Truciciele z KGB. Likwidacja wrogów Kremla od Lenina do Litwinienki - Borys Wołodarski


Reflow text when sidebars are open.
Truciciele z KGB Likwidacja wrogów Kremla od Lenina do Litwinienki
Borys Wołodarski
Tłumaczenie: Marcin Kowalczyk
This translation based on an edition published in 2009 by Frontline Books, an imprint of Pen & Sword Books Limited, UK, under the title THE KGB's POISON FACTORY. FROM LENIN TO LITVINIENKO.
Copyright ? Borys Wołodarski, 2009
Copyright for the Polish edition ? by Wydawnictwo RM, 2015
All rights reserved
Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl
Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.
Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.
Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.
ISBN 978-83-7773-286-1 ISBN 978-83-7773-403-2 (ePub) ISBN 978-83-7773-404-9 (mobi)
Redaktor prowadzący: Longina Kalisz Redakcja merytoryczna: Małgorzata Zarębska Redakcja: Jolanta Kucharska Korekta: Ewa Różycka Projekt okładki: Maciej Jędrzejec Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec
W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl
Jestem głęboko wdzięczny wielu osobom, które pomogły mi w realizacji tego projektu. Rola niektórych z nich była decydująca. Jestem wdzięczny wszystkim, ale pragnę podziękować przede wszystkim mojej żonie, Walentynie. To ona, jak zwykle, była pierwszą recenzentką, wspierała mnie na co dzień, zachęcała do wysiłku i dzieliła się ze mną cennymi pomysłami i uwagami.
Bez Williama Greena, mieszkańca Waszyngtonu i Amerykanina w najlepszym znaczeniu tego słowa, ta książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.
Mój angielski wydawca, Michael Leventhal, zaufał mi i wykazał się zarówno cierpliwością, jak i wyrozumiałością.
Jak to często się dzieje, są także ludzie, których niestety nie można wymienić, ale których opinia i przyjacielska rada były bezcenne, pozwalając mi zrozumieć procesy zakulisowe. Dziękuję wam, Jimie i Richardzie, za podzielenie się ze mną ogromną wiedzą.
Po wydaniu książki Wojny szpiegów Tennent H. (Pete) Bagley zgodził się poświęcić mi czas i wysiłek, czytając i poprawiając mój tekst. Moja wdzięczność wobec Pete'a nie zna granic, a wszelkie błędy, które pozostały, wynikają wyłącznie z mojej winy.
Dziękuję także Alexowi Goldfarbowi i Marinie Litwinienko za wiele godzin, które spędziliśmy wspólnie na omawianiu całej sprawy.
Wiele pomogli mi także dwaj dziennikarze i autorzy, Steve LeVine i Pete Earley. Ogromnym wsparciem służyli mi także dwaj wybitni historycy (i ich przyjaciele): profesor Paul Preston z London School of Economics oraz profesor Angel Vi?as z Uniwersytetu w Madrycie (Complutense).
Kolejny dobry przyjaciel, Paolo Guzzanti, poseł do parlamentu włoskiego i w przeszłości przewodniczący Komisji Mitrochina, pomógł mi otworzyć wiele drzwi i zrozumieć włoskie wątki historii Litwinienki, a także ludzi i wydarzenia. Pal Salamon z Otwartych Archiwów Społecznych w Budapeszcie przesłał mi wiele dokumentów związanych ze sprawą Lapusnyika. Aleksandra Bajka udostępniła materiały z najnowszego filmu dokumentalnego polskiej telewizji TVN, który rzuca nowe światło na życie i śmierć Nikołaja Artamonowa. Max Fisher z Windfall Films z Londynu przekazał mi materiał wideo dotyczący sprawy Markowa, widzianej ze współczesnej perspektywy. Bardzo dziękuję także Michaelowi Mannowi, znanemu hollywoodzkiemu reżyserowi filmowemu, scenarzyście i producentowi, a także jego asystentce, Marii Norman, za wszystko, co dla mnie zrobili.
Na duchu nieustannie podnosiły mnie zainteresowanie, zachęta i humor wszystkich wymienionych osób, które okazywały mi nieprzerwanie przez długie miesiące badań i pisania. Bez Was nie byłbym w stanie tego zrobić!
Dziękuję Wam!
W lutym 1997 roku Konstantin Buszłanow, ówczesny dyrektor biura Aerofłotu w Wiedniu, zadzwonił do mojej żony z prośbą o przysługę. Pewien VIP - Buszłanow nie wyjawił wtedy jego nazwiska - miał wkrótce przylecieć z Moskwy. Czy Walentyna byłaby tak miła i korzystając ze swojej wiedzy i kontaktów, zechciałaby polecić dyskretny, luksusowy hotel w austriackich Alpach, gdzie tenże VIP, wraz z całą rodziną, mógłby spędzić wspaniały i jakże zasłużony urlop narciarski?
Powód, dla którego pytanie to skierował do mojej żony, był prosty. Kilka miesięcy wcześniej zaczęliśmy bowiem wydawać magazyn zatytułowany "Business Lunch". Zamierzaliśmy za jego pośrednictwem edukować i przekazywać wskazówki Rosjanom, którzy zdobyli fortuny w ostatnich latach i chcieli wydawać pieniądze za granicą. Nie znali jednak dobrze Zachodu i nie wiedzieli, co kryje się tu pod pojęciem "jakości" w takich sprawach, jak gatunkowe wina, eleganckie posiłki, luksusowej klasy dyskretne hotele czy odzież szyta na miarę. W Londynie czy Paryżu z reguły zatrzymywali się w hotelach z logo Ritz (i nie jest to przytyk do tej sieci), kupowali luksusowe kreacje czy wyposażenie wnętrz znanych projektantów, np. Versace. Większość rosyjskich nuworyszy nosiła biżuterię firm Chopard czy Chanel, które z dumą określały się mianem haut joaillerie. Takie miejsca, jak Savile Row w Londynie czy hotel Widder w Zurychu, nie znajdowały się na ich mapach, a najnowszy salon Ralpha Laurena przy Old Bond Street był jeszcze w budowie. Uznaliśmy więc, że to dobry moment na pozyskanie reklamodawców, przekazując jednocześnie cenne rady czytelnikom naszego magazynu. "Business Lunch" zyskał sporą popularność i nasz magazyn był bezpłatnie dystrybuowany na pokładach samolotów Aerofłotu lecących do i z Wiednia. Stało się to możliwe dzięki uprzejmości Konstantina Buszłanowa. Ten sympatyczny i przyjazny mężczyzna niemal z całą pewnością nie należał do rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, którego rezydenci zajmowali większość stanowisk w biurach Aerofłotu na całym świecie.
Oczywiście pośpieszyliśmy mu z pomocą - moja żona natychmiast odpowiedziała, iż rzeczywiście dysponujemy pewnymi kontaktami i znamy odpowiednie miejsce nieopodal Salzburga. Nasza propozycja została przyjęta i niezwłocznie udaliśmy się na dyskretną rozmowę z Frau Herzog, właścicielką rekomendowanego przez nas hotelu.
Hotel Vital Kobenzl, wznoszący się na szczycie Gaisberg, jawi się jako oaza spokoju i relaksu. To, co wyróżnia go spośród innych luksusowych miejsc tego typu, takich jak choćby nasz ulubiony Schloss Fuschl, oddalony jedynie o dziesięć minut drogi, jest postać Frau Herzog. Ta wybitna przedstawicielka branży hotelowej w rejonie Salzburga potrafi szóstym zmysłem wyczuć odpowiedniego klienta i oprócz zwyczajowych udogodnień oraz zapierających dech w piersi widoków roztaczających się z większości pokoi i hotelowej restauracji oferuje osobistą uwagę tym gościom, którzy są w stanie za to zapłacić - wszystko jednak dyskretnie i bez narzucania się. Z Frau Herzog bez zwłoki więc uzgodniliśmy szczegóły. Kilka dni później jechaliśmy już na lotnisko w Salzburgu, by odebrać naszych gości.
Czteroosobowa rodzina przybyła z Moskwy prywatnym odrzutowcem. Przedstawili się jako Badri, Olga, Roman i Dawid, który miał zaledwie trzy lata. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i dość często odwiedzaliśmy Olgę i jej dwóch synów, zwłaszcza że Badri musiał od czasu do czasu zostawiać ich, wyjeżdżając do Szwajcarii w interesach. Czasem bawiłem się z Dawidem i z tamtych chwil zapamiętałem pewne dziwne rosyjskie powiedzenie, które usłyszałem od niego, gdy pewnego razu pokazałem mu prostą sztuczkę. Chłopczyk, wpatrując się w pustą dłoń, w której jeszcze przed chwilą znajdował się banknot, powiedział z zadumą: "Hm, jakim ty jesteś niegrzecznym dzieckiem, człowieku!".
Oldze Safanowej i jej dzieciom pobyt w austriackich Alpach przypadł do gustu - mieli tu wszystko: narty, spokój i luksus. Badri, czarnowłosy Gruzin tuż po czterdziestce, okazał się niezwykle hojny dla Frau Herzog i ku jej wielkiemu zadowoleniu regularnie korzystał z wyśmienitych francuskich win z jej piwniczki.
Nie wiedzieliśmy wówczas, iż Badri był dyrektorem wykonawczym ORT, głównego kanału telewizji rosyjskiej, który należał wtedy do znanego potentata Borysa Bieriezowskiego. Ani też tego, iż w trakcie regularnych wizyt w Lozannie omawiał z Bieriezowskim, jego najbliższym współpracownikiem, szczegóły planu prywatyzacji Aerofłotu. Ani też tego, że tak naprawdę nazywa się Arkadi (Badri) Patarkaciszwili i wkrótce miał zostać najbogatszym Gruzinem na świecie. W roku 1997, zaledwie osiem lat po wyjeździe z Rosji, niewiele wiedzieliśmy.
Rozdział 1
Dzień 7 grudnia 2006 roku był kiepski. Tajna wiadomość o pogrzebie Aleksandra "Saszy" Litwinienki na londyńskim cmentarzu Highgate dotarła do wąskiego grona osób zaproszonych na tę uroczystość zaledwie na kilka godzin przed nią. Oleg Gordijewski, słynny brytyjski szpieg w wywiadzie zagranicznym KGB (Pierwszy Zarząd Główny KGB), jego towarzyszka, Maureen i ja przybyliśmy do Londynu z naszych domów w Surrey i pojechaliśmy metrem w stronę cmentarza. Zatrzymaliśmy się w pubie na wzgórzu, gdzie Oleg zamówił trzy podwójne giny z tonikiem i taksówkę, która wkrótce przyjechała. Dzień był pochmurny, ale jeszcze nie padało - prawdziwa burza miała zacząć się dopiero później.
W tamtym czasie pracowałem na zlecenie programu Panorama BBC nad filmem dokumentalnym o zamordowaniu Saszy. BBC często nie produkuje programów samodzielnie i tak też było w tym przypadku. Zadanie powierzono prywatnej firmie Blakeway/3BM mieszczącej się w ładnym domu przy Woodstock Grove 32, niedaleko stacji metra Shepherd's Bush. Producent tej firmy, John O'Mahony, zdobył numer mojej komórki i 23 listopada zadzwonił do mnie - na kilka godzin przed śmiercią Litwinienki - z propozycją biznesową. W "Wall Street Journal" przeczytał mój artykuł zatytułowany Russian Venom (Rosyjska trucizna) i zaprosił mnie do swojego zespołu, w którego skład wchodzili on, Fiona Stourton (producent wykonawczy), Piers Vellacott (dyrektor wykonawczy), Peter Norrey (drugi producent) i John Sweeney, reprezentujący program Panorama. Naszym pierwszym zadaniem było przedstawienie pomysłu filmu - gdyby BBC przyjęło naszą propozycję, miałem zostać głównym konsultantem. Zgodziłem się bez wahania. Z Fioną i Johnem O'Mahony'm spotkaliśmy się w barze cygarowym hotelu Connaught w dzielnicy Mayfair, aby omówić fabułę.
Spotkanie odbyło się trzy dni po śmierci Saszy, który umarł w okropnych męczarniach w londyńskim szpitalu University College London Hospital (UCLH). Światowe media wpadły w szał, próbując zdobyć choćby okruch informacji, który można byłoby zaprezentować na pierwszych stronach gazet lub pokazać widzom w najlepszym czasie emisji. Nic dziwnego, że moi rozmówcy postanowili od razu chwycić byka za rogi.
- Kto to zrobił i dlaczego? - padło pierwsze pytanie z ich strony.
Gdybym podejrzewał, że całe to zamieszanie może być pułapką starannie przygotowaną przez wywiad rosyjski, być może zachowywałbym się inaczej. Podejrzenia pojawiły się jednak dopiero później i tamtego wieczoru w Connaught byłem nieprofesjonalnie otwarty, szczerze dzieląc się swoimi przemyśleniami.
- Polityk. Jakiś ważny polityk z kraju NATO, któremu Litwinienko wszedł w drogę. Więc go uciszono - powiedziałem.
Zarówno Fiona, jak i John byli rozczarowani lub przynajmniej tak się zachowywali. Teraz jednak wiadomo, że wydarzenia z listopada 2006 roku wraz z faktem, iż wiedziano o moich związkach z Gordijewskim, którego Rosjanie już wtedy rozpracowali i wiedzieli o jego kontaktach z wywiadem brytyjskim, zapewniły mi stanowisko konsultanta w planowanej produkcji. Mój kontrakt z Blakeway/3BM miał klauzulę wyłączności - bez ich zgody (a konkretnie bez zgody Johna O'Mahony'ego) nie mogłem napisać żadnego artykułu na ten temat. Gdyby ofertę złożyła mi jakaś duża redakcja - możliwość, która leżała poza moją kontrolą - studio raczej wypłaciłoby mi odszkodowanie, niż zezwoliło na publikację takiego artykułu. I rzeczywiście, 3BM dwukrotnie musiało mi zapłacić, gdy odrzuciłem propozycje brytyjskiej i amerykańskiej prasy.
Tydzień przed pogrzebem, 1 grudnia 2006 roku, Sandy Smith, redaktorka reprezentująca program Panorama, złożyła swój podpis pod listem potwierdzającym, iż Blakeway/3BM jest oficjalnym producentem filmu dokumentalnego na temat śmierci Aleksandra Litwinienki, który zostanie nadany na kanale BBC One w najlepszym czasie antenowym na początku 2007 roku. Wszyscy zaangażowani w ten projekt byli zobowiązani do udzielenia studiu pełnej pomocy w realizacji tego ważnego przedsięwzięcia. Czas naglił, a wyzwanie było duże.
* * *
Oleg, Maureen i ja wysiedliśmy z taksówki przy wskazanej bramie. Policja na dystans trzymała setki kamerzystów i fotografów otaczających cmentarz. Poszliśmy przed siebie, minęliśmy dziedziniec i dołączyliśmy do smutnej, niewielkiej grupy żałobników, którzy zebrali się pod drewnianym daszkiem, najwyraźniej spodziewając się deszczu. Wśród nich znajdował się Borys Bieriezowski, którego - wraz z Czeczenem Ahmedem Zakajewem, bliskim przyjacielem Litwinienki - widziałem wtedy po raz pierwszy; Alex Goldfarb, współpracownik Bieriezowskiego, którego poznałem wraz z Litwinienką w Connaught niemal dwa lata wcześniej; Marina Litwinienko, wdowa po Saszy; piękna trzecia żona Borysa, Jelena; Walter i Maksym Litwinienko, ojciec Saszy, który przyjechał na pogrzeb z Rosji, i młodszy brat przyrodni, który przybył z Włoch; a także Andriej Niekrasow, przystojny producent filmowy, którego natychmiast polubiłem i który wkrótce zyskał popularność dzięki filmom dokumentalnym poświęconym życiu i śmierci swojego przyjaciela. Nie zauważyłem wtedy obecności Władimira Bukowskiego, dysydenta i krytyka reżimu Putinowskiego, ani też Gerarda Battena, członka Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa w Parlamencie Europejskim, którzy byli tam wraz z pierwszą żoną Litwinienki oraz ich dwójką dzieci. Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem się również, że w uroczystościach pogrzebowych wzięło udział dwóch Norwegów - Maria Fuglevaag Warsinski, dokumentalistka z Oslo, oraz Ivar Amundsen, niezwykły człowiek, który poświęcił swoje życie, wspierając Czeczenów w ich walce o niepodległość i który był w swoim kraju konsulem honorowym Czeczeńskiej Republiki Iczkerii. Biorąc pod uwagę skład tej grupy, nie powinno dziwić, iż tamtego dnia na londyńskim cmentarzu rozgorzała prawdziwa dyskusja polityczna przerwana sygnałem do rozpoczęcia ceremonii. Gdy weszliśmy na błotnistą drogę, by towarzyszyć Saszy Litwinience w jego ostatniej drodze, rozpadało się na dobre.
7 grudnia 2006 roku, pogrzeb Aleksandra Litwinienki. Od lewej: Jaragi (Jasza) Abdułłajew, ówczesny osobisty asystent Ahmeda; Walter Litwinienko, ojciec Saszy; Ahmed Zakajew. Z tyłu: Ivar Amundsen, honorowy konsul Czeczeńskiej Republiki Iczkerii w Norwegii; Maksym Litwinienko.
Alex Goldfarb wspomina tamte wydarzenia następująco:
Dopiero po dwóch tygodniach władze wydały zgodę na pogrzeb Saszy. Jego ciało stwarzało duże zagrożenie dla otoczenia. Przewieziono je do miejsca znanego tylko wtajemniczonym, a pokój szpitalny poddano dekontaminacji. Patolodzy przeprowadzający sekcję zwłok byli ubrani w kombinezony chroniące przed promieniowaniem. Ciało wydano rodzinie w specjalnej, hermetycznie zamkniętej trumnie, dostarczonej przez HPA[1]. Uprzedzono, że gdyby rodzina chciała je skremować, będzie musiała poczekać dwadzieścia osiem lat (prawie osiemdziesięciokrotność okresu połowicznego rozpadu polonu 210Po), aż natężenie promieniowania obniży się do bezpiecznego poziomu.
Tuż przed pogrzebem Saszy w naszym kręgu doszło do jeszcze jednego sporu. Kiedy omawialiśmy sprawy organizacyjne związane z pogrzebem, Ahmed Zakajew niespodziewanie oświadczył, że Sasza powinien zostać pochowany na cmentarzu muzułmańskim, ponieważ na dzień przed śmiercią przeszedł na islam. Okazało się, że 22 listopada, tuż przed tym, jak Sasza stracił przytomność, Ahmed przyprowadził do szpitala mułłę, który odprawił stosowne obrzędy. Ahmed uważał więc, że Sasza zmarł jako muzułmanin.
Nic nie wiedziałem o mulle i byłem wściekły na Ahmeda. Sasza nigdy nie był religijny, zwierzył mi się nawet, że nie rozumie ludzi wierzących. Zależało mu przede wszystkim na wygraniu krucjaty, którą prowadził, i udowodnieniu swoich racji. To prawda, że często mówił: "Jestem Czeczenem", ale ja też tak mówiłem, a przecież nie stałem się przez to muzułmaninem. Był to wyraz solidarności, a nie wyznanie wiary. Nie wspominając już o tym, że na dzień przed śmiercią Sasza nie bardzo zdawał sobie sprawę, co się wokół niego dzieje.
- Wiem, dlaczego to zrobił - powiedziałem więc Ahmedowi. - Czuł się winny z powodu tego, co Rosja zgotowała Czeczenom, i chciał wykonać stosowny gest. Tak jak Niemiec, który po Holokauście chciałby zostać Żydem. Ale to nie pomoże twojej sprawie. Nie oszukujmy się, biorąc pod uwagę sytuację na świecie, propaganda rosyjska zrobi wszystko, żeby ludzie zapomnieli o morderstwie, a myśleli tylko o zmianie wiary Saszy. Dajesz im do ręki argumenty.
- Wcale nie - zaoponował Ahmed. - Wszystko odbyło się zgodnie z zasadami, więc Sasza jest muzułmaninem.
Ahmed był człowiekiem upartym. Ale właśnie dzięki uporowi Czeczenów Rosjanie nigdy nie wygrają wojny w Czeczenii, chyba że wybiją do nogi całą jej ludność.
- Nie znam się na religijnych konwersjach - powiedziałem - ale znam się na biochemii. Tego dnia Sasza dostał tyle środków uspokajających, że nie mógł myśleć racjonalnie.
- Akty wiary nie mają racjonalnego charakteru - odparł Ahmed.
Przedstawiliśmy sprawę Marinie. Niech ona rozsądzi.
- Każdemu wolno wierzyć, w co chce - orzekła rozsądnie. - Ahmed może kazać odprawić nabożeństwo w meczecie, a my odprawimy swoje w kaplicy.
Marina postanowiła, że Sasza zostanie pochowany na cmentarzu komunalnym.
Ósmego grudnia [sic!], w strugach ulewnego deszczu i asyście policjantów niedopuszczających dziennikarzy, Sasza spoczął na cmentarzu Highgate w Londynie, wśród znanych postaci epoki wiktoriańskiej i kilku ateistów, między innymi Karola Marksa i fizyka Michaela Faradaya[2].
Po pogrzebie otrzymaliśmy niewielkie białe identyfikatory, których nikt nie sprawdzał, a następnie przewieziono nas do Lauderdale House w Highgate, gdzie odbyła się ceremonia pożegnalna.
Gdy chór odśpiewał pierwszy hymn (There is a green hill far away Pittsa), głos zabrał Borys Bieriezowski. Borys był doskonałym mówcą. Był świadom swojego autorytetu i siły, wyraźnych szczególnie w tym towarzystwie i w tej sytuacji. Głos zabrali też inni - Bukowski, Zakajew, Amundsen, Goldfarb i dobry przyjaciel Saszy, Dawid Kudykow - ale żaden z nich nie przemawiał z takim uczuciem, jak Bieriezowski.
Cmentarz Highgate: Borys Bieriezowski, Władimir Bukowski, Andriej Niekrasow, Ahmed Zakajew i inni żałobnicy.
Po ceremonii wsiedliśmy do czekających na nas autobusów, którymi pojechaliśmy do włoskiej restauracji Santini przy Ebury Street, SWI, gdzie przy obiedzie wspominaliśmy Saszę. Chociaż było to niewłaściwe miejsce i niewłaściwy czas, skorzystałem z okazji i po rozmowie z Borysem i Mariną uzyskałem ich zgodę na wywiad do programu BBC. Marina ujawniła mi wtedy istotny szczegół dotychczas niezauważony nawet przez policję i tę kwestię omówiłem z Dawidem, który okazał się gadatliwy i dał mi swoją prywatną wizytówkę.
Po pewnym czasie na stypę przybył Lord Rea, który przeprosił za to, iż nie mógł uczestniczyć w pogrzebie. Jedliśmy, piliśmy i rozmawialiśmy, a ja odnosiłem wrażenie, że ten wieczór symbolizuje raczej początek czegoś niż koniec.
* * *
Zdjęcia zaczęliśmy niemal natychmiast po pogrzebie. Zadzwoniłem do Goldfarba i umówiliśmy się na spotkanie przy Frontline Club w pobliżu dworca Paddington, gdzie w październiku przemawiał Sasza. Miało to związek z zabójstwem Anny Politkowskiej, uznanej niezależnej dziennikarki rosyjskiej, którą Sasza uważał za przyjaciółkę. Jak można się było spodziewać, Sasza zaatakował Putina i Federalną Służbę Bezpieczeństwa Rosji (FSB), w której zresztą kiedyś służył. Litwinienko pracował w zarządzie zajmującym się bezprawnymi działaniami przeciwko osobom, wobec których nie chciano lub nie można było zastosować działań legalnych. Oficjalnie zarząd ten określany w strukturach FSB akronimem URPO miał się zajmować walką z przestępczością zorganizowaną. W praktyce jednak oficerowie tego zarządu często sami wymierzali sprawiedliwość. Dlatego też przemawiając w Frontline Club, mówił jako ekspert. Sam może nikogo nie zabił, ale doskonale wiedział, jak takie sprawy jak Politkowskiej załatwia się w Rosji.
Jak zwykle wywiad z Goldfarbem przyniósł wiele ciekawych informacji, a po nagraniu obaj wróciliśmy do swoich spraw.
W sobotę, 9 grudnia, John O'Mahony poprosił mnie, abym zadzwonił do Ahmeda Zakajewa i poprosił go o udzielenie wywiadu w naszym programie. Ahmed, niezwykle miły i inteligentny człowiek, zgodził się i obiecał, że przyjdzie wraz z Walterem i Maksymem Litwinienkami. John wybrał miejsce spotkania - University Women's Club przy South Audley Square 2 w Mayfair. Ponieważ i tym razem wszystko odbywało się sprawnie, niczego wtedy nie podejrzewałem. Dopiero później przypomniałem sobie, że w rejestrze MI5 ten adres był określany jako sygnał do rozpoczęcia ważnych operacji KGB.
Instrukcja z centrali, czyli siedziby głównej KGB w Jasieniewie, w pobliżu Moskwy, załącznik do dokumentu nr 7180/KR, 29 kwietnia 1985 r.
Sygnały:
Są dwa odpowiednie miejsca do umieszczania sygnałów: pierwsze z nich mieści się przy South Audley Street, drugie w części tuż za tą ulicą. Znajdują się one niedaleko południowej sekcji ambasady amerykańskiej, idąc South Audley Street w stronę Curzon Street.
1. Idź South Audley Street i po pięciu, sześciu przecznicach za Grosvenor Square dotrzesz do Tilney Street. Zatrzymaj się po zachodniej stronie South Audley Street, twarzą do wschodniej strony. Zobaczysz niewielki placyk o nazwie Audley Square, na którym znajduje się garaż dla dużych pojazdów. Po prawej (południowej) stronie tego placu stoi wyróżniająca się lampa uliczna. Na podstawie tej lampy, od strony drogi, na wysokości około metra nad chodnikiem namalowano białą farbą cyfrę 8. Lampę łatwo dostrzec z przejeżdżającego powoli samochodu (a sądząc po typowym ruchu drogowym na tej ulicy, nie da się tu jechać szybko). Pod cyfrą 8 narysowałbym jasnoniebieską kredą znak, który oznaczałby, że tego samego dnia w określonym czasie (załóżmy, że o godzinie 16.00) włożyłbym wiadomość do DLB (ang. dead letter box - skrzynka na zwroty). Będę dawał sygnały tylko w określone z góry dni (powiedzmy, że w każdy czwartek przed godziną 12.00). Po narysowaniu znaku na lampie będę się upewniał, że został on odebrany, a dopiero potem udam się do DLB na Brompton Oratory (nieco ponad kilometr od tego miejsca).
Dołączono: Paczkę zawierającą osiem zdjęć, tajne, DM, Nr 365/KR.
Proszę o zwrot[3].
Powyższa instrukcja stanowiła część tak zwanej operacji nielegałów. Nielegałowie - oficerowie lub agenci KGB, którzy działali pod fałszywymi nazwiskami - należeli do jednej z trzech grup. Pierwsza składała się ze "śpiochów" - ludzi mieszkających na Zachodzie, zazwyczaj prowadzących niewielkie firmy, którzy mieli nieregularne, choć od dawna zaplanowane kontakty z centrali, ale nie prowadzili intensywnych lub żadnych działań operacyjnych. Mieli uaktywnić się tylko podczas wojny. Do drugiej grupy należą aktywni szpiedzy, którzy mieszkają na Zachodzie i tam też rekrutują i prowadzą swoich agentów, spełniają funkcję pośredników, gdy oficer KGB prowadzący sprawę z ambasady nie może sam spotkać się z danym agentem, a także sami zbierają informacje. Trzecia grupa nielegałów to oficerowie pierwszego lub ósmego wydziału Zarządu Nielegałów, którzy zazwyczaj rezydowali w Moskwie. Przeprowadzali oni krótkie wypady za granicę, z reguły w ramach operacji "pod obcą flagą", tj. aby zrekrutować osobę, nie ujawniając jej, która będzie pracować dla Rosji lub KGB, bądź też w celu "zlikwidowania" (zamordowania) kogoś. Po operacji taki nielegał wracał do Moskwy, czasem od razu, czasem dopiero po kilku tygodniach lub miesiącach.
Gdy w grudniu 2006 roku stałem przy tej samej lampie ulicznej, czekając na Ahmeda i jego przyjaciół, nie wiedziałem, że zdjęcia z tamtej operacji KGB, sprzed ponad dwudziestu lat, mogą być wykorzystane ponownie.
Ahmed pojawił się punktualnie - dokładnie o godzinie 15.30 - wraz ze swoim asystentem, którego wszyscy znali jako Jaszę. Towarzyszyli im także ojciec i brat Saszy, którzy już wkrótce mieli opuścić Anglię. Ze wszystkimi trzema przeprowadziliśmy wywiady. Po zakończeniu zdjęć podziękowaliśmy im i jeszcze raz złożyliśmy wyrazy współczucia. Pracę skończyliśmy po godzinie 19.00.
Trzej dobrzy przyjaciele: Sasza, Ahmed i Władimir Bukowski, 2006 rok. Zdjęcie dzięki uprzejmości Mariny Litwinienko.
Wkrótce Gordijewski, którego widywałem codziennie, poinformował mnie, że policja chce z nami porozmawiać. I rzeczywiście, pewnego popołudnia dwoje sympatycznie wyglądających młodych oficerów, którzy przedstawili się jako Michael i Lisa, przybyło do jego domu. Ponieważ interesowali się przede wszystkim metodami operacyjnymi KGB, jako pierwszy na ich pytania odpowiadał Oleg. Gdy skończył, ja zająłem jego miejsce. Obaj jednoznacznie stwierdziliśmy, że śmierć Saszy była rezultatem dobrze zaplanowanej wspólnej operacji Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej (SWR) i FSB, która posypała się tylko dlatego, że w ciele Saszy przypadkiem wykryto polon.
Przekazaliśmy sobie numery telefonów i nadal pomagałem policji podczas prowadzonego przez nią dochodzenia. Nie ma wątpliwości, że zespół złożony z pracowników Wydziału Specjalnego i jednostek antyterrorystycznych londyńskiej policji metropolitalnej, który określano w jej strukturach jako SO1, doskonale poradził sobie ze śledztwem w sprawie zabójstwa Litwinienki. Znaleźli odpowiedzi na najważniejsze pytania: kto popełnił to przestępstwo, w jaki sposób i kiedy.
W środę wieczorem 20 grudnia w hotelu Connaught - mojej bazie udzielania wywiadów, dopóki nie zamknięto go w celu przeprowadzenia renowacji - rozmawiałem z przedstawicielami norweskiej gazety "Dagbladet". Jej redaktor, Morten ?verbye, przeprowadził serię obszernych wywiadów, na których podstawie zamieszczano wiele artykułów na pierwszych stronach.
Wiedziałem, że następny dzień będzie trudny. Po pierwsze, mój wywiad dla BBC miał zacząć się w południe, po drugie, musiałem włączyć do naszego projektu Mario Scaramellę.
Scaramella nie pojawił się w tej historii przypadkiem. Ten młody i zuchwały Włoch uwielbiał wszystko, co wiąże się ze szpiegostwem. Odkąd skończył dziewiętnaście lat, nieustannie starał się tym zajmować. Został doradcą Komisji Mitrochina powołanej przez włoski parlament w latach 2002-2006 do zbadania niezwykłej, a nawet dość dziwacznej sytuacji. Włoski rząd zakazał bowiem swoim służbom bezpieczeństwa dostępu do pewnych dokumentów przekazanych w 1995 roku przez rząd brytyjski. Były to kopie tajnych dokumentów KGB demaskujących ponad 250 rosyjskich agentów wśród włoskiej elity politycznej, biznesowej i finansowej. Agenci byli wszędzie - w prasie, urzędach i sądach. Dokumenty zostały skopiowane i wywiezione do Londynu przez archiwistę KGB Wasilija Mitrochina. Jedynie fragment tych cennych materiałów ujrzał światło dzienne w formie publikacji książkowych, których autorem był historyk brytyjskiego wywiadu profesor Christopher Andrew. Utajniona część tego "Archiwum Mitrochina" została przekazana odpowiednim rządom i ich służbom bezpieczeństwa. We Włoszech za czasów premiera Romano Prodiego niczego nie zrobiono z tymi potencjalnie "wybuchowymi" materiałami. Gdy w maju 1991 roku Prodi został przewodniczącym Komisji Europejskiej, spytano go, jak to możliwe, by dokumenty te tak długo utrzymywano z dala od prokuratorów i prasy. Były premier Włoch odparł, że nigdy o nich nie słyszał. Nigdy nie przeprowadzono żadnego śledztwa w tej sprawie. Najwyraźniej nie był to więc przypadek, że tematem pracy dyplomowej, którą obronił 1961 roku na Katolickim Uniwersytecie w Mediolanie, była rola protekcjonizmu we Włoszech.
W roku 2003 Scaramella został polecony Paolo Guzzantiemu, ówczesnemu senatorowi i przewodniczącemu Komisji Mitrochina, który zezwolił mu na zbieranie dokumentów na potrzeby Komisji. Scaramella udał się do Londynu, gdzie mieszkało wielu byłych agentów KGB i GRU, którzy przeszli na stronę Zachodu. Włoch szybko nawiązał kontakt z Władimirem Riezunem, byłym oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego (GRU), obecnie historykiem i pisarzem, który wydaje pod pseudonimem Wiktor Suworow. To za jego pośrednictwem Scaramella skontaktował się z Litwinienką. Ten z kolei przedstawił go Gordijewskiemu, a także Limariewowi, samozwańczemu ekspertowi do spraw wywiadu rosyjskiego, który przeprowadził się jakiś czas temu z Genewy do niewielkiego miasteczka Cluses w departamencie Górna Sabaudia na granicy francusko-szwajcarskiej. Litwinienko polecił Mario Olegowi Kaługinowi oraz Jurijowi Szwiecowi, byłym oficerom KGB, obecnie mieszkającym w Stanach Zjednoczonych. Z własnej inicjatywy Mario nawiązał kontakty także z kilkoma byłymi i obecnymi oficerami CIA.
Uważam Paolo Guzzantiego za przyzwoitego człowieka i mądrego polityka. Jestem pewien, że nigdy nie poleciłby Scaramelli zbierać kompromitujące materiały na byłego premiera Włoch lub fabrykować jakiekolwiek dowody na związki Prodiego z KGB. Mario z całą pewnością uczynił to z własnej inicjatywy, kierując się pragnieniem uczestnictwa w międzynarodowym śledztwie szpiegowskim. W tej sytuacji Mario musiał podejmować szybkie decyzje i nic dziwnego, że przy okazji popełnił wiele poważnych błędów.
Dzięki swoim znajomościom z byłymi szpiegami rosyjskimi, przedstawicielami służb specjalnych Zachodu, jego odkrycie - dokonane w 2005 roku, kiedy trwała już operacja uśmiercenia Litwinienki - afery z dwudziestoma torpedami nuklearnymi, które miał rzekomo umieścić na dnie Zatoki Neapolitańskiej radziecki okręt podwodny w 1978 roku, wywołało międzynarodowy skandal i położyło kres pracy Scaramelli w Komisji Mitrochina. Włoch stał się solą w oku Moskwy. Najpierw KGB postanowiło zdyskredytować go we włoskiej prasie - "śmierć publiczna" to ulubiony trik tej służby. Następnie różnymi kanałami zaczęto go zastraszać, np. poprzez Limariewa, który powiedział Mario, iż "źródła wywiadu rosyjskiego w Moskwie" poinformowały go o planowanym ataku na niego i senatora Guzzantiego. Ostrzegł Scaramellę, aby zachował najwyższą ostrożność. W końcu - co typowe dla mentalności operacyjnej KGB - postanowiono upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i połączyć doradcę Komisji Mitrochina z operacją przeciwko Litwinience, rzucając podejrzenia na Włocha i w ten sposób podważając pracę komisji. Trzeba przyznać, iż ten plan sprawdził się doskonale.
Limariew namówił Mario na spotkanie z Litwinienką 1 listopada - w dniu, w którym podano Saszy truciznę. Gdy Litwinienko i Gordijewski w wywiadzie dla "La Repubblica" pod koniec 2006 roku oskarżyli Scaramellę o nieczystą grę, postać Włocha "wypłynęła" w światowej prasie i wszystkie brudy zaczęto prać publicznie. Szybko odkryto, że Scaramella nie był naukowcem (nigdy zresztą nie udawał, że nim jest) ani też profesorem, a jego organizacja ECCP[4] z siedzibą w Neapolu, której w latach 2000-2002 był przewodniczącym, była tzw. wydmuszką. Pod koniec listopada i na początku grudnia sytuację pogorszył fakt, iż brytyjscy lekarze znaleźli, co okazało się pomyłką, śmiertelny poziom polonu 210 w ciele Scaramelli.
Mario został natychmiast hospitalizowany, co zwiększyło histerię medialną. Prasa we Włoszech najpierw oskarżyła go o otrucie Litwinienki, a następnie, gdy brytyjska policja oczyściła go ze wszystkich podejrzeń, zarzuciła mu, że wymyślił swoje zatrucie polonem. W chwili, gdy pisałem tę książkę, Marina i Alex Goldfarb wypowiadali się o Mario z podejrzliwością i brakiem zaufania, a Alexander Stille, pisarz z Nowego Jorku, nazwał go a millantatore di credito - osobą, która twierdzi, iż wie i robi o wiele więcej niż w rzeczywistości". Trudno stwierdzić, czy Stille zna Mario na tyle dobrze, by zarzut ten uważać za prawdziwy, ale tuż po uwolnieniu z aresztu domowego w Neapolu Mario Scaramella spotkał się ze mną w Londynie, skarżąc się gorzko, że rosyjskie służby specjalne nadal wskazują go jako podejrzanego. FSB najwyraźniej postanowiło kontynuować swój absurdalny plan i oskarżało go o otrucie swojego przyjaciela, a Bieriezowskiego i brytyjską służbę wywiadu zagranicznego Secret Intelligence Service (SIS) o zlecenie tego zabójstwa.
Oto wypis z 4 grudnia 2006 roku z Oddziału Hematologii UCLH (gdzie przez tydzień przed śmiercią był leczony także Litwinienko):
Mario Scaramella został przyjęty... 1 grudnia 2006 roku. Skierowany został przez Health Protection Agency po wykryciu w próbce moczu znaczącego 210 poziomu polonu. Pierwsze wyniki badań sugerowały potencjalną dawkę 2 Gy w szpiku kostnym, 9,5 Gy w nerkach, 4,9 Gy w wątrobie i 1,2 Gy w okrężnicy (dawka śmiertelna - BW). Pacjenta przyjęto w celu oceny stanu klinicznego i monitorowania wszelkich objawów zatrucia polonem. Jednakże ponowne przeliczenie wyników badań oryginalnej próbki moczu wskazało znacząco niższe dawki napromieniowania i 2 grudnia pobrano drugą 24-godzinną próbkę moczu. Badania tej próbki wykazały poziom polonu, jaki można znaleźć u wielu członków zwykłej populacji. Scaramella czuł się dobrze przez cały okres przebywania na oddziale i wszystkie badania - krwi i prześwietlenie klatki piersiowej - nie wykazały żadnych odchyleń od norm.
W związku z powyższym podjęto decyzję o wypisaniu Scaramelli z oddziału. Uważamy, iż ekspozycja na polon nie spowoduje u niego żadnych bezpośrednich i długofalowych następstw. Nie stanowi żadnego zagrożenia w kontaktach z innymi. Jest zdrowy pod względem klinicznym i wyniki badań krwi mieszczą się w normach[5].
Otrzymałem zadanie przyprowadzenia Mario Scaramelli 21 grudnia 2006 roku w miejsce wybrane przez członków ekipy na wywiad, który miał przeprowadzić doświadczony reporter BBC, John Sweeneya. Miejscem tym był stary, ale sympatyczny hotel Cedar House w Cobham w hrabstwie Surrey znany z restauracji Riverside Grill.
Najpierw jednak to ja miałem udzielić wywiadu. Z całą pewnością rozczarowałem obu Johnów (O'Mahony'ego i Sweeney), odmawiając pokazania swojej twarzy. Zgodziłem się jedynie usiąść przed kamerą w półmroku. Po krótkiej dyskusji musieli zaakceptować mój warunek, gdyż moim zdaniem był to niezbędny środek ostrożności. Nadal uważam, że była to bardzo mądra i trafna decyzja.
Nagranie trwało dwie i pół godziny, z czego w filmie umieszczono około 45 sekund. O godzinie 15.00 odebrano z dworca Mario i przewieziono go do Cedar House. Po zakończeniu wywiadu z nim, około 19.00, obaj pojechaliśmy do Gordijewskiego, który mieszkał w pobliskiej miejscowości.
Oleg postanowił zabawić się w detektywa i zaczął ostro przesłuchiwać Mario. Włoch zmęczony i przygnębiony ostatnimi wydarzeniami początkowo potraktował to poważnie. Jednak po otwarciu butelki czerwonego wina atmosfera się zmieniła i wszyscy zgodnie przyznaliśmy, że Mario to porządny facet, który przypadkowo dał się w to wmieszać. Po drugiej butelce wina Scaramella przekazał Gordijewskiemu dokumenty dowodzące jego niewinności i wkrótce opuścił spotkanie.
Nadeszło Boże Narodzenie i Nowy Rok 2007, ale nie wydaje mi się, aby ktokolwiek z naszego "bliskiego kręgu" był w nastroju do świętowania.
Zdjęcia do filmu ciągnęły się do poniedziałku, 15 stycznia. W tym czasie John O'Mahony spędził tydzień w Moskwie. Nie po raz pierwszy zresztą - żona Johna jest Rosjanką i John lubi tam jeździć. Gdy wszystko już było gotowe, poinformowano mnie, iż zostanę zaproszony na pokaz przedpremierowy. Emisję filmu, zatytułowanego How to Poison a Spy (Jak otruć szpiega), zaplanowano na 22 stycznia, w najlepszym czasie antenowym o godzinie 20.30 w programie BBC Panorama.
Nie zostałem jednak zaproszony na pokaz przedpremierowy. Film obejrzałem wspólnie z Olegiem i Maureen w domu Gordijewskiego. To, co zobaczyłem, znacznie wykroczyło poza moje najgorsze oczekiwania. Wytężona dwumiesięczna praca poszła na marne i została głęboko zakopana w rosyjskim śniegu.
Przypisy
[1] Health Protection Agency - Agencja Ochrony Zdrowia (przyp. tłum.).
[2] Goldfarb A., Litwinienko M., Śmierć dysydenta. Dlaczego zginął Aleksander Litwinienko?, Wydawnictwo Magnum, Warszawa 2007, tłum. Władysław Jeżewski.
[3] Andrew Ch., Gordijewski O., Instructions from the Centre: Top Secret Files on KGB Foreign Operations, 1975-1985, Hodder & Stoughton, Londyn 1991.
[4] Environmental Crime Prevention Programme - Program Zapobiegania Przestępczości przeciwko Środowisku Naturalnemu.
[5] Ten dokument nigdy nie został upubliczniony. Z prywatnego archiwum autora.