cza­so­chłonne. -?Zwró­cił się do star­szego tech­nika: -?Ten lód będzie nam potrzebny. Wszystko, co nad nią, i dodat­kowo po kilka cen­ty­me­trów poza tym obsza­rem. Jest spora szansa, że jakieś ślady dostały się do wody, zanim zamar­zła. Podej­rzany długo się tu krę­cił.

Tech­nik przez chwilę spra­wiał wra­że­nie, jakby zamie­rzał pro­te­sto­wać, ale potem nie­chęt­nie poki­wał głową. Wie­dział, że Por­ter ma rację.

Wzrok Por­tera powę­dro­wał ku kępie drzew na dru­gim brzegu.

-?Ale nie rozu­miem, dla­czego ten ktoś nie zosta­wił jej po pro­stu tam. Wycią­ga­nie ciała na otwartą prze­strzeń, wyci­na­nie prze­rę­bla, napeł­nia­nie wodą, cze­ka­nie, aż zamar­z­nie... To spore ryzyko. Sprawca mógł ją prze­cież prze­nieść przez mostek i rzu­cić gdzie­kol­wiek w tych chasz­czach, nikt by jej nie zna­lazł przy­naj­mniej do wio­sny, kiedy mają się zacząć roboty. A on poświę­cił dłu­gie godziny na to, żeby upo­zo­wać ją w zbior­niku wod­nym w pobliżu obszaru, gdzie panuje duży ruch. Zary­zy­ko­wał, że ktoś go zła­pie. Po co? Chciał stwo­rzyć ilu­zję, że ofiara była tu znacz­nie dłu­żej niż w rze­czy­wi­sto­ści? Musiał się spo­dzie­wać, że się domy­ślimy.

-?Zwłoki nie pły­wają -?zauwa­żył Nash. -?Przy­naj­mniej przez pierw­sze kilka dni. Popa­trz­cie na nią. Ciało jest w ide­al­nym sta­nie. Cią­gle nie rozu­miem, jakim cudem unosi się na wodzie.

Por­ter prze­cią­gnął pal­cem po kra­wę­dzi kwa­dratu i zatrzy­mał się przy jed­nym z dwóch mniej­szych kwa­dra­tów po bokach. Zbli­żył twarz do tafli lodu i przyj­rzał się ofie­rze z boku.

-?A niech mnie.

-?Co? -?Rol­fes też się pochy­liła.

Por­ter prze­su­nął dło­nią po lodzie nad ramio­nami dziew­czyny. Kiedy zna­lazł to, czego szu­kał, uło­żył w tym miej­scu dłoń Rol­fes. Patrzyła na niego, coraz bar­dziej wytrzesz­cza­jąc oczy, w miarę jak jej palce badały powierzch­nię lodu. Się­gnęła do kwa­dratu po dru­giej stro­nie.

-?Nie pozwo­lił jej uto­nąć. Poło­żył coś na dziu­rze, praw­do­po­dob­nie deskę o sze­ro­ko­ści mniej wię­cej dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, sądząc po tych śla­dach, po czym obwią­zał ciało na wyso­ko­ści ramion sznur­kiem albo cienką linką i przy­mo­co­wał do deski na czas zama­rza­nia dola­nej wody. Po wszyst­kim odciął linkę. Cią­gle da się wyczuć lek­kie zgru­bie­nia w lodzie. Został tylko taki kawa­łek linki, żeby utrzy­my­wać ją bli­sko powierzchni. Jeśli spoj­rzeć pod odpo­wied­nim kątem, to widać pod lodem sznu­rek.

-?Chciał, żeby ją zna­le­ziono? -?spy­tała Clair.

-?Chciał zro­bić wra­że­nie, na wypa­dek gdyby ją zna­le­ziono -?odparł Por­ter. -?Zadał sobie wiele trudu, żeby zaaran­żo­wać wszystko tak, jakby ofiara zamar­zła w zale­wie całe mie­siące temu, mimo że jest tu zapewne od kilku dni, może nawet kró­cej. Musimy usta­lić, dla­czego tak mu na tym zale­żało.

-?Facet się z nami bawi -?stwier­dziła Rol­fes. -?Nakom­bi­no­wał się ze sceną zbrodni, żeby paso­wała do jakiejś nar­ra­cji.

Instynkt samo­za­cho­waw­czy i strach to dwa z naj­sil­niej­szych ludz­kich instynk­tów. Por­ter nie był pewny, czy chce poznać czło­wieka pozba­wio­nego obu z nich.

-?Wyj­mij­cie ją -?zarzą­dził w końcu.

2

Por­ter

Dzień pierw­szy, 23.24

-?Mam wejść na górę?

Zapar­ko­wali przed domem Por­tera przy Wabash. Nash trą­cał deli­kat­nie pedał gazu, żeby sil­nik Con­nie nie zgasł. Noc zro­biła się przej­mu­jąco mroźna.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Jedź do domu i się wyśpij. Od rana bie­rzemy się ostro do roboty.

Tech­nicy kry­mi­na­li­styczni piłami łań­cu­cho­wymi wycięli lód znad dziew­czyny w for­mie jed­nego kwa­dra­to­wego bloku, po czym ostroż­nie podzie­lili go na mniej­sze kawałki, zała­do­wali do wia­der i prze­wieźli do labo­ra­to­rium do ana­lizy. Ciało dziew­czyny tra­fiło do kost­nicy, gdzie miało cze­kać na iden­ty­fi­ka­cję. Por­ter zadzwo­nił do Toma Eisleya, który zgo­dził się przyjść wcze­śniej do pracy i poin­for­mo­wać go, gdy tylko uda się ziden­ty­fi­ko­wać zwłoki. Kiedy Por­ter i Nash opusz­czali park, patrol mun­du­ro­wych na­dal prze­szu­ki­wał oko­licę, ale nic nie udało im się zna­leźć. Clair zgo­dziła się zostać dłu­żej i przej­rzeć mate­riał wideo z jedy­nej kamery umiesz­czo­nej przy wej­ściu do parku. Nie była pewna, czego wła­ści­wie szuka, a Por­ter nie potra­fił powie­dzieć jej nic kon­kret­nego - tylko żeby wypa­try­wała cze­go­kol­wiek odbie­ga­ją­cego od normy w okre­sie ostat­nich trzech tygo­dni, zwłasz­cza po godzi­nach otwar­cia. Park zamy­kano o zmroku, potem -?nie licząc kilku latarni w naj­bar­dziej uczęsz­cza­nych miej­scach -?teren pogrą­żał się w ciem­no­ści. Nad zale­wem nie było żad­nego oświe­tle­nia. Każdy, kto poja­wiłby się tam po zmierz­chu, na pewno by się wyróż­niał.

-?A co do tej sprawy wcze­śniej, kiedy jecha­li­śmy do parku... -?zaczął Por­ter.

Nash wszedł mu w słowo.

-?Nie ma sprawy, nie musisz się tłu­ma­czyć.

Por­ter mach­nął ręką.

-?Nie sypiam za dobrze. Mam tak od śmierci Heather. Kiedy wcho­dzę do miesz­ka­nia, wydaje mi się takie puste. Wydaje mi się, że ona lada chwila wyj­dzie z sąsied­niego pokoju albo sta­nie w drzwiach wej­ścio­wych z sia­tami peł­nymi zaku­pów, ale tak się nie dzieje. Nie chcę zer­kać na jej połowę łóżka i widzieć, że jest pusta. Nie chcę patrzeć na jej szczo­teczkę do zębów w łazience, ale nie jestem w sta­nie jej wyrzu­cić. To samo z ubra­niami. Jakiś tydzień temu pra­wie zapa­ko­wa­łem wszystko, żeby oddać bied­nym. Wło­ży­łem już nawet pierw­szą bluzkę do pudła, ale nie dałem rady. Kiedy zaczą­łem grze­bać w tych ubra­niach, powie­trze wypeł­niło się jej zapa­chem i poczu­łem się tak, jakby wró­ciła, choćby na krótką chwilę. Wiem, że powi­nie­nem zamknąć ten roz­dział, ale nie jestem pewny, czy potra­fię. Przy­naj­mniej na razie.

Nash nachy­lił się ku przy­ja­cie­lowi i ści­snął go krze­piąco za ramię.

-?Dasz radę. To kwe­stia czasu. Nikt cię nie poga­nia. Pamię­taj tylko, że możesz na nas liczyć. Jeste­śmy przy tobie, gdy­byś cze­go­kol­wiek potrze­bo­wał. -?Nash gme­rał ner­wowo przy kie­row­nicy, sku­bał kawa­łek sztucz­nej skóry. -?Może dobrze by ci zro­biła prze­pro­wadzka. Zna­la­zł­byś sobie nowe miej­sce, mógł­byś zacząć od początku.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Nie mogę. Razem zna­leź­li­śmy to miesz­ka­nie. To mój dom.

-?To może jakieś waka­cje? -?zasu­ge­ro­wał Nash. -?Masz masę zale­głego urlopu.

-?No, może. -?Por­ter zapa­trzył się na fasadę budynku.

Nie prze­pro­wa­dzi się. Nie w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Drzwi che­vro­leta zaskrzy­piały, kiedy pocią­gnął za klamkę i wysiadł.

-?Jasny gwint, ale zimno.

-?Pora wyjąć kale­sony z szafy i whi­sky z barku.

Por­ter postu­kał w dach samo­chodu.

-?Gdy­byś poświę­cił na to tro­chę czasu, mógł­byś z niej zro­bić nie­złą brykę.

Nash się uśmiech­nął.

-?Widzimy się w pokoju narad o siód­mej?

-?Tak, o siód­mej będzie w sam raz.

I odje­chał.

Por­ter pocze­kał, aż samo­chód znik­nie w głębi ulicy, po czym wszedł do nie­wiel­kiego holu budynku, ostroż­nie omi­ja­jąc zamar­z­nięte psie odchody na scho­dach. Minął skrzynki na listy i zaczął się wspi­nać na swoje pię­tro. Nie jeź­dził już win­dami, przy­naj­mniej jeśli miał wybór.

Kiedy prze­kro­czył próg miesz­ka­nia, zaata­ko­wała go mie­szanka woni kil­ku­na­stu posił­ków na wynos. Główna wino­waj­czyni, sterta kar­to­nów po pizzy na stole kuchen­nym, wypeł­niała powie­trze odo­rem sta­rego sera i nie­świe­żego pep­pe­roni.

Por­ter powie­sił płaszcz na opar­ciu krze­sła, wszedł do sypialni i zapa­lił świa­tło.

Łóżko zostało odsu­nięte w daleki kąt pokoju, podob­nie jak dwa sto­liki nocne.

Ścianę, pod którą wcze­śniej stało, pokry­wały setki zdjęć, nota­tek, kolo­ro­wych kar­te­czek i wycin­ków pra­so­wych. Nie­które były połą­czone sznur­kiem. Kiedy skoń­czył mu się sznu­rek, zaczął malo­wać linie czar­nym mar­ke­rem.

To wszyst­kie infor­ma­cje, jakie zgro­ma­dził na temat 4MK vel Ansona Bishopa vel Paula Wat­sona -?jed­nej osoby w trzech wcie­le­niach. Znał szcze­góły jego daw­nych zbrodni, ale naj­bar­dziej zale­żało mu na usta­le­niu, dokąd Bishop mógł uciec.

Na pod­ło­dze w kącie pokoju leżał lap­top, ekran świe­cił się jasno. Por­ter pod­niósł go i prze­stu­dio­wał wyświe­tlone infor­ma­cje. Usta­wił sobie alerty Google (oka­zało się to zadzi­wia­jąco pro­ste nawet dla osoby pozba­wio­nej choćby pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści kom­pu­te­ro­wych), żeby śle­dziły każdą wzmiankę i każdy arty­kuł w inter­ne­cie doty­czący Bishopa, Wat­sona lub 4MK i prze­sy­łały mu wyniki na pry­watną skrzynkę mej­lową. Cza­sem trwało to godzi­nami, ale zawsze prze­glą­dał każdą wia­do­mość i zazna­czał wspo­mniane loka­li­za­cje na dużej mapie świata wiszą­cej na ścia­nie w samym środku całego zbioru danych. Były wśród nich także inne mapy. Dzie­siątki szcze­gó­ło­wych pla­nów wszyst­kich naj­więk­szych miast.

Dane z czte­rech mie­sięcy.

Mapy były pona­kłu­wane pinez­kami -?czer­wo­nymi ozna­czał miej­sca, w któ­rych go zauwa­żono, nie­bie­skimi adresy auto­rów donie­sień pra­so­wych, a żół­tymi domy osób zagi­nio­nych lub zamor­do­wa­nych metodą podobną do tej opra­co­wa­nej przez 4MK. Naśla­dow­ców nie bra­ko­wało. Więk­szość pine­zek sku­piała się w Chi­cago, ale poje­dyn­cze poja­wiały się nawet w Moskwie i Bra­zy­lii.

Por­ter wziął do ręki żółtą pinezkę i poszu­kał zalewu w Jack­son Park na pla­nie Chi­cago.

-?Ella Rey­nolds, zagi­niona dwu­dzie­stego dru­giego stycz­nia dwa tysiące pięt­na­stego roku, praw­do­po­dob­nie odna­le­ziona dwu­na­stego lutego dwa tysiące pięt­na­stego -?mruk­nął pod nosem. Nie miał powo­dów sądzić, że 4MK miał z tym coś wspól­nego, ale zostawi pinezkę w tym miej­scu, dopóki nie zdo­bę­dzie pew­no­ści.

Powieki miał cięż­kie z nie­wy­spa­nia.

Męczył go okrutny ból głowy.

Usiadł na pod­ło­dze i zaczął prze­glą­dać alerty Google z całego dnia, w sumie pięć­dzie­siąt dzie­więć.

Kiedy dwie godziny póź­niej zadzwo­nił tele­fon, w pierw­szej chwili zamie­rzał go zigno­ro­wać, ale zmie­nił zda­nie. Nikt nie dzwo­nił o wpół do dru­giej nad ranem bez waż­nego powodu.

-?Por­ter -?ode­brał.

Dla­czego w środku nocy jego głos zawsze zda­wał się gło­śniej­szy?

Z początku odpo­wie­działa mu cisza. Ale potem:

-?Panie detek­ty­wie, tu Sophie Rodri­guez ze sto­wa­rzy­sze­nia Zagi­nione Dzieci. Dosta­łam pana numer od Clair Nor­ton.

-?Czym mogę słu­żyć?

Kolejna chwila ciszy.

-?Mamy następną zagi­nioną dziew­czynę. Muszą pano­wie tutaj przy­je­chać.

3

Por­ter

Dzień drugi, 2.21

"Tutaj", czyli do budynku z sza­rego kamie­nia przy King Drive w dziel­nicy Bron­ze­ville.

Rodri­guez nie podała żad­nych szcze­gó­łów przez tele­fon, powie­działa tylko, że sprawa ma jakiś zwią­zek z cia­łem dziew­czyny zna­le­zio­nej wcze­śniej w parku i że powi­nien tam się zja­wić.

Por­ter zapar­ko­wał char­gera na ulicy, za che­vro­le­tem Nasha, przedarł się przez zaspy na skraju jezdni i dotarł do budynku na rogu. Nie musiał pukać. Umun­du­ro­wany poli­cjant sto­jący przy drzwiach roz­po­znał go i wpu­ścił do środka. W salo­nie po lewej stro­nie od wej­ścia sie­dział Nash z jakąś kobietą. "Pew­nie to ta Rodri­guez", pomy­ślał Por­ter. Męż­czy­zna pod pięć­dzie­siątkę o szpa­ko­wa­tych wło­sach, wyspor­to­wany, w twe­edo­wej mary­narce i dżin­sach, stał obok Nasha. Inna kobieta, nie­wąt­pli­wie jego żona, też sie­działa na kana­pie, ści­ska­jąc w dłoni chu­s­teczkę higie­niczną.

Sie­dząca obok niej kobieta wstała, kiedy Por­ter wszedł do pokoju.

-?Detek­tyw Por­ter? Sophie Rodri­guez z Zagi­nio­nych Dzieci. Dzię­kuję za przyj­ście. Wiem, że jest już późno.

Por­ter uści­snął jej dłoń i rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu.

Więk­szość tego typu budyn­ków zbu­do­wano na prze­ło­mie XIX i XX wieku. W tym wypadku ktoś doło­żył sta­rań, żeby przy­wró­cić ory­gi­nalne insta­la­cje i wykoń­cze­nia. Dywany też wyglą­dały na auten­tyczne, ale musiały być pod­rób­kami, sta­ran­nymi kopiami ory­gi­nal­nych. Salon ume­blo­wano anty­kami.

Męż­czy­zna, który wcze­śniej roz­ma­wiał z Nashem, wycią­gnął rękę do Por­tera.

-?Dok­tor Ran­dal Davies, to moja żona Grace. Bar­dzo dzię­kuję, że pofa­ty­go­wał się pan o tej porze.

Męż­czy­zna wska­zał fotel obok kanapy. Por­ter odmó­wił.

-?To był długi dzień. Lepiej postoję.

-?W takim razie może kawy?

-?Chęt­nie. Czarną popro­szę.

Dok­tor Davies prze­pro­sił na chwilę i znik­nął w kory­ta­rzu.

Por­ter zer­k­nął na Rodri­guez, która wró­ciła na swoje miej­sce na kana­pie.

-?Pani Davies zadzwo­niła do nas po pół­nocy, bo jej córka nie wró­ciła do domu -?powie­działa.

Grace Davies unio­sła czer­wone, zapuch­nięte oczy.

-?Lili pra­cuje w cen­trum, w gale­rii sztuki. W czwartki idzie tam pro­sto po szkole, a po zamknię­ciu, o jede­na­stej, zama­wia Ubera do domu. Zawsze wraca naj­póź­niej o wpół do dwu­na­stej. Jeśli z jakie­goś powodu ma się spóź­nić, wysyła mi ese­mesa. Wie, że się o nią mar­twimy, więc zawsze pisze. Jest odpo­wie­dzialną dziew­czyną, to jej pierw­sza praca, wie, że się mar­twimy... -?Osu­szyła oczy chu­s­teczką. -?Do jede­na­stej czter­dzie­ści pięć się nie ode­zwała, więc zadzwo­ni­łam, ale od razu włą­czyła się poczta. Potem zadzwo­ni­łam do gale­rii, roz­ma­wia­łam z jej prze­ło­żoną, panią Edwins. Powie­działa, że Lili nie poja­wiła się w pracy. Pró­bo­wała się z nią skon­tak­to­wać, ale za każ­dym razem to samo: poczta gło­sowa. Ani jed­nego sygnału, od razu poczta. To zna­czy, że tele­fon jest wyłą­czony, a to bar­dzo nie w jej stylu. Ni­gdy nie wyłą­cza komórki. Wie, że się o nią mar­twię. Potem zadzwo­ni­łam do Gabby, jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki...

-?Jak Gabby ma na nazwi­sko? -?wtrą­cił się Por­ter.

-?Deegan. Gabrielle Deegan. Poda­łam już namiary pań­skiej part­nerce. - Mówiąc to, zer­k­nęła na Rodri­guez. Por­ter jej nie popra­wił.

Pani Davies kon­ty­nu­owała rela­cję:

-?Gabby powie­działa, że w ogóle jej dziś nie widziała. Nie przy­szła do szkoły, nie odpi­sy­wała na wia­do­mo­ści. To zupeł­nie nie w stylu Lili, pro­szę zro­zu­mieć. To wzo­rowa uczen­nica, ma świetne stop­nie. Nie opu­ściła ani jed­nego dnia szkoły od czwar­tej klasy, kiedy cho­ro­wała na ospę. - Pani Davies przez chwilę w mil­cze­niu przy­glą­dała się twa­rzy Por­tera. - To pan jest tym detek­ty­wem, który... Boże, sądzi pan, że to Zabójca Czwar­tej Małpy porwał naszą córkę? Dla­tego pan tu przy­je­chał? -?Sze­roko otwo­rzyła oczy i zalała się łzami.

-?To nie on -?zapew­nił Por­ter, choć sam wcale nie był tego taki pewny. - Na tym eta­pie nie mamy powo­dów sądzić, że kto­kol­wiek porwał pani córkę.

-?Nie znik­nę­łaby tak po pro­stu.

Por­ter spró­bo­wał zmie­nić temat.

-?Do któ­rej szkoły cho­dzi?

-?Wil­cox Aca­demy.

Dok­tor Davies wró­cił z kub­kiem paru­ją­cej kawy, który wrę­czył Por­te­rowi, po czym znowu sta­nął obok żony.

-?Wiem, co pan sobie myśli, ale jak już powie­dzie­li­śmy pań­skim part­ne­rom, Lili nie ma chło­paka. Nie zerwa­łaby się ze szkoły, a już na pewno nie opu­ści­łaby zmiany w gale­rii, kocha tę pracę. Coś jest nie tak. Ma włą­czoną opcję znaj­do­wa­nia tele­fonu, ale z naszego konta nic nie widzimy. Dzwo­ni­łem do Apple, powie­dzieli, że tele­fon nie jest pod­łą­czony do sieci. Córka nie wyłą­czy­łaby tele­fonu.

Nash odkaszl­nął.

-?Czy mogłaby pani powtó­rzyć detek­ty­wowi Por­te­rowi, w co Lili była dziś ubrana, kiedy widziano ją ostatni raz?

Pani Davies ski­nęła głową.

-?Miała na sobie swoją ulu­bioną czer­woną parkę, białą czapkę, ręka­wiczki do kom­pletu i ciemne dżinsy. Zimą Lili wolała prze­bie­rać się w mun­du­rek dopiero w szkole. Dziś rano przed wyj­ściem zaj­rzała do kuchni i się ze mną poże­gnała. To jej uko­chana kurtka. Kupiła ją w Bar­neys za pierw­szą wypłatę. Była z niej bar­dzo dumna.

Rodri­guez zaci­snęła usta.

Por­ter nic nie powie­dział.

4

Por­ter

Dzień drugi, 3.02

-?Jak to w ogóle moż­liwe?

-?Możemy im poka­zać zdję­cie kurtki, żeby się upew­nić -?zapro­po­no­wał Nash.

Por­ter pokrę­cił głową.

-?Nie możemy im poka­zać zdję­cia mar­twej dziew­czyny.

Stali w trójkę przed domem Davie­sów, a mię­dzy nimi w mroź­nym powie­trzu uno­siły się kłęby pary wydo­by­wa­ją­cej się z ich ust.

-?Nie ma mowy, żeby ktoś zdą­żył upro­wa­dzić Lili Davies, ubrać w jej ciu­chy Ellę Rey­nolds i pogrze­bać ją pod lodem na zale­wie. Nie­moż­liwe. Zbyt mało czasu. -?Por­ter prze­stą­pił z nogi na nogę. Tem­pe­ra­tura musiała spaść grubo poni­żej zera. -?Musiałby to zro­bić w ciągu dnia, w godzi­nach otwar­cia parku. Ktoś na pewno by go zauwa­żył.

Nash zasta­no­wił się chwilę.

-?Przy tej pogo­dzie w parku są pustki. Jedyne ryzyko to gdyby ktoś zoba­czył sprawcę, jak prze­no­sił ciało z samo­chodu nad wodę. O ile nikt nie pod­szedł zbyt bli­sko, o tyle wła­ści­wie nic nie powinno zwró­cić niczy­jej uwagi. Wyglą­dał pew­nie jak zwy­kły facet, może węd­karz czy coś. Jeśli roz­sta­wił wędkę, to założę się, że mógłby tam prze­sie­dzieć cały dzień i nikt nawet nie zwró­ciłby na niego uwagi.

-?Abs­tra­hu­jąc od kwe­stii logi­stycz­nych -?powie­działa Rodri­guez -?to po co to wszystko?

Por­ter i Nash wymie­nili spoj­rze­nia. Obaj dobrze wie­dzieli, że seryjni zabójcy rzadko dzia­łali w okre­ślo­nym celu, a przy­naj­mniej takim, który miałby sens dla kogo­kol­wiek poza nimi. Choć na razie mieli tylko jedną ofiarę, to jeśli okaże się powią­zana z drugą zagi­nioną, mogą mieć do czy­nie­nia z seryj­nym.

-?Czy Ella Rey­nolds i Lili Davies się znały? -?Por­ter zapy­tał Rodri­guez.

Ta pokrę­ciła głową.

-?Rodzice Lili tylko koja­rzyli jej nazwi­sko z tele­wi­zji.

-?Powin­ni­śmy poga­dać z Gabby, przy­ja­ciółką Lili -?zauwa­żył Por­ter. -?O któ­rej dziew­czyna wyszła do szkoły?

Rodri­guez zer­k­nęła do nota­tek.

-?Kwa­drans po siód­mej.

Nash zamknął oczy i doko­nał obli­czeń.

-?To nam daje tylko dwa­na­ście godzin od chwili znik­nię­cia Lili do momentu, kiedy Ellę zna­le­ziono w zamar­z­nię­tym zale­wie.

-?Ale z cie­bie mate­ma­tyk -?rzu­cił Por­ter z prze­ką­sem.

-?Jeśli to tylko jeden facet, to jest szybki. Sprawny -?stwier­dził Nash.

Por­ter zwró­cił się ponow­nie do Rodri­guez.

-?Sophie, tak?

Ski­nęła głową.

-?Wróć do środka i prze­szu­kaj pokój dziew­czyny. Zwra­caj uwagę na wszystko, co wygląda nie­ty­powo. Zdo­bądź kom­pu­ter, sprawdź mejle, zapi­sane pliki. Poszu­kaj pamięt­nika, zdjęć... Jeśli cokol­wiek znaj­dziesz, dzwoń do mnie. Dopy­taj o jej drogę do szkoły. Cho­dzi pie­szo czy jeź­dzi? Sama czy ze zna­jo­mymi? Jasne?

Rodri­guez przy­gry­zła wargę.

-?Co z Lili?

Por­ter nie był jesz­cze gotowy na to pyta­nie. Odwró­cił się do Nasha.

-?Chodź, obu­dzimy Eisleya.

5

Por­ter

Dzień drugi, 4.18

Kost­nica i biuro koro­nera hrab­stwa Cook znaj­do­wały się w cen­trum Chi­cago, przy West Har­ri­son. O tej porze pra­wie nie było ruchu, a kiedy Por­ter i Nash dotarli na miej­sce, oka­zało się, że par­king przed budyn­kiem jest nie­mal pusty. Straż­nik z recep­cji spoj­rzał na nich sen­nym wzro­kiem i ski­nął głową na powi­ta­nie.

-?Pro­szę się wpi­sać.

Por­ter naba­zgrał "Burt Rey­nolds" i podał pod­kładkę Nashowi, który napi­sał "Dolly Par­ton", oddał listę i poszedł za nim do wind na końcu holu. Por­ter co prawda nie prze­pa­dał za win­dami, ale wolał już to od wspi­naczki po scho­dach na wyso­kie pię­tra.

Kiedy przy­je­chała winda (druga od lewej), szybko wszedł za Nashem do środka, żeby nie zmie­nić zda­nia.

Por­ter naci­snął guzik z trójką.

-?Dolly była swego czasu nie­zła.

-?Na­dal jest -?odparł Nash. -?GILF1 pełną gębą.

-?GILF?

-?Wytłu­ma­czę ci, jak doro­śniesz.

Drzwi windy otwo­rzyły się na pusty kory­tarz.

Nash rzu­cił okiem na auto­mat ze sło­dy­czami, ale daro­wał sobie i ruszył ku podwój­nym drzwiom na końcu kory­ta­rza.

Tom Eisley sie­dział przy biurku. Kiedy weszli do gabi­netu, pod­niósł na chwilę wzrok, ale zaraz wró­cił do lek­tury.

Por­ter spo­dzie­wał się jakiejś uwagi na temat wcze­snej pory, jed­nak lekarz zapy­tał:

-?Widzie­li­ście kie­dyś ocean?

Por­ter i Nash wymie­nili spoj­rze­nia.

Eisley zamknął książkę i wstał zza biurka.

-?Nie­ważne. Chyba nie jestem jesz­cze gotów o tym roz­ma­wiać.

-?Rozu­miem, że pra­cu­jesz nad naszą dziew­czyną? -?zapy­tał Por­ter.

Eisley wes­tchnął ciężko.

-?Pró­buję. Od kiedy ją tu przy­wieźli, sta­ramy się pod­grzać ciało. Widzi­cie, nie była cał­ko­wi­cie zamar­z­nięta, ale sporo poni­żej nor­mal­nej tem­pe­ra­tury. W związku z tym trudno będzie okre­ślić czas zgonu.

-?Zna­cie już przy­czynę śmierci?

Eisley otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć, ale zmie­nił zda­nie.

-?Na razie nie. Będę potrze­bo­wał jesz­cze kilku godzin. Oczy­wi­ście może­cie tu zostać, jeśli chce­cie.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, znik­nął za drzwiami sali sek­cyj­nej.

Nash ski­nął na Por­tera.

-?Wygląda na to, że tro­chę to potrwa.

Por­ter opadł na żółte winy­lowe krze­sło obok drzwi, przez które wyszedł Eisley, a powieki miał coraz cięż­sze z nie­wy­spa­nia.

6

Por­ter

Dzień drugi, 7.26

-?Pano­wie?

Por­ter otwo­rzył oczy, mru­ga­jąc inten­syw­nie, i dopiero po dłuż­szej chwili dotarło do niego, że znaj­duje się w gabi­ne­cie Eisleya w kost­nicy. Przez sen zsu­nął się na winy­lo­wym krze­śle, strzy­kało mu w karku od spa­nia w dziw­nej pozy­cji. Nash pół­le­żał za biur­kiem Eisleya z głową opartą na ster­cie papie­rów.

Eisley wziął do ręki jakiś pod­ręcz­nik medyczny, pod­niósł go na metr nad biurko i upu­ścił. Książka upa­dła z gło­śnym hukiem i Nash wypro­sto­wał się gwał­tow­nie na krze­śle, ślina cie­kła mu po pod­bródku.

-?Co do...

-?Kwiat naszej poli­cji w akcji -?rzu­cił Eisley z prze­ką­sem. -?Chodź­cie.

Por­ter zer­k­nął na zegar ścienny -?pra­wie wpół do ósmej. Przy­je­chali tu nieco ponad trzy godziny temu.

-?Szlag, nie sądzi­łem, że usnę -?wymam­ro­tał. Wyjął z kie­szeni komórkę: trzy nie­ode­brane połą­cze­nia od Clair, żad­nych wia­do­mo­ści na poczcie gło­so­wej.

Eisley zapro­wa­dził ich przez podwójne drzwi na tyłach gabi­netu do dużej sali sek­cyj­nej. Por­ter i Nash wzięli ręka­wiczki z pudełka umiesz­czo­nego na ścia­nie przy drzwiach.

Wszyst­kie odgłosy nio­sły się tutaj echem.

Ta myśl zawsze przy­cho­dziła Por­te­rowi do głowy tuż po prze­kro­cze­niu progu tej sali. Wszystko brzmiało ina­czej z powodu beżo­wych kafel­ków na pod­ło­dze i ścia­nach. Druga cecha pomiesz­cze­nia sek­cyj­nego, która zawsze zwra­cała jego uwagę, to tem­pe­ra­tura -?nie wie­dział, ile dokład­nie jest tu stopni, ale odno­siło się wra­że­nie, że o kil­ka­na­ście mniej niż w gabi­ne­cie. Na karku czuł gęsią skórkę, prze­szedł go dreszcz. Trze­cią rze­czą, do któ­rej nie potra­fił się przy­zwy­czaić, był zapach. Nie pach­niało tu źle, przy­naj­mniej dzi­siaj, ale bar­dzo mocno. Ciężka woń prze­my­sło­wych środ­ków czysz­czą­cych miała zama­sko­wać smród cze­goś innego, o czym Por­ter wolał nie myśleć.

Jarze­niówki świe­ciły jasno pod sufi­tem, odbi­jały się w szaf­kach ze stali nie­rdzew­nej. Duża, okrą­gła lampa chi­rur­giczna góro­wała nad sto­ją­cym na środku sto­łem sek­cyj­nym, na któ­rym spo­czy­wało ciało wyło­wione z zalewu.

Eisley musiał zamknąć dziew­czy­nie oczy.

"Śpiąca kró­lewna".

Z boku leżał koc elek­tryczny i stały cztery duże lampy.

Eisley zauwa­żył, że Por­ter na nie patrzy.

-?Poszczę­ściło nam się. Nie spę­dziła w zale­wie dużo czasu, a ciało znaj­do­wało się pod linią zama­rza­nia. Gdyby cał­ko­wi­cie zamar­zła, trzeba by parę dni pocze­kać z sek­cją. W tym wypadku wystar­czyło kilka godzin, żeby odpo­wied­nio pod­nieść tem­pe­ra­turę ciała.

-?Jesz­cze jej nawet nie roz­cię­li­ście -?zauwa­żył Nash. -?Wygląda na to, że wcale nie zaczę­li­ście dzia­łać.

-?Zdzi­wił­byś się, jak wiele mogą powie­dzieć zwłoki, jeśli wia­domo, gdzie szu­kać -?odparł Eisley. -?Będę mógł ją otwo­rzyć dopiero jutro, cią­gle jest zimna. Jeśli zbyt szybko ją ogrze­jemy, ryzy­ku­jemy kry­sta­li­za­cję i uszko­dze­nie komó­rek. Ale to wcale nie zna­czy, że w mię­dzy­cza­sie dziew­czyna nic nam nie może powie­dzieć. W prze­ci­wień­stwie do was ciężko pra­co­wa­łem. -?Prze­cią­gnął dłoń przez włosy dziew­czyny. -?Mówiła do mnie, a ja jej słu­cha­łem.

-?Prze­stań, zaczy­nam się cie­bie bać -?powie­dział Por­ter.

Eisley uśmiech­nął się i cof­nął o krok od stołu.

-?Chce­cie się dowie­dzieć, co usta­li­łem?

-?Byłoby bar­dzo miło z two­jej strony.

Pod­szedł do jed­nego z boków stołu i pod­niósł rękę ofiary.

-?Zimna woda świet­nie ją zakon­ser­wo­wała. Z więk­szo­ścią wyło­wio­nych ciał mamy pro­blem, trudno zdjąć odci­ski. Skóra puch­nie, musimy przy­wró­cić ją do nor­mal­nego stanu przed zdję­ciem odci­sków. Tak jak kiedy marsz­czą wam się palce w kąpieli, tyle że w wer­sji eks­tre­mal­nej.

-?Ja tam raczej wolę prysz­nic -?stwier­dził Por­ter.

Eisley zigno­ro­wał jego uwagę.

-?W lodo­wa­tej wodzie odci­ski pal­ców zacho­wały się nie­tknięte, utrzy­ma­łyby się tak pew­nie aż do wio­sen­nych roz­to­pów. -?Opu­ścił dłoń dziew­czyny z powro­tem na stół, uło­żył ją deli­kat­nie u jej boku. - Dosta­łem wyniki jakieś dwie godziny temu. Potwier­dzają, że to Ella Rey­nolds, dziew­czyna, która zagi­nęła przed trzema tygo­dniami.

Por­ter wes­tchnął. Spo­dzie­wał się tego, ale wypo­wie­dziane na głos słowa brzmiały jakoś przy­gnę­bia­jąco.

-?A co z cza­sem i przy­czyną śmierci?

-?Jak już mówi­łem, z powodu lodo­wa­tej wody okre­śle­nie czasu zgonu może być pro­ble­ma­tyczne. Na razie mogę stwier­dzić, że naj­wy­żej czter­dzie­ści osiem godzin temu, ale nie mniej niż dwa­dzie­ścia cztery. Mam nadzieję zawę­zić to okienko, kiedy już rzucę okiem na jej wątrobę i inne narządy -?wyja­śnił. -?Pomo­że­cie mi ją prze­krę­cić?

Por­ter i Nash wymie­nili spoj­rze­nia. Nash cof­nął się lekko. Jak na detek­tywa z wydziału zabójstw miał dziwną awer­sję do zwłok.

Por­ter zła­pał dziew­czynę za nogi, Eisley wziął ją pod pachy i razem prze­wró­cili ją na brzuch.

Eisley prze­cią­gnął pal­cem po dłu­giej, ciem­nej linii bie­gną­cej w poprzek jej ple­ców.

-?To od liny, za pomocą któ­rej utrzy­my­wał ją pod powierzch­nią wody. Odbar­wie­nie skóry wska­zuje na to, że zawie­sił ją po śmierci. Oczy­wi­ście wkrótce po śmierci, w prze­ciw­nym razie ślad nie byłby tak widoczny, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę tę grubą kurtkę, którą miała na sobie. - Ski­nął głową w stronę kupki schlud­nie poskła­da­nych ubrań na sta­lo­wym bla­cie.

Nash pod­szedł, pod­niósł czer­woną parkę i zaczął prze­szu­ki­wać kie­sze­nie.

-?Zauwa­ży­łeś jakie­kol­wiek infor­ma­cje iden­ty­fi­ka­cyjne na ubra­niach?

-?To nie są jej ubra­nia, prawda? -?Eisley raczej stwier­dził fakt, niż zadał pyta­nie.

Por­ter zwró­cił się do niego.

-?To twój wnio­sek z bada­nia?

-?Mam takie podej­rze­nia, ale nie jestem pewny, czy nazwał­bym je aż wnio­skiem. Wszystko zda­wało się na nią tro­chę za małe. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach uznał­bym to za rezul­tat spuch­nię­cia ciała w wodzie, ale ponie­waż w tym wypadku pra­wie go nie było, wydało mi się to dziwne. Zwłasz­cza bie­li­zna i dżinsy były przy­cia­sne, co naj­mniej o roz­miar czy dwa. Wbiła się w nie, ale są obci­słe, wręcz nie­wy­godne. Spójrz­cie na czapkę -?powie­dział -?wska­zu­jąc na blat. -?Na metce są jakieś litery, naj­praw­do­po­dob­niej ini­cjały.

Nash odło­żył kurtkę, pod­niósł białą czapkę i wywró­cił ją na lewą stronę.

-?L.D. Tro­chę wybla­kłe, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, co jest tu napi­sane.

-?Lili Davies -?stwier­dził Por­ter.

-?Praw­do­po­dob­nie tak.

-?A kto to? -?zapy­tał Eisley.

-?Inna nasto­latka, dzi­siaj zagi­nęła -?wyja­śnił Por­ter.

-?Czyli zabójca tej dziew­czyny prze­brał ją w ciu­chy tam­tej dru­giej?

-?Na to wygląda.

-?Hmm.

-?A przy­czyna zgonu? Nie widzę nic na ciele. Żad­nych ran ani śla­dów dusze­nia.

Eisley się oży­wił.

-?Aaa, tak. Zdzi­wi­cie się.

-?Jak umarła?

-?Uto­piła się.

Nash zmarsz­czył czoło.

-?A co w tym dziw­nego? Zna­leź­li­śmy ją w zale­wie.

Por­ter uniósł dłoń.

-?Mówi­łeś, że ślady na ple­cach powstały po śmierci. Twier­dzisz, że jesz­cze żyła, kiedy wło­żył ją pod lód?

-?Nie, nie, wtedy już była mar­twa. Mam na myśli, że uto­nęła, a potem wrzu­cił ją do zalewu. -?Pod­szedł do mikro­skopu usta­wio­nego na pod­wyż­sze­niu po jego lewej stro­nie. -?Popa­trz­cie -?powie­dział, wska­zu­jąc na urzą­dze­nie.

Por­ter pod­szedł i zaj­rzał w oku­lar.

-?Co mam tu zoba­czyć?

-?Kiedy ją przy­wieźli, udało mi się wpro­wa­dzić rurkę do płuc i wycią­gnąć wodę, tę, którą tu widzisz.

Por­ter zmarsz­czył brwi.

-?Co to za małe zia­renka w niej pły­wają?

Kącik ust Eisleya wygiął się w górę.

-?To, przy­ja­cielu, jest sól.

-?Uto­nęła w sło­nej wodzie?

-?Wła­śnie.

Na twa­rzy Nasha kon­ster­na­cja wal­czyła z bra­kiem zro­zu­mie­nia.

-?Jeste­śmy w Chi­cago... Do naj­bliż­szego oce­anu mamy ile, z pół­tora tysiąca kilo­me­trów?

-?Naj­bli­żej byłoby nad Atlan­tyk -?odparł Eisley. -?Bal­ti­more w Mary­lan­dzie. Jakieś tysiąc sto kilo­me­trów.

Zadzwo­niła komórka Por­tera. Zanim ode­brał, zer­k­nął na wyświe­tlacz.

-?Cześć, Clair.

-?Wró­ci­łeś z wywcza­sów? Dzwo­ni­łam do cie­bie z dzie­sięć razy.

-?Trzy razy.

-?Aha, czyli twój tele­fon jed­nak działa -?powie­działa. -?Ni­gdy nie igno­ruj kobiety, Sam. To się nie może dobrze skoń­czyć.

Por­ter prze­wró­cił oczami i powoli prze­szedł na drugą stronę sali.

-?Jeste­śmy u Eisleya w kost­nicy. Potwier­dził toż­sa­mość dziew­czyny z zalewu, to Ella Rey­nolds. Wygląda też na to, że miała na sobie ubra­nia Lili Davies.

-?Jakiej znowu Lili Davies?

Wyda­wało mu się, że już jej powie­dział o dru­giej zagi­nio­nej dziew­czy­nie, ale teraz uświa­do­mił sobie, że wcale tego nie zro­bił. Nie roz­ma­wiali od czasu wizyty w parku. Potrze­bo­wał snu. Umysł zasnu­wała mu jakby gęsta mgła.

-?Spo­tkajmy się w pokoju narad, będziemy tam z Nashem za pół godziny. Musimy wymie­nić infor­ma­cje.

-?Jasne -?zgo­dziła się Clair. -?A nie spy­tasz mnie, dla­czego do cie­bie wydzwa­nia­łam?

Por­ter zamknął oczy i prze­cze­sał włosy pal­cami.

-?Dla­czego do mnie wydzwa­nia­łaś, Clair?

-?Zna­la­złam coś na nagra­niach z parku.

-?Za pół godziny w pokoju narad. Wszystko omó­wimy. Weź Kloza.

7

Lili

Dzień drugi, 7.26

-?Masz może ochotę na mleko?

Lili Davies naj­pierw usły­szała jego głos, a dopiero potem go zoba­czyła, tak naprawdę zoba­czyła.

Mówił powoli, cicho, nie­wiele gło­śniej od odde­chu, każde słowo arty­ku­ło­wał nie­zwy­kle wyraź­nie, jakby głę­boko zasta­na­wiał się nad tym, co chce powie­dzieć, zanim prze­mó­wił. Lekko seple­nił, potknął się na "sz" w "masz".

Zszedł po scho­dach pra­wie pięć minut temu, deski skrzy­piały pod jego cię­ża­rem. Jed­nak kiedy dotarł na dół, sta­nął u pod­nóża scho­dów i znie­ru­cho­miał. Spo­wi­jał go cień, więc Lili nie mogła doj­rzeć żad­nych szcze­gó­łów, tylko syl­wetkę męż­czy­zny.

Bo to był męż­czy­zna, a nie chło­pak.

Coś w jego posta­wie, sze­ro­kie ramiona, głę­boki oddech -?wszyst­kie te ele­menty pod­po­wia­dały jej, że to doro­sły męż­czy­zna, a nie jeden z kole­gów ze szkoły. Nie jakiś zna­jomy, który posta­no­wił zro­bić jej idio­tyczny kawał, ale męż­czy­zna, męż­czy­zna, który ją porwał.

Lili rze­czy­wi­ście miała ochotę na mleko.

Gar­dło wyschło jej na wiór.

Była też głodna.

Brzuch cichym, ale upo­rczy­wym bur­cze­niem przy­po­mi­nał jej, jak bar­dzo jest głodna.

Nic jed­nak nie powie­działa, nie wydała z sie­bie żad­nego dźwięku. Wci­snęła się tylko głę­biej w kąt, napie­ra­jąc ple­cami na wil­gotną ścianę. Cia­śniej owi­nęła się śmier­dzącą zie­loną narzutą. Nie wie­dzieć czemu mate­riał dawał jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, jakby otu­lały ją mat­czyne ramiona.

Nie było go przy­naj­mniej godzinę, może dłu­żej. Przez ten czas Lili pró­bo­wała się zorien­to­wać, gdzie jest. Nie pozwo­liła sobie na strach, nie mogła sobie pozwo­lić na strach. To po pro­stu zada­nie do roz­wią­za­nia, a ona była w tym dobra.

Znaj­do­wała się w piw­nicy sta­rego domu.

Domy­śliła się tego, ponie­waż sama miesz­kała w sta­rym domu i pamię­tała jesz­cze, jak wyglą­dała piw­nica, zanim rodzice zatrud­nili archi­tek­tów i ekipy remon­towe. Sufit był niski, a pod­łoga nie­równa. W powie­trzu uno­siła się woń ple­śni, wszę­dzie pano­szyły się pająki -?w każ­dym zaka­marku można było zna­leźć starą albo nową sieć, a ich auto­rzy wypeł­zali z każ­dego kąta. Kiedy budow­lańcy weszli do ich domu, cał­ko­wi­cie wypa­tro­szyli piw­nicę, wypo­zio­mo­wali pod­łogę, uszczel­nili ściany, wszystko na nowo otyn­ko­wali i poma­lo­wali. To prze­go­niło pająki, przy­naj­mniej na jakiś czas.

Jej przy­ja­ciółka Gabby miesz­kała w nowiut­kim domu, zbu­do­wa­nym zale­d­wie dwa lata temu, i jej piw­nica wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Wysoki sufit, równe pod­łogi, jasna i prze­wiewna. Poło­żyli wykła­dziny, wsta­wili meble i urzą­dzili przy­jemny pokój rodzinny. Piw­nicy w sta­rym domu nie da się prze­ro­bić na przy­jemny pokój rodziny, nie­za­leż­nie od tego, ile pracy by się w to wło­żyło. Można zama­lo­wać plamy wil­goci, wypo­zio­mo­wać pod­łogi, poło­żyć świeżą war­stwę tynku i farby, ale pająki zawsze wrócą. Pająki tak łatwo nie odda­dzą swo­jego tery­to­rium.

W tej piw­nicy też były pająki.

Cho­ciaż nie widziała ich ze swo­jego miej­sca, to wie­działa, że są tuż nad nią, wypeł­zają z odsło­nię­tych lega­rów pod­ło­go­wych. Obser­wo­wały ją tysią­cami oczu, snu­jąc nowe paję­czyny.

Dał jej ubra­nia, ale to nie były jej ubra­nia.

Kiedy obu­dziła się na pod­ło­dze, owi­nięta zie­loną narzutą, szybko się zorien­to­wała, że roze­brano ją do naga i zamknięto w tej klatce, a koło głowy ktoś zosta­wił kupkę porząd­nie zło­żo­nych ubrań. Nie paso­wały na nią. Były przy­naj­mniej parę roz­mia­rów za duże, ale wło­żyła je, ponie­waż nic innego nie miała, a lep­sze to niż zie­lona narzuta. Potem jed­nak i tak otu­liła się tą narzutą.

Znaj­do­wała się w słabo oświe­tlo­nej, zawil­głej piw­nicy. A dokład­niej -?w kojcu z siatki dru­cia­nej w słabo oświe­tlo­nej, zawil­głej piw­nicy.

Ogro­dze­nie się­gało od pod­łogi do sufitu, a jego czę­ści były zespa­wane. Domy­śliła się, że zbu­do­wano je z myślą o psie, bo rodzina Gabby miała sukę rasy husky, Dakotę, którą trzy­mali w bar­dzo podob­nej, a może nawet iden­tycz­nej klatce w ogródku na tyłach domu. Kupili ją latem w Home Depot, widziały z Gabby, jak jej tata ją skła­dał. Nie zajęło mu to długo, może z godzinę, ale on nie spa­wał.

Kiedy Lili wstała, otu­lona zie­loną narzutą, i prze­bie­gła pal­cami po rurach i gru­bych meta­lo­wych dru­tach, z któ­rych zbu­do­wano jej klatkę, pró­bo­wała wyma­cać złą­cze­nia, wspo­mi­na­jąc, jak tata Gabby skła­dał kojec, ale kiedy wyczuła miej­sca spa­wów, stra­ciła nadzieję. Drzwi do klatki były zamknięte na kłódkę, a nawet dwie -?jedną na górze, drugą na dole. Szarp­nęła, ale drzwi ani drgnęły. Całą kon­struk­cję przy­mo­co­wano do beto­no­wej posadzki. Lili tkwiła wewnątrz pew­nej, solid­nej klatki.

-?Powin­naś się cze­goś napić, będziesz potrze­bo­wała siły na póź­niej - powie­dział męż­czy­zna, znowu poty­ka­jąc się lekko na "sz" w sło­wie "będziesz".

Lili nie odpo­wie­działa. Nie zamie­rzała się odzy­wać. Roz­mowa z nim dałaby mu wła­dzę, a ona nie była na to gotowa. Na nic od niej nie zasłu­gi­wał.

Jedy­nym źró­dłem świa­tła były uchy­lone drzwi u szczytu scho­dów. Męż­czy­zna stał u ich pod­nóża w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu.

Lili pró­bo­wała prze­bić spoj­rze­niem mrok, jej oczy powoli przy­zwy­cza­jały się do ciem­no­ści.

On jed­nak pozo­sta­wał poza zasię­giem jej wzroku, nieco ciem­niej­szy cień wśród innych cieni, syl­wetka na tle ściany.

-?Odwróć się. Stań twa­rzą do tyl­nej ściany i nie odwra­caj się z powro­tem, dopóki ci nie pozwolę -?poin­stru­ował.

Lili nie tylko się nie ruszyła, ale wręcz zesztyw­niała w dotych­cza­so­wej pozy­cji.

-?Odwróć się, pro­szę. -?Łagod­niej, bła­gal­nie.

Ści­snęła mate­riał i jesz­cze moc­niej owi­nęła narzutą swoją drobną syl­wetkę.

-?Masz się, kurwa, odwró­cić! -?wrza­snął, a jego głos roz­brzmiał gło­śno w całej piw­nicy, odbi­jał się od ścian.

Lili wystra­szyła się i cof­nęła o krok, nie­mal się poty­ka­jąc.

Potem znów zapa­dła cisza.

-?Pro­szę, nie zmu­szaj mnie do krzyku. Wolał­bym nie krzy­czeć.

Lili poczuła, jak serce wali jej w piersi, cięż­kie "łup, łup, łup".

Zro­biła krok do tyłu, potem kolejny i jesz­cze jeden. Kiedy dotarła do ściany na końcu klatki, zmu­siła stopy, żeby się odwró­ciły, i sta­nęła twa­rzą do kąta.

Lili usły­szała, jak się zbliża, żywy cień. Coś było nie tak z jego cho­dem. Zamiast mia­ro­wych kro­ków sły­szała, jak jedna stopa opada na zie­mię, a druga prze­suwa się przez sekundę po beto­nie i dopiero potem dołą­cza do pierw­szej, i tak z każ­dym kro­kiem. Szu­ra­nie albo kule­nie, może lek­kie powłó­cze­nie nogą, nie była pewna.

Lili zmu­siła się do zamknię­cia oczu. Nie chciała ich zamy­kać, ale i tak to zro­biła. Zmu­siła się, żeby móc się sku­pić na dźwię­kach, wyobra­zić sobie oto­cze­nie na ich pod­sta­wie.

Usły­szała brzęk klu­czy i chrak­te­ry­styczne klik­nię­cie kłódki -?sądząc po brzmie­niu, gór­nej -?a po chwili dru­giej. Usły­szała, jak wysuwa obie kłódki z klatki, pod­nosi klamkę i otwiera drzwi.

Lili sku­liła się z prze­ra­że­nia na myśl, co się teraz sta­nie.

Spo­dzie­wała się poczuć jego ręce, myślała, że dotknie jej albo zła­pie od tyłu. Nic takiego się jed­nak nie zda­rzyło. Po chwili usły­szała, jak zamyka drzwi i z powro­tem zakłada kłódki, które zatrza­snęły się z klik­nię­ciem.

Nie­re­gu­larne kroki odda­la­jące się od klatki.

-?Możesz się już odwró­cić.

Lili speł­niła pole­ce­nie.

Stał ponow­nie pod scho­dami, znów pogrą­żony w mroku.

Na pod­ło­dze klatki stała szklanka mleka z kro­pelką wody spły­wa­jącą po ściance.

-?Niczego nie dosy­pa­łem -?powie­dział. -?Potrzebna mi jesteś przy­tomna.

8

Por­ter

Dzień drugi, 7.56

-?Zoba­czymy się na miej­scu, muszę sko­czyć do kibla -?powie­dział Nash, kiedy wysie­dli z windy w piw­nicy komendy głów­nej poli­cji Chi­cago przy Michi­gan Ave­nue. Nash skrę­cił kory­ta­rzem w prawo i znik­nął za drzwiami łazienki. Por­ter poszedł w lewo.

Po ucieczce Bishopa agenci fede­ralni wkro­czyli do akcji i prze­jęli sprawę Zabójcy Czwar­tej Małpy. Por­ter był wtedy na zwol­nie­niu lekar­skim, ale Nash wspo­mi­nał, że z początku pró­bo­wali prze­jąć ich pokój narad. Nash wyko­rzy­stał cały swój urok oso­bi­sty, a także uciekł się do gróźb, żeby wygo­nić intru­zów do sali po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, zna­nej głów­nie z dzi­wacz­nego zapa­chu, jaki się w niej nie­ustan­nie uno­sił, a zda­wał się wydo­by­wać z lewego kąta przy tyl­nej ścia­nie. Od tam­tej pory obie grupy współ­żyły ze sobą mniej wię­cej tak poko­jowo jak Korea Połu­dniowa z Pół­nocną.

W pokoju FBI nie paliło się świa­tło.

Por­ter zacze­kał na dźwięk zamy­ka­nia drzwi toa­lety, a potem ostroż­nie naci­snął klamkę do sali fede­ral­nych.

Otwarte.

Por­ter rozej­rzał się szybko po kory­ta­rzu i wśli­znął do środka. Nie zapa­lał świa­tła.

"Sześć gałek ocznych".

Sie­dem ofiar. Osiem, jeśli liczyć Emory.

Pod­świa­do­mość pró­bo­wała mu coś powie­dzieć.

Prze­mie­rzył pokój, skie­ro­wał się ku dwóm bia­łym tabli­com usta­wio­nym z przodu i przyj­rzał się foto­gra­fiom ofiar. Patrzyły na niego zna­jome twa­rze, niczego nie­świa­dome uśmie­chy zasty­głe na zawsze w chwili szczę­ścia. W ostat­nich chwi­lach na jede­na­stym pię­trze budynku przy West Bel­mont 314 Bishop przed­sta­wił swój tok myśle­nia, wyło­żył karty na stół, dumny z pokręt­nej logiki swo­jego planu. "Ci ludzie zasłu­gi­wali na karę", powie­dział Por­te­rowi. I to była prawda. Każda z ofiar zro­biła coś okrop­nego, musiała ponieść kon­se­kwen­cje. On jed­nak nie ata­ko­wał ich bez­po­śred­nio. Zamiast tego pory­wał ich córki. Zada­wał im okrutną śmierć, żeby rodzice cier­pieli już do końca życia. Każda z tych dziew­czyn zgi­nęła nie z powodu wła­snych uczyn­ków, a przez coś, co zro­bił jeden z człon­ków jej rodziny. Tyle pięk­nych, mło­dych twa­rzy zma­sa­kro­wa­nych, żeby zapła­cić za cudze zbrod­nie.

Por­ter pod­szedł do pierw­szej tablicy i pogła­dził pal­cem zdję­cie Calli Tre­mell, pierw­szej ofiary Bishopa. Dwa­dzie­ścia lat, upro­wa­dzona 15 marca 2009 roku. Pierw­sza ofiara Bishopa jako 4MK -?Klo­zow­ski ni­gdy nie omiesz­kał tego pod­kre­ślić. Był dokładny, meto­dyczny i pewny sie­bie, co suge­ro­wało, że naj­praw­do­po­dob­niej zabi­jał już wcze­śniej, dopra­co­wy­wał tech­nikę dzia­ła­nia przez lata prak­tyki. Był zbyt wyra­fi­no­wany na debiu­tanta, a myśl o tym, że ktoś taki jak on cho­dził po świe­cie i zbie­rał śmier­telne żniwo, ćwi­cząc do popi­so­wego numeru... Jeśli to były jego początki jako 4MK, Por­ter nie potra­fił sobie wyobra­zić, jakie były jego początki jako czło­wieka. Pamięt­nik zapew­nił mu pewien wgląd w prze­szłość zabójcy, ale nie­wy­star­cza­jący, zale­d­wie frag­men­cik -?szyb­kie zer­k­nię­cie za zasłonę, zanim Bishop z powro­tem ją zacią­gnął.

Rodzice Calli Tre­mell zgło­sili zagi­nię­cie we wto­rek. W czwar­tek dostali pocztą jej ucho. W sobotę dołą­czyły do niego oczy, a w kolejny wto­rek dostar­czono język. Wszyst­kie prze­syłki w małych bia­łych pudeł­kach prze­wią­za­nych czar­nym sznur­kiem, z ręcz­nie wypi­sa­nym adre­sem odbiorcy i bez śladu odci­sków pal­ców. Ni­gdy ich nie zosta­wiał.

Trzy dni po dostar­cze­niu ostat­niego pudełka bie­gacz zna­lazł ciało dziew­czyny w Almond Park -?usa­dzono ją na ławce z przy­kle­jo­nym do dłoni kar­to­nem z napi­sem "NIE CZY­NIĘ NIC ZŁEGO". Zespół Por­tera już wcze­śniej domy­ślił się metody dzia­ła­nia zabójcy, więc napis tylko potwier­dził ich teo­rię.

Hasło "nie czy­nię nic złego" oka­zało się klu­czem do zro­zu­mie­nia Bishopa, z czego zdali sobie sprawę przy dru­giej ofie­rze 4MK -?Elle Bor­ton. Zagi­nęła 2 kwiet­nia 2010 roku, ponad rok po pierw­szej ofie­rze. Ekipa Por­tera prze­jęła sprawę od Zagi­nio­nych Dzieci, kiedy rodzice zgło­sili otrzy­ma­nie prze­syłki z uchem. Gdy nieco ponad tydzień póź­niej zna­le­ziono jej ciało, trzy­mała w ręku zezna­nie podat­kowe swo­jej babci za rok 2008. Poli­cja tro­chę poszpe­rała i odkryła, że bab­cia zmarła w roku 2005. Matt Hosman z wydziału prze­stępstw gospo­dar­czych usta­lił, że ojciec Elle, kie­row­nik domu opieki, skła­dał zezna­nia w imie­niu kil­ku­na­stu swo­ich zmar­łych pod­opiecz­nych. Bishop zabił Elle Bor­ton, led­wie dwu­dzie­sto­trzy­latkę, za prze­stępstwa ojca.

Kiedy motywy Zabójcy Czwar­tej Małpy stały się jasne, poli­cjanci spraw­dzili rodzinę Calli Tre­mell i odkryli, że jej matka prała brudne pie­nią­dze w banku, w któ­rym pra­co­wała -?ponad trzy miliony dola­rów przez dzie­sięć lat.

Por­ter zro­bił krok w prawo i spoj­rzał na trze­cią foto­gra­fię. Missy Lumax, 24 czerwca 2011 roku. Jej ojciec han­dlo­wał por­no­gra­fią dzie­cięcą. Z kolei ojciec Susan Devoro pod­mie­niał praw­dziwe bry­lanty na fał­szywki w swoim zakła­dzie jubi­ler­skim. To ona była ofiarą numer cztery -?3 maja 2012 roku. Numer pięć: Bar­bara McIn­ley, sie­dem­na­ście lat. Zagi­nęła 18 kwiet­nia 2013 roku. Sześć lat wcze­śniej jej sio­stra śmier­tel­nie potrą­ciła pie­szego, więc Bishop zabił Bar­barę w ramach kary. Brat Alli­son Cram­mer pro­wa­dził na Flo­ry­dzie fabrykę wyzy­sku­jącą nie­le­gal­nych imi­gran­tów. To ona była ofiarą numer sześć, znik­nęła 9 listo­pada 2013 roku, w wieku dzie­więt­na­stu lat. Ten sam los spo­tkał Jodi Blu­ming­ton zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej. Dwu­dzie­sto­dwu­latka zagi­nęła 13 maja 2014 roku. 4MK zabił ją, ponie­waż jej ojciec spro­wa­dzał koka­inę dla kar­telu.

Ostat­nia foto­gra­fia na tablicy przed­sta­wiała dziew­czynę, którą Por­ter dobrze znał, jedyną, którą poznał oso­bi­ście, jedyną, która prze­żyła. Pięt­na­sto­let­nią Emory Con­nors upro­wa­dzono w listo­pa­dzie ubie­głego roku. Choć stra­ciła ucho i spę­dziła kilka dni w nie­woli, Bishop jej nie zabił. Naj­praw­do­po­dob­niej by to zro­bił, gdyby Por­ter go wcze­śniej nie dopadł. Tak przy­naj­mniej pisali w gaze­tach. Por­ter świet­nie wie­dział, że Bishop sam daro­wał jej życie. Wie­dział też, że Bishop pozwo­lił mu się wytro­pić. Chciał mieć oka­zję się pochwa­lić, wyja­śnić swoje motywy i cele, przed­sta­wić swój mani­fest, zanim zamor­do­wał Arthura Tal­bota i znik­nął.

Tal­bot -?jak się oka­zało, ojciec Emory -?był naj­gor­szym prze­stępcą ze wszyst­kich krew­nych ofiar. Choć Bishop porwał Emory, w końcu uka­rał bez­po­śred­nio Tal­bota: zma­sa­kro­wał go i zrzu­cił do szybu windy. Zamor­do­wał go i oszczę­dził Emory.

Emory zaś odzie­dzi­czyła miliar­dowy mają­tek ojca, gdyż w chwili jego śmierci nabrała mocy praw­nej klau­zula w jego testa­men­cie wymu­szona lata wcze­śniej przez matkę dziew­czyny.

Emory prze­żyła, a Bishop wymknął się orga­nom ści­ga­nia.

"Sześć gałek ocznych".

Por­ter wpa­try­wał się w zdję­cia ofiar 4MK.

Sie­dem zabójstw, jedna dziew­czyna pusz­czona wolno.

W listo­pa­dzie, pod­czas śledz­twa w spra­wie Emory, Anson Bishop zdo­łał prze­nik­nąć do zespołu Por­tera -?pod­szył się pod foto­grafa kry­mi­na­li­stycz­nego. Pod­czas pierw­szej narady omó­wili wszyst­kie poprzed­nie ofiary Zabójcy Czwar­tej Małpy, żeby wpro­wa­dzić nowego kolegę w temat. Słu­chał ich uważ­nie, chło­nął infor­ma­cje jak gąbka, uda­jąc, że to dla niego nowość. Por­ter czę­sto wra­cał myślami do tam­tej chwili, doszu­ku­jąc się cze­goś, co powinno zdra­dzić praw­dziwą toż­sa­mość mor­dercy, ale nic takiego nie było. Bishop zapewne podzi­wiał tę tablicę z poczu­ciem speł­nie­nia, jed­no­cze­śnie prze­ja­wia­jąc prze­ra­że­nie i zacie­ka­wie­nie w ide­al­nych pro­por­cjach. Zada­wał wła­ściwe pyta­nia i powstrzy­mał się przed ubar­wia­niem fak­tów prze­ka­za­nych mu przez poli­cję. Por­ter domy­ślał się, że musiało to być dla niego nie­zwy­kle trudne. W trak­cie ostat­niej kon­fron­ta­cji przy Bel­mont Bishop zda­wał się aż kipieć potrzebą podzie­le­nia się swoją histo­rią, wytłu­ma­cze­nia swo­ich postęp­ków. Pra­gnie­nie to musiało go przy­tła­czać, kiedy patrzył na te tablice i słu­chał, co detek­tywi wie­dzieli o poszcze­gól­nych ofia­rach.

Bishop rzu­cił jed­nak kilka cel­nych uwag, ucze­pił się paru szcze­gó­łów.

Por­ter zamknął oczy i wró­cił myślami do tam­tego dnia, do jego słów.

Przy­po­mniał sobie, że Bishop zwró­cił uwagę na kwe­stię dostępu do infor­ma­cji: trzeba się dowie­dzieć, kto wie­dział o tych wszyst­kich prze­stęp­stwach, i zacząć eli­mi­no­wać podej­rza­nych. Były to jed­nak tylko puste słowa, gdyż w końcu oka­zało się, że to Tal­bot posia­dał wszyst­kie infor­ma­cje, a Bishop mu je ukradł. Wspo­mniał o datach, zauwa­żył, że 4MK eska­luje swoje dzia­ła­nia. To aku­rat było prawdą, ale jeśli ist­niał ku temu jakiś powód, nie udało im się go odkryć. Wów­czas byli prze­ko­nani, że zabójca nie żyje. Liczyło się dla nich tylko odna­le­zie­nie Emory.

No i kolor wło­sów.

Por­ter pamię­tał, jak Bishop zafik­so­wał się na zdję­ciu Bar­bary McIn­ley, jedy­nej blon­dynki. Nazwał ją ano­ma­lią. Jedyna blon­dynka w gru­pie atrak­cyj­nych bru­ne­tek. Potem zapy­tał, czy któ­raś z dziew­czyn była napa­sto­wana sek­su­al­nie -?żadna. Spy­tał też, czy wśród ofiar 4MK byli męż­czyźni. Kon­kret­nie chciał wie­dzieć, czy któ­raś z dziew­czyn miała brata, a potem powie­dział coś w rodzaju: "Jeżeli przyj­miemy, że w poło­wie z tych rodzin byli syno­wie, a on wybie­rał ofiary losowo, powin­ni­śmy mieć jedną lub dwie ofiary płci męskiej. Nie mamy, więc z jakie­goś powodu wolał córki od synów... Tylko nie wiemy dla­czego"2. Por­ter sądził, że Zabójca Czwar­tej Małpy pory­wał kobiety, bo łatwiej je kon­tro­lo­wać, mniej­sze ryzyko, że będą się bro­nić.

Sześć gałek ocznych.

Sie­dem mar­twych dziew­czyn.

Por­ter wró­cił do foto­gra­fii Bar­bary McIn­ley. Uka­rana za sio­strę, która prze­je­chała pie­szego i zbie­gła z miej­sca wypadku. McIn­ley jako jedyna przy­cią­gnęła uwagę Bishopa pod­czas narady, tylko na niej sku­pił się na dłu­żej. Por­ter wciąż miał przed oczyma obraz, jak stuka w to jedno zdję­cie, a jego umysł pra­cuje na naj­wyż­szych obro­tach.

Zer­k­nął na drzwi, nasłu­chu­jąc kro­ków na kory­ta­rzu, ale pano­wała cał­ko­wita cisza.

Na stole pod ścianą po jego lewej stro­nie pię­trzyły się stosy pudeł na akta -?wszystko, co zebrali na temat 4MK. Na trze­cim pudle od lewej wid­niał napis "Ofiary", wła­sno­ręcz­nie wyko­nany przez Por­tera. Pod­szedł do stołu, zdjął pokrywkę i grze­bał w papie­rach tak długo, aż zna­lazł akta Bar­bary McIn­ley, rów­nież wypeł­nione jego cha­rak­te­rem pisma.

To były jego akta. Akta jego ekipy. Nie nale­żały do FBI.

-?Chuj z tym.

Por­ter zawi­nął akta w płaszcz, z powro­tem przy­krył kar­ton i ruszył do drzwi wyj­ścio­wych. Kiedy upew­nił się, że w holu na­dal jest pusto, wyśli­zgnął się z pokoju i po cichu zamknął za sobą drzwi.

Wszedł do pokoju narad na końcu kory­ta­rza i włą­czył jarze­niówki wiszące pod sufi­tem.

-?Już myśla­łem, że wzię­li­ście sobie dziś wolne -?stwier­dził agent spe­cjalny Ste­wart Die­ner. Sie­dział na miej­scu Nasha, z nogami na biurku, i stu­kał zawzię­cie w ekran tele­fonu komór­ko­wego.

Por­ter miał nadzieję, że jakiś zbłą­kany powiew wia­tru roz­wi­chrzy misterną zacze­skę tego typka. Nic z tego.