Tron królowej Słońca. Tom 1 - Nisha J. Tuli

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Lor

Ta zdzira zwinęła mi mydło. Opróżniłam niewielką drewnianą szafkę, w której trzymałam swoje nieliczne dobra doczesne. Wyświechtana tunika - jest. Para skarpetek - jest. Kilka zniszczonych książek, które czytałam już tyle razy, że praktycznie obróciły się w proch - są. Ale nie ma mydła.

- Zabiję ją - mruknęłam pod nosem, wyrzucając zawartość szafki na wąską pryczę. - Potnę jej twarz, wypatroszę ją od czubka głowy po sam tyłek. I...

- To tylko kostka mydła, Lor.

Znieruchomiałam gwałtownie, a gdy po chwili się odwróciłam, moim oczom ukazał się Tristan. Opierał się o ścianę, krzyżując nogi w kostkach i ręce na piersi. Na oczy opadała mu burza czarnych włosów, a na ustach czaił się uśmieszek.

Mignęło mi przed oczami, co zrobiłam dla tego nieprawdopodobnego luksusu, jakim była kostka mydła. Przesunęłam językiem po zębach, nadal czując kwaśny odór potu zarządcy i... nie będę o tym myśleć.

- To nie jest tylko mydło - syknęłam. - Wiesz, co musiałam zrobić... - Przerwałam, gdy jego uśmiech zniknął. Mój brat zmrużył oczy, opuścił ramiona i zbliżył się do mnie o krok.

Był ode mnie wyższy o ponad głowę, umięśniony i szczupły, a pomimo cieni pod oczami również niewiarygodnie przystojny. I doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

- Co zrobiłaś? Z Kelavą? - spytał.

Spotkałam się spojrzeniem z Willow. Siedziała na swoim łóżku, ustawionym naprzeciwko mojego, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie. W ogromnych ciemnych oczach mojej siostry malowało się to samo udręczenie, które widać było w moich.

- Nic - odpowiedziałam. Ostatnie, czego potrzebowałam, to Tristan usiłujący bronić resztek mojego honoru przed naczelnikiem.

Kelava nie zmusił mnie do niczego nowego. Nie pierwszy raz musiałam na coś tutaj zapracować, a jeśli dzięki temu mogłam dostać to, co pomoże mi przeżyć kolejny dzień w Nostrazie, bez wahania zrobiłabym to ponownie. Tristan miał dobre intencje, ale czasem zapominał, jaki koszt niesie ze sobą życie wewnątrz tych przytłaczających kamiennych murów.

- Lor - powiedział Tristan, a w jego głosie słychać było ostrzeżenie.

- Po prostu daj spokój, dobrze? Lepiej, żebyś nie znał za wiele szczegółów.

Mięsień w jego żuchwie się napiął, a w ciemnych oczach pojawił się błysk. Wiedziałam, że chce mnie chronić, ale czasem powinien po prostu przestać wtykać nos w nie swoje cholerne sprawy.

Willow wstała z łóżka, otrzepała swoją cienką szarą tunikę, jakby to w jakiś sposób miało sprawić, że będzie naprawdę czysta. Całe pomieszczenie zastawione było dziesiątkami podobnych pryczy umieszczonych przy każdej ze ścian. Sufit znajdował się tak nisko, że Tristan musiał się schylać, by nie uderzyć się w głowę. Prycze przykryto pościelą, która być może w jakichś bardzo odległych czasach była biała, a leżące na nich cienkie szare poduszki tak się wysłużyły, że ich obecność w zasadzie nie miała sensu. Przy odrobinie szczęścia mógł ci się trafić luksus w postaci drapiącego wełnianego koca, ale, tak jak moja kostka mydła, był to bardzo rzadki przywilej. Jeśli udało ci się dostać niepodziurawioną sztukę, równie dobrze można cię było nazwać błogosławionym przez Zerrę.

- Chodźmy na śniadanie. Załatwimy ci nowe mydło - powiedziała łagodnie Willow, biorąc mnie pod rękę. Jej zniszczone i wiotkie czarne włosy kończyły się tuż za uszami. Tyle zdążyły urosnąć od ostatniej epidemii wszawicy, kiedy to nas wszystkie ogolono na zero. Przez wiele tygodni przypominałyśmy armię ziemniaków wrzuconych do bezkształtnych szarych worków. Wykrzywiłam twarz w grymasie, przesuwając dłonią po swojej głowie. Podobnie jak włosy mojego rodzeństwa, moje również były kruczoczarne, ale rosły nieco szybciej niż włosy Willow - sięgały już prawie podbródka. Najdłuższe udało mi się zapuścić niemal do połowy pleców, lecz miało to miejsce lata temu, a nawet wtedy były tak suche i łamliwe, że gdy budziłam się rano, moją poduszkę pokrywały kosmyki przypominające kłąb wysuszonych robaków. Teraz są chyba trochę zdrowsze, ale Nostraza od tamtej pory stała się bardziej przeludniona i ogarnięta chorobami, więc wszawica mogła tu wybuchnąć w każdej chwili. To cud, że jeszcze do tego nie doszło.

Kiwnęłam głową, wysuwając ramię spod łokcia siostry. Następnie wcisnęłam swoje rzeczy z powrotem do szafki i trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż zatrzeszczały zawiasy. Nie było w nich zamka - i na tym polegał problem. Tutaj nic tak naprawdę do nikogo nie należało. Wszystko było wypożyczane, włączając w to nasze ciała, a już z całą pewnością nasze dusze. Jedyne, czego jeszcze mi nie zabrali, to umysł, chociaż i to z każdym rokiem coraz bardziej mi groziło.

Podążałam ciemnym, wąskim korytarzem za Tristanem i Willow, a naszą drogę oświetlały migoczące lichtarze. Kamienne ściany połyskiwały od wilgoci. W Nostrazie zawsze było mokro, a ja miałam przekonanie, że niekoniecznie tylko od wody. Dawno temu zawarłam z samą sobą umowę, by nie zastanawiać się zbytnio nad tym, co jeszcze wycieka spomiędzy tych cegieł. Tylko dzięki tym niezliczonym małym oszustwom byłam w stanie przeżyć kolejny dzień.

Przeze mnie spóźnimy się na śniadanie i pewnie niczego nie uda nam się zjeść. Nie będą narzekać ani mnie za to winić, ale i tak w jakiś sposób im to wynagrodzę.

Gdy mijaliśmy kolejną salę sypialną, zajrzałam do środka, wiedząc, że tam śpi moja arcywrogini, Jude. Zastanawiałam się, czy czegoś jej nie ukraść, by wyrównać rachunki. Może moje mydło leżało w jej szafce. Była na tyle głupia, że pewnie schowała je w łatwo dostępnym miejscu. Kiedy się przygotowywałam, by wemknąć się do środka, Tristan złapał mnie za nadgarstek.

- Nie rób tego. Nie warto. - Nasze spojrzenia się spotkały, a wściekłość szturchnęła ciasny kłębek gniewu w mojej piersi, przypominający twardy kamień. Kamień, który nie będzie diamentem.

Tristan tego nie rozumiał. Miał w tej dziurze całkiem sporo przywilejów. Był silny i zręczny jak na więźnia, nie mówiąc już o uroku osobistym, dzięki któremu większość strażników owinął sobie wokół palca. Mówili na niego Książę Nostrazy - i było to prześmiewcze przezwisko, ale Tristan zdawał sobie z tego sprawę i to zapewniało mu nad nimi przewagę.

- Załatwię ci mydło. - Wyraz jego twarzy złagodniał. - Obiecuję.

Nawet jeśli strażnicy faworyzowali Tristana, ich szczodrość nigdy nie przenosiła się na mnie ani na Willow. Nasze więzy krwi dla naszego bezpieczeństwa pozostawały tajemnicą, i chociaż to nie wina Tristana, bywały dni, w których miałam mu za złe, że żyło mu się tutaj łatwiej niż nam. Ale to było niesprawiedliwe z mojej strony. Od samego początku robił wszystko, by chronić nas obie.

- W porządku - odpowiedziałam, siłą woli próbując powstrzymać nieoczekiwane łzy. W brutalny sposób nauczyłam się, jak to robić, jak wciskać je do wewnątrz. Łzy przydają się tylko wtedy, gdy można ich użyć jako broni.

Niektóre dni były trudniejsze od pozostałych.

W brzuchu miałam nieustanną pustkę, a w ustach sucho, jakby były głęboką jaskinią bez choćby jednego źródła wody. Gojące się rany na plecach, które zawdzięczałam biczowaniu otrzymanemu dwa tygodnie temu, nadal bolały mnie przy zbyt szybkim ruchu. Dostałam tę karę, gdy "przypadkowo" wylałam miskę gorącej zupy na kolana wyjątkowo bezlitosnego strażnika. Zasłużył na to, a ja niczego nie żałowałam. Miałam nadzieję, że jaja mu zwiędły i odpadły.

Czułam duszący ciężar każdego z dwunastu lat, które spędziłam w murach tego więzienia. Dwanaście lat za przestępstwo, jakim były moje narodziny. Za to, że nosiłam skazę upadłego dziedzictwa, o które nigdy nie prosiłam, a nawet w pełni go nie rozumiałam.

W każdej sekundzie, w każdej minucie swojego życia byłam skupiona na dniu, kiedy wreszcie się uwolnię. Przeżywałam to w snach, a na jawie nieustannie widziałam przed oczami. Drżąc, czułam, jak przenika mnie to aż do szpiku kości. Wierzyłam, że pewnego dnia stąd wyjdę i odpłacę królowi Zorzy za wszystko, co zabrał. Za wszystko, co zrobił.

Ale nie mogłam po prostu uciec. A nawet gdybym mogła, nie zniknęłabym bez Tristana i Willow. Nie byłoby wolności bez nich dwojga.

Któregoś dnia znajdę sposób, by wydostać stąd nas wszystkich.

Szliśmy dalej korytarzem, a Willow wzięła mnie za rękę i rzuciła mi zmartwione spojrzenie. To ona w naszym zmordowanym trio była tą łagodną. Pomimo nieubłaganej surowości Nostrazy pozostawała motylkiem o miękkim sercu, potrzebującym mojej ochrony. Kisiliśmy się tutaj, a ja robiłam wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo - jak tylko się dało w życiu, w którym mieliśmy mniej niż nic.

Ale wszyscy dbaliśmy o siebie nawzajem i czasem ja również potrzebowałam Willow.

Chwilę później poczułam, jak ktoś chwycił mnie za tyłek, więc obróciłam się z uniesioną pięścią, gotowa wykonać druzgocący cios. Gdy okazało się, że to Aero, warknęłam i zamachnęłam się ręką. Aero zrobił unik, szeroko się uśmiechając, a ja spudłowałam o szerokość włosa.

- No proszę, Lor, tak traktujesz swojego ulubionego współwięźnia?

- Ulubionego? - zakpiłam, po czym się odwróciłam. On jednak objął mnie w talii i przyciągnął do siebie, opierając brodę o zagięcie mojej szyi. Poczułam na niej uśmieszek, który rzucił Tristanowi i Willow.

- Za momencik do was wróci.

Willow zerknęła na mnie, by sprawdzić, czy się zgadzam, a ja przytaknęłam.

- Idę. Zostawcie mi trochę kamieni. - Willow parsknęła, słysząc mój żarcik na temat bułek z kantyny, a Tristan rzucił Aerowi ostrzegawcze spojrzenie.

- Idźcie już - powiedziałam. - Wszystko w porządku.

- Zrób jej krzywdę, a cię zabiję - zagroził Tristan, a ja przewróciłam oczami, uwalniając się z objęć Aera.

Uniósł ręce w górę, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

- Zrozumiano, szefie.

- No idźcie - powiedziałam, a Tristan i Willow odwrócili się, ruszając ponownie korytarzem, a po chwili znikając za zakrętem. Najpierw jednak Tristan rzucił Aerowi jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie.

Gdy tylko odeszli, Aero objął mnie w talii i przycisnął do ściany, a jego usta zaatakowały moje. Był ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy, szczupły i smukły. Zawsze o krok od bycia wychudzonym - nikt w Nostrazie nie otrzymał przywileju posiadania dodatkowego mięsa na kościach.

Jego dłonie przesunęły się po moich pośladkach i tylnej stronie ud. Chwilę później mnie podniosły, a ja zacisnęłam nogi wokół jego bioder. Całowaliśmy się; moje ramiona wiły się wokół jego szyi, a nasze języki i zęby spotkały się w wilgotnym, gorączkowym starciu. Nie byliśmy łagodni ani uroczy, ale w życiu, które spędza się zamkniętym w tych murach, nic takie nie było. Po tylu latach egzystowania w tym miejscu wspomnienie łagodności wydawało się tak odległe i nieosiągalne jak gwiazdy na niebie.

Nasze rozgorączkowane oddechy wypełniły wąski korytarz, a ja byłam wdzięczna, że wszyscy wyszli już na śniadanie. Aero otarł się swoimi biodrami o moje; poczułam na swoim brzuchu jego męskość, twardą i gotową. Moje palce zatopiły się w jego kasztanowych włosach. Aero naparł na mnie, przyprawiając mnie o jęk. Gdy się tu zjawił dwa lata temu, był zawadiackim młodym złodziejem, ale Nostraza ukradła mu tę iskrę życia, tak jak kradnie ją każdemu. Jego jasnoniebieskie oczy, kiedyś psotnie błyszczące, przygasły, gdy zdał sobie sprawę, że tak jak wszyscy, on również tutaj umrze.

W tym piekle niewiele mnie spotkało pięknego, trzymałam się więc tego kurczowo - jego też.

- Spotkajmy się w wieczorem za kuźnią - powiedział, a jego usta nadal były tuż przy moich. Jego dłonie wślizgnęły się pod moją tunikę i powędrowały w górę ciała. Jego palce delikatnie muskały moje blizny. - Potrzebuję cię.

Moją odpowiedź stłumił nacisk jego warg na moje, kiwnęłam więc głową, jęcząc z satysfakcją, gdy jego język omiatał mój. W tym ponurym życiu odrobina rozkoszy była niczym delikatne światło przedostające się przez wąskie szczeliny w ciemności.