Trup w obłokach, czyli historia maszyny latającej w powietrzu - Arthur Conan Doyle

Kup ebooka

5.00 zł
4.29 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

Był chłodny, wilgotny wieczór marcowy. Przez gęstą, przenikliwą mgłę spowijającą ziemię zaledwie przebijały się światełka latarń ulicznych.

Zalane światłem elektrycznym wystawy sklepów niknęły w tej szarej, wilgotnej mgle. Wysokie domy, melancholijnie otaczające ulicę, stały ciemne. Tylko z trzech okien pierwszego piętra jednego z domów biło jasne światło, na które z zaciekawieniem spoglądali nieliczni przechodnie.

Mieszkał tam Franciszek Pericord, wynalazca, inżynier-elektrotechnik. Światło w pracowni jego świadczyło o niezmordowanej pracy uczonego. Gdyby kto z przechodniów mógł zajrzeć przez okno do gabinetu, ujrzałby w nim dwóch ludzi, stanowiących silny z sobą kontrast. Jeden z nich, sam Pericord, miał wygląd drapieżnego ptaka; ostre rysy twarzy, czarne włosy. Drugi - Jeremiasz Brown, przysadzisty, krępy, blondyn o oczach niebieskich, był znanym mechanikiem. Dokonali już wspólnie kilku wynalazków. Jeden - geniusz twórczy, miał w praktycznym, zrównoważonym umyśle drugiego - niezbędną podporę.

Tego wieczoru Brown pozostał dłużej w pracowni Pericorda, zatrzymany próbą, której wynik miał uwieńczyć powodzeniem całe miesiące wspólnej, ciężkiej pracy.

Siedzieli obaj przy stole, poplamionym rozmaitymi płynami żrącymi i kwasami, zastawionym i zarzuconym akumulatorami, bateriami, izolatorami itd. W samym środku stołu, śród najrozmaitszych przyrządów technicznych, wznosiła się nadzwyczaj dziwna maszyna, obracająca się ze szczególnie osobliwym warczeniem.

Niezwykłą tę maszynę z gorączkową uwagą obserwowali obaj wspólnicy.

Niezliczone mnóstwo metalowych nici łączyło niewielką, czworokątną, metalową skrzynkę ze stalowym kołem, zaopatrzonym z obydwu stron w obręcze. Samo koło było nieruchome, ale obręcze i przymocowane do nich niewielkie drążki obracały się z zawrotną szybkością. Widocznie było, że siła obracająca maszynerię, pochodziła ze skrzynki metalowej. W powietrzu dał się uczuwać słaby zapach ozonu.

- Panie Brown, a gdzież są skrzydła? - spytał wynalazca.

- Nie mogłem ich przynieść, gdyż są zbyt wielkie, mierzą przecież 2 metry i 15 centymetrów długości, a 90 centymetrów szerokości. Ręczę jednak, że motor jest dość silny, aby je w ruch puścić.

- Są przecież aluminiowe z domieszką miedzi?

- Tak.

- Niechże pan spojrzy, jak wspaniale działa!

Mówiąc to, Pericord swoją nerwową, suchą ręką przycisnął guzik, dzięki czemu wirujące drążki zaczęły zwalniać swój bieg i wreszcie zupełnie stanęły. Potem przycisnął inną sprężynę i drążki znów się obracać zaczęły.

- Przy dokonywaniu prób - objaśniał Pericord - nie potrzeba zużywać sił fizycznych, można pozostać zupełnie biernym, posiłkując się tylko rozumem.

- Wszystko to dzięki memu motorowi - powiedział Brown.

- Naszemu motorowi - sucho poprawił towarzysz.

- Naturalnie - odpowiedział niecierpliwie Brown - myśl, idea jest pańska, ale samo wykonanie moje. Niech go pan nazwie, jak się panu podoba.

- Nazwę go motorem Brown-Pericord - zawołał wynalazca i w oczach jego błysnęła nienawiść - pan wykonałeś tylko szczegóły, ale idea jest moja, tylko moja...

- Tak, ale sama idea nie jest w stanie puścić w ruch motoru - zauważył szorstko Brown.

- Ma się rozumieć; dlatego uciekłem się do pańskiej pomocy - przerwał Pericord, bębniąc gorączkowo palcami po stole - ja wynalazłem, pan wykonałeś moją myśl, budując motor. Tym sposobem nasze zasługi i praca są zrównoważone.

Brown zaciął wargi. Widząc bezcelowość sprzeczki na ten temat, skierował całą uwagę na aparat, który przy każdym obrocie drgał i kołysał się, jak gdyby miał spaść ze stołu.

 

Koniec wersji demonstracyjnej.