Tron Jagiellonów - Szymon Jędrusiak

-
Proszę czekać

Pro­log

PRO­LOG

Zima roku Pań­skiego 1423

Od świtu prze­mie­rzali wyso­ko­pienny nie­pod­szyty grąd, mar­twy od mrozu lodowy gąszcz dębów, buków, gra­bów i jodeł. Do butów przy­mo­co­wali owalne wikli­nowe obrę­cze wypeł­nione ple­cionką z gru­bego rze­mie­nia. Kru­szyli nimi twardą śnieżną pokrywę - raz szarą jak wil­cze futro, to znów skrzącą się milio­nami dia­men­to­wych okru­chów. Na grzbie­tach mieli kożu­chy, a na gło­wach bara­nie czapy. Mimo to zimne powie­trze prze­ni­kało ich na wskroś.

Pro­wa­dził Izbor. Po raz pierw­szy, odkąd zamiesz­kał w osa­dzie, zabrał ze sobą pomoc­nika. Miał jesz­cze dość sił, by napiąć łuk, ale czuł, że sam zdo­by­czy nie oprawi i nie donie­sie do wio­ski. Wie­śniacy uwa­żali go za obcego, patrzyli nań krzywo, mimo to cho­dził wczo­raj od chaty do chaty w poszu­ki­wa­niu ochot­ni­ków. Zdol­nych do rusze­nia na polo­wa­nie zostało nie­wielu. W końcu zgło­sił się Jurand, który teraz trzy­mał się dwa kroki z tyłu. Chło­pak był młody, miał wię­cej sił niż inni. Ucho­dził za spraw­nego cie­ślę, ale słabo znał się na zwie­rzy­nie. Żona kazała mu iść. Źle życzyła Izbo­rowi, miała jed­nak ten sam powód co stary myśliwy, by zapo­mnieć o ura­zach. Był to głód.

Takiej zimy jak ta ludzie tu nie pamię­tali. Od mrozu pękały w lesie drzewa, wymie­rały wychu­dzone zwie­rzęta. Klę­ska zaczęła się już latem, kiedy powo­dzie zalały pola, zagrody i spi­chle­rze. Potem nastała jesz­cze bar­dziej mokra jesień. Poto­piły się krowy i świ­nie wypa­sane w zagłę­bie­niu na gro­dzo­nych leśnych pola­nach. Zapa­sów z zeszło­rocz­nych zbio­rów nie star­czyło. Na domiar złego wielką plagą przy­szły myszy i wyżarły ziarno prze­zna­czone na wio­senny siew. Głód i wil­goć spro­wa­dziły na ludzi naj­roz­ma­it­sze cho­roby.

Nastał marzec, a zima nie odpusz­czała. Świat na kilka dni zasło­niły obfite śnie­życe, po nich zaś, miast odwilży, zapa­no­wały jesz­cze surow­sze mrozy. Żeby prze­żyć, ludzie jedli żołę­dzie i korę.

Córka Izbora była przy nadziei; roz­wią­za­nie powinno nastą­pić wcze­snym latem, mimo to tar­gały nią bóle, jakby już miała rodzić. Stary wie­dział, że jeśli niczego nie upo­luje, jego córka umrze. Umrą też cie­śla, który z nim szedł, jego żona i troje ich dzieci. I może nikt w wio­sce nie prze­żyje. Potrze­bo­wali mięsa, które postawi na nogi męż­czyzn, pozwoli prze­trwać kobie­tom i dzie­ciom.

Szczę­ście im sprzy­jało. Już po godzi­nie natra­fili na poru­szony śnieg. Izbor roz­po­znał miej­sce żeru: zwie­rzęta grze­bały tu kopy­tami w poszu­ki­wa­niu krze­win i poro­stów. Kil­ka­na­ście kro­ków dalej, pod roz­ło­ży­stym sta­rym dębem, męż­czyźni odkryli lego­wi­sko - obszerną podłużną nieckę wyto­pioną w śniegu aż do gołej ziemi.

Jurand spoj­rzał pyta­jąco na Izbora.

- Jeleń - orzekł stary.

Wstą­piła w nich otu­cha, żwa­wym kro­kiem ruszyli tro­pem zwie­rzyny.

Ale nie tylko oni wal­czyli o prze­trwa­nie. Lasy, zwłasz­cza w pobliżu ludz­kich osad, prze­mie­rzały stada głod­nych wil­ków, goto­wych rzu­cić się nawet na idą­cych w gru­pie myśli­wych. Izbor niósł łuk myśliw­ski, a Juran­dowi przy­tro­czył do ple­ców małą kuszę na wilki. Teraz kazał mu ją przy­go­to­wać do strzału.

Obawy wkrótce się potwier­dziły. Za pierw­szym pasmem grądu do śla­dów jele­nia dołą­czyły nowe, uło­żone w jed­nej linii - duże, wydłu­żone, przed­nie pazury odci­śnięte w śniegu wyraź­niej niż boczne.

- Wilki - mruk­nął Izbor.

- Widzę jed­nego... - Jurand kuc­nął, by przyj­rzeć się tro­pom.

- Tak idzie wataha. Pierw­szy wilk pro­wa­dzi, a następne sta­wiają łapy w jego śla­dzie.

- Może to ryś?

Izbor pokrę­cił głową. Rysie to koty, cho­wają pazury, gdy idą po śniegu. Stary chciałby się mylić, bo rysie polują samot­nie, ofiarę zako­pują w śniegu albo wcią­gają na drzewo. Rysiowi mogliby pode­brać zdo­bycz, a po wil­kach zostaną tylko krwawe strzępy na śniegu.

- Wilki - powtó­rzył.

Szli tak jesz­cze pół mili. Jurand czuł ból w całym ciele. Głód szar­pał nim od środka, mię­śnie drżały. Choć nie był myśli­wym, wie­dział, że nie mają szans z wygłod­nia­łym sta­dem. Dal­sza wędrówka to sza­leń­stwo. Pomrą tu z głodu, a zwie­rzęta roz­szar­pią ich ciała i roz­wloką kości. Ogar­nął go tak silny lęk, że zabra­kło mu tchu, osu­nął się na kolana.

Izbor jed­nak tego nie widział. Parł naprzód, nie odwra­ca­jąc głowy. Ale i on, uszedł­szy jesz­cze pół sta­ja­nia, przy­sta­nął. Chwilę wpa­try­wał się w śnieg wydep­tany wokół mło­dych drze­wek. Potem odwró­cił głowę, poszu­kał wzro­kiem towa­rzy­sza i kilka razy nie­zdar­nie zagar­nął do sie­bie powie­trze gru­bym od futra ramie­niem.

- Bóg nam sprzyja! - zawo­łał, gdy Jurand w końcu się do niego dowlókł. - W tym miej­scu żero­wały sarny. Wilki ponie­chały jele­nia i poszły za sta­dem.

Myśliwy jesz­cze raz pochy­lił się nad tro­pem. Prze­tarł oczy załza­wione od mrozu i ośle­pia­ją­cej bieli. Samiec czy samica? Odci­ski kopyt były tu wyraźne, sze­ro­kie i głę­bo­kie.

- Byk! - oznaj­mił rado­śnie.

Przed wyj­ściem z wio­ski Izbor modlił się o samca, bo taki łup wart był trudu i ponie­sie­nia kary, jeśli kłu­sow­nic­two by się wydało. Mięsa star­czy­łoby dla całej osady. Zosta­łyby też skóra, którą można by dobrze sprze­dać, i poroże.

Liczył także, że uda mu się zdo­być dla córki cudowną kostkę Świę­tego Huberta - chrząstkę z serca jele­nia, w kształ­cie krzyża, która sprosz­ko­wana i podana cię­żar­nym kobie­tom czyni cuda.

Wzmoc­nieni nadzieją szli za tro­pem kilka godzin, aż zna­leźli się na otwar­tej prze­strzeni: sze­ro­kim na dwa sta­ja­nia pasie mokra­deł, teraz usta­lo­nych mro­zem. Zaczęło wiać. Trop wiódł pro­sto do roz­cią­ga­ją­cego się za bagnami gęsto pod­szy­tego, pod­mo­kłego boru, zamknię­tego z trzech stron sze­ro­kim poto­kiem zwa­nym przez tutej­szych Czar­cią Wodą. To prze­klęty las, usiany topie­li­skami i bez­den­nymi mocza­rami, pra­stare cmen­ta­rzy­sko wam­pi­rów, strzyg, upio­rów i róż­nych sił nie­czy­stych. Nawet pod­czas wojen, któ­rych na tych zie­miach nie bra­ko­wało, ludzie woleli zgi­nąć od wro­gich mie­czy, niż chro­nić się w tym plu­ga­wym zakolu. Jak sięga ludzka pamięć, nikt stam­tąd cały nie wyszedł. Kie­dyś kilku śmiał­ków zapu­ściło się na bagna. Wypili kwartę wódki i ruszyli przed sie­bie. Maca­jąc dłu­gimi żer­dziami zdra­dziec­kie wody, parli naprzód. I słuch po nich zagi­nął.

Jurand sły­szał tylko o jed­nym drwalu, który wró­cił. Pobłą­dził zimą, dawno temu. Spę­dził za bagnami całą noc. Ledwo uszedł sto kro­ków - opo­wia­dał po powro­cie - a już się go cze­piały jakieś kosmate ramiona. Ciche wycie nio­sło się tam nisko ziemi jak mgła, krew ska­py­wała z koron drzew do oczu, gdy tylko czło­wiek uniósł głowę, by w nie­bie poszu­kać ratunku. Kilka dni póź­niej rozum mu cał­kiem odjęło i stra­cił mowę.

- Przez bagna nie idę! - wydy­szał cie­śla.

- Las jest gęsty. - Izbor chwy­cił go za ramiona i mocno nim potrzą­snął. - Rogacz prędko będzie nasz! Zrób znak krzyża. Prze­go­nisz czarty. W imię Ojca i Syna...

- Nie pójdę!

Mróz i wiatr prze­mie­niły ich twa­rze w sztywne maski. Bolały, jakby je obito kijami.

- Sam nie wró­cisz. - Izbor mówił z coraz więk­szym tru­dem. Zdrę­twiałe usta odma­wiały posłu­szeń­stwa. - Wybie­rasz śmierć.

Jurand pokrę­cił głową. Chciał jesz­cze coś rzec, ale wydo­był się z niego tylko jęk.

- Idź do dia­bła! - Izbor pchnął mło­dego cie­ślę, tak że ten zato­czył się do tyłu i ude­rzył ple­cami o pień drzewa, a potem wyczer­pany osu­nął się w zaspę.

Myśliwy odwią­zał od butów wikli­nowe obrę­cze. Cisnął nimi w sku­lo­nego pod drze­wem towa­rzy­sza. Ruszył sam przez skute lodem mokra­dła. Pokrywa śniegu była tu cienka, śli­zgał się co kilka kro­ków, z tru­dem utrzy­mu­jąc rów­no­wagę. Musiał jak naj­szyb­ciej poko­nać zamar­z­nięty odci­nek. Wiatr się nasi­lił. Mroźne powie­trze dła­wiło go i paliło w krtani.

Wresz­cie zna­lazł się po dru­giej stro­nie. Uczy­nił znak krzyża i ruszył za tro­pem w głąb boru. Las szybko gęst­niał. To dobrze. Idąc po śla­dach, Izbor domy­ślił się, że jeleń nie­sie obszerny wie­niec. Myle­nie tro­pów, zwo­dze­nie, klu­cze­nie w gęstwi­nie musiało kosz­to­wać byka sporo wysiłku.

Myśliwy zoba­czył zwie­rzę kilka pacie­rzy póź­niej. Dzie­liło ich zale­d­wie kil­ka­na­ście sążni. Olbrzymi pło­wo­brą­zowy samiec z potężną grzywą na karku i roz­ło­ży­stym poro­żem. Dzie­sią­tak! Wysoki w kłę­bie jak naj­więk­szy rumak. Zmę­czony jeleń roz­warł chrapy, zastrzygł uszami i ruszył dalej w głąb boru. Już dawno wyczuł w myśli­wym śmier­tel­nego wroga.

W Izbora wstą­piły nowe siły. Zdjął z ple­ców łuk, z koł­czana dobył strzałę. Zapo­mniał o strzy­gach, czar­tach i dia­błach. Chciał dopaść zwie­rzę, wykroić z niego tyle mięsa, ile zdoła unieść.

Zro­bił kilka szyb­kich kro­ków, gdy nagle ujrzał... pniak. Pozo­sta­łość po świeżo ścię­tym drze­wie. Ścię­tym ludzką ręką, nisko, tuż przy kar­pie. A potem jesz­cze jeden i jesz­cze jeden. Prze­ra­ził się, że postra­dał zmy­sły. Że ma zwidy, że sza­tan zbeł­tał mu umysł.

Chwilę póź­niej wyło­niła się przed nim nie­wielka polana. Kilka razy prze­cie­rał obo­lałe od śnież­nego bla­sku powieki, bo nie mógł uwie­rzyć w to, co widzi.

Na środku polany stała chata.

A raczej niski paster­ski sza­łas wiel­ko­ści budy łazieb­nej, z pochy­łym dachem sty­ka­ją­cym się nie­mal z zie­mią, kry­tym gałę­ziami i korą. Myśliwy obszedł go ostroż­nie, żegna­jąc się co chwila i mam­ro­cząc zdro­waśki. Chata miała tylko jedno okno, od wschodu, zasło­nięte okien­nicą. Wcho­dziło się od połu­dnia.

Stary chwilę stał bez ruchu. Nasłu­chi­wał. Z wnę­trza nie dobie­gał żaden dźwięk. Nad chatą nie uno­sił się dym. W obej­ściu nie dostrzegł świe­żych śla­dów. Niskie, sze­ro­kie, pra­wie kwa­dra­towe drzwi do połowy tonęły w śniegu.

Izbo­rowi prze­szła przez głowę myśl, że skoro chata jest opusz­czona, to może wyko­rzy­sta ją jako scho­wek. Przy­wle­cze tu jele­nia, kawa­łek po kawałku, mięso będzie bez­pieczne przed wil­kami. Kilka razy przyj­dzie po nie z wio­ski, może nawet zabie­rze wąskie sanie, które zmiesz­czą się mię­dzy drze­wami.

Zdjął ręka­wice, wsu­nął palce w wąską szparę pomię­dzy okien­nicą i ścianą i pocią­gnął do sie­bie. Roz­le­gło się krót­kie skrzyp­nię­cie. Pocią­gnął jesz­cze raz, moc­niej. Okien­nice nieco się uchy­liły.

Oparł lewą dłoń o sze­roką deskę tkwiącą nad oścież­nicą, pochy­lił głowę, zaparł się sto­pami głę­boko w śniegu i mocno cią­gnąc do sie­bie, kru­szył lód osia­dły na zawia­sach. Gdy okien­nica roz­warła się już na tyle, że można było zaj­rzeć do środka, pod­niósł wzrok.

Nie od razu zro­zu­miał, co widzi. W załza­wio­nych od mrozu oczach zama­ja­czył straszny obraz. Dopiero po chwili z zaci­śnię­tego gar­dła Izbora wydo­był się ochry­pły krzyk. A potem myśliwy, napie­ra­jąc gwał­tow­nie ramie­niem, zdo­łał zawrzeć okien­nicę. Serce waliło mu jak osza­lałe. Poczuł ukłu­cie w pier­siach. Nie miał siły ucie­kać. Osu­nął się na kolana. Wie­dział, że jeśli upad­nie na twarz, będzie zgu­biony. Ostat­nim wysił­kiem woli przy­warł ple­cami do ściany chatki.

Roz­dział 1

1

Jesień roku Pań­skiego 1413

Ottona Sza­frańca dzie­liło od Lüneburga zale­d­wie kilka mil. Był w dro­dze ósmy dzień. Pie­skowa Skała, Kra­ków, Wro­cław, Ber­lin - okropna wyprawa. Już na Ślą­sku roz­glą­dał się nie­spo­koj­nie. Po prze­kro­cze­niu gra­nicy Rze­szy podró­żo­wał tylko za dnia, naj­bez­piecz­niej­szymi trak­tami, a i tak miał plecy sztywne ze stra­chu. Znał nie­miec­kie drogi bar­dzo dobrze, ale dotych­czas poru­szał się po nich ze zbroj­nym oddzia­łem u boku.

Tym razem nie zabrał nikogo, nawet naj­bar­dziej zaufa­nych ludzi. Nie chciał, by kto­kol­wiek dowie­dział się o tej podróży, a już zwłasz­cza jego stry­jo­wie, Piotr i Jan Sza­frań­co­wie, czy jego ciotka, piękna Kon­stan­cja.

Gdy szary świt prze­szedł w jasny pora­nek, gości­niec zaroił się od podróż­nych. Na hory­zon­cie zama­ja­czyły mury Lüneburga. Otton wresz­cie poczuł się bez­piecz­nie. Ode­tchnął z ulgą.

Ze zmę­cze­nia i nie­wy­spa­nia ledwo trzy­mał się w sio­dle. A za kilka godzin cze­kała go naj­waż­niej­sza roz­mowa w jego mło­dym, bo led­wie dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim, życiu. Ryso­wała się przed nim jasna, wspa­niała przy­szłość, lecz by w nią wkro­czyć, musiał prze­ko­nać do swego planu pewną wpły­wową osobę.

Wiele ryzy­ku­jąc, prze­był taki szmat drogi, by spo­tkać się z Jor­da­nem Ple­sko­wem - do nie­dawna bur­mi­strzem Lubeki oraz, co się z tym ści­śle wią­zało, prze­wod­ni­czą­cym Hanzy, naj­więk­szej orga­ni­za­cji kupiec­kiej świata.

W wyniku poli­tycz­nych intryg swych prze­ciw­ni­ków Jor­dan Ple­skow utra­cił dawną pozy­cję. Wygnany z Lubeki, osiadł tym­cza­sowo w Lüneburgu. Wciąż jed­nak cie­szył się powa­ża­niem naj­więk­szych nie­miec­kich rodów, nie wyłą­cza­jąc ksią­żąt i króla. Wszy­scy bowiem żywili prze­ko­na­nie, że prę­dzej czy póź­niej Ple­skow wróci na szczyt Hanzy.

Otton był jego oczami i uszami w Pol­sce. Znali się od lat. Sza­fra­niec nie tylko sam doryw­czo parał się kupiec­twem, lecz także - z racji pocho­dze­nia i pozy­cji stry­jów - orga­ni­zo­wał innym prze­strzeń do zyskow­nego han­dlu, czer­piąc z tego nie­małe dochody. Z roku na rok sta­wał się dla Ple­skowa, jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych kup­ców Rze­szy, coraz cen­niej­szy, Ple­skow zaś dla Ottona - coraz hoj­niej­szy.

Na wygna­niu Jor­dan Ple­skow zna­lazł się na ubo­czu wiel­kiej poli­tyki, więc jego głów­nym celem stało się utrzy­ma­nie ludzi w prze­ko­na­niu, że warto z nim współ­pra­co­wać. Jak pro­rok cudu, tak on potrze­bo­wał zna­czą­cego suk­cesu, cze­goś naprawdę spek­ta­ku­lar­nego, co pozwo­li­łoby mu odzy­skać utra­cony pre­stiż.

I wła­śnie z takim pomy­słem - eks­cy­tu­ją­cym pro­roc­twem z gwa­ran­cją speł­nie­nia - przy­był do niego Otton Sza­fra­niec.

Wcze­snym ran­kiem Otton sta­nął przed główną bramą opa­sa­nego solid­nym murem Lüneburga. Naj­wi­docz­niej tra­fił na dzień tar­gowy, bo wszę­dzie kłę­biły się tłumy. Gdyby nie oko­licz­no­ści i nie­chęć do zwra­ca­nia na sie­bie uwagi, krzy­kami i kop­nia­kami prze­biłby się jakoś przez tę ciżbę, ale teraz nie pozo­sta­wało mu nic innego, jak posu­wać się powoli w rzece ludzi, koni, bydła i wozów. Trwało to nie­zno­śnie długo, bo straż­nicy sta­ran­nie kal­ku­lo­wali war­tość wwo­żo­nego towaru i od razu nali­czali cło. Smród docho­dzący z fosy opły­wa­ją­cej mury sta­wał się coraz bar­dziej dokucz­liwy.

W końcu Otton zna­lazł się za bramą, gdzie oto­czyła go banda dzie­cia­ków, bosych, czar­nych od brudu niczym smo­la­rze. Każdy chciał mu słu­żyć: coś sprze­dać, zapro­wa­dzić go do noc­le­gowni albo gospody. Opę­dziw­szy się od nich, podą­żył wybru­ko­waną ulicą wio­dącą od bramy na główny plac. Dum­nie pro­wa­dził wierz­chowca, a jego gęste, jasne pukle roz­rzu­cone na ramio­nach przy­cią­gały nie­wie­ście spoj­rze­nia.

Ale nie od razu skie­ro­wał się na rynek. Za kościo­łem św. Michała skrę­cił w prawo w prze­cznicę rów­nie sze­roką jak główny trakt, by odpo­cząć w gospo­dzie, w któ­rej zatrzy­mał się poprzed­nim razem. Dobrze zapa­mię­tał drogę. Kil­ka­na­ście kro­ków dalej nad pół­ko­li­stym łukiem bramy dostrzegł zna­jomy szyld: pod­wie­szoną pro­sto­pa­dle do ściany deskę z nie­zdar­nie nama­lo­wa­nymi łożem i balią.

Mieli wolną izbę. Otton zamó­wił kąpiel, by zmyć z sie­bie smród z podróży, i cyru­lika. Kilka godzin póź­niej czy­sty, gładko ogo­lony, naje­dzony i ubrany w modne obci­słe spodnie i kubrak z suto marsz­czo­nymi ręka­wami ruszył w dal­szą drogę.

Wszyst­kie kamie­nice ota­cza­jące główny plac były wąskie i miały co naj­mniej trzy kon­dy­gna­cje. To zro­zu­miałe: każdy bogaty miesz­cza­nin chciał mieć wyj­ście wprost na rynek. To sprawa pre­stiżu, tak jak dla ryce­rza posia­da­nie zamku. Otton z łatwo­ścią odszu­kał wzro­kiem dom Ple­skowa. Usy­tu­owany we wschod­niej pie­rzei, tuż przy ratu­szu, miał nawet numer wybity w bia­łym mar­mu­rze nad fron­to­wym wej­ściem: czter­dzie­ści cztery. Otton długo się w niego wpa­try­wał. Dobry omen pokrze­pił go na duchu.

Nie­ru­cho­mość nale­żała wcze­śniej do żydow­skiego kupca. Nikt nie rozu­miał uporu, z jakim Ple­skow dążył do jej prze­ję­cia. Urzą­dził praw­dziwy pokaz siły dla miej­sco­wych boga­czy, han­dla­rzy solą, bo głów­nie tym towa­rem tu się obra­cało. Ple­skow udo­wod­nił im, że jest zręcz­nym gra­czem. W zale­d­wie rok, wyko­rzy­stu­jąc prze­wagę finan­sową, a także roz­le­głe kon­takty kupiec­kie i poli­tyczne, dopro­wa­dził Żyda do cał­ko­wi­tej ruiny. Dopiero gdy ten przed nim klę­czał i w poni­że­niu bił pokłony, Ple­skow oka­zał wspa­nia­ło­myśl­ność, kupu­jąc kamie­nicę za jedną trze­cią war­to­ści. A mógł prze­jąć ją za darmo. Żyd opu­ścił Lüneburg zruj­no­wany i upo­ko­rzony lito­ści­wie rzu­co­nym mu ochła­pem.

Otton Sza­fra­niec sta­nął przed potęż­nymi dębo­wymi drzwiami zabez­pie­czo­nymi ozdobną żela­zną kratą. Pomy­ślał, że Ple­sko­wowi naj­wy­raź­niej przy­było wro­gów, bo zaczął dbać o bez­pie­czeń­stwo.

Zako­ła­tał do drzwi.

Otwo­rzyła mu nie­wia­sta w kwie­cie wieku, niska, przy­sa­dzi­sta, z czar­nymi locz­kami nad czo­łem. Otton widział ją po raz pierw­szy. Wydała mu się nazbyt szy­kow­nie odziana jak na słu­żącą. Nie była żoną, bo Ple­skow nie miał żony i nie oże­nił się od ostat­niej wizyty, to ponad wszelką wąt­pli­wość. Nie była też jego kochanką ani sio­strą.

Kobieta zapro­siła przy­by­sza do środka. Powio­dła go przez sień i scho­dami w górę na pierw­sze pię­tro, a potem wpro­wa­dziła do głów­nej kom­naty. Wnę­trze było urzą­dzone nie­zwy­kle skrom­nie. Wzdłuż ścian stały ławy przy­kryte kobier­cami, a pod każdą z nich znaj­do­wała się skrzy­nia. Jak twier­dził Ple­skow, trzy­mał tam naj­cen­niej­sze rze­czy zabrane w pośpie­chu z domu w Lubece. Doraź­ność wystroju była wręcz osten­ta­cyjna. W tej samej izbie Ple­skow przyj­mo­wał ksią­żąt Rze­szy, poka­zu­jąc w ten spo­sób, że na wygna­niu w Lüneburgu zamie­rza pozo­stać krótko. Nie roz­pa­ko­wuje skrzyń, bo prze­cież zaraz będą łado­wane na wozy i pojadą z powro­tem do Lubeki.

Pod oknem stał masywny stół z lśnią­cym dębo­wym bla­tem i nogami w for­mie bogato rzeź­bio­nych bocz­nych ścian. Na pyta­nie o ten detal Ple­skow także miał gotowe wyja­śnie­nie: oto mebel do roz­mów albo posiłku prze­zna­czony tylko dla dwóch osób szcze­rze patrzą­cych sobie w oczy. Każdy, kto zechciałby dosiąść się z boku, ska­załby się na nie­wy­godę.

W ścia­nach pokoju znaj­do­wały się otwarte, wykoń­czone ostrym łukiem wnęki z pół­kami, na któ­rych stały książki. Dzie­siątki, setki ksią­żek. Jak w klasz­tor­nej biblio­tece. Ani jed­nego tale­rza, kubeczka, żad­nego ozdob­nego szkła. Tylko książki.

Roz­warły się drzwi i do pokoju wszedł Jor­dan Ple­skow.

Otton z ulgą skon­sta­to­wał swo­bodny i zara­zem szy­kowny strój gospo­da­rza. Drogi ciem­no­szary aksa­mitny kubrak nie był zapewne jego domo­wym stro­jem, miał raczej wyra­żać sza­cu­nek dla gościa. To dobry znak.

Ple­skow, który lubił Ottona, przy­wi­tał go ser­decz­nie. Ucie­szył się, gdy otrzy­mał list zapo­wia­da­jący nagłą wizytę. Intu­icja pod­po­wia­dała mu, że kryje się za nią coś wyjąt­ko­wego.

Ta sama nie­wia­sta, która wcze­śniej otwo­rzyła Otto­nowi drzwi, poja­wiła się ponow­nie i posta­wiła na stole karafkę z winem i dwie szkla­nice z ozdob­nego szkła.

- Wypijmy za twoją szczę­śliwą podróż! - Gospo­darz wzniósł toast. - Jecha­łeś sam? To nie lada odwaga w tych cza­sach.

Ple­skow wypy­ty­wał gościa o podróż i zdro­wie, dając mu do zro­zu­mie­nia, że go sza­nuje i trak­tuje jak rów­nego sobie. Otton zaś przyj­mo­wał jego aten­cję jako coś oczy­wi­stego, co mu się słusz­nie należy. Wpraw­dzie mająt­kiem nie mógł się rów­nać z Ple­skowem, był też od niego dużo młod­szy, ale prze­cież ród Sza­frań­ców, do któ­rego się zali­czał, zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szał zna­cze­niem patry­cju­szow­ską rodzinę Ple­skowów.

Po wymia­nie obo­wiąz­ko­wych kom­ple­men­tów i uprzej­mo­ści zapa­dła chwila ciszy. Szybko prze­rwał ją gospo­darz:

- Ad rem, przy­ja­cielu! Mów, co cię spro­wa­dza. W liście byłeś bar­dzo tajem­ni­czy.

Otton od razu prze­szedł do sedna, zwra­ca­jąc się do gospo­da­rza w poufa­łym tonie:

- Dostojny panie, chciał­bym cię namó­wić do udziału w pew­nym... przed­się­wzię­ciu. Wiele znoju i duże ryzyko, ale zyski trudne do wyobra­że­nia. Nie spo­sób tego porów­nać z czym­kol­wiek, co razem prze­szli­śmy.

Od samego początku ich zna­jo­mo­ści trak­to­wali się jak przy­ja­ciele, wspól­nicy, nawet w cza­sach, gdy Ple­skow odgry­wał ważną rolę w Han­zie, a Otton dopiero wcho­dził w doro­słe życie.

- Jakież to zyski mnie cze­kają?

- Wła­dza, sława i pie­nią­dze, dużo pie­nię­dzy.

- A cie­bie?

- To samo. Oprócz sławy.

Ple­skow ujął karafkę i napeł­nił obie szkla­nice do połowy.

- Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- To doty­czy mojego kraju. A wła­ści­wie... króla. Ten poga­nin, Litwin, pro­wa­dzi nas na zatra­ce­nie...

Ple­skow wes­tchnął. Otton na to nie zwa­żał.

- Mierzi mnie myśl - mówił dalej - że dyna­stia... uwa­rzona z jego pogań­skiej krwi roz­sią­dzie się na pol­skim tro­nie na wieki. A jeśli nic nie zro­bimy, tak wła­śnie się sta­nie.

- Powie­dzia­łeś: "nic nie zro­bimy"? - Kupiec ze zdzi­wie­niem cof­nął głowę. - A co my możemy zro­bić?

- Zamie­rzam się go pozbyć!

- Jagiełły? I do mnie z tym przy­cho­dzisz? - Ple­skow nie krył zdu­mie­nia i roz­cza­ro­wa­nia. - Wielu już pró­bo­wało. Czemu nie zwró­cisz się do Krzy­ża­ków? - Prze­su­nął szkla­nicę z winem po gład­kim bla­cie w stronę Ottona. - Zadzi­wiasz mnie. Prze­cież twoi stry­jo­wie dostę­pują wiel­kiego zaszczytu, sły­sza­łem, że należą do naj­bliż­szego oto­cze­nia Jagiełły. A i ty zapewne wkrótce zasią­dziesz przy kró­lew­skim stole...

Otton potrzą­snął głową.

- Sprawa jest o wiele bar­dziej zło­żona...

Ple­skow się skrzy­wił.

- Drogi Otto­nie, widzisz... gdy przy­cho­dzą do mnie kupcy i pro­po­nują jakiś inte­res czy, jak to nazwa­łeś, przed­się­wzię­cie, pro­szę, by je opi­sali. Liczą się pierw­sze trzy zda­nia. Jeśli mnie nie zain­try­gują, każę im się wyno­sić. Raus hier! A ty zaczą­łeś fatal­nie... Był­byś już za drzwiami, gdyby nie szcze­gólny afekt, jakim cię darzę. - Ple­skow kla­snął w dło­nie i zmie­nił temat. - Zjesz ze mną wie­cze­rzę.

Do kom­naty znów weszła ta sama nie­wia­sta.

- Berto, możesz poda­wać jadło. I przy­nieś nam wię­cej wina!

Kobieta otwar­cie przy­glą­dała się Otto­nowi, a potem obda­rzyła go uśmie­chem. Zwy­kła słu­żąca na coś takiego by sobie nie pozwo­liła. Otton rów­nież się uśmiech­nął. Berta nie była atrak­cyjna, ale jej śmiałe zacho­wa­nie i błysk w oku przy­pa­dły mu do gustu.

Chwilę póź­niej na stole poja­wiła się gorąca strawa. Zapach­niało imbi­rem i kmin­kiem.

- Mamy dziś potrawkę z kur­czę­cia, praw­dziwe dro­biowe comminée. Świeży kur­czak, mleko mig­da­łowe, kmi­nek, sprosz­ko­wany imbir, białe wino, bulion dro­biowy, odro­bina octu... Berto, co jesz­cze? A! Oliwa, sól i mie­lony pieprz. To na twoją cześć, Otto­nie.

Wziął kęs do ust.

- Wyborne! - Jor­dan wachlo­wał się dło­nią, żeby ostu­dzić gorące mięso w ustach. Po chwili dodał prze­pra­sza­jąco: - Na ogół zacho­wuję maniery przy stole. Wybacz, ale tak poda­nego kur­czaka po pro­stu uwiel­biam. - Upił kilka łyków wina. - Berto! W sosie zosta­wi­łaś ziarna kminku! Co sobie gość o nas pomy­śli!

Uniósł szkla­nicę w kie­runku Ottona.

- Po wygna­niu z Lubeki jakiś czas miesz­ka­łem na wsi. Wtedy pra­wie nie jadłem mięsa. Tam żywe zwie­rzę cen­niej­sze niż mar­twe. Po co jeść kury, skoro można mieć od nich setki jaj. Ale tu, w mie­ście? Jem, ile mogę.

Otton mil­czał. Wpa­try­wał się w Ple­skowa z tak zamy­ślo­nym wyra­zem twa­rzy, że ten w końcu wes­tchnął i powie­dział:

- No dobrze, opo­wiedz o tym swoim... przed­się­wzię­ciu. Nie zno­szę mil­czą­cego kom­pana przy jedze­niu. Tak więc... zamie­rzasz pozbyć się króla. Jak chcesz tego doko­nać? Dla­czego przy­cho­dzisz z tym do mnie?

Otton tylko na to cze­kał.

Mówił przez godzinę. Dopiero gdy skoń­czył, wziął się do udka kur­czę­cia. Cał­kiem osty­gło, a sos kmin­kowo-mig­da­łowy był nie­smaczny.

Roz­dział 2

2

Jesień roku Pań­skiego 1413

Gdy następ­nego dnia Jor­dan Ple­skow otwo­rzył oczy, przez szpary w okien­ni­cach sączyło się już poranne świa­tło. Docho­dziła ósma, czuł to w kościach. Późno, zazwy­czaj budził się wcze­śniej. Wszystko przez wczo­raj­sze pijań­stwo. Wysu­nął się spod koł­dry, a potem prze­krę­ciw­szy się na łóżku, oparł nogi na poduszce. Jego łoże było do połowy obu­do­wane bal­da­chi­mem, więc tylko w takim uło­że­niu mógł widzieć bel­ko­wany sufit. Dwa­na­ście dosko­nale rów­nych, gładko ocio­sa­nych belek. Wodząc po nich wzro­kiem, roz­trzą­sał dyle­maty, z któ­rymi kładł się spać poprzed­niego wie­czoru. Pierw­sze minuty po prze­bu­dze­niu były zawsze naj­waż­niej­sze. Przy­no­siły mu dosko­nałą jasność myśli. Kwa­drans, nie dłu­żej. Wie­rzył w pod­jęte wów­czas decy­zje.

Posta­no­wił zatem w ciszy i spo­koju prze­my­śleć to, co wczo­raj wie­czo­rem usły­szał od Ottona z Sza­frań­ców. Ruszał się ostroż­nie, by nie sze­le­ścić pościelą. Nie chciał, by czujna jak pies Berta usły­szała, że już nie śpi. Pewno jak zwy­kle czy­hała pod drzwiami sypialni, by jak naj­szyb­ciej odpra­wić poranny obrzą­dek i zająć się swo­imi spra­wami.

Kiedy Otton póź­nym wie­czo­rem opusz­czał dom przy Platz Am Sande 44, Jor­dan Ple­skow skła­niał się do odrzu­ce­nia pro­po­zy­cji mło­dego szlach­cica jako nie­do­rzecz­nej. Ale teraz, gdy kupiec wytrzeź­wiał, jego myśli powoli łapały ożyw­czy wiatr i nio­sły go coraz szyb­ciej w prze­ciwną stronę. Otton prze­stał mu się jawić jako sza­le­niec. Już wczo­raj Jor­dan przy­znał w duchu, że ze słów mło­dzieńca biją śmia­łość, prze­bie­głość, zapał i pew­ność sie­bie, jakich jesz­cze u niego nie widział. I dużo logiki w prze­wi­dy­wa­niu zda­rzeń.

Ple­skow kilka razy odtwo­rzył w gło­wie wie­czorną roz­mowę. Poczuł, jak wzbie­rają w nim wewnętrzna siła i chęć do dzia­ła­nia. Spoj­rzał w stronę okien. Przez pio­nowe szpary coraz natar­czy­wiej wdzie­rały się pła­skie smugi poran­nego świa­tła. Cie­pły sło­neczny pora­nek w Lüneburgu. W listo­pa­dzie? Czyżby dobry znak?

Kwa­drans już dawno minął. Ple­skow chwy­cił dzwo­nek sto­jący na noc­nym sto­liku i mocno nim potrzą­snął.

Drzwi natych­miast się roz­warły. Weszła Berta, pobież­nie zacze­sana, w pro­stej weł­nia­nej tunice narzu­co­nej na płó­cienną koszulę, w któ­rej spała. Gdyby Otton ją teraz zoba­czył, wziąłby ją za panią domu. Jej twarz zdra­dzała znie­cier­pli­wie­nie. Oboje wcze­śnie wsta­wali i trzy­mali się rutyny. Dzie­siej­sze opóź­nie­nie musiało ją ziry­to­wać.

Berta miała zawsze mnó­stwo spraw do zała­twie­nia. Naj­czę­ściej wią­zały się z pro­wa­dze­niem domu, wizytą u kochanka, któ­rego odwie­dzała o poranku, inte­re­sami albo spo­tka­niem z kumami. Albo wszyst­kim naraz.

Teraz poło­żyła ubra­nie Ple­skowa na sie­dzi­sku i roz­warła okien­nice. Do pokoju wtar­gnęło chłodne poranne powie­trze, nio­sąc nie­zbyt jesz­cze inten­sywne zapa­chy mia­sta.

- Co podać na śnia­da­nie? - spy­tała, sta­jąc w bla­sku słońca.

- Coś spe­cjal­nego!

Berta spoj­rzała na Ple­skowa zain­try­go­wana.

- Jajka sadzone? - zapro­po­no­wała.

- Wspa­niale! W sosie win­nym, oczy­wi­ście.

- Jakieś dodat­kowe życze­nia?

Ple­skow raźno wysko­czył z łóżka. Z pręta słu­żą­cego za wie­szak zdjął płaszcz z mięk­kiej wełny i zarzu­cił go na ramiona.

- Tak, przy­go­tuj przy­bory do pisa­nia. Przy śnia­da­niu napi­szemy list.

Ple­skow usiadł w kuchni przy stole nakry­tym bia­łym obru­sem. Berta domy­śliła się, że przy śnia­da­niu nastąpi coś waż­nego, więc zadbała o jego uro­czy­stą oprawę. Stała nad pie­cem, tyłem do gospo­da­rza. Pod­sma­żyła na patelni pokro­joną w kosteczkę cebulę. Powinna się zeszklić i lekko pod­ru­mie­nić. Dodała szklankę wina, łyżkę octu, soku wino­gro­no­wego, sól i pieprz.

Ple­skow przy­glą­dał się tym czyn­no­ściom z napię­ciem.

Sos musi się teraz chwilę pogo­to­wać do zgęst­nie­nia. Berta się­gnęła po drugą patel­nię. Nalała oliwy. Gdy ta się odpo­wied­nio roz­grzała, zaczęła wbi­jać jajka.

- Dla mnie trzy! - Usły­szała zza ple­ców.

Berta wbiła kolejno pięć jajek. Ple­skow wstał.

- Nie możesz wytrzy­mać? - Odwró­ciła się do niego zła.

- Nie mogę - odparł Ple­skow. - Białka mają się tylko ściąć, nie powinny się zru­mie­nić, a ty je zawsze zru­mie­niasz! Teraz!

Berta syk­nęła wście­kła, ale posłusz­nie zesta­wiła patel­nię z ognia. Drew­nianą łopatką nało­żyła jajka na tale­rze i polała je sosem.

Jedli jakiś czas w mil­cze­niu. Berta ode­zwała się pierw­sza:

- Coś mi powiesz?

- W wiel­kiej tajem­nicy! - Jor­dan otarł usta ser­wetą. - Obie­caj, że jej docho­wasz.

- Oczy­wi­ście. Jak zawsze!

Wstała, by przy­go­to­wać grzane piwo, a Ple­skow stre­ścił wczo­raj­szą roz­mowę z Otto­nem.

- I co o tym sądzisz? - zapy­tał na koniec.

- Intry­gu­jące...

Męż­czy­zna uśmiech­nął się zado­wo­lony.

- Prze­je­chał sam pół świata, by się pochwa­lić, że ma szklaną kulę? - zakpiła Berta.

- Otton liczy na moją pomoc.

- I? - Kobieta unio­sła brwi.

Ple­skow wytarł chle­bem resztkę sosu z tale­rza.

- Dla­czego nie?

- Nudzi się panu, panie Ple­skow.

- To nie będzie zabawa - odpo­wie­dział kupiec z peł­nymi ustami. - Prze­le­jemy dużo krwi.

- Naprawdę pan tego chce?

- Przy­znaję, że to wyzwa­nie mnie pociąga. Mogę wiele zyskać. A prze­grać tylko... tro­chę pie­nię­dzy. I tak mam ich za dużo.

- Co zatem z zapro­sze­niem na chrzest od naszego przy­ja­ciela Fry­de­ryka Hohen­zol­lerna? - spy­tała Berta. - Mia­łam zna­leźć pre­tekst, żeby mu odmó­wić...

- W tej sytu­acji oczy­wi­ście pojadę - odparł Ple­skow. - Kiedy to będzie?

- Pięt­na­stego listo­pada.

- Zna­ko­mi­cie! Napi­szemy odpo­wiedź. Od razu, teraz. Przy­nio­słaś papier i pióro? Podzię­kuję za zapro­sze­nie i zapo­wiem swoje przy­by­cie. Muszę tylko grzecz­nie prze­pro­sić bur­gra­biego, że tak późno odpi­suję. Minęło już kilka tygo­dni.

- Pań­ska wizyta wywoła poru­sze­nie...

Ple­skow zało­żył ręce za głowę.

- Zmie­nimy bieg dzie­jów, Berto. Polacy i ten ich pogań­ski król napa­wają mnie obrzy­dze­niem. Zawsze pra­gną­łem, żeby ktoś w końcu naje­chał tę łaj­dacką kra­inę i zrów­nał ją z zie­mią... Nie sądzi­łem, że mogę to być ja. Że los da mi taką szansę.

- Pomy­śleć, że gdyby bur­gra­biemu uro­dziła się dziew­czynka...

- Ale uro­dził się chło­piec. Los zade­cy­do­wał. A miał wybór.

- Pół na pół.

- Tak jest, pół na pół. - Ple­skow się­gnął po szkla­nicę z grza­nym piwem. - Wbi­łaś żółtko?

- Wbi­łam.

- Pomie­sza­łaś?

Berta nie odpo­wie­działa.

- Muszę cię pil­no­wać, bo jesteś strasz­nie nie­dbała w takich dro­bia­zgach.

Ple­skow upił kilka łyków, mla­snął z zado­wo­le­niem i odsta­wił szklankę.

- Zasta­na­wia mnie, skąd Otton wie­dział, że dosta­łem zapro­sze­nie od Hohen­zol­lerna...

- A wie­dział?

- Wie­dział nawet, że jesz­cze nie odpo­wie­dzia­łem!

Ple­skow się­gnął po przy­bory do pisa­nia. Szybko skre­ślił list. Krótki, uprzejmy, miej­scami ser­deczny. Zwłokę wytłu­ma­czył sta­nem zdro­wia, które w cudowny spo­sób się popra­wiło. Podał list Ber­cie.

- Prze­czy­taj. Potem zala­kuj i ślij gońca! Pro­sto do Tangermünde.

Roz­dział 3

3

Jesień roku Pań­skiego 1413

Ple­skow wró­cił do sypialni. Prze­ło­żył przy­go­to­wane przez Bertę odzie­nie z sie­dzi­ska na łóżko i zaczął się powoli ubie­rać. Zawsze robił to samo­dziel­nie, nawet w cza­sach lubec­kich, gdy miał liczną służbę. Nie pozwa­lał, by go doty­kano. Dzie­ciń­stwo przy­zwy­cza­iło go do samot­no­ści. Rodzeń­stwo zmarło, nim zdą­żył je zapa­mię­tać, a ojca i matkę widy­wał rzadko. Zaj­mo­wała się nim słu­żąca o chy­trym spoj­rze­niu i szorst­kich dło­niach, któ­rych dotyk wzbu­dzał w nim wstręt.

Miał w mło­do­ści kilka kocha­nek, ale nie mógł znieść ich obec­no­ści poza sypial­nią. Rano, w połu­dnie, po połu­dniu, wie­czo­rem, w nocy. Cią­gle przy uchu ten sam gra­jek, te same dźwięki. Można było osza­leć od ich ter­ko­ta­nia. Żadna kobieta nie uwio­dła go na tyle, by zgo­dził się oddać w taką nie­wolę.

Przy tym wszyst­kim bar­dzo cenił sobie towa­rzy­stwo kobiet. W Han­zie, kiedy jesz­cze nią kie­ro­wał, powie­rzał im wiele waż­nych, choć nie­ofi­cjal­nych funk­cji. Doce­nione, sza­no­wane, dobrze wyna­gra­dzane, odwza­jem­niały się abso­lutną lojal­no­ścią - rzecz bez­cenna i rzadko spo­ty­kana u męż­czyzn, zwłasz­cza w wyso­kich krę­gach kupiec­kich. Patrze­nie na świat kobie­cym okiem dawało Ple­sko­wowi, tak przy­naj­mniej uwa­żał, odmienną per­spek­tywę i prze­wagę nad kon­ku­ren­tami.

Ple­skow poznał Bertę jako czter­dzie­sto­let­nią bez­dzietną mał­żonkę wpły­wo­wego jury­sty z Lubeki. Czę­sto korzy­stał z usług jego kan­ce­la­rii, więc gdy kie­dyś zwie­rzył mu się, że szuka bystrej i bie­głej w rachun­kach nie­wia­sty do pomocy w pro­wa­dze­niu ksiąg, ten bez waha­nia wska­zał na swoją żonę. Znana była obo­jęt­ność szefa Hanzy na uroki płci pięk­nej, więc jury­sta nie musiał żywić obaw.

Berta była niska, kor­pu­lentna, ale na swój spo­sób powabna, może nawet zmy­słowa, a błysk w oku zdra­dzał, że jury­sta nie musi być jej ostat­nim mężem. Całe życie zaj­mo­wała się han­dlem, więc szybko zna­la­zła wspólny język z nowym moco­dawcą. Fachowo i skru­pu­lat­nie pro­wa­dziła księgi rachun­kowe. Praw­dziwy zapał wzbu­dzały w niej jed­nak nie­ty­powe zada­nia, jakie wyzna­czał jej Ple­skow. Naj­czę­ściej cho­dziło o zbie­ra­nie pouf­nych infor­ma­cji o poten­cjal­nym kon­tra­hen­cie, kon­ku­ren­cie czy poli­tycz­nym wrogu. Liczył się każdy szcze­gół doty­czący stanu zdro­wia dzieci, nastro­jów żony czy ulu­bio­nych dań i napit­ków. Berta dys­po­no­wała impo­nu­ją­cymi moż­li­wo­ściami gro­ma­dze­nia takiej wie­dzy. Sie­cią swych kon­tak­tów łowiła wszyst­kie waż­niej­sze lokalne plotki. Jed­no­cze­śnie potra­fiła trzy­mać język za zębami, gdy wyma­gały tego oko­licz­no­ści.

Wszystko dobrze się ukła­dało aż do wrze­śnia 1408 roku. Wtedy wła­śnie mąż Berty oddał ducha, a nie­długo potem poważne kło­poty spa­dły na Jor­dana Ple­skowa.

Hanza to naj­więk­sza orga­ni­za­cja kupiecka świata. Ze spi­sów uczest­ni­ków zjaz­dów han­ze­atyc­kich pro­wa­dzo­nych przez Ple­skowa wyni­kało, że prym wio­dło około sie­dem­dzie­się­ciu dużych miast. Sto dzie­sięć mniej­szych korzy­stało z siły i przy­wi­le­jów, jakie dawała przy­na­leż­ność do związku, ale nie uczest­ni­czyło w wiel­kim euro­pej­skim han­dlu. Na czele wspól­noty od zawsze stała Lubeka, któ­rej bur­mistrz był de facto prze­wod­ni­czą­cym całego związku.

Tym­cza­sem mia­sto to już od kil­ku­na­stu lat prze­ży­wało poli­tyczny kry­zys. Do tego doszło zała­ma­nie finan­sów spo­wo­do­wane olbrzy­mimi kosz­tami wojny z Braćmi Wita­lij­skimi i budowy kanału mię­dzy Łabą a rzeką Trave. W 1403 roku rada mia­sta pod naci­skiem miesz­czan ujaw­niła fatalny stan skarbca, a jed­no­cze­śnie wystą­piła do pospól­stwa o zgodę na nowe podatki. Wywo­łało to gwał­towne pro­te­sty i zamieszki. Pięć lat póź­niej miesz­kańcy zmu­sili radę do ustą­pie­nia. Więk­szość raj­ców wygnano z mia­sta. W gro­nie tym zna­lazł się Jor­dan Ple­skow. Zwy­cięzcy przy­stą­pili do wyboru nowej rady.

Gdy Ple­skow szy­ko­wał się do opusz­cze­nia Lubeki i prze­pro­wadzki do Lüneburga, Berta zapro­po­no­wała, że przej­mie rolę jego słu­żą­cej, kucharki, major­doma i kogo tylko będzie potrze­bo­wał. Nie ocze­ki­wała wyna­gro­dze­nia, a jedy­nie moż­li­wo­ści pro­wa­dze­nia inte­re­sów u jego boku. Jako wdowa musiała utrzy­mać się sama. Uznała, że przy byłym bur­mi­strzu, nawet na wygna­niu (wie­rzyła, że nie potrwa ono długo), będzie jej łatwiej, niż gdyby pozo­stała w Lubece. Wie­działa, że Ple­skow ją ceni i na swój spo­sób lubi, a nade wszystko liczy się z jej zda­niem. Przy odro­bi­nie sta­ra­nia taka nie­co­dzienna rela­cja mogła jej wyjść tylko na dobre.

Ple­skow banita chęt­nie na to przy­stał. Uznał, że kobieta będzie cen­nym źró­dłem infor­ma­cji. Miała sze­ro­kie konek­sje w Lubece, utrzy­my­wała zna­jo­mo­ści w krę­gach kupiec­kich i praw­ni­czych i nie było powo­dów, by miała je zry­wać.

Osiadł­szy w Lüneburgu, Jor­dan Ple­skow nie zamie­rzał skła­dać broni. Zwró­cił się do sądu kró­lew­skiego i zwy­cię­żył. Zgod­nie z wer­dyk­tem Lubeka miała przy­wró­cić byłym raj­com ich prawa. Nowa rada popeł­niła poli­tyczny błąd, na który zresztą Ple­skow liczył - zamiast zaak­cep­to­wać orze­cze­nie i pogo­dzić się z porażką, odpo­wie­działa zaostrze­niem kursu, a mia­no­wi­cie kon­fi­skatą majątku wygnań­ców i odmową pod­po­rząd­ko­wa­nia się innym kró­lew­skim zale­ce­niom. W odwe­cie król Ruprecht pozba­wił Lubekę jej przy­wi­le­jów.

Ponie­waż w tej sytu­acji Lubeka nie mogła peł­nić swej tra­dy­cyj­nej funk­cji, głów­nym por­tem Hanzy stał się tym­cza­sowo Lüneburg.

Ple­skow nie usta­wał w ata­kach wymie­rzo­nych w radę Lubeki. Gło­śnym echem odbiła się jego wyprawa do krzy­żac­kich Prus, gdzie nakło­nił wiel­kiego mistrza, z któ­rym utrzy­my­wał zażyłe kon­takty, do wypar­cia lubec­kiego han­dlu z pod­le­głych mu pro­win­cji. Cho­ciaż nowi rajcy się nie pod­da­wali, to wszy­scy obser­wa­to­rzy tych poli­tycz­nych zma­gań widzieli wyraź­nie, że rekon­kwi­sta Jor­dana Ple­skowa nabiera roz­ma­chu, a były bur­mistrz zwy­cięża w każ­dej bitwie, do któ­rej staje.

I znów o względy Ple­skowa poczęli zabie­gać kupcy, bogaci patry­cju­sze, a także władcy i ksią­żęta, cier­piący na chro­niczny brak gotówki. Jed­nym z nama­cal­nych dowo­dów na powrót Ple­skowa do łask było zapro­sze­nie od bur­gra­biego Fry­de­ryka Hohen­zol­lerna na chrzest syna.

Ple­skow koń­czył się ubie­rać, gdy roz­le­gło się puka­nie. Nim zdą­żył odpo­wie­dzieć, do sypialni wkro­czyła Berta.

- Goniec wyru­szył w drogę.

- Dzię­kuję, Berto. Masz dziś wolne.

Kobieta zrzu­ciła już domowe odzie­nie i przy­wdziała zwiewną suk­nię prze­pa­saną pur­pu­ro­wym pasem; jej szyję zdo­biły lśniące łań­cuszki i korale. Wyglą­dała powab­nie. Widać było, że nie wybiera się na targ.

- Jak ma na imię twój pocie­szy­ciel? - spy­tał Ple­skow.

- Tylko słu­że­nie tobie nie­sie mi pocie­chę.

- Nie wąt­pię. Pytam, z kim obec­nie wcho­dzisz pod koł­drę.

- Z Gun­te­rem.

Ple­skow zmarsz­czył brwi.

- To syn Jur­gena Brema, tego piwo­wara - szybko wyja­śniła Berta.

- A, ten Gun­ter. - W gło­sie Ple­skowa zabrzmiało roz­cza­ro­wa­nie. - Ileż on ma lat?

- Skoń­czył już dwa­dzie­ścia.

- No to ciesz się jego mło­do­ścią.

- Taki mam zamiar. Mogę już iść?

- Tak. Ale posta­raj się o lep­szą par­tię. Od niego nie­wiele się dowiemy.

- Gun­ter nie­długo się żeni, więc pewno będę musiała. - Zręcz­nie niczym tan­cerka okrę­ciła się na pię­cie. - Jak wyglą­dam?

- Mło­dziej od Gun­tera.

- Dzię­kuję.

Berta wyszła, a myśli Ple­skowa poszy­bo­wały za goń­cem. Miał do poko­na­nia sporo mil. Wieść dotrze do zamku Hohen­zol­ler­nów w Tangermünde za kilka dni. Fry­de­ryk Hohen­zol­lern został ojcem po raz szó­sty. Wiel­kie święto, powód do dumy i znak Bożych łask. Ale i tak spocą mu się dło­nie, gdy otrzyma list. Od byłego bur­mi­strza Lubeki mógł się spo­dzie­wać tylko dobrych wia­do­mo­ści. Jor­dan Ple­skow i tym razem go nie zawie­dzie. Złoży bur­gra­biemu pro­po­zy­cję, która, jeśli ten ją przyj­mie, odmieni los Hohen­zol­ler­nów po wsze czasy.

Roz­dział 4

4

Jesień roku Pań­skiego 1413

Otton wyszedł z domu Jor­dana Ple­skowa póź­nym wie­czo­rem, ale zdą­żył opu­ścić mia­sto jesz­cze przed zamknię­ciem bram.

Był zado­wo­lony, uwa­żał, że wszystko poszło po jego myśli. Z rado­ścią obser­wo­wał, jak obo­jęt­ność i znu­dze­nie jego roz­mówcy prze­ra­dzają się naj­pierw w zacie­ka­wie­nie, a potem wręcz eks­cy­ta­cję. Nie mogło być ina­czej. Jor­dan Ple­skow, wytrawny kupiec, obda­rzony prze­ni­kli­wym umy­słem, musiał dostrzec nie­zwy­kłość zło­żo­nej pro­po­zy­cji.

Do tego hoj­nie roz­le­wane przez gospo­da­rza wino spra­wiło, że z upły­wem czasu mówili coraz gło­śniej, a odwo­łu­jąc się do wie­lo­let­niej i prze­peł­nio­nej sza­cun­kiem przy­jaźni, nie­mal padli sobie w ramiona. Jed­nym sło­wem zadzierz­gnęła się mię­dzy nimi nie­zwy­kła pijacka więź, któ­rej dorów­nać może jedy­nie bra­ter­stwo zro­dzone na polu bitwy.

Otton wypił dwa razy wię­cej niż gospo­darz. Na szczę­ście prze­miana krwi w wino, ów prze­klęty cud, który już tyle nie­szczęść ścią­gnął mu na głowę, nastą­piła, kiedy minął bramy mia­sta. Zaczął nagle kiwać się na boki, z tru­dem trzy­mał się w sio­dle.

Zacho­wał jed­nak dość przy­tom­no­ści umy­słu, by nie pchać się nocą na trakt, gdzie mógł napa­to­czyć się na lokalne bandy.

Kiedy męż­czy­zna w masce zna­lazł się na gościńcu pro­wa­dzą­cym do Trze­bi­cza, wio­ski nad Note­cią przy gra­nicy z krzy­żacką mar­chią, szare pola spo­wite ciężką jesienną mgłą z wolna tonęły w zapa­da­ją­cym zmierz­chu. Jeź­dziec zako­ła­tał do chaty poło­żo­nej na krańcu wsi. Nie było w tym nic dziw­nego. W bli­skim sąsiedz­twie warowni i han­dlo­wych szla­ków to przy­jęty zwy­czaj, że w zwy­kłych domach ofe­ruje się podróż­nym gościnę za pie­nią­dze. Nawet jeśli zja­wią się późną porą.

Tyle że podróż­nik nie pukał do przy­god­nej cha­łupy, gdyż dobrze wie­dział, kto w niej mieszka.

Zaskrzy­piały zawiasy i uka­zała się głowa sta­ruszki. Kobieta krzyk­nęła na widok wil­czej skóry i bły­ska­ją­cych spod niej dzi­kich oczu. Męż­czy­zna nogą zablo­ko­wał drzwi, a potem szybko ścią­gnął maskę. Uśmie­cha­jąc się prze­pra­sza­jąco, oświad­czył, że to z powodu wie­czor­nych mgieł. Wraż­liwa skóra twa­rzy źle znosi zimną wil­goć. Gdy babina wpu­ściła go do środka, przy­bysz dostrzegł, że jej mąż szyb­kim kro­kiem znika w bocz­nym wyj­ściu.

Gość dostał osobną izbę z praw­dzi­wym łóż­kiem, choć pro­sił tylko o byle kąt w sto­dole i opiekę nad koniem. Przed­sta­wił się tak jak dwie nie­dziele wcze­śniej w karcz­mie soł­tysa: jako kupiec zmie­rza­jący na pół­noc szla­kiem przez Drez­denko. Zapła­cił z góry. Wcze­śniej sta­ruszka trzę­są­cym się gło­sem zapro­po­no­wała mu śnia­da­nie. Zamó­wił chleb, cie­płe mleko i jajecz­nicę. Gospo­dyni zapew­niła, że wsta­nie o brza­sku, by wszystko przy­go­to­wać na czas. Nie umiała ukryć ner­wo­wego pod­nie­ce­nia.

Przy­bysz zrzu­cił kubrak, odpiął pas, wsu­nął pochwę z mie­czem pod łóżko, zdjął buty, by nie ubru­dzić pościeli, i wyczer­pany padł na sien­nik. Zanim zło­żył głowę na solid­nie nabi­tej puchem poduszce, wsu­nął pod nią szty­let. Teraz był już pewien, że nie pomy­lił się w kal­ku­la­cjach: gdy tylko prze­kro­czył próg cha­łupy, sta­ru­szek pognał zawia­do­mić soł­tysa i dokład­nie opi­sać swego gościa.

Nie zamy­kał oczu. Czu­wał.

Wresz­cie roz­le­gło się wale­nie do drzwi.

Uchy­lił okien­nice. Poło­że­nie księ­życa wska­zy­wało na zbli­ża­jącą się pół­noc. Naj­pierw usły­szał zgrzyt zawia­sów przy wej­ściu i cięż­kie dud­nie­nie obca­sów po deskach. Zaraz potem gwał­towne ude­rze­nie bar­kiem w drzwi do jego izby.

Weszli.

Jeden z intru­zów trzy­mał w ręku pochod­nię. Napad­nięty od razu go roz­po­znał: to Andrzej Bro­chacki, soł­tys, mąż tej głu­piej kozy, którą przy­mu­sił dwa tygo­dnie temu. A pozo­stali dwaj to pewno syno­wie. Dwóch do trzy­ma­nia, trzeci do bicia, tak to sobie zapla­no­wali.

Stary jakby czy­tał w jego myślach, bo powie­dział:

- Taa... teraz dosta­niesz po ryju za to, coś zro­bił.

Mał­żeń­stwo gospo­da­rzy trzy­mało się z tyłu. Mieli twa­rze ścią­gnięte prze­ra­że­niem, ale cie­ka­wość wzięła górę, bo mimo chłodu stali boso, w noc­nych koszu­lach, z nie­do­wie­rza­niem i napię­ciem obser­wu­jąc zaj­ście. Cała wieś żyła tym, co się tu wyda­rzyło dwie nie­dziele wcze­śniej. Bli­skość boga­tego han­dlo­wego mia­sta przy­cią­gała drob­nych zło­dziei, ale krwawi rau­brit­te­rzy i róż­nej maści szu­brawcy omi­jali te zie­mie w oba­wie przed miej­skimi mili­cjami. Gwałtu nie było tu od lat.

Męż­czy­zna usiadł na łóżku. Bosymi sto­pami dotknął zim­nych desek pod­łogi.

Soł­tys miał na sobie zgrzebną koszulę i roz­pięty kaftan bez ręka­wów. Nalana, bez­myślna gęba z kil­koma pod­bród­kami. Krót­kie ręce, a pomię­dzy nimi obwi­sły, miękki brzuch. Widać, że od dawna nie parał się żoł­nierką. I tylko on miał ostrą broń. Żela­zny kord z drew­nianą ręko­je­ścią. Lekki i krótki. W tych oko­licz­no­ściach to zaleta.

Dwóch kmiot­ków z tyłu prze­ra­stało sta­rego o głowę. W rękach trzy­mali spore kije. Dobre do nabi­ja­nia sinia­ków, ale trzeba by się nie­źle napra­co­wać, by kogoś tym zatłuc na śmierć. Gdyby mieli zamiar go zabić, wzię­liby coś cięż­szego.

"Dosta­niesz po ryju".

A zatem kord soł­tysa peł­nił funk­cję stra­szaka, a mło­dzieńcy drą­gami mieli odwa­lić całą robotę.

Osa­czony męż­czy­zna koły­sał się lekko w przód i w tył, jakby został wybu­dzony z pijac­kiego snu. Powoli ukła­dał sobie w gło­wie prze­bieg tego, co za chwilę się tu roze­gra. Jego miecz leżał pod łóż­kiem, a szty­let pod poduszką. Po miecz nie się­gnie, bo musiałby się schy­lić. Odbi­liby mu płuca kijami. Ale szty­let to co innego. Potrze­bo­wał tylko tro­chę czasu i nieco innego roz­sta­wie­nia prze­ciw­ni­ków.

- Co takiego? - zapy­tał spo­koj­nym gło­sem.

- Pohań­bi­łeś moją córkę! - ode­zwał się gru­bas.

Przy­bysz zro­bił zdzi­wioną minę. Nie uda­wał. Był prze­ko­nany, że ta młódka, którą zgwał­cił, była nową żoną soł­tysa. Źle roz­po­znał sytu­ację. Ale ucie­szył się w duchu, bo wyszło na jego korzyść. Gdyby wie­dział, że to córka, jesz­cze porząd­niej by ją wytar­mo­sił. Mężo­wie czę­sto odpusz­czają takie znie­wagi, ale ojco­wie gorzej je zno­szą. Krew z krwi. To tak jakby im samym dobrać się do zadka.

- Córka? Naprawdę? Ta sarenka, z którą było mi tak dobrze, to twoja córka? W niczym do cie­bie nie­po­dobna, spa­ślaku. Albo łżesz, albo twoja stara przy­pra­wiła ci rogi...

Dwaj z kijami gwał­tow­nie wysu­nęli się przed sta­rego.

Dobrze, o to cho­dziło.

- Powie­szą was za pobi­cie kupca - zauwa­żył napad­nięty, cofa­jąc głowę.

- Nie, jeśli dziew­czyna zezna, co jej zro­bi­łeś. Takie tu mamy prawo, pięk­ni­siu - ode­zwał się gru­bas zza ple­ców synów.

Niż­szy z braci poczuł się pew­niej i też chciał coś powie­dzieć. Rzadka, a może jedyna w życiu oka­zja, żeby pouży­wać sobie na boga­czu.

- Nie pró­buj się potem skar­żyć w Drez­denku. Tam też sko­pią ci dupę.

Gry­zący dym z pochodni wypeł­niał izbę. Męż­czy­zna poda­jący się za kupca jesz­cze nie był gotowy.

- Masz takie zna­jo­mo­ści w mie­ście, kmiotku? - rzu­cił w odpo­wie­dzi. - Uwa­żaj, bo ja też!

- Nic nam nie zro­bią, prawo jest po naszej stro­nie. Jesteś szczwa­nym gnoj­kiem, poka­la­łeś naszą sio­strę i teraz za to zapła­cisz...

Mło­dzieńcy nie­mal rów­no­cze­śnie prze­stą­pili z nogi na nogę. Byli gotowi. Cze­kali tylko na znak od ojca.

Kupiec cały czas sie­dział na łóżku, odro­binę zgar­biony, uda­jąc pogo­dzo­nego z losem. Dłoń miał już wsu­niętą do połowy pod poduszkę.

Trzech na jed­nego w małej izbie. Ukła­dał w gło­wie plan. Stali jesz­cze tylko tro­chę za daleko.

- Doga­dajmy się... - ści­szył głos. - Wyglą­da­cie mi na rozum­nych ludzi. Mam ze sobą tro­chę złota, przyda się, zain­we­stu­je­cie w waszą budę...

Mło­dzi odru­chowo pode­szli pół kroku i lekko pochy­lili głowy. Nie ufali obcemu, ale zawsze warto posłu­chać, gdy ktoś wspo­mina o zło­cie. Poza tym czuli się panami sytu­acji. Może prze­szło im przez myśl, że mogą mieć i jedno, i dru­gie. Obiją go i wezmą złoto. Kto im zabroni?

Tak czy owak, pochy­lili się.

Męż­czy­zna wsu­nął już całą dłoń pod poduszkę. Uchwy­cił mocno ręko­jeść. Obró­cił nóż tak, że czu­bek odcho­dził w stronę łok­cia.

- Posłu­chaj­cie...

Pochy­lili się jesz­cze tro­chę, pra­wie nie­do­strze­gal­nie, może o cal. Uznał, że to wystar­czy. Bły­ska­wicz­nie pode­rwał się na nogi i rzu­cił do przodu. Ciął na odlew, od pra­wej do lewej, płyn­nym ruchem jak wytrawny kosiarz, tyle że jego kosa miała ostrze skie­ro­wane na zewnątrz. Pierw­szemu, sto­ją­cemu z pra­wej, roz­ciął obie powieki i nasadę nosa. Dru­giemu, niż­szemu, nóż roz­pła­tał skórę na czole, głę­boko, aż stal zazgrzy­tała o kość czaszki. Chlu­snęła krew. Obaj bra­cia w jed­nej chwili upu­ścili kije i przy­ci­snęli dło­nie do twa­rzy.

Z tuło­wiem skrę­co­nym w prawo męż­czy­zna bły­ska­wicz­nie prze­bił się mię­dzy ośle­pio­nymi mło­dzia­kami i z całej siły ude­rzył nożem w tłu­stą szyję soł­tysa. Trudno było nie tra­fić. Gru­bas nie zdą­żył nawet unieść mie­cza, a już zwa­lił się na pod­łogę. Char­cząc, prze­to­czył się na bok i stru­mień ciem­nej posoki try­snął na ścianę.

Przy­bysz prze­kro­czył bez­władne ciało i wpadł do dru­giej izby. Tylko sta­ruszka stała na środku. Z prze­ra­że­nia zaci­snęła usta i piąstki. Drzwi roz­warte były na oścież. Męż­czy­zna wybiegł na zewnątrz. Gospo­darz oka­zał się bystrym i żwa­wym dziad­kiem. Walka trwała led­wie kilka chwil, a on zdą­żył już odbiec kil­ka­na­ście kro­ków od domu. Kupiec ujął ostrze mię­dzy kciuk i zgięty palec wska­zu­jący, lewą rękę wycią­gnął przed sie­bie, jakby wska­zy­wał sobie cel, wziął zamach i szyb­kim, ener­gicz­nym ruchem wyrzu­cił szty­let, mie­rząc w białą plamę ple­ców.

Tra­fił. Nie mógł chy­bić z takiej odle­gło­ści.

Sta­ru­szek jęk­nął, ugiął się pod cio­sem, zama­chał rękoma, pró­bu­jąc zacho­wać rów­no­wagę; upadł kilka kro­ków dalej i znie­ru­cho­miał.

Przy­bysz odwró­cił się na pię­cie, wszedł z powro­tem do domu. Zamknął za sobą drzwi. Prze­cho­dząc obok zesztyw­nia­łej ze stra­chu gospo­dyni, wymie­rzył jej silny cios łok­ciem. Oka­zała się zadzi­wia­jąco lekka, jakby wypchana chru­stem. Ude­rzyła tak mocno o ścianę, że chyba wszystko się w niej poła­mało.

Wszedł do swo­jej izby. Leżąca w kącie pochod­nia nie­mi­ło­sier­nie kop­ciła. W czer­wono-sza­rej poświa­cie zoba­czył leżą­cego na pod­ło­dze soł­tysa w dużej czar­nej kałuży, która wciąż rosła i gęst­niała.

Wyż­szy z braci, z prze­cię­tymi powie­kami, sie­dział oparty ple­cami o ścianę, przy­ci­skał dło­nie do ran i jęczał z bólu. Chyba dotarło już do niego, co się wyda­rzyło. Ten niż­szy, ze zra­nio­nym czo­łem, śli­zgał się w kałuży krwi, usi­łu­jąc pod­nieść z pod­łogi miecz upusz­czony przez ojca. Pła­kał jak dziecko. Ręka­wem nie nadą­żał wycie­rać łez i napły­wa­ją­cej do oczu krwi. Kupiec ujął obu­rącz tabo­ret sto­jący przy wej­ściu. Pod­szedł do chło­paka. Wziął potężny zamach i kra­wę­dzią sie­dzi­ska ude­rzył go w skroń. Mło­dzian runął na pod­łogę; ogłu­szony, nawet nie pró­bo­wał wstać. Wciąż szlo­cha­jąc, sku­lił się, zasła­nia­jąc głowę rękami. Męż­czy­zna kop­nia­kiem prze­wró­cił go na brzuch, pod­niósł miecz, przy­ło­żył ostrze do ple­ców na wyso­ko­ści serca i mocno pchnął.

Potem pod­szedł do jego brata. Kmio­tek dalej sie­dział pod ścianą, oddy­chał, ale już nie jęczał. Jego powieki napu­chły do wiel­ko­ści jabłek. Prze­cięte w poprzek wyglą­dały jak otwarte. Tyle że zamiast czar­nych źre­nic, które jesz­cze przed chwilą tak chci­wie bły­skały, tkwiła w nich gala­re­to­wata masa.

- W Biblii jest napi­sane, że syn nie ponie­sie kary za winę ojca... Ty musisz... - szep­nął.

- Kim jesteś...

- Z pie­kła po cie­bie przy­sze­dłem, grzesz­niku!

Kupiec ciął go mie­czem w szyję, nie­mal odej­mu­jąc głowę od tuło­wia.

Się­gnął po pochod­nię i uniósł ją nad głowę. Nie chciał pożaru. To zaalar­mo­wa­łoby całą oko­licę. Rozej­rzał się po izbie. Pod­łoga, ściany, nawet sta­ran­nie wybie­lona przez gospo­da­rzy powała - wszystko ocie­kało krwią jak w szlach­tu­zie.

Dom stał nieco na ubo­czu. Solidne okien­nice były zamknięte. Kupiec miał nadzieję, że odgłosy bójki nie dotarły do uszu sąsia­dów.

Zebrał swoje rze­czy. Ubrał się szybko. Prze­cho­dząc przez izbę gospo­da­rzy, kilka razy wbił miecz w brzuch nie­przy­tom­nej gospo­dyni.

Ostroż­nie uchy­lił drzwi. Wyj­rzał na zewnątrz. Spo­kój, cisza. W chłod­nym noc­nym powie­trzu nio­sło się tylko uja­da­nie psów. Pewno już zwę­szyły krew. Ale kto by zwra­cał uwagę na wiej­skie kun­dle. Pod­szedł do ciała leżą­cego o kil­ka­na­ście kro­ków od domu. Ostrze weszło w plecy aż po jelec. W duchu pogra­tu­lo­wał sobie cel­nego rzutu. Sta­rego nie trzeba było dobi­jać.

Chwilę póź­niej stał już przed zagrodą soł­tysa. To tu, dwa tygo­dnie wcze­śniej, przy­mu­sił tę dziewkę. Wcale tego nie pla­no­wał. Skąd mógł wie­dzieć, że w domu będzie tylko ona. Minął pogrą­żone w noc­nej ciszy podwó­rze. Szybko uwi­nął się z parob­kiem. Wszedł do głów­nej izby, a potem scho­dami na górę. Dobrze wie­dział, gdzie śpi dziewka. Zna­lazł ją w łóżku, pogrą­żoną we śnie. Wyglą­dała nie­win­nie jak małe dziecko, oddy­chała cicho przez lekko uchy­lone usta. W ciem­no­ści nie widział, czy miała jesz­cze sińce na twa­rzy. Deli­kat­nie poru­szała przez sen wysu­niętą spod koł­dry nagą stopą.

Wez­brała w nim fala pożą­da­nia. Zapra­gnął posiąść ją jesz­cze raz. To, co z nią zro­bił dwa tygo­dnie temu, to były led­wie igraszki. Teraz dopiero poka­załby jej, jak wygląda miło­sne unie­sie­nie.

Ale posta­no­wił jej nie budzić. Uniósł poczer­niały od krwi szty­let i mocno ude­rzył - pre­cy­zyj­nie, lito­ści­wie, pro­sto w serce.

Prze­bi­ja­jąc wzro­kiem gęstą ciem­ność, wypa­trzył kon­tury wyso­kiej skrzyni. Oparł się o nią bio­drem, zaparł nogami i prze­su­nął o pół łok­cia. Nie star­czyło mu siły na wię­cej. Wró­cił do dziewki, a potem kuc­nął przy meblu i pal­cami mokrymi od krwi napi­sał coś na pod­ło­dze. Ponow­nie naparł na skrzy­nię, tym razem z dru­giej strony, i stę­ka­jąc z wysiłku, prze­su­nął ją na miej­sce.

Roz­dział 5

5

Jesień roku Pań­skiego 1413

Drogę z Lüneburga do zamku Tangermünde Jor­dan Ple­skow zamie­rzał poko­nać w dwa dni. Aby czuć się pew­niej, wziął ze sobą nie­wielki oddział najem­ni­ków. Wyru­szył o świ­cie dwu­na­stego listo­pada.

Noc­leg zapla­no­wał w Sal­zwe­del, sta­rym han­ze­atyc­kim mie­ście, gdzie mógł liczyć na cie­płe przy­ję­cie i sza­cu­nek. Następ­nego dnia wie­czo­rem zamie­rzał dotrzeć w pobliże zamku. Nie mógł się spóź­nić. Na szczę­ście pogoda dopi­sy­wała, jak na tę porę roku było cie­pło i sucho.

Gdy opusz­czał Lüneburg i wynu­rzył się z chłod­nego cie­nia miej­skiej bramy, wraz z cie­płem sło­necz­nych pro­mieni ogar­nęło go nagłe pod­nie­ce­nie, nie­mal eufo­ryczna radość, jaka prze­nika umysł w prze­ło­mo­wych chwi­lach. Wyobraź­nia napę­dzała mu przed oczy sceny try­umfu, sławy i podziwu, który go oto­czy. Serce zabiło szyb­ciej, gubiąc zwy­kły rytm. Ple­skow czuł się szczę­śliwy. Takie chwile z upły­wem czasu zda­rzały mu się coraz rza­dziej, coraz szyb­ciej zaś przy­cho­dziło otrzeź­wie­nie, przy­no­sząc ze sobą nie­zno­śną gorycz. Tak stało się i tym razem.

Bo Otton się nie mylił - Jor­dan Ple­skow miał kło­poty. Tyle że wcale nie przej­mo­wał się poli­tyczną wojną z nową radą. Zwy­cię­stwo miał już na wycią­gnię­cie ręki. Ale im real­niej­szy sta­wał się powrót na szczyty Hanzy, tym czę­ściej Ple­skow oba­wiał się tego, co go czeka.

Sytu­acja związku ryso­wała się w ciem­nych bar­wach. Nie­po­koił zwłasz­cza roz­kwit han­dlu w kra­jach nider­landz­kich. Zwięk­szała się rola bez­po­śred­niej drogi mor­skiej przez cie­śninę Sund, łączą­cej Flan­drię z Bał­ty­kiem. Tra­dy­cyjny szlak na prze­smyku holsz­tyń­skim, z Lubeką jako naj­waż­niej­szym por­tem wymiany han­dlo­wej mię­dzy wscho­dem i zacho­dem, tra­cił na zna­cze­niu.

Z tego też powodu Ple­skow zamar­twiał się sytu­acją w Pru­sach. Po klę­sce Krzy­ża­ków pod Grun­wal­dem pre­stiż zakonu, sta­no­wiący dla Hanzy rodzaj tar­czy, został poważ­nie osła­biony. Ścięte pol­skim mie­czem krzy­żac­kie głowy poto­czyły się jak kamie­nie, pocią­ga­jąc za sobą lawinę nie­szczęść.

Przede wszyst­kim Ple­skow oba­wiał się, że Jagiełło dopro­wa­dzi do zawar­cia umowy z panu­ją­cymi w Nider­lan­dach ksią­żę­tami bur­gundz­kimi. Już od dawna trwały pod­chody do takiego poro­zu­mie­nia. Gdyby Pol­ska prze­jęła Gdańsk i roz­wi­nęła han­del z Flan­drią, co umoż­li­wiała żegluga przez Sund, Lubeka otrzy­ma­łaby śmier­telny cios, a to ozna­cza­łoby koniec nie­miec­kiego han­dlu. Jeśli Ple­skow chciał popro­wa­dzić Hanzę do roz­kwitu, a nie zostać jej gra­ba­rzem, nie mógł dopu­ścić do tego, by Pol­ska zajęła Pomo­rze. Otton obja­wił się ze swym sza­lo­nym pomy­słem w samą porę.

Dru­giego dnia podróży, póź­nym popo­łu­dniem, Ple­skow i jego najem­nicy dotarli do Fisch­beck, dużej i boga­tej wsi leżą­cej kilka mil na zachód od Tangermünde. Minęli duży muro­wany kościół i zatrzy­mali się przed karczmą, która pre­zen­to­wała się rów­nie oka­zale: dwu­pię­trowa, prze­dzie­lona prze­jaz­dem, za któ­rym znaj­do­wał się obszerny podwó­rzec oto­czony od wschodu i zachodu gospo­dar­skimi zabu­do­wa­niami, a od pół­nocy wyso­kim pło­tem z dra­nic.

Gości było sporo, sądząc po licz­bie wozów na wewnętrz­nym placu. To zapewne żoł­nie­rze eskorty i pachoł­ko­wie dostoj­ni­ków, któ­rzy przy­byli na uro­czy­stość chrztu. Sta­jenny zajął się końmi, a inny sługa zapro­wa­dził najem­ni­ków do jed­nego z budyn­ków oka­la­ją­cych dzie­dzi­niec. Tylko Ple­skow miał zapew­nioną izbę na pię­trze.

Jor­dan Ple­skow wysłał z Lüneburga dwa listy. W tym ofi­cjal­nym, skie­ro­wa­nym do kan­ce­la­rii Fry­de­ryka Hohen­zol­lerna, dzię­ko­wał za zapro­sze­nie i zapo­wie­dział przy­by­cie na uro­czy­sto­ści. W dru­gim, prze­zna­czo­nym do rąk wła­snych bur­gra­biego, zdra­dził, że ma zamiar zło­żyć mu pewną pro­po­zy­cję, i popro­sił o spo­tka­nie na osob­no­ści. Teraz posłał jed­nego z żoł­nie­rzy na zamek, by zawia­do­mić bur­gra­biego o swym przy­by­ciu do Fisch­beck.

Ple­skow nie wyklu­czał, iż Hohen­zol­lern wymówi się obo­wiąz­kami na zamku w oba­wie, że takie wyróż­nie­nie jed­nego z gości, do tego z miesz­czań­skiego stanu, zosta­nie odczy­tane jako nie­godne przy­szłego elek­tora Rze­szy. Liczył jed­nak na to, że zain­try­go­wany bur­gra­bia zła­pie przy­nętę i wyje­dzie mu na spo­tka­nie pod pre­tek­stem poran­nej prze­jażdżki. I nie pomy­lił się.

Wcze­snym ran­kiem na dro­dze pro­wa­dzą­cej od punktu prze­prawy przez Łabę poja­wiła się grupa jeźdź­ców. Wśród nich wyróż­niała się zwa­li­sta postać jadąca na czele, w któ­rej Ple­skow, zaalar­mo­wany przez jed­nego z żoł­nie­rzy, roz­po­znał Fry­de­ryka Hohen­zol­lerna, bur­gra­biego Norym­bergi i przy­szłego elek­tora Bran­den­bur­gii.

Gdy oddział zaje­chał pod karczmę, koń bur­gra­biego, ści­skany potęż­nymi udami jeźdźca, oddy­chał cię­żej od pozo­sta­łych.

Hohen­zol­lern miał na sobie modry kaftan z bufia­stymi nara­mien­ni­kami z dro­giego gan­daw­skiego sukna, a na nogach łosiowe spodnie. Ubiór cokol­wiek dzi­waczny, ale bur­gra­bia sły­nął z braku wyczu­cia w tej mate­rii.

Mimo tuszy zręcz­nie zsu­nął się z konia i żwawo ruszył w stronę Ple­skowa.

- Przy­ja­cielu! Rad jestem! - zawo­łał, uno­sząc ramiona na powi­ta­nie.

Ple­skow skło­nił się z sza­cun­kiem, choć nie prze­sa­dzał z czo­ło­bit­no­ścią. Tytuł elek­tora Rze­szy nie­wąt­pli­wie robił wra­że­nie, ale to Fry­de­ryk miał potężne długi u Ple­skowa, a nie odwrot­nie. Odkąd się poznali, bur­gra­bia zawsze wystę­po­wał w roli petenta. Naj­lep­szy dowód, że w przeded­niu uro­czy­sto­ści chciało mu się ruszyć tłu­ste ciel­sko i wyje­chać z zamku na kil­ku­mi­lową prze­jażdżkę.

Nale­żało jed­nak zacho­wy­wać pozory. Nie byli sami.

- Mości bur­gra­bio, jestem zaszczy­cony! - Ple­skow wska­zał ręką na wej­ście do karczmy. - Zapra­szam.

Hohen­zol­lern się roze­śmiał.

- Ple­skow, ty zbóju, prze­cież to moja karczma!

W isto­cie karczma nale­żała do Żyda Mosze Gold­mana. Poprzed­niego wie­czoru jej wła­ści­ciel z prze­ra­że­niem w oczach wysłu­chał zapo­wie­dzi Ple­skowa, że praw­do­po­dob­nie sam bur­gra­bia zjawi się w przy­bytku, i jesz­cze w nocy rzu­cił się z całą rodziną do mycia głów­nej izby i sprzą­ta­nia obej­ścia.

Teraz wnę­trze pach­niało mokrymi od szo­ro­wa­nia deskami. Było pusto, wszy­scy goście zostali wcze­śniej wypro­szeni. Izba miała solidny szynk­was, pod­łogę wymosz­czoną świe­żym sia­nem i cztery duże stoły oto­czone ławami. Ple­skow i Hohen­zol­lern zajęli ten naj­bli­żej wej­ścia.

Bur­gra­bia usiadł bokiem, wycią­ga­jąc nogi przed sie­bie.

- Powi­nie­nem wię­cej się ruszać - wes­tchnął ciężko. - Takie poranne prze­jażdżki dobrze mi robią, ale strasz­nie się męczę.

A potem kla­snął w dło­nie. Gold­man wyrósł jak spod ziemi.

- Podasz nam piwa. Tylko dobrego, bo cię każę powie­sić. A potem wyno­cha z izby.

Żyd odda­lił się, bijąc pokłony.

- Chcia­łem omó­wić pewną sprawę... lepiej tutaj - pod­jął Ple­skow - aby­ście, panie, wśród gości mogli już tylko cie­szyć się swoim szczę­ściem. Poza tym na zamku ściany mają uszy, jak mnie­mam...

- Oczