II
Odrywali się od szafy z lustrem, w której się właśnie przeglądali. Podnosili się na łóżkach: "Obiad na stole, obiad na stole!" - mówiła. Gromadziła przy stole rodzinę; wszyscy chowali się w swoich jamach, samotni, gniewni, wyczerpani. "Co z nimi nie tak, że wiecznie wyglądają na udręczonych?" - zastanawiała się, rozmawiając z kucharką.
A rozmawiała z kucharką godzinami, krzątając się przy stole, ciągle się krzątając, przygotowując dla nich napoje i dania, mówiła, krytykowała ludzi, którzy ich odwiedzali, przyjaciół: "A włosy tej i tamtej ściemnieją i będą jak u jej matki, całkiem proste; takim to dobrze, co nie potrzebują trwałej". "Pani ma piękne włosy - odpowiadała kucharka - są gęste, są piękne, mimo że się nie kręcą". "A ten i tamten, jestem pewna, że nie daruje ci ani grosza. Skąpcy, sami skąpcy, a mają pieniądze, mają, to wstrętne. A odmawiają sobie wszystkiego. Ja tego nie rozumiem". "A przecież - mówiła kucharka - przecież tego ze sobą nie zabiorą. A ich córka, wciąż nie ma męża, nie jest taka ostatnia, ma piękne włosy, nosek i ładne stópki". "Tak, piękne włosy, to prawda - mówiła - ale nikt jej nie lubi, wie pani, nie podoba się. Ha, to doprawdy zabawne".
Czuł, że z kuchni dobiega ta myśl, mierna, brudna i drepcząca, drepcząca ciągle w miejscu, ciągle w miejscu, kręcąca się w kółko, w kółko, jakby mieć zawroty głowy, ale nie móc się zatrzymać, jakby mieć mdłości, ale nie móc się zatrzymać; jak obgryzamy paznokcie, jak odrywamy po kawałeczku skórę, kiedy się łuszczy, jak drapiemy się, kiedy mamy pokrzywkę, jak wiercimy się w łóżku podczas bezsenności, żeby sprawić sobie przyjemność i przykrość, wymęczyć się i stracić dech w piersiach...
"Ale może dla nich to było co innego". Właśnie o tym myślał, leżąc na łóżku i nasłuchując, podczas gdy ich myśli jak lepka ślina przenikały do niego i przyklejały się, wyściełały go od środka.
Niczego nie dało się z tym zrobić. Niczego. Nie dało się tego uniknąć. Wszędzie, w niezliczonych, "zdradliwych" postaciach ("Zdradliwe dzisiaj to słońce - mówiła dozorczyni - zdradliwe, można się rozchorować. Tak jak mój biedny mąż, choć tak o siebie dbał..."), wszędzie, pod pozorami czystego życia, chwytało cię to przed stróżówką, kiedy odbierałeś telefon, jadłeś śniadanie z rodziną, zapraszałeś znajomych, odzywałeś się do kogokolwiek.
Trzeba było odpowiadać i delikatnie zachęcać, i przede wszystkim, przede wszystkim nie dać im odczuć, ani przez chwilę nie dać im odczuć, że ma się wrażenie bycia innym. Poddawać się, poddawać, ulegać: "Tak, tak, tak, to prawda, oczywiście" - to należało im mówić i patrzeć na nich z sympatią, z czułością, bo jak nie, to rozdarcie, rozerwanie, coś nieoczekiwanego i gwałtownego, co nigdy dotąd się nie zdarzyło i będzie przerażające.
Wydawało mu się, że zaraz, w nagłym porywie sprawczości, mocy, z ogromną siłą zrzuci ich z siebie niczym stare gałgany, zemnie, rozerwie, zniszczy do cna.
Wiedział jednak, że to prawdopodobnie mylne wrażenie. Zanim zdołałby na nich natrzeć - kierowani jasnym instynktem, instynktem obronnym, naturalną żywotnością, która dawała im tę niepokojącą siłę - zwróciliby się przeciwko niemu i, za jednym zamachem, ani by się obejrzał, zatłukli.