WSTĘP
W piątek 16 lipca 1982 roku w południe pojechałem taksówką z hotelu Drake na róg Czterdziestej Dziewiątej Ulicy i Pierwszej Alei. Byłem zdenerwowany, wchodząc do La Petite Marmite, naprzeciwko UN Plaza, gdzie mieszkał, kiedy był w mieście. Maître d'hôtel, do którego się zwróciłem, poprowadził mnie do stolika na środku sali. Restauracja była pełna, ale ja widziałem tylko Capote'a. Siedział, ściskając drinka; był ubrany w niebieską marynarkę z kory, narzuconą na trykotową bluzę. Jego głowa, wielka jak piłka lekarska, była osadzona na krótkiej, grubej szyi.
- Czy to ja się spóźniłem, czy ty jesteś za wcześnie? - zapytałem, kiedy usiadłem przy nim.
- Na pewno to ja jestem za wcześnie - powiedział. - Zamówiłem już jedzenie, a teraz popijam sobie drinka. - Przytknął kieliszek do ust i pociągnął haust.
Nie wyglądał tak, jak się spodziewałem. Twarz miał nalaną, włosy rzadkie, oczy jak u kruka. Wbrew temu, jak go opisywano, wcale nie sprawiał wrażenia karła, ale roztaczał wokół siebie aurę siły i autorytetu.
Podszedł kelner, zamówiłem kieliszek białego wina.
- Ostatnimi czasy wszyscy piją białe wino - powiedział Capote. - Ja piję daiquiri[3].
- Dużo ich pijesz?
- Nie, tylko dwa dziennie.
Kelner podał mi menu, a ja coś zamówiłem. Jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem.
- Zapomniałem, z jakiej okazji jemy ten lunch - powiedział Capote.
- Żeby porozmawiać o wywiadzie dla telewizji - odparłem. Robiłem wywiady dla magazynu i telewizji kablowej "Playboya", a teraz przyleciałem z Kalifornii, żeby spotkać się z Capote'em właśnie w sprawie wywiadu telewizyjnego.
- Nie cierpię Kalifornii, jak możesz tam mieszkać?
- Kiedyś mieszkałem tutaj - odpowiedziałem - ale w 1974 roku przeprowadziłem się do Los Angeles.
- Dlaczego, u licha, to zrobiłeś? - zapytał. - Jest naukowo udowodnione, że żyjąc w Kalifornii, traci się co roku jeden punkt ilorazu inteligencji. To szczera prawda.
Niewątpliwie był osobowością. Zawsze podziwiałem go jako pisarza. Zgadzałem się z tym, co Norman Mailer napisał o nim w Autoreklamie, kiedy stwierdził: "Jest to najdoskonalszy pisarz mego pokolenia, najlepiej operuje słowem i rytmem. W Śniadaniu u Tiffany'ego, które stanie się klasyką, nie zmieniłbym ani słowa". Pamiętam też pewnego profesora college'u, który stwierdził, że czytanie Lawrence'a Durrella przypomina picie szampana, a czytanie Capote'a przypomina picie czystej, świeżej wody z górskiego źródła. (Dodał też, że Kerouac przypomina coca-colę, co wywołało uśmieszek na twarzy Capote'a).
Nie miałem pomysłu, jak potraktować Capote'a jako osobę publiczną, lecz ktoś, kto chadzał pod rękę z takimi ludźmi, jak Marilyn Monroe, Jacqueline Onassis czy Perry Smith, a bystrością umysłu dorównywał najlepszym ze swoich współczesnych, niewątpliwie wart był zainteresowania.
Capote powiedział mi, że inny program telewizji kablowej poprosił go o występ, ale popełnili błąd, wysyłając mu listę osób, z którymi przeprowadzono już nagrania. Nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia.
- Zwłaszcza że zaczęli od Vidala - dodał ze śmiechem.
Powiedział też, że nie chce więcej udzielać wywiadów u siebie, ponieważ wpuścił kiedyś ekipę Barbary Walters[4], a ci zrobili mu "niezły bajzel".
Spytałem go o program kablowy, o którym myśleli z Joanne Carson[5], lecz Capote miał wątpliwości, czy realizacja dojdzie kiedykolwiek do skutku.
- Musieliby zapłacić mi dużo pieniędzy, a jak słyszę, telewizja kablowa jeszcze groszem nie śmierdzi - oświadczył.
Przerwało nam pojawienie się rozpromienionego kelnera.
- Niech pan tylko spojrzy. Szef przygotował to specjalnie dla pana - powiedział do Capote'a.
Truman rzucił okiem na rybę i tonem skargi powiedział:
- Oj, nie tak miała być zrobiona. Ale w porządku, spróbuję jej. - Przyjrzał się rybie. - Taak - zwrócił się do mnie - kiedy chcielibyście to zrobić?
- Kiedy tylko tobie będzie pasowało - odrzekłem.
Powiedział, że obojętnie kiedy, byle po połowie sierpnia, po czym dał mi swoje dwa numery telefonu, prosząc o zachowanie ich w tajemnicy, ponieważ właśnie je zmienił.
Powiedziałem mu, że kiedy przygotowywałem się do wywiadu z Marlonem Brando, wielką pomocą był mi bardzo wnikliwy, napisany dla "New Yorkera", tekst pod tytułem Książę na swych włościach.
- Tak - zgodził się - ale najlepszy utwór okolicznościowy napisałem na cześć Marilyn Monroe.
Przez następną godzinę, kiedy on jadł rybę, a ja grzebałem w mojej porcji krabów, rozmawialiśmy o aktualnych wydarzeniach i o jego pisarskim życiu. John Hinckley[6], który próbował zastrzelić prezydenta, został uznany za niepoczytalnego i skazany na zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym, co Capote uznał za słuszny werdykt.
- On jest wariatem, cóż by innego?
Jednakże Clausa von Bülowa, skazanego właśnie za wstrzyknięcie swej żonie śmiertelnej dawki insuliny, uważał za całkowicie niewinnego.
- Wiem to na pewno - stwierdził. - Jego żona próbowała mnie kiedyś nauczyć, jak posługiwać się strzykawką, żeby zrobić sobie zastrzyki witaminy B12.
Zapytałem, dlaczego w takim razie nie pojawił się na procesie von Bülowa.
- Tylko i wyłącznie dlatego, że byłem pewien, że zostanie uniewinniony. A poza tym Norman Mailer dał taki popis w sprawie Jacka Abbotta[7], że nie wydawało mi się właściwe, by inny pisarz robił to samo. Pojawię się jednak na rozprawie apelacyjnej.
Jego głos wznosił się kilka oktaw ponad tenor, nie miał jednak tego wysokiego, nosowego tonu znanego z wywiadów telewizyjnych. Uznałem, że musiał go starannie wyćwiczyć, dopasować do swojej roli "na wizji".
Kiedy zapytałem go o jego metodę pisarską, odpowiedział, że wstaje codziennie o czwartej trzydzieści, a pracuje od piątej trzydzieści do pół do pierwszej po południu. Dodał, że pisze wolno i co chwilę przegląda to, co już napisał, oraz że właśnie pracuje nad Wysłuchanymi modlitwami i tomem opowiadań. Lubi ponadto czytać własne książki. Powiedział:
- Zawsze, gdy biorę do ręki Z zimną krwią, czytam ją od deski do deski, zupełnie jakbym to nie ja napisał. Wiesz, to jest naprawdę doskonała książka. Nie zmieniłbym w niej niczego.
- Czy jest to również twoja ulubiona książka?
- Nie, moja ulubiona książka to Słychać muzy.
Kiedy zapytałem go, kto jest jego agentem, odpowiedział, że nie ma agenta, a jedynie prawnika. - Dlaczego miałoby mnie to kosztować dwadzieścia procent, skoro i tak prawnik robi całą robotę? A tak zostaje tylko dziesięć procent. Nigdy nie miałem agenta, ponieważ gdy sprzedałem moją pierwszą pracę, a miałem wtedy siedemnaście lat, poszedłem z nią bezpośrednio do wydawcy. I wtedy stałem się najmłodszą osobą, jaka kiedykolwiek pracowała w "New Yorkerze".
Nasza rozmowa zeszła na tematy filmu. Opowiedział o scenariuszu do swej noweli Ręcznie rzeźbione trumny. Scenariusz został złożony w wytwórni United Artists - ...ale tam było trzęsienie ziemi i teraz jest on w Twentieth Century-Fox.
- Przeczytałem taką książkę o Davidzie Begelmanie Indecent Exposure i niektóre postacie stamtąd pojawiają się tutaj, więc może to nie jest za dobre - dodał ze śmiechem. - Dodałem reportera, żeby scenariusz trzymał się kupy. Maksymalnie też starałem się wyłączyć z tej historii własną osobę.
Kiedy przyniesiono rachunek, Capote upierał się, żeby zapłacić go kartą kredytową. Poskarżył się na zapalenie stawów barkowych i dodał, że musi iść do dentysty, bo zęby ma w nie najlepszym stanie i jest z nimi dużo kłopotu, koniecznie też trzeba naprawić to, co zepsuł jego poprzedni dentysta.
- To oszust - warknął, wychodząc z restauracji.
W sierpniu rozmawiałem z Capote'em telefonicznie, żeby spróbować przełożyć nasz wywiad aż na październik.
- Co to mieliśmy zrobić? - zapytał. Jego głos brzmiał tak, jakby mówił przez durszlak. To był Capote prześmiewca;
nie ten głos, który pamiętałem z naszego spotkania.
Przypomniałem mu, a on odparł tym stłumionym głosem:
- Och, właśnie wróciłem z wywiadu, którego udzieliłem tego ranka "60 minutom". Właśnie wszedłem. Wziąłem długi, chłodny prysznic, he, he - zachichotał. - Hm, nie mam nic przeciwko temu. Niech spojrzę. W październiku mam wykład na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley.
Zaproponowałem, że być może moglibyśmy przeprowadzić ten wywiad w Los Angeles, kiedy będzie na Zachodnim Wybrzeżu.
- Nienawidzę Los Angeles - powiedział. - Chwileczkę, pójdę sprawdzić w kalendarzu. - Kiedy wrócił, w jego głosie słychać było zaskoczenie: - To niesamowite, od razu go znalazłem, a przy tym bałaganie, który mam w pokoju i na biurku... Spójrzmy, wykład mam w listopadzie. Tak, każdy październikowy termin będzie w porządku. Wyślij mi tylko dwa listy z datą, godziną i miejscem. Jeden na mój nowojorski adres, a drugi do mojego domu w Sagaponack. S-a-g... Hm, jak to się pisze?
Trzy tygodnie później zadzwonił.
- Jak się masz? - zapiszczał. - Dostałem twój list. Wszystko w porządku. Co słychać tam, gdzie fale biją o brzeg? - Powiedział, że dzwoni z domu w Sagaponack; jego głos brzmiał bardzo wysoko i przyjaźnie.
Byliśmy umówieni na wywiad we wtorek 12 października, w hotelu Drake. W poniedziałek próbowałem się do niego dodzwonić, ale nigdzie nie mogłem go zastać. We wtorek rano spróbowałem znowu i zastałem go przy goleniu. Tak, będzie na czas, powiedział. Nie, nie chce, by wysyłać po niego samochód, weźmie taksówkę.
Kiedy przyjechał, zaproponowałem mu drinka, ale odmówił. Po chwili jednak, kiedy zaczęliśmy nagranie, zmienił zdanie i zaczął pić wódkę, czystą.
Początkowo był spięty, lecz już po chwili się rozluźnił. Przeczytał nawet swoje opowiadanie Pan Jones ze zbioru Muzyka dla kameleonów - o niewidomym kalekim mężczyźnie z purpurowym znamieniem w kształcie gwiazdy na lewym policzku, który zajmował sąsiedni pokój w czynszowej kamienicy na Brooklynie w 1945 roku. Dziesięć lat później Capote spotkał go znowu; siedzieli naprzeciwko siebie w wagonie moskiewskiego metra - z tą jednak różnicą, że tym razem mężczyzna nie był ani niewidomy, ani kaleki. Nosił jednak to samo znamię. Kiedy skończył czytać, z niejaką satysfakcją zamknął książkę i cedząc słowa, powiedział:
- To by było na tyle... jeśli chodzi o rosyjskich szpiegów.
Ponieważ wywiad szedł tak płynnie - a wiedziałem, że na antenie wykorzystamy tylko około ośmiu minut - gdy skończyliśmy, zapytałem Trumana, czy miałby coś przeciwko temu, byśmy kontynuowali naszą rozmowę z myślą o jakiejś innej audycji. Nie planowałem niczego konkretnego, wiedziałem tylko, że rejestruję historię, a on jest wspaniale zajmującym rozmówcą. Ponadto mocno przesadziłem z przygotowaniami do tego wywiadu i miałem jeszcze do zadania setki pytań.
- Nie mam nic przeciwko temu - powiedział i zasugerował, żebym zastanowił się nad przyjazdem do Berkeley w listopadzie.
Berkeley jednak nie wypaliło. Kiedy do niego zadzwoniłem, powiedział, że przylatuje tylko na jeden dzień i natychmiast musi wracać na Wschodnie Wybrzeże. Poprosił mnie również, bym z naszej rozmowy wyeliminował dwie rzeczy: coś, co powiedział o niedawno zmarłym Thomasie Thompsonie, i pewien epitet, którym obdarzył Jacqueline Onassis.
- Wyrzuć tylko te dwie rzeczy, reszta może zostać. - Powiedział, że pracuje bardzo ciężko. - Mówię ci, harówka. - Skarżył się też na gorąco w Nowym Jorku: ponad dwadzieścia siedem stopni.
Ja opowiedziałem mu o ankiecie przeprowadzonej wśród nastolatków w Cleveland, a dotyczącej ich czytelniczych nawyków oraz książek, które powinni, według nich, przeczytać ich rodzice. Na pierwszym miejscu było Z zimną krwią. Innymi wymienianymi tytułami były: Zapytaj Alice, Ja jestem OK - Ty jesteś OK, Myszy i ludzie
oraz Stary człowiek i morze.
- Szczerze nie cierpię Starego człowieka i morza - powiedział Capote - ale reszta jest w porządku.
***
Ponownie rozmawiałem z nim 2 grudnia, a jego pierwsze słowa brzmiały:
- A jak tam twój film?
Zapytałem go, czy ma jakieś swoje zdjęcia, które moglibyśmy wykorzystać. Odpowiedział, że ma jedno "przyjemne, bardzo naturalne" zdjęcie, zrobione w szkole średniej, kiedy miał szesnaście lat.
- A, i jeszcze Carl Van Vechten zrobił mi frapujące zdjęcie, kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w redakcji "New Yorkera". Jest w jego albumie fotograficznym, który ukazał się jakieś trzy lata temu. On już nie żyje. Jego żona też. Właściwie te dwa zdjęcia ilustrują punkty zwrotne w moim życiu. To, kiedy miałem szesnaście lat i właśnie rzuciłem średnią szkołę, i to zrobione przez Cartiera-Bressona, kiedy miałem osiemnaście lat.
- Czy to nie to, które jest na okładce rocznicowego wydania Innych głosów, innych ścian? - zapytałem.
- Tak, to właśnie to. Różnica między tymi zdjęciami jest absolutnie wstrząsająca. Oba są zupełnie niezwykłe.
Coś jednak było nie w porządku. Mówił jak człowiek bardzo zmęczony i słaby. Zapytałem go o samopoczucie, a on odpowiedział:
- Od pierwszego dnia po naszym spotkaniu ciągle mam bóle żołądka. Kiedy wygłaszałem odczyt w Berkeley, poczułem niesłychany ból. Lekarz dał mi demerol, bo to było bardzo bolesne. A kiedy wróciłem, codziennie chodziłem na badania do szpitala. Bóle żołądka miałem od czegoś innego, ale oni przeprowadzali te swoje wszystkie badania i przez przypadek znaleźli bardzo dużą i niebezpieczną narośl w okrężnicy. Wstrzyknęli mi do żołądka taką białą, lepką substancję i prześwietlili mnie od stóp do głów. Cierpiałem okropnie. Idę do szpitala w niedzielę. Wszystko będzie w porządku, nie odrośnie. Mówię ci, najlepiej będzie, jeśli każesz się całkowicie prześwietlić.
- Czy w ogóle byłeś w stanie pracować?
- Jestem za bardzo chory, żeby cokolwiek zrobić. Próbuję się nie przemęczać.
- A czy możesz jeść?
- Nie, nie mogę. Jak tylko coś zjem, zaraz strasznie boli mnie brzuch. Pić też mi nie pozwalają - dodał ze swym typowym śmiechem. - Bardzo osobliwe. Miejmy nadzieję, że uda mi się zrzucić parę kilo.
- A do którego szpitala idziesz?
- Do Mount Sinai. Ale proszę, nie mów o tym nikomu.
Zadzwoniłem do niego nazajutrz, a kiedy zapytał mnie:
- Co tam słychać na starym, dobrym zadupiu? - wiedziałem, że musi czuć się lepiej. - Wiesz - żartował - mówiłem ci już, że tam iloraz inteligencji maleje z minuty na minutę, z sekundy na sekundę, tik-tak, tik-tak. Dlaczego nie przeniesiesz się do Nowego Jorku?
- Mam tam zbyt liczną rodzinę - odpowiedziałem dowcipem.
- Jest na to sposób - odparł ze śmiechem. - W dzisiejszej gazecie jest urocza historia o trzynastolatku, który zabił swoją matkę strzałem w brzuch z magnum 45, a na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiedział: "Chciała, żebym poszedł do szkoły". Jak widzisz, dzieją się tutaj całkiem zabawne rzeczy!
- Prawdę mówiąc - roześmiałem się - nasze gazety pełne są takich historii, więc chyba niczego nie tracę.
- Och, ta wasza żałosna gazeta - powiedział, mając na myśli "Herald Examiner". - Wielkie nieba, powinni zrobić Patty Hearst[8] naczelną redaktorką. Wniosłaby trochę ożywienia. Opowiedziałaby, jak wygląda praca wydziału policji od wewnątrz!
Potem zapytał mnie, czy widziałem "The Ladies'
Home Journal", który opublikował świąteczne opowiadanie o jego ojcu.
- Widzisz - powiedział - to była druga strona medalu. We Wspomnieniu gwiazdkowym nie napisałem ani słowa o moim ojcu. Nigdy o nim nie napisałem. Zmarł w zeszłym roku. Random House wyda to w jednej z tych tanich książeczek, a na przyszły rok planują przyzwoitą edycję. "Ladies' Home Journal"
zrobił śliczne nieduże wydanie, chcą rozesłać ludziom, którzy się stale u nich ogłaszają. Ale magazyny... jedynie "Playboy"
jest dosyć rzetelny. Dostałem list, nie uwierzysz, od redaktora "McCall's", z zarzutem, że oddałem ten kawałek "Ladies' Home Journal". Twierdzi, że ma kopię wysłanego do mnie listu, w którym prosił mnie o jakiś tekst do ich świątecznego numeru. Nie pamiętam, żebym dostał taki list. Był bardzo opryskliwy! Widzisz, byłem bardzo poruszony śmiercią mojego ojca. Nie sądziłem, że tak się tym przejmę, aż do momentu, kiedy zacząłem o nim pisać. Dałem to do przeczytania pewnemu pisarzowi, który jest przyjacielem redaktorki "Ladies' Home Journal". Przyjechała na wieś zobaczyć się ze mną i powiedziała, że musi to opublikować. Była taka słodka. Powiedziałem: "W porządku". Hm, na podstawie tego, co powypisywał ten redaktor z "McCall's", można uznać, że powinienem siedzieć w Creedmore[9]! Jezus Maria, co za tupet!
Potem zapytałem go, jak się czuje. Po to właściwie do niego dzwoniłem! Powiedziałem, że rozmawiałem z kimś, kto miał narośl w okrężnicy. Leczył to preparatem siarki i nie jest najgorzej. Lecz on odparł:
- Okazało się, że to są dwie rzeczy naraz. Narośl i coś, co nazywają zapaleniem uchyłka; wiesz, co to takiego? Miał to Lyndon Johnson i z dumą pokazywał bliznę.
Zmienił temat, wspominając o "Vanity Fair", czasopiśmie, z którym właśnie się rozstał.
- Tak się cieszę, że zerwałem z "Vanity Fair", że aż brak mi słów. Czuję się, jakbym był już po operacji.
Roześmialiśmy się obaj, po czym zapytał mnie, czy widziałem jego zdjęcie w "Newsweeku".
- To z dziećmi. Jest rozkoszne, takie słodkie;
właściwie to na tym powinienem zakończyć. - Roześmiał się znowu, a ja życzyłem mu spokoju i powodzenia.
Kilka tygodni później zadzwoniłem, żeby sprawdzić, jak wygląda sytuacja.
- Nie mówmy o mojej rekonwalescencji - odparł. - Nie idzie za dobrze.
Powiedziałem, że w końcu stycznia chciałbym przylecieć, aby się z nim spotkać i kontynuować nasz wywiad. W porządku, zgodził się, będzie czekał.
Lecz kiedy przyleciałem do Nowego Jorku, okazało się, że wyjechał do Szwajcarii, gdzie, jak przypuszczałem, miał znaleźć lepsze warunki do rekonwalescencji.
Nie udało mi się porozmawiać z nim aż do maja 1983 roku. Słyszałem, że był w szpitalu po ataku epilepsji. Kiedy w końcu udało mi się do niego dodzwonić, połączenie było beznadziejne. Wypadały całe słowa, a jego głos brzmiał jak przepuszczony przez kuchennego robota. Powiedziałem mu, że kiepsko go słyszę, a on odparł, że to dlatego, iż ostatnimi czasy nie wiodło mu się najlepiej.
- Nie było ci łatwo przez te ostatnie miesiące - przyznałem.
- Nie jest mi łatwo od 1924 roku, kiedy się urodziłem - zaśmiał się. Po czym powiedział mi, że miał wypadek i niemal przeciął sobie prawą rękę na pół. Próbowałem go wypytać o szczegóły, ale nie byłem w stanie zrozumieć odpowiedzi.
Kiedy zapytał mnie o Kalifornię, zapewniłem go, że od czasu kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, prawdopodobnie straciłem ze dwa punkty mojego ilorazu inteligencji.
- Tak, pewnie masz rację. Powinieneś zostać w domu, pozamykać wszystkie drzwi i nie wychodzić na zewnątrz.
- Właśnie to mówię moim rodzicom, którzy mieszkają na Long Island - zażartowałem.
- Biedacy - roześmiał się. - Tam co dwie minuty kogoś mordują.
***
W połowie maja byłem z powrotem w Nowym Jorku i w strugach deszczu pojechałem do Bridgehampton, żeby spotkać się z Trumanem w Bobby Van's, restauracji przy głównej ulicy tego małego miasteczka. Kiedy dotarłem tam kilka minut przed południem, on już był na miejscu. Miał na sobie czerwoną bluzę. Wyglądał staro. Białe kosmyki opadały z tyłu jego ogromnej głowy, a na jej czubku bardzo rzadkie blond włosy układały się w kształt litery V. Krótkie, serdelkowate palce zakończone były długimi paznokciami. Siedząc samotnie w kącie, przy okrągłym stole na osiem osób, coś już sobie popijał. Tuż przy nim leżało drugie nakrycie, lecz ja usiadłem dalej. Natychmiast to zauważył, odsunął najbliższe krzesło i powiedział: "Odsuńmy je, tak żeby nasze słowa miały dość miejsca, by fruwać ponad stołem".
Miałem nadzieję, że pojedziemy do jego domu w Sagaponack, ale powiedział, że panuje tam zbyt wielki bałagan.
- Mnie to nie przeszkadza - odparłem.
- Ale mnie tak. - Wyjaśnił, że jego kochanek, Jack Dunphy, właśnie tam jest i kończy swoją książkę na temat tournée New York City Ballet. Opowiedział mi, że Dunphy był żonaty z tancerką; ledwie George Ballanchine i ten drugi reżyser z New York City Ballet ujrzeli Jacka, natychmiast poprosili go, żeby spróbował. I spróbował, a chociaż nie miał pojęcia o tańcu, zachwycili się nim i znalazł miejsce w zespole.
- Czy przypadkiem nie macie domów obok siebie? - zapytałem.
Tak, mają, ale nadal nie chce tam jechać.
- A czy znasz jakieś ciche miejsce, dokąd moglibyśmy pojechać? - zapytałem. Bałem się, że restauracja zapełni się w porze lunchu. Trumana słabo było słychać nawet w ciszy.
- Och - zaczął, z diabelskim wejrzeniem wznosząc oczy do góry - znam miejsce, dokąd moglibyśmy pójść - i zaniósł się śmiechem.
- W porządku - powiedziałem - a więc zostajemy tutaj.
Zaczęliśmy rozmawiać o pisarstwie; mówił o najgorszej powieści Henry'ego Jamesa Złota czara, jak to ona została "całkowicie podyktowana". Wyjąłem mój mały magnetofon Sony i postawiłem go na stole. Przez następne pięć i pół godziny on stale go odsuwał, a ja stale przysuwałem w nadziei, że nagram jego często połykane słowa. Uderzyło mnie jego niezwykłe, intensywne spojrzenie, zwłaszcza gdy patrzył prosto na mnie. Zorientowałem się, że wpatruję się w jego usta, z których zwieszał się iście wężowy język. Gdy pochylał się do przodu, czułem się, jakbym miał zaraz zostać wessany. Oczyma wyobraźni widziałem już, jak ten język wystrzela niczym u żaby i owija się dookoła mej szyi.
Dałem mu zdjęcie formatu dziesięć na osiem cali, które Harvey Wang zrobił mu, gdy byliśmy w Drake. Jest to mocne ujęcie, portret stanowczego Capote'a, który wygląda, jakby nad czymś intensywnie myślał. Truman przypatrywał mu się przez chwilę, po czym ocenił jako "całkiem dobre", chociaż, jak powiedział, chyba nie wysłałby go jako kartki na święta. Potem roześmiał się i powiedział:
- To zdjęcie z rodzaju tych, które wysyła się starym kochankom z komentarzem: "Dobrze, że mnie zostawiłaś, bo zobacz, co mogło cię czekać".
Przyniosłem też egzemplarz Słychać muzy i Obserwacji - wydanie albumowe. Napisał tę książkę we współpracy z fotografikiem Richardem Avedonem. Powiedział, że próbował ją niedawno kupić, ale kosztowała sześćset dolarów. Wziął Słychać muzy
i napisał wewnątrz zabawny dialog, przeczytał go sobie i skomentował:
- Hm, to jest całkiem niezłe, może powinienem to opublikować. - Potem przejrzał drugą książkę, podniósł swój portret zrobiony przez Avedona i zagadnął Barbarę, naszą kelnerkę: - Chciałabyś zobaczyć moje zdjęcie?
Barbara spojrzała na młodego Trumana, z tymi samymi uduchowionymi, intensywnie wpatrującymi się oczyma i powiedziała:
- Och, Truman, to ty? Jesteś taki przystojny.
- Hm, tak, to przyjemne zdjęcie - zgodził się Truman.
Był tego dnia w błazeńskim nastroju i na wszelkie poruszane przeze mnie kwestie reagował jakąś kąśliwą uwagą. Po kilku drinkach przeprosiłem go, mówiąc, że muszę wyjść do toalety.
- Chcesz przez to powiedzieć, że nie jesteś tym dzielnym macho - wymówił to słowo z twardym "k", "mako" - dziennikarzem, który się nawet nie poruszy, dopóki nie będzie miał swojej historii? Że jesteś ludzką istotą, która musi sikać jak wszyscy?
Kiedy wróciłem, zauważyłem, że zmaga się z czwartą "lufą" (pił stoliczną z dwiema kostkami lodu; osobno stał sok grapefruitowy). Spytałem go, jaki ma samochód. Odparł, że ma trzy: mustanga, w którym jeszcze niczego nie wymieniał i którego najbardziej lubi prowadzić, jaguara i czteroletniego rolls-royce'a corniche'a. - Trzymałem je w mieście, gdzie mieszkam, ale to się zrobiło niesłychanie drogie, a poza tym okazało się, że rolls złapał cztery gumy, mimo że był tam zaparkowany, więc poskarżyłem się właścicielom parkingu, ale oni nie chcieli wywalić człowieka, który był za to odpowiedzialny, więc zabrałem stamtąd wszystkie samochody i przywiozłem je tutaj.
Było już ciemno, kiedy przypomniałem sobie, że jestem umówiony na kolację w mieście.
- Śpieszysz się? - zapytał Truman. - W porządku, wypijmy jeszcze po kielichu i możesz iść. Ja zostanę tutaj, bo mam się z kimś spotkać o szóstej.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[4] Barbara Walters - dziennikarka telewizyjna, znana ze swych wywiadów.
[5] Joanne Carson - druga żona Johnny'ego Carsona i przyjaciółka Trumana Capote. Pod koniec życia, Capote regularnie pomieszkiwał w jej domu (i tam też zmarł 25 VIII 1984 r.)
[6] John Hinckley dopuścił się zamachu na Ronalda Reagana (30 III 1981 r.), by - jak twierdził - zwrócić na siebie uwagę aktorki, Jodie Foster.
[7] Jack Abbott - kryminalista, który zwrócił na siebie uwagę świata pisarskiego napisaną w więzieniu powieścią Inthe Belly of the Beast. Po wyjściu z więzienia (m.in. dzięki wstawiennictwu Mailera) popełnił morderstwo.
[8] Patty Hearst - córka magnata prasowego Randolpha Hearsta. W latach 70. szerokim echem odbiła się sprawa jej porwania, a następnie jej rzekomo dobrowolnego przystania do organizacji terrorystycznej Wyzwoleńcza Armia Symbiozy.
[9] Szpital psychiatryczny.