Rozdział 1
Od otwarcia biura detektywistycznego "Złotko i spółka" minęły trzy miesiące.
Jak ten czas leci, pomyślała z westchnieniem Baśka, wchodząc do biblioteki i szczelniej otulając się płaszczem. Wiał silny wiatr, targający włosami i wdzierający się lodowatymi podmuchami pod ubranie.
- Kawa, potrzebuję kawy! - jęknęła.
Odkąd zaczęły prowadzić biuro detektywistyczne, nie miała już tyle czasu, co wcześniej na pracę bibliotekarki, musiała zrezygnować z pełnego etatu, przychodziła tylko na cztery godziny dziennie i czasem brała dyżur w sobotę, żeby odciążyć Janinę.
Co prawda dyrektorka zatrudniła młodą stażystkę Sylwię, ale dziewczyna nie radziła sobie najlepiej, więc zawsze musiał być z nią ktoś, kto miał na nią oko.
Tłumiąc ziewnięcie, Baśka wyjęła klucze z torebki, otworzyła drzwi i weszła. Zapaliła światło, zdjęła płaszcz i włączyła komputer. Przeciągając się jak leniwiec podeszła do szafki, na której znajdował się czajnik elektryczny.
Zajrzała do środka i okazało się, że nie ma wody. Ze zniecierpliwieniem wzięła czajnik i wyszła z głównego pomieszczenia biblioteki na korytarz, a potem skierowała swoje kroki do łazienki.
Przechodząc obok gabinetu dyrektorki, zauważyła, że drzwi są uchylone.
Dziwne, pomyślała.
Halina Radwan rzadko kiedy pojawiała się w pracy przed dziewiątą. Z duszą na ramieniu Baśka podeszła do drzwi. Serce mocno biło jej w piersi, chcąc wyskoczyć, a z nerwów zaschło jej w gardle.
Może to nic takiego - starała się uspokoić, choć coś podpowiadało jej, żeby tam nie wchodzić.
Z trudem stłumiła chęć, by wziąć nogi za pas. Należało jednak sprawdzić, czy Halina jest w środku. Może jedynie zapomniała zamknąć gabinet, jak czasem jej się to zdarzało, gdy wybiegała w pośpiechu.
Baśka na drżących nogach zrobiła jeszcze jeden krok i zajrzała przez uchylone drzwi do wnętrza gabinetu.
- Halo? Pani dyrektor? - zapytała. Głos jej drżał, z nerwów zaczęła szybciej mrugać, jakby miała jakiś tik nerwowy albo brakowało jej magnezu.
Odpowiedziała jej cisza.
- A czego się spodziewałaś? - wygarnęła sobie. - Nikogo nie ma, przestań świrować! - zdenerwowana weszła do środka i rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym panował względny porządek.
Na biurku piętrzyły się teczki z dokumentami, stał kubek po kawie i pojemnik na materiały biurowe. Obok znajdował się regał z segregatorami, a naprzeciwko fikus, który był oczkiem w głowie dyrektorki. Wyjątkowo dorodna roślina budziła podziw i zazdrość swoimi rozmiarami.
I już, gdy Baśka miała odetchnąć z ulgą, dostrzegła to...
Wystające zza biurka nogi. Były obleczone cielistymi rajstopami, obute w czarne szpilki i... nieruchome.
Bibliotekarkę aż zatchnęło. Przypomniała sobie, jak pół roku temu znalazła zwłoki sąsiada pana Kazika Wróbla.
Przełknęła ślinę i ostrożnie stawiając kroki podeszła do biurka i za nie zajrzała, a wtedy zobaczyła Halinę Radwan z nożem do papieru wbitym w plecy. Wypływająca z rany krew zakrzepła, rozlewając się po obu stronach ciała. Głowę miała przechyloną na bok, więc widać było otwarte usta, trupiobladą twarz i wytrzeszczone w niemym zaskoczeniu oczy. Widok ten nie pozostawiał wątpliwości... Kobieta była martwa.
- O kurtka wodna! Trup! Ja to mam szczęście, nie ma co! - krzyknęła Baśka i z nerwów aż zagryzła palce.
Ktoś zamordował dyrektorkę! Ta myśl kotłowała się w niej i sprawiła, że bibliotekarkę przeszły lodowate dreszcze.
- Przecież to niemożliwe! - wymamrotała wstrząśnięta, machając rękami przed twarzą, jakby to miało pomóc pozbyć się widoku przyprawiającego o zawał serca.
A jednak martwe ciało Haliny Radwan nadal znajdowało się na podłodze i wyglądało na to, że prędko stamtąd nie zniknie.
- Trzeba zadzwonić do komisarza, a potem dać znać babci. Chyba mamy nową sprawę do rozwiązania!
Rozdział 3
Kiedy znalazły się w gabinecie Haliny Radwan, stanęły w wejściu lekko zaskoczone zamieszaniem, widząc jak ekipa techników, uwija się niczym w ukropie, by zabezpieczyć ślady na miejscu zbrodni. Przewodził im komisarz Marcel Kos, który rozdzielał zadania.
Baśka obserwowała go z podziwem, natomiast Sławka rozglądała się z uwagą po całym pomieszczeniu, chcąc dostrzec jak najwięcej szczegółów.
- Musimy dać znać Zośce - oznajmiła znienacka, ściszając głos do przejmującego szeptu i chwytając wnuczkę za łokieć. - Trzeba zwołać zebranie i omówić dalsze kroki. Najpierw jednak należy dowiedzieć się, jak i kiedy zginęła ta kobieta - mówiąc to, wskazała na leżące na podłodze ciało Haliny Radwan. - Panie komisarzu... - Sławka chrząknęła znacząco, ściągając na siebie uwagę policjanta.
- Tak, pani Sławo? O co chodzi? - zapytał uprzejmie, podchodząc do nich i patrząc wyczekująco to na jedną, to na drugą.
- Czy wiadomo już, co było przyczyną zgonu? - zainteresowała się seniorka Gwóźdź.
Marcel Kos przytaknął głową.
- Zginęła od ciosu nożem, więcej będzie wiadomo po sekcji - wyjaśnił rzeczowym tonem. - Mogę tylko powiedzieć, że śmierć nastąpiła bardzo szybko i, że nie cierpiała, jeśli to panie interesuje. - Na jego twarzy malowało się zakłopotanie.
Baśka drgnęła, zakrywając usta dłonią i walcząc z odruchem wymiotnym.
Sława natomiast miała wypieki na twarzy i błyszczące oczy. Nie raziły jej drastyczne szczegóły, co więcej wydawały się ją ekscytować. Powiedzieć, że Sława była ekscentryczna, to jak nic nie powiedzieć.
- A godzina zgonu? Da się coś ustalić? - zapytała, nie kryjąc zaciekawienia i wpatrując się w komisarza jak sroka w gnat.
Policjant skinął głową.
- Lekarz twierdzi, że zmarła wczoraj wieczorem między dziewiętnastą a dwudziestą pierwszą - wyjaśnił, spoglądając przelotnie na skupionego na oględzinach ciała, szpakowatego mężczyznę w białym kitlu i jednorazowych rękawiczkach. - Musimy zabezpieczyć miejsce zbrodni, nikt tutaj nie może wchodzić.
- Oczywiście, panie komisarzu - oznajmiła Baśka, kiwając głową. - Będę jeszcze potrzebna, czy mogę przejść do biblioteki? - zapytała. Wyglądała przy tym, jakby chciała wziąć nogi za pas i tylko czekała na odpowiedni sygnał.
- Na razie jest pani wolna - odparł spokojnie komisarz. - Proszę, tylko żeby nie zapomniała pani o liście pracowników - przypomniał jej, patrząc na nią uważnie swoimi niebieskimi oczami, przez co bibliotekarka, zarumieniła się i zaczęła chichotać. - Chciałbym wszystkich przesłuchać - dodał rzeczowo, a wtedy mina jej zrzedła.
Baśka przypomniała sobie, że też jest podejrzana, bo nie znosiła szefowej i to z wzajemnością...
Szybko ulotniły się z babcią z gabinetu denatki, by zaszyć się w bibliotece. Pośród regałów z książkami Baśka czuła się o niebo lepiej, niż stojąc nad zwłokami. Bała się, że znów będą się jej śniły trupy. Raz już tak było, po tym, jak znalazła zwłoki sąsiada. Nie chciała, żeby sytuacja się powtórzyła, ale jak widać złośliwy los, miał inne zdanie na ten temat.
- Niestety nie mam nic do picia, bo z tego wszystkiego zapomniałam przynieść wody - jęknęła Baśka i opadła na krzesło, wachlując się książką, którą zgarnęła z biurka. Była to najnowsza powieść Alka Rogozińskiego.
Sława machnęła lekceważąco ręką i usiadła na fotelu, który stanowił jeden z elementów kącika czytelniczego znajdującego się przy oknie. Był tam też stolik na czasopisma i etażerka z nowościami książkowymi.
- Nie chce mi się pić. Jestem taka wstrząśnięta i zmieszana, że aż mi się uszy trzęsą - stwierdziła i zachichotała jak nastolatka. - Nic bym teraz nie przełknęła. No, chyba że byłby to łyczek pigwówki. - Puściła oczko.
Baśka zaśmiała się, żałując, że nie mają pod ręką nalewki, ale w bibliotece posiadały jedynie zapas kawy i herbaty. Poza tym nikomu wcześniej nie przyszło do głowy mordować pracowników tego przybytku kultury.
- Jak zawsze jesteś niepoprawna, babciu - zganiła ją ze śmiechem. - To, co robimy? - zmieniła szybko temat, chcąc ustalić, jakieś konkrety, bo na razie dreptały w miejscu.
- Moim zdaniem trzeba zrobić listę osób z najbliższego otoczenia Haliny - stwierdziła rzeczowo Sławka, machając nogą i szerzej rozchylając poły płaszcza, bo w pomieszczeniu było bardzo ciepło. - Należy z nimi porozmawiać i to zanim zrobi to komisarz. Myślę, że nam mogą powiedzieć więcej niż policji.
Bibliotekarka skonsternowana podrapała się po brodzie, z lekkim zaskoczeniem uświadamiając sobie, że Sławka miała rację.
- Dobrze mówisz, babciu - przyznała, a jej twarz rozpromieniła się niczym wschodzące słońce. - Janka będzie dziś na dwunastą, od niej możemy zacząć - stwierdziła ożywiona i pełna nadziei. - Sylwia miała być rano, ale pewnie znów zaspała i się spóźni co najmniej dwie godziny. Ech, to pokolenie Z - westchnęła z politowaniem.
Sława przysłuchiwała się jej zaciekawiona.
- Wracam do biura, będziemy na ciebie czekały - oznajmiła nieco ochrypłym głosem i podniosła się z fotela. - Lecę, bo Genia pewnie chrapie już jak stary borsuk i znów będzie prowadziła jak paralityk - zauważyła zgryźliwie. - Z nią są same problemy... - westchnęła.
Baśka zaśmiała się, wyobrażając sobie, prowadzącą auto Genowefę Chrząszcz i siedzącą obok na miejscu pasażera Sławkę, która odmawia litanię do świętej Rity z mordem w oczach. Ta scena wydała jej się tak zabawna, że z trudem nie wybuchnęła śmiechem na cały głos, ale widząc karcące spojrzenie krewnej, szybko przywołała się do porządku, nie chcąc jej jeszcze bardziej denerwować.
- Przyjadę, jak tylko będę mogła - oznajmiła, sięgając po telefon, by po wyjściu Sławy zadzwonić do Zośki. Skoro miały spotkać się w biurze detektywistycznym, żeby omówić dalsze kroki, nie mogło zabraknąć żadnej z nich. Każda musiała być wtajemniczona w sprawę, bo jak zawsze będą musiały dzielić się zadaniami.
- O nic się nie bój. Zaczekamy na ciebie, ile będzie trzeba - zapewniła Sława i szybko pożegnała się z wnuczką, a potem wyleciała z biblioteki jak z procy, modląc się, żeby Genia czekała na nią tam, gdzie ją zostawiła niemal godzinę temu, bo nie uśmiechało się jej lecieć na piechotę przez pół miasta. W końcu zdrowie trzeba szanować...
Rozdział 4
Po tym, jak ekipa policyjna zakończyła swoje czynności i ciało denatki zostało zabrane do prosektorium, gabinet został zamknięty i opieczętowany taśmami policyjnymi.
- Niech nikt tutaj nie wchodzi - polecił komisarz, posyłając Baśce ostrzegawcze spojrzenie.
Miał nadzieję, że nie przyjdą jej do głowy żadne głupie pomysły, jak chociażby nielegalne oględziny miejsca zbrodni, doskonale bowiem pamiętał, jak przy poprzedniej sprawie bibliotekarka włamała się do mieszkania denata, zabierając z niego znaczący dowód w sprawie.
Na myśl o tym zdarzeniu, Marcel zaciskał dłonie w pięści, a także zęby, żeby nimi nie zgrzytać ze złości.
Oj, tak, panna Złotko potrafiła zaleźć za skórę...
Pożegnał się szybko i wyszedł z listą pracowników biblioteki, którą przezornie schował do notatnika. Nie chciał, żeby gdzieś się zawieruszyła.
Dopiero po jego wyjściu Baśka mogła wrócić do pracy, ale czuła się nieswojo, na myśl, że jeszcze parę minut temu w tym samym budynku znajdowały się zwłoki Haliny Radwan.
Było to nie tylko makabryczne, ale jakieś takie nierealistyczne, że dopiero teraz bibliotekarka uświadomiła sobie ze zgrozą, że dyrektorka już nie wróci i ktoś będzie musiał ją zastąpić.
Może Janka coś wymyśli - stwierdziła, zerkając na zegarek, a w następnej chwili do pomieszczenia wbiegła zdyszana stażystka Sylwia.
- Hejka! Sorki za spóźnienie! - rzuciła przepraszająco i opadła na fotel za biurkiem, niemal strącając torebką, stojącą na nim paprotkę. Dziewczyna była szczupłą blondynką, która uwielbiała róż w każdej postaci. Tym razem miała na sobie różowy kombinezon a do tego białe botki na obcasie i futerko. Wyglądała, jakby szła na imprezę, a nie do pracy w bibliotece. W dodatku miała słabość do zabiegów medycyny estetycznej... Poza sztucznymi rzęsami i paznokciami miała powiększone usta, makijaż permanentny brwi i przedłużane włosy.
- Co tym razem się stało? - zapytała Baśka, udając znudzenie.
- Byłam na paznokciach i trochę się przedłużyło. - Sylwia machnęła niedbale ręką. - Odjazdowe, co nie? - mówiąc to, podetknęła jej pod nos dłoń z długimi paznokciami w kolorze fuksji, które ozdobione były jakimiś wzorkami w esy-floresy.
Baśka tylko pokiwała głową, niezdolna wydobyć głosu. Nim minął pierwszy szok, Sylwia zdążyła już rozłożyć swoje rzeczy na biurku - lakier do paznokci, szczotkę, lusterko i szminkę. Wszystko różowe.
Czasem Baśka zastanawiała się, czy są jeszcze w bibliotece, czy może już w salonie piękności.
- Muszę ci o czymś powiedzieć... - Bibliotekarka zaczęła nerwowo drapać się po głowie, jakby oblazły ją mrówki.
- No mów. O co chodzi? - ponagliła ją Sylwia, sięgając po lusterko i pudrując nos.
- Ktoś zabił Halinę. Rano znalazłam jej zwłoki w gabinecie - oznajmiła Baśka, nie owijając w bawełnę, ciekawa reakcji stażystki.
Sylwia zamrugała gwałtownie, otwierając usta jak karp wyjęty z wody.
- Co? To jakiś żart? Ciocia nie żyje? - zapytała wstrząśnięta.
Sylwia była bratanicą Haliny, córką jej brata Mieczysława, który ubłagał siostrę, żeby przyjęła dziewczynę na staż, by ta nabrała ogłady i zdobyła jakiekolwiek doświadczenie. Radwan choć niechętnie, zgodziła się.
A potem Baśka i Janka omal nie dostały zawału na widok różowej landrynki, która miała być ich współpracownicą. Po pierwszym szoku przyzwyczaiły się do Sylwii, tak samo, jak czytelnicy.
Jakby nie patrzeć, dziewczyna mimo swoich ekstrawagancji, była miła i uprzejma, zawsze uśmiechnięta.
Co z tego, że nie znała się na książkach i wiecznie się spóźniała?
Dużo osób przychodziło do biblioteki, żeby się wygadać, a Sylwia była idealnym kompanem do rozmów - mogła gadać godzinami, ale potrafiła też wysłuchać.
Lepsze to niż nic - pocieszała się Baśka, a na głos powiedziała:
- To ty nic nie wiesz? - zdumiała się.
- A niby skąd? - Sylwia wzruszyła ramionami. - Jak to się stało?
Baśka westchnęła ciężko.
- Ktoś wbił jej nóż w plecy - wyjaśniła kąśliwym tonem.
- Makabra! - Sylwia stłumiła okrzyk zaskoczenia. - A myślałam, że takie rzeczy tylko w "Ojcu Mateuszu".
- Jak widzisz nie... - stwierdziła Baśka z przekąsem. - Co o tym sądzisz? - zainteresowała się, uważnie obserwując dziewczynę.
- Nic, a co mam sądzić? - zdziwiła się Sylwia. - Nie lubiłam ciotki, każdy o tym wie. Zachowywała się jak napuszony indor. Wiecznie była niezadowolona, czego bym nie zrobiła. Nawet poskarżyła się tacie, że niby obijam się w pracy - powiedziała z niezadowoleniem, zamykając puderniczkę i wygładzając włosy.
- Może po prostu się o ciebie troszczyła - rzuciła z przekąsem Baśka, doskonale wiedząc, jaka była Halina. Nikt za nią nie przepadał.
- A mi tutaj pociąg jedzie. - Sylwia wskazała na swoją dłoń. - Była wredną jędzą, ot co! - podsumowała.
- Wiesz, że policja będzie nas przesłuchiwała? - oznajmiła bibliotekarka, włączając komputer i logując się do systemu.
- No i co z tego? - Sylwia obojętnie wzruszyła ramionami. - Nie zabiłam ciotki, więc nie mam nic do ukrycia - oznajmiła, oschłym tonem.
Baśka popatrzyła na nią podejrzliwie. Może i dziewczyna mówiła prawdę, ale na moment uciekła wzrokiem, więc coś jednak miała na sumieniu.
Każdy z nas jest podejrzany. Wszyscy mieliśmy motyw, żeby pozbyć się Haliny, pomyślała.
- Skoro tak mówisz. Nie mam powodu, żeby ci nie wierzyć. - Baśka uśmiechnęła się do Sylwii. - Możesz zdjąć nogi z biurka? - poprosiła. - Za chwilę pojawią się pierwsi czytelnicy.
- Luz, nie spinaj się tak, bo ci się zmarszczki zrobią. - Stażystka puściła jej oczko, a potem spełniła jej prośbę. Nie minęła minuta, jak wyjęła z torebki gumę do żucia, którą włożyła do ust. Do różowej gumy balonowej Sylwia też miała słabość...
Baśka wywróciła oczami, modląc się do świętej Rity patronki spraw beznadziejnych o cierpliwość.
Jak ja jej kiedyś nie zabiję, to będzie cud. I to nie nad Wisłą, pomyślała.
Rozdział 5
Na umówione spotkanie w biurze detektywistycznym Baśka dotarła spóźniona, bo okazało się, że Jance coś wypadło w ostatniej chwili i nie mogła przyjść na swoją zmianę, a Sylwii samej zostawić nie mogła, musiała więc zostać do szesnastej.
Kiedy stażystka wyszła, a chwilę przed nią ostatni czytelnik, Baśka wyłączyła komputer, złapała płaszcz w jedną rękę, a torebkę i klucze w drugą i wybiegła z pomieszczenia na korytarz.
Tego dnia drzwi biblioteki niemal się nie zamykały. Kiedy rozeszła się wieść o nagłej śmierci dyrektorki, nagle każdy czytelnik miał książkę do oddania, pytając przy tym o szczegóły zbrodni.
Baśka i Sylwia biegały więc jak kot z pęcherzem, aż wreszcie kilka minut przed zamknięciem, nastała chwila spokoju. Wtedy dopiero mogły odsapnąć.
- Niech gęś kopnie tego mordercę! - rzuciła gniewnie stażystka, patrząc na dwa złamane paznokcie z nieukrywaną rozpaczą, w oczach miała łzy.
- Nie martw się, wkrótce go znajdziemy - pocieszyła ją Baśka, wachlując się jedną z powieści Joanny Chmielewskiej, którą zgarnęła z biurka.
- Oby, bo długo tak nie pociągniemy - zawołała z rozpaczą Sylwia, pakując w pośpiechu swoje rzeczy do torebki i zakładając futerko. - Dobrze, że kosmetyczka mnie przyjmie, bo za nic nie pokazałabym się tak ludziom - niemal dostała spazmów pokazując swoje zniszczone paznokcie. - Muszę lecieć, bo nie chcę się spóźnić - rzuciła na jednym wdechu i pędem wybiegła z biblioteki, nie zważając na wysokie obcasy.
Baśka, kręcąc głową, wyrwała się z zamyślenia i w nerwowym pośpiechu ubrała się, a potem świńskim truchtem ruszyła do drzwi, oglądając się za siebie z lękiem, bo wyobraźnia podsunęła jej koszmarną wizję, w której Halina Radwan budzi się i z nożem w plecach goni ją po całym budynku.
Blada i roztrzęsiona z trudem trafiła kluczem do zamka, wreszcie po kilku próbach udało się jej zamknąć drzwi, co przyjęła z nieukrywaną ulgą.
Rozejrzała się i truchtem ruszyła w stronę biura detektywistycznego "Złotko i spółka", doskonale zdając sobie sprawę, że pozostałe detektywki już pewnie na nią czekają.
Po kwadransie znalazła się na miejscu, wbiegając do środka w pośpiechu i oddychając jak astmatyk.
Minęła pustą recepcję i pognała schodami na piętro, gdzie znajdował się jej gabinet.
Wbiegła tam jak do pożaru i rozejrzała się chaotycznie po pomieszczeniu, w którym znajdowały się już Sławka, Genia i Zośka. Ta pierwsza na jej widok aż podskoczyła na fotelu, przez co spadł jej kapelusz i potoczył się pod biurko.
- Jesteś wreszcie! Co tak długo? - zapytała niecierpliwie seniorka Gwóźdź, kompletnie ignorując zgubiony element garderoby.
- Wybaczcie, że tyle mi zeszło. Janka nie mogła przyjść i musiałam ją zastąpić - wyjaśniła Baśka, opadając z ulgą na krzesło stojące za biurkiem i obrzucając przepraszającym spojrzeniem siedzące w gabinecie kobiety.
Genia zajadała właśnie szarlotkę z takim wyrazem twarzy, jakby kosztowała ambrozji, Zośka pisała coś na telefonie zarumieniona po koniuszki uszu, natomiast obok Sławki stała butelka z nalewką.
- I wszystko jasne - domyśliła się Baśka, uśmiechając się pod nosem.
- Coś mnie ominęło? - zapytała z przekąsem, zerkając znacząco na trunek domowej roboty, zapewne przyniesiony przez jej babcię.
- Nic szczególnego - rzuciła niedbale Sławka, czym prędzej chowając butelkę do szuflady biurka i odstawiając szklankę na szafkę. - Genia zgłodniała, więc kupiłam ciasto. Właśnie kończymy podwieczorek.
- To ciasto jest znakomite - oznajmiła Genowefa Chrząszcz, ocierając usta i uśmiechając się z błogością. - Dawno nie jadłam tak dobrego - pochwaliła.
- A ty? - Baśka zerknęła na Zośkę, która przerwała pisanie SMS-ów i rozejrzała się lekko zdezorientowana po gabinecie. Na policzkach miała rumieńce, co świadczyło o tym, że jej znajomość z Markiem, weszła na kolejny poziom.
- Co ja? - zapytała nieco nerwowo przyjaciółka, przygryzając wargi.
- Nieważne. - Bibliotekarka machnęła niedbale ręką. - Może zaczniemy, co? Musimy ustalić, co wiemy i jaki jest dalszy plan działania.
Pozostałe detektywki zgodnie pokiwały głową, wpatrując się w nią intensywnie i czekając, aż Baśka pociągnie temat.
Ta widząc, że najwyraźniej nie ominie ją rola głównodowodzącej, tylko westchnęła, a potem zaczęła mówić:
- Halinę Radwan znalazłam dziś rano z nożem wbitym w plecy. Ktoś ją zamordował i naszym zadaniem jest ustalić, kto. Zadanie jest o tyle trudne, że Halina nie budziła sympatii, bo miała wyjątkowo nieprzyjemny charakter. Jakbym miała określić ją jednym słowem, powiedziałabym, że była harpią. Wyjątkowo upierdliwą i dlatego mogła kogoś na tyle wyprowadzić z równowagi, że ten ktoś nie wytrzymał i ją zabił. Ja obstawiam zbrodnię w afekcie. Wiecie, morderca wkurzył się i ją trzasnął. Innego wyjścia nie ma. Zważywszy na to, jak wyglądało miejsce zbrodni - oznajmiła, przypominając sobie szczegóły z oględzin w gabinecie Haliny.
- Myślę podobnie, ale to ty znałaś ją najlepiej, więc pewnie masz rację - zgodziła się z jej teorią Sławka. - Mamy jakichś podejrzanych? Kto mógł chcieć ją zabić? - zapytała, wpatrując się uważnie we wnuczkę i zapisując coś w swoim notesie z flamingami.
- W pierwszej kolejności musimy sprawdzić wszystkich, którzy pracują w bibliotece, a później rodzinę i najbliższych znajomych Haliny. Ze statystyk wynika, że najczęściej zabija ktoś bliski. A wiecie, że Halina, nie była lubiana... - Baśka podrapała się nerwowo po nosie.
- Wiemy, mówiłaś coś o tym. A motyw? Kto mógł chcieć to zrobić? - Zośka spojrzała uważnie na przyjaciółkę.
- Na dobrą sprawę każdy - odparła bibliotekarka. - Janka na przykład. Zawsze sumienna i obowiązkowa, a dziś nie było jej w pracy. Przypadek? Nie sądzę. Poza tym Sylwia też coś ma na sumieniu, nie wiem jeszcze co, ale się dowiem... - zapewniła solennie.
- To mamy dwie. Ktoś jeszcze? - zapytała Sławka, wpatrując się we wnuczkę jak sroka w gnat.
- Na pewno trzeba wziąć pod uwagę również męża Haliny i jej brata. Myślę, że rozmowa z nimi nas nie ominie. Poza tym wybadamy, jakie łączyły ich relacje - myślała głośno Baśka, pocierając dłonią brodę. - Musimy się podzielić. Od kogo chciałybyście zacząć? - Spojrzała po zebranych w gabinecie kobietach.
- My z Genią możemy wziąć na siebie Jankę. Sprawdzimy, co robi, a jak się uda z nią porozmawiać, to może coś z niej wyciągniemy - zaproponowała Sławka, na co Genowefa Chrząszcz spojrzała na nią ostro, rzucając pod nosem:
- Pchasz się w gips!
Sława Gwóźdź nie przejęła się tym zupełnie, szczerząc się do koleżanki jak kot na widok tłustej myszy. Ta jedynie wywróciła oczami, ale nic nie powiedziała. Nie było sensu spierać się ze Sławą, która uporem dorównywała oślemu.
- To świetnie. - Baśka klasnęła w dłonie. - W takim razie my z Zośką przyjrzymy się lepiej Sylwii. Wybadamy, czy może mieć coś wspólnego ze śmiercią ciotki. Zaczniemy od jutra, dziś macie czas na ładowanie akumulatorów.
- No i super, w takim razie ja uciekam. Marek na mnie czeka - rzuciła Zośka, zgarniając swoje rzeczy i truchtem wybiegając z gabinetu.
- To my też będziemy się zbierały - oznajmiła Sławka, dając znak ręką Geni, żeby szykowała się do wyjścia.
Wkrótce w gabinecie zapanowała błoga cisza, a Baśka odetchnęła z ulgą.
Przez chwilę pisała coś w kalendarzu, który służył jej za notatnik, a potem ona również opuściła biuro, w myślach analizując, to co się stało i rozmyślając nad dalszymi krokami.
Miała nadzieję, że komisarz Kos jeszcze niczego nie ustalił i, że ona pierwsza dostarczy mu znaczące dla śledztwa wskazówki.
Na samą myśl o tym, poczuła ciepło na sercu, a idąc z głową w chmurach, omal nie wpadła na latarnię. W porę się ocknęła i już bez większych przeszkód dotarła do domu.
Jak się miało wkrótce okazać, był to jej ostatni spokojny wieczór w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Rozdział 7
W tym samym czasie Baśka z Zośką starały się ustalić, czy Sylwia mogła mieć coś wspólnego ze śmiercią Haliny Radwan. Co prawda wcześniej bibliotekarka starała się coś ustalić podczas rozmowy ze stażystką, ale niczego się nie dowiedziała, poza tym, że bratanica nie przepadała za ciotką.
Jednak to jeszcze nie powód, żeby kogoś zabijać, pomyślała.
Brakowało motywu. Należało śledzić Sylwię i detektywki tak właśnie postanowiły zrobić.
Tuż po skończeniu pracy Baśka zaczekała na Zośkę i razem udały się za Sylwią, by dyskretnie obserwować jej poczynania.
Na początku potwornie się wynudziły, bo przez godzinę stażystka siedziała w salonie kosmetycznym, zapewne poddając się kolejnym zabiegom upiększającym.
- Śmiertelnie się nudzę. Jeśli ona za chwilę nie wyjdzie, to przysięgam, że sama tam wejdę i ją stamtąd wyciągnę - westchnęła z rezygnacją w głosie Zośka, wyciągając z kieszeni torebkę żelków, które zaczęła z zapamiętaniem jeść. Musiała czymś zająć ręce, bo nienawidziła bezczynności. Poza tym kiszki grały jej marsza, bo nie zjadła w pracy lanczu. Żelki, choć na chwilę miały zagłuszyć głód.
Baśka uśmiechnęła się skonsternowana. Obserwacja była jednym z bardziej nużących zajęć pracy detektywa. Jednak dostarczała cennych wskazówek, więc nie mogły jej pominąć.
- Myślisz, że Sylwia mogła zabić ciotkę? - zapytała Zośka, gdy przełknęła żelkę w kształcie węża. Siedziały na ławce naprzeciwko salonu, osłonięte częściowo rosnącą obok wierzbą. Z tej odległości miały widok na to, kto wchodzi i wychodzi z salonu.
- Nie możemy jej wykluczyć. Jeśli faktycznie dziewczyna ma coś na sumieniu, prędzej czy później czymś się zdradzi - stwierdziła z przekonaniem Baśka. - O, wychodzi! Wreszcie - ucieszyła się, podrywając się z miejsca.
Ruszyły szybko za Sylwią, która nie zważając na wysokie obcasy kozaków, szła energicznym krokiem, kręcąc przy tym tyłkiem na prawo i lewo, i budząc tym zainteresowanie mijających ją mężczyzn.
Jednak dziewczyna nie zwracała na to uwagi, jakby była przyzwyczajona, że jest w centrum zainteresowania.
- Ciekawe, czy babcia była taka sama w młodości, zastanawiała się Baśka, z trudem nadążając za Sylwią.
Zośka zamyślona szła krok w krok z nią, nawet się przy tym nie zdyszała.
- Skąd masz taką kondycję? - zainteresowała się bibliotekarka, z podziwem patrząc na przyjaciółkę.
- Chodzimy na długie spacery z Markiem. Ostatnim razem zrobiliśmy prawie dziesięć kilometrów - pochwaliła się, dumna niczym paw. - Poza tym na kursie uczyli nas, że detektyw musi mieć świetną kondycję, żeby biegać za przestępcami - zaśmiała się, przez co Baśka, parsknęła śmiechem.
- Jesteś niepoprawna, ale masz rację. Pewnie też by mi się przydało więcej ruchu, ale sama wiesz, jak nie cierpię aktywności fizycznej. Wolę poczytać jakiś kryminał - odparła, a w następnej chwili jej wzrok padł na wchodzącą do kawiarni Sylwię. - Patrz, z kim się umówiła! - zawołała wstrząśnięta, a wtedy Zośka dostrzegła blondynkę witającą się z jakimś ulizanym facetem z włosami w kolorze świńskiego blondu.
- Kto to jest? - zapytała zdziwiona, widząc faceta pierwszy raz na oczy.
- Przecież to Cyprian Uczciwek, szkoleniowiec. Wiesz, ten natręt, który nie daje mi spokoju - wyjaśniła z niechęcią Baśka, patrząc na upierdliwego adoratora, który był jej kulą u nogi. - Ciekawe, co tutaj robi? I to z Sylwią.
- Może mają romans? - wtrąciła Zośka.
- A mi tutaj pociąg jedzie! - Bibliotekarka pokazała na wnętrze swojej dłoni. - Przecież Cyprian to oślizgła glista, w dodatku świński ryj. Sylwia miałaby się umawiać z kimś takim? Wątpię. Już prędzej widzę ją w bmw z jakimś mięśniakiem - dodała z pewnością w głosie.
- Skoro tak mówisz. Pamiętaj, że pozory mogą mylić - rzuciła z przekąsem Zośka.
Baśka wzruszyła ramionami.
- Może. Musimy ustalić, co ich łączy - mruknęła, uważnie obserwując Sylwię i Cypriana, którzy teraz wyglądali, jakby się kłócili, a po chwili blondynka wzburzona wstała i rzuciła coś gniewnie w stronę ulizanego, po czym uderzyła go w twarz i wybiegła z restauracji.
Baśka i Zośka stały jak wmurowane, zszokowane tym, czego były świadkiem.
- Co to było? - Zośka nie mogła opanować zdumienia.
Baśka tylko pokręciła głową, a potem wzruszyła bezradnie ramionami.
- Nie wiem, ale dowiemy się, o co tutaj chodzi. Nic tu po nas. Zadzwonię do babci i spotkamy się w biurze, żeby omówić, co wiemy. Ciekawe czy im udało się coś ustalić - zastanawiała się, ruszając chodnikiem.
- Daj znać, o której to spotkanie. Muszę wiedzieć wcześniej, bo mamy plany z Markiem, a nie chcę, żeby czekał - odparła Zośka, wyrzucając torebkę po żelkach do kosza na śmieci.
- A jak się wam układa? - zainteresowała się Baśka, zerkając na przyjaciółkę. - Jesteście razem już prawie cztery miesiące.
- Świetnie. Chyba wreszcie trafiłam na tego jedynego. Niepotrzebnie tak się przed tym broniłam. - Zośka uśmiechnęła się wesoło. - Nawet Stefan go polubił, a to już coś znaczy. Na każdego syczał i prychał, a jak widzi Marka, to od razu wskakuje mu na kolana, domagając się pieszczot. Czasem aż jestem o to zazdrosna...
- Widzisz, a nie mówiłam? - zaśmiała się Baśka, szturchając łokciem przyjaciółkę, aż zaczęły się śmiać.
Szły chodnikiem, przekomarzając się, aż wreszcie dotarły na przystanek, gdzie Zośka wsiadła do autobusu, machając koleżance na pożegnanie, a gdy odjechał, Baśka ruszyła w stronę domu.
Miała trochę do przemyślenia, ale była głodna jak wilk, i marzyła jedynie o podwieczorku. Poza tym na głodniaka nie potrafiła myśleć logicznie, bo wszystkie jej myśli skupiały się na jedzeniu.
Najpierw pożywny posiłek, potem śledztwo, zdecydowała.
Rozdział 8
W biurze detektywistycznym spotkały się wieczorem. Punktualnie o dziewiętnastej stawiły się wszystkie cztery w gabinecie Baśki, która wprost nie mogła doczekać się, by przeanalizować zdobyte do tej pory informacje.
Wierciła się niecierpliwie na fotelu, niemal strącając łokciem filiżankę z herbatą. W ostatniej chwili udało się jej ją złapać i niczego nie rozlać.
Odetchnęła z ulgą, obrzucając wzrokiem swoje towarzyszki. Sławka siedziała po przeciwnej stronie biurka, sądząc herbatę ze swojej ulubionej filiżanki w pawie pióra. Ubrana była w zielony sweter, czerwoną skórzaną spódnicę i beżowe zamszowe buty. Płaszcz w biało-czarne pasy, zwisał z oparcia krzesła. Czerwony kapelusz z owalnym rondem leżał obok niej na blacie biurka.
Dalej za nią na kanapie siedziała Genia, ubrana w brązową garsonkę i kozaki. Piła zieloną herbatę z wielkiego kubka ze złotą oblamówką.
Obok niej usadowiła się Zośka ubrana w niebieską bawełnianą sukienkę, botki i kurtkę z frędzlami. Jasne włosy związała w kitkę, w uszach miała wielkie złote kolczyki, a na szyi kilka łańcuszków i naszyjników. Popijała gazowaną wodę z wysokiej przezroczystej szklanki.
Przed każdą z detektywek stał talerzyk z sernikiem z pobliskiej cukierni. Stałym elementem ich spotkań była pożywna przekąska, bez której jak wiadomo, szare komórki nie chciały pracować. Najlepiej, gdy było to jakieś dobre ciasto - sernik, szarlotka lub beza.
- Może najpierw powiem, co ustaliłyśmy z Zośką - zaczęła Baśka, nieco ochrypłym głosem. Upiła łyk herbaty i kontynuowała już normalnym tonem: - A raczej, czego byłyśmy świadkiem i jakie mamy przypuszczenia. - Zerknęła przelotnie do rozłożonych na biurku notatek. - Otóż widziałyśmy Sylwię z Cyprianem. Kłócili się w restauracji. A raczej ona krzyczała na niego. Przypuszczamy, że mogli się spotykać albo nadal się spotykają. Czy ich kłótnia ma coś wspólnego ze śmiercią Haliny, tego nie wiem, ale nie możemy tego wykluczyć - oznajmiła, widząc, jak Zośka przytakuje, a Sławka zapisuje coś w swoim notesie z flamingami.
Genia wydawała się nieco zamyślona, gdy niespodziewanie się odezwała:
- Myślicie, że mogli działać wspólnie i zabić Halinę? - wtrąciła nieco rozkojarzona.
Baśka drgnęła, Sławie zaświeciły się oczy.
- Coś może być na rzepie - mruknęła seniorka, pocierając policzek końcem długopisu.
- Raczej na rzeczy - poprawiła ją Genia, uśmiechając się pod nosem.
Sława skwitowała to wzruszeniem ramion, a potem oznajmiła, z satysfakcją spoglądając na wnuczkę:
- My natomiast dowiedziałyśmy się od twojej koleżanki z pracy, że za Haliną nikt nie przepadał, również Janka, co nie było żadnym zaskoczeniem. Różdżka wydaje się spokojną, choć samotną starą panną, która jest tak bezbarwna i nijaka, że raczej nie mogłaby nikogo zabić. Choć jak wiecie, pozory czasem mogą mylić... - zawiesiła znacząco głos, a po chwili kontynuowała: - Mogła zaplanować zbrodnię z premedytacją, by pozbyć się szefowej i objąć jej stanowisko, które miała obiecane.
- Może się zniecierpliwiła i nie chciała dłużej czekać. To mógłby być motyw - wtrąciła Zośka, a na jej policzki wystąpiły rumieńce.
Baśka pokiwała głową. Pracowały z Janką od dwóch lat, niewiele o niej wiedziała. Wydawała się miła i sympatyczna. Czy ktoś taki mógłby zabić?
- No dobrze, czyli nadal nie możemy wykluczyć żadnego z nich - westchnęła ciężko. - Coś więcej? - Baśka spojrzała pytająco na babcię.
- Jutro widzę się z patologiem. Henryk podobno ma dla mnie ciekawe wieści - powiedziała żywo. - Bo wydaje mi się, że na razie mamy japonki na oczach.
- Oj, babciu, przecież wiesz, że aby potwierdzić albo wykluczyć jakąś hipotezę należy mieć więcej danych. Tego uczyli nas na kursie dla detektywów. Na razie mamy parę poszlak, więc nie jest źle. Dowiedz się, co ustalił patolog. My z Zośką będziemy śledziły Cypriana. Nadal też nie porozmawiałyśmy z mężem Haliny, tak samo, jak z jej bratem, ale to może poczekać. Zajmiemy się tym po pogrzebie. Dowiem się od Sylwii, czy ustalili już datę. Dzwonił też komisarz, chce ze mną porozmawiać. Same więc widzicie, że spraw do ogarnięcia jest sporo... - Baśka rozłożyła bezradnie ręce.
- Damy sobie radę - starała się ją pocieszyć Sława. - Kto jak nie my? - Uśmiechnęła się wesoło, puszczając oczko.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo - wtrąciła Zośka, rozkładając ręce.
- Jak to się mówi, co cztery głowy to nie jedna - dodała Genia, a wtedy Baśka uśmiechnęła się z wdzięcznością, uświadamiając sobie, że wszystkie mają rację.
Działając razem, uda nam się odkryć prawdę i znaleźć mordercę Haliny, pomyślała podniesiona na duchu.
- To bierzmy się do roboty. Szkoda czasu, prawda? - rzuciła z przekąsem.
- Mądrość cię goniła, ale ty ją wyprzedziłaś - pochwaliła Sława, patrząc na nią z dumą.
- A to nie mówi się, że mądrość cię goniła, ale ty byłaś szybsza? I to nie jest komplement? - Zośka nie kryła rozbawienia, śmiejąc się pod nosem.
- A tam! - żachnęła się Sława. - Kto by zwracał na to uwagę. - Machnęła lekceważąco ręką.
- Ty to jednak jesteś niereformowalna - rzekła z naganą Genia.
- A ty jesteś oschła jak krakowska podsuszana - odgryzła się Sława, splatając ręce na piersi.
- Dosyć! Nie kłóćcie się - wtrąciła Baśka, uderzając zeszytem w blat biurka.
W gabinecie zapadła martwa cisza, a obie seniorki wpatrywały się w nią z wyrzutem.
- Tylko mi się teraz nie obrażajcie. Myślałby kto, zachowujecie się jak dzieci w przedszkolu, a nie dwie dojrzałe kobiety - westchnęła z rezygnacją w głosie. - Możecie się kłócić do woli, ale po pracy, czy to jasne? - Baśka posłała im twarde spojrzenie.
Seniorki pokiwały głowami, robiąc przy tym miny niewiniątek.
Już ja je znam. Tylko wyjdą za próg, znów będą się kłócić, pomyślała bibliotekarka z przekąsem.
- Lecimy, wiesz, zrobiło się późno! - Sława poderwała się z krzesła i zaczęła ubierać.
Genia szybko poszła w jej ślady.
Pięć minut później obie wybiegły z gabinetu jak z pieprzem.
Baśka spojrzała skonsternowana na Zośkę, co przyjaciółka skwitowała wzruszeniem ramion.
- No, co? - spytała kpiąco.
- Nic, chodźmy do domu. Trzeba naładować akumulatory.
Jak powiedziała, tak zrobiły. Baśka zamknęła biuro i pożegnały się, a potem Zośka ruszyła w przeciwnym kierunku, gdzie był przystanek, a bibliotekarka ruszyła chodnikiem w stronę swojej dzielnicy.
Do przejścia miała jakieś dwa kilometry. Ciemność na dworze rozświetlały uliczne latarnie, światła jadących ulicą aut i neonowe witryny sklepowe.
Szła dosyć szybko, stukając obcasami, gdy niespodziewanie poczuła na plecach nieprzyjemny dreszcz.
Obejrzała się zaniepokojona, ale niczego ani nikogo podejrzanego nie zauważyła.
To pewnie nic takiego, pomyślała, jestem przewrażliwiona i przemęczona, a potem bez żadnych złych przeczuć ruszyła dalej.
Rozdział 9
Poranek przywitał Baśkę pochmurnym niebem. Za oknem jednostajnie siąpił deszcz, monotonnie uderzając o szyby. Bibliotekarka skrzywiła się lekko, mruknąwszy coś pod nosem o jesiennej słocie i niechętnie wstała z łóżka.
Przed wyjściem do pracy miał do niej zajrzeć komisarz Kos, który zapowiedział się telefonicznie poprzedniego dnia.
Baśka nie była w ciemię bita, więc podejrzewała, co może być powodem jego wizyty i trochę się tym denerwowała. Postanowiła jednak, że zachowa spokój i opanowanie, choć domyślała się, że w obecności przystojnego policjanta, będzie to nie lada wyzwanie.
Jej serce wybijało nerwowy rytm za każdym razem, gdy patrzyła w jego przejrzyste niebieskie oczy. Nie było sensu ukrywać samej przed sobą, że komisarz był dla niej kimś więcej niż zwykłym znajomym, choć ich relacja, na razie ograniczała się do spraw zawodowych.
Jednak Baśka uważała, że pośpiech w tych sprawach nie jest wskazany. Lepiej działać powoli i z rozwagą, by nie popełnić jakiegoś głupstwa, które mogłoby przekreślić na dobre ich relację, jaka by ona nie była...
Z tymi myślami bibliotekarka wykąpała się, a potem z filiżanką ulubionej kawy usiadła na balkonie, szczelnie opatulona frotowym szlafrokiem. Założyła też wełniane skarpety, żeby nie było jej zimno w stopy. Nie chciała się rozchorować, gdy tyle się wokół niej działo...
Sącząc czarny jak smoła, aromatyczny napój pogrążyła się w rozmyślaniach, z których wyrwał ją dzwonek do drzwi.
Podskoczyła zaskoczona, niemal upuszczając filiżankę, po czym odstawiła ją na stolik i weszła do mieszkania, przymykając drzwi balkonowe.
Rzuciła przelotne spojrzenie w lustro, przygładziła roztrzepane włosy i otworzyła drzwi, a potem zamarła.
Na progu stał komisarz Kos i wyglądał tak, że dech jej zaparło. Służbowy mundur i skórzana kurtka, podkreślały jego muskularną sylwetkę, przez co Baśce aż zmiękły nogi, na myśl, że kiedyś znów będzie szansa znaleźć się w zasięgu tych ramion, a one zacisną się wokół jej talii ciasną obręczą, wywołując motylki w brzuchu.
Nic więc dziwnego, że gapiła się na niego maślanym wzrokiem, dopóki nie usłyszała znaczącego chrząknięcia.
- Przepraszam, proszę wejść panie komisarzu. - Baśka ocknęła się z oszołomienia, zachęcając go ręką, by wszedł do środka.
Marcel Kos tłumiąc uśmiech, wyminął bibliotekarkę, wchodząc do przedpokoju i witając się z nią.
- Mam nadzieję, że nie przyszedłem nie w porę.
Baśka zarumieniła się, poprawiając nerwowo włosy i przygryzając dolną wargę.
- Ależ skąd, panie komisarzu... - bąknęła speszona. - Może kawy? - zapytała, chcąc przerwać niezręczną chwilę.
Marcel pokręcił przecząco głową.
- Nie, dziękuję. Piłem przed wyjściem. Porozmawiamy? - Spojrzał na nią wyczekująco, a Baśka skinęła głową.
Przeszli do salonu, gdzie bibliotekarka usiadła na kanapie, a komisarz na fotelu naprzeciwko niej.
- Muszę panią zapytać o alibi na czas zgonu Haliny Radwan. Co pani robiła w czwartek trzynastego października między godziną dziewiętnastą a dwudziestą pierwszą? - zapytał, wyciągając z kieszeni notes i długopis.
Baśka poruszyła się nerwowo, przełykając ślinę, a potem uśmiechnęła się nieśmiało.
- Byłam w biurze detektywistycznym - odpowiedziała, starając się nadać swojemu głosowi spokojny, rzeczowy ton, co nie do końca jej się udało. - Musiałam uzupełnić dokumentację w jednej z zakończonych właśnie spraw.
- Ktoś może to potwierdzić? - spytał, zapisując coś w notatniku.
Wzruszyła bezradnie ramionami, zamyśliła się na chwilę, a potem odpowiedziała:
- Nie wiem, w biurze nie mamy kamer, dopiero planujemy je zainstalować, ale może uda się znaleźć coś na monitoringu miejskim. Niedaleko naszego biura jest sklep, tam też mają kamerę - przypomniała sobie.
- Dobrze, sprawdzimy to. Czy był powód, który mógł doprowadzić do konfliktu między panią a denatką? Wspominała coś pani podczas naszej ostatniej rozmowy. - Komisarz spojrzał na nią uważnie, a Baśka zmieszana, odwróciła wzrok.
- Nic panu nie umknie... - zauważyła z westchnieniem. - Owszem. Był powód. Był nim Cyprian Uczciwek, który nie dawał mi spokoju, za którym z kolei uganiała się Halina. Szefowa od momentu, gdy dowiedziała się, że Cyprian się we mnie zadurzył, zaczęła traktować mnie jak największego wroga, nastawiając wszystkich przeciwko mnie i rozsiewając o mnie nieprawdziwe plotki... Mówię panu, gdyby nie to, że ktoś ją trzasnął, sama miałam chęć to zrobić. Wiem, że to stawia mnie w złym świetle, ale... Halina Radwan nie była dobrą osobą i nie dziwię się, że ktoś postanowił ją zabić - stwierdziła oschłym tonem.
Marcel Kos pokiwał ze zrozumieniem głową, zanotował coś w notatniku, a potem wstał.
- Dziękuję, że była ze mną pani szczera - powiedział, uśmiechając się z sympatią, przez co Baśka na chwilę straciła ostrość widzenia, a jej wzrok zrobił się zamglony. - Wierzę pani, ale póki nie sprawdzę pani alibi, jest pani w gronie podejrzanych. Mam nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni - dodał, starając się ją wesprzeć na duchu, gdy zauważył, że bibliotekarka zmarkotniała, a jej wcześniej błyszczące oczy, przygasły. - Będziemy w kontakcie. Gdyby coś się działo albo gdyby wpadły panie przypadkiem na jakiś trop w tej sprawie, proszę niezwłocznie się do mnie odezwać - powiedział, nim się pożegnał i wyszedł.