9
Porter
Dzień drugi, 7.59
Porter zmierzył Dienera wzrokiem.
-?Znaleziono ciało, kolejna nastolatka zaginęła. Przez całą noc byłem na
nogach. O co ci chodzi?
"Od jak dawna on tu się czai?"
-?Wiem, wszyscy już wiedzą. Brawo za dyskrecję. -?Diener rzucił na
biurko Portera najnowsze wydanie "Chicago Tribune".
Porter zerknął na nagłówek:
"4MK ZNOWU PORYWA NASZE CÓRKI?".
Niżej umieszczono fotografię Emory Connors, która ze spuszczoną głową
szła ulicą. Zarówno artykuł, jak i zdjęcie znajdowały się w górnej
połowie pierwszej strony -?najważniejszy tekst numeru. Pod linią zgięcia
wydrukowano jeszcze dwie fotografie: wykonane teleobiektywem ujęcie
sceny zbrodni w Jackson Park oraz dom Daviesów.
Diener wstał, obszedł biurko Portera, tak że znalazł się po jego
stronie, i postukał palcem w gazetę.
-?Wymieniają tutaj z nazwiska Ellę Reynolds i Lili Davies.
-?Jak to możliwe? Nie ujawniliśmy żadnych informacji. Z rodzicami Lili
Davies widziałem się parę godzin temu.
Diener wzruszył ramionami.
-?Widocznie jeden z twoich genialnych podwładnych ma za długi język.
-?To jakiś absurd -?mruknął Porter, przebiegając tekst wzrokiem.
W artykule wspomniano o znalezieniu ciała w zalewie w Jackson Park oraz
spekulowano, że chodzi prawdopodobnie o zaginioną Ellę Reynolds. Autor
pisał także, że wkrótce po odkryciu zwłok okazało się, że zniknęła
kolejna nastolatka. Lili Davies wyszła wczoraj do szkoły, ale nie
dotarła na lekcje i od tej pory nikt jej nie widział. Resztę artykułu
poświęcono poprzednim ofiarom Zabójcy Czwartej Małpy, zasugerowano też,
że Anton Bishop musiał zmienić strategię po tym, jak umknął policji.
-?Co tu robi ten palant? -?zapytał Nash od progu.
Porter podniósł gazetę.
-?Dostarcza najświeższe wiadomości.
Nash podszedł do nich i rzucił płaszcz na krzesło zwolnione przez
Dienera. Zdjął jakiś paproch z ramienia agenta.
-?Fajnie, że rozważasz możliwe ścieżki kariery. Jak będziesz grzeczny,
to po szkole pojedziemy do Walmarta i kupimy ci jakiś porządny rower,
żebyś mógł docierać z gazetami do większej grupy klientów.
Porter położył gazetę na biurku Nasha i wskazał na fotografie zalewu
oraz domu Daviesów.
-?To nie Bishop. Spekulowanie, że to jego robota, świadczy o kompletnej
nieodpowiedzialności. Zależy im tylko na jak najwyższej sprzedaży.
-?Skąd ta pewność? Może Bishop rzeczywiście postanowił trochę zmienić
taktykę, tak jak piszą -?zaoponował Diener.
-?Seryjni mordercy nie zmieniają sposobu działania, dobrze o tym wiesz.
To dla nich jak podpis.
Diener wzruszył ramionami.
-?Bishop nie jest jak inni seryjni mordercy. Każde zabójstwo stanowiło
element wyrafinowanego planu zemsty. Wypełnił go z chwilą zamordowania
Talbota. Może zamierzał przejść na emeryturę, ale szybko się
zorientował, że nadal ciągnie go do dziewczynek. Nie mógł nad tym
zapanować, więc uprowadził Ellę Reynolds. Wykończył ją, a potem porwał
Lili Davies. -?Diener ruszył w stronę wyjścia. -?Spróbuj spojrzeć na
sprawę z dystansu, zobaczysz, że to ma sens.
Porter odłożył na biurko płaszcz, w którego fałdach nadal tkwiły akta
Barbary McInley. Serce waliło mu jak młotem.
-?Co za ciul -?stwierdził Nash.
-?Słyszałem! -?zawołał Diener z korytarza. -?Jeśli nie macie racji i to
faktycznie ofiary 4MK, to musicie nam przekazać sprawę!
-?Ten drugi gość jest trochę lepszy -?powiedział Porter. -?Ten jego
partner, Pitbul, Bool, Ghul...?
-?Poole. Frank Poole. Zresztą też ciul, jak oni wszyscy. Hej, zobacz,
jak mi się zrymowało! -?Nash zamierzał zatrzasnąć drzwi, ale w tej samej
chwili pojawiła się Clair z iPadem w ręku. Tuż za nią do pokoju wszedł
Kloz, na laptopie niósł trzy białe pudła ustawione jedno na drugim w chwiejną wieżę.
-?Może by mi któryś pomógł?
Nash wziął górny karton i zaniósł go na swoje biurko.
-?Nie zabieraj ich za daleko -?poprosił Kloz. -?Muszą mi wystarczyć na
cały tydzień.
-?Co to jest? -?zapytał Porter.
-?Trzy razy po dwanaście pączków z tej nowej cukierni niedaleko, Peace,
Love, and Little Donuts -?wyjaśniła Clair. -?Skurczybyk chciał
zachomikować wszystkie pod swoim biurkiem, ale wytłumaczyłam mu, że
dzielenie się ze współpracownikami to cnota.
Kloz parsknął.
-?Powiedziałaś, że jeśli ich tu nie przyniosę, to wyślesz mejla do
całego wydziału, że trzymam je u siebie. Nie mogłem zostawić ich na
górze bez opieki, te sępy zaraz by się na nie rzuciły. Po minucie
zostałyby tylko okruszki. Poza tym jest ich tylko osiemnaście: po sześć
w opakowaniu, nie po dwanaście.
Nash otworzył podwędzone pudełko i wytrzeszczył oczy.
-?Jezusie słodki, co za piękności.
Porter złapał drugi karton ze sterty i zasiadł za biurkiem. Clair wzięła
trzeci.
-?Ej! -?wrzasnął Kloz. -?To moje!
-?Tylko czemu takie małe? -?zapytał Porter z ustami pełnymi kremowego
nadzienia.
Clair wyłuskała ze swojego pudełka pączka obsypanego kawałkami oreo.
-?To pączki "dla smakoszy". Zrobiłabym cudzysłów w powietrzu, ale mam
zajęte ręce. Pieką takie maleństwa i sprzedają jako wymyślne żarcie dwa
razy drożej niż zwykłe pączki. Gdyby nie były takie zajebiste, to
interes szybko by padł, ale te pączusie to niebo w gębie. Z każdym
gryzem czuję, jak mi rośnie tyłek, ale mam to gdzieś.
Kloz usiadł na swoim stałym miejscu, przy biurku obok stołu
konferencyjnego. Położył dłonie płasko na metalowym blacie i zrobił
głęboki wdech dla uspokojenia, ale twarz mu poczerwieniała.
-?No dobra, możecie zjeść po jednym, ale nie więcej.
-?Niewykluczone, że zjadłem już cztery -?powiedział Nash, starł z ust
dowody kulinarnej zbrodni i spojrzał na pudło ze zdziesiątkowanymi
wypiekami. -?A reszty nie oddam.
Dziesięć minut później wszystkie trzy kartony świeciły pustkami, ostał
się tylko jeden pączek z polewą truskawkową. Porter poczuł pobudzające
działanie cukru. Wstał, podszedł do jedynej wolnej tablicy i napisał na
górze "ELLEN REYNOLDS".
-?Chyba Ella Reynolds -?poprawił go Nash.
Porter westchnął, zmazał imię wierzchem dłoni i napisał "ELLA".
-?No dobra, to co wiemy?
-?Dwudziestego pierwszego stycznia zgłoszono jej zaginięcie, a znaleziono ją wczoraj, dwunastego lutego. Zamarznięte zwłoki znajdowały
się pod taflą lodu na zalewie w Jackson Park -?powiedziała Clair.
-?Nie była zamarznięta -?wtrącił się Nash. -?Przynajmniej nie całkiem.
Tak powiedział Eisley. Ale zalew był.
-?Racja, przepraszam -?odparła Clair. -?Pracownicy parku twierdzą, że
zalew całkowicie zamarzł drugiego stycznia, czyli dwadzieścia dni przed
zaginięciem dziewczyny. Poza tym mam coś na nagraniu z kamery, puszczę
wam, jak już uzupełnimy wszystkie informacje na tablicy.
Porter skinął głową.
-?Kiedy ją znaleziono, dziewczyna nie miała na sobie własnych ubrań, a prawdopodobnie należące do drugiej zaginionej, Lili Davies. -?Zapisał
imię i nazwisko, po czym wrócił do kolumny Elli. -?Ostatni raz widziano
Ellę, kiedy w czarnej kurtce wysiadała z autobusu jakieś dwie przecznice
od domu, w pobliżu Logan Square, około dwudziestu kilometrów od miejsca,
w którym znaleziono zwłoki. Możemy chyba założyć, że sprawca
zainscenizował miejsce zbrodni tak, by wydawało się, że ciało Ellie
leżało w wodzie od wielu tygodni, ale to niemożliwe, jeśli się okaże, że
ubrania faktycznie należą do Lili.
Nash wstał zza biurka, podszedł do stołu konferencyjnego stojącego przed
tablicą i usiadł.
-?Po co to wszystko? Namęczył się, żeby umieścić Ellę pod lodem, a potem
ubrał ją w ciuchy Lili, co pozwala nam dokładnie ustalić datę śmierci.
To nie ma sensu.
-?Dla niego ma -?zauważył Porter. -?Wszystko to ma dla niego jakiś sens.
To także...
Porter zapisał "UTOPIONA W SŁONEJ WODZIE" pod nazwiskiem Elli.
-?Poważnie? -?zapytał Kloz.
-?Eisley znalazł słoną wodę w płucach i żołądku ofiary. Jest praktycznie
pewny, że przyczyną śmierci było utonięcie -?odparł Porter.
-?Utonięcie -?powtórzyła Clair. -?W słonej wodzie.
-?Do najbliższego oceanu jest z tysiąc kilometrów -?dodał Nash.
-?Musimy sprawdzić wszystkie oceanaria w mieście i firmy, które je
zaopatrują -?stwierdził Porter. -?Możemy raczej wykluczyć wycieczkę nad
morze. Za mało czasu, ledwie się to spina.
Clair pokręciła głową.
-?Za krótko spałam, żeby to wszystko ogarnąć.
-?Chyba wszyscy gonimy resztkami -?przyznał Porter. -?Co nam wiadomo o tej drugiej dziewczynie, Lili Davies?
Nash otworzył notatnik.
-?Córka doktora Randala Daviesa i Grace Davies. Najlepsza przyjaciółka
Gabrielle Deegan. Chodzi do Wilcox Academy. Ostatnio widziano ją w czerwonej kurtce, jak twierdzi matka, dokładnie w nylonowej pikowanej
parce z kapturem. Miała też na sobie białą czapkę, białe rękawiczki,
ciemne dżinsy i różowe adidasy. Nie dotarła do szkoły, więc
najprawdopodobniej porwano ją dwunastego rano. Matka widziała, jak
wychodziła do szkoły około siódmej piętnaście. Lekcje zaczynają się za
dziesięć ósma, a do szkoły ma blisko, chodzi pieszo.
-?Sama czy z kimś? -?zapytał Porter.
-?Matka powiedziała nam, że to tylko cztery przecznice, więc Lili chodzi
sama -?powiedział Nash.
Kloz obrzucił smutnym spojrzeniem pudełka po pączkach, po czym również
podszedł do stołu konferencyjnego.
-?Cztery przecznice to rzeczywiście bliziutko. Niewiele czasu dla
porywacza.
Clair usiadła obok Nasha.
-?Przy założeniu, że poszła prosto do szkoły, a nie możemy tego założyć.
Może po drodze wpadła na znajomego i wsiadła do auta. Wiem, że to tylko
parę przecznic, ale sama często tak robiłam w drodze do szkoły. W tak
bliskiej odległości od szkoły wszyscy i tak spotykają się na parkingu,
wielu uczniów zostaje tam jeszcze pogadać przed dzwonkiem na lekcje.
-?Można?
Wszyscy podnieśli głowy. W progu stała Sophie Rodriguez. Uwagę Portera
zwrócił ten sam jasnobrązowy sweter, który miała na sobie u Daviesów.
Ona pewnie też nie wróciła jeszcze od tej pory do domu.
-?Zapraszamy -?powiedział. -?Usiądź gdzieś, właśnie omawiamy po kolei
wszystkie szczegóły.
-?Eee, Sam? -?powiedział Kloz, mierząc wzrokiem nowo przybyłą. -
Pamiętasz, jak się to skończyło ostatnio, kiedy wpuściłeś obcego?
Clair wymierzyła mu kuksańca w ramię.
-?Znam Sophie prawie od czterech lat. Jest sprawdzona. -?Wskazała na
krzesło po lewej.
Sophie zostawiła torbę koło drzwi, zdjęła kurtkę i usiadła, studiując
tablicę.
-?Wiem, że sprawą zajmuje się wydział zabójstw, a jak dotąd Lili jest
tylko zaginiona, ale mamy dość oczywiste powiązanie. Współpraca to
najlepsze rozwiązanie, przynajmniej na razie. Dopóki się nie
zorientujemy, o co w tym wszystkim chodzi.
-?Witamy w ekipie, Sophie -?powiedział Porter.
Nash posłał mu zmęczone spojrzenie, ale nic nie powiedział.
Sophie rozejrzała się po twarzach wszystkich obecnych.
-?Ella też była jedną z moich dziewczyn. Człowiek zawsze stara się mieć
nadzieję, ale po czterdziestu ośmiu godzinach od zaginięcia można
założyć, że to albo ucieczka z domu, albo coś gorszego. Obie dziewczyny
wychowywały się w szczęśliwych rodzinach, więc serce chyba mi
podpowiadało, że to "coś gorszego". Kiedy powiedzieliście mi o ubraniach, tylko potwierdziliście moje przypuszczenia. Mam nadzieję, że
znajdziemy Lili, zanim będzie za późno.
-?Pokazywałaś rodzicom Lili zdjęcia ubrań? -?zapytał Porter. Wysłał je
mejlem jeszcze z kostnicy.
Sophie skinęła głową.
-?Matka potwierdziła, że należą do Lili. Podobno własnoręcznie wpisała
jej inicjały na metce od czapki.
Porter dopisał "ZNALEZIONA W UBRANIU LILI DAVIES" w kolumnie Elli na
tablicy. Potem znów zwrócił się do Sophie.
-?Co jeszcze możesz nam powiedzieć o Elli?
Przyjrzała się informacjom zebranym na tablicy.
-?Kilka tygodni temu, tuż po zaginięciu, zrobiłam coś w rodzaju wizji
lokalnej. Wysiadała z autobusu jakieś dwie przecznice od domu, przy
Logan Square, ale rodzice powiedzieli mi, że czasem odrabiała lekcje w Starbucksie przy Kedzie Avenue. Sprawdziłam obie trasy. Droga z przystanku do domu zajęła mi cztery minuty, z przystanku do Starbucksa
siedem, a ze Starbucksa do domu dziewięć. Wszędzie kręci się sporo
ludzi. Nie mam pojęcia, jak ktoś mógł ją stamtąd porwać, żeby nikt nie
zauważył.
-?Rozmawiałaś z kierownikiem Starbucksa? -?zapytał Nash.
Sophie pokiwała głową.
-?Rozpoznał Ellę na zdjęciu, które mu pokazałam, ale nie potrafił
powiedzieć, czy tego konkretnego dnia u nich była. Zwykle płaci gotówką,
więc nie mogłam sprawdzić wyciągów z karty debetowej czy kredytowej.
-?Kamery?
-?Jedna jest, ale codziennie się resetuje, nie zapisują nagrań. Zanim do
nich dotarliśmy, było już za późno.
-?Może powinienem to sprawdzić? -?zaproponował Kloz. -?Nie widziałem
jeszcze systemu bezpieczeństwa, który rzeczywiście kasowałby materiał z poprzedniego dnia. Jeśli jest tam jakiś twardy dysk, to fragmenty mogły
się zachować, nawet jeśli kierownik sądzi, że wszystko się skasowało.
Porter skinął głową i zapisał na tablicy "NAGRANIE ZE STARBUCKSA (CYKL
1-DNIOWY?) -?KLOZ".
-?Co jeszcze?
-?Przeszukaliśmy komputer i skrzynkę mejlową, ale nie znaleźliśmy
niczego nietypowego -?odparła Sophie. -?Telefon zniknął razem z nią.
Ostatni raz połączył się ze stacją przekaźnikową w pobliżu Logan Square
i zniknął z sieci cztery minuty po rozkładowym przyjeździe autobusu.
-?Kloz?
Kloz już kiwał głową i notował coś w laptopie.
-?Tym też się zajmę.
-?Znaleźliście coś w pokoju Lili? -?zwrócił się Porter do Sophie.
-?Nic szczególnego. Dużo porozrzucanych ciuchów. Niczego nie chowała w szufladach ani pod materacem, czyli w typowych skrytkach. Na lustrze
wisiało przyklejone zdjęcie Lili z jakąś dziewczyną. Matka powiedziała,
że to Gabby, jej przyjaciółka. Od ojca dowiedziałam się, że miała
telefon komórkowy i laptopa, ale w pokoju ich nie znalazłam. Podobno
wzięła je ze sobą do szkoły, matka mówiła, że pewnie miała komputer w plecaku. -?Urwała na chwilę, żeby przeczytać esemesa. -?Próbowaliśmy
namierzyć jej komórkę, ale była wyłączona. Właśnie dostałam wyniki.
Ostatni przekaźnik, z którym się połączyła, znajduje się niedaleko domu
Daviesów. O siódmej dwadzieścia trzy zniknęła z sieci. To niecałe
dziesięć minut od wyjścia z domu.
-?Kloz, sprawdź, czy uda ci się coś wyciągnąć z kont na portalach
społecznościowych albo skrzynki mejlowej -?poprosił Porter.
-?Robi się -?odparł Kloz.
Sophie wyjęła z torby teczkę na dokumenty i rozłożyła jej zawartość na
stole. Miała w niej zdjęcia obu dziewczyn.
-?Ella i Lili są do siebie podobne, co mogłoby sugerować pociąg do
pewnego typu urody albo motywy seksualne, ale patolog powiedział, że nie
znaleziono śladów napastowania. Na razie jednak nie ignorowałabym tego
podobieństwa, może nie być przypadkowe.
-?Słusznie. Mogę zerknąć? -?zapytał Porter, wskazując na fotografie.
Sophie podała mu odbitki, a Porter przykleił je do tablicy.
-?Ile lat ma Lili?
-?Siedemnaście -?odparła Sophie.
-?Obie mają blond włosy mniej więcej do ramion. Ella miała niebieskie
oczy, Lili ma zielone. W podobnym wieku, dwa lata różnicy. Do którego
liceum chodziła Ella? -?zapytał Porter.
Sophie przekartkowała notatnik.
-?Kelvyn Park High. Była w drugiej klasie.
-?Mamy jakieś powody, żeby przypuszczać, że się znały?
-?Nic mi o tym nie wiadomo -?odparła. -?Inne szkoły, inne kręgi
znajomych, dwa lata różnicy. Żadna nie jeździła samochodem.
-?A co z galerią? -?zapytał Porter. -?Może tam mogły się poznać?
-?Nie byłam jeszcze w galerii. Otwierają dopiero o dziesiątej.
Porter podrapał się po policzku.
-?Wolałbym, żebyście poszły z Clair do szkoły, a potem może porozmawiały
z tą przyjaciółką, Gabrielle Deegan. Dzieci boją się Nasha.
-?Nic na to nie poradzę, że tak wszystkich onieśmielam -?zażartował
Nash.
-?My pójdziemy do galerii -?powiedział Porter.
-?Świetnie, nie ma to jak trochę sztuki.
-?Prześlę wam adres -?powiedziała Sophie. -?To przy North Halsted
Street.
Porter zerknął na tablicę.
-?Co jeszcze?
Zapadła cisza.
-?To co, obejrzymy nagranie? -?zapytała Clair.
-?Dobra, odpalaj.
Clair stuknęła palcem w ekran iPada i postawiła go na środku stołu.
Stop-klatka: wąska czarna jezdnia sfilmowana pod beznadziejnym kątem.
Znacznik czasu wskazywał godzinę 8.47 dnia 12 lutego.
Clair włączyła odtwarzanie i czas na wyświetlaczu zaczął się zmieniać w tempie rzeczywistym. Przejechały dwa samochody -?żółta toyota i biały
ford. Kiedy pojawił się szary pikap, Clair wcisnęła pauzę.
-?Będę teraz powolutku przewijać do przodu -?powiedziała i obraz zaczął
przesuwać się klatka po klatce.
Porter zrozumiał dlaczego, gdy tylko kamera uchwyciła tył furgonetki.
-?Zatrzymaj -?powiedział.
Samochód ciągnął duży zbiornik z wodą, taki, jakie miewają firmy
zajmujące się czyszczeniem basenów.
-?W parku nie ma basenu, zresztą raczej nie ma wielkiego popytu na takie
usługi w środku zimy -?stwierdziła Clair. -?Pewnie tak przywiózł tam
wodę.
-?Masz ujęcia pod innymi kątami? -?zapytał Porter.
Clair pokręciła głową.
-?To jedyna kamera.
Kloz nachylił się nad tabletem.
-?Wiele tu nie zdziałam. Jakość obrazu jest niezła, tylko kąt filmowania
tragiczny.
-?Możesz cofnąć o parę klatek? -?poprosił Porter.
Clair wcisnęła przewijanie do tyłu. Z każdym dotknięciem obraz cofał się
o jedną klatkę.
-?Stop -?powiedział Porter. -?Skąd ten odblask i czemu właściwie ktoś to
tak fatalnie ustawił?
Kamerę zamontowano pod bardzo ostrym kątem, praktycznie pionowo w dół.
Zwykle kierowano obiektyw w górę lub w dół ulicy -?najlepszy sposób,
żeby uchwycić zbliżające się lub oddalające samochody.
Zatrzymali nagranie na klatce, która obejmowała większość szyby
przedniej, ale jaskrawobiały odblask uniemożliwiał zajrzenie do środka.
Porter dostrzegał zarys sylwetki kierowcy, ale żadnych szczegółów, które
pozwoliłyby na identyfikację.
-?Kloz, myślisz, że dałbyś radę to powiększyć i chociaż trochę
wyczyścić?
Kloz przygryzł opuszkę kciuka.
-?Może... Trudno powiedzieć. Spróbuję.
-?Kierownik parku powiedział mi, że rzadko przeglądają nagrania. Kamera
ma przede wszystkim odstraszać. Albo się z czasem obluzowała i przekręciła w dół, albo ktoś celowo ją obluzował i tak ustawił. Facet
nie ma pojęcia, kiedy ani jak to się mogło stać -?wyjaśniła Clair. -
Twierdzi, że dawniej kamera była zamontowana tak, żeby rejestrować
nadjeżdżające samochody i ich kierowców.
Porter odwrócił się w stronę Kloza, ale ten machnął ręką, zanim
przełożony zdążył otworzyć usta.
-?Tak, wiem. Przejrzę stare nagrania i spróbuję ustalić, kiedy to się
mogło stać, a może nawet jakimś cudem trafimy na naszego sprawcę, jak
szczerzy się do kamery z młotkiem w garści.
-?Czasem popełniają błędy -?zauważył Porter.
-?Pewka.
-?Nie jest źle. W najgorszym razie powinnismy wyłapać markę i model
pikapa. Sprawdzimy firmy zajmujące się czyszczeniem basenów i może coś
się trafi. -?Porter odwrócił się z powrotem do tablicy. -?Możemy dodać
coś jeszcze?
Znowu zapadła cisza. Porter nałożył zakrętkę na flamaster i usiadł przy
stole konferencyjnym.
-?Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o samych uprowadzeniach.
Sprawca działa szybko i najwyraźniej bez żadnego problemu porywa
dziewczyny z miejsc publicznych. To znaczy, że albo świetnie wtapia się
w otoczenie, albo zapoznaje się z nimi wcześniej, żeby czuły się w jego
towarzystwie bezpiecznie. Nie dałby rady niezauważenie zaciągnąć
wierzgającej nastolatki do furgonetki, więc musiał je jakoś przekonać,
żeby poszły z nim z własnej woli.
-?Może mieć do dyspozycji inne pojazdy -?zasugerował Nash. -?Roboty
drogowe, gazownia czy kablówka. Coś, czego się w ogóle nie zauważa.
Kloz obrócił laptopa, żeby pokazać wszystkim szczegółowy plan Chicago i okolic. Widniały na nim trzy czerwone kropki: jedna w pobliżu Logan
Square, druga w Jackson Park, trzecia przy King Drive na Bronzeville.
-?Oba miejsca porwania dzieli jakieś piętnaście kilometrów. W tak dużym
mieście oznacza to pokaźny obszar polowania. Co ciekawe, Jackson Park,
gdzie znaleziono Ellę, jest bliżej domu Lili niż Elli.
Porter przyjrzał się uważnie mapie.
-?Czyli Lili porwano blisko miejsca znalezienia Elli. To może się okazać
ważne.
-?Ella utonęła w słonej wodzie? -?Sophie ze zmarszczonym czołem patrzyła
na tablicę. -?To przecież nie ma sensu.
-?A może basen ze słoną wodą? -?zasugerował Kloz. -?To by pasowało do
furgonetki ze zbiornikiem.
-?Jest coś takiego? -?zdziwił się Nash.
Kloz pokiwał głową.
-?Tak, moja ciocia na Florydzie ma taki basen. Jest uczulona na chlor.
Poza tym są łatwe w utrzymaniu, nie trzeba odmierzać środków
dezynfekcyjnych.
-?W Chicago raczej nie ma takich dużo. Mógłbyś zrobić listę? -?poprosił
Porter.
-?Może uda mi się do czegoś dotrzeć przez pozwolenia na budowę -
powiedział Kloz.
Porter rozejrzał się po twarzach zgromadzonych wokół stołu. Z wyjątkiem
Sophie Rodriguez znał ich wszystkich od lat. Sięgnął na biurko Nasha po
gazetę i położył ją na stole.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Porter
Dzień pierwszy, 20.23
Ciemność.
Ogarnęła go, głęboka i gęsta, pochłonęła światło i zostawiła za sobą
tylko atramentowoczarną pustkę. Mgła dławiła jego myśli -?słowa
próbowały się łączyć, utworzyć sensowne, spójne zdanie, ale w chwili,
gdy zdawały się już bliskie osiągnięcia celu, przepadały w mroku,
zastępowało je nasilające się poczucie strachu, wrażenie ciężkości -?a ciało zapadało się w mętną toń.
Mokry zapach.
Pleśń.
Wilgoć.
Porter chciał otworzyć oczy.
Musiał otworzyć oczy.
One jednak się broniły, trzymały się mocno.
Głowa pękała mu z bólu.
Dokuczliwe pulsowanie za prawym uchem, a także w skroni.
-?Staraj się nie ruszać, Sam. Nie chcę, żeby zrobiło ci się niedobrze.
Głos dobiegał z oddali, stłumiony, ale dobrze znany.
Porter leżał.
Zimna stal pod opuszkami palców.
Wtedy przypomniał sobie zastrzyk. Igła w szyi, szybkie ukłucie, zimny
płyn przedzierający się przez skórę do mięśni, a potem...
Porter zmusił się do otwarcia oczu, choć ciężkie powieki nie chciały
ustąpić. Suchość, pieczenie.
Próbował potrzeć oczy, wyciągnął prawą dłoń, ale coś szarpnęło ją z powrotem do tyłu: to naprężył się łańcuch na jego nadgarstku.
Zachłysnął się powietrzem, ale wytężył siły i usiadł. Przy zmianie
pozycji zakręciło mu się w głowie. Mało brakowało, a natychmiast upadłby
z powrotem na plecy.
-?Hej, Sam, nie szalej. Działanie etorfiny powinno wkrótce ustąpić,
skoro już odzyskałeś przytomność. Poczekaj minutkę czy dwie.
Zapaliło się światło, jasny halogen skierowany wprost na jego twarz.
Porter się skrzywił, ale nie zamierzał odwracać oczu, uparcie wbijał
wzrok w mężczyznę stojącego obok źródła światła -?ciemny, niewyraźny
kształt.
-?Bishop? -?Porter ledwie rozpoznał własny głos, chrapliwy jak szuranie
po żwirze.
-?Co słychać, Sam? -?Cień zrobił krok w prawo, odwrócił pusty
dwudziestolitrowy kubeł po farbie do góry dnem i usiadł.
-?Przestań mi świecić po oczach, do jasnej cholery.
Porter szarpnął za łańcuch przymocowany do nadgarstka. Drugi koniec
kajdanek zagrzechotał na jakiejś grubej rurze -?wodociągowej, a może od
gazu.
-?Co to ma, kurwa, być?
Anson Bishop sięgnął do lampy i przekręcił ją nieco w lewo. Jarzeniówka
umocowana na jakimś stojaku. Światło padło na mur z pustaków z bojlerem
w przeciwległym kącie oraz starymi pralką i suszarką ustawionymi pod
ścianą.
-?Lepiej?
Porter znowu szarpnął łańcuchem.
Bishop uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami.
Kiedy Porter widział go ostatni raz, Bishop miał ciemnobrązowe, bardzo
krótko obcięte włosy. Teraz były jaśniejsze i dłuższe, rozczochrane.
Twarz pokrywał mu trzy-, czterodniowy zarost. Swobodny, acz elegancki
strój został zastąpiony przez dżinsy i ciemnoszarą bluzę z kapturem.
-?Wyglądasz dość podle -?stwierdził Porter.
-?Ciężkie czasy.
Nie mógł jednak zmienić swoich oczu, czającego się za nimi chłodu.
Jego oczy pozostały takie same.
Bishop wyciągnął z tylnej kieszeni łyżeczkę do jedzenia grejpfrutów i zaczął z roztargnieniem obracać ją w dłoni. Ząbkowana krawędź błyskała w świetle.
Porter postanowił zignorować łyżeczkę. Spojrzał w dół i postukał palcem
wskazującym w metalową powierzchnię, na której siedział.
-?To taki sam wózek, do jakiego przykułeś Emory?
-?Mniej więcej.
-?Nie miałeś jakiegoś łóżka polowego?
-?Mniej wytrzymałe.
Spod wózka wyciekała kałuża ciemnoczerwonego płynu, rozległa plama na
brudnej, betonowej posadzce. Porter wolał o nią nie pytać. Kiedy dotknął
spodu metalowych noszy, poczuł na palcach coś lepkiego. O to też nie
zapytał. Na ścianie po jego lewej stronie wisiało kilka półek pełnych
rozmaitych przyborów malarskich: puszek, pędzli, folii ochronnej. Sufit
zbudowano z drewnianych desek o szerokości mniej więcej piętnastu
centymetrów, rozmieszczonych co niecałe pół metra. Przestrzeń między
deskami wypełniały odsłonięte kable, rury kanalizacyjne i przewody
wentylacyjne.
-?To piwnica w domu mieszkalnym. Niedużym i raczej starym. Ta rura nad
twoją głową jest pokryta azbestem, więc nie radziłbym jej obgryzać.
Domyślam się, że budynek jest opuszczony, bo podłączyłeś sobie tę lampkę
do przedłużacza, a kabel idzie na górę do... Hm, jakiegoś akumulatora? Na
pewno nie masz tam generatora, byłoby słychać. Nie skorzystałeś z gniazdek w ścianie, więc pewnie nie ma tu prądu. Poza tym jest zimno jak
w psiarni. Para leci mi z ust, czyli nie ma też ogrzewania. To znowu
świadczy o tym, że dom jest opuszczony. Nikt by nie ryzykował, że
zamarzną mu rury.
Bishopowi wyraźnie sprawiło to przyjemność, na jego ustach igrał wątły
uśmieszek.
Porter kontynuował.
-?Budynek jest raczej wąski, więc to pewnie jeden z tych tradycyjnych
domów typu shotgun. Biorąc pod uwagę, że raczej nie wybrałeś modnej
dzielnicy ze Starbucksami, gdzie mieszkańcy mają dostęp do internetu i zwykle od razu zgłaszają policji, że zauważyli ściganego przestępcę,
zakładam, że wolałeś się trzymać zachodniej części miasta. Może to na
przykład Wood Street. Dużo tam pustych domów.
Wolną ręką Porter sięgnął pod płaszcz na piersi po broń, ale znalazł
tylko pustą kaburę. Komórki też nie było.
-?Gliniarz w każdym calu.
Wood Street znajdowała się o dobry kwadrans jazdy samochodem od jego
mieszkania przy Wabash Avenue, nawet przy małym natężeniu ruchu, a Porter poczuł ukłucie w szyję jakąś przecznicę od domu. Oczywiście snuł
tylko dzikie domysły, ale zależało mu, żeby Bishop nie przestawał mówić.
Im porywacz więcej mówił, tym Porter mniej myślał o tamtej łyżeczce.
Pulsujący ból skupił się w punkcie za prawym okiem Portera.
-?Nie próbujesz mnie przekonać, żebym oddał się w ręce sprawiedliwości?
Że jeśli będę współpracował, to pomożesz mi uniknąć kary śmierci?
-?Nie.
Tym razem Bishop się uśmiechnął.
-?Hej, chcesz zobaczyć coś fajnego?
Porter odpowiedziałby przecząco, ale wiedział, że jego słowa tak
naprawdę są bez znaczenia. Ten człowiek miał obmyślony plan, działał w konkretnym celu. Uprowadzenie detektywa chicagowskiej policji to ryzyko,
którego nikt by nie podjął bez ważnego powodu.
W prawej przedniej kieszeni czuł breloczek z kluczami. Bishop mu je
zostawił, kiedy zabierał telefon i broń. Miał tam kluczyk do kajdanek, a do większości pasował ten sam. Kiedy zaczynał pracę w policji,
wyjaśniono mu, że zazwyczaj to nie ta sama osoba zakuwa zatrzymanego w kajdanki i potem go z nich rozkuwa. Podejrzany jest często kilkakrotnie
przenoszony między komisariatami. Dlatego nauczono ich, żeby podczas
przeszukania zabierać klucze, wszystkie bez wyjątku. Każdy kryminalista
z prawdziwego zdarzenia nosił przy sobie kluczyk do kajdanek, na wypadek
gdyby jakiś żółtodziób zapomniał sprawdzić. Porter musiałby jednak wyjąć
pęk kluczy z prawej kieszeni, przełożyć go jakoś do lewej ręki, otworzyć
kajdanki i unieszkodliwić Bishopa, zanim ten zdążyłby pokonać dzielącą
ich odległość półtora metra.
Napastnik chyba nie miał żadnej broni, tylko łyżeczkę.
-?Oczy z przodu, Sam -?rozkazał Bishop.
Porter zwrócił się ponownie ku niemu.
Bishop wstał i przeszedł na drugą stronę piwnicy do stolika koło pralki.
Wrócił na miejsce z małym drewnianym pudełkiem, na którym leżał glock
Portera. Odłożył broń na podłogę koło siebie i zwolnił kciukiem
zatrzask, otwierając pokrywkę.
Sześć gałek ocznych gapiło się na Portera z czerwonej aksamitnej
wyściółki.
Dawne ofiary Bishopa.
Porter spuścił wzrok na pistolet.
-?Oczy z przodu -?powtórzył Bishop i zachichotał.
Coś się nie zgadzało. Bishop zawsze postępował zgodnie z tym samym
schematem. Najpierw usuwał ofierze ucho, potem oczy, a na końcu język i wysyłał je kolejno do bliskich ofiary wraz z liścikiem, wszystko w białym pudełku przewiązanym czarnym sznurkiem. Zawsze. Nigdy nie
odstępował od tej zasady. Nie zostawiał sobie trofeów. Wierzył, że karze
rodziny za jakieś złe uczynki. Samozwańczy obrońca wymierzający
sprawiedliwość chorymi metodami. Nie zostawiał sobie oczu. Nigdy nie
zostawiał...
-?Lepiej już zacznijmy. -?Bishop pogłaskał dłonią pokrywkę pudełka,
gestem pełnym czułości, po czym odstawił je na podłogę obok pistoletu i podniósł łyżeczkę do światła.
Porter sturlał się z metalowych noszy na kółkach, wrzeszcząc z bólu,
kiedy metalowa obręcz wpiła się w skórę nadgarstka -?rura trzymała się
mocno. Próbując zignorować ból, niezgrabnie wcisnął lewą dłoń do prawej
kieszeni spodni, żeby wyciągnąć klucze, a jednocześnie kopnął wózek w kierunku Bishopa. Już muskał breloczek czubkami palców, kiedy Bishop
uchylił się przed noszami, wierzgnął nogą do przodu i kopnął Portera w lewą piszczel. Porter nie zdołał ustać i zwalił się na ziemię, ale
kajdanki na jego prawej ręce przyczepione do rury szarpnęły tak mocno,
że prawie wyrwały mu ramię ze stawu.
Zanim zdążył zareagować, poczuł kolejne ukłucie igły, tym razem w udo.
Próbował spojrzeć w dół, ale Bishop szarpnął go za włosy, odciągając
głowę do tyłu.
Świadomość zaczęła powoli odpływać. Porter z tym walczył, walczył z całych sił. Walczył na tyle długo, żeby zobaczyć, jak do jego lewego oka
zbliża się łyżeczka do grejpfruta, żeby poczuć, jak ząbkowane ostrze
przecina tarczkę powieki, kiedy Bishop wcisnął łyżeczkę do jego
oczodołu, na tyle długo, żeby...
-?Niezła była?
Porter rzucił się na siedzeniu przytrzymywany przez pas bezpieczeństwa.
Łapał gwałtownie powietrze, szarpiąc głową na boki, aż w końcu jego
wzrok wylądował na Nashu siedzącym w fotelu kierowcy.
-?Co? Kto?
Nash uśmiechnął się złośliwie.
-?Panienka z twojego snu. Jęczałeś.
"Sześć gałek ocznych".
Porter, wciąż zdezorientowany, uświadomił sobie, że siedzi na miejscu
pasażera w chevrolecie Nasha, starej novie rocznik 1972, którą ten kupił
dwa miesiące temu, kiedy jego ukochany ford fiesta wyzionął ducha na
drodze numer 290 o trzeciej nad ranem. Musiał wtedy wezwać transport z centrali, bo nie mógł się dodzwonić do Portera.
Porter wyjrzał przez okno. Szybę pokrywała cienka warstewka brudnego
lodu.
-?Gdzie my jesteśmy?
-?Na Hayes, zbliżamy się do parku -?odpowiedział partner, włączając
kierunkowskaz. -?Może powinieneś sobie odpuścić tę akcję.
Porter pokręcił głową.
-?Nic mi nie jest.
Nash skręcił w lewo do Jackson Park i pojechał odśnieżoną niedawno
drogą. Czerwono-niebieskie światła odbijały się od ciemnych drzew wokół.
-?To już cztery miesiące, Sam. Jeśli nadal masz problemy ze snem,
powinieneś z kimś porozmawiać. Niekoniecznie ze mną czy z Clair, ale... z kimś.
-?Nic mi nie jest -?powtórzył Porter.
Minęli boisko do bejsbolu po prawej stronie, porzucone na okres zimy, i zagłębili się między nagie drzewa. Przed nimi migało jeszcze więcej
świateł: pół tuzina samochodów, może więcej. Cztery wozy patrolowe,
karetka, wóz strażacki. Wzdłuż brzegu zalewu stały wielkie reflektory
iluminacyjne, a na całym terenie odgrodzonym żółtą taśmą policyjną
rozsiane były ogrzewacze gazowe.
Nash zahamował za wozem straży pożarnej, przestawił dźwignię skrzyni
biegów na tryb parkowania i zgasił silnik, który zakrztusił się
dwukrotnie, jakby szykował się do spektakularnego strzału z rury
wydechowej, ale w końcu ucichł. Porter zauważył kilku funkcjonariuszy
gapiących się w ich stronę, kiedy gramolili się z samochodu na mroźne
zimowe powietrze.
-?Mogliśmy przyjechać moim -?powiedział Porter do Nasha. Podeszwy jego
butów zachrzęściły na świeżym śniegu.
Porter miał dodge'a chargera rocznik 2011.
Większość współpracowników nazywała samochód Portera "autem na kryzys
wieku średniego" -?dwa lata temu, w dniu jego pięćdziesiątych urodzin,
dodge zastąpił toyotę camry. To była niespodzianka: Heather, świętej
pamięci żona Portera, kupiła mu sportowy samochód po tym, jak ich
poprzednie auto padło ofiarą wandali i wyzionęło ducha w jednej z niezbyt przyjaznych policji dzielnic na południu miasta. Porter nie
ukrywał, że siedząc za kierownicą tego pojazdu, czuł się o ładnych kilka
lat młodszy, ale przede wszystkim widok samochodu wywoływał uśmiech na
jego twarzy.
Heather ukryła kluczyki we własnoręcznie upieczonym torcie urodzinowym i mało brakowało, a Porter złamałby sobie na nich ząb.
Potem zawiązała mu oczy i sprowadziła po schodach przed budynek,
śpiewając Sto lat, chociaż z takim głosem raczej nie miałaby szans
dostać się do Idola.
Porter myślał o żonie za każdym razem, kiedy wsiadał do samochodu, ale
zdawało się, że z dnia na dzień coraz mniej rzeczy mu o niej przypomina,
a rysy jej twarzy stopniowo zacierają się w jego pamięci.
-?Twój samochód jeszcze pogarsza sprawę. Ciągle nim jeździmy, a moja
Connie gnije na podjeździe przed domem. Jeśli będę nią jeździł, to nie
zapomnę, że chcę ją odremontować. Jeśli będę pamiętał, że chcę ją
odremontować, to może w końcu wezmę ją na warsztat i zabiorę się do
roboty.
-?Connie?
-?Samochody powinny mieć imiona.
-?Wcale nie. Samochodom nie powinno się nadawać imion, a ty nie masz
zielonego pojęcia, jak ją... go wyremontować. Założę się, że jak już
dotelepałeś się tym gruchotem do domu i zajrzałeś pod maskę, to się
zorientowałeś, że zajmie ci to trochę więcej niż czterdzieści trzy
minuty, nie tak jak w odcinku poTURBOwanych.
-?Ten program to ściema. Powinni mówić, ile faktycznie trwa taka
naprawa.
-?Mogło być gorzej. Przynajmniej nie uzależniłeś się od HGTV i nie
próbujesz w wolnym czasie dorabiać sobie renowacją i sprzedażą domów.
-?Racja. Chociaż oni się z tym uwijają w dwadzieścia dwie minuty, a zwrot z inwestycji mają dużo większy -?odparł Nash. -?Jakbym tak opchnął
z jeden dom czy dwa, to mógłbym komuś zapłacić za naprawę auta. Oho, tam
jest Clair...
Przeszli pod żółtą taśmą policyjną i skierowali się na brzeg zalewu.
Clair stała obok jednego z ogrzewaczy, do ucha przyciskała telefon.
Kiedy ich zauważyła, skinęła głową w stronę wody, zakryła mikrofon i powiedziała:
-?Wydaje nam się, że to Ella Reynolds. -?Po czym wróciła do rozmowy.
Portera zakłuło w sercu.
Ella Reynolds była piętnastolatką, która trzy tygodnie wcześniej
zaginęła po lekcjach w pobliżu Logan Square. Ostatni raz widziano ją,
kiedy wysiadała z autobusu dwie przecznice od domu. Rodzice natychmiast
zgłosili zaginięcie, w ciągu godziny uruchomiono system alarmowy.
Niewiele to jednak dało. Nikt nie przekazał żadnych użytecznych
informacji.
Nash ruszył nad brzeg zbiornika, Porter poszedł w jego ślady.
Zalew był zamarznięty.
Cztery pomarańczowe pachołki stały na lodzie kawałek od brzegu, a między
nimi przeciągnięto żółtą taśmę, tworząc prostokąt. Śnieg został
odgarnięty.
Porter ostrożnie postawił stopę na lodzie, nasłuchując
charakterystycznego trzasku. Choć taflę pokrywały liczne ślady butów,
zawsze się stresował, kiedy to on miał wkroczyć na zamarzniętą
powierzchnię.
Postąpił kilka kroków do przodu i zauważył dziewczynę. Lód był
przeźroczysty jak szkło.
Patrzyła z dołu oczami pozbawionymi wyrazu.
Miała przeraźliwie bladą skórę, zabarwioną na niebiesko z wyjątkiem
okolic oczu. Tutaj jej skóra była ciemnofioletowa. Wargi miała
rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć, jakieś słowa, które nigdy już
nie wybrzmią.
Porter przyklęknął, żeby dokładniej się jej przyjrzeć.
Miała na sobie czerwoną kurtkę, czarne dżinsy, białą wełnianą czapkę i rękawiczki do kompletu, a także różowe buty sportowe. Ramiona zwisały
jej luźno po bokach, nogi skulone pod ciałem znikały w ciemnej toni. W wodzie zwłoki zwykle puchną, ale niska temperatura konserwuje. Porter
wolał spuchnięte. Zauważył, że kiedy wyglądały na mniej ludzkie, łatwiej
mu było przyswoić sobie ten widok -?podchodził do sprawy mniej
emocjonalnie.
Dziewczyna wyglądała jak niemowlę, opuszczone i bezbronne, śpiące pod
szklanym kocem.
Nash stał za nim i lustrował wzrokiem drzewa na drugim brzegu.
-?W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim urządzili tu wystawę
światową. Po tamtej stronie zalewu był ogród japoński, zajmował cały ten
obszar, gdzie teraz jest lasek. Ojciec przyprowadzał mnie tutaj jako
dzieciaka. Mówił, że spieprzyło się dopiero w czasie drugiej wojny
światowej. Czytałem gdzieś chyba, że udało się zebrać fundusze, żeby na
wiosnę go przywrócić. Widzisz te oznakowane drzewa? Do wycięcia.
Porter podążył za wzrokiem partnera. Zalew rozgałęział się na dwie
części, wschodnią i zachodnią, opływające niewielką wysepkę. Wiele z porastających ją drzew obwiązano różowymi wstążkami. Na drugim brzegu
stało kilka ławek pokrytych cienką warstewką szronu.
-?Jak myślisz, kiedy ten zbiornik zamarza?
Nash zastanowił się chwilę.
-?Pod koniec grudnia, może na początku stycznia. A czemu?
-?Jeśli to Ella Reynolds, to jak dostała się pod lód? Zniknęła trzy
tygodnie temu. Zalew powinien być już wtedy całkowicie zamarznięty.
Nash znalazł w telefonie zdjęcie Elli Reynolds i pokazał Porterowi.
-?Wygląda jak ona, ale może to tylko zbieg okoliczności, jakaś inna
dziewczyna, która się utopiła, kiedy powierzchnia nie była jeszcze skuta
lodem.
-?Może, ale jest do niej bardzo podobna.
Pojawiła się przy nich Clair. Pochuchała w dłonie i roztarła je mocno.
-?Rozmawiałam z Sophie Rodriguez z wydziału zaginionych dzieci. Wysłałam
jej zdjęcie i upiera się, że to Ella Reynolds, ale ubranie się nie
zgadza. Kiedy Ella zniknęła, miała na sobie czarną kurtkę. Troje
świadków zeznało, że widziało ją w autobusie w czarnej kurtce.
Zadzwoniła nawet do matki dziewczyny, ale kobieta twierdzi, że jej córka
nie ma czerwonej kurtki ani białej czapki i rękawiczek.
-?Czyli albo to zupełnie inna dziewczyna, albo ktoś ją przebrał -
stwierdził Porter. -?Jesteśmy ponad dwadzieścia kilometrów od miejsca, w którym Ella zniknęła.
Clair przygryzła wargę.
-?Będzie potrzebna identyfikacja zwłok.
-?Kto ją znalazł?
Clair wskazała na radiowóz stojący na obrzeżach odgrodzonego terenu.
-?Jakiś chłopak z ojcem, dzieciak ma dwanaście lat. -?Zerknęła na
notatki w telefonie. -?Scott Watts. Przyszli sprawdzić, czy lód na
zalewie jest wystarczająco mocny, żeby potrenować jazdę na łyżwach.
Ojciec ma na imię Brian. Podobno chłopak odgarnął śnieg i zauważył
kawałek ręki. Facet kazał synowi się cofnąć, odśnieżył trochę większy
kawałek, przekonał się, że to osoba, i zadzwonił pod numer alarmowy. To
było jakąś godzinę temu, zgłoszenie przyjęto o dziewiętnastej
dwadzieścia dziewięć. Upchnęłam ich w radiowozie, w razie gdybyście
chcieli z nimi porozmawiać.
Porter poskrobał lód paznokciem palca wskazującego i rozejrzał się
dookoła. Po lewej stało dwoje techników kryminalistycznych i podejrzliwie przyglądało się ich trójce.
-?Kto odgarnął ten śnieg? -?zapytał.
Młodsza z tej dwójki, na oko trzydziestoletnia blondynka z krótkimi
włosami, w okularach i grubej różowej kurtce, podniosła rękę.
-?Ja, proszę pana.
Jej kolega przestąpił niepewnie z nogi na nogę. Wyglądał na starszego od
niej o jakieś pięć lat.
-?Ja nadzorowałem. A o co chodzi?
-?Nash? Możesz mi to podać? -?Porter wskazał na pędzel z długim, białym
włosiem, który wystawał z jednego z przyborników kryminalistycznych.
Gestem dłoni poprosił techników, żeby podeszli bliżej.
-?Spokojnie, zwykle nie gryzę.
W listopadzie Porter wrócił przed czasem ze zwolnienia, na które wysłano
go po tym, jak jego żona zginęła podczas napadu na miejscowy sklep
spożywczy. Chciał pracować, głównie po to, żeby mieć jakieś zajęcie, nie
myśleć o tym, co się stało.
Zdecydowanie najgorsze były dni bezpośrednio po jej śmierci, kiedy
zamknął się sam w mieszkaniu. Wszystko przypominało mu o żonie.
Jej twarz patrzyła na niego z fotografii ustawionych na niemal każdej
półce. W powietrzu unosił się jej zapach -?przez pierwszy tydzień nie
mógł zasnąć, jeśli nie rozłożył na łóżku jej ubrań. Siedział w domu i obsesyjnie myślał o tym, co zrobiłby facetowi, który ją zabił. Nie
chciał, żeby takie myśli wypełniały mu głowę.
W końcu z mieszkania wyciągnął go Zabójca Czwartej Małpy, zwany 4MK.
To również 4MK dokonał zemsty na człowieku, który zamordował żonę
Portera. I to z jego powodu ludzie zachowywali się dziwnie w jego
towarzystwie, tak jak ta dwójka techników. Nie tyle z lękiem, ile z nabożnym podziwem.
To przez niego 4MK pod maską technika kryminalistycznego zdołał
przeniknąć w szeregi zespołu prowadzącego śledztwo. To jego Zabójca
Czwartej Małpy dźgnął nożem w jego własnym mieszkaniu. To on był tym
gliniarzem, który złapał seryjnego mordercę i pozwolił mu się wymknąć.
Cztery miesiące później wszyscy nadal o tym rozmawiali, tyle że nie przy
nim.
Technicy podeszli bliżej.
Kobieta kucnęła obok niego.
Za pomocą pędzla Porter odgarnął śnieg z obszaru przylegającego do linii
brzegowej oraz wokół oczyszczonego wcześniej terenu. Kiedy powiększył
już krąg o kolejne pół metra, odłożył pędzel i zaczął przeciągać dłonią
po lodzie, zaczynając od środka i powoli przesuwając się ku brzegom.
Zatrzymał się około dziesięciu centymetrów od granicy śniegu.
-?Tutaj. Proszę dotknąć.
Młodsza techniczka zdjęła rękawiczkę i z wahaniem wykonała polecenie,
opuszkami palców muskając lodową taflę.
Zatrzymała się parę centymetrów od jego dłoni.
-?Czuje pani?
Skinęła głową.
-?Delikatne wgłębienie. Płytkie, ale wyczuwalne.
-?Proszę obwieść szczelinę dookoła i zaznaczyć. -?Podał jej gruby
flamaster.
Minutę zajęło jej narysowanie równego kwadratu dokładnie nad ciałem. Po
bokach przylegały do niego dwa mniejsze kwadraty, każdy o krawędzi około
dziesięciu centymetrów.
-?No to chyba mamy odpowiedź -?stwierdził Porter.
Nash zmarszczył czoło.
-?O co chodzi?
Porter wstał i pomógł się podnieść techniczce.
-?Jak się pani nazywa?
-?Lindsy Rolfes.
-?Rolfes, proszę wytłumaczyć, o co chodzi.
Zastanowiła się chwilę, zerkając to na Portera, to na lód. Nagle do niej
dotarło.
-?Zalew był zamarznięty, więc ktoś wyciął dziurę w lodzie,
prawdopodobnie przy użyciu bezprzewodowej piły łańcuchowej, a potem
wrzucił ofiarę do wody. Gdyby wpadła, zobaczylibyśmy poszarpane
krawędzie, a nie idealny kwadrat. Ale to nie ma sensu...
-?Co?
Zmarszczyła brwi, sięgnęła do przybornika, wyjęła wiertarkę
bezprzewodową, przymocowała calową końcówkę i wywierciła dwa otwory,
jeden poza obszarem wytyczonym przez jej linię, drugi blisko ciała.
Linijką zmierzyła odległość do wody w obu miejscach.
-?Nie rozumiem... Ofiara jest pod linią zamarzania.
-?Nie nadążam -?powiedziała Clair.
-?Uzupełnił wodę -?stwierdził Porter.
Rolfes pokiwała głową.
-?No tak, ale po co? Mógł po prostu wyciąć przerębel, wepchnąć ciało pod
lód i zostawić dziurę, żeby naturalnie zamarzła. Byłoby znacznie
szybciej i łatwiej. Dziewczyna by zniknęła, może nawet na zawsze.
Clair westchnęła.
-?Moglibyście wytłumaczyć bardziej po ludzku? Nie wszyscy tu jesteśmy
ekspertami od przerębli.
Porter gestem poprosił o linijkę. Rolfes podała mu ją.
-?Lód ma grubość co najmniej dziesięciu centymetrów. Widać tu linię
wody. -?Wskazał na podziałkę linijki. -?Gdybyś wycięła stąd kwadratowy
blok lodu, zostałby występ o wysokości dziesięciu centymetrów, od
powierzchni lodu do wody. Powiedzmy, że potem wrzucasz ciało do
przerębla, dziewczyna tonie, a ty chcesz ukryć dziurę. Musiałabyś
zaczekać, aż zrobi się nad nią przynajmniej cienka warstwa lodu, a potem
zalać dziurę wodą, wypełnić aż do górnej krawędzi lodu, żeby wyrównać.
-?Woda zamarzałaby tutaj przynajmniej dwie godziny -?oznajmiła Rolfes. -
Może trochę krócej, ostatnio były bardzo niskie temperatury.
Porter przytaknął.
-?Dolewał wody tak długo, aż świeży lód osiągnął grubość starego. Nasz
sprawca jest cierpliwy. To musiało być bardzo czasochłonne. -?Zwrócił
się do starszego technika: -?Ten lód będzie nam potrzebny. Wszystko, co
nad nią, i dodatkowo po kilka centymetrów poza tym obszarem. Jest spora
szansa, że jakieś ślady dostały się do wody, zanim zamarzła. Podejrzany
długo się tu kręcił.
Technik przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zamierzał protestować, ale
potem niechętnie pokiwał głową. Wiedział, że Porter ma rację.
Wzrok Portera powędrował ku kępie drzew na drugim brzegu.
-?Ale nie rozumiem, dlaczego ten ktoś nie zostawił jej po prostu tam.
Wyciąganie ciała na otwartą przestrzeń, wycinanie przerębla, napełnianie
wodą, czekanie, aż zamarznie... To spore ryzyko. Sprawca mógł ją przecież
przenieść przez mostek i rzucić gdziekolwiek w tych chaszczach, nikt by
jej nie znalazł przynajmniej do wiosny, kiedy mają się zacząć roboty. A on poświęcił długie godziny na to, żeby upozować ją w zbiorniku wodnym w pobliżu obszaru, gdzie panuje duży ruch. Zaryzykował, że ktoś go złapie.
Po co? Chciał stworzyć iluzję, że ofiara była tu znacznie dłużej niż w rzeczywistości? Musiał się spodziewać, że się domyślimy.
-?Zwłoki nie pływają -?zauważył Nash. -?Przynajmniej przez pierwsze
kilka dni. Popatrzcie na nią. Ciało jest w idealnym stanie. Ciągle nie
rozumiem, jakim cudem unosi się na wodzie.
Porter przeciągnął palcem po krawędzi kwadratu i zatrzymał się przy
jednym z dwóch mniejszych kwadratów po bokach. Zbliżył twarz do tafli
lodu i przyjrzał się ofierze z boku.
-?A niech mnie.
-?Co? -?Rolfes też się pochyliła.
Porter przesunął dłonią po lodzie nad ramionami dziewczyny. Kiedy
znalazł to, czego szukał, ułożył w tym miejscu dłoń Rolfes. Patrzyła na
niego, coraz bardziej wytrzeszczając oczy, w miarę jak jej palce badały
powierzchnię lodu. Sięgnęła do kwadratu po drugiej stronie.
-?Nie pozwolił jej utonąć. Położył coś na dziurze, prawdopodobnie deskę
o szerokości mniej więcej dziesięciu centymetrów, sądząc po tych
śladach, po czym obwiązał ciało na wysokości ramion sznurkiem albo
cienką linką i przymocował do deski na czas zamarzania dolanej wody. Po
wszystkim odciął linkę. Ciągle da się wyczuć lekkie zgrubienia w lodzie.
Został tylko taki kawałek linki, żeby utrzymywać ją blisko powierzchni.
Jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem, to widać pod lodem sznurek.
-?Chciał, żeby ją znaleziono? -?spytała Clair.
-?Chciał zrobić wrażenie, na wypadek gdyby ją znaleziono -?odparł
Porter. -?Zadał sobie wiele trudu, żeby zaaranżować wszystko tak, jakby
ofiara zamarzła w zalewie całe miesiące temu, mimo że jest tu zapewne od
kilku dni, może nawet krócej. Musimy ustalić, dlaczego tak mu na tym
zależało.
-?Facet się z nami bawi -?stwierdziła Rolfes. -?Nakombinował się ze
sceną zbrodni, żeby pasowała do jakiejś narracji.
Instynkt samozachowawczy i strach to dwa z najsilniejszych ludzkich
instynktów. Porter nie był pewny, czy chce poznać człowieka pozbawionego
obu z nich.
-?Wyjmijcie ją -?zarządził w końcu.
2
Porter
Dzień pierwszy, 23.24
-?Mam wejść na górę?
Zaparkowali przed domem Portera przy Wabash. Nash trącał delikatnie
pedał gazu, żeby silnik Connie nie zgasł. Noc zrobiła się przejmująco
mroźna.
Porter pokręcił głową.
-?Jedź do domu i się wyśpij. Od rana bierzemy się ostro do roboty.
Technicy kryminalistyczni piłami łańcuchowymi wycięli lód znad
dziewczyny w formie jednego kwadratowego bloku, po czym ostrożnie
podzielili go na mniejsze kawałki, załadowali do wiader i przewieźli do
laboratorium do analizy. Ciało dziewczyny trafiło do kostnicy, gdzie
miało czekać na identyfikację. Porter zadzwonił do Toma Eisleya, który
zgodził się przyjść wcześniej do pracy i poinformować go, gdy tylko uda
się zidentyfikować zwłoki. Kiedy Porter i Nash opuszczali park, patrol
mundurowych nadal przeszukiwał okolicę, ale nic nie udało im się
znaleźć. Clair zgodziła się zostać dłużej i przejrzeć materiał wideo z jedynej kamery umieszczonej przy wejściu do parku. Nie była pewna, czego
właściwie szuka, a Porter nie potrafił powiedzieć jej nic konkretnego -
tylko żeby wypatrywała czegokolwiek odbiegającego od normy w okresie
ostatnich trzech tygodni, zwłaszcza po godzinach otwarcia. Park zamykano
o zmroku, potem -?nie licząc kilku latarni w najbardziej uczęszczanych
miejscach -?teren pogrążał się w ciemności. Nad zalewem nie było żadnego
oświetlenia. Każdy, kto pojawiłby się tam po zmierzchu, na pewno by się
wyróżniał.
-?A co do tej sprawy wcześniej, kiedy jechaliśmy do parku... -?zaczął
Porter.
Nash wszedł mu w słowo.
-?Nie ma sprawy, nie musisz się tłumaczyć.
Porter machnął ręką.
-?Nie sypiam za dobrze. Mam tak od śmierci Heather. Kiedy wchodzę do
mieszkania, wydaje mi się takie puste. Wydaje mi się, że ona lada chwila
wyjdzie z sąsiedniego pokoju albo stanie w drzwiach wejściowych z siatami pełnymi zakupów, ale tak się nie dzieje. Nie chcę zerkać na jej
połowę łóżka i widzieć, że jest pusta. Nie chcę patrzeć na jej
szczoteczkę do zębów w łazience, ale nie jestem w stanie jej wyrzucić.
To samo z ubraniami. Jakiś tydzień temu prawie zapakowałem wszystko,
żeby oddać biednym. Włożyłem już nawet pierwszą bluzkę do pudła, ale nie
dałem rady. Kiedy zacząłem grzebać w tych ubraniach, powietrze wypełniło
się jej zapachem i poczułem się tak, jakby wróciła, choćby na krótką
chwilę. Wiem, że powinienem zamknąć ten rozdział, ale nie jestem pewny,
czy potrafię. Przynajmniej na razie.
Nash nachylił się ku przyjacielowi i ścisnął go krzepiąco za ramię.
-?Dasz radę. To kwestia czasu. Nikt cię nie pogania. Pamiętaj tylko, że
możesz na nas liczyć. Jesteśmy przy tobie, gdybyś czegokolwiek
potrzebował. -?Nash gmerał nerwowo przy kierownicy, skubał kawałek
sztucznej skóry. -?Może dobrze by ci zrobiła przeprowadzka. Znalazłbyś
sobie nowe miejsce, mógłbyś zacząć od początku.
Porter pokręcił głową.
-?Nie mogę. Razem znaleźliśmy to mieszkanie. To mój dom.
-?To może jakieś wakacje? -?zasugerował Nash. -?Masz masę zaległego
urlopu.
-?No, może. -?Porter zapatrzył się na fasadę budynku.
Nie przeprowadzi się. Nie w najbliższej przyszłości.
Drzwi chevroleta zaskrzypiały, kiedy pociągnął za klamkę i wysiadł.
-?Jasny gwint, ale zimno.
-?Pora wyjąć kalesony z szafy i whisky z barku.
Porter postukał w dach samochodu.
-?Gdybyś poświęcił na to trochę czasu, mógłbyś z niej zrobić niezłą
brykę.
Nash się uśmiechnął.
-?Widzimy się w pokoju narad o siódmej?
-?Tak, o siódmej będzie w sam raz.
I odjechał.
Porter poczekał, aż samochód zniknie w głębi ulicy, po czym wszedł do
niewielkiego holu budynku, ostrożnie omijając zamarznięte psie odchody
na schodach. Minął skrzynki na listy i zaczął się wspinać na swoje
piętro. Nie jeździł już windami, przynajmniej jeśli miał wybór.
Kiedy przekroczył próg mieszkania, zaatakowała go mieszanka woni
kilkunastu posiłków na wynos. Główna winowajczyni, sterta kartonów po
pizzy na stole kuchennym, wypełniała powietrze odorem starego sera i nieświeżego pepperoni.
Porter powiesił płaszcz na oparciu krzesła, wszedł do sypialni i zapalił
światło.
Łóżko zostało odsunięte w daleki kąt pokoju, podobnie jak dwa stoliki
nocne.
Ścianę, pod którą wcześniej stało, pokrywały setki zdjęć, notatek,
kolorowych karteczek i wycinków prasowych. Niektóre były połączone
sznurkiem. Kiedy skończył mu się sznurek, zaczął malować linie czarnym
markerem.
To wszystkie informacje, jakie zgromadził na temat 4MK vel Ansona
Bishopa vel Paula Watsona -?jednej osoby w trzech wcieleniach. Znał
szczegóły jego dawnych zbrodni, ale najbardziej zależało mu na
ustaleniu, dokąd Bishop mógł uciec.
Na podłodze w kącie pokoju leżał laptop, ekran świecił się jasno. Porter
podniósł go i przestudiował wyświetlone informacje. Ustawił sobie alerty
Google (okazało się to zadziwiająco proste nawet dla osoby pozbawionej
choćby podstawowych umiejętności komputerowych), żeby śledziły każdą
wzmiankę i każdy artykuł w internecie dotyczący Bishopa, Watsona lub 4MK
i przesyłały mu wyniki na prywatną skrzynkę mejlową. Czasem trwało to
godzinami, ale zawsze przeglądał każdą wiadomość i zaznaczał wspomniane
lokalizacje na dużej mapie świata wiszącej na ścianie w samym środku
całego zbioru danych. Były wśród nich także inne mapy. Dziesiątki
szczegółowych planów wszystkich największych miast.
Dane z czterech miesięcy.
Mapy były ponakłuwane pinezkami -?czerwonymi oznaczał miejsca, w których
go zauważono, niebieskimi adresy autorów doniesień prasowych, a żółtymi
domy osób zaginionych lub zamordowanych metodą podobną do tej
opracowanej przez 4MK. Naśladowców nie brakowało. Większość pinezek
skupiała się w Chicago, ale pojedyncze pojawiały się nawet w Moskwie i Brazylii.
Porter wziął do ręki żółtą pinezkę i poszukał zalewu w Jackson Park na
planie Chicago.
-?Ella Reynolds, zaginiona dwudziestego drugiego stycznia dwa tysiące
piętnastego roku, prawdopodobnie odnaleziona dwunastego lutego dwa
tysiące piętnastego -?mruknął pod nosem. Nie miał powodów sądzić, że 4MK
miał z tym coś wspólnego, ale zostawi pinezkę w tym miejscu, dopóki nie
zdobędzie pewności.
Powieki miał ciężkie z niewyspania.
Męczył go okrutny ból głowy.
Usiadł na podłodze i zaczął przeglądać alerty Google z całego dnia, w sumie pięćdziesiąt dziewięć.
Kiedy dwie godziny później zadzwonił telefon, w pierwszej chwili
zamierzał go zignorować, ale zmienił zdanie. Nikt nie dzwonił o wpół do
drugiej nad ranem bez ważnego powodu.
-?Porter -?odebrał.
Dlaczego w środku nocy jego głos zawsze zdawał się głośniejszy?
Z początku odpowiedziała mu cisza. Ale potem:
-?Panie detektywie, tu Sophie Rodriguez ze stowarzyszenia Zaginione
Dzieci. Dostałam pana numer od Clair Norton.
-?Czym mogę służyć?
Kolejna chwila ciszy.
-?Mamy następną zaginioną dziewczynę. Muszą panowie tutaj przyjechać.
3
Porter
Dzień drugi, 2.21
"Tutaj", czyli do budynku z szarego kamienia przy King Drive w dzielnicy
Bronzeville.
Rodriguez nie podała żadnych szczegółów przez telefon, powiedziała
tylko, że sprawa ma jakiś związek z ciałem dziewczyny znalezionej
wcześniej w parku i że powinien tam się zjawić.
Porter zaparkował chargera na ulicy, za chevroletem Nasha, przedarł się
przez zaspy na skraju jezdni i dotarł do budynku na rogu. Nie musiał
pukać. Umundurowany policjant stojący przy drzwiach rozpoznał go i wpuścił do środka. W salonie po lewej stronie od wejścia siedział Nash z jakąś kobietą. "Pewnie to ta Rodriguez", pomyślał Porter. Mężczyzna pod
pięćdziesiątkę o szpakowatych włosach, wysportowany, w tweedowej
marynarce i dżinsach, stał obok Nasha. Inna kobieta, niewątpliwie jego
żona, też siedziała na kanapie, ściskając w dłoni chusteczkę
higieniczną.
Siedząca obok niej kobieta wstała, kiedy Porter wszedł do pokoju.
-?Detektyw Porter? Sophie Rodriguez z Zaginionych Dzieci. Dziękuję za
przyjście. Wiem, że jest już późno.
Porter uścisnął jej dłoń i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Większość tego typu budynków zbudowano na przełomie XIX i XX wieku. W tym wypadku ktoś dołożył starań, żeby przywrócić oryginalne instalacje i wykończenia. Dywany też wyglądały na autentyczne, ale musiały być
podróbkami, starannymi kopiami oryginalnych. Salon umeblowano antykami.
Mężczyzna, który wcześniej rozmawiał z Nashem, wyciągnął rękę do
Portera.
-?Doktor Randal Davies, to moja żona Grace. Bardzo dziękuję, że
pofatygował się pan o tej porze.
Mężczyzna wskazał fotel obok kanapy. Porter odmówił.
-?To był długi dzień. Lepiej postoję.
-?W takim razie może kawy?
-?Chętnie. Czarną poproszę.
Doktor Davies przeprosił na chwilę i zniknął w korytarzu.
Porter zerknął na Rodriguez, która wróciła na swoje miejsce na kanapie.
-?Pani Davies zadzwoniła do nas po północy, bo jej córka nie wróciła do
domu -?powiedziała.
Grace Davies uniosła czerwone, zapuchnięte oczy.
-?Lili pracuje w centrum, w galerii sztuki. W czwartki idzie tam prosto
po szkole, a po zamknięciu, o jedenastej, zamawia Ubera do domu. Zawsze
wraca najpóźniej o wpół do dwunastej. Jeśli z jakiegoś powodu ma się
spóźnić, wysyła mi esemesa. Wie, że się o nią martwimy, więc zawsze
pisze. Jest odpowiedzialną dziewczyną, to jej pierwsza praca, wie, że
się martwimy... -?Osuszyła oczy chusteczką. -?Do jedenastej czterdzieści
pięć się nie odezwała, więc zadzwoniłam, ale od razu włączyła się
poczta. Potem zadzwoniłam do galerii, rozmawiałam z jej przełożoną,
panią Edwins. Powiedziała, że Lili nie pojawiła się w pracy. Próbowała
się z nią skontaktować, ale za każdym razem to samo: poczta głosowa. Ani
jednego sygnału, od razu poczta. To znaczy, że telefon jest wyłączony, a to bardzo nie w jej stylu. Nigdy nie wyłącza komórki. Wie, że się o nią
martwię. Potem zadzwoniłam do Gabby, jej najlepszej przyjaciółki...
-?Jak Gabby ma na nazwisko? -?wtrącił się Porter.
-?Deegan. Gabrielle Deegan. Podałam już namiary pańskiej partnerce. -
Mówiąc to, zerknęła na Rodriguez. Porter jej nie poprawił.
Pani Davies kontynuowała relację:
-?Gabby powiedziała, że w ogóle jej dziś nie widziała. Nie przyszła do
szkoły, nie odpisywała na wiadomości. To zupełnie nie w stylu Lili,
proszę zrozumieć. To wzorowa uczennica, ma świetne stopnie. Nie opuściła
ani jednego dnia szkoły od czwartej klasy, kiedy chorowała na ospę. -
Pani Davies przez chwilę w milczeniu przyglądała się twarzy Portera. -
To pan jest tym detektywem, który... Boże, sądzi pan, że to Zabójca
Czwartej Małpy porwał naszą córkę? Dlatego pan tu przyjechał? -?Szeroko
otworzyła oczy i zalała się łzami.
-?To nie on -?zapewnił Porter, choć sam wcale nie był tego taki pewny. -
Na tym etapie nie mamy powodów sądzić, że ktokolwiek porwał pani córkę.
-?Nie zniknęłaby tak po prostu.
Porter spróbował zmienić temat.
-?Do której szkoły chodzi?
-?Wilcox Academy.
Doktor Davies wrócił z kubkiem parującej kawy, który wręczył Porterowi,
po czym znowu stanął obok żony.
-?Wiem, co pan sobie myśli, ale jak już powiedzieliśmy pańskim
partnerom, Lili nie ma chłopaka. Nie zerwałaby się ze szkoły, a już na
pewno nie opuściłaby zmiany w galerii, kocha tę pracę. Coś jest nie tak.
Ma włączoną opcję znajdowania telefonu, ale z naszego konta nic nie
widzimy. Dzwoniłem do Apple, powiedzieli, że telefon nie jest podłączony
do sieci. Córka nie wyłączyłaby telefonu.
Nash odkaszlnął.
-?Czy mogłaby pani powtórzyć detektywowi Porterowi, w co Lili była dziś
ubrana, kiedy widziano ją ostatni raz?
Pani Davies skinęła głową.
-?Miała na sobie swoją ulubioną czerwoną parkę, białą czapkę, rękawiczki
do kompletu i ciemne dżinsy. Zimą Lili wolała przebierać się w mundurek
dopiero w szkole. Dziś rano przed wyjściem zajrzała do kuchni i się ze
mną pożegnała. To jej ukochana kurtka. Kupiła ją w Barneys za pierwszą
wypłatę. Była z niej bardzo dumna.
Rodriguez zacisnęła usta.
Porter nic nie powiedział.
4
Porter
Dzień drugi, 3.02
-?Jak to w ogóle możliwe?
-?Możemy im pokazać zdjęcie kurtki, żeby się upewnić -?zaproponował
Nash.
Porter pokręcił głową.
-?Nie możemy im pokazać zdjęcia martwej dziewczyny.
Stali w trójkę przed domem Daviesów, a między nimi w mroźnym powietrzu
unosiły się kłęby pary wydobywającej się z ich ust.
-?Nie ma mowy, żeby ktoś zdążył uprowadzić Lili Davies, ubrać w jej
ciuchy Ellę Reynolds i pogrzebać ją pod lodem na zalewie. Niemożliwe.
Zbyt mało czasu. -?Porter przestąpił z nogi na nogę. Temperatura musiała
spaść grubo poniżej zera. -?Musiałby to zrobić w ciągu dnia, w godzinach
otwarcia parku. Ktoś na pewno by go zauważył.
Nash zastanowił się chwilę.
-?Przy tej pogodzie w parku są pustki. Jedyne ryzyko to gdyby ktoś
zobaczył sprawcę, jak przenosił ciało z samochodu nad wodę. O ile nikt
nie podszedł zbyt blisko, o tyle właściwie nic nie powinno zwrócić
niczyjej uwagi. Wyglądał pewnie jak zwykły facet, może wędkarz czy coś.
Jeśli rozstawił wędkę, to założę się, że mógłby tam przesiedzieć cały
dzień i nikt nawet nie zwróciłby na niego uwagi.
-?Abstrahując od kwestii logistycznych -?powiedziała Rodriguez -?to po
co to wszystko?
Porter i Nash wymienili spojrzenia. Obaj dobrze wiedzieli, że seryjni
zabójcy rzadko działali w określonym celu, a przynajmniej takim, który
miałby sens dla kogokolwiek poza nimi. Choć na razie mieli tylko jedną
ofiarę, to jeśli okaże się powiązana z drugą zaginioną, mogą mieć do
czynienia z seryjnym.
-?Czy Ella Reynolds i Lili Davies się znały? -?Porter zapytał Rodriguez.
Ta pokręciła głową.
-?Rodzice Lili tylko kojarzyli jej nazwisko z telewizji.
-?Powinniśmy pogadać z Gabby, przyjaciółką Lili -?zauważył Porter. -?O której dziewczyna wyszła do szkoły?
Rodriguez zerknęła do notatek.
-?Kwadrans po siódmej.
Nash zamknął oczy i dokonał obliczeń.
-?To nam daje tylko dwanaście godzin od chwili zniknięcia Lili do
momentu, kiedy Ellę znaleziono w zamarzniętym zalewie.
-?Ale z ciebie matematyk -?rzucił Porter z przekąsem.
-?Jeśli to tylko jeden facet, to jest szybki. Sprawny -?stwierdził Nash.
Porter zwrócił się ponownie do Rodriguez.
-?Sophie, tak?
Skinęła głową.
-?Wróć do środka i przeszukaj pokój dziewczyny. Zwracaj uwagę na
wszystko, co wygląda nietypowo. Zdobądź komputer, sprawdź mejle,
zapisane pliki. Poszukaj pamiętnika, zdjęć... Jeśli cokolwiek znajdziesz,
dzwoń do mnie. Dopytaj o jej drogę do szkoły. Chodzi pieszo czy jeździ?
Sama czy ze znajomymi? Jasne?
Rodriguez przygryzła wargę.
-?Co z Lili?
Porter nie był jeszcze gotowy na to pytanie. Odwrócił się do Nasha.
-?Chodź, obudzimy Eisleya.
5
Porter
Dzień drugi, 4.18
Kostnica i biuro koronera hrabstwa Cook znajdowały się w centrum
Chicago, przy West Harrison. O tej porze prawie nie było ruchu, a kiedy
Porter i Nash dotarli na miejsce, okazało się, że parking przed
budynkiem jest niemal pusty. Strażnik z recepcji spojrzał na nich sennym
wzrokiem i skinął głową na powitanie.
-?Proszę się wpisać.
Porter nabazgrał "Burt Reynolds" i podał podkładkę Nashowi, który
napisał "Dolly Parton", oddał listę i poszedł za nim do wind na końcu
holu. Porter co prawda nie przepadał za windami, ale wolał już to od
wspinaczki po schodach na wysokie piętra.
Kiedy przyjechała winda (druga od lewej), szybko wszedł za Nashem do
środka, żeby nie zmienić zdania.
Porter nacisnął guzik z trójką.
-?Dolly była swego czasu niezła.
-?Nadal jest -?odparł Nash. -?GILF1 pełną gębą.
-?GILF?
-?Wytłumaczę ci, jak dorośniesz.
Drzwi windy otworzyły się na pusty korytarz.
Nash rzucił okiem na automat ze słodyczami, ale darował sobie i ruszył
ku podwójnym drzwiom na końcu korytarza.
Tom Eisley siedział przy biurku. Kiedy weszli do gabinetu, podniósł na
chwilę wzrok, ale zaraz wrócił do lektury.
Porter spodziewał się jakiejś uwagi na temat wczesnej pory, jednak
lekarz zapytał:
-?Widzieliście kiedyś ocean?
Porter i Nash wymienili spojrzenia.
Eisley zamknął książkę i wstał zza biurka.
-?Nieważne. Chyba nie jestem jeszcze gotów o tym rozmawiać.
-?Rozumiem, że pracujesz nad naszą dziewczyną? -?zapytał Porter.
Eisley westchnął ciężko.
-?Próbuję. Od kiedy ją tu przywieźli, staramy się podgrzać ciało.
Widzicie, nie była całkowicie zamarznięta, ale sporo poniżej normalnej
temperatury. W związku z tym trudno będzie określić czas zgonu.
-?Znacie już przyczynę śmierci?
Eisley otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.
-?Na razie nie. Będę potrzebował jeszcze kilku godzin. Oczywiście
możecie tu zostać, jeśli chcecie.
Nie czekając na odpowiedź, zniknął za drzwiami sali sekcyjnej.
Nash skinął na Portera.
-?Wygląda na to, że trochę to potrwa.
Porter opadł na żółte winylowe krzesło obok drzwi, przez które wyszedł
Eisley, a powieki miał coraz cięższe z niewyspania.
6
Porter
Dzień drugi, 7.26
-?Panowie?
Porter otworzył oczy, mrugając intensywnie, i dopiero po dłuższej chwili
dotarło do niego, że znajduje się w gabinecie Eisleya w kostnicy. Przez
sen zsunął się na winylowym krześle, strzykało mu w karku od spania w dziwnej pozycji. Nash półleżał za biurkiem Eisleya z głową opartą na
stercie papierów.
Eisley wziął do ręki jakiś podręcznik medyczny, podniósł go na metr nad
biurko i upuścił. Książka upadła z głośnym hukiem i Nash wyprostował się
gwałtownie na krześle, ślina ciekła mu po podbródku.
-?Co do...
-?Kwiat naszej policji w akcji -?rzucił Eisley z przekąsem. -?Chodźcie.
Porter zerknął na zegar ścienny -?prawie wpół do ósmej. Przyjechali tu
nieco ponad trzy godziny temu.
-?Szlag, nie sądziłem, że usnę -?wymamrotał. Wyjął z kieszeni komórkę:
trzy nieodebrane połączenia od Clair, żadnych wiadomości na poczcie
głosowej.
Eisley zaprowadził ich przez podwójne drzwi na tyłach gabinetu do dużej
sali sekcyjnej. Porter i Nash wzięli rękawiczki z pudełka umieszczonego
na ścianie przy drzwiach.
Wszystkie odgłosy niosły się tutaj echem.
Ta myśl zawsze przychodziła Porterowi do głowy tuż po przekroczeniu
progu tej sali. Wszystko brzmiało inaczej z powodu beżowych kafelków na
podłodze i ścianach. Druga cecha pomieszczenia sekcyjnego, która zawsze
zwracała jego uwagę, to temperatura -?nie wiedział, ile dokładnie jest
tu stopni, ale odnosiło się wrażenie, że o kilkanaście mniej niż w gabinecie. Na karku czuł gęsią skórkę, przeszedł go dreszcz. Trzecią
rzeczą, do której nie potrafił się przyzwyczaić, był zapach. Nie
pachniało tu źle, przynajmniej dzisiaj, ale bardzo mocno. Ciężka woń
przemysłowych środków czyszczących miała zamaskować smród czegoś innego,
o czym Porter wolał nie myśleć.
Jarzeniówki świeciły jasno pod sufitem, odbijały się w szafkach ze stali
nierdzewnej. Duża, okrągła lampa chirurgiczna górowała nad stojącym na
środku stołem sekcyjnym, na którym spoczywało ciało wyłowione z zalewu.
Eisley musiał zamknąć dziewczynie oczy.
"Śpiąca królewna".
Z boku leżał koc elektryczny i stały cztery duże lampy.
Eisley zauważył, że Porter na nie patrzy.
-?Poszczęściło nam się. Nie spędziła w zalewie dużo czasu, a ciało
znajdowało się pod linią zamarzania. Gdyby całkowicie zamarzła, trzeba
by parę dni poczekać z sekcją. W tym wypadku wystarczyło kilka godzin,
żeby odpowiednio podnieść temperaturę ciała.
-?Jeszcze jej nawet nie rozcięliście -?zauważył Nash. -?Wygląda na to,
że wcale nie zaczęliście działać.
-?Zdziwiłbyś się, jak wiele mogą powiedzieć zwłoki, jeśli wiadomo, gdzie
szukać -?odparł Eisley. -?Będę mógł ją otworzyć dopiero jutro, ciągle
jest zimna. Jeśli zbyt szybko ją ogrzejemy, ryzykujemy krystalizację i uszkodzenie komórek. Ale to wcale nie znaczy, że w międzyczasie
dziewczyna nic nam nie może powiedzieć. W przeciwieństwie do was ciężko
pracowałem. -?Przeciągnął dłoń przez włosy dziewczyny. -?Mówiła do mnie,
a ja jej słuchałem.
-?Przestań, zaczynam się ciebie bać -?powiedział Porter.
Eisley uśmiechnął się i cofnął o krok od stołu.
-?Chcecie się dowiedzieć, co ustaliłem?
-?Byłoby bardzo miło z twojej strony.
Podszedł do jednego z boków stołu i podniósł rękę ofiary.
-?Zimna woda świetnie ją zakonserwowała. Z większością wyłowionych ciał
mamy problem, trudno zdjąć odciski. Skóra puchnie, musimy przywrócić ją
do normalnego stanu przed zdjęciem odcisków. Tak jak kiedy marszczą wam
się palce w kąpieli, tyle że w wersji ekstremalnej.
-?Ja tam raczej wolę prysznic -?stwierdził Porter.
Eisley zignorował jego uwagę.
-?W lodowatej wodzie odciski palców zachowały się nietknięte,
utrzymałyby się tak pewnie aż do wiosennych roztopów. -?Opuścił dłoń
dziewczyny z powrotem na stół, ułożył ją delikatnie u jej boku. -
Dostałem wyniki jakieś dwie godziny temu. Potwierdzają, że to Ella
Reynolds, dziewczyna, która zaginęła przed trzema tygodniami.
Porter westchnął. Spodziewał się tego, ale wypowiedziane na głos słowa
brzmiały jakoś przygnębiająco.
-?A co z czasem i przyczyną śmierci?
-?Jak już mówiłem, z powodu lodowatej wody określenie czasu zgonu może
być problematyczne. Na razie mogę stwierdzić, że najwyżej czterdzieści
osiem godzin temu, ale nie mniej niż dwadzieścia cztery. Mam nadzieję
zawęzić to okienko, kiedy już rzucę okiem na jej wątrobę i inne narządy
-?wyjaśnił. -?Pomożecie mi ją przekręcić?
Porter i Nash wymienili spojrzenia. Nash cofnął się lekko. Jak na
detektywa z wydziału zabójstw miał dziwną awersję do zwłok.
Porter złapał dziewczynę za nogi, Eisley wziął ją pod pachy i razem
przewrócili ją na brzuch.
Eisley przeciągnął palcem po długiej, ciemnej linii biegnącej w poprzek
jej pleców.
-?To od liny, za pomocą której utrzymywał ją pod powierzchnią wody.
Odbarwienie skóry wskazuje na to, że zawiesił ją po śmierci. Oczywiście
wkrótce po śmierci, w przeciwnym razie ślad nie byłby tak widoczny,
zwłaszcza biorąc pod uwagę tę grubą kurtkę, którą miała na sobie. -
Skinął głową w stronę kupki schludnie poskładanych ubrań na stalowym
blacie.
Nash podszedł, podniósł czerwoną parkę i zaczął przeszukiwać kieszenie.
-?Zauważyłeś jakiekolwiek informacje identyfikacyjne na ubraniach?
-?To nie są jej ubrania, prawda? -?Eisley raczej stwierdził fakt, niż
zadał pytanie.
Porter zwrócił się do niego.
-?To twój wniosek z badania?
-?Mam takie podejrzenia, ale nie jestem pewny, czy nazwałbym je aż
wnioskiem. Wszystko zdawało się na nią trochę za małe. W normalnych
okolicznościach uznałbym to za rezultat spuchnięcia ciała w wodzie, ale
ponieważ w tym wypadku prawie go nie było, wydało mi się to dziwne.
Zwłaszcza bielizna i dżinsy były przyciasne, co najmniej o rozmiar czy
dwa. Wbiła się w nie, ale są obcisłe, wręcz niewygodne. Spójrzcie na
czapkę -?powiedział -?wskazując na blat. -?Na metce są jakieś litery,
najprawdopodobniej inicjały.
Nash odłożył kurtkę, podniósł białą czapkę i wywrócił ją na lewą stronę.
-?L.D. Trochę wyblakłe, ale nie ma wątpliwości, co jest tu napisane.
-?Lili Davies -?stwierdził Porter.
-?Prawdopodobnie tak.
-?A kto to? -?zapytał Eisley.
-?Inna nastolatka, dzisiaj zaginęła -?wyjaśnił Porter.
-?Czyli zabójca tej dziewczyny przebrał ją w ciuchy tamtej drugiej?
-?Na to wygląda.
-?Hmm.
-?A przyczyna zgonu? Nie widzę nic na ciele. Żadnych ran ani śladów
duszenia.
Eisley się ożywił.
-?Aaa, tak. Zdziwicie się.
-?Jak umarła?
-?Utopiła się.
Nash zmarszczył czoło.
-?A co w tym dziwnego? Znaleźliśmy ją w zalewie.
Porter uniósł dłoń.
-?Mówiłeś, że ślady na plecach powstały po śmierci. Twierdzisz, że
jeszcze żyła, kiedy włożył ją pod lód?
-?Nie, nie, wtedy już była martwa. Mam na myśli, że utonęła, a potem
wrzucił ją do zalewu. -?Podszedł do mikroskopu ustawionego na
podwyższeniu po jego lewej stronie. -?Popatrzcie -?powiedział, wskazując
na urządzenie.
Porter podszedł i zajrzał w okular.
-?Co mam tu zobaczyć?
-?Kiedy ją przywieźli, udało mi się wprowadzić rurkę do płuc i wyciągnąć
wodę, tę, którą tu widzisz.
Porter zmarszczył brwi.
-?Co to za małe ziarenka w niej pływają?
Kącik ust Eisleya wygiął się w górę.
-?To, przyjacielu, jest sól.
-?Utonęła w słonej wodzie?
-?Właśnie.
Na twarzy Nasha konsternacja walczyła z brakiem zrozumienia.
-?Jesteśmy w Chicago... Do najbliższego oceanu mamy ile, z półtora tysiąca
kilometrów?
-?Najbliżej byłoby nad Atlantyk -?odparł Eisley. -?Baltimore w Marylandzie. Jakieś tysiąc sto kilometrów.
Zadzwoniła komórka Portera. Zanim odebrał, zerknął na wyświetlacz.
-?Cześć, Clair.
-?Wróciłeś z wywczasów? Dzwoniłam do ciebie z dziesięć razy.
-?Trzy razy.
-?Aha, czyli twój telefon jednak działa -?powiedziała. -?Nigdy nie
ignoruj kobiety, Sam. To się nie może dobrze skończyć.
Porter przewrócił oczami i powoli przeszedł na drugą stronę sali.
-?Jesteśmy u Eisleya w kostnicy. Potwierdził tożsamość dziewczyny z zalewu, to Ella Reynolds. Wygląda też na to, że miała na sobie ubrania
Lili Davies.
-?Jakiej znowu Lili Davies?
Wydawało mu się, że już jej powiedział o drugiej zaginionej dziewczynie,
ale teraz uświadomił sobie, że wcale tego nie zrobił. Nie rozmawiali od
czasu wizyty w parku. Potrzebował snu. Umysł zasnuwała mu jakby gęsta
mgła.
-?Spotkajmy się w pokoju narad, będziemy tam z Nashem za pół godziny.
Musimy wymienić informacje.
-?Jasne -?zgodziła się Clair. -?A nie spytasz mnie, dlaczego do ciebie
wydzwaniałam?
Porter zamknął oczy i przeczesał włosy palcami.
-?Dlaczego do mnie wydzwaniałaś, Clair?
-?Znalazłam coś na nagraniach z parku.
-?Za pół godziny w pokoju narad. Wszystko omówimy. Weź Kloza.
7
Lili
Dzień drugi, 7.26
-?Masz może ochotę na mleko?
Lili Davies najpierw usłyszała jego głos, a dopiero potem go zobaczyła,
tak naprawdę zobaczyła.
Mówił powoli, cicho, niewiele głośniej od oddechu, każde słowo
artykułował niezwykle wyraźnie, jakby głęboko zastanawiał się nad tym,
co chce powiedzieć, zanim przemówił. Lekko seplenił, potknął się na "sz"
w "masz".
Zszedł po schodach prawie pięć minut temu, deski skrzypiały pod jego
ciężarem. Jednak kiedy dotarł na dół, stanął u podnóża schodów i znieruchomiał. Spowijał go cień, więc Lili nie mogła dojrzeć żadnych
szczegółów, tylko sylwetkę mężczyzny.
Bo to był mężczyzna, a nie chłopak.
Coś w jego postawie, szerokie ramiona, głęboki oddech -?wszystkie te
elementy podpowiadały jej, że to dorosły mężczyzna, a nie jeden z kolegów ze szkoły. Nie jakiś znajomy, który postanowił zrobić jej
idiotyczny kawał, ale mężczyzna, mężczyzna, który ją porwał.
Lili rzeczywiście miała ochotę na mleko.
Gardło wyschło jej na wiór.
Była też głodna.
Brzuch cichym, ale uporczywym burczeniem przypominał jej, jak bardzo
jest głodna.
Nic jednak nie powiedziała, nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
Wcisnęła się tylko głębiej w kąt, napierając plecami na wilgotną ścianę.
Ciaśniej owinęła się śmierdzącą zieloną narzutą. Nie wiedzieć czemu
materiał dawał jej poczucie bezpieczeństwa, jakby otulały ją matczyne
ramiona.
Nie było go przynajmniej godzinę, może dłużej. Przez ten czas Lili
próbowała się zorientować, gdzie jest. Nie pozwoliła sobie na strach,
nie mogła sobie pozwolić na strach. To po prostu zadanie do rozwiązania,
a ona była w tym dobra.
Znajdowała się w piwnicy starego domu.
Domyśliła się tego, ponieważ sama mieszkała w starym domu i pamiętała
jeszcze, jak wyglądała piwnica, zanim rodzice zatrudnili architektów i ekipy remontowe. Sufit był niski, a podłoga nierówna. W powietrzu
unosiła się woń pleśni, wszędzie panoszyły się pająki -?w każdym
zakamarku można było znaleźć starą albo nową sieć, a ich autorzy
wypełzali z każdego kąta. Kiedy budowlańcy weszli do ich domu,
całkowicie wypatroszyli piwnicę, wypoziomowali podłogę, uszczelnili
ściany, wszystko na nowo otynkowali i pomalowali. To przegoniło pająki,
przynajmniej na jakiś czas.
Jej przyjaciółka Gabby mieszkała w nowiutkim domu, zbudowanym zaledwie
dwa lata temu, i jej piwnica wyglądała zupełnie inaczej. Wysoki sufit,
równe podłogi, jasna i przewiewna. Położyli wykładziny, wstawili meble i urządzili przyjemny pokój rodzinny. Piwnicy w starym domu nie da się
przerobić na przyjemny pokój rodziny, niezależnie od tego, ile pracy by
się w to włożyło. Można zamalować plamy wilgoci, wypoziomować podłogi,
położyć świeżą warstwę tynku i farby, ale pająki zawsze wrócą. Pająki
tak łatwo nie oddadzą swojego terytorium.
W tej piwnicy też były pająki.
Chociaż nie widziała ich ze swojego miejsca, to wiedziała, że są tuż nad
nią, wypełzają z odsłoniętych legarów podłogowych. Obserwowały ją
tysiącami oczu, snując nowe pajęczyny.
Dał jej ubrania, ale to nie były jej ubrania.
Kiedy obudziła się na podłodze, owinięta zieloną narzutą, szybko się
zorientowała, że rozebrano ją do naga i zamknięto w tej klatce, a koło
głowy ktoś zostawił kupkę porządnie złożonych ubrań. Nie pasowały na
nią. Były przynajmniej parę rozmiarów za duże, ale włożyła je, ponieważ
nic innego nie miała, a lepsze to niż zielona narzuta. Potem jednak i tak otuliła się tą narzutą.
Znajdowała się w słabo oświetlonej, zawilgłej piwnicy. A dokładniej -?w kojcu z siatki drucianej w słabo oświetlonej, zawilgłej piwnicy.
Ogrodzenie sięgało od podłogi do sufitu, a jego części były zespawane.
Domyśliła się, że zbudowano je z myślą o psie, bo rodzina Gabby miała
sukę rasy husky, Dakotę, którą trzymali w bardzo podobnej, a może nawet
identycznej klatce w ogródku na tyłach domu. Kupili ją latem w Home
Depot, widziały z Gabby, jak jej tata ją składał. Nie zajęło mu to
długo, może z godzinę, ale on nie spawał.
Kiedy Lili wstała, otulona zieloną narzutą, i przebiegła palcami po
rurach i grubych metalowych drutach, z których zbudowano jej klatkę,
próbowała wymacać złączenia, wspominając, jak tata Gabby składał kojec,
ale kiedy wyczuła miejsca spawów, straciła nadzieję. Drzwi do klatki
były zamknięte na kłódkę, a nawet dwie -?jedną na górze, drugą na dole.
Szarpnęła, ale drzwi ani drgnęły. Całą konstrukcję przymocowano do
betonowej posadzki. Lili tkwiła wewnątrz pewnej, solidnej klatki.
-?Powinnaś się czegoś napić, będziesz potrzebowała siły na później -
powiedział mężczyzna, znowu potykając się lekko na "sz" w słowie
"będziesz".
Lili nie odpowiedziała. Nie zamierzała się odzywać. Rozmowa z nim dałaby
mu władzę, a ona nie była na to gotowa. Na nic od niej nie zasługiwał.
Jedynym źródłem światła były uchylone drzwi u szczytu schodów. Mężczyzna
stał u ich podnóża w całkowitym bezruchu.
Lili próbowała przebić spojrzeniem mrok, jej oczy powoli przyzwyczajały
się do ciemności.
On jednak pozostawał poza zasięgiem jej wzroku, nieco ciemniejszy cień
wśród innych cieni, sylwetka na tle ściany.
-?Odwróć się. Stań twarzą do tylnej ściany i nie odwracaj się z powrotem, dopóki ci nie pozwolę -?poinstruował.
Lili nie tylko się nie ruszyła, ale wręcz zesztywniała w dotychczasowej
pozycji.
-?Odwróć się, proszę. -?Łagodniej, błagalnie.
Ścisnęła materiał i jeszcze mocniej owinęła narzutą swoją drobną
sylwetkę.
-?Masz się, kurwa, odwrócić! -?wrzasnął, a jego głos rozbrzmiał głośno w całej piwnicy, odbijał się od ścian.
Lili wystraszyła się i cofnęła o krok, niemal się potykając.
Potem znów zapadła cisza.
-?Proszę, nie zmuszaj mnie do krzyku. Wolałbym nie krzyczeć.
Lili poczuła, jak serce wali jej w piersi, ciężkie "łup, łup, łup".
Zrobiła krok do tyłu, potem kolejny i jeszcze jeden. Kiedy dotarła do
ściany na końcu klatki, zmusiła stopy, żeby się odwróciły, i stanęła
twarzą do kąta.
Lili usłyszała, jak się zbliża, żywy cień. Coś było nie tak z jego
chodem. Zamiast miarowych kroków słyszała, jak jedna stopa opada na
ziemię, a druga przesuwa się przez sekundę po betonie i dopiero potem
dołącza do pierwszej, i tak z każdym krokiem. Szuranie albo kulenie,
może lekkie powłóczenie nogą, nie była pewna.
Lili zmusiła się do zamknięcia oczu. Nie chciała ich zamykać, ale i tak
to zrobiła. Zmusiła się, żeby móc się skupić na dźwiękach, wyobrazić
sobie otoczenie na ich podstawie.
Usłyszała brzęk kluczy i chrakterystyczne kliknięcie kłódki -?sądząc po
brzmieniu, górnej -?a po chwili drugiej. Usłyszała, jak wysuwa obie
kłódki z klatki, podnosi klamkę i otwiera drzwi.
Lili skuliła się z przerażenia na myśl, co się teraz stanie.
Spodziewała się poczuć jego ręce, myślała, że dotknie jej albo złapie od
tyłu. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Po chwili usłyszała, jak
zamyka drzwi i z powrotem zakłada kłódki, które zatrzasnęły się z kliknięciem.
Nieregularne kroki oddalające się od klatki.
-?Możesz się już odwrócić.
Lili spełniła polecenie.
Stał ponownie pod schodami, znów pogrążony w mroku.
Na podłodze klatki stała szklanka mleka z kropelką wody spływającą po
ściance.
-?Niczego nie dosypałem -?powiedział. -?Potrzebna mi jesteś przytomna.
8
Porter
Dzień drugi, 7.56
-?Zobaczymy się na miejscu, muszę skoczyć do kibla -?powiedział Nash,
kiedy wysiedli z windy w piwnicy komendy głównej policji Chicago przy
Michigan Avenue. Nash skręcił korytarzem w prawo i zniknął za drzwiami
łazienki. Porter poszedł w lewo.
Po ucieczce Bishopa agenci federalni wkroczyli do akcji i przejęli
sprawę Zabójcy Czwartej Małpy. Porter był wtedy na zwolnieniu lekarskim,
ale Nash wspominał, że z początku próbowali przejąć ich pokój narad.
Nash wykorzystał cały swój urok osobisty, a także uciekł się do gróźb,
żeby wygonić intruzów do sali po drugiej stronie korytarza, znanej
głównie z dziwacznego zapachu, jaki się w niej nieustannie unosił, a zdawał się wydobywać z lewego kąta przy tylnej ścianie. Od tamtej pory
obie grupy współżyły ze sobą mniej więcej tak pokojowo jak Korea
Południowa z Północną.
W pokoju FBI nie paliło się światło.
Porter zaczekał na dźwięk zamykania drzwi toalety, a potem ostrożnie
nacisnął klamkę do sali federalnych.
Otwarte.
Porter rozejrzał się szybko po korytarzu i wśliznął do środka. Nie
zapalał światła.
"Sześć gałek ocznych".
Siedem ofiar. Osiem, jeśli liczyć Emory.
Podświadomość próbowała mu coś powiedzieć.
Przemierzył pokój, skierował się ku dwóm białym tablicom ustawionym z przodu i przyjrzał się fotografiom ofiar. Patrzyły na niego znajome
twarze, niczego nieświadome uśmiechy zastygłe na zawsze w chwili
szczęścia. W ostatnich chwilach na jedenastym piętrze budynku przy West
Belmont 314 Bishop przedstawił swój tok myślenia, wyłożył karty na stół,
dumny z pokrętnej logiki swojego planu. "Ci ludzie zasługiwali na karę",
powiedział Porterowi. I to była prawda. Każda z ofiar zrobiła coś
okropnego, musiała ponieść konsekwencje. On jednak nie atakował ich
bezpośrednio. Zamiast tego porywał ich córki. Zadawał im okrutną śmierć,
żeby rodzice cierpieli już do końca życia. Każda z tych dziewczyn
zginęła nie z powodu własnych uczynków, a przez coś, co zrobił jeden z członków jej rodziny. Tyle pięknych, młodych twarzy zmasakrowanych, żeby
zapłacić za cudze zbrodnie.
Porter podszedł do pierwszej tablicy i pogładził palcem zdjęcie Calli
Tremell, pierwszej ofiary Bishopa. Dwadzieścia lat, uprowadzona 15 marca
2009 roku. Pierwsza ofiara Bishopa jako 4MK -?Klozowski nigdy nie
omieszkał tego podkreślić. Był dokładny, metodyczny i pewny siebie, co
sugerowało, że najprawdopodobniej zabijał już wcześniej, dopracowywał
technikę działania przez lata praktyki. Był zbyt wyrafinowany na
debiutanta, a myśl o tym, że ktoś taki jak on chodził po świecie i zbierał śmiertelne żniwo, ćwicząc do popisowego numeru... Jeśli to były
jego początki jako 4MK, Porter nie potrafił sobie wyobrazić, jakie były
jego początki jako człowieka. Pamiętnik zapewnił mu pewien wgląd w przeszłość zabójcy, ale niewystarczający, zaledwie fragmencik -?szybkie
zerknięcie za zasłonę, zanim Bishop z powrotem ją zaciągnął.
Rodzice Calli Tremell zgłosili zaginięcie we wtorek. W czwartek dostali
pocztą jej ucho. W sobotę dołączyły do niego oczy, a w kolejny wtorek
dostarczono język. Wszystkie przesyłki w małych białych pudełkach
przewiązanych czarnym sznurkiem, z ręcznie wypisanym adresem odbiorcy i bez śladu odcisków palców. Nigdy ich nie zostawiał.
Trzy dni po dostarczeniu ostatniego pudełka biegacz znalazł ciało
dziewczyny w Almond Park -?usadzono ją na ławce z przyklejonym do dłoni
kartonem z napisem "NIE CZYNIĘ NIC ZŁEGO". Zespół Portera już wcześniej
domyślił się metody działania zabójcy, więc napis tylko potwierdził ich
teorię.
Hasło "nie czynię nic złego" okazało się kluczem do zrozumienia Bishopa,
z czego zdali sobie sprawę przy drugiej ofierze 4MK -?Elle Borton.
Zaginęła 2 kwietnia 2010 roku, ponad rok po pierwszej ofierze. Ekipa
Portera przejęła sprawę od Zaginionych Dzieci, kiedy rodzice zgłosili
otrzymanie przesyłki z uchem. Gdy nieco ponad tydzień później znaleziono
jej ciało, trzymała w ręku zeznanie podatkowe swojej babci za rok 2008.
Policja trochę poszperała i odkryła, że babcia zmarła w roku 2005. Matt
Hosman z wydziału przestępstw gospodarczych ustalił, że ojciec Elle,
kierownik domu opieki, składał zeznania w imieniu kilkunastu swoich
zmarłych podopiecznych. Bishop zabił Elle Borton, ledwie
dwudziestotrzylatkę, za przestępstwa ojca.
Kiedy motywy Zabójcy Czwartej Małpy stały się jasne, policjanci
sprawdzili rodzinę Calli Tremell i odkryli, że jej matka prała brudne
pieniądze w banku, w którym pracowała -?ponad trzy miliony dolarów przez
dziesięć lat.
Porter zrobił krok w prawo i spojrzał na trzecią fotografię. Missy
Lumax, 24 czerwca 2011 roku. Jej ojciec handlował pornografią dziecięcą.
Z kolei ojciec Susan Devoro podmieniał prawdziwe brylanty na fałszywki w swoim zakładzie jubilerskim. To ona była ofiarą numer cztery -?3 maja
2012 roku. Numer pięć: Barbara McInley, siedemnaście lat. Zaginęła 18
kwietnia 2013 roku. Sześć lat wcześniej jej siostra śmiertelnie
potrąciła pieszego, więc Bishop zabił Barbarę w ramach kary. Brat
Allison Crammer prowadził na Florydzie fabrykę wyzyskującą nielegalnych
imigrantów. To ona była ofiarą numer sześć, zniknęła 9 listopada 2013
roku, w wieku dziewiętnastu lat. Ten sam los spotkał Jodi Blumington
zaledwie kilka miesięcy później. Dwudziestodwulatka zaginęła 13 maja
2014 roku. 4MK zabił ją, ponieważ jej ojciec sprowadzał kokainę dla
kartelu.
Ostatnia fotografia na tablicy przedstawiała dziewczynę, którą Porter
dobrze znał, jedyną, którą poznał osobiście, jedyną, która przeżyła.
Piętnastoletnią Emory Connors uprowadzono w listopadzie ubiegłego roku.
Choć straciła ucho i spędziła kilka dni w niewoli, Bishop jej nie zabił.
Najprawdopodobniej by to zrobił, gdyby Porter go wcześniej nie dopadł.
Tak przynajmniej pisali w gazetach. Porter świetnie wiedział, że Bishop
sam darował jej życie. Wiedział też, że Bishop pozwolił mu się wytropić.
Chciał mieć okazję się pochwalić, wyjaśnić swoje motywy i cele,
przedstawić swój manifest, zanim zamordował Arthura Talbota i zniknął.
Talbot -?jak się okazało, ojciec Emory -?był najgorszym przestępcą ze
wszystkich krewnych ofiar. Choć Bishop porwał Emory, w końcu ukarał
bezpośrednio Talbota: zmasakrował go i zrzucił do szybu windy.
Zamordował go i oszczędził Emory.
Emory zaś odziedziczyła miliardowy majątek ojca, gdyż w chwili jego
śmierci nabrała mocy prawnej klauzula w jego testamencie wymuszona lata
wcześniej przez matkę dziewczyny.
Emory przeżyła, a Bishop wymknął się organom ścigania.
"Sześć gałek ocznych".
Porter wpatrywał się w zdjęcia ofiar 4MK.
Siedem zabójstw, jedna dziewczyna puszczona wolno.
W listopadzie, podczas śledztwa w sprawie Emory, Anson Bishop zdołał
przeniknąć do zespołu Portera -?podszył się pod fotografa
kryminalistycznego. Podczas pierwszej narady omówili wszystkie
poprzednie ofiary Zabójcy Czwartej Małpy, żeby wprowadzić nowego kolegę
w temat. Słuchał ich uważnie, chłonął informacje jak gąbka, udając, że
to dla niego nowość. Porter często wracał myślami do tamtej chwili,
doszukując się czegoś, co powinno zdradzić prawdziwą tożsamość mordercy,
ale nic takiego nie było. Bishop zapewne podziwiał tę tablicę z poczuciem spełnienia, jednocześnie przejawiając przerażenie i zaciekawienie w idealnych proporcjach. Zadawał właściwe pytania i powstrzymał się przed ubarwianiem faktów przekazanych mu przez policję.
Porter domyślał się, że musiało to być dla niego niezwykle trudne. W trakcie ostatniej konfrontacji przy Belmont Bishop zdawał się aż kipieć
potrzebą podzielenia się swoją historią, wytłumaczenia swoich postępków.
Pragnienie to musiało go przytłaczać, kiedy patrzył na te tablice i słuchał, co detektywi wiedzieli o poszczególnych ofiarach.
Bishop rzucił jednak kilka celnych uwag, uczepił się paru szczegółów.
Porter zamknął oczy i wrócił myślami do tamtego dnia, do jego słów.
Przypomniał sobie, że Bishop zwrócił uwagę na kwestię dostępu do
informacji: trzeba się dowiedzieć, kto wiedział o tych wszystkich
przestępstwach, i zacząć eliminować podejrzanych. Były to jednak tylko
puste słowa, gdyż w końcu okazało się, że to Talbot posiadał wszystkie
informacje, a Bishop mu je ukradł. Wspomniał o datach, zauważył, że 4MK
eskaluje swoje działania. To akurat było prawdą, ale jeśli istniał ku
temu jakiś powód, nie udało im się go odkryć. Wówczas byli przekonani,
że zabójca nie żyje. Liczyło się dla nich tylko odnalezienie Emory.
No i kolor włosów.
Porter pamiętał, jak Bishop zafiksował się na zdjęciu Barbary McInley,
jedynej blondynki. Nazwał ją anomalią. Jedyna blondynka w grupie
atrakcyjnych brunetek. Potem zapytał, czy któraś z dziewczyn była
napastowana seksualnie -?żadna. Spytał też, czy wśród ofiar 4MK byli
mężczyźni. Konkretnie chciał wiedzieć, czy któraś z dziewczyn miała
brata, a potem powiedział coś w rodzaju: "Jeżeli przyjmiemy, że w połowie z tych rodzin byli synowie, a on wybierał ofiary losowo,
powinniśmy mieć jedną lub dwie ofiary płci męskiej. Nie mamy, więc z jakiegoś powodu wolał córki od synów... Tylko nie wiemy
dlaczego"2. Porter sądził, że Zabójca Czwartej Małpy porywał
kobiety, bo łatwiej je kontrolować, mniejsze ryzyko, że będą się bronić.
Sześć gałek ocznych.
Siedem martwych dziewczyn.
Porter wrócił do fotografii Barbary McInley. Ukarana za siostrę, która
przejechała pieszego i zbiegła z miejsca wypadku. McInley jako jedyna
przyciągnęła uwagę Bishopa podczas narady, tylko na niej skupił się na
dłużej. Porter wciąż miał przed oczyma obraz, jak stuka w to jedno
zdjęcie, a jego umysł pracuje na najwyższych obrotach.
Zerknął na drzwi, nasłuchując kroków na korytarzu, ale panowała
całkowita cisza.
Na stole pod ścianą po jego lewej stronie piętrzyły się stosy pudeł na
akta -?wszystko, co zebrali na temat 4MK. Na trzecim pudle od lewej
widniał napis "Ofiary", własnoręcznie wykonany przez Portera. Podszedł
do stołu, zdjął pokrywkę i grzebał w papierach tak długo, aż znalazł
akta Barbary McInley, również wypełnione jego charakterem pisma.
To były jego akta. Akta jego ekipy. Nie należały do FBI.
-?Chuj z tym.
Porter zawinął akta w płaszcz, z powrotem przykrył karton i ruszył do
drzwi wyjściowych. Kiedy upewnił się, że w holu nadal jest pusto,
wyślizgnął się z pokoju i po cichu zamknął za sobą drzwi.
Wszedł do pokoju narad na końcu korytarza i włączył jarzeniówki wiszące
pod sufitem.
-?Już myślałem, że wzięliście sobie dziś wolne -?stwierdził agent
specjalny Stewart Diener. Siedział na miejscu Nasha, z nogami na biurku,
i stukał zawzięcie w ekran telefonu komórkowego.
Porter miał nadzieję, że jakiś zbłąkany powiew wiatru rozwichrzy
misterną zaczeskę tego typka. Nic z tego.