4
- Już niedługo, Mattias, już niedługo cię znajdę. Wiem, że tu jesteś - mówi John do siebie, siedząc w samochodzie ukrytym w lesie kawałek od drogi.
John Wagner od wielu dni poświęca swój cały wolny czas na obserwowanie tego, co dzieje się w gospodarstwie Ludu Świątyni Słońca w górach. Nie żeby tego wolnego czasu było szczególnie dużo, nie z tym całym syfem, który się dział - i nadal się dzieje - w December. Można by odnieść wrażenie, że śnieżna kula pełna gówna zaczęła toczyć się z gór, zabierając ze sobą po drodze coraz więcej paskudztw.
"A wszystko zaczyna się tutaj" - myśli. Jest tego pewien. Zamordowanie Eddiego Branko i Martina Langa. Ta popaprana eucharystia. Nielegalny cmentarz. I Żółw Ninja Mattiasa z odgryzioną nogą. John ściska zabawkę w kieszeni.
W jakiś sposób jest pewny, że to wszystko jest jednak wierzchołkiem gównianej góry, a chociaż instynkt podpowiadałby, żeby trzymać się od niej z daleka, tak się po prostu nie da. Nie teraz, kiedy mogą być pod nią pogrzebani jego syn i żona.
Uderza go straszna myśl: a jeśli nie są w tym samym miejscu? Jeśli ktoś, kto ich porwał, rozdzielił ich, żeby... No właśnie, w sumie dlaczego miałby to robić?
W głowie Johna pojawia się potworna odpowiedź na to pytanie. Taka, która wiąże się z handlem ludźmi. Ale nie. Musi wierzyć, że oboje są gdzieś tu w December. Sara dlatego, że łączył się tu z siecią jej apple watch. A Mattias z powodu żółwia.
"Mogli przecież zostać rozdzieleni już tutaj, po przyjeździe".
John wali rękami w kierownicę.
"Nie!"
Nie można tak myśleć. Inaczej oszaleje. Oni są tutaj, razem, i on ich znajdzie.
"A skąd w ogóle wiadomo, że oni wciąż żyją?" - ciągnie wątek mózg, jakby rozkoszował się sadystycznym trybem, w który teraz wszedł. W tym cholernym mieście ludzie padają jak chore na raka muchy. Jakie więc są szanse, że właśnie oni tak długo tu przeżyli?
John zaciska ręce na kierownicy tak mocno, że aż boli, zaciska zęby, strzela mu w szczęce. Obraca lusterko wsteczne i patrzy sobie w oczy.
- Przestań! - wrzeszczy. - Skończ z tym, do cholery. Oni... żyją...
Ostatnie słowo wypowiada, szlochając. Zaciska pięść i zasłania nią sobie usta, starając się ze wszystkich sił nie rozpłakać. Nie chce się mazać z tego powodu.
"No właśnie. Oni żyją. Są gdzieś tutaj. Razem. A ja ich znajdę. Na pewno".
Prostuje się na siedzeniu i ociera łzy. Odchrząkuje i skupia się na tym, co się dzieje.
Po spotkaniu z Barkem dużo myślał o fotografii Sary i Mattiasa. Musi znaleźć jakieś jej stare zdjęcie, z tamtych czasów, żeby sam mógł porównać. Ale Barke powiedział to, co powiedział, i nawet jeśli Sara rzeczywiście przeszła operację plastyczną czy coś w tym rodzaju, poznał ją bez najmniejszych wątpliwości. Potwierdził, że kobieta na zdjęciu, żona Johna, to jego córka. Noc i poranek, kiedy czuł, że świat usuwa mu się spod nóg, były okropne, ale teraz wszystko znów jest w porządku.
Wymienił parę wiadomości z Christianem, który przyznał, że wygląd człowieka może się zmienić zarówno w wyniku upływu czasu, jak i operacji. Że John nie powinien zbyt poważnie traktować tego, co powiedział wtedy w Lyckoslanten.
Dziś wtorek, a we wtorki w sekcie jest najmniej ludzi, jak John już wcześniej zauważył. Nawet Słońce i Baltazar znikają gdzieś przed południem, inna grupa jedzie na zakupy. Słońce powiedziała, że sami dużo uprawiają, a do tego hodują kozy, kury i coś tam jeszcze, ale teraz, w sezonie zimowym, muszą jednak sporo kupować, żeby utrzymać gospodarstwo, w którym mieszka niemal siedemdziesiąt osób.
Myszkował tu też w niedzielę, miał przygotowaną kamerę, żeby udokumentować tę chorą eucharystię, którą z pewnością nadal praktykują, ale wszystko wskazuje na to, że wydarzenia ostatnich dni skłoniły ich do ostrożności. Jeżeli dzieją się tu jakieś podejrzane rzeczy, to teraz lepiej je ukrywają. Albo postanowili zrobić sobie przerwę, cholera wie. John ma jednak pewność, że jest tu jeszcze sporo do odkrycia.
Jest parę minut po jedenastej. Przepiękny zimowy dzień, krystalicznie czyste powietrze, błękitne niebo i podmuchy wiatru tak świeże, że prawie smakują miętą. Godzinę temu wyjechali Słońce i Baltazar. Pół godziny temu oddaliły się dwie furgonetki, zabierając ze sobą jakieś dziesięć osób. Oznacza to jednak, że w gospodarstwie wciąż jest ich mniej więcej pięćdziesiąt.
Wcześnie rano, zanim wstało słońce, odwiedził nielegalne cmentarzysko i szukał - stracił już rachubę, który raz z kolei - jakiegoś przeoczonego miejsca pochówku. Albo jeszcze czegoś, co należało do Mattiasa. Lub Sary.
Rozmowa z teściem tkwi mu w głowie jak cierń. Zadomowiła się tam zaraz obok migreny i trudno nawet powiedzieć, które z nich bardziej boli.
"Serce. Najbardziej boli serce".
Odsuwa od siebie tę myśl, przekradając się pochylony do ściany stajni. Choć wydaje się coraz bardziej oczywiste, że Sara go oszukała, nie ma na to dowodów. Żadnych poza wspomnieniami ludzi i nieokreślonymi oskarżeniami.
"Ruchała się z moim najlepszym kumplem, kiedy miała piętnaście lat". Kiedy John przypomina sobie słowa Barkego o córce, musi powstrzymać się od szlochu.
Starając się robić to jak najciszej, podnosi haczyk drzwi do stajni i wślizguje się do środka. Staje nieruchomo, czekając, aż oczy przyzwyczają się do mroku.
Jest tu od czterech godzin, a za dwie godziny zaczyna się jego zmiana na posterunku. Mona robi, co może, żeby wszystko funkcjonowało, kiedy Frank wciąż jest na zwolnieniu lekarskim i zaledwie szóstka policjantów musi obsłużyć największy rejon w Szwecji. W którym na dodatek grasuje seryjny morderca.
"Mogłaby wprowadzić stan alarmowy" - myśli John, idąc powoli w głąb stajni, w stronę boksu, gdzie więzieni byli Eddie Branko i Martin Lange. Gdyby Mona zdecydowała się na taki krok, dostaliby dodatkowe zasoby z sąsiedniego okręgu policji. Mieliby więcej ludzi. John ma jednak podejrzenia, że szefowa wcale tego nie chce. A raczej... ona może i chce, ale rodzina Ackermannów nie jest już taka chętna. Podobnie jak Claire Olofsson.
Kiedy dociera do boksów przebudowanych na coś w rodzaju celi, cichutko wyciąga skobel z drzwi do pierwszego z nich. Wciąż pachnie tam podejrzanie czysto jak na stajnię. Sprzątali tu jak idioci, żeby policja niczego nie znalazła, on jednak ma nadzieję odkryć coś nowego. Temu facetowi, który przyszedł na posterunek z łukiem i wziął wszystko na siebie, John w ogóle nie wierzy. To znaczy prawdopodobnie uczestniczył w okaleczeniu i zjedzeniu tych dwóch mężczyzn. Może nawet zajmował się Eddiem. Nie ma jednak szans, żeby Słońce i Baltazar nie brali w tym udziału, jak twierdzili podczas rozprawy.
John przygląda się wysprzątanej podłodze. W tym miejscu więzili Martina Langa. O okropnościach, które się odbywały, świadczą jedynie ciemne plamy. Tu pewnie szczególnie mocno szorowali, żeby usunąć krew i inne ślady. Poza tym boks jest całkowicie czysty.
John zatrzymuje się na chwilę, słysząc kroki na podwórzu. Dźwięk dochodzi przez uchylone okno. Skrzypienie śniegu. Słychać kobiecy głos wołający coś o praniu, a kroki przyspieszają. John przełyka ślinę i przechodzi do drugiego boksu.
"Jeśli mnie złapią, to pewnie zabiją".
Drugi boks wygląda dokładnie tak samo. Klinicznie czysty, nie ma tu nawet zwykłego stajennego kurzu, resztek siana ani ptasiego gówna na podłodze. Nawet mysich bobków.
Ale...
John czuje, jak instynkt coś mu podpowiada, zanim zrozumie, co to oznacza.
Jest tu jeszcze trzeci boks.
Wychodzi z tego, w którym trzymali Eddiego Branko, serce zaczyna mu walić mocniej. Starannie zamyka drzwi, żeby nie zostawić nawet najmniejszych śladów swojej obecności, i otwiera trzeci. Graniczy z drugiej strony z boksem Martina Langa.
John wytęża oczy w mroku, a kiedy zauważa ślad, traci na chwilę oddech. Również tu jest ciemna plama na podłodze. Jak mogli wcześniej to przegapić?
Były trzy ofiary. Nie dwie. Nie tylko Eddie Branko i Martin Lang, ale jeszcze jeden człowiek. Co się z nim stało?
John zbiera się do wyjścia i rozważa, czy nie zakraść się do prywatnej części gospodarstwa należącej do Słońca i Baltazara, kiedy ktoś ciągnie za drzwi wejściowe. Słychać głośne brzęczenie metalowego okucia i John rozgląda się desperacko dookoła. Nie ma gdzie się schować. Chyba że...
Zamyka boks w tej samej chwili, w której ktoś wchodzi do stajni i zapala światło. John nie zdąża nawet zamknąć rygla, kuca tylko tuż przed drzwiami i trzyma je kurczowo palcami, żeby wyglądały na zamknięte. Człowiek, który wszedł, idzie wzdłuż korytarza, mrucząc coś pod nosem. Zatrzymuje się.
- Niech to szlag - mamrocze mężczyzna i w całej stajni robi się całkiem cicho...
John widzi oczyma duszy, jak intruz węszy w powietrzu. Wyczuwa zapach jego mięsa. Podśpiewuje... Dokładnie tak jak olbrzym w baśni o Jasiu i magicznej fasoli - ten drań prawdopodobnie też jest kanibalem.
- Nazywasz mnie tchórzem? Jak śmiesz, kurwa? - słychać kolejny pomruk.
John wzdryga się i serce niemal przestaje mu bić, kiedy drzwi do boksu wyślizgują się z jego nieporadnego chwytu i przesuwają o centymetr.
"Jeśli mnie złapią, skończę jak Martin Lang" - myśli z przerażeniem. Bez rąk i nóg. Zostanie więźniem tu w górach i nikt nigdy się nie dowie, co stało się z Sarą i Mattiasem. No i z nim.
Zagląda przez wąską szczelinę w drzwiach i zauważa nogi w butach z cholewami marki Tretorn. Potem pojawia się dłoń pocierająca udo.
Nie, nie jest to kanibal z supermocami wyczuwający zapach mięsa i krwi Johna. To tylko kanibal, który zatrzymał się na chwilę, żeby przygotować sobie porcję snusu.
- Gówniane to życie - mówi obcy i kopie szpadel.
Idzie dalej i przechodzi ledwie dwa metry od Johna, który na wszelki wypadek na chwilę przestaje oddychać. Jego mózg pracuje na najwyższych obrotach. Pewnie byłby w stanie powalić tego gościa. Zmusić go, przykładając mu broń do ciała, żeby o wszystkim opowiedział.
Nie. To kiepski pomysł. Wtedy musiałby go zabić. W biały dzień, kiedy dookoła krząta się pięćdziesiąt innych osób.
Mężczyzna przechodzi dalej, w stronę pomieszczenia, które zdaniem Johna jest siodlarnią. Teraz albo nigdy. John właśnie ma puścić drzwi do boksu, kiedy zamiera w połowie ruchu. Wciąż kuca i skupia wzrok. Na grubej, mocno podniszczonej desce stanowiącej części drzwi.
"O cholera".
John zupełnie zapomina o mężczyźnie w siodlarni, kiedy starając się poruszać jak najciszej, wyciąga z kieszeni telefon i robi zdjęcie za zdjęciem. W końcu nie może się powstrzymać. Nasłuchuje uważnie, ale wszystko wskazuje na to, że człowiek w butach marki Tretorn zamierza trochę w tej siodlarni posiedzieć.
"Odważę się?"
Owszem. Prawą ręką trzyma mocno drzwi do boksu, żeby się nie otworzyły, a jego palec drży, kiedy niezdarnie włącza lewą ręką latarkę w komórce. Trzyma ją blisko drzwi, żeby światło jak najmniej się rozpraszało.
"To jakby trafić do przedsionka piekieł!"
Ktoś wyrył na drzwiach boksu nazwisko i wiadomość. Tak nisko i w tak ciemnym miejscu, że nikt tego nie zauważył, mimo że mieszkańcy bardzo się starali jak najlepiej posprzątać. John fotografuje i czyta napis, który wygląda tak, jakby został zrobiony czymś cienkim. Świeci na podłogę. I wtedy ją zauważa.
W szczelinie między boksem a podłogą leży zwyczajna wsuwka do włosów. Podniszczona i powyginana. Ktoś, kogo porwały te świry, miał we włosach wsuwkę, której nie znaleźli - stała się ona ostatnią nadzieją tej osoby na opowiedzenie światu, co się z nią stało. John z trudem przełyka ślinę, łzy cisną mu się do oczu. Znów czyta:
"Katja Persson. 800314-4120. Oni zjadają ludzi".
John właśnie ma zrobić kolejne zdjęcie, kiedy telefon wibruje mu w ręce, co w tej szczególnej chwili przeraża go tak, że prawie upuszcza komórkę na podłogę. Łapie ją jednak w ostatniej chwili.
Naciska przycisk aparatu, gasi latarkę i wstaje. Patrzy w stronę siodlarni. Mężczyzna jeszcze nie wyszedł. Na ekranie widać wiadomość od Renégo Hoffmanna, a kiedy John ją odczytuje, czuje się tak, jakby ktoś go jednym ruchem wypatroszył jak rybę. Jakby jedynym, co mu pozostało w ciele, było wyczerpanie.
"Przyjedź jak najszybciej do szpitala, znalazłem coś bardzo niepokojącego" - napisał patolog.