Tropizmy - Nathalie Sarraute

Kup ebooka

16.22 zł
13.46 zł (13,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Proza 43

Nathalie Sarraute: Tropizmy

Przekład: Szymon Żuchowski

Redakcja: Anna Krzywania, Tomasz Swoboda

Korekta: Anna Krzywania

Zdjęcie na okładce: Marcin Niewirowicz

Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Original title: Tropismes

Copyright ? 1957 by Les Editions de Minuit

Copyright ? by Marcin Niewirowicz, 2016

Copyright ? by Szymon Żuchowski

Copyright ? by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

Sokolnicza 5/37, 53-676 Wrocław

tel. 71 346 01 42, poczta@biuroliterackie.pl

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-48-6

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

II

Odrywali się od szafy z lustrem, w której się właśnie przeglądali. Podnosili się na łóżkach: "Obiad na stole, obiad na stole!" - mówiła. Gromadziła przy stole rodzinę; wszyscy chowali się w swoich jamach, samotni, gniewni, wyczerpani. "Co z nimi nie tak, że wiecznie wyglądają na udręczonych?" - zastanawiała się, rozmawiając z kucharką.

A rozmawiała z kucharką godzinami, krzątając się przy stole, ciągle się krzątając, przygotowując dla nich napoje i dania, mówiła, krytykowała ludzi, którzy ich odwiedzali, przyjaciół: "A włosy tej i tamtej ściemnieją i będą jak u jej matki, całkiem proste; takim to dobrze, co nie potrzebują trwałej". "Pani ma piękne włosy - odpowiadała kucharka - są gęste, są piękne, mimo że się nie kręcą". "A ten i tamten, jestem pewna, że nie daruje ci ani grosza. Skąpcy, sami skąpcy, a mają pieniądze, mają, to wstrętne. A odmawiają sobie wszystkiego. Ja tego nie rozumiem". "A przecież - mówiła kucharka - przecież tego ze sobą nie zabiorą. A ich córka, wciąż nie ma męża, nie jest taka ostatnia, ma piękne włosy, nosek i ładne stópki". "Tak, piękne włosy, to prawda - mówiła - ale nikt jej nie lubi, wie pani, nie podoba się. Ha, to doprawdy zabawne".

Czuł, że z kuchni dobiega ta myśl, mierna, brudna i drepcząca, drepcząca ciągle w miejscu, ciągle w miejscu, kręcąca się w kółko, w kółko, jakby mieć zawroty głowy, ale nie móc się zatrzymać, jakby mieć mdłości, ale nie móc się zatrzymać; jak obgryzamy paznokcie, jak odrywamy po kawałeczku skórę, kiedy się łuszczy, jak drapiemy się, kiedy mamy pokrzywkę, jak wiercimy się w łóżku podczas bezsenności, żeby sprawić sobie przyjemność i przykrość, wymęczyć się i stracić dech w piersiach...

"Ale może dla nich to było co innego". Właśnie o tym myślał, leżąc na łóżku i nasłuchując, podczas gdy ich myśli jak lepka ślina przenikały do niego i przyklejały się, wyściełały go od środka.

Niczego nie dało się z tym zrobić. Niczego. Nie dało się tego uniknąć. Wszędzie, w niezliczonych, "zdradliwych" postaciach ("Zdradliwe dzisiaj to słońce - mówiła dozorczyni - zdradliwe, można się rozchorować. Tak jak mój biedny mąż, choć tak o siebie dbał..."), wszędzie, pod pozorami czystego życia, chwytało cię to przed stróżówką, kiedy odbierałeś telefon, jadłeś śniadanie z rodziną, zapraszałeś znajomych, odzywałeś się do kogokolwiek.

Trzeba było odpowiadać i delikatnie zachęcać, i przede wszystkim, przede wszystkim nie dać im odczuć, ani przez chwilę nie dać im odczuć, że ma się wrażenie bycia innym. Poddawać się, poddawać, ulegać: "Tak, tak, tak, to prawda, oczywiście" - to należało im mówić i patrzeć na nich z sympatią, z czułością, bo jak nie, to rozdarcie, rozerwanie, coś nieoczekiwanego i gwałtownego, co nigdy dotąd się nie zdarzyło i będzie przerażające.

Wydawało mu się, że zaraz, w nagłym porywie sprawczości, mocy, z ogromną siłą zrzuci ich z siebie niczym stare gałgany, zemnie, rozerwie, zniszczy do cna.

Wiedział jednak, że to prawdopodobnie mylne wrażenie. Zanim zdołałby na nich natrzeć - kierowani jasnym instynktem, instynktem obronnym, naturalną żywotnością, która dawała im tę niepokojącą siłę - zwróciliby się przeciwko niemu i, za jednym zamachem, ani by się obejrzał, zatłukli.

III

Przybyli tu, żeby zamieszkać przy małych, spokojnych uliczkach za Panteonem od strony rue Gay-Lussac albo rue Saint-Jacques, w mieszkaniach wychodzących na ciemne dziedzińce, ale całkiem przyzwoitych i z wygodami.

Właśnie to mieli tutaj do dyspozycji, to i wolność robienia tego, co chcą, chodzenia tymi skromnymi uliczkami, jak chcą, w dowolnym ubraniu, z dowolną miną.

Nie wymagano od nich żadnego konkretnego stroju, żadnego kontaktu z innymi, żadnych uczuć, żadnych wspomnień. Proponowano im egzystencję tyleż surową, co bezpieczną, egzystencję podobną do poczekalni dworcowej na opustoszałym przedmieściu, w gołej, szarej, chłodnej poczekalni z czarnym piecem na środku i drewnianymi ławkami pod ścianą.

I byli zadowoleni, podobało im się tutaj, czuli się prawie jak u siebie, układało im się z panią dozorczynią, z mleczarką, ubrania zanosili do najdokładniejszej i najtańszej pralni w okolicy.

Nigdy nie próbowali wracać pamięcią do wsi, gdzie kiedyś mieszkali, nie próbowali nigdy odszukać barwy ani zapachu miasteczka, w którym dorastali, nigdy nie pojawiało się w ich myślach podczas spaceru ulicami nowej dzielnicy, kiedy oglądali witryny sklepowe, kiedy przechodzili przed stróżówką i grzecznie witali się z dozorczynią, nigdy nie budziło się w nich wspomnienie kawałka muru tętniącego życiem ani płyt dziedzińca, twardych i przyjemnych w dotyku, ani łagodnych stopni, na których siadywali jako dzieci.

Na schodach domu spotykali czasem "lokatora z dołu", nauczyciela z liceum, który o czwartej wracał ze szkoły z dwojgiem dzieci. Wszyscy troje mieli długie głowy z wodnistymi oczyma, lśniące i gładkie jak wielkie jaja z kości słoniowej. Drzwi ich mieszkania uchylały się na chwilę, żeby ich wpuścić. Widać było, jak stawiają stopy na filcowych dywanikach przy wejściu - i oddalają się w ciszy, sunąc w głąb ciemnego korytarza.