Trudna decyzja - K.N. Haner

Kup ebooka

23.90 zł
20.32 zł (19,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Idziemy? - wyrwał mnie z zamy­śle­nia głos Bray­ana.

- Tak, tak - powie­dzia­łam zmie­szana.

- Nie myśl tyle. To nie jest dobre... - Brayan objął mnie ramie­niem.

Wyszli­śmy razem na kory­tarz, a Brayan zamknął za nami drzwi na klucz.

Na dole sły­chać było gwar mojej rodzinki. Dziś na pewno miało być nas mniej niż wczo­raj, bo część gości wyjeż­dżała. Na scho­dach spo­tka­li­śmy mojego wujka, brata taty, chyba od wczo­raj nie wytrzeź­wiał, na­dal chwiał się na nogach, nie mogąc zła­pać rów­no­wagi. Przy­wi­tał się z Bray­anem tak, jakby znali się od wie­ków. Zdaje się, że omi­nęło mnie wczo­raj nie­złe przed­sta­wie­nie. Na pewno prze­ko­nam się o tym za kilka tygo­dni, gdy Kim przy­śle mi płytę z fil­mem i zdję­ciami z wesela.

We troje weszli­śmy na salę, gdzie zgro­ma­dziło się już sporo osób. W oddali zoba­czy­łam Kim, wyglą­dała ślicz­nie w bla­do­ró­żo­wej sukience kok­taj­lo­wej do kolan. Na mój widok uśmiech­nęła się i nam poma­chała.

Nagle pod­szedł do nas Tho­mas.

- Żyjesz, bra­cie? - zapy­tał i pokle­pał Bray­ana po ramie­niu.

- No, łatwo nie było, stary, ale żyję!

Obaj wybuch­nęli śmie­chem. Cho­lera. Naj­wi­docz­niej omi­nęło mnie wię­cej, niż się spo­dzie­wa­łam. Czyżby wesele roz­krę­ciło się po moim wyj­ściu? Zauwa­ży­łam, że wszy­scy witali się z Bray­anem bar­dzo wylew­nie. "Co on wczo­raj wypra­wiał?" - zasta­na­wia­łam się. Tro­chę mnie to zdzi­wiło.

- Wytłu­ma­czysz mi to? - zapy­ta­łam w dro­dze do sto­lika.

- Czę­ściowo, ale nie teraz, mała - uśmiech­nął się tajem­ni­czo. Odsu­nął mi szar­mancko krze­sło, dając znak, bym usia­dła.

Zże­rała mnie cie­ka­wość, ale on mil­czał jak grób.

- Żałuj, że wczo­raj wyszłaś. - Sio­stra nachy­liła się do mnie.

- Wła­śnie widzę, że wiele mnie omi­nęło - powie­dzia­łam ner­wowo.

- Erick i Brayan prze­szli samych sie­bie! Co oni tu wypra­wiali... Wszy­scy pła­kali ze śmie­chu, we dwóch roz­krę­cili całe wesele! - opo­wia­dała pod­eks­cy­to­wana.

- Erick będzie dziś? - zapy­ta­łam nie­pew­nie.

- Już jest - odpo­wie­działa jak gdyby ni­gdy nic.

Kurwa mać, gdzie?! Prze­ra­żona zaczę­łam roz­glą­dać się wokół.

- Czemu mi nie powie­dzia­łeś? - zwró­ci­łam się do Bray­ana z pre­ten­sją w gło­sie.

- O czym? - zapy­tał, nie bar­dzo rozu­mie­jąc.

- O tym, że Erick tu będzie i że balo­wa­łeś z nim całą noc! - Byłam naprawdę wście­kła.

- Nie chcia­łem cię dener­wo­wać, ale spoko, nie będzie już zawra­cał ci głowy. Chyba zro­zu­miał kilka spraw.

- Co mu powie­dzia­łeś? - Chwy­ci­łam go za łokieć prze­ra­żona. Skoro Brayan nie miał wyraź­nych wspo­mnień, to jak mógł pamię­tać roz­mowę z Eric­kiem?

- Hej, uspo­kój się! - Spoj­rzał na mnie spode łba. - Nie powie­dzia­łem mu o ciąży.

- Nie o to pytam! - wyja­śni­łam.

W trak­cie naszej roz­mowy kel­ne­rzy zaczęli roz­no­sić obiad.

- Jedz! - pole­cił sta­now­czo Brayan, pró­bu­jąc zmie­nić temat. Wziął łyżkę i zaczął jeść zupę.

Widząc jego spo­kój, chwy­ci­łam łyżkę, ale ta nie­stety wypa­dła mi z dłoni na pod­łogę. Oczy­wi­ście nie umknęło to uwa­dze gości, nie­któ­rzy z nich zaczęli nam się bacz­niej przy­pa­try­wać.

- Kurwa, osza­la­łaś? - Brayan pra­wie krzyk­nął. Robi­li­śmy nie­złe wido­wi­sko. Chwy­cił mnie za rękę i przy­cią­gnął do sie­bie. - Nie prze­gi­naj i nie rób scen! Poga­damy po obie­dzie! - wysy­czał przez zaci­śnięte zęby.

Stra­ci­łam ape­tyt. Nie tknę­łam obiadu, bawi­łam się jedze­niem, bez­myśl­nie wpa­tru­jąc się w talerz. Brayan nie odzy­wał się do mnie ani sło­wem. Zaczę­łam szu­kać wzro­kiem rodzi­ców i nagle znie­ru­cho­mia­łam. Obok mamy i taty sie­dział Erick. Jak zwy­kle był nie­na­gan­nie ubrany. Widzia­łam, że spo­gląda na mnie co jakiś czas.

- Nic nie zja­dłaś - ode­zwał się w końcu Brayan już łagod­niej­szym tonem.

- Stra­ci­łam ape­tyt - odpo­wie­dzia­łam cicho, byłam na niego naprawdę zła.

- Pro­szę, nie gnie­waj się. Wytłu­ma­czę ci wszystko póź­niej. - Chwy­cił mnie za dłoń.

Cały czas czu­łam na sobie wzrok Ericka. Chciało mi się pła­kać.

- Nie czuję się naj­le­piej, chyba muszę się poło­żyć - skła­ma­łam. Mia­łam wra­że­nie, że jestem w ukry­tej kame­rze. Byłam zaże­no­wana.

- Zostań jesz­cze chwilę - pro­sił Brayan. Ton jego głosu był znacz­nie spo­koj­niej­szy.

- Ale naprawdę tylko chwilę - zgo­dzi­łam się. Spoj­rza­łam w stronę Ericka, ale miej­sce obok rodzi­ców było puste. Ode­tchnę­łam z ulgą.

Brayan nagle wstał z uśmie­chem.

- Witaj! Ale mnie wczo­raj urzą­dzi­łeś... - powie­dział do kogoś sto­ją­cego tuż za nami.

- Mam nadzieję, że nie mia­łeś przeze mnie pro­ble­mów - usły­sza­łam głos Ericka. Zdrę­twia­łam. Kiedy się odwró­ci­łam, puścił do mnie oczko.

- Nie było łatwo... - oświad­czył mój przy­ja­ciel, po czym łagod­nie pogła­dził mnie po ple­cach. - Ale jakoś sobie pora­dzi­łem - dodał z dumą.

Po tych sło­wach obaj wybuch­nęli grom­kim śmie­chem.

- To jakiś żart?! - Te słowa wymó­wi­łam pod­nie­sio­nym tonem. Brayan i Erick popa­trzyli na mnie zdu­mieni. - Robi­cie sobie ze mnie jaja? - Moje zde­ner­wo­wa­nie się­gało zenitu.

- Nikt sobie z cie­bie nie żar­tuje, Meg - odpo­wie­dział poważ­nie Brayan. Chyba dopiero teraz zauwa­żył, jaka jestem wście­kła.

- Naprawdę?! Co tu się wypra­wia? Co ty tu, kurwa, robisz? - rzu­ci­łam w stronę Ericka.

- Zosta­łem zapro­szony. Nie klnij, to nie wypada, zwłasz­cza kobie­cie - zwró­cił mi uwagę spo­koj­nym tonem, czym jesz­cze bar­dziej mnie roz­ju­szył.

- Zosta­łeś przy­ja­cie­lem rodziny? - zapy­ta­łam z nie­ukry­waną drwiną.

- Meg, nie prze­gi­naj... - pró­bo­wał mnie uspo­koić Brayan.

- Zamknij się! - wark­nę­łam na niego.

- Meg! - Brayan nie odpusz­czał, zła­pał mnie za rękę, ale wyszarp­nę­łam ją ze zło­ścią.

- Nie rób­cie ze mnie wariatki! - krzy­cza­łam. W jed­nej chwili oczy wszyst­kich gości wesel­nych skie­ro­wały się na nas. - Macie zamiar się teraz zaprzy­jaź­nić? Co on ci wczo­raj naga­dał? - zwró­ci­łam się do nich.

Stali jak wmu­ro­wani, zasko­czeni moim nie­kon­tro­lo­wa­nym wybu­chem.

- Powie­dział mi prawdę - odparł Erick lodo­wa­tym tonem.

- Jaką prawdę? - zapy­ta­łam, z tru­dem łapiąc oddech.

- Że jeste­ście razem i jesteś z nim szczę­śliwa. Twoje szczę­ście jest dla mnie naj­waż­niej­sze, skoro ze mną taka nie byłaś, to mam nadzieję, że będziesz z Bray­anem.

- Co pro­szę? - zamu­ro­wało mnie. Spoj­rza­łam na Bray­ana, nie mogąc uwie­rzyć w to, co usły­sza­łam.

- Obaj cię kochamy. Skoro wybra­łaś jego, nic na to nie pora­dzę - wyja­śnił Erick.

Brayan na­dal mil­czał. Podobno nic nie pamię­tał, dupek jeden.

- Co jesz­cze rów­nie cie­ka­wego powie­dział pan Green? - zapy­ta­łam nie­spo­koj­nie, z wyczu­walną zło­śli­wo­ścią.

- Że kupu­je­cie dom w Lon­dy­nie i że zosta­jesz tam na stałe - oświad­czył spo­koj­nie Erick.

- Taaa... Coś jesz­cze?

- To jakieś prze­słu­cha­nie? - pro­wo­ko­wał, wpa­tru­jąc się we mnie natar­czy­wie.

- On - wska­za­łam pal­cem na Bray­ana - nie chce mi nic powie­dzieć - poża­li­łam się.

- Wybacz, Meg, ale nie pochle­biaj sobie. Nie roz­ma­wia­li­śmy o tobie przez całą noc - mówiąc to, Erick chciał zła­pać mnie za dłoń, ale nie pozwo­li­łam mu na to.

- Nie boli cię, że rżnie mnie inny facet?! - zapy­ta­łam, a jad sączył się z moich ust. Świa­do­mie uży­wa­łam takich słów, bo chcia­łam go zra­nić.

- Meg! - zare­ago­wał natych­miast Brayan. - Prze­sa­dzi­łaś.

Miał rację, mina Ericka mówiła wszystko.

- Wolę, żeby rżnął cię facet, któ­remu na tobie zależy, niż mój dawny przy­ja­ciel, który zawsze doja­dał resztki po mnie! - Wście­kłość w Ericku aż kipiała. Tym razem nie był mi dłużny.

- Dupek! - powie­dzia­łam. Poczu­łam, jak do oczu napły­wają mi łzy. Jego słowa bar­dzo mnie zabo­lały. - Nie­na­wi­dzę cię, Evans! Znisz­czy­łeś mi życie! Żałuję, że cię pozna­łam! - wysy­cza­łam i ruszy­łam w stronę wyj­ścia.

Brayan pró­bo­wał mnie zatrzy­mać, łapiąc za nad­gar­stek.

- Goń się! - wark­nę­łam.

Nie puścił mnie jed­nak, tylko wzmoc­nił uścisk. W odpo­wie­dzi wolną ręką wymie­rzy­łam mu siar­czy­sty poli­czek. Brayan odru­chowo zła­pał się za twarz.

Sko­rzy­sta­łam z oka­zji i wybie­głam z sali na kory­tarz. Brayan i Erick pobie­gli za mną. Gdy się odwró­ci­łam, zoba­czy­łam, że rodzice, Kim i Rob ruszają w moim kie­runku. Nie chcia­łam z nimi roz­ma­wiać, mia­łam ich wszyst­kich dosyć.

W końcu dopa­dłam drzwi wyj­ścio­wych, otwo­rzy­łam je i wybie­głam na zewnątrz. Na pod­jeź­dzie zoba­czy­łam samo­chód Ericka. Pospiesz­nie szarp­nę­łam drzwiczki i wsia­dłam do środka. W schowku zna­la­złam klu­czyki; wyję­łam je, wło­ży­łam do sta­cyjki i uru­cho­mi­łam sil­nik. W ostat­niej chwili zablo­ko­wa­łam drzwi. Brayan i Erick walili w szybę, ale bez skutku. Sie­dzia­łam, jakby ktoś przy­kleił mnie do fotela, nie mogłam się ruszyć. Hałasy na zewnątrz uci­chły, a ja pogrą­ży­łam się w letargu.

- Co ty wypra­wiasz?! - krzy­czał Brayan.

Bar­dziej odczy­ty­wa­łam jego słowa z ruchu warg, niż je sły­sza­łam. Szyby auta tłu­miły dźwięki.

Erick też coś krzy­czał, wyma­chi­wał rękoma, ale to było już bez zna­cze­nia.

- Wal­cie się! Obaj! - Poka­za­łam im środ­kowy palec, po czym odblo­ko­wa­łam hamu­lec i ruszy­łam z piskiem opon.

Obaj natych­miast odsko­czyli od samo­chodu.

Wyje­cha­łam za bramę, doci­ska­jąc gaz naj­moc­niej, jak mogłam. Dra­nie, wszy­scy tutaj to dra­nie! Zapra­szają mojego byłego faceta, gosz­czą się z nim i nie widzą w tym nic złego!

Włą­czy­łam muzykę i przy dźwię­kach pio­senki Avi­cii mknę­łam przed sie­bie. Chyba ni­gdy nie pro­wa­dzi­łam tego auta i szybka jazda bar­dzo mnie eks­cy­to­wała. Wie­dzia­łam, że Brayan i Erick zaraz mnie namie­rzą, bo samo­chód miał GPS. A co tam! Zlek­ce­wa­ży­łam tę myśl i doci­snę­łam gaz do dechy. Dopiero po chwili zorien­to­wa­łam się, że jadę z pręd­ko­ścią stu osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę.

Nagle usły­sza­łam syrenę; spoj­rza­łam w lusterko i zoba­czy­łam jadący za mną radio­wóz. Cho­lera, jesz­cze tego bra­ko­wało! Nie mia­łam przy sobie prawa jazdy, na doda­tek samo­chód nie nale­żał do mnie. Byłam pewna, że cze­kają mnie kło­poty. Zje­cha­łam na pobo­cze.

- Pro­szę wysiąść z auta. - Poli­cjant zapu­kał w szybę od strony kie­rowcy.

Odpię­łam pas i posłusz­nie speł­ni­łam pole­ce­nie.

Na dwo­rze było zimno, a ja nie mia­łam kurtki.

- Dzień dobry, panie wła­dzo! - powie­dzia­łam do poli­cjanta, zamie­rza­jąc go udo­bru­chać.

- Dokąd się pani tak spie­szy? - zapy­tał groź­nie.

- Doni­kąd - odpo­wie­dzia­łam szcze­rze i obję­łam się dłońmi, pró­bu­jąc ochro­nić się przed przej­mu­ją­cym zim­nem. Zaczął padać śnieg.

Poli­cjant zażą­dał doku­men­tów, a ja przy­zna­łam się do ich braku.

- Prze­kro­czyła pani pręd­kość w tere­nie zabu­do­wa­nym o ponad sto dwa­dzie­ścia kilo­me­trów, nie dosto­so­wała pani pręd­ko­ści do warun­ków na dro­dze, mamy zimę. Na doda­tek nie ma pani doku­men­tów, a samo­chód, któ­rym pani jedzie, jest zare­je­stro­wany na pana Ericka Evansa. Nie wygląda to naj­le­piej... - Poli­cjant spo­glą­dał na mnie z poli­to­wa­niem. Ton jego głosu dowo­dził, iż wie­dział, że nie ukra­dłam tego samo­chodu. Naj­wy­raź­niej dostrzegł też moją nie­zbyt dobrą kon­dy­cję psy­chiczną. - Nie chcę pani mar­twić, ale musimy panią aresz­to­wać - oznaj­mił.

- To konieczne? - zapy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie mogę pani puścić dalej. Będzie pani mogła zadzwo­nić z komi­sa­riatu do naj­bliż­szych, by przy­wieźli pani doku­menty, i wtedy wszystko się wyja­śni. Ale man­dat otrzyma pani na pewno.

- Och - wes­tchnę­łam. Nie mia­łam już siły, zaczę­łam pła­kać.

- Nie­stety, muszę nało­żyć pani kaj­danki, takie są pro­ce­dury - poin­for­mo­wał mnie poli­cjant, po czym kazał mi się odwró­cić i skuł mnie kaj­dan­kami. Potem poszli­śmy do radio­wozu, a poli­cjant pomógł mi wsiąść na tylne sie­dze­nie.

- Jestem w ciąży, czy mógłby mnie pan roz­kuć? - popro­si­łam, łka­jąc cicho i od czasu do czasu pocią­ga­jąc nosem.

- Dla­czego mi pani nie powie­działa? - Poli­cjant wysiadł i zdjął mi kaj­danki. - Wpa­ko­wała się pani w nie­złe kło­poty, taka szybka jazda nie jest mądra, szcze­gól­nie w ciąży - dodał i wró­cił na miej­sce za kie­row­nicą.

Widzia­łam, jak samo­chód firmy holow­ni­czej zabiera BMW Ericka, by odsta­wić auto na poli­cyjny par­king. Sie­dzia­łam na tyl­nym sie­dze­niu radio­wozu jak zbity pies. Poli­cjanci mil­czeli, chyba i oni czuli się nie­zręcz­nie.

Po kwa­dran­sie doje­cha­li­śmy pod komi­sa­riat na Long Island. Poli­cjanci pomo­gli mi wysiąść. Wkrótce sie­dzia­łam w celi z dwiema mło­dymi kobie­tami, chyba pro­sty­tut­kami.

- Nie­długo będzie mogła pani zadzwo­nić - poin­for­mo­wał mnie jeden z poli­cjan­tów. - Jest pani głodna?

Zaprze­czy­łam, w ogóle nie mia­łam ochoty na jedze­nie.

W celi było zimno, kobiety spo­glą­dały na mnie zło­wrogo.

Odru­chowo dotknę­łam brzu­cha.

- Ale ci się, synku, matka tra­fiła! - powie­dzia­łam ze współ­czu­ciem. Zosta­łam aresz­to­wana pierw­szy raz w życiu. Nie sądzi­łam, że w ogóle kie­dyś tego doświad­czę.

Nie minęło pół godziny, gdy do komi­sa­riatu wpa­dli Brayan, Erick, Rob i tata.

- Gdzie ona jest? - usły­sza­łam głos Ericka.

- Pro­szę się uspo­koić, potrze­bu­jemy czasu, by spraw­dzić dane. Kobieta, którą zatrzy­ma­li­śmy, nie miała przy sobie doku­men­tów.

- Nazywa się Megan Donell. Chyba pan wie, czyja to córka - poin­for­mo­wał go Erick, po czym dodał, że auto jest jego wła­sno­ścią.

Do jego wyja­śnień dołą­czyli Brayan i Rob. Poli­cjant nie nadą­żał za nimi, na doda­tek nie wzięli ze sobą mojego doku­mentu toż­sa­mo­ści, więc nie mogli niczego potwier­dzić. Ich słowo nie wystar­czało. Pano­wie bar­dzo krzy­czeli. Zaczę­łam się oba­wiać, że oni także zostaną aresz­to­wani. Sytu­acja powoli wymy­kała się spod kon­troli, wręcz sta­wała się śmieszna.

- Kurwa, co za ludzie! - usły­sza­łam krzyki Ericka.

Wkrótce wyszedł gdzieś, na pewno posta­no­wił wyko­rzy­stać swoje zna­jo­mo­ści. Po chwili wró­cił, wrę­czył tele­fon poli­cjan­towi, który zdez­o­rien­to­wany grzecz­nie poroz­ma­wiał z kimś po dru­giej stro­nie, prze­pra­szał, a wresz­cie potul­nie zakoń­czył roz­mowę.

- Panie Evans, zaszło nie­po­ro­zu­mie­nie, już wypusz­czamy pannę Donell - powie­dział drżą­cym gło­sem.

Zro­biło mi się go szkoda, mia­łam nadzieję, że nie będzie miał przeze mnie kło­po­tów.

Poli­cjant otwo­rzył celę i mnie wypu­ścił.

- Prze­pra­szam, panie wła­dzo. Mam nadzieję, że nie spo­tkają pana nie­przy­jem­no­ści z mojego powodu - szep­nę­łam do niego, było mi naprawdę głu­pio.

- Wszystko w porządku, panno Donell, taka moja praca. Pro­szę na sie­bie uwa­żać. - Uśmiech­nął się i prze­pu­ścił mnie przo­dem.

Brayan, Erick, Rob i tata ruszyli w moją stronę.

- Boże, Meg! - Pierw­szy dopadł mnie Brayan, zła­pał za ramiona i uważ­nie obej­rzał z każ­dej strony. - Nic ci nie jest? - zapy­tał i widzia­łam, że jest prze­ra­żony.

- A co ma mi być?

- Daj­cie spo­kój! Poroz­ma­wiamy w domu - wtrą­cił tata. On pierw­szy odzy­skał zdrowy roz­są­dek, objął mnie czule.

- Poje­dziemy we trójkę, wy wra­caj­cie na obiad - pole­cił Erick.

- To dobry pomysł - ode­zwał się Rob i zapro­wa­dził tatę do samo­chodu.

Po chwili pod­je­chał po nas Erick ben­tleyem.

- Dokąd jedziemy? - zapy­ta­łam, zaj­mu­jąc tylne sie­dze­nie.

Brayan nie potra­fił ukryć wście­kło­ści. Mil­czał.

- Odwiozę was do domu. Wie­czo­rem mam kola­cję u matki - odpo­wie­dział chłodno Erick.

Nagle Brayan chwy­cił mnie za rękę i tym razem nie pozwo­lił jej sobie ode­brać. Spoj­rza­łam na niego. Choć widzia­łam, że na­dal był zły, mia­łam wra­że­nie, że wyni­kało to z tro­ski o mnie. Co za iro­nia, sie­dzia­łam w samo­cho­dzie mojego byłego obok innego męż­czy­zny. Ale namie­sza­łam... Skrzyw­dzi­łam Bray­ana... i to bar­dzo. Wariatka ze mnie. - Dzię­kuję, Ericku - powie­dział Brayan, gdy wysia­da­li­śmy z samo­chodu przed domem rodzi­ców.

- Nie ma za co. Naj­waż­niej­sze, że nic jej nie jest - odpo­wie­dział Erick, spo­glą­da­jąc na mnie z nie­ukry­waną tro­ską. - Będziemy w kon­tak­cie - dodał i podał Bray­anowi rękę na poże­gna­nie. - Do widze­nia, Meg. - Te słowa były skie­ro­wane do mnie.

- Ericku - powie­dzia­łam cicho.

- Tak? - Odwró­cił się w moją stronę.

Brayan zer­k­nął na nas z nie­po­ko­jem, wcią­ga­jąc głę­boko powie­trze.

- Prze­pra­szam za to, co powie­dzia­łam. Nie chcia­łam cię ura­zić - wyzna­łam szcze­rze, naprawdę było mi przy­kro.

- Wiem. - Uśmiech­nął się, a jego wyraz twa­rzy upew­nił mnie, że mówił prawdę. - Man­dat już zapła­ci­łem, nie musisz się tym mar­twić - dodał.

Mil­cza­łam zasko­czona. Cały Erick...

- Dzię­kuję - tylko tyle potra­fi­łam z sie­bie wydu­sić, było mi cho­ler­nie głu­pio.

- Chodź, bo się prze­zię­bisz - usły­sza­łam nagle głos Bray­ana.

Chło­pak objął mnie i skie­ro­wa­li­śmy się w stronę domu. Kiedy się obej­rza­łam, zoba­czy­łam, że Erick stoi na­dal przy samo­cho­dzie i patrzy na nas. Mia­łam wra­że­nie, że się uśmie­cha, ale... może mi się wyda­wało.

- Jesteś zmar­z­nięta. - Brayan przy­tu­lił mnie, pró­bu­jąc swo­imi dłońmi roz­grzać moje ręce.

Gdy zna­leź­li­śmy się w środku, od razu poszli­śmy do kuchni. Brayan nasta­wił wodę na her­batę i przy­niósł koc, któ­rym szczel­nie mnie okrył.

- Jesz­cze tego bra­kuje, byś się roz­cho­ro­wała - skwi­to­wał.

- Możesz mi teraz wszystko wytłu­ma­czyć? - popro­si­łam, nawią­zu­jąc do tego, co się dzi­siaj wyda­rzyło.

- Nie wiem, co mam ci powie­dzieć.

Spu­ści­łam wzrok.

- Prawdę.

- Naprawdę to nie­wiele pamię­tam, ale naj­wi­docz­niej to, co powie­dzia­łem, prze­mó­wiło mu do rozumu. - Brayan spoj­rzał na mnie nie­pew­nie.

- Nie mogę uwie­rzyć, że go okła­ma­łeś.

- Nie okła­ma­łem! - zaprze­czył.

- Powie­dzia­łeś mu, że jeste­śmy razem i że mnie kochasz! - przy­po­mnia­łam mu.

- Bo to prawda!

- Jesz­cze nic nie usta­li­li­śmy. Nie wiem, czy jestem gotowa na zwią­zek - powie­dzia­łam spo­koj­nie.

- Mia­łem na myśli to dru­gie...

Zna­cze­nie jego słów dotarło do mnie z opóź­nie­niem.

- Ty się nie zako­chu­jesz - przy­po­mnia­łam mu jego wcze­śniej­sze zapew­nie­nia.

- Cóż... - Wstał i wyłą­czył czaj­nik, który zaczął prze­raź­li­wie gwiz­dać, dając znać, że woda się zago­to­wała. - Na każ­dego przy­cho­dzi pora - oświad­czył, uśmie­cha­jąc się łagod­nie.

- Bray­anie... - zaczę­łam, ale wła­ści­wie nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć. Byłam zasko­czona jego wyzna­niem.

- Nie ocze­kuję od cie­bie niczego. Po pro­stu pozwól mi się sobą zaopie­ko­wać, mała. - Brayan pod­szedł do mnie, usiadł na krze­śle obok i ujął moje dło­nie.

- Ale ja kocham Ericka - wyzna­łam szcze­rze.

- Wiem... - powie­dział smutno. - Wiem też, że zro­bię wszystko, byś była szczę­śliwa. Powiedz jedno słowo, że chcesz do niego wró­cić, a zniknę z two­jego życia - oświad­czył.

- Nie mogę z nim być, wiesz prze­cież.

- On ci wyba­czył...

Widzia­łam, że każde nawią­za­nie do Ericka spra­wia Bray­anowi wielki ból.

- Ale ja sobie nie wyba­czę. Nie mogę pozwo­lić na to, by budził się przy mnie i myślał o tym, co zro­bi­łam. Wyba­czyć to nie zna­czy zapo­mnieć...

- Więc ni­gdy do niego nie wró­cisz? - zapy­tał niby z tro­ską, ale wyczu­wa­łam w jego sło­wach tlącą się nadzieję.

- Nie mogę. I pro­szę, byś się z nim nie kon­tak­to­wał. Nie wiem, czy mię­dzy wami nawią­zała się nić przy­jaźni, czy doszło do jakie­goś poro­zu­mie­nia, ale jeśli on będzie na­dal nie­ustan­nie poja­wiał się w moim życiu, nie dam rady zacząć wszyst­kiego od nowa. Nie chcę cię skrzyw­dzić. - Mówiąc to, dotknę­łam jego twa­rzy i musnę­łam pal­cem kącik jego ust.

- Nie można skrzyw­dzić kogoś takiego jak ja. - Uśmiech­nął się i posa­dził mnie sobie na kola­nach. - Obie­cuję, że gdy wró­cimy, zerwę kon­takty, ale jesz­cze nie teraz. Erick zapro­sił nas na syl­we­stra - dodał szybko i spoj­rzał na mnie nie­pew­nie, ocze­ku­jąc reak­cji.

- Cudow­nie... - Wywró­ci­łam oczami. - Rozu­miem, że się zgo­dzi­łeś?

- Podobno tak. Kupił już bilet dla Toma, by on rów­nież mógł spę­dzić z nami tę noc. Kim i Rob też są zapro­szeni.

- Jeste­ście nie­nor­malni! - Dotknę­łam pal­cem wska­zu­ją­cym jego czoła. - Tom już o tym wie?

- Tak, przy­la­tuje jutro razem z Alex.

- Z Alex? - Unio­słam brew. - To jakieś sza­leń­stwo!

- Taaa... Chyba wpadł po uszy - pod­su­mo­wał Brayan.

- To jakiś bal maskowy czy zwy­kły syl­we­ster? - dopy­ty­wa­łam.

- Tylko się nie dener­wuj... - zaczął.

"Czyli nie koniec nie­spo­dzia­nek" - pomy­śla­łam.

- Lecimy do Dubaju - wypa­lił jed­nym tchem Brayan.

Zanie­mó­wi­łam. Nie wie­dzia­łam, co mam o tym wszyst­kim myśleć.

- Wiesz, że on to robi spe­cjal­nie - pró­bo­wa­łam uświa­do­mić Bray­anowi tak­tykę Ericka.

- Wiem, ale skoro możemy spę­dzić syl­we­ster w Dubaju na jego koszt...

Widzia­łam, że Brayan jest zado­wo­lony.

- Robię to tylko dla was! - oświad­czy­łam. Domy­śla­łam się, że wszy­scy cie­szą się na ten wyjazd, dla chło­pa­ków była to nie lada atrak­cja.

- Będzie super, zoba­czysz! - Wstał, a następ­nie pod­niósł mnie i posa­dził na stole, a sam sta­nął mię­dzy moimi udami.

- Mam nadzieję, że nikt nie będzie żało­wał tego wyjazdu... - Z tru­dem prze­łknę­łam ślinę, przy­po­mniaw­szy sobie wypad do Las Vegas.

- Erick jedzie z jakąś dziew­czyną, więc nie musisz się mar­twić.

Choć ja i Erick to była pieśń prze­szło­ści, a o przy­szło­ści nie mogło być mowy, to ile­kroć sły­sza­łam o jakiejś dziew­czy­nie u jego boku, serce łomo­tało mi jak sza­lone i nie chciało się uspo­koić. Nie potra­fi­łam tego wytłu­ma­czyć.

Wie­czo­rem w domu zro­biło się tłoczno. Wró­cili goście, któ­rzy mieli u nas spać, część co prawda noco­wała w hotelu, ale tych, któ­rzy przy­szli, i tak było dużo. W salo­nie mama nakryła do stołu i tam wszy­scy się zgro­ma­dzili. Każdy opo­wia­dał o swo­ich wra­że­niach z wesela. Znowu usły­sza­łam o wystę­pie Bray­ana i Ericka, dowie­dzia­łam się, że o mało nie wyko­nali strip­tizu. Moje ciotki tań­czyły z nimi do rana. Były zachwy­cone. Zresztą w domu Brayan kon­ty­nu­ował swój występ. Bry­lo­wał w towa­rzy­stwie, choć cza­sami mia­łam wra­że­nie, że jest nieco zakło­po­tany, nie dał jed­nak tego po sobie poznać. Moi rodzice, sio­stra, szwa­gier, nawet Tho­mas, dołą­czyli do grona jego fanów. W pew­nym momen­cie moja sio­stra wzięła mnie pod rękę i zapro­wa­dziła do kuchni. Była cie­kawa, czy zgo­dzi­łam się na wyjazd do Dubaju. Gdy potwier­dzi­łam, zapisz­czała prze­raź­li­wie i pobie­gła do Roba, by prze­ka­zać mu dobrą wia­do­mość.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki