1
Pewnego razu, a działo się to wiele lat temu,
w mieście na północy, nad rzeką Sabbanock, w górnym jej biegu,
gdzie nurt jest wąski, a zimy trwają szczególnie długo, mieszkał
pastor z córeczką. Pastor nazywał się Tyler Caskey i przez pewien
czas jego historię opowiadano w miastach położonych wzdłuż całej
rzeki aż po jej ujście do oceanu; powielano ją w tak licznych
wersjach, że straciła walor oryginalności, a na żywotność
zdarzeń, rzecz jasna, podziałał też upływ czasu. Lecz w mieście
West Annett nadal żyje kilka osób, które twierdzą, że dokładnie
pamiętają wydarzenia rozgrywające się w ciągu ostatnich miesięcy
1959 roku. I jeśli będziecie je wypytywać z wystarczającą dozą
cierpliwości oraz powściągniecie nadmierne wścibstwo, prawdopodobnie
w końcu opowiedzą wam to, co im na ten temat wiadomo, chociaż
szczegółów będziecie musieli domyślić się sami.
Wiemy, że wielebny Tyler Caskey miał dwie córki,
ale młodsza z nich, wtedy zaledwie niemowlę, mieszkała z matką
Tylera w odległości kilku godzin drogi, nad dolnym biegiem rzeki,
w mieście o nazwie Shirley Falls, gdzie nurt staje się szeroki,
a drogi i budynki pojawiają się częściej i są bardziej okazałe;
w miarę zbliżania się do Shirley Falls wszelkie sprawy nabierają
wagi. Natomiast wyżej możesz jechać całymi milami, a wzdłuż
bocznych krętych dróg nie napotkasz nic poza domem farmera oraz
akrami pól i lasów. W jednym z takich domów mieszkała dziewczynka
o imieniu Katherine.
Budynek liczył co najmniej sto lat; wybudowała go
i przez wiele dziesięcioleci uprawiała tamtejszą farmę rodzina
Joshuy Locke'a. Ale pod koniec wielkiego kryzysu, gdy farmerzy nie
mieli pieniędzy, by opłacać ręce do pracy, gospodarstwo zupełnie
podupadło. Kuźnia, którą prowadzili jeszcze przed pierwszą
wojną światową, także uległa zniszczeniu. Wreszcie, i tak było
przez wiele lat, dom zamieszkiwał jedyny dziedzic majątku, Carl
Locke, mężczyzna, który rzadko bywał w mieście i który gdy
ktoś zastukał do jego drzwi, otwierał je, trzymając w rękach
strzelbę. Ale w końcu zostawił wszystko - dom, stodołę
i kilka akrów pola - Kościołowi kongregacyjnemu[*], chociaż nikt nie pamiętał, by był on w kościele
więcej niż dwa razy w ciągu całego życia.
Tak czy siak West Annett, chociaż posiadało trzy
białe budynki Akademii Annett, było niewielkim miastem, zawartość
kościelnej kasy także była znikoma. Gdy wielebny Smith, tamtejszy
pastor od dawien dawna, wreszcie dosłużył się emerytury i zabrał
swą głuchą żonę do Karoliny Południowej, gdzie niewątpliwie jakiś
bratanek czekał, by się nimi zająć, członkowie rady kościelnej
zdawkowo pomachali im na do widzenia, a potem z entuzjazmem dobili
dobrego interesu z agentem handlu nieruchomościami. Dotychczasowa
plebania przy Main Street została sprzedana miejscowemu dentyście,
a nowy pastor miał zamieszkać za miastem, w starym domu Locke'a,
przy Stepping Stone Road.
Komitet Ambony zarekomendował Tylera Caskeya, licząc
na to, że jego młody wiek, poczciwa natura oraz zakłopotanie, jakie
okazywał, omawiając kwestie finansowe, sprawią, że nie będzie
się uskarżał na to, że umieszczono go dwie mile za miastem,
w domu pośród pól, i co do tego się nie omylił. Przez sześć
lat pastor ani razu się nie skarżył i z wyjątkiem pozwolenia
na to, by pomalować salon i jadalnię na różowo, nigdy o nic nie
poprosił.
To stanowiło jeden z powodów, dla których dom
pozostał nieco zrujnowany od wewnątrz i na zewnątrz. Miał złamaną
balustradę werandy i krzywe stopnie od frontu. Ale charakteryzowały
go owe harmonijne kształty, jakie czasami miewają stare domostwa: był
dwupoziomowy, o wielkich oknach i ładnym spadzistym dachu. Przyjrzawszy
mu się lepiej - zwrócony był bokiem ku południu, a przybudówka
miała wystawę północną - dochodziło się do wniosku, że ludzie,
którzy go zbudowali przed laty, wiedzieli, co robią: dom cechowała
miła dla oka, pozbawiona zbędnych ozdób symetria.
Zacznijmy tedy od pewnego dnia na
początku października. Wyobraźmy sobie otaczające dom pastora
pola, złociste i brązowe w jaskrawych promieniach słońca, oraz
mieniące się w odcieniach żółci i czerwieni drzewa na pobliskich
wzgórzach. Jak zawsze jest wiele powodów do niepokoju. Dwa lata
wcześniej Rosjanie wystrzelili satelity Sputnik - jeden z nich
właśnie krąży wokół naszej planety z nieszczęsną nieżywą
psiną w środku - i wieść niesie, że jesteśmy szpiegowani
z przestrzeni kosmicznej, jak również z ziemi w naszym własnym
kraju. Nikita Chruszczow, przysadzisty i wielce niepociągający,
przybył kilka tygodni temu z wizytą do Ameryki, czy ludziom się to
podoba, czy nie - a wielu się nie podoba, obawiają się bowiem, że
zostanie on uśmiercony przed powrotem do siebie, i jakież okropieństwa
mogłyby z tego wyniknąć! Eksperci, kimkolwiek są i jakkolwiek to
robią, ustalili, że zdalnie sterowany pocisk z Moskwy do Nowego Jorku
trafiłby do celu z dokładnością do siedmiu i trzech dziesiątych
mili i chociaż dobrze jest mieszkać poza owym zasięgiem, trzy rodziny
w West Annett i tak posiadają na podwórku schrony przeciwatomowe,
bo w końcu nigdy nic nie wiadomo.
Jednakże jest to pierwszy rok od wielu lat,
w którym liczba wyznawców Kościoła nie wzrosła w większym
stopniu niż liczba ludności, co, jeśli się zastanowić, nie jest
pozbawione znaczenia. Prawdopodobnie świadczy to o tym, że ludzie nie
panikują. Możliwe, że chcą wierzyć i najwyraźniej wierzą -
zwłaszcza tutaj, na północnym skraju Nowej Anglii, gdzie niektórzy
mieszkają od wielu lat i gdzie niewielu jest komunistów (choć
znalazłoby się kilku) - że po trwającym pół wieku horrorze
świat wreszcie może być uczciwy, bezpieczny i dobry.
Dzisiaj, w dniu, od którego postanowiliśmy zacząć
tę opowieść, jest pogodnie i słonecznie, a korony drzew w oddali
pięknie się złocą i czerwienią. Nawet pamiętając o tym, jak
okropny może być jesienny dzień, ostry i przeszywający niczym
tłuczone szkło, to teraz niebo jest tak błękitne, jakby miało się
nad nami rozstąpić, a dzień jest doskonale piękny. Dzień, w którym
bez trudu możemy sobie wyobrazić wysokiego pastora, który spaceruje,
myśląc: "Podniosę wzrok na wzgórza". Owej jesieni wielebny Caskey
faktycznie miał w zwyczaju spacerować o poranku wzdłuż Stepping
Stone Road, a potem wracać dookoła stawu Ringrose. Bywały też ranki,
gdy szedł dalej, aż do miasta, zmierzając do swego biura w suterenie
kościoła i pozdrawiając po drodze ludzi, którzy odpowiadali mu
trąbieniem klaksonów, lub zatrzymywał się, by pochyliwszy swą
wysoką postać, zajrzeć przez okno i pogawędzić z kierowcą
przejeżdżającego samochodu, uśmiechając się, kiwając głową
i wspierając ją o drzwi, dopóki nie podniesiono szyby i nie
pomachano mu na do widzenia.
Ale nie tego ranka.
Tego ranka pastor siedział w domu, w swoim gabinecie,
postukując piórem w blat biurka. Zaraz po śniadaniu otrzymał
wiadomość telefoniczną z przedszkola, do którego uczęszczała jego
córeczka. Młoda nauczycielka dziewczynki, pani Ingersoll, zapytała
pastora niezwykle czystym głosem - choć jak na jego gust brzmiącym
nieco nazbyt piskliwie - czy zechce późnym popołudniem zajść do
szkoły, aby porozmawiać o zachowaniu Katherine.
- Są jakieś kłopoty? - zapytał pastor. A po
chwili milczenia, która nastąpiła po tym pytaniu, dodał: -
Oczywiście przyjdę. - Jednocześnie wstał i trzymając
w ręce czarny aparat telefoniczny, rozejrzał się po pokoju,
jakby coś w nim przestawiono. - Dziękuję za wiadomość -
powiedział jeszcze. - Naturalnie, że chcę się dowiedzieć, co
się wydarzyło.
Powrócił słaby piekący ból pod obojczykiem
i przykładając tam dłoń, pastor chwilowo doznał osobliwego
wrażenia, że składa Przysięgę na Wierność Fladze. Następnie
przez kilka minut spacerował tam i z powrotem wzdłuż biurka,
dotykając palcami ust. Ma się rozumieć, że nikt nie chce w ten
sposób zaczynać poranka, zwłaszcza wielebny Caskey, który ostatnio
ucierpiał z powodu rozmaitych zmartwień, o czym wiedzieli ludzie
z jego trzódki, i który był umęczony znacznie bardziej, niż
ktokolwiek mógł przypuszczać.
Gabinet pastora w dawnym domu farmera Carla Locke'a
poprzednio przez wiele lat pełnił funkcję sypialni właściciela. Ten
przestronny pokój mieścił się na pierwszym piętrze, a jego okna
wychodziły na ogród, który swojego czasu musiał być bardzo przyjemnym
miejscem. Pośrodku ułożonego na ziemi wzoru z popękanych obecnie
cegieł nadal stało poidełko dla ptaków, a po pochyłym treliażu
wiły się pnącza, za którymi widać było kawałek łąki i stary,
ginący z pola widzenia kamienny mur.
Pomimo opowieści o zrzędliwym i jak niektórzy
mówili sprośnym staruchu, który mieszkał tu przed nim, i chociaż
żona pastora przez wiele miesięcy po wprowadzeniu się do tego domu
uskarżała się, że w ciepłe dni pomieszczenie cuchnie uryną,
Tyler Caskey bardzo upodobał sobie ten pokój. Lubił roztaczający
się z jego okien widok, a nawet zaczął odczuwać coś w rodzaju
więzi ze swym starym poprzednikiem. W dniu, od którego zaczynamy naszą
opowieść, Tyler pomyślał, że nie uda się na poranną przechadzkę,
lecz zostanie tutaj, gdzie kilka lat przed nim inny człowiek
najwyraźniej zmagał się z poczuciem prawości i prawdopodobnie
z samotnością.
Musiał przygotować kazanie - jak
zawsze. W jedną z nadchodzących niedziel pastor miał zamiar mówić
o niebezpieczeństwach próżności. Skomplikowany temat, wymagający
dyskrecji - do jakich przykładów powinien nawiązać? -
zwłaszcza że miał nadzieję zażegnać swymi naukami kryzys,
który zawisł nad kościołem w West Annett, a dotyczył kupna nowych
organów. W niewielkim miasteczku, w którym znajduje się tylko jeden
kościół, decyzja o tym, czy ów kościół potrzebuje nowych organów,
może nabrać wielkiego znaczenia: organistka - Doris Austin -
gotowa była uznać wszelką opozycję wobec ich kupna za atak na nią
samą; jej stanowisko niezwykle irytowało tych, którzy obawiali się
wszelkich zmian. Nie mając chwilowo innego tematu do roztrząsania,
tutejsi ludzie skłonni byli zająć się tym problemem. Wielebny
Caskey należał do przeciwników kupna nowych organów, lecz nie
powiedział tego publicznie, usiłował tylko wpłynąć na wiernych
swym nauczaniem.
Tydzień temu była Niedziela Ekumenizmu i pastor tuż
przed zbieraniem datków, zwrócił na to uwagę swojej kongregacji. Są
chrześcijanami w jedności ze światem. Wedle tradycji w piątek
poprzedzający Niedzielę Ekumenizmu w południe odbywała się msza dla
pań z Kółka Dobroczynnego i pastor miał nadzieję, że właśnie
wtedy powie o niebezpieczeństwach próżności, odwodząc ową grupę
kobiet - odpowiedzialnych za zbiórkę większości pieniędzy na
kościół - od wydatków na błahostki. (Jane Watson zażądała
nowych lnianych obrusów na odbywające się w przykościelnej świetlicy
spotkania przy kawie). Lecz nie był zdolny do zebrania myśli i mimo
wyobrażania sobie, że, mówiąc w przenośni, łagodnie chwyta swych
słuchaczy za ich białe nowoanglikańskie karki - "Słuchajcie,
gdy do was mówię" - jego piątkowe wystąpienie okazało się
rozczarowaniem: wypowiedział tylko słowa ogólnikowej pochwały dla
ciężkiej pracy i zebranych pieniędzy.
Ora Kendall, której ucieszny głosik zawsze zadziwiał
Tylera jako niepasujący do jej drobnej twarzyczki i nieposkromionych
czarnych włosów, zatelefonowała do pastora w godzinę po mszy,
aby, jak to miała w zwyczaju, zdać mu relację z nastrojów
wiernych.
- Dwie sprawy, Tylerze - powiedziała. -
Po pierwsze, Alison nie podobało się, że cytowałeś katolickich
świętych.
- Cóż - odparł Tyler - myślę, że nie
muszę się tym przejmować.
- Po drugie - ciągnęła Ora - Doris chce
tych nowych organów jeszcze bardziej niż rozwodu z Charliem i ślubu
z tobą.
- Sprawa organów zależy od decyzji rady.
Ora wydała nieartykułowany dźwięk.
- Nie udawaj głupiego, Tylerze. Jeśli okażesz choć
trochę entuzjazmu, rada w mig zatwierdzi ich kupno. Doris uważa,
że powinieneś go okazać ze względu na nią, bo jest wyjątkową
osobą.
- Wszyscy są wyjątkowi.
- Aha. Właśnie dlatego jesteś pastorem, a ja
nie.
Tego ranka Tyler Caskey znowu usiłował skreślić
kilka linijek na temat próżności. Zrobił notatki z dwunastu
rozdziałów Księgi Eklezjastesa o pozornym
bezsensie życia oglądanego z perspektywy człowieka "pod
słońcem". "Pod słońcem - zapisał - wszystko jest
marnością nad marnościami". Postukał piórem i nie dopisał ani
słowa o spojrzeniu "sponad słońca", które powinno ukazywać
życie jako dar od Boga. Nie dopisał, a tylko siedział, wyglądając
przez okno.
Jego wielkie, zapatrzone w dal oczy nie zauważały
poidełka dla ptaków ani kamiennego muru czy czegokolwiek innego;
Tyler po prostu utkwił niebieskie tęczówki w przestrzeni. W jego
pamięci wzlatywały niewyraźne strzępki wspomnień - plakat
z napisem GRZECZNY CHŁOPCZYK NIGDY SIĘ NIE ODSZCZEKUJE, który
wisiał w jego dziecinnej sypialni, piknikowe stoły na polu państwa
Applebych, gdzie podawano na kolację zupę fasolową, bordowe zasłony
w salonie domu rodziców, w którym nadal mieszkała jego matka, obecnie
z niemowlakiem o imieniu Jeannie... Tu jego myśl zatrzymała się:
władcza natura wielkich dłoni matki objawia się w sposobie, w jaki
przytrzymuje małe ramionka prowadzonego wokół pokoju dziecka.
Pastor spojrzał na pióro. Było to "najlepsze
rozwiązanie w owej trudnej sytuacji", jak to sformułował na
początku, ale nie powinien był formułować nigdy więcej. Wszyscy
parafianie wiedzą, gdzie przebywa jego młodsza córeczka,
i nikt, o ile mu wiadomo, nie marszczy czoła z powodu takiego
rozwiązania. Faktycznie nikt się nie oburzał. W owym czasie nie
oczekiwano od mężczyzny, by samotnie wychowywał małe dziecko,
zwłaszcza mając tak niewiele pieniędzy, i chociaż panie z Kółka
Dobroczynnego przysłały mu Connie Hatch, która wykonywała drobne
domowe prace (za groszowym wynagrodzeniem), wierni zgodnie uznali,
że najlepiej będzie, jeżeli niemowlę na razie zostanie u babci
Caskey - która, nawiasem mówiąc, nigdy nie zaproponowała, że
weźmie do siebie również małą Katherine.
Nie, Katherine była jego.
Krzyż pański, pomyślał nagle i się skrzywił,
ponieważ córeczka nie była krzyżem, który przyszło mu
dźwigać. Była darem od Boga.
Wyprostował przygarbione plecy i usiłował
wyobrazić sobie, jak rozmawia z młodą przedszkolanką. Widział,
jak słucha jej z powagą, ze złożonymi na kolanach dłońmi. Ale jego
mankiety są postrzępione. Jak mógł tego nie zauważyć? Przyjrzawszy
się im dokładniej, zdał sobie sprawę, że koszula jest po prostu
stara; doczekała chwili, gdy powinna ją była przejąć jego żona
i obciąwszy rękawy w połowie, nosić do jaskraworóżowych obcisłych
rajtuzów bez stóp.
- Czuję się w nich swobodnie - mawiała. Lecz
czasem zdarzało się, że w tym stroju otwierała komuś drzwi, i gdy
pastor powiedział kiedyś żartem, że wprowadzenie Marilyn Dunlop
do domu, po którym żona pastora ugania się w pociętej męskiej
koszuli i baletowym trykocie, może zagrozić jego pracy, bo Marilyn
gotowa jest sprawę jeszcze przejaskrawić, relacjonując to innym,
jego żona odparła: "Ejże, Tylerze, czy jest coś, o czym mogę
decydować samodzielnie?". Powiedziała tak, ponieważ okropnie ją
drażniło, że ściany wiejskiego domu nie należą do niej choćby
w najmniejszym stopniu, lecz są własnością Kościoła, i że nie
może ich odmalować bez pozwolenia, chociaż rzecz jasna pozwolenie
zostało udzielone, gdy pastor powiedział, że kupi farbę za własne
pieniądze. "Chcę, żeby były różowe" - powiedziała jego
żona podniesionym tonem, rozkładając ramiona w teatralnym geście,
więc on, ma się rozumieć, nie powtórzył jej później, jak jego
siostra Belle, która złożyła im wizytę po fakcie, skomentowała ten
wybór, mówiąc: "Na miłość boską, Tylerze, mieszkacie w bańce
z gumy balonowej". (I teraz salon jaśniał landrynkowym różem,
a jego ściany skąpane w jaskrawym słońcu emanowały różową
mgiełką, która zdawała się wlewać do holu, gdzie dostrzegał ją
poprzez drzwi gabinetu).
Tyler wstał i przeszedł przez przedpokój i różowy
salon.
- Pani Hatch? - zawołał.
Connie Hatch kończyła zmywać naczynia po
śniadaniu. Obróciła się, wycierając ręce. Wysoka kobieta, prawie
dorównująca mu wzrostem. Chodziły słuchy, że dawno temu pewien
Indianin z plemienia Agawamów wżenił się w linię rodziny Connie
i spoglądając na jej twarz, można było bez trudu stwierdzić,
że jest to całkiem prawdopodobne, ponieważ miała wysoko osadzone
i szerokie kości policzkowe oraz ciemne brwi, choć jej włosy były
delikatnie brązowe, upięte z tyłu tak luźno, że ich kosmyki często
przesłaniały twarz, zakrywając czerwone niczym malina znamię z boku
nosa. Connie miała zielone oczy i była bardzo ładna.
- Jak pani myśli, co powinienem zrobić? -
zapytał.
Było to poważne pytanie i pastor szukał wzrokiem oczu
gospodyni. Właśnie ta jego cecha obok innych przymiotów sprawiała,
że pastor był tak lubiany przez wiernych: umiejętność dania wyrazu
nagłemu zakłopotaniu, wielkiemu brakowi pewności siebie. U człowieka,
który zazwyczaj wydawał się taki opanowany, który z miną łagodnej
akceptacji wzruszeniem ramion kwitował spotykające go niepowodzenia,
owe chwile nieukrywanej bezradności pozwalały ludziom - a zwłaszcza
kobietom, ale niewątpliwie nie tylko im - postrzegać go zaskakująco
wrażliwym i czyniły jeszcze bardziej stoickim, nieomal heroicznym
w czasie pomiędzy takimi mgnieniami.
- Z czym? - zapytała gospodyni. Trzymając
w dłoniach ręcznik, spojrzała na mankiety pastora. - Jak widać,
koszula jest znoszona. - Connie współczująco uniosła ciemne,
przetykane siwizną brwi. - Tak bywa - stwierdziła, nadal
wycierając ręce.
- Myśli pani, że powinienem kupić nową?
- Tak, właśnie tak myślę. - Wierzchem dłoni
odgarnęła kosmyk włosów, który wymknął się zza ucha, następnie
sięgnęła do kieszeni swetra i wyjęła z niej spinkę. - Na
miłość boską, niech pan kupi dwie.
Pastor ucieszył się, że ma do zrobienia coś
konkretnego. Postanowił pojechać do Hollywell na zakupy, nie chcąc
ryzykować, że gdzieś bliżej West Annett zobaczy go ktoś z wiernych
i - po niedzielnym kazaniu - zacznie się zastanawiać, czy aby
pastor nie padł ofiarą próżności. Odszukał portfel, kluczyki
do samochodu, kapelusz i nucąc pod nosem fragment hymnu "Będę
prawdziwy, bo są tacy, którzy mi ufają", zszedł po krzywych
stopniach werandy.
Przez werandę z tupotem przemknęła wiewiórka,
o okiennicę postukiwała gałąź. W domu, z wyjątkiem odgłosów
otwieranych i zamykanych drzwi szafy, z których Connie Hatch
wyjęła ręczniki kąpielowe, a następnie wzięła mopa, by umyć
podłogę w salonie, panowała cisza. Zatrzymajmy się na chwilę przy
Connie. Jest kobietą czterdziestosześcioletnią. Spodziewała się,
że wyda na świat potomstwo, lecz tak się nie stało. Na skutek tego
oraz pewnych zdarzeń (stanowiących tajemnice często zakłócające
jej sen przerażającym obrazem dwojga wlepionych w nią ślepi)
oskorupiła się coraz to grubszym pancerzem i gdyby ktoś wszedł
do salonu pastora i zapytał: "Jakie życie wiodłaś poprzednio,
Connie?", nie wiedziałaby, co odpowiedzieć. Ale przecież nikt ją
o to nie zapyta.
Miewała trudności ze skupieniem się na jednej
myśli. Jej umysł migotał niczym ekran nastawionego na nieczynny
kanał telewizora, który jej mąż przyniósł do domu minionej
zimy. Zapomniała zapytać pastora, czy wróci do domu na lunch, choć
prawdopodobnie nie, skoro wybrał się aż do Hollywell, ale i tak
zaprzątała ją niepewność tego, czego po niej oczekiwano. (Chociaż
z pastorem tak łatwo dawało się porozumieć, czego nie można było
powiedzieć o jego żonie). Przed wieloma laty Connie nie radziła
sobie z nauką i żadne znamię nie mogło jej upokorzyć bardziej
niż czerwona pała na jej klasówkach oraz czerwone notatki nabazgrane
na marginesach; jeden z nauczycieli napisał drukowanymi literami:
CONNIE MARDEN, POSŁUGUJ SIĘ GŁOWĄ. Connie grzmotnęła trzonkiem
mopa o drewnianą nogę kanapy. Jeżeli pastor wróci w porze lunchu,
poda mu zupę pomidorową z puszki oraz talerz posmarowanych masłem
słonych krakersów; to zawsze mu smakowało. Przerwała mycie podłogi,
by jeszcze raz spiąć włosy.
Czy Connie zdawała sobie sprawę - prawdopodobnie
tak - że jest jedną z tych osób, których nie zauważa się,
mijając je w sklepie? Na jej twarzy malowała się jakaś łagodność,
wzruszające wahanie, jak gdyby przez wiele lat usiłowała być radosna
i choć już tego zaprzestała, pozostałości owych wcześniejszych,
gorliwych starań wciąż były widoczne. Innymi słowy: jej rysy nie
stwardniały, a w tym regionie mieszkało wiele kobiet, których rysy
się wyostrzyły, kobiet, których oblicza, gdy osiągną wiek średni,
upodobnią się do twarzy mężczyzn, ale Connie Hatch do nich nie
należała.
Ludzie nadal mawiali: "Naprawdę ta Connie Hatch ma
ładne oczy". Ale najczęściej rozmowa utykała w tym punkcie, bo
cóż więcej można było powiedzieć na temat urody Connie? Od lat
była zamężna z Adrianem Hatchem i przez jakiś czas pracowała
w kuchni Akademii, a potem na powiatowej farmie - tak zwano
powiatowy dom opieki - lecz przed dwoma laty rzuciła to zajęcie,
by zaopiekować się teściową, co wedle powszechnej opinii było z jej
strony przejawem istnej świętości, ponieważ stan zdrowia Evelyn Hatch,
która zajmowała wielki stary dom Hatchów, podczas gdy Connie i Adrian
gnieździli się w stojącej obok przyczepie, nie polepszał się ani
nie pogarszał.
Później ludzie będą się starali przypomnieć
sobie coś więcej na temat Connie. Tylko niewielu wspomni o tym, jak
bardzo była przywiązana do brata, Jerry'ego, i o tym, że po jego
śmierci, którą poniósł na wojnie w Korei, już nigdy nie była
taka jak dawniej. Connie przestała chodzić do kościoła. Niektóre
panie z Kółka Dobroczynnego niepokoiły się z tego powodu, lecz ona
o to nie dbała. Wyszedłszy na dwór tylnymi drzwiami, by otrząsnąć
mopa z wody, przejmowała się tym, że minionego wieczoru Adrian
nie stanął w jej obronie, gdy Evelyn powiedziała: "Nie potrafisz
zapanować nawet nad twoim przeklętym psem, Connie. Wyobrażam sobie,
co by to było, gdybyś miała dzieci". A Adrian stał w drzwiach
do przyczepy i nie odezwał się ani słowem.
Connie dziko potrząsnęła mopem, aż końcówka
odpadła od trzonka i potoczyła się po ziemi, więc musiała zejść
po stopniach, aby w jaskrawym słońcu świecącym prosto na stodołę
wyłuskać bawełniane sznurki spośród żwiru i liści.
Pastor pojechał do Hollywell boczną drogą,
wypatrując Boga i mając nadzieję, że nie natknie się na żadnego
spośród parafian. Miał otwarte okno i wystawił przez nie wsparty
o drzwi łokieć. Od czasu do czasu pochylał głowę, by zerknąć
na wzgórza w oddali albo na biały obłok podobny do ogromnej porcji
cukrowej waty czy na świeżo pomalowaną stodołę jaśniejącą
w promieniach jesiennego słońca, myśląc: "Powinienem był
zauważyć to wcześniej". Tak jak spostrzegł to teraz. Nauczył
się obawiać owego poczucia niedorzeczności i dlatego prowadził
powoli, i jeszcze dlatego, że czasami nawiedzała go potworna myśl,
że może rozjechać dziecko - chociaż w zasięgu wzroku nie było
żadnego - lub że nie chcąc tego, wpadnie prosto na drzewo.
Jedź, pomyślał.
I miej oko na Boga. Który, jeśli się wierzyło
psalmom - a Tyler im wierzył - właśnie spogląda z niebios,
dostrzegając wszystkie grzechy ludzi i oceniając wszelkie ich
postępki. Lecz Tyler pragnął, by nawiedziło go Odczucie: kiedy
każdy błysk światła padającego na zwisające gałązki wierzby
płaczącej, każde westchnienie wiatru uginające trawy ku stojącym
rzędem jabłoniom, każdy spadający na ziemię z taką pełną
słodyczy miękkością listek miłorzębu napełniały go głębokim
i niezaprzeczalnym przekonaniem, że Bóg jest tam obecny.
Tyler nie ufał łatwym skrótom i obawiał się łaski
niezasłużonej. Często wspominał słowa Pasteura, że szczęście
sprzyja tylko dobrze przygotowanym umysłom, i miał nadzieję, że
wkrótce dozna chwili pełnej uniesienia świadomości, która przyjdzie
doń jako wyproszona metodycznymi modlitwami "szansa". Obawiał
się, że nie dozna więcej takiego Odczucia. Że owe radosne chwile
transcendencji były po prostu wynikiem młodzieńczej - a może nawet
niemęskiej - histerii, w rodzaju tej, jaka w skrajnym przypadku
może zrodzić katolicką świętą Teresę z Lisieux, która umarła,
będąc młodą dziewczyną, i która niewinnością przewyższała
go o całe niebo. Tyler był w tej chwili nakierowany na życie
ziemskie i godził się z tym. W czerwonej karoserii toczącego
się drogą starego ramblera lśniło słońce. Pastor minął pasące
się krowy i stoisko z dyniami. W drodze powrotnej kupi dynię dla
Katherine.
Przed nim rozciągała się główna ulica Hollywell,
z porośniętą bluszczem pocztą i parkingiem znajdującym się
w pobliżu sklepu z odzieżą męską. Udało się. Tyler zatrzymał
samochód, sprawdził, czy ma portfel, i wysiadł na słońce.
Ale nie.
Nie poszczęściło mu się.
Bo oto po przeciwnej stronie jezdni czeka na zmianę
świateł - o, właśnie się zmieniły - Doris Austin, z czarnym
warkoczem owiniętym wokół głowy, uformowanym w kok przypominający
mały koszyczek. Ostrożnie spojrzała na lewo i na prawo, trzymając
w jednej ręce paczkę, a w drugiej brązową torebkę; za chwilę
ruszy, a zaraz potem zobaczy wielebnego Caskeya, który wcale nie chce
się z nią spotkać. Przestąpiwszy pokryty gumową wycieraczką próg,
czemu towarzyszyło brzęczenie dzwoneczka, wszedł do apteki.
Heraklit powiada, że nie wchodzi się dwa razy
do tej samej rzeki, pomyślał Tyler, przystanąwszy w aptece,
gdyż często miewał wrażenie, że opływa go woda, a Doris Austin
przypominała mu pochwycony wirem patyk u jego stóp, ponieważ owa
kobieta - pełniąca funkcję kościelnego organisty i dyrygenta
chóru - wciąż pojawiała się na jego drodze, czy to na parkingu
przed kościołem, czy przy ladzie w sklepie mięsnym. "Jak
się masz, Tylerze? Trzymasz się jakoś?" - pytała go cicho
i konfidencjonalnie.
Mimo to ostatniej niedzieli po mszy powiedział do
niej w kruchcie, gdy Doris wkładała sweter: - Jesteś dla naszej
społeczności bardzo ważną osobą, Doris. Założę się, że ludzie
doceniają twoją grę i nikt nie uważa, że taka piękna muzyka po
prostu nam się należy. - Choć parafianie oczywiście tak właśnie
uważali. Zdarzały się dni, że wróciwszy do domu i zasiadłszy do
niedzielnego posiłku, wyśmiewali się z Doris, ponieważ wydawało
jej się, że podczas przyjmowania komunii musi śpiewać solo,
a słuchanie jej i patrzenie na nią nieodmiennie wprawiało parafian
w zażenowanie. Któryś z chórzystów grał wtedy kilka taktów na
organach, podczas gdy Doris wychylała się z chóru, kołysząc się na
boki. Ubrany w sutannę Tyler, usadowiony na fotelu w prezbiterium,
zamykał oczy, niby to w celu nabożnej medytacji, a w istocie
unikając wzroku zniecierpliwionych wiernych, zwłaszcza młodych
dziewczyn, które w ostatnim rzędzie chichotały jak opętane.
Ale ostatnio, słuchając operowych zawodzeń
dobywających się z gardła Doris, pomyślał, że są to objawy
jakichś wewnętrznych łkań. Że to skrzekliwa skarga jej duszy,
błagającej o to, by nie być osobą mało ważną: "Wysłuchaj,
Panie, głos mój, którym wołam... zmiłuj się... a wysłuchaj
mię.". Dlatego przechodząc obok niej w kruchcie, Tyler powiedział:
"Założę się, że ludzie doceniają twoją grę i nikt nie uważa,
że taka piękna muzyka po prostu nam się należy". Lecz łzawy wyraz
wdzięczności na jej twarzy, gdy wciągała przez głowę sweter,
zaniepokoił go i Tyler pomyślał, że powiedziawszy komplement,
lepiej szybko się oddalić. Lubił prawić komplementy - chwalenie
ludzi zawsze sprawiało mu przyjemność. Bo, mówiąc prawdę,
któż w głębi swego jestestwa nie boi się, tak jak Pascal, owych
"przestrzeni nicości... które nic o mnie nie wiedzą"? Kto na
bożym świecie, myślał Tyler, nie cieszy się, słysząc, że jego
obecność naprawdę się liczy?
Ale tutaj chodziło o coś innego. W czasach
dzieciństwa Tylera jego ojciec mawiał co wieczór: "Zawsze licz się
z innymi, Tylerze. Przede wszystkim myśl o innym człowieku". (Któż
może przewidzieć skutek takich metod wychowawczych?) Jeśli nawet
napomnienia ojca myliły mu się z jego własną walką o to,
by wierzyć, że on się liczy, Tyler nie zaprzątał sobie tym
głowy. Wiedział tyle: gdy wzrastała jego chęć, by chwalić innych,
rosła również potrzeba unikania ludzi.
Teraz stał w aptece, zerkając ukradkiem na pastę
do zębów.
- Czy mogę panu w czymś pomóc? - spytała
ekspedientka, opierając się o ladę z kosmetykami.
- Chwileczkę - odparł wielebny Caskey. -
Niech no się zastanowię, po co tutaj przyszedłem.
- Mnie także to się zdarza - powiedziała
sprzedawczyni. Jej polakierowane paznokcie przywodziły na myśl blade
muszelki. - Zamierzam coś zrobić i raptem zapominam, o co mi
chodziło. - Strzeliła głośno palcami.
- Doskonale wiem, o czym pani mówi -
powiedział Tyler, kręcąc głową. - Mój umysł jest niczym
sito. Pepto-bismol. Oto, czego potrzebuję. - Postawił butelkę
na ladzie.
- Wie pan, co mi się zdarzyło kilka dni temu? -
powiedziała kobieta, dotykając włosów otwartą dłonią i schylając
się, by zerknąć do lustra za kosmetykami. - Zajrzałam do lodówki,
zastanawiając się, po co ją otworzyłam. Stałam tam i stałam. Aż
wreszcie sobie uświadomiłam.
Pastor obrócił się akurat wtedy, gdy Doris Austin
przekraczała próg apteki; brzęczenie dzwoneczka anonsowało jej
przybycie.
- O, witaj, Doris - powiedział Tyler.
- Szukałam żelazka - dokończyła ekspedientka
za ladą. - Słucham panią.
- Żelazka. - Zakłopotany Tyler dostrzegł
w oczach Doris wyraz zawstydzenia; śledziła go. - Jak się
masz? - zapytał. - Piękny mamy dzisiaj dzień. - Położył
wielką dłoń na butelce z pepto-bismolem. - Pani właśnie
mi opowiadała - powiedział - jak spędziła całe godziny,
poszukując żelazka w lodówce.
- Nie mówiłam, że poszukiwanie zajęło mi wiele
godzin. Czy to wszystko?
- Tak. - Pastor sięgnął po portfel. - Jasne,
że nie tkwiła tam pani godzinami. Pewnie.
- Jesteś chory? - zapytała Doris. - Złapałeś
tego paskudnego bakcyla jelit?
- Ależ nie. Nie, Doris. Katherine trochę bolał
w nocy brzuszek. Nic poważnego.
- Według mnie nie powinieneś podawać tego
dziecku - powiedziała Doris i Tyler zdał sobie sprawę, że usiłuje
być pomocna, jak przystało na ważnego członka społeczności.
- Ile lat ma dziewczynka? - spytała sprzedawczyni
zza lady. Jej paznokcie dotknęły dłoni Tylera, gdy wydawała mu
resztę.
- Katherine ma pięć lat - powiedział.
- Arnoldzie! - zawołała kobieta. - Podałbyś
pepto-bismol pięciolatkowi?
Aptekarz w głębi sklepu uniósł głowę.
- Jakie objawy?
- Lekki ból żołądka. Od czasu do czasu. -
Tyler poczuł, że do głowy uderza mu krew.
- Pewnie za mało je - podsunęła Doris. -
Jest taka drobniutka.
- Ile waży? - zapytał aptekarz.
- Nie wiem dokładnie - odparł Tyler. Pies jego
matki ważył sześćdziesiąt osiem funtów.
Wszyscy patrzyli na Tylera.
- Może jej pan podać niewielką dawkę -
powiedział aptekarz. - Ale jeśli ma bóle żołądka, powinna
pójść do lekarza.
- Oczywiście. Dziękuję panu. - Wielebny Caskey
zabrał białą papierową torbę i skierował się ku drzwiom.
Doris ruszyła za nim, co, wobec tego, że nic nie
kupiła, oznaczało, że weszła do apteki za nim. Przez głowę
przemknął mu obraz Doris wchodzącej z nim do sklepu z męską
odzieżą i wypowiadającej opinie na temat koszul. Gdy znaleźli się
na zalanym słońcem chodniku, powiedziała:
- Ty także schudłeś, Tylerze.
- Nic mi nie jest. - Uniósł papierową torbę
w pożegnalnym geście. - Korzystaj z pięknej pogody. -
I ruszył w przeciwną stronę, ku sklepowi z odzieżą.
Nabył dwie białe koszule od mężczyzny, którego
podejrzewał o homoseksualizm.
- Bardzo dziękuję - powiedział z szybkim
uśmiechem. Odbierając pakiecik, spojrzał sprzedawcy prosto
w oczy.
I oto znów znalazł się na ulicy, wrócił do
samochodu, a słońce zdawało się prowadzić go, niczym oślepiający
jupiter, gdy ostrożnie podążał krętą drogą do domu.
Przystępując do szykowania lunchu dla pastora, Connie
nadal miała mętlik w głowie, bo Tyler nie zjadł w Hollywell. Gdy
zadzwoniła małym dzwoneczkiem, by dać mu znać, że posiłek gotowy,
pastor wszedł do kuchni i powiedział:
- Chcę panią o coś spytać, pani Hatch. Czy nie
uważa pani, że Katherine powinna częściej się bawić z innymi
dziećmi? Może należy zapraszać do nas jakieś dzieciaki? -
Przysunął krzesło do kuchennego stołu i usiadłszy ciężko,
skrzyżował długie nogi. - Chciałem zapytać o to, zanim Katherine
wróci do domu. - Dziewczynkę rankiem zabierała do przedszkola,
a potem odwoziła na lunch matka chłopca, który mieszkał przy tej
samej drodze.
Connie myła garnek po zupie.
- Myślę, że to by nie zaszkodziło -
odrzekła. Ale pytanie pastora wprawiło ją w zakłopotanie, bo czyż on
nie wie? Dzieci nie chcą się bawić z Katherine. Connie słyszała,
jak rozmawiali o tym ludzie, i sama widziała, że tak jest. -
Jest taka cichutka - powiedziała. - Nie wiem, co na to można
poradzić. - Dobrze, że nie do niej należało troszczenie się
o to, by dziewczynkę bardziej lubiano. Współczuła dziecku - bo
kto by nie współczuł - ale fakt pozostawał faktem: Katherine,
ostatnio ponurą i milczącą, trudno było lubić.
- Dziś rano zatelefonowała do mnie jej
nauczycielka. Prosiła, żebym wpadł do niej na pogawędkę, kiedy
skończy zajęcia. Lepiej zmienię koszulę i pójdę tam. - Ale
nie ruszył się z miejsca. - Mam nadzieję, że poczuje się
lepiej. Dzieciaki są odporne.
Connie otworzyła lodówkę i wstawiła do niej
maselniczkę. Otarła ręce ścierką.
- Och - powiedziała litościwie. - Katherine
wróci do normy. Z czasem wszystko poukłada sobie w głowie.
A jednak. To już rok, a dziewczynka zbierająca
żołędzie w promieniach popołudniowego słońca, zdzierająca na
żwirze nowe czerwone buciki (kupione w zeszłym tygodniu przez ciotkę
Belle, która złożywszy wizytę na plebanii, odkryła, że Katherine
nie ma w co się ubrać, idąc po raz pierwszy do przedszkola) prawie
się nie odzywa.
Smutna sprawa. Niewątpliwie. Ale dziewczynka
doprowadza ludzi do rozpaczy. Doprowadza do rozpaczy Connie Hatch,
która pamięta, jak kruszyna, kiedy jeszcze mówiła, nazywała ją
"Hatchet Tubalny Głos", jak paplała wesoło z każdym, szczególnie
ze wspaniałą, zgrabną kobietą, która była jej matką. Kobietą,
która prawdopodobnie sama wymyśliła to bezsensowne przezwisko, gdyż
Connie była bardzo milkliwa.
Cóż, teraz dziewczynka także stała się
milcząca. I dziwna.
- Może to nie jego dziecko - powiedziała ostatnio
Jane Watson. - Przyjrzyj się dobrze. Nie jest ani trochę podobna
do Tylera.
Właściwie dziewczynka nie była podobna do żadnego
z rodziców. Jeszcze nie. Nie teraz, gdy szura nogami po żwirze
podjazdu, ściskając w rączce żołędzie. Nie ma w niej żadnej
zapowiedzi wysokiego wzrostu ojca ani pełnej figury matki. I chociaż
ma czoło i usta pastora, w tej chwili wygląda trochę jak zwierzątko,
jakby przybyła znikąd lub wychowywała się sama, żyjąc bez dachu nad
głową i żywiąc się korzonkami i nasionami: chudziutkie rączki
i nóżki, rzadkie włosy zbite w wielki kołtun na tyle głowy
i zwisające strąkami z przodu.
Przedszkolanka odgarniała włosy z twarzy Katherine,
pytając:
- Nie przeszkadza ci, Katie, że zasłaniają ci
oczy?
Katherine spoglądała na nią nieobecnym
wzrokiem. I właśnie tak spoglądała teraz, patrząc, jak ślina,
którą zebrała w ustach, ląduje na nosku jej zdartego bucika.
A oto i but ojca, wielki i ciemny, na zgrzytającym
pod nim żwirze, a potem jego twarz naprzeciw jej twarzy.
- Jak było? - Pastor ukucnął i odgarnął
włosy z jej oczu.
Odwróciła twarz.
- Czy coś się dziś stało w przedszkolu?
Katherine przelotnie zerknęła na ojca, a potem
uciekła wzrokiem gdzieś poza jego zgiętą nogę, tam, gdzie wokół
drzwi do stodoły śmigały jaskółki. Ponieważ w przedszkolu zdarzyło
się coś niewiarygodnego. Jedna z dziewczynek miała na sobie różową
sukienkę i niebieskie buciki, a druga niebieską sukienkę i różowe
buciki. Katherine przez cały dzień chodziła za nimi, porażona ową
niezamierzoną dysharmonią barw.
- Pani Ingersoll - powiedziała jedna z nich. -
Katie przyprawia mnie o gęsią skórkę. Niech pani ją zabierze.
- Bądź grzeczna - powiedziała pani
Ingersoll. Położyła dłoń na plecach Katherine i odprowadziła
ją na bok, a dziewczynka wykręciła szyję, by nie tracić z oczu
fascynującego ją widoku.
A potem podbiegła do dziewczynek, chcąc im powiedzieć,
że jeśli zamienią się butami, wszystko będzie w porządku. Ale one,
odrzucając do tyłu swe długie włosy, kazały jej odejść. Nazwały
ją beksą, chociaż nie płakała. Katherine z wrzaskiem wróciła do
pani Ingersoll.
- Katie - powiedziała pani Ingersoll zmęczonym
głosem, pochylając się, by otrzeć nos jednego z chłopców. -
Nie zaczynaj, proszę.
A teraz ojciec kuca przed nią, pytając, czy
w przedszkolu zaszło coś ważnego, a ważny incydent - zdumienie
wywołane owymi pięknymi, źle dobranymi sukienkami i bucikami -
rozrósł się do rozmiarów góry i słowa, maleńkie niczym mrówki,
nie potrafiły się na nią wspiąć; nie mógł jej sforsować nawet
wrzask. Oparła się na ramieniu ojca.
- Zatelefonowała do mnie pani Ingersoll. Mówiła,
że nie chcesz się bawić z innymi dziećmi - powiedział łagodnie,
obejmując dłonią łokieć córeczki.
Katherine poruszyła wargami, zbierając ciepłą
ślinę w pobliżu języka.
- Masz w przedszkolu jakichś przyjaciół? -
zapytał ojciec.
Katherine nie odpowiedziała.
- Chciałabyś czasem pójść po zajęciach do
domu Marthy Watson? Albo żeby ona przyszła tutaj? Mogę zapytać jej
matkę.
Katherine zdecydowanie pokręciła głową.
Nagły powiew wiatru poderwał z ziemi suche liście,
które zawirowały wokół nich.
Pastor uniósł wzrok i spojrzał na klon obok
stodoły.
- Rety - powiedział. - Na szczycie już nie
ma liści.
Ale Katherine patrzyła na nogę ojca; wypluta ślina
powoli opadała na cholewkę buta, który był tak wielki i ciemny,
że mógłby należeć do wielkoluda.
- Teraz wyjdę na chwilę - powiedział ojciec,
wstając. - Pani Hatch cię popilnuje.
Przede wszystkim pomyśl o innych.
Jak gdyby Tyler, siedzący znowu w czerwonym ramblerze
i jadący wąską, obsadzoną drzewami drogą, nie myślał przede
wszystkim o pani Ingersoll. Zastanawiał się, jak to miał w zwyczaju,
co ona musi czuć w tej chwili. Czy obawia się tego spotkania? Pewnie
tak. Ona i jej mąż należeli do tych wiernych, którzy bywali
w kościele tylko na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Ale to go nie
martwiło. Miał mniejszy wskaźnik takich okolicznościowych bywalców
niż większość parafii i nigdy (na Boga) nie ganił takich parafian,
jak czynili to, o ile było mu wiadomo, inni duszpasterze. Tak czy
siak, myślał Tyler, wysiadając z samochodu i idąc przez parking,
zrobię wszystko, by młoda kobieta czuła się jak najlepiej.
Pani Ingersoll siedziała przy biurku.
- Proszę wejść - powiedziała, wstając. Miała
na sobie czerwoną sukienkę z dzianiny, do której przylgnęły jakieś
kłaczki.
Tyler podał jej rękę.
- Dzień dobry. - Zaskoczyło go, że kobieta
ma tak drobną dłoń, jakby zamiast niej podała mu rękę jakaś jej
podopieczna. - Miło mi panią widzieć, pani Ingersoll.
- Dziękuję, że pan przyszedł - odparła.
Usiedli na drewnianych krzesełkach. Tyler spostrzegł
w zachowaniu przedszkolanki jakąś niesprecyzowaną pewność siebie,
którą uznał za niepokojącą.
- Może opowie mi pan, jak Katherine zachowuje się
w domu - powiedziała wysokim, czystym głosem, patrząc na niego
nieruchomym wzrokiem.
Tyler odwrócił od niej spojrzenie. Na
ścianach wisiały kolorowe tablice z poprzypinanymi kolorowymi
literami. W powietrzu unosiła się woń farby. Zaskoczony, poczuł
napięcie, jak gdyby, choć o tym nie pamiętał, był w czasach
przedszkolnych nieszczęśliwym dzieckiem.
- Dobrze sypia? Często płacze? Opowiada panu,
jak minął jej dzień?
- Hm - powiedział pastor. - Niech
się zastanowię. - Pani Ingersoll zerknęła na swój rękaw,
zdjęła zeń szarawy kłaczek i ponownie spojrzała na Tylera, który
odparł: - Obawiam się, że nie opowiada mi o tym, jak minął
jej dzień. Ale ja ją o to pytam. - Pomyślał, że przedszkolanka
mogłaby to skwitować skinieniem głowy, ale ona tego nie uczyniła,
dodał więc: - Staram się nie wypytywać zbyt natrętnie, wie pani,
po prostu zachęcam ją, żeby mi opowiedziała z własnej woli.
- Mógłby mi pan dać jakiś przykład? - spytała
pani Ingersoll. - Przytoczyć fragment waszej rozmowy?
Tyler pomyślał, że w jej pewności siebie jest coś
twardego i nieprzeniknionego.
- Pytam ją, jak było w przedszkolu. Z kim
się bawiła w przerwach między zajęciami. Kto jest jej najlepszym
przyjacielem.
- A co ona odpowiada?
- Obawiam się, że mówi niewiele.
- I na tym polega problem, panie Caskey.
Powrócił piekący ból pod obojczykiem.
- Cóż - odpowiedział uprzejmie - w takim
razie rozwiążmy go.
- Gdyby to było takie proste - westchnęła
przedszkolanka. - Ale dzieci to nie problemy matematyczne, na które
jest tylko jedna odpowiedź.
Tyler w zamyśleniu potarł bolesne miejsce pod
obojczykiem.
- Katherine wymaga mojej stałej uwagi, a gdy
jej nie uzyskuje, zaczyna wrzeszczeć, dopóki się nie zmęczy. -
Pani Ingersoll poruszyła się na krześle i przygładziła dłonią
sukienkę na kolanach. - Z nikim się nie bawi i nikt nie bawi się
z nią. Nie zna ani jednej litery alfabetu. - Pani Ingersoll ruchem
głowy wskazała korkową tablicę. - I wcale jej nie zależy na tym,
by się ich nauczyć. W minionym tygodniu chwyciła czarną kredkę
i zamazała strony książki z obrazkami.
- Miewa napady wrzasku?
- Dziwi się pan?
- Bardzo - odparł Tyler.
- To znaczy, że nie wrzeszczy w domu?
- Otóż to. W domu nie wrzeszczy.
Pani Ingersoll przekrzywiła głowę w nieco przesadnym
według Tylera zadziwieniu.
- Hm, to interesujące. Tutaj wrzeszczy. A ja,
chyba pan rozumie, mam klasę pełną innych dzieci.
Tyler zmrużył oczy. Piekący ból zdawał się
zaćmiewać ostrość widzenia.
- Sam pan rozumie, że musimy coś z tym
zrobić.
Pastor wyprostował plecy i skrzyżował ramiona.
- Kto kąpie Katherine? - dopytywała pani
Ingersoll.
- Słucham?
- Kąpie - powtórzyła. - Kto kąpie
Katherine?
Pastor ściągnął brwi.
- Zazwyczaj nasza gospodyni - odparł.
- Lubi ją? - Pani Ingersoll wysunęła łańcuszek
spod dekoltu czerwonej sukienki i zaczęła wodzić po nim palcem
wskazującym.
- Cóż - odparł. - Czasem trudno powiedzieć,
jak to jest z Katherine.
- Chodziło mi o to, czy gospodyni lubi
Katherine?
Spostrzegł, że na łańcuszku jest mały srebrny
krzyżyk.
- O tak. Oczywiście. Connie Hatch jest dobrą
kobietą. Solidną. Można na niej polegać.
- Wielebny Caskeyu, zadałam to pytanie, ponieważ
czasami Katherine sprawia wrażenie... nie całkiem zadbanej.
Pastor milczał przez dłuższą chwilę. Podparł
brodę kciukiem i odchylił się na oparcie krzesła.
- Zwrócę na to uwagę - powiedział
wreszcie. Poczuł, że tył głowy oblewa mu fala gorąca.
- Kilkakrotnie rozmawiałam z dyrektorem
i uważamy, że jeśli Katie się nie poprawi, dobrze będzie poddać
ją badaniom. Nie wiem, czy pan zdaje sobie z tego sprawę, ale Rhonda
Skillings... Zna ją pan, prawda?
Tyler skinął głową.
- Rhonda przygotowuje na uniwersytecie doktorat
z psychologii na temat skutków traumatycznych przeżyć u dzieci. To
niezwykle interesujące - obecnie prowadzone są badania nad dziećmi
przesiedlonymi podczas wojny. Rhonda pisze rozprawę i pracuje u nas
jako pedagog. Ochotniczo. Ma biuro piętro niżej i jeśli któreś
z dzieci zachowuje się - no wie pan - destrukcyjnie, może
spędzić z nią trochę czasu.
- Obawiam się, że nie pojmuję - powiedział
Tyler. - Chyba nie bardzo wiem, o co pani chodzi.
- Mówię, że mamy problem, panie Caskey.
- Tak. Tyle zrozumiałem.
- I że krzyki Katherine przeszkadzają mi
w pracy.
- Tak.
- I że mamy szczęście, że jest u nas
Rhonda Skillings, która może zająć się Katherine, gdy będzie
niesforna.
Pastor popatrzył na tablicę, na małe stoły
i krzesełka, na małą umywalkę w rogu pomieszczenia. Gdy spojrzał
z powrotem na panią Ingersoll, miał wrażenie, że tkwi ona za szybą,
razem z tą jej czerwoną sukienką i z brązowymi, wijącymi się
na ramionach włosami.
- Dlaczego nie powiadomiła mnie pani wcześniej? -
zapytał.
Przedszkolanka przestała się bawić
łańcuszkiem.
- Mieliśmy nadzieję, że problem sam minie. Ale
sytuacja się pogarsza.
Pastor wyprostował długie nogi, poprawił się
na śmiesznie małym krzesełku i skrzyżował kolana w inny
sposób.
- Katherine nie jest dzieckiem przesiedlonych
w czasie wojny uchodźców - powiedział. - I nie jest królikiem
doświadczalnym.
- Ale sprawia kłopoty w klasie. - Głos
przedszkolanki zabrzmiał ostro. - Zapytał pan, dlaczego nie
powiadomiliśmy pana wcześniej, a my, szczerze mówiąc, panie
Caskey, dziwiliśmy się, dlaczego nigdy pan o nią nie zapytał. Mamy
rodziców, którzy stale dowiadują się, jak ich dziecko radzi sobie
w przedszkolu. Oczywiście sytuacja Katherine jest...
Tyler zgubił wątek rozmowy; wiedział tylko tyle,
że dzieje się coś złego, a on dostaje za to reprymendę. Ale nie
wiedział dlaczego. Patrzył na jaskrawe kolory liter przypiętych do
korkowej tablicy, na koszyczek z kredkami na stoliku obok, na czerwoną
sukienkę pani Ingersoll, na której rękawie tkwił długi brązowy
włos.
- Bardzo panu współczujemy z powodu poniesionej
straty - mówiła przedszkolanka. - Naprawdę. Ale dziwi mnie
pańskie zaskoczenie tym, że mamy problem.
Omal nie odpowiedział: "Jestem ostatnio trochę
wytrącony z równowagi", ale potem pomyślał: "Nikogo nie obchodzi,
że jestem ostatnio wytrącony z równowagi". Więc tylko rozejrzał
się po pomieszczeniu, zastanawiając się, czy Rhonda Skillings już
została o wszystkim poinformowana.
- Rozumiem, że pan może nie chce dostrzegać
problemu. Tak się zdarza. - Pani Ingersoll wysławiała się powoli,
jakby przemawiała do pięciolatka z kredką w rączce. - Pewnie,
że łatwiej jest wierzyć, że z Katherine wszystko w porządku. Ale
tak nie jest. Ona ma zaburzenia.
Tyler znów zmrużył oczy. Spojrzawszy na młodą
kobietę, stwierdził, że przygląda mu się, unosząc brwi, jakby się
czegoś spodziewała. Wstał i podszedł do okna. Nadchodził wieczór;
jeszcze kilka tygodni i o tej porze będzie ciemno. Ponad drzewami za
placem zabaw z szarą i nieruchomą huśtawką, czerwieniało chylące
się ku zachodowi słońce.
- Nie odsyłamy jej do domu - mówiła pani
Ingersoll. - Po prostu chcemy, żeby pan był na bieżąco. Kilka
dni temu namalowała bardzo ładny obrazek. - Usłyszał odgłos
odsuwanego krzesła i gorliwe postukiwanie jej niskich obcasów, gdy
szła przez klasę. Obrócił się i patrzył, jak rozwija duży arkusz
papieru. - Ale - pani Ingersoll podała mu go - jak pan widzi,
zamazała go na czarno.
- Pani tego nie zrobi - powiedział cicho
Tyler.
- Czego?
- Nie odeśle Katherine, żeby przez trzy dni
w tygodniu robiono jej psychoanalizę. Nikt nie będzie pisał pracy
naukowej o moim dziecku.
Z korytarza dobiegło pobrzękiwanie wiadra - to
woźna myła podłogę.
Pani Ingersoll zwinęła obrazek i zlepiła rulon
taśmą klejącą.
- Nikt nie będzie robił psychoanalizy Katherine -
rzekła, spuszczając powieki. - Ale nie do pana należy decyzja,
czy na kilka godzin tygodniowo będziemy ją odsyłać do gabinetu
psychologa, czy też nie. To jest przedszkole publiczne, panie Caskey,
i jeśli uznamy, że Katherine wymaga specjalnej pomocy, uczynimy
wszystko, by jej to umożliwić.
Nie miał pojęcia, czy powiedziała mu prawdę.
- Będziemy pana informować na bieżąco, panie
Caskey.
- Dziękuję - powiedział. Przeszedł przez klasę
i uścisnął jej małą dłoń.
Słońce zniżało się nad miastami położonymi
wzdłuż rzeki, błękit nieba ciemniał. Był tak głęboki i nasycony,
że gdyby ktoś zadarł głowę, przystanąłby zadziwiony tym cudem,
tylko że o tej porze dnia ludzie nie spoglądali w niebo. Wychodząc
z pracy czy ze sklepów, idąc przez parking, mieli spuszczone głowy
i wtulali je w kołnierze płaszczy, jakby ciemniejące niebo wymagało
jakiegoś wewnętrznego kurczenia się.
Wielka szkoda, bo dookoła było nader
malowniczo i widok zmieniał się nawet w tak krótkiej chwili,
jakiej wymagało otwarcie samochodu, usadowienie się w nim
i zatrzaśnięcie drzwi. Podczas gdy przekręcało się kluczyk
w stacyjce i silnik zaczynał pracować, niebiosa stawały się
coraz intensywniej granatowe. Wielka szkoda, bo Tyler Caskey, który
w innych okolicznościach znalazłby moment, by zerknąć na niebo,
pomyślałby: "Tak, niebiosa głoszą glorię Pana, a firmament sławi
Jego dzieło".
Lecz on jechał powoli, zasłaniając dłonią oczy
przed ostatnimi promieniami słońca, które zdawało się wisieć nad
horyzontem, masywne i lśniące, tylko po to, by go oślepiać. Jechał
powoli, mijając pola, farmy i stragany z dyniami. Gdy skręcił
w Stepping Stone Road, a potem na podjazd przed domem, wspomniał
ostatnie słowa żony, które wypowiedziała przed przeszło
rokiem: "Ależ z ciebie tchórz, Tylerze. Zresztą sam to wiesz
najlepiej".
Spojrzał na dom, biały i skromny, z czerwonymi
okiennicami. W gęstniejącym zmierzchu jego pełne prostoty linie
zdawały się wyrażać jakieś milczące przeprosiny, tłumaczyć
zmęczenie stuletnią godnością, z jaką trwały jego wiekowe
mury. Ale to tylko dom. Tylko drewno i kamienie oraz złamana balustrada
werandy. Parkując w pobliżu stodoły, poczuł dokuczliwe ćmienie
pod obojczykiem, które od kilku miesięcy nauczył się traktować jak
przejawy istnienia jakiegoś małego gryzonia, który zamieszkał w jego
ciele i drapał go cienkimi jak igła pazurkami. Tyler zabrał z tylnego
siedzenia filcowy kapelusz i powoli wysiadł z samochodu.
Wchodząc drzwiami od podwórka, nie usłyszał żadnego
dźwięku. Przeszedł przez kuchnię do salonu. Po schodach pospiesznie
zbiegła Connie Hatch.
- Zasnęła - powiedziała. - Nie wiedziałam,
czy mam jej pozwolić, jeśli pan chce...
- W porządku, pani Hatch. - Pastor zdjął długi
płaszcz z lekko przygarbionych ramion. Rzucił kluczyki od samochodu
na stolik do kawy.
- Jak poszło?
Nie odpowiedział. Lecz gdy napotkał wzrok gospodyni,
doznał owego zaskakującego odczucia zrozumienia, jakie czasem się
zdarza, gdy na ułamek sekundy napotyka się duszę drugiego człowieka
i dzieli z nim prawdziwe porozumienie. Właśnie to stało się
udziałem pastora owego jesiennego wieczoru pośród ścian salonu, które
teraz nabrały ciemnego odcienia różu. "Świat jest smutny" -
zdawały się mówić oczy gospodyni. I jeszcze: "Przykro mi".
A oczy pastora mówiły: "Świat
jest smutny, to prawda. Mnie także jest przykro".
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[*] Kongregacjonalizm
(independentyzm) - koncepcja organizacji kościelnej powstała
wśród wyznawców kalwinizmu, uznająca Kościół za jednostkę
autonomiczną (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).