2. Stanowczy koniec z grzecznością
No i koniec. Koniec mojego wieloletniego, udanego, zgodnego, ocierającego się o ideał małżeństwa. Jakiś miesiąc po powrocie z Pragi Waldemar z niezwykłą stanowczością i w zaciętym milczeniu wkładał swoje koszule, spodnie i gacie do wielkiej walizy, którą kupiliśmy, gdy jeździliśmy w rodzinne podróże. Oczywiście w zamierzchłych czasach sprzed audiczki, gdy podróżowaliśmy wspólnie, rodzinnie, choć również jedynym uznawanym przez mego małżonka środkiem transportu - mianowicie samochodem. Jeszcze nie tak bezkrytycznie wielbionym.
Imponujących rozmiarów waliza w zupełności starczała na naszą czwórkę. Teraz musiała zabrać Waldemara w ostatnią podróż i pomieścić wszystkie jego rzeczy. Pomyślałam, że rozmiary bagażu zawsze skazywały nas na transport samochodowy. Żaden samolot cywilny nie zgodziłby się zagracić sobie połowy ładowni naszą walizą, nawet za solidną dopłatą. A transport wojskowy, który udźwignąłby i wagę, i rozmiar, z pewnością nie zgodziłby się, aby po pokładzie kręcili się jacyś cywile. Nawet mocno zasłużeni, jak mój małżonek Waldemar - honorowy obywatel miasta, znany i lubiany przedsiębiorca budowlany oraz, albo przede wszystkim, hojny sponsor.
Zatem waliza została spakowana i wciągnięta do wynajętego busa, po czym odjechała w towarzystwie telewizora, innego sprzętu RTV, dziewiętnastowiecznego biurka, komputera, drukarki oraz pralki i zmywarki. Za rozpad naszego wieloletniego pożycia uznana zostałam, jeszcze przed rozprawą sądową, winna ja i przykładnie ukarana. Teraz w ramach pokuty będę prała swoje i dziewczynek rzeczy w Kaczawie, trąc na tarce, i szorowała naczynia ręcznie. Skoro dopuściłam do tego, aby fizjologia wzięła górę nad cywilizacją, to i zdobycze cywilizacji nie powinny mi przeszkadzać w procesie totalnego zdziczenia.
Waldemar zadbał, aby wyprowadzka odbyła się, gdy nasze ukochane bliźniaczki będą w szkole, oszczędzając sobie pytań, szlochów i dramatycznych pożegnań. Jestem przekonana, że gdyby jego szalona babka Mauryca nie przepisała domku na nasze dziewczynki, to ja bym musiała wynajmować busa albo rower z przyczepką, bo tyle by mi pozwolił zabrać. Na szczęście dla mnie, niesamowita starsza pani, którą uwielbiałam za jej życia, a reszta rodziny uważała za wariatkę, przewidziała moją przyszłość, czyniąc mnie jedynym prawnym pełnomocnikiem moich córek i ich majątku po sobie.
- Mój prawnik się z tobą skontaktuje - rzucił Waldemar, nawet nie zaszczyciwszy mnie ostatnim spojrzeniem.
- Prawnik... - westchnęłam głośno.
- Tylko nie rób scen - dodał jeszcze mój małżonek, biorąc me westchnienie za wstęp do rozdzierającej sceny pożegnania.
Po czym tak szybko chciał już znaleźć się poza zasięgiem mych przewidywanych rozpaczliwych wrzasków, rwania włosów, tudzież rozszarpywania odzieży, że potknął się o wystający korzeń starej sosny, zamachał energicznie rękoma i omal nie wylądował na ziemi. Wzruszyłam ramionami całkowicie zobojętniała, a Waldemar, brunet mego życia, który niegdyś tak zawzięcie za mną łaził, pomysłowo zdobywał i ślepo wielbił... już uruchamiał silnik swego audi, by mnie opuścić na zawsze.
Cóż, oparta o ogrodzenie, przyglądałam się wszystkiemu, jakbym uczestniczyła w spektaklu teatralnym albo scenie filmowej. Nieobecna, niezaangażowana i nadal całkowicie zaskoczona. Czerwcowy, ciepły, jeszcze wiosenny dzień, zapach kwitnących kwiatów w naszym ogrodzie, lekki wiatr strącający liście klonu u sąsiada, dotarły do mnie dopiero, gdy przeładowany bus odjechał w ostatni kurs, a tuż za nim zniknęło za rogiem czarne audi a8 long. A potem, to już mnie porządnie grzmotnęło i zamknęło w szaleństwie pytań bez odpowiedzi, dywagacji "dlaczego?", samobiczowaniu, płaczu i śmianiu się na przemian i bez ustanku.
DLACZEGO? Dobre pytanie, które zadają sobie miliony kobiet w mojej sytuacji. Rozpamiętywanie każdego dnia małżeństwa w poszukiwaniu własnej winy. Prawdziwe śledztwo bez licencji, odznaki i... wypłaty. Gdzie popełniłam błąd? Co dalej? Jak teraz żyć? Tylko która z tych milionów porzuconych kobiet może powiązać rozwód z próbą profanacji znicza własnym moczem? No tylko ja! Bo i owszem, doprowadzona do ostateczności i bólu sięgnęłam po ów znicz i nawet ściągnęłam majtki, ale do aktu nie doszło. Zmiana świateł w tunelu i przekraczanie prędkości na praskich skrzyżowaniach przez mojego małżonka dopomogły, aby dostarczyć mnie i mój pełny pęcherz do marketowej toalety, gdzie bezpardonowo dopadłam wreszcie właściwego miejsca. Znicz mimo wszystko wylądował w śmietniku, a atmosfera wyjazdu zepsuła się do końca pobytu. Praga, owszem, piękna, ale skwaszona mina Waldemara skutecznie zasłoniła mi Hradczany i Most Karola.
- Ależ on ma kryzys wieku średniego! - zawyrokowała moja mama, gdy w poszukiwaniu rodzicielskiego pocieszenia, zadzwoniłam do niej tuż po powrocie na ojczyzny łono. - Ten samochód, fochy, eleganckie ubiory. Jeszcze cię rzuci, zobaczysz! A gdzie ty lepszego zięcia dla mnie znajdziesz?
- Zięcia? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Chyba męża...
Głośne prychnięcie mojej mamy omal mnie nie ogłuszyło.
- Ja nie szukam męża! - zaprotestowała. - Jednego już miałam, umordowałam się strasznie i starczył mi na całe życie!
- Mamo, powtarzasz wszystkim wokół, że kobieta do szczęścia nie musi mieć męża, aby być spełniona - przypomniałam.
- Właśnie! Dlatego ja nie mam!
- A ja to niby nie jestem kobietą? - oburzyłam się, lecz bez przekonania i nadziei na zrozumienie ze strony Bożenny Pawełek.
- Nie to miałam na myśli... - odparła zdezorientowana, jako że moją mamę ojciec zostawił, gdy skończyłam cztery lata, więc nie wiem, kiedy zdążyła się tak zmęczyć małżeństwem? Chyba że przeze mnie, bo nie dość, że łudząco przypominałam ojca, to jeszcze dostałam po nim imię: Krzysztofa.
- Myślałam, że jesteś po stronie wyzwolonych kobiet...
- Właśnie za dużo myślisz! - podchwyciła natychmiast. - Ostrzegałam cię, abyś nie dała się tak stłamsić. Namawiałam na studia! A teraz... Lepiej posprzątaj, ugotuj Waldemarowi coś dobrego, co lubi, i bądź grzeczna.
- Taaak.
Nie ma to jak wsparcie ukochanej mamuni! Spieranie się z Bożenną Pawełek nigdy nie przynosiło zwycięstwa. Pan Bóg obdarzył mnie stereotypową mamusią, o jakich mnóstwo napisano w poradnikach, czasopismach czy powieściach. W dodatku wychowaną w PRL-u, co znacznie wzmacniało charakterek.
- On na pewno sobie znajdzie młodszą! - zawyrokowała demonicznie na koniec. - Zostawi cię! Jak twój ojciec, kanalia! A tyle razy mówiłam ci, dziecko, że o męża, dzieci, dom trzeba dbać... I o siebie...
Ten znany mi monolog o roli kobiety w małżeństwie i rodzinie nieco mnie nużył. Nasłuchałam się go w dzieciństwie i młodości. Mnie wpajała tradycyjne wartości, głosząc feministyczne hasła. Matka, porzucona przez mojego ojca, nigdy nie przestawała obarczać winą; naprzemiennie siebie, byłego męża i wszystkich wokół. Dlatego mnie wychowywała na grzeczną, cichą, zgodną dziewczynkę, aby ów wybrany, ukochany do grobowej deski nigdy nie musiał mnie porzucać. Grzeczność przede wszystkim i nade wszystko. Po pierwsze, po drugie, po ostatnie! Bądź grzeczną dziewczynką w szkole, to nauczyciele cię polubią. Bądź grzeczna na podwórku, w kościele, na kolonii, na dyskotece, na wizycie rodzinnej, na spacerze, w autobusie... Bądź grzeczna, bądź grzeczna! Statystycznie te dwa wyrazy zdominowały matczyne wypowiedzi.
* * *
- No i mi wykrakałaś, mamusiu... - wypowiedziałam smętnie, zamykając bramę wjazdową jak automat.
Weszłam do domu, powłócząc nogami, niczym powracający z przegranego boju rycerz. Zakluczyłam drzwi i oparłam się o nie plecami, rozglądając się ze smutkiem po zagraconym przedpokoju. Nasze zimowe kurtki, jeszcze nie schowane na strychu, obciążały wiekowy wieszak. Zimowe obuwie zagracało większą część podłogi, niemo świadcząc o mojej marnej kondycji jako idealnej pani domu. Reprezentacyjną kobietą życia również nie byłam, sądząc po mojej rozciągniętej pidżamie w krasnale, a było już po południu. Fakt, ostatnimi czasy Waldemar sknerzył mi na wszystko, wydzielał marne grosze na dom, wymagając jednocześnie ponad miarę, ale nawet nie buntowałam się przeciw takiemu traktowaniu. Przyjęłam rolę kury domowej i nie czułam się w niej fatalnie, ale żebrać u niego o pieniądze, czy nawet słusznie się upominać, to przekraczało moje wyobrażenie. Po prostu czyniłam cuda, abyśmy nie chodziły głodne, bo przecież mój mąż bywał na biznesowych "lunchach" i mógł z pogardą spoglądać na domową pomidorową czy kapuśniak. A o mielonych, które wcześniej tak uwielbiał, wypowiadał się teraz, że to dość obciachowe polskie danie.
Nagle z niespodziewanym zapałem rzuciłam się, aby to wszystko posprzątać, wreszcie poskładać w pojemniki i złożyć na strychu. Zajęło mi to zaledwie pół godziny i już ponownie stałam pośrodku przedpokoju. Tym razem idealnie wysprzątanego, ale magia porządków nie zadziałała. Waldemar nie pojawił się w progu, by z zachwytem zlustrować wysprzątany hol, porwać mnie w ramiona i powrócić na łono rodziny.
- No i co teraz? - rzuciłam z rozpaczą swemu zużytemu odbiciu w lustrze w holu. - Grzeczne dziewczynki nawet nie myślą, aby sikać do zniczy!
Co powiedziawszy, wybuchnęłam słusznym płaczem, rozdzierającym serca wrażliwszych sąsiadów. Potem przez dwie godziny użalałam się nad sobą, by przed samym powrotem córek ze szkoły wyskoczyć z pościeli z postanowieniem:
- Już nigdy! Nigdy! - krzyczałam z zaciśniętymi zębami, grożąc oknu w sypialni. - Nigdy nie będę grzeczna, mamo! I cały świecie!
Wysmarkałam nos, umyłam twarz i zeszłam na dół w samą porę, by powitać moje dwie przecudowne córki.
- Mamo, co na obiad? - Tomira jako pierwsza wpadła do domu i od razu penetrowała wnętrze lodówki.
Jak zwykle potknęłam się o plecak w motyle, który niedbale rzucała w przejściu. Dopiero teraz do domu dotarła Elwira, ciężko dysząc.
- Cześć! - rzuciła od niechcenia w moją stronę. - Próbowałam ją dogonić, ale... nie udało mi się.
- Umyjcie ręce - odpowiedziałam, nieco rozczarowana brakiem spostrzegawczości u córek, które nie skomentowały uporządkowanego przedpokoju.
Niczym znakomicie zaprogramowany robot, ruszyłam do kuchni. Dziewczynki wróciły z łazienki i usiadły przy małym kuchennym stole.
- Już grzeję krupnik - poinformowałam beznamiętnie.
- Znowu krupnik? - wyjęczała niezadowolona Tomira. - Mogę pominąć zupę i zacząć od głównego dania? Widziałam mielone w lodówce.
- Boże! Ileż ona mieści tego jedzenia? - Elwira oburzyła się i teatralnie złapała się za głowę.
- A co to za puste miejsce? - Spostrzegawcza Tomira wskazała na dziurę w meblach po zmywarce.
Oparłam się tyłem o blat zlewozmywaka i przyjrzałam się moim córkom. Czas odbyć poważną rozmowę. Jak zwykle wsparłam się obfitą lekturą na ten temat, więc powinno pójść profesjonalnie i bez emocji.
- Tato wziął ze sobą zmywarkę - zaczęłam. - Wziął również pralkę i telewizor.
- W delegację? - wtrąciła ze zdumieniem Elwira.
Mimowolnie parsknęłam śmiechem, ale błyskawicznie się zdyscyplinowałam. Przecież od tej rozmowy zależy, czy nasze córki nie pozostaną straumatyzowane do końca życia! Rozwód rodziców to katastrofa, szczególnie w okresie dojrzewania. Próby samobójcze, złe towarzystwo, sekty, narkotyki... Wszystko to czyhało na moje ukochane bliźniaczki!
- No... nie w delegację - sprostowałam, zbierając się powoli.
- Kurczę! - wykrzyknęła Tomira. - Rozwodzicie się? Serio?
Zatkało mnie zupełnie i musiałam prezentować całkiem ogłupiałą minę, bo obie parsknęły śmiechem.
- Skąd wiecie?! Ojciec wam powiedział?!
- Mamo, to nudne! - prychnęła Tomira. - Wszyscy się rozwodzą. Możesz już podać te kotlety?
Elwira ponownie złapała się za głowę, a ja poprawiłam:
- Najpierw krupnik.
- No, dooooobra...
I tyle w kwestii poważnych rozmów z nastoletnimi córkami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki