Trup w obłokach - Mark Twain

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TRUP W OBŁOKACH

CZYLI DZIEJE MASZYNY, LATAJĄCEJ W POWIETRZU

Chłodny, wilgotny wieczór marcowy. Poprzez gęstą, przejmującą mgłę, która spowiła ziemię, ledwo, ledwo przebijają ogniki latarń ulicznych.

Zalane elektrycznem światłem wystawy sklepowe toną w tej szarej, wilgotnej mgle. Wysokie gmachy, smętnie otaczające ulice, stoją ponuro. Tylko z trzech okien pierwszego piętra jednego z domów bije rzęsiste światło. Z ciekawością patrzą nań nieliczni przechodnie. Na piętrze tem mieszka pan Franciszek Pericord, wynalazca, inżynier-elektrotechnik. To jasne światło w jego pracowni jest świadectwem niezmordowanej pracy wynalazcy. Jeśliby kto z przechodniów mógł zajrzeć teraz oto przez okno do pracowni uczonego, to ujrzałby tam dwóch ludzi, stanowiących rażący kontrast. Jeden z nich, pan Pericord ma wygląd drapieżnego ptaka, ostre rysy twarzy, włosy ciemne. Drugi - to pan Jeremjasz Brown. Krępy, przysadzisty, jasnowłosy o oczach niebieskich - jest znanym mechanikiem. Obadwaj dokonali wspólnie kilku wynalazków. Genjusz twórczy jednego z nich znalazł w praktycznym, zrównoważonym umyśle drugiego - mocny fundament. Tego wieczoru Brown pozostał nieco dłużej w gabinecie Pericorda. Zatrzymała go próba, której rezultat powinien był uwieńczyć powodzeniem całe miesiące wspólnej, mozolnej pracy. Obaj siedzieli przy stole, zaplamionym najrozmaitszemi ostremi płynami, kwasami, zawalonym, zarzuconym wieloma akumulatorami, baterjami, izolatorami etc. etc. Pośrodku stołu, wśród przenajrozmaitszych aparatów technicznych, wzniosiła się przedziwna maszyna, obracająca się z jakiemś niezwykłem warczeniem. Obaj wspólnicy z gorączkową uwagą przyglądali się owej przedziwnej maszynie... Niezliczona mnogość nici metalowych spajała niedużą, kwadratową skrzynkę metalową z kołem stalowem, z obydwu stron zaopatrzonem w obręcze. Samo koło było nieruchome, lecz obręcze jako też umocowane do nich nieduże drążki wirowały z zawrotną szybkością. Widać było, że siła obracająca maszynerję czerpie rozpęd ze skrzynki metalowej. W powietrzu można było wyczuć słaby zapach ozonu. - Panie Brown, gdzie są skrzydła? - zapytał wynalazca. - Nie mogłem ich przynieść, ponieważ są za duże; wszakże mierzą dwa metry i piętnaście centymetrów długości, a dziewięćdziesiąt centymetrów szerokości. Ręczyć jednak mogę, iż motor jest na tyle silny, że zdoła je wprawić w ruch! - Czy są aluminjowe z domieszką miedzi? - Tak. - Spójrz pan, jak wspaniale działa! To mówiąc, Pericord nacisnął nerwowo suchą ręką guzik, skutkiem czego obracające się drążki poczęły zwalniać biegu, a wreszcie stanęły zupełnie. Zaczem nacisnął inną sprężynę - i drążki znów poczęły wirować. - Dokonywając próby - tłumaczył Pericord - nie muszę wcale zużywać sił fizycznych, posługując się jedynie rozumem... - A wszystko to dzięki memu motorowi! - oświadczył Brown. - Naszemu motorowi - poprawił oschle wspólnik. - Naturalnie - odparł niecierpliwie Brown - idea, myśl jest pańska, ale wykonanie - moje. Wolno go panu nazwać, jak się panu żywnie podoba. - Owszem, nazwę go motorem "Brown-Pericord" - zawołał wynalazca, przyczem w oczach jego błysnęła nienawiść, - tak, pan wykonał tylko szczegóły, lecz idea jest moja, tylko moja... - Tak, lecz sama idea nie jest w stanie puścić w ruch motoru - wtrącił szorstko Brown. - To jasne! Dlatego też uciekłem się do pańskiej pomocy - przerwał Pericord, bębniąc nerwowo palcami po stole. - Ja wynalazłem, a pan wykonałeś moją myśl, budując ten motor. W ten sposób nasze zasługi i trudy równoważą się. Brown zaciął usta. Widząc, że opór na ten temat jest bezcelowy, skierował całą uwagę na aparat, który przy każdym obrocie drgał i rzucał się, jakby miał spaść ze stołu. - Świetnie, nieprawdaż? - spytał zachwycony Pericord. - Zadowalniająco, - poprawił flegmatycznie Anglik. - Źródło sławy! - Źródło bogactwa! - Imiona nasze wsławią się, jak imiona Mongolfierów. - Spodziewajmy się raczej, że staną obok imion Rotszyldów... - Ależ, co znowu, panie Brown! Pan zbyt prozaicznie zapatruje się na rzeczy. Największą naszą nagrodą będzie uznanie ludzkości. Brown wzruszył ramionami. - Jeśli o sławę chodzi, to chętnie odstępuję panu swoją część. Jestem, jak pan widzi, człek praktyczny, materjalista. No, a teraz musimy wypróbować ten pański wynalazek. - Gdzie? - O tem właśnie zamierzałem pomówić z panem. Musimy bezwzględnie zachować w wielkiej tajemnicy sekret wynalazku. Tu, w Londynie, jest niemożliwością. Ach, gdybyśmy posiadali jakieś odpowiednie, ustronne miejsce! - Wypróbujmy aparat poza miastem. - Właśnie chciałem to panu zaproponować! Wie pan, brat mój posiada niedaleko stąd fermę. Pamiętam, że wpobliżu domu znajduje się obszerna szopa... Klucz od tej szopy leży w mojej kieszeni, ponieważ brat wyjechał na pewien czas. Zawieźmy tedy tam nasz aparat i wypróbujmy! - Świetna myśl! - Pociąg do Eastborne odchodzi o pierwszej. - Będę na dworcu. - Niech pan przywiezie motor, ja zaś dostawię skrzydła, - oświadczył, wstając, mechanik. - Jutro dowiemy się, czy nasze dzieło jest tylko fantazją, czyli też istotnie drogą do bogactwa. A zatem spotkamy się na dworcu "Wiktorja" o pierwszej. Brown prędko zbiegł po schodach i w chwilę później zniknął wśród mgły.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI