Tropem miłości - Izabela M. Krasińska

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wtedy, 1991 rok

Trzy­mał się do mo­mentu, w któ­rym do ko­ścioła we­szło czte­rech męż­czyzn ubra­nych iden­tycz­nie. Or­ga­ni­sta za­in­to­no­wał pieśń Przy­bądź­cie z nieba, a pra­cow­nicy za­kładu po­grze­bo­wego pod­nie­śli trumnę i ru­szyli po­woli w stronę wyj­ścia.

Aniel­ski or­szak niech twą du­szę przyj­mie

Unie­sie z ziemi ku wy­ży­nom nieba

A pieśń zba­wio­nych niech ją za­pro­wa­dzi

Aż przed ob­li­cze Boga Naj­wyż­szego

Mi­ko­łaj usły­szał, jak ktoś sto­jący bli­sko niego za­czął gwał­tow­nie szlo­chać. Spoj­rzał w bok i na­gle do­tarło do niego, że to on pła­cze. Zu­peł­nie nie po­tra­fił za­pa­no­wać nad po­to­kiem łez, które wy­pły­nęły z jego oczu. Tłu­mione przez dłuż­szy czas emo­cje te­raz za­ata­ko­wały ze zdwo­joną siłą. Chło­piec spu­ścił głowę, za­wsty­dzony swoją sła­bo­ścią, i za­czął go­rącz­kowo prze­trzą­sać kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu chu­s­teczki.

- Pro­szę, ko­cha­nie. Nie wstydź się, masz prawo pła­kać - usły­szał na­gle nad sobą ko­jący głos, tak po­dobny do głosu mamy.

Cio­cia Wanda po­dała Mi­ko­ła­jowi czy­stą chu­s­teczkę i uśmiech­nęła się do niego krze­piąco. Za­uwa­żył, że sio­stra matki rów­nież miała za­puch­nięte oczy, pod któ­rymi roz­ma­zał się tusz do rzęs.

- Nie bój się, wszystko bę­dzie do­brze - do­dała, ale chło­piec po­krę­cił głową.

W tej sa­mej chwili obok niego wy­rósł oj­ciec. Jego prawa ręka, unie­ru­cho­miona w gip­sie, spo­czy­wała na tem­blaku. Na dłoni u le­wej miał liczne za­dra­pa­nia, po­dob­nie na twa­rzy. Spoj­rzał po­nuro na syna i ski­nie­niem przy­wo­łał go do sie­bie.

- Chodź - mruk­nął, ru­sza­jąc w stronę wyj­ścia z ko­ścioła.

Mi­ko­łaj obej­rzał się na cio­cię Wandę, która szła za nimi ra­zem z mę­żem i dwiema cór­kami. Ko­bieta uśmiech­nęła się smutno do sio­strzeńca, ale kiedy prze­nio­sła wzrok na jego ojca, jej spoj­rze­nie na­tych­miast spo­chmur­niało.

- Mi­ko­łaj - wark­nął To­masz, zer­ka­jąc kar­cąco na syna. - Patrz przed sie­bie.

Chło­piec wy­pro­sto­wał się od­ru­chowo i utkwił wzrok w tłu­mie, który wy­le­wał się po­woli ze świą­tyni. Ża­łob­nicy na­dal śpie­wali o aniel­skim or­szaku, który przy­jął du­szę jego mamy, ale Mi­ko­łaj nie ro­zu­miał do końca słów tej pie­śni po­grze­bo­wej. Wła­ści­wie to nie ro­zu­miał ni­czego z rze­czy, które działy się od kilku dni. Jesz­cze ty­dzień temu mama po­ma­gała mu na­uczyć się wier­sza na pa­mięć, a dziś nio­sło ją w trum­nie czte­rech ob­cych fa­ce­tów w czar­nych gar­ni­tu­rach. Mi­ko­łaj miał już dzie­więć lat, ale po­ję­cia: "nie żyje", "zgi­nęła", "osie­ro­ciła" brzmiały dla niego prze­ra­ża­jąco. Sły­szał je nie­ustan­nie i wie­dział, że do­ty­czą jego mamy, a jed­nak sta­rał się ze wszyst­kich sił nie do­pusz­czać ich do swo­jej świa­do­mo­ści.

