ROZDZIAŁ 1
Idziemy? - wyrwał mnie z zamyślenia głos
Brayana.
- Tak, tak - powiedziałam zmieszana.
- Nie myśl tyle. To nie jest dobre... - Brayan objął mnie ramieniem.
Wyszliśmy razem na korytarz, a Brayan zamknął za nami drzwi na klucz.
Na dole słychać było gwar mojej rodzinki. Dziś na pewno miało być nas
mniej niż wczoraj, bo część gości wyjeżdżała. Na schodach spotkaliśmy
mojego wujka, brata taty, chyba od wczoraj nie wytrzeźwiał, nadal chwiał
się na nogach, nie mogąc złapać równowagi. Przywitał się z Brayanem tak,
jakby znali się od wieków. Zdaje się, że ominęło mnie wczoraj niezłe
przedstawienie. Na pewno przekonam się o tym za kilka tygodni, gdy Kim
przyśle mi płytę z filmem i zdjęciami z wesela.
We troje weszliśmy na salę, gdzie zgromadziło się już sporo osób. W oddali zobaczyłam Kim, wyglądała ślicznie w bladoróżowej sukience
koktajlowej do kolan. Na mój widok uśmiechnęła się i nam pomachała.
Nagle podszedł do nas Thomas.
- Żyjesz, bracie? - zapytał i poklepał Brayana po ramieniu.
- No, łatwo nie było, stary, ale żyję!
Obaj wybuchnęli śmiechem. Cholera. Najwidoczniej ominęło mnie więcej,
niż się spodziewałam. Czyżby wesele rozkręciło się po moim wyjściu?
Zauważyłam, że wszyscy witali się z Brayanem bardzo wylewnie. "Co on
wczoraj wyprawiał?" - zastanawiałam się. Trochę mnie to zdziwiło.
- Wytłumaczysz mi to? - zapytałam w drodze do stolika.
- Częściowo, ale nie teraz, mała - uśmiechnął się tajemniczo. Odsunął mi
szarmancko krzesło, dając znak, bym usiadła.
Zżerała mnie ciekawość, ale on milczał jak grób.
- Żałuj, że wczoraj wyszłaś. - Siostra nachyliła się do mnie.
- Właśnie widzę, że wiele mnie ominęło - powiedziałam nerwowo.
- Erick i Brayan przeszli samych siebie! Co oni tu wyprawiali... Wszyscy
płakali ze śmiechu, we dwóch rozkręcili całe wesele! - opowiadała
podekscytowana.
- Erick będzie dziś? - zapytałam niepewnie.
- Już jest - odpowiedziała jak gdyby nigdy nic.
Kurwa mać, gdzie?! Przerażona zaczęłam rozglądać się wokół.
- Czemu mi nie powiedziałeś? - zwróciłam się do Brayana z pretensją w głosie.
- O czym? - zapytał, nie bardzo rozumiejąc.
- O tym, że Erick tu będzie i że balowałeś z nim całą noc! - Byłam
naprawdę wściekła.
- Nie chciałem cię denerwować, ale spoko, nie będzie już zawracał ci
głowy. Chyba zrozumiał kilka spraw.
- Co mu powiedziałeś? - Chwyciłam go za łokieć przerażona. Skoro Brayan
nie miał wyraźnych wspomnień, to jak mógł pamiętać rozmowę z Erickiem?
- Hej, uspokój się! - Spojrzał na mnie spode łba. - Nie powiedziałem mu
o ciąży.
- Nie o to pytam! - wyjaśniłam.
W trakcie naszej rozmowy kelnerzy zaczęli roznosić obiad.
- Jedz! - polecił stanowczo Brayan, próbując zmienić temat. Wziął łyżkę
i zaczął jeść zupę.
Widząc jego spokój, chwyciłam łyżkę, ale ta niestety wypadła mi z dłoni
na podłogę. Oczywiście nie umknęło to uwadze gości, niektórzy z nich
zaczęli nam się baczniej przypatrywać.
- Kurwa, oszalałaś? - Brayan prawie krzyknął. Robiliśmy niezłe
widowisko. Chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie. - Nie przeginaj
i nie rób scen! Pogadamy po obiedzie! - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Straciłam apetyt. Nie tknęłam obiadu, bawiłam się jedzeniem, bezmyślnie
wpatrując się w talerz. Brayan nie odzywał się do mnie ani słowem.
Zaczęłam szukać wzrokiem rodziców i nagle znieruchomiałam. Obok mamy i taty siedział Erick. Jak zwykle był nienagannie ubrany. Widziałam, że
spogląda na mnie co jakiś czas.
- Nic nie zjadłaś - odezwał się w końcu Brayan już łagodniejszym tonem.
- Straciłam apetyt - odpowiedziałam cicho, byłam na niego naprawdę zła.
- Proszę, nie gniewaj się. Wytłumaczę ci wszystko później. - Chwycił
mnie za dłoń.
Cały czas czułam na sobie wzrok Ericka. Chciało mi się płakać.
- Nie czuję się najlepiej, chyba muszę się położyć - skłamałam. Miałam
wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze. Byłam zażenowana.
- Zostań jeszcze chwilę - prosił Brayan. Ton jego głosu był znacznie
spokojniejszy.
- Ale naprawdę tylko chwilę - zgodziłam się. Spojrzałam w stronę Ericka,
ale miejsce obok rodziców było puste. Odetchnęłam z ulgą.
Brayan nagle wstał z uśmiechem.
- Witaj! Ale mnie wczoraj urządziłeś... - powiedział do kogoś stojącego
tuż za nami.
- Mam nadzieję, że nie miałeś przeze mnie problemów - usłyszałam głos
Ericka. Zdrętwiałam. Kiedy się odwróciłam, puścił do mnie oczko.
- Nie było łatwo... - oświadczył mój przyjaciel, po czym łagodnie
pogładził mnie po plecach. - Ale jakoś sobie poradziłem - dodał z dumą.
Po tych słowach obaj wybuchnęli gromkim śmiechem.
- To jakiś żart?! - Te słowa wymówiłam podniesionym tonem. Brayan i Erick popatrzyli na mnie zdumieni. - Robicie sobie ze mnie jaja? - Moje
zdenerwowanie sięgało zenitu.
- Nikt sobie z ciebie nie żartuje, Meg - odpowiedział poważnie Brayan.
Chyba dopiero teraz zauważył, jaka jestem wściekła.
- Naprawdę?! Co tu się wyprawia? Co ty tu, kurwa, robisz? - rzuciłam w stronę Ericka.
- Zostałem zaproszony. Nie klnij, to nie wypada, zwłaszcza kobiecie -
zwrócił mi uwagę spokojnym tonem, czym jeszcze bardziej mnie rozjuszył.
- Zostałeś przyjacielem rodziny? - zapytałam z nieukrywaną drwiną.
- Meg, nie przeginaj... - próbował mnie uspokoić Brayan.
- Zamknij się! - warknęłam na niego.
- Meg! - Brayan nie odpuszczał, złapał mnie za rękę, ale wyszarpnęłam ją
ze złością.
- Nie róbcie ze mnie wariatki! - krzyczałam. W jednej chwili oczy
wszystkich gości weselnych skierowały się na nas. - Macie zamiar się
teraz zaprzyjaźnić? Co on ci wczoraj nagadał? - zwróciłam się do nich.
Stali jak wmurowani, zaskoczeni moim niekontrolowanym wybuchem.
- Powiedział mi prawdę - odparł Erick lodowatym tonem.
- Jaką prawdę? - zapytałam, z trudem łapiąc oddech.
- Że jesteście razem i jesteś z nim szczęśliwa. Twoje szczęście jest dla
mnie najważniejsze, skoro ze mną taka nie byłaś, to mam nadzieję, że
będziesz z Brayanem.
- Co proszę? - zamurowało mnie. Spojrzałam na Brayana, nie mogąc
uwierzyć w to, co usłyszałam.
- Obaj cię kochamy. Skoro wybrałaś jego, nic na to nie poradzę -
wyjaśnił Erick.
Brayan nadal milczał. Podobno nic nie pamiętał, dupek jeden.
- Co jeszcze równie ciekawego powiedział pan Green? - zapytałam
niespokojnie, z wyczuwalną złośliwością.
- Że kupujecie dom w Londynie i że zostajesz tam na stałe - oświadczył
spokojnie Erick.
- Taaa... Coś jeszcze?
- To jakieś przesłuchanie? - prowokował, wpatrując się we mnie
natarczywie.
- On - wskazałam palcem na Brayana - nie chce mi nic powiedzieć -
pożaliłam się.
- Wybacz, Meg, ale nie pochlebiaj sobie. Nie rozmawialiśmy o tobie przez
całą noc - mówiąc to, Erick chciał złapać mnie za dłoń, ale nie
pozwoliłam mu na to.
- Nie boli cię, że rżnie mnie inny facet?! - zapytałam, a jad sączył się
z moich ust. Świadomie używałam takich słów, bo chciałam go zranić.
- Meg! - zareagował natychmiast Brayan. - Przesadziłaś.
Miał rację, mina Ericka mówiła wszystko.
- Wolę, żeby rżnął cię facet, któremu na tobie zależy, niż mój dawny
przyjaciel, który zawsze dojadał resztki po mnie! - Wściekłość w Ericku
aż kipiała. Tym razem nie był mi dłużny.
- Dupek! - powiedziałam. Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Jego
słowa bardzo mnie zabolały. - Nienawidzę cię, Evans! Zniszczyłeś mi
życie! Żałuję, że cię poznałam! - wysyczałam i ruszyłam w stronę
wyjścia.
Brayan próbował mnie zatrzymać, łapiąc za nadgarstek.
- Goń się! - warknęłam.
Nie puścił mnie jednak, tylko wzmocnił uścisk. W odpowiedzi wolną ręką
wymierzyłam mu siarczysty policzek. Brayan odruchowo złapał się za
twarz.
Skorzystałam z okazji i wybiegłam z sali na korytarz. Brayan i Erick
pobiegli za mną. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam, że rodzice, Kim i Rob
ruszają w moim kierunku. Nie chciałam z nimi rozmawiać, miałam ich
wszystkich dosyć.
W końcu dopadłam drzwi wyjściowych, otworzyłam je i wybiegłam na
zewnątrz. Na podjeździe zobaczyłam samochód Ericka. Pospiesznie
szarpnęłam drzwiczki i wsiadłam do środka. W schowku znalazłam kluczyki;
wyjęłam je, włożyłam do stacyjki i uruchomiłam silnik. W ostatniej
chwili zablokowałam drzwi. Brayan i Erick walili w szybę, ale bez
skutku. Siedziałam, jakby ktoś przykleił mnie do fotela, nie mogłam się
ruszyć. Hałasy na zewnątrz ucichły, a ja pogrążyłam się w letargu.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyczał Brayan.
Bardziej odczytywałam jego słowa z ruchu warg, niż je słyszałam. Szyby
auta tłumiły dźwięki.
Erick też coś krzyczał, wymachiwał rękoma, ale to było już bez
znaczenia.
- Walcie się! Obaj! - Pokazałam im środkowy palec, po czym odblokowałam
hamulec i ruszyłam z piskiem opon.
Obaj natychmiast odskoczyli od samochodu.
Wyjechałam za bramę, dociskając gaz najmocniej, jak mogłam. Dranie,
wszyscy tutaj to dranie! Zapraszają mojego byłego faceta, goszczą się z nim i nie widzą w tym nic złego!
Włączyłam muzykę i przy dźwiękach piosenki Avicii mknęłam przed siebie.
Chyba nigdy nie prowadziłam tego auta i szybka jazda bardzo mnie
ekscytowała. Wiedziałam, że Brayan i Erick zaraz mnie namierzą, bo
samochód miał GPS. A co tam! Zlekceważyłam tę myśl i docisnęłam gaz do
dechy. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jadę z prędkością stu
osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Nagle usłyszałam syrenę; spojrzałam w lusterko i zobaczyłam jadący za
mną radiowóz. Cholera, jeszcze tego brakowało! Nie miałam przy sobie
prawa jazdy, na dodatek samochód nie należał do mnie. Byłam pewna, że
czekają mnie kłopoty. Zjechałam na pobocze.
- Proszę wysiąść z auta. - Policjant zapukał w szybę od strony kierowcy.
Odpięłam pas i posłusznie spełniłam polecenie.
Na dworze było zimno, a ja nie miałam kurtki.
- Dzień dobry, panie władzo! - powiedziałam do policjanta, zamierzając
go udobruchać.
- Dokąd się pani tak spieszy? - zapytał groźnie.
- Donikąd - odpowiedziałam szczerze i objęłam się dłońmi, próbując
ochronić się przed przejmującym zimnem. Zaczął padać śnieg.
Policjant zażądał dokumentów, a ja przyznałam się do ich braku.
- Przekroczyła pani prędkość w terenie zabudowanym o ponad sto
dwadzieścia kilometrów, nie dostosowała pani prędkości do warunków na
drodze, mamy zimę. Na dodatek nie ma pani dokumentów, a samochód, którym
pani jedzie, jest zarejestrowany na pana Ericka Evansa. Nie wygląda to
najlepiej... - Policjant spoglądał na mnie z politowaniem. Ton jego głosu
dowodził, iż wiedział, że nie ukradłam tego samochodu. Najwyraźniej
dostrzegł też moją niezbyt dobrą kondycję psychiczną. - Nie chcę pani
martwić, ale musimy panią aresztować - oznajmił.
- To konieczne? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Nie mogę pani puścić dalej. Będzie pani mogła zadzwonić z komisariatu
do najbliższych, by przywieźli pani dokumenty, i wtedy wszystko się
wyjaśni. Ale mandat otrzyma pani na pewno.
- Och - westchnęłam. Nie miałam już siły, zaczęłam płakać.
- Niestety, muszę nałożyć pani kajdanki, takie są procedury -
poinformował mnie policjant, po czym kazał mi się odwrócić i skuł mnie
kajdankami. Potem poszliśmy do radiowozu, a policjant pomógł mi wsiąść
na tylne siedzenie.
- Jestem w ciąży, czy mógłby mnie pan rozkuć? - poprosiłam, łkając cicho
i od czasu do czasu pociągając nosem.
- Dlaczego mi pani nie powiedziała? - Policjant wysiadł i zdjął mi
kajdanki. - Wpakowała się pani w niezłe kłopoty, taka szybka jazda nie
jest mądra, szczególnie w ciąży - dodał i wrócił na miejsce za
kierownicą.
Widziałam, jak samochód firmy holowniczej zabiera BMW Ericka, by
odstawić auto na policyjny parking. Siedziałam na tylnym siedzeniu
radiowozu jak zbity pies. Policjanci milczeli, chyba i oni czuli się
niezręcznie.
Po kwadransie dojechaliśmy pod komisariat na Long Island. Policjanci
pomogli mi wysiąść. Wkrótce siedziałam w celi z dwiema młodymi
kobietami, chyba prostytutkami.
- Niedługo będzie mogła pani zadzwonić - poinformował mnie jeden z policjantów. - Jest pani głodna?
Zaprzeczyłam, w ogóle nie miałam ochoty na jedzenie.
W celi było zimno, kobiety spoglądały na mnie złowrogo.
Odruchowo dotknęłam brzucha.
- Ale ci się, synku, matka trafiła! - powiedziałam ze współczuciem.
Zostałam aresztowana pierwszy raz w życiu. Nie sądziłam, że w ogóle
kiedyś tego doświadczę.
Nie minęło pół godziny, gdy do komisariatu wpadli Brayan, Erick, Rob i tata.
- Gdzie ona jest? - usłyszałam głos Ericka.
- Proszę się uspokoić, potrzebujemy czasu, by sprawdzić dane. Kobieta,
którą zatrzymaliśmy, nie miała przy sobie dokumentów.
- Nazywa się Megan Donell. Chyba pan wie, czyja to córka - poinformował
go Erick, po czym dodał, że auto jest jego własnością.
Do jego wyjaśnień dołączyli Brayan i Rob. Policjant nie nadążał za nimi,
na dodatek nie wzięli ze sobą mojego dokumentu tożsamości, więc nie
mogli niczego potwierdzić. Ich słowo nie wystarczało. Panowie bardzo
krzyczeli. Zaczęłam się obawiać, że oni także zostaną aresztowani.
Sytuacja powoli wymykała się spod kontroli, wręcz stawała się śmieszna.
- Kurwa, co za ludzie! - usłyszałam krzyki Ericka.
Wkrótce wyszedł gdzieś, na pewno postanowił wykorzystać swoje
znajomości. Po chwili wrócił, wręczył telefon policjantowi, który
zdezorientowany grzecznie porozmawiał z kimś po drugiej stronie,
przepraszał, a wreszcie potulnie zakończył rozmowę.
- Panie Evans, zaszło nieporozumienie, już wypuszczamy pannę Donell -
powiedział drżącym głosem.
Zrobiło mi się go szkoda, miałam nadzieję, że nie będzie miał przeze
mnie kłopotów.
Policjant otworzył celę i mnie wypuścił.
- Przepraszam, panie władzo. Mam nadzieję, że nie spotkają pana
nieprzyjemności z mojego powodu - szepnęłam do niego, było mi naprawdę
głupio.
- Wszystko w porządku, panno Donell, taka moja praca. Proszę na siebie
uważać. - Uśmiechnął się i przepuścił mnie przodem.
Brayan, Erick, Rob i tata ruszyli w moją stronę.
- Boże, Meg! - Pierwszy dopadł mnie Brayan, złapał za ramiona i uważnie
obejrzał z każdej strony. - Nic ci nie jest? - zapytał i widziałam, że
jest przerażony.
- A co ma mi być?
- Dajcie spokój! Porozmawiamy w domu - wtrącił tata. On pierwszy
odzyskał zdrowy rozsądek, objął mnie czule.
- Pojedziemy we trójkę, wy wracajcie na obiad - polecił Erick.
- To dobry pomysł - odezwał się Rob i zaprowadził tatę do samochodu.
Po chwili podjechał po nas Erick bentleyem.
- Dokąd jedziemy? - zapytałam, zajmując tylne siedzenie.
Brayan nie potrafił ukryć wściekłości. Milczał.
- Odwiozę was do domu. Wieczorem mam kolację u matki - odpowiedział
chłodno Erick.
Nagle Brayan chwycił mnie za rękę i tym razem nie pozwolił jej sobie odebrać. Spojrzałam na niego. Choć widziałam, że nadal był zły, miałam wrażenie, że wynikało to z troski o mnie. Co za ironia, siedziałam w samochodzie mojego byłego obok innego mężczyzny. Ale namieszałam... Skrzywdziłam Brayana... i to bardzo. Wariatka ze mnie. - Dziękuję, Ericku - powiedział Brayan, gdy wysiadaliśmy z samochodu
przed domem rodziców.
- Nie ma za co. Najważniejsze, że nic jej nie jest - odpowiedział Erick,
spoglądając na mnie z nieukrywaną troską. - Będziemy w kontakcie - dodał
i podał Brayanowi rękę na pożegnanie. - Do widzenia, Meg. - Te słowa
były skierowane do mnie.
- Ericku - powiedziałam cicho.
- Tak? - Odwrócił się w moją stronę.
Brayan zerknął na nas z niepokojem, wciągając głęboko powietrze.
- Przepraszam za to, co powiedziałam. Nie chciałam cię urazić - wyznałam
szczerze, naprawdę było mi przykro.
- Wiem. - Uśmiechnął się, a jego wyraz twarzy upewnił mnie, że mówił
prawdę. - Mandat już zapłaciłem, nie musisz się tym martwić - dodał.
Milczałam zaskoczona. Cały Erick...
- Dziękuję - tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić, było mi cholernie
głupio.
- Chodź, bo się przeziębisz - usłyszałam nagle głos Brayana.
Chłopak objął mnie i skierowaliśmy się w stronę domu. Kiedy się
obejrzałam, zobaczyłam, że Erick stoi nadal przy samochodzie i patrzy na
nas. Miałam wrażenie, że się uśmiecha, ale... może mi się wydawało.
- Jesteś zmarznięta. - Brayan przytulił mnie, próbując swoimi dłońmi
rozgrzać moje ręce.
Gdy znaleźliśmy się w środku, od razu poszliśmy do kuchni. Brayan
nastawił wodę na herbatę i przyniósł koc, którym szczelnie mnie okrył.
- Jeszcze tego brakuje, byś się rozchorowała - skwitował.
- Możesz mi teraz wszystko wytłumaczyć? - poprosiłam, nawiązując do
tego, co się dzisiaj wydarzyło.
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć.
Spuściłam wzrok.
- Prawdę.
- Naprawdę to niewiele pamiętam, ale najwidoczniej to, co powiedziałem,
przemówiło mu do rozumu. - Brayan spojrzał na mnie niepewnie.
- Nie mogę uwierzyć, że go okłamałeś.
- Nie okłamałem! - zaprzeczył.
- Powiedziałeś mu, że jesteśmy razem i że mnie kochasz! - przypomniałam
mu.
- Bo to prawda!
- Jeszcze nic nie ustaliliśmy. Nie wiem, czy jestem gotowa na związek -
powiedziałam spokojnie.
- Miałem na myśli to drugie...
Znaczenie jego słów dotarło do mnie z opóźnieniem.
- Ty się nie zakochujesz - przypomniałam mu jego wcześniejsze
zapewnienia.
- Cóż... - Wstał i wyłączył czajnik, który zaczął przeraźliwie gwizdać,
dając znać, że woda się zagotowała. - Na każdego przychodzi pora -
oświadczył, uśmiechając się łagodnie.
- Brayanie... - zaczęłam, ale właściwie nie wiedziałam, co powiedzieć.
Byłam zaskoczona jego wyznaniem.
- Nie oczekuję od ciebie niczego. Po prostu pozwól mi się sobą
zaopiekować, mała. - Brayan podszedł do mnie, usiadł na krześle obok i ujął moje dłonie.
- Ale ja kocham Ericka - wyznałam szczerze.
- Wiem... - powiedział smutno. - Wiem też, że zrobię wszystko, byś była
szczęśliwa. Powiedz jedno słowo, że chcesz do niego wrócić, a zniknę z twojego życia - oświadczył.
- Nie mogę z nim być, wiesz przecież.
- On ci wybaczył...
Widziałam, że każde nawiązanie do Ericka sprawia Brayanowi wielki ból.
- Ale ja sobie nie wybaczę. Nie mogę pozwolić na to, by budził się przy
mnie i myślał o tym, co zrobiłam. Wybaczyć to nie znaczy zapomnieć...
- Więc nigdy do niego nie wrócisz? - zapytał niby z troską, ale
wyczuwałam w jego słowach tlącą się nadzieję.
- Nie mogę. I proszę, byś się z nim nie kontaktował. Nie wiem, czy
między wami nawiązała się nić przyjaźni, czy doszło do jakiegoś
porozumienia, ale jeśli on będzie nadal nieustannie pojawiał się w moim
życiu, nie dam rady zacząć wszystkiego od nowa. Nie chcę cię skrzywdzić.
- Mówiąc to, dotknęłam jego twarzy i musnęłam palcem kącik jego ust.
- Nie można skrzywdzić kogoś takiego jak ja. - Uśmiechnął się i posadził
mnie sobie na kolanach. - Obiecuję, że gdy wrócimy, zerwę kontakty, ale
jeszcze nie teraz. Erick zaprosił nas na sylwestra - dodał szybko i spojrzał na mnie niepewnie, oczekując reakcji.
- Cudownie... - Wywróciłam oczami. - Rozumiem, że się zgodziłeś?
- Podobno tak. Kupił już bilet dla Toma, by on również mógł spędzić z nami tę noc. Kim i Rob też są zaproszeni.
- Jesteście nienormalni! - Dotknęłam palcem wskazującym jego czoła. -
Tom już o tym wie?
- Tak, przylatuje jutro razem z Alex.
- Z Alex? - Uniosłam brew. - To jakieś szaleństwo!
- Taaa... Chyba wpadł po uszy - podsumował Brayan.
- To jakiś bal maskowy czy zwykły sylwester? - dopytywałam.
- Tylko się nie denerwuj... - zaczął.
"Czyli nie koniec niespodzianek" - pomyślałam.
- Lecimy do Dubaju - wypalił jednym tchem Brayan.
Zaniemówiłam. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć.
- Wiesz, że on to robi specjalnie - próbowałam uświadomić Brayanowi
taktykę Ericka.
- Wiem, ale skoro możemy spędzić sylwester w Dubaju na jego koszt...
Widziałam, że Brayan jest zadowolony.
- Robię to tylko dla was! - oświadczyłam. Domyślałam się, że wszyscy
cieszą się na ten wyjazd, dla chłopaków była to nie lada atrakcja.
- Będzie super, zobaczysz! - Wstał, a następnie podniósł mnie i posadził
na stole, a sam stanął między moimi udami.
- Mam nadzieję, że nikt nie będzie żałował tego wyjazdu... - Z trudem
przełknęłam ślinę, przypomniawszy sobie wypad do Las Vegas.
- Erick jedzie z jakąś dziewczyną, więc nie musisz się martwić.
Choć ja i Erick to była pieśń przeszłości, a o przyszłości nie mogło być
mowy, to ilekroć słyszałam o jakiejś dziewczynie u jego boku, serce
łomotało mi jak szalone i nie chciało się uspokoić. Nie potrafiłam tego
wytłumaczyć.
Wieczorem w domu zrobiło się tłoczno. Wrócili goście, którzy mieli u nas
spać, część co prawda nocowała w hotelu, ale tych, którzy przyszli, i tak było dużo. W salonie mama nakryła do stołu i tam wszyscy się
zgromadzili. Każdy opowiadał o swoich wrażeniach z wesela. Znowu
usłyszałam o występie Brayana i Ericka, dowiedziałam się, że o mało nie
wykonali striptizu. Moje ciotki tańczyły z nimi do rana. Były
zachwycone. Zresztą w domu Brayan kontynuował swój występ. Brylował w towarzystwie, choć czasami miałam wrażenie, że jest nieco zakłopotany,
nie dał jednak tego po sobie poznać. Moi rodzice, siostra, szwagier,
nawet Thomas, dołączyli do grona jego fanów. W pewnym momencie moja
siostra wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do kuchni. Była ciekawa, czy
zgodziłam się na wyjazd do Dubaju. Gdy potwierdziłam, zapiszczała
przeraźliwie i pobiegła do Roba, by przekazać mu dobrą wiadomość.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki