I
Zaproszenie do spędzenia wakacji w leśniczówce w N. ucieszyło mnie tak bardzo, że przez kilka następnych nocy nie mogłem zasnąć. Przed oczami miałem ciemny gąszcz lasów, błyszczące tafle stawów, nad którymi unosiło się dzikie ptactwo, rozbrykane stada koni pasące się na łąkach - wszystko to, o czym opowiadał mi Janek, mój przyjaciel z ławy szkolnej, syn nadleśniczego lasów hrabiego Z. Zanim zaproponował mi wspólny pobyt w leśniczówce, znałem już dość dobrze z jego opowiadań owe okolice i wiedziałem, jakie perspektywy otwierają się przede mną. Uganianie ze strzelbą po wykrotach leśnych, kąpiele w nagrzanych słońcem stawach, przejażdżki konne. Myśl o tym nie dawała mi spać. Nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł coś takiego przeżyć. Dotychczas wyjeżdżałem na wakacje z rodziną. Matka i ciotka opiekowały się mną tak troskliwie, że o jakiejkolwiek swobodzie nie było mowy. "Nie zazięb się, uważaj, żebyś się nie zgrzał, jedz, śpij po obiedzie, idź wcześnie do łóżka". Propozycja Janka stwarzała okazję do samodzielności. Skończyłem szesnaście lat i pragnąłem wolności.
Moja matka na szczęście wyraziła zgodę. Niczego więcej nie wymagałem od losu. Czekałem z utęsknieniem na koniec roku szkolnego. Z przejściem do następnej klasy nie miałem kłopotów, nic nie mogło mi pokrzyżować planów. Bez oporów poddałem się edukacji, o jaką matka zatroszczyła się przed wyjazdem. Pierwszy raz miałem przebywać poza zasięgiem jej kontroli, więc bardzo jej zależało, aby moje zachowanie i obyczaje nie przyniosły rodzinie wstydu. Dowiedziała się w dodatku od matki Janka, że w leśniczówce goszczą często mieszkańcy pałacu w N., zasiadają tam do posiłków lub grywają w bridża na werandzie, gdy pogoda nie sprzyja spacerom. Musiałem zatem przejść dokładny kurs posługiwania się nożem i widelcem, bezgłośnego spożywania zupy, używania w odpowiedni sposób serwetki, jednym słowem, przyswoić sobie cały ceremoniał, jaki obowiązuje człowieka dobrze wychowanego. Śmieszyło mnie to, lecz udawałem, że tę naukę traktuję nader poważnie.
- Będziesz jadł przy hrabiach - matka podnosiła palec do góry - nie widzę powodu, abyś to robił gorzej od nich.
- A jeśli oni chlipią?
Matka stuknęła się palcem w czoło.
- Co jak co - odpowiedziała - ale oni mają kindersztubę.
- Ale przecież mogą chlipać.
- To pokażesz im, jak się je. I nie bądź taki przemądrzały, bo nie urośniesz.
Do dnia wyjazdu do N. byłem pod baczną obserwacją matki, która na każdym kroku nie szczędziła mi upomnień i utyskiwała na zbyt wielką nonszalancję, z jaką traktowałem życie rodzinne.
- Nie trzymaj łap w portkach!
- To co mam z nimi zrobić?
- Po pierwsze, to okropny, nieestetyczny nawyk, po drugie, wypychasz kieszenie, a po trzecie, wykazujesz tym brak poszanowania dla starszych.
Ojciec się nie odzywał i nie zabierał głosu w czasie tych rozmów, prawdopodobnie nie chcąc podrywać autorytetu matki. Widziałem jednak wesołe ogniki w jego oczach.
- Nie rozwalaj się na krześle.
- Kiedy tato też tak siedzi.
- Co wolno wojewodzie, to nie tobie... - parowała matka i zwracając się do ojca burczała - ty też mógłbyś uważać. Ładny dajesz mu przykład. - Ojciec jak niepyszny poprawiał się na krześle i udawał, że całkowicie przyznaje słuszność żonie.
W tym czasie zacieśniła się moja przyjaźń z Jankiem. Codziennie łaziliśmy godzinami po ulicy Szewskiej przyglądając się spacerującym dziewczętom z żeńskiego gimnazjum. Każdy z nas miał taką, która mu się podobała. Niestety były to znajomości i sympatie na odległość. Wymienialiśmy ukłony, uśmiechaliśmy się do siebie, nikt jednak nie miał odwagi podejść i poznać się osobiście. Mieliśmy w klasie kolegów, którzy chodzili z dziewczynami, brali je pod ręce i zachowywali się tak, jakby były one ich narzeczonymi. Zazdrościliśmy im tego swobodnego stylu bycia - sami z Jankiem nie potrafiliśmy przełamać nieśmiałości. Nie wyobrażałem sobie, że można tak podejść na ulicy do dziewczyny i bez niczego poznać się z nią.
- Dowaliłbym się do której - mówił Janek - ale jeśli odpowiedziałaby coś, co by mi poszło w pięty, umarłbym ze wstydu.
- Przecież my tak jakbyśmy się już znali - próbowałem ośmielić Janka - uśmiechają się do nas.
- To się dowal ty.
- Kiedyś to zrobię - rzekłem stanowczo, lecz w głębi duszy wiedziałem, że raczej padłbym trupem, aniżeli uczynił podobny krok.
Ulica Szewska w końcu lat trzydziestych była popołudniową promenadą dla uczniów wyższych klas gimnazjalnych. Chodziliśmy od Plant po Rynek tam i na powrót przez kilka godzin, aż do zmroku. Spotykało się stale te same osoby, jadło bajgle i dyskutowało nie tylko o szkole. Dziewczęta spacerowały parami trzymając się pod ręce, rzucając na nas spojrzenia, trącały się chichocząc, gdy któryś z nas robił do nich miny. Oczywiście miały wśród chłopców swoje sympatie. Ja na przykład byłem przekonany, że podobam się pewnej szczupłej i ładnej blondynce w aksamitnym berecie z gimnazjum Kaplińskiej. Przechadzała się ze swoją koleżanką i strzelała do mnie oczami wcale sprzyjająco. Janek też to widział i naśmiewał się ze mnie.
- Aleś głupi! Podszedłbyś do niej raz i po wszystkim. Potem zawołasz mnie i odstawię ci na bok tę jej kolegównę. Weźmiesz później dziewczę pod pachę i do parku Jordana. Będzie z was para.
Miałem na to ochotę, oczywiście, że miałem, i to wielką, ale udawałem przed nim, że nie jestem na razie zainteresowany babami.
- Nie zgrywaj się na obojętniaka. Boisz się i tyle. - Janek klepał mnie z pobłażaniem po ramieniu.
Gdyby nie to, że mieliśmy niedługo już wyjechać do N., powiedziałbym mu coś do słuchu. Nie zaczynałem zwady, choć złościły mnie jego kpiny.
Długo walczyłem ze sobą i szukałem okazji, by nawiązać z blondynką znajomość. Nie udało mi się jednak. Kiedy pewnego dnia ujrzałem ją w towarzystwie chłopaka z Sobka, uchodzącego za jednego z większych uwodzicieli, najpierw ogarnął mnie smutek, a potem przestałem się do niej uśmiechać, udając, że nie dostrzegam jej na ulicy. Kątem oka zauważyłem, że za pierwszym razem zrobiła zdziwioną minę, później już manifestacyjnie odwracała głowę na mój widok.
Byliśmy jeszcze w tym wieku, w którym sympatyzowanie z dziewczętami wywoływało ironiczne uśmiechy wśród kolegów z klasy i narażało na nieparlamentarne docinki. Tylko nieliczni, nieco starsi, przeważnie repetenci, nic sobie z tego nie robili i na nasze uwagi odpowiadali pogardliwym wydęciem warg.
- Co wy wiecie, smarkacze - kiwał głową z politowaniem Sławek, mający za sobą już niejedno doświadczenie. Powtarzał każdą niemal klasę co najmniej dwa razy. Przezywaliśmy go Siajacem. Czuprynę miał już mocno przerzedzoną, a pod oczami smutne worki.
- Słuchaj, Siajac, kiedy się żenisz? - pytaliśmy go ciągle.
- Jak znajdę taką, co mnie będzie utrzymywać.
- Myślisz, że znajdzie się taka?
- Co by się nie znalazła? Mam na oku jedną wdowę. A was niech o to głowa nie boli.
- Dobrze ci z nią?
- Odpieprzcie się, szczeniaki, to nie dla was! - Siajac wyciągał demonstracyjnie papierosa z alpakowej papierośnicy i maszerował do klozetu, gdzie mógł względnie bezkarnie sztachnąć się kilka razy.
My raczej ukrywaliśmy swe zapędy do dziewczyn. Każdy bał się narazić na drwiny i wołał udawać, że problem ten dla niego nie istnieje. Ale z Jankiem mieliśmy do siebie zaufanie i czasem rozmawialiśmy na te tematy.
- Ty, co to jest - zastanawiał się Janek - że każda ładna dziewucha ciągnie ze sobą o wiele brzydszą?
- To jasne. Nie ma konkurencji. Na tle brzydkiej wydaje się jeszcze ładniejsza.
- Jak Boga kocham, to prawda - wykrzyknął z uznaniem Janek - ale one są wyrafinowane! A jakie udają przyjaciółki, jak mizdrzą się do siebie! Wiesz, że to obrzydliwe.
Świadectwo przejścia z szóstej do siódmej gimnazjalnej przyniosłem znośne. Ojciec wprawdzie bąknął, że stać mnie na lepsze, ale poprzestał na tym i wręczył mi jako nagrodę dwadzieścia złotych. Postanowiłem pieniądze te zaoszczędzić na wakacje. Wiedziałem, że w kieszeni dodadzą mi pewności siebie i poczucia niezależności. Kombinowałem, jak by zdobyć jeszcze większą sumę, lecz trudno mi było wymyślić sposób na zapełnienie portfelu. Rodziców nie chciałem naciągać, nie powodziło się nam najlepiej i często matce trudno było wiązać koniec z końcem, by przetrwać okres kryzysowy. Miałem chrzestnego ojca, dyrektora wielkiego przedsiębiorstwa, człowieka bardzo zamożnego. Pomyślałem sobie, że i on mógłby jakoś wynagrodzić mi trudy szóstej klasy. Już kilka razy dostałem od niego stuzłotówkę przy różnego rodzaju okazjach. Najczęściej gdy składałem mu życzenia imieninowe. Wtedy zawsze banknot oddawałem matce, która sprawiała mi albo nowe porządne buty, albo nowy mundur szkolny. Resztę zużywała na życie. Teraz gdybym otrzymał pieniądze, nie powiedziałbym o tym rodzicom. Niestety, imieniny chrzestnego wypadały dopiero w listopadzie.
Marzyłem, aby spotkać go na ulicy. Wtedy moje zasoby na wakacje powiększyłyby się imponująco. 120 złotych! Kupa forsy, od której może się zawrócić w głowie.
Ale jak tu się zdać na przypadek, kiedy termin wyjazdu był bliski, a ja rzadko widywałem chrzestnego poza jego domem. Te pieniądze jednak mnie nęciły.
Wieczorem, już w łóżku, dokonałem nawet podziału nie otrzymanej kwoty. Połowę wydałbym na zakup nowego cywilnego ubrania. To było moim skrytym marzeniem od kilku miesięcy. Raz włożyłem ubranie ojca, które wcale dobrze na mnie leżało. Spodobałem się sobie. Przed lustrem stał młody człowiek i wyglądał wcale... wcale... Iść tak na Szewską i pokazać się znajomym. Furora wśród dziewcząt zapewniona. To jasne. Niestety było to niemożliwe. Z ojcem jeszcze bym sobie poradził, ale gdyby mnie zobaczył któryś z profesorów? Lepiej nawet o tym nie myśleć. Dostałbym nieodpowiednie zachowanie, straciłbym zniżkę przysługującą mi w opłatach czesnego za naukę w gimnazjum i może w ogóle bym wyleciał z budy. Dyrektor był pod tym względem nieprzejednany. Poprzedniego roku nie chciał dopuścić do ustnej matury ucznia, który złożywszy już egzamin pisemny, wybrał się w cywilu do miasta.
Na wakacjach, z dala od Krakowa, w głuszy leśnej mógłbym zaryzykować. W ten sposób przecież oszczędziłbym mundur do szkoły. Był to solidny argument dla rodziców. Po drugie, po co kto ma wiedzieć tam w N., że chodzę jeszcze do gimnazjum? Byłem wysoki, szczupły i mogłem uchodzić za maturzystę. Perspektywa ta bardzo mnie podniecała. Tylko jak zdobyć pieniądze? Postanowiłem spróbować z chrzestnym. Najpierw delikatnie wypytałem ojca, który codziennie przesiadywał z nim w restauracji Wybirala na Wiślnej, jakimi ulicami zazwyczaj chrzestny chodzi do biura. Wywnioskowałem bowiem, że najłatwiej będzie spotkać go rano. Ale rano była nauka. Trudno, zdecydowałem, spóźnię się do budy, ale plan przeprowadzę.
Wszystko odbyło się, jak przewidziałem. Schowałem się rano w bramie naprzeciw kamienicy, w której mieszkał. Gdy wyszedł, śledziłem go przez pewien czas, potem niby przypadkiem zjawiłem się przed nim. Przywitał mnie serdecznie. Miałem sto złotych i byłem u szczytu szczęścia.
Teraz czekało mnie kupno ubrania, zamszowych butów, koszuli i odpowiedniego krawata. Rodziców, rzecz oczywista, nie mogłem wtajemniczyć w swoje plany. Wybiliby mi to szybko z głowy. Trzeba było ich zaskoczyć i postawić przed faktem dokonanym. Postanowiłem więc nabyte rzeczy schować i zacząć paradować w nich dopiero na wakacjach. To było najlepsze wyjście z sytuacji. Obejdzie się bez kłamstw, a później, gdy wrócę, jakoś się wytłumaczę.
Na Stradomiu w żydowskich sklepach po długich targach kupiłem modną marynarkę, szare flanelowe spodnie i zamszowe buty. Pakunek złożyłem na przechowanie u kolegi mieszkającego na stancji. Były już pierwsze upalne dni lipca. Czekałem z niecierpliwością na chwilę wyjazdu, który odwlekał się ze względu na ojca Janka przebywającego na obserwacji w klinice. Dopiero koło dziesiątego w trójkę mieliśmy wyruszyć do N.
Tymczasem codziennie biegaliśmy nad Rudawę. Zbierała się tam młodzież, która nie wyjechała z miasta. Leżąc na trawiastych wałach całymi godzinami smażyliśmy się na słońcu. Popołudniami zaś przenosiliśmy się do parku Jordana, gdzie można było pograć w piłkę. Po kolacji wałęsaliśmy się po Szewskiej. I tak codziennie.
Janek, który odwiedzał ojca w klinice, informował o stanie jego zdrowia. Wieści były optymistyczne. Zbliżał się termin wyjazdu.
Najbardziej frapowało mnie polowanie. Nigdy dotąd nie strzelałem z prawdziwej broni. Jeden z moich przyjaciół szkolnych był wprawdzie synem właściciela składu broni na Rynku i nieraz pozwalał wziąć do ręki lśniące od oliwy dubeltówki, lecz nie miałem okazji ich wypróbować. Bałem się, że będę pudłował i nałykam się wstydu przed Jankiem, który, jak wynikało z jego opowiadań, miał na koncie niejednego zwierzaka. Strzelba i koń - to było fascynujące. Nie chciałem jednak zbytnio okazywać przed Jankiem swego zniecierpliwienia i nie zwierzałem mu się z radości, jaka mnie ogarniała na samą myśl o leśnych rozkoszach.
Mama ubolewała, że tracę w mieście dni wakacyjnego wypoczynku, i wyrażała obawę, że się zupełnie rozbisurmanię przestając z towarzystwem znad Rudawy.
Broniłem swej wolności, jak tylko umiałem. Nad Rudawę schodzili się chłopcy z przedmieść, z którymi czułem się doskonale, a także kilka dziewczyn. Kwiczały, piszczały, gdy obryzgiwaliśmy je wodą, usiłowały się nam rewanżować, ale widocznie sprawiało im to przyjemność, bo nie dąsały się długo i nie przenosiły się gdzie indziej.
Jedna wpadła mi w oko. Była mniej rozpaplana od pozostałych, trzymała się raczej na uboczu i czytała książki. Może nie była najładniejsza, lecz coś ciągnęło mnie do niej. Znajomość zaczęła się zwyczajnie. Piłka, którą ktoś rzucił do mnie, przeleciała mi nad głową i wytrąciła jej książkę z ręki. Podbiegłem i grzecznie przeprosiłem. Uśmiechnęła się przychylnie. Odrzuciłem piłkę i przykucnąłem przy niej.
- Co pani czyta?
Zaśmiała się i schowała książkę pod siebie.
- Nie powiem.
- Powiedz mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś.
- No, właśnie. Dlatego nie powiem.
I nie dowiedziałem się tytułu. Udało mi się natomiast odprowadzić ją do domu. Mieszkała daleko, lecz ani się spostrzegłem, kiedy znaleźliśmy się pod jej kamienicą.
- Przyjdzie pani jutro?
- Jeśli będzie pogoda.
- Pogoda murowana.
- To będę.
Podaliśmy sobie ręce.
Na drugi dziś śpieszyło mi się bardzo nad Rudawę. Próżno rozglądałem się wokoło - nie było blondynki. Poszedłem nawet kilkaset metrów dalej za most przekonać się, czy przypadkowo nie zmieniła miejsca. Ale nie.
- Co ty znowu dzisiaj? - pytali mnie wszyscy - wyglądasz jak siedem nieszczęść.
Wzruszyłem ramionami. Humor mi się poprawił, gdy nadeszła. Zbiegła z wału, rozłożyła ręcznik na trawie i położyła się w kostiumie kąpielowym. Udawała, że mnie nie widzi. Nie chciałem tak od razu podejść, żeby nie dać kolegom okazji do docinków. Szukałem pretekstu i tak jak wczoraj piłka przyszła mi z pomocą.
- Dzień dobry.
Podniosła głowę znad książki.
- Miał pan rację. Jest pogoda.
Moje zachowanie nie uszło oczywiście uwagi kolegów. Od razu zrobili z nas parę. Trochę mi to imponowało, ale i złościło, bo musiałem ścierpieć wiele przygaduszek. Kiedy zobaczyli, że razem wracamy z nad Rudawy, nie miałem już spokoju.
- Podmacałeś ją? - rzucił pytanie Staszek, piegowaty dryblas.
Żachnąłem się.
- Ona nie taka.
- Może i nie taka, ale ty powinieneś być taki.
Koledzy szczerzyli zęby widząc, że czuję się dotknięty.
- One tylko udają, że nie chcą. Nie bądź głupi. Prędzej czy później cię sprowokuje.
Jak to podmacać? Nie wyobrażałem tego sobie. Cały czas mnie to dręczyło, gdy szedłem z nią Alejami. Wsadzić rękę pod sukienkę? I co? Położyć rękę na piersi? I co potem?
Początkowo czułem się obrażony. Miałem za złe kolegom, że wyrażają się o kobietach z lekceważeniem i brutalnie. Od małego wpajano we mnie, że do dziewczyn należy odnosić się delikatnie i z szacunkiem. A z pojęciem dziewczyny łączyło się wszystko, co było ukrywane, zasłaniane, nie nazywane, tajemnicze. Nie mogę powiedzieć, aby mnie to nie ciekawiło. Ale wstydziłem się mówić o tym głośno. W każdym razie żarty kolegów były dla mnie wstrętne i ordynarne.
Teraz jednak, u boku dziewczyny, myśl ta nie opuszczała mnie ani na chwilę. Czy pozwoliłaby mi się dotknąć? Uczyniłbym to najczulej, subtelnie, starając się nie zrobić jej żadnej krzywdy. Chłopcy twierdzą, że one to lubią. Czy wszystkie? A jak blondynka obrazi się, uderzy mnie w twarz albo podniesie krzyk? Co wtedy? Spaliłbym się ze wstydu. Najpierw chyba trzeba by ją pocałować. Szepnąć kilka czułych słów. A przecież znałem ją dopiero dwa dni, i jak tu się brać do całowania?
Chłopcy nad Rudawą dali mi wreszcie spokój. Po prostu uznali, że blondynka została moją dziewczyną i tu już grała rolę solidarność koleżeńska. Ich zdaniem sprawa stała się poważna.
A ja nadal zachowywałem się jak cielę. Raz ośmieliłem się wziąć blondynkę pod rękę, ale gdy spojrzała na mnie ze zdziwieniem, szybko cofnąłem ramię i już nie powtórzyłem tego gestu. Nawet nie wiedziałem, czy to zdziwione spojrzenie zawierało w sobie aprobatę, czy też potępienie. Spuściłem oczy i byłem wściekły na siebie, że nie potrafiłem się opanować. Zuchwały byłem jedynie w myślach. Problem obmacania dziewczyny nie opuszczał mnie ani na chwilę. Nie umiałem wreszcie inaczej na nią spojrzeć jak tylko z myślą o dotknięciu jej ciała. Ale nie odważyłem się, nawet gdy leżeliśmy obok siebie na trawie w kostiumach kąpielowych oddaleni od siebie o dłoń. I nie próbowałem niby to nieumyślnie musnąć jej nogi. Nie śmiałbym jej dotknąć, bo naokoło buszowali rozbrykani koledzy. Zaraz by z tego zrobili szum i śmiechy. A więc pomacać ją mogłem tylko w jakimś ustronnym miejscu, gdzie by nas nikt nie widział. A na to się nie zanosiło. Blondynka prosto znad Rudawy pruła do domu i nigdy mi nie zaproponowała spotkania. Po południu nie miała czasu. Było mi to, prawdę mówiąc, na rękę, bo chociaż kusiło mnie to macanie, zdawałem sobie sprawę, że i tak by nić z tego nie wyniknęło. A tak byłem przynajmniej rozgrzeszony z własnego tchórzostwa. Nie wyobrażałem sobie, jak z dziewczynami postępują inni. Ich wulgarne uwagi na ten temat brzydziły mnie i czułem pogardę dla dziewczyn, które pozwalały chłopcom na coś podobnego.
Nie wyrażałem jednak swego zdania, żeby nie narazić się na drwiny i miano świętoszka albo dziewiczego maminsynka, ale mierziły mnie te szczeniackie komentarze. Gdyby dziewczyny wiedziały, co chłopcy potem opowiadają, na pewno nie pozwoliłyby sobie na takie zabawy.
Przed zaśnięciem przeobrażałem się w bohatera. Wsadzałem bez żadnych skrupułów dziewczynie rękę pod sukienkę, głaskałem uda, a potem powoli zbliżałem palce do brzegu jej majtek. Jakie nosiła? Gdy byłem mały, podglądałem dziewczynki na huśtawce. Gdy łódka unosiła się do góry, między ich nogami błyskał wąski biały pasek. Doznawałem wtedy nie znanych mi dreszczy.
Z blondynką wszystko się skończyło z chwilą wyjazdu do N. Później widywałem ją na ulicy, ale ani ona, ani ja nie mieliśmy ochoty odnowić znajomości. Potem nawet mnie śmieszyło, że byłem takim durniem, który z ochotą drałował na dalekie przedmieście dla samej przyjemności przebywania z nią sam na sam. Nie wydawała mi się już ani ładna, ani pociągająca.
Janek zwierzył mi się, że jest zakochany w córce gajowego z jego stron, i dawał do zrozumienia, że kiedyś się z nią ożeni. Z jego relacji wynikało, że dziewczyna była cudowna, najpiękniejsza na świecie. Przysięgli sobie dozgonną wierność w czasie ostatnich ferii wielkanocnych, kiedy przebywał u rodziców. Czuł się tym samym wyższy od nas i tylko dla pokazania fasonu udawał, że interesują go inne. Tajemnicę swą powierzył tylko mnie, a ja zakląłem się na śmierć i życie, że nie wyjawię tego nikomu. Trochę mu zazdrościłem - sam nie miałem się czym pochwalić - doszedłem jednak do wniosku, że gdybym nawet miał, nie wyjąkałbym ani słowa. Co kogo obchodzą sprawy, które łączą mężczyznę z kobietą? Gadanie o tym jest nielojalne wobec dziewczyny, ale muszę się przyznać, że byłem ciekawy, jak owa narzeczona Janka wygląda. Czy rzeczywiście jest taka piękna i kocha go całym sercem?
Tak więc bardzo chciałem poznać tę dziewczynę.
Raz nawet pomyślałem, że jestem od niego przystojniejszy i co będzie, gdy córka gajowego odkocha się w nim i zakocha we mnie? Nie wolno mi było do tego dopuścić. Chciałem być lojalnym wobec przyjaciela.
Wreszcie ojciec Janka opuścił szpital i nastąpił dzień wyjazdu. Pod nieobecność rodziców w domu przyniosłem pakunek z nowym ubraniem, umieściłem je na dnie walizki i przykryłem innymi częściami garderoby.
Pociąg nasz odchodził wcześnie rano. Matka na peronie udzieliła mi jeszcze kilku praktycznych rad, powierzyła ojcu Janka i dała mu wszelkie prerogatywy rodzicielskie. Pan nadleśniczy śmiał się i żartował obiecując roztoczyć nade mną iście ojcowską opiekę. Lokomotywa sapnęła, konduktorzy krzyknęli i pociąg powoli ruszył. Machaliśmy przez chwilę rękami, a potem od razu zapomnieliśmy o Krakowie i wszystkim, co w nim zostało.