Kilka dni wcze­śniej ro­dzice za­wieźli go do babci Teo­dory. Wy­bie­rali się na we­sele ja­kiejś ku­zynki ze strony ojca, która miesz­kała w in­nym mie­ście. Uznali, że dla Mi­ko­łaja taka po­dróż bę­dzie mę­cząca, poza tym udało mu się pod­słu­chać, jak tata mó­wił, że ma­rzy o tym, żeby wresz­cie po­je­chali gdzieś sami, tylko we dwoje. Mama opo­no­wała, ale kiedy oj­ciec wy­szep­tał jej coś do ucha, uśmie­cha­jąc się przy tym szel­mow­sko, zmie­niła zda­nie. Sta­nęło na tym, że Mi­ko­łaj spę­dzi week­end u babci.

- Zo­ba­czysz, Miki, bę­dzie faj­nie. - Star­sza ko­bieta przy­gar­nęła go do sie­bie, wi­dząc, że chło­piec jest bli­ski pła­czu. - Mama i tata jadą tylko na dwa dni, w po­nie­dzia­łek bę­dzie­cie już wszy­scy ra­zem w domu.

Mi­ko­łaj po­pa­trzył z ża­lem na ro­dzi­ców. Mama wpa­try­wała się w niego z po­czu­ciem winy, za to tata zro­bił groźną minę i osten­ta­cyj­nie po­stu­kał pal­cem w ze­ga­rek.

- Alina, mu­simy je­chać, ina­czej spóź­nimy się na ślub Kryśki - mruk­nął. - Mi­ko­łaj, prze­stań się ma­zgaić. Masz już dzie­więć lat i nie je­steś dzi­dziu­siem - skar­cił syna.

- To­mek... - Mama jak za­wsze sta­nęła w obro­nie chłopca.

Wi­dział, że jest jej przy­kro, że mu­szą go zo­sta­wić. Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że Mi­ko­łaj źle znosi roz­łąkę z nimi. Nie miał ro­dzeń­stwa, dla­tego przy­zwy­czaił się, że wszę­dzie to­wa­rzy­szy mu mama albo tata. Rzadko go­dził się na no­co­wa­nie u matki Aliny. Ro­dzice To­ma­sza już nie żyli, po­dob­nie jak dzia­dek Gu­staw, mąż babci Teo­dory. Je­dyna sio­stra mamy miesz­kała w Ka­na­dzie. Mi­ko­łaj nie wie­dział, gdzie to jest, ale wy­obra­żał so­bie, że to bar­dzo, bar­dzo da­leko. Tata miał wpraw­dzie dwóch braci, ale od dawna nie utrzy­my­wał z nimi kon­taktu. Po­dobno po­kłó­cili się o pie­nią­dze po ro­dzi­cach To­ma­sza.

- Je­dziemy - za­ko­men­de­ro­wał star­szy Tar­now­ski. - Prze­stań go tak niań­czyć, bo wy­ro­śnie z niego to­talne zero. - Spoj­rzał ze zło­ścią na żonę, a po­tem prze­niósł wzrok na syna. - Mi­ko­łaj, bądź grzeczny. Za dwa dni po cie­bie przy­je­dziemy.

- Synku, ko­cham cię. - Mama po­ca­ło­wała go w czoło i po­gła­dziła po twa­rzy. Kiedy To­masz chrząk­nął zna­cząco, prze­wró­ciła oczami i od­su­nęła się od syna. - W po­rządku, jedźmy.

To był ostatni raz, kiedy Mi­ko­łaj wi­dział mamę. Tak ją za­pa­mię­tał. Piękną i pach­nącą mie­szanką kwia­to­wych per­fum, mó­wiącą, że go ko­cha, i głasz­czącą go czule po po­liczku. To, co wy­da­rzyło się póź­niej, wo­lałby wy­ma­zać z pa­mięci, uda­wać, że jest zbyt mały i nie ro­zu­mie, że bez­pow­rot­nie stra­cił matkę.

W nie­dzielę rano ktoś za­dzwo­nił do babci. Mi­ko­łaj jadł aku­rat w kuchni na­le­śniki z dże­mem, gdy usły­szał, jak star­sza ko­bieta po­drep­tała do przed­po­koju, pod­nio­sła słu­chawkę i po­wie­działa "halo?". Chwilę mil­czała, a po­tem za­częła krzy­czeć. Mi­ko­łaj ze stra­chu upu­ścił na­le­śnika, który pla­snął na pod­łogę, bru­dząc ją ma­li­nową breją. Chło­piec jesz­cze ni­gdy nie sły­szał, by bab­cia Teo­dora tak wrzesz­czała. Wy­biegł z kuchni i za­marł. Star­sza pani na­dal trzy­mała słu­chawkę w ręku. Wi­dząc prze­ra­żo­nego wnuczka, umil­kła, po czym za­sło­niła usta dło­nią, jakby bała się, że krzyk okaże się sil­niej­szy i znowu wy­do­bę­dzie się z jej gar­dła.

- Bab­ciu, co się stało? - za­py­tał Mi­ko­łaj.

Teo­dora po­krę­ciła głową, po czym opu­ściła drżącą dłoń, ode­tchnęła kilka razy i po­now­nie przy­ło­żyła słu­chawkę do ucha.

- Je­stem - ode­zwała się głu­cho.

Słu­chała tego, co ktoś mó­wił do niej przez te­le­fon, a po twa­rzy spły­wały jej łzy. Co chwilę zer­kała na wnuczka, jakby w oba­wie, że usły­szy coś, czego nie po­wi­nien. W końcu odło­żyła słu­chawkę na wi­dełki i po­pa­trzyła na Mi­ko­łaja.

- Chodź, ko­cha­nie, mu­szę ci coś po­wie­dzieć. Wy­da­rzyła się okropna rzecz. Twoi ro­dzice...

Mi­ko­łaj słu­chał tego, co mó­wiła do niego bab­cia Teo­dora, ale nie ro­zu­miał ani słowa, zu­peł­nie jakby wy­ra­żała się w ob­cym ję­zyku. Pra­gnął, by prze­stała po­ru­szać ustami, by po­zwo­liła mu pójść się po­ba­wić, by mama i tata już po niego przy­je­chali. Pa­trzył na łzy star­szej ko­biety i upar­cie uda­wał, że nie ma po­ję­cia, dla­czego bab­cia szlo­cha. Wy­pie­rał z umy­słu ko­lejne zda­nia, które ar­ty­ku­ło­wała, aż w końcu nie wy­trzy­mał. Za­tkał so­bie uszy i za­czął gło­śno śpie­wać pio­senkę, którą za­wsze roz­po­czy­nały się Smerfy.

Teo­dora cof­nęła się i po­pa­trzyła na wnuka z prze­stra­chem. Mi­ko­łaj za­ci­snął po­wieki i da­lej fał­szo­wał o Gar­ga­melu i świe­cie smer­fów. Mimo że bar­dzo się sta­rał, nie po­tra­fił wy­rzu­cić z głowy tych okrut­nych wy­ra­zów. Wy­pa­dek. Ranni. Le­ka­rze wal­czą. Nie mieli szans. Cze­kamy na wie­ści ze szpi­tala.

- Mi­ko­łaj! - Bab­cia siłą opu­ściła jego ręce, po czym mocno przy­tu­liła do sie­bie wnuczka. - Mu­simy być te­raz bar­dzo dzielni. Mama i tata na pewno do nas wrócą, zo­ba­czysz. Chodź, po­mo­dlimy się za nich. - Matka Aliny wy­tarła łzy i wska­zała Mi­ko­ła­jowi ob­raz Matki Bo­skiej Czę­sto­chow­skiej wi­szący na ścia­nie. - Ona zna ten ból, z pew­no­ścią nas wy­słu­cha.

Mi­ko­łaj ru­szył nie­pew­nie za bab­cią, a kiedy ta się­gnęła po ró­ża­niec i uklęk­nęła przed wi­ze­run­kiem Czar­nej Ma­donny z Dzie­ciąt­kiem, także osu­nął się na ko­lana.

- Wie­rzę w Boga Ojca... - za­częła gło­śno Teo­dora, ale po chwili jej głos prze­szedł w szept.

Mi­ko­łaj pa­trzył na bab­cię, która nie­mal bez­gło­śnie wy­ma­wiała ta­jem­ni­cze dla niego słowa, prze­su­wa­jąc przy tym pa­ciorki ró­żańca za­ci­śnię­tego w dło­niach. Za dwa mie­siące miał przy­stą­pić do Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej, znał więc kilka mo­dlitw i pie­śni, jed­nak te­raz nie po­tra­fił przy­po­mnieć so­bie ani jed­nej. Prze­niósł wzrok na Matkę Bo­ską, która po­zo­sta­wała nie­czuła na słowa Teo­dory. Je­zu­sek, któ­rego trzy­mała w ob­ję­ciach, także nie wy­glą­dał na prze­ję­tego nie­szczę­ściem star­szej ko­biety.

Mi­ko­łaj wstał gwał­tow­nie i po­biegł do po­koju go­ścin­nego, gdzie no­co­wał pod­czas po­bytu u babci. Usiadł w kucki na fo­telu i za­sło­nił twarz dłońmi. Nie wie­dział, co się z nim dzieje. Chciało mu się pła­kać, a jed­no­cze­śnie był wście­kły. Tar­gały nim nie­po­kój i strach, a on nie po­tra­fił nad nimi za­pa­no­wać. Gdzie jest mama? Ona z pew­no­ścią za­ra­dzi­łaby coś na jego cier­pie­nie. Przy­tu­li­łaby go, za­nu­ciła ja­kąś śmieszną pio­senkę, po­czy­tała cie­kawą książkę lub za­pro­po­no­wała, by na­ry­so­wali au­to­bus.

- Mi­kuś, dziecko. - Bab­cia we­szła do po­koju i do­tknęła ra­mie­nia wnuka. - Wiem, że jest ci po­twor­nie ciężko, mnie też. Naj­gor­sze jest to cze­ka­nie...

Obu­dził go dźwięk te­le­fonu. Chło­piec po­de­rwał głowę i uświa­do­mił so­bie, że za­snął w fo­telu. Za oknem na­dal było ja­sno, a on po­my­ślał z ulgą, że to wszystko mu się po pro­stu przy­śniło. Nie było żad­nego wy­padku, a mama i tata za­raz po niego przy­jadą. Ze­rwał się z miej­sca i po­biegł do babci, by opo­wie­dzieć jej, jaki po­tworny kosz­mar go drę­czył.

- Bab­ciu? - Za­trzy­mał się gwał­tow­nie, po­now­nie za­sta­jąc ją z słu­chawką przy uchu. Twarz Teo­dory była kre­do­wo­biała. Ko­bieta opie­rała się o ścianę, jakby miała za chwilę upaść. Na wi­dok wnuczka wy­buch­nęła pła­czem.

- Jak ja mu to po­wiem? - za­łkała w słu­chawkę, po czym rzu­ciła nią na wi­dełki.

Mi­ko­łaj zro­zu­miał, że nie śnił, że wszystko wy­da­rzyło się na­prawdę. Jego ro­dzi­com stało się coś złego, a on nie wie­dział na­wet, gdzie oni są.

- Ko­cha­nie... - Bab­cia wy­cią­gnęła do niego ręce, ale Mi­ko­łaj na­dal tkwił w miej­scu. - Mi­ku­siu, twoja mama... Nie żyje, le­ka­rze nie zdo­łali jej ura­to­wać. Moja có­reczka ode­szła... - Ostat­nie zda­nie wy­mó­wiła szep­tem, po czym ukryła twarz w dło­niach. Z jej gar­dła wy­do­był się bo­le­sny jęk, który prze­szedł w za­wo­dze­nie. Ko­bieta osu­nęła się po ścia­nie, pła­cząc gło­śno.

Mi­ko­łaj pierw­szy raz w ży­ciu po­czuł, czym jest praw­dziwa sa­mot­ność. Słowa babci spo­wo­do­wały, że coś w nim pę­kło, prze­stało funk­cjo­no­wać. Ogar­nął go nie­prze­nik­niony chłód, choć w miesz­ka­niu było przy­jem­nie cie­pło. Po jego twa­rzy nie spły­nęła ani jedna łza, mimo że po­woli do­cie­rało do niego, że stało się coś strasz­nego, nie­od­wra­cal­nego. Nie­spo­dzie­wa­nie przy­po­mniał so­bie baśń o Kró­lo­wej Śniegu, którą nie­dawno czy­tała mu mama. Czy tak wła­śnie po­czuł się Kaj, gdy do oka wpadł mu ka­wa­łek lu­stra? Na­gle wszystko mu obrzy­dło i stało się nie do znie­sie­nia?

Te­raz, gdy szedł wraz z tatą i po­zo­sta­łymi ża­łob­ni­kami na cmen­tarz, czuł je­dy­nie obo­jęt­ność. Uda­wał, że nie za­uważa peł­nych żalu i współ­czu­cia spoj­rzeń, które rzu­cali mu uczest­nicy po­grzebu. Zda­wał się nie sły­szeć tych wszyst­kich wes­tchnień: "Biedny chło­piec, zo­stał mu już tylko oj­ciec!", "Jak to dziecko bę­dzie te­raz żyło bez matki?", "Co za nie­szczę­śliwy dzie­ciak!".

Kiedy pa­trzył na trumnę spusz­czaną na li­nach do grobu, jego ciało prze­szedł dreszcz. Przez chwilę chciał wziąć ojca za rękę, jed­nak w porę się po­wstrzy­mał. Ni­gdy nie byli ze sobą bli­sko, a śmierć mamy tylko to po­głę­biła. I jesz­cze ta roz­mowa babci z cio­cią, którą pod­słu­chał przed ka­plicą po­grze­bową... Teo­dora, za­le­wa­jąc się łzami, wprost oskar­żała zię­cia o to, że przez niego Alina zgi­nęła. Wy­znała Wan­dzie, że ni­gdy za nim nie prze­pa­dała i uwa­żała, że młod­sza córka się przy nim mar­nuje. Nie po­do­bało jej się, jak To­masz trak­tuje synka i żonę, a te­raz Mi­ko­łaj był zdany tylko na niego.

Chło­piec nie wie­dział, co ma o tym my­śleć. Czy mama rze­czy­wi­ście umarła przez tatę? Zda­wał so­bie sprawę, że nie może ni­komu za­dać tego py­ta­nia, a już zwłasz­cza ojcu. Nie miał po­ję­cia, dla­czego To­masz za­wsze był dla niego oschły i tak... obcy. Kiedy ob­ser­wo­wał in­nych ta­tu­siów, czuł bo­le­sne ukłu­cie za­zdro­ści. Tamci oj­co­wie trzy­mali swoje dzieci za rękę, ba­wili się z nimi, ku­po­wali sło­dy­cze i za­bawki, no­sili na ba­rana, pa­trzyli na synka czy có­reczkę z praw­dziwą mi­ło­ścią.

Mi­ko­łaj przy­wykł do tego, że tata zwy­kle spo­gląda na niego z nie­chę­cią i znie­cier­pli­wie­niem. Wo­bec mamy po­tra­fił być miły i czuły, ale wo­bec swo­jego dziecka nie po­tra­fił się zdo­być na naj­mniej­szy ser­deczny gest. Alina za­wsze tłu­ma­czyła sy­nowi, że tata go ko­cha, tylko nie za­wsze umie to oka­zać. Uspra­wie­dli­wiała za­cho­wa­nie męża tym, że ciężko pra­cuje, szybko się de­ner­wuje i ty­sią­cami po­dob­nych wy­mó­wek. Mi­ko­łaj ki­wał głową, by nie ro­bić jej przy­kro­ści, ale szcze­rze wąt­pił w to, że tata go lubi, a co do­piero, że da­rzy ja­kimś sil­niej­szym uczu­ciem. Do­póki była Alina, obaj roz­ma­wiali za jej po­śred­nic­twem. Była ich ko­mu­ni­ka­to­rem i me­dia­to­rem. Te­raz, gdy jej za­bra­kło, zo­stali ska­zani na swoje to­wa­rzy­stwo. Chło­piec bar­dzo bał się mo­mentu, kiedy wrócą z oj­cem do domu. Jak te­raz bę­dzie wy­glą­dało ich ży­cie? A może tata po­zwoli mu za­miesz­kać z bab­cią? Da­lej bę­dzie go trak­to­wał z taką po­gardą czy też wresz­cie okaże mu tro­chę sym­pa­tii?

Od­po­wiedź na­de­szła szyb­ciej, niż Mi­ko­łaj mógł się spo­dzie­wać. Po po­grze­bie naj­bliż­sza ro­dzina ze­brała się w domu Tar­now­skich, by po­wspo­mi­nać Alinę i wes­przeć jej męża oraz synka.

- Przy­go­to­wa­łam wam je­dze­nie na kilka dni. Mi­kuś musi jeść, to istne chu­cherko... - Bab­cia wło­żyła do lo­dówki po­jem­niki z je­dze­niem, uda­jąc, że nie wi­dzi sto­ją­cej tam na­po­czę­tej bu­telki wódki. - To­masz? - Za­mknęła drzwi i po­pa­trzyła uważ­nie na zię­cia. - Może bę­dzie le­piej, je­śli na ja­kiś czas za­biorę Mi­ko­łaja do sie­bie?

Oj­ciec chłopca spoj­rzał na nią gniew­nie.

- Chło­pak zo­staje ze mną, star­czy mu już tego niań­cze­nia. Tak go obie z Aliną roz­pu­ści­ły­ście, że nie zdzi­wię się, jak wy­ro­śnie z niego ja­kieś homo - wark­nął.

W kuchni za­pa­dła ci­sza. Mi­ko­łaj, który sie­dział na krze­śle, spu­ścił głowę i znie­ru­cho­miał. Nie ro­zu­miał, o czym do­kład­nie mó­wił tata, ale do­my­ślał się, że nie było to nic mi­łego. Po­twier­dziła to re­ak­cja babci, która zro­biła się czer­wona na twa­rzy.

- Jak śmiesz mó­wić tak o mo­jej córce, i to chwilę po tym, jak zo­stała po­cho­wana? Przez cie­bie zresztą! - wy­sy­czała star­sza ko­bieta, pa­trząc hardo na zię­cia. Oboje zda­wali się nie za­uwa­żać prze­ra­że­nia w oczach Mi­ko­łaja, który na­dal tkwił nie­ru­chomo przy stole.

- Ty wiedźmo, oskar­żasz mnie o śmierć Ali? - To­masz ru­szył w stronę te­ścio­wej, ale w tej sa­mej chwili drogę za­stą­piła mu Wanda, która nie­spo­dzie­wa­nie zja­wiła się w kuchni.

- Dość! Uspo­kój­cie się oboje! - roz­ka­zała, spo­glą­da­jąc to na matkę, to na szwa­gra. - Wstyd mi za was. Mi­ko­łaj wła­śnie stra­cił mamę, a wy urzą­dza­cie awan­turę na jego oczach? - Jej spoj­rze­nie było pełne wy­rzutu.

Teo­dora i To­masz od­su­nęli się od sie­bie, jakby prze­bu­dzili się z le­targu.

- Wy­no­ście się. Wszy­scy - wark­nął oj­ciec chłopca. - Ni­gdy wię­cej tu nie przy­łaź­cie. To mój dom i moje dziecko. Wy­cho­wam je tak, jak mi się bę­dzie po­do­bało!

Obie ko­biety po­pa­trzyły na niego zszo­ko­wane.

- To­mek... - za­częła po­jed­naw­czo Wanda, ale męż­czy­zna huk­nął pię­ścią w blat.

- Ka­za­łem wam wy­pier­da­lać! Ogłu­chły­ście? - Ru­szył szyb­kim kro­kiem do po­koju, gdzie sie­działa reszta go­ści. - Wszy­scy won z mo­jego domu! Na­tych­miast!

- Zro­bię wszystko, żeby ci ode­brać Mi­ko­łaja. Zmar­nu­jesz mu ży­cie, tak jak zro­bi­łeś to Ali­nie! - rzu­ciła wście­kle Teo­dora, za­nim zięć za­trza­snął jej drzwi przed no­sem.

Kiedy miesz­ka­nie opu­sto­szało, To­masz skie­ro­wał się do kuchni i ukuc­nął przed stru­chla­łym syn­kiem.

- Od tej pory je­ste­śmy tylko my, ja i ty. Nie ma żad­nej babci ani cioci. Mamy też już nie ma i mu­sisz so­bie ja­koś z tym po­ra­dzić. Ja na ra­zie tego nie po­tra­fię... - Męż­czy­zna wstał i wy­jął z lo­dówki na­po­czętą wy­bo­rową. - Jak je­steś głodny, to mo­żesz zjeść te świń­stwa od swo­jej babki. Ja nie za­mie­rzam tego do­ty­kać. Zno­si­łem tę starą cho­lerę tylko ze względu na Alinę, ale te­raz już nie mu­szę - skwi­to­wał, wy­cho­dząc z po­miesz­cze­nia z bu­telką w dłoni.

Mi­ko­łaj sie­dział przy ku­chen­nym stole jesz­cze go­dzinę. Przez ten czas jego oj­ciec zdą­żył wy­pić całą wódkę i za­snąć w fo­telu. Do­piero wtedy chło­piec po­zwo­lił so­bie na płacz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki