Trup nocy letniej - Iwona Banach

Kup ebooka

50.00 zł

-
Proszę czekać

Osoby

Artur Nowak - zadziwiająco naiwny mąż Amandy.

Piotr Nowak - zadziwiająco naiwny, rozkochany w teoriach spiskowych mąż Amandy.

Marek Nowak - zadziwiająco naiwny i nieco patriarchalny mąż Amandy.

Amanda Nowak - w pewnym sensie żona każdego z tych zadziwiająco naiwnych panów, ale tylko "w pewnym sensie" i to na wiele sposobów.

Teodozja (Todzia) - ciotka Artura, która usiłuje ratować jego świat.

Alunia - wiekowa koleżanka Todzi, kucharka doskonała, która boi się psów, pająków i anakond, co doprowadza ją do terapeuty i katastrofy.

Leokadia - równie wiekowa koleżanka Todzi, która ma synową, czyli największe nieszczęście matki jedynaka. Wolałaby już synowego, ale się nie dało.

Bella Głąb i Miłosz Kapusta - policjanci, którzy starają się sprawić, żeby ludzie w noc Perseidów nie urywali sobie rąk i nóg oraz nie spalili ośrodka na Rusałkach, czyli żeby nie bawili się zbyt dobrze.

Andaluzja John - bloger i detektyw internetowy, ale na Rusałkach agent odkacowujący celebrytów wszelkiej maści.

Kamila Klauch - dziennikarka, która przez łóżko próbuje zdobyć sobie miejsce i uznanie w sieci.

Troglodyta - zdecydowanie lubieżny mężczyzna, który uważa, że odkręcanie zassanej lodówki i wniesienie słoika ogórków na trzecie piętro to oznaka męskości.

Oraz gościnnie Dzierżysław Szczur - zdecydowanie niespokojny wyznawca teorii spiskowych, przekonany, że zamordował dwie osoby i że zostanie upieczony w folii.

* * *

To miał być zwyczajny dzień. Jeszcze się nie zaczął, ale świt już opromienił niebo i przez okna sączyła się do sypialni poranna jasność.

Spali. Nawet kot i pies. Wszyscy spali, kiedy prawdopodobnie około szóstej rano, bo to jest tak zwana pora policyjna (odwrotność godziny policyjnej), walenie do drzwi zerwało ich z łóżka, a że nie dość szybko zbiegli na dół, aby je otworzyć, taran rozwalił wejście. Do domu wpadło kilku ubranych na czarno antyterrorystów i zaczęła się masakra.

Domownicy, którzy właśnie wyskoczyli z łóżek, byli nadzy. Ich piski i pospieszne owijanie się w prześcieradła nie powstrzymały agresji.

Policjanci zachowywali się tak, jak zawsze się zachowują w domach zwykłych ludzi, którzy sami siebie uważają za niewinnych.

- Gleba! Leżeć! Nie ruszać się! - wrzeszczał to jeden, to drugi, budząc grozę, bo mieszkańcy nie wiedzieli, o co chodzi. Ba, "nie wiedzieli" to w sumie mało powiedziane, oni nie mieli pojęcia, co się dzieje (żadnego, o bladym czy zielonym nie wspominając), o co chodzi i skąd ten najazd.

Gdyby mieli w piwnicy rozlewnię bimbru albo na strychu hodowali krzaki marihuany, to może by się nie dziwili, a tak to świat im się zawalił. Szafa też.

Oczywiście mogła to być jedna z tych uroczych i częstych pomyłek interwencyjnych i bardzo na to liczyli, jednak to nie wyglądało na przypadek. Pod lasem stał tylko ich dom. Mieli oczywiście sąsiadów, ale nieco dalej.

Kajdanki szczęknęły na przegubach.

- Ale o co chodzi? - zapytał sparaliżowany przerażeniem pan domu, nie przypominając sobie, żeby był członkiem mafii albo grupy terrorystycznej, ale policjanci nic sobie z tego nie robili.

Rozstawili ich pod ścianami. Oczywiście oddzielili męża od żony, co w pewnym sensie nawet uratowało im życie, bo szafa z siedzącym na niej bernardynem rozpadła się w drzazgi, raniąc policjantów, a pies złamał jednemu z nich dwa żebra i kość śródstopia, ale całkowicie niechcący - po prostu wylądował na nim swoim cielskiem.

Jakim cudem ten cielak dał radę wskoczyć na szafę, nigdy się nie dowiedzieli.

Artur Nowak patrzył na żonę przerażonymi oczyma. Wzrok jego żony był nie mniej spanikowany.

- Proszę z nami! - warknął jeden z tak elegancko przybyłych mundurowych. - Do radiowozu! Potem sobie porozmawiamy!

- Ale to nie ja! Nie ja! Naprawdę! - Ten okrzyk niewiele dał. Policjanci byli do takich oświadczeń przyzwyczajeni.

Oczywiście wyjaśnianie zaistniałej sytuacji na miejscu nie wpadło im do głowy albo po prostu nie było możliwe. Zresztą oni nie są od wyjaśniania.

- Ale o co chodzi? - zapytali małżonkowie, bo ta apokalipsa wydawała im się całkowicie nielogiczna i niezasłużona.

Policjanci pobieżnie rozbebeszyli kilka szuflad, choć o nakazie przeszukania nawet nie wspomnieli.

Nikt ich zresztą o nic nie pytał. Przerażenie skutecznie zakneblowało usta obojgu podejrzanym.

- Gdzie jest alkohol? - krzyknął jeden z policjantów.

- My nie mamy żadnego alkoholu! To jakaś pomyłka! Nie handlujemy wódką - jęknęła kobieta.

- Pytałem o alkohol do dezynfekcji! Ten kot może mnie zarazić jakąś wścieklizną! - warknął policjant, który po zawaleniu się szafy dostał kotem w głowę i teraz chciał opatrzyć sobie krwawe pręgi na policzkach.

- Na to już za późno! - burknął Artur, ale zaraz się uciszył. Takich ludzi lepiej nie denerwować.

- Coś pan insynuuje? - Wielki, złośliwy uśmiech wykwitł na twarzy policjanta i natychmiast zmroził nawet kwiaty w doniczkach.

- Nie no, skąd - jęknął gospodarz, kuląc się w sobie - ale powiedzcie chociaż, o co chodzi!

- O nic! O nic zupełnie! Tak tylko wpadliśmy! - Policjant roześmiał się bezczelnie. - Zresztą nie mam zamiaru się z wami bawić w kotka i myszkę. Może alimenty? Może coś innego? Kombinujcie sami!

- Alimenty? Ale my nie mamy dzieci!

- Różnie to bywa! - roześmiał się złośliwie ten sam mundurowy. - W więzieniu pamięć wraca bardzo szybko.

Straszenie więzieniem to ponoć klasyka przesłuchań i interwencji, ale działa. Zawsze działa, bo jak ktoś nie jest recydywistą, po prostu więzienia się boi. A i recydywiści go nie kochają.

- Ale za jakie alimenty? Do więzienia? Jak to? - Artur Nowak wydawał się nie rozumieć.

- Nie mówię, że chodzi o alimenty. Możliwe, że tak, możliwe, że nie. Dowiecie się potem, no i jest jeszcze inna sprawa. Zupełnie inna, ale też i dość skomplikowana. Wiecie, co to jest MediMedi?

- No jasne. Każdy wie! - powiedział Artur. - Każdy słyszał, wszyscy tę firmę chwalą. I co niby to ma wspólnego z nami? Ja tam nie podniecam się takimi rzeczami, rzadko od nich coś kupuję. To nie jest nielegalne!

- Nie podnieca się pan?! Ha, ha - warknął jeden z mniej zamaskowanych policjantów. - No naprawdę! Co też pan nie powie! Nic nie widzieli, nic nie słyszeli, no rzeczywiście, nic a nic!

- A widzi pan, niektórzy wiedzą o wiele więcej - burknął inny z mundurowych, a w jego głosie brzmiała jakby groźba.

- Ale co to ma do nas?! - krzyknęła żona Artura, Amanda, w której oczach chyba czaił się strach.

W takich sytuacjach mało kto potrafi nie wpaść w panikę, bo każdy wie, jak to jest. Niewinny do udowodnienia? Jasne! Tak rzeczywiście powinno być, ale w bardzo wielu sytuacjach niewinność zupełnie nie wystarcza. W każdym razie nie organom ścigania.

A już współosadzonym w jednej celi zupełnie nie przemawia do wyobraźni.

- Co to ma do was? - Nie odpowiedzieli jej, tylko roześmiali się rechotliwie, jak banda podpitych facetów po kilku piwach.

Męskie poglądy, męska praca i męskie podejście do życia naprawdę często biorą górę nad empatią.

Po chwili w korytarzu, wśród chaosu emocji, pisków, przepychanek i potyczek z kotem i psem (o mało ich nie zastrzelono, choć możliwe, że były to tylko groźby dla zastraszenia ich właścicieli), zagościła jeszcze większa panika. Kajdanki, wrzaski, stojący przed domem radiowóz do przewożenia zatrzymanych. To wszystko sprawiło, że pociemniało im w oczach. Obojgu.

No i te alimenty.

Nie dało się o nich myśleć bez specyficznej grozy (o ile policjanci mówili prawdę, a nie musieli), bo przecież to oznaczało dla obojga jakieś wielkie kłamstwo i to nie tylko finansowe. Przebijała przez nie zdrada.

No i wszystko tak jakby trzeba było przewartościować. Gdzieś tam kryło się oszustwo. Te nadgodziny, delegacje, korki...

Nagle wszystko jakby zrobiło się zupełnie inne.

Oczywiście oboje - i Amanda, i Artur - wyglądali, jakby liczyli, że to jakieś nieporozumienie. Na nikogo to nie działało, bo nawet zatwardziali przestępcy, wielokrotnie skazani, zatrzymani z ręką w nocniku też udawali całkowitą niewinność.

A może policjanci po prostu pomylili adres? Kłamali? Nie wiadomo dlaczego, ale mogli.

Zwyczajnie kłamali, żeby tylko zrobić im wodę z mózgu? Żeby ich zastraszyć? Żeby poniżyć? No i co to mogłoby mieć wspólnego z MediMedi?

W miarę upływu poranka świat, który się zawalił, wcale nie chciał wrócić na swoje miejsce.

Wszystko zostało spaskudzone. Potem szybka akcja, kajdanki, przepychanki, radiowóz, łapy na głowę, żeby ktoś sobie krzywdy nie zrobił. Zaskakująca ostrożność.

Walnęli drzwiami radiowozu tak głośno, że usłyszała to chyba cała okolica i dwa sąsiednie powiaty.

Powrzeszczeli jeszcze, wsiadając i ostentacyjnie poprawiając mundury oraz zabierając własnych rannych. Najpierw do samochodu zawlekli uszkodzonego bernardynem kolegę. Ten, który dostał kotem, oblepiony plastrami szedł sam, ale wyglądał jak po spotkaniu z Hannibalem Lecterem.

Włączyli syreny, żeby, broń Boże, żaden z sąsiadów nie mógł przegapić tej atrakcji. Co tam sąsiadów, żaden z mieszkańców miasteczka.

Okolica już nigdy potem nie była taka sama.

Odjechali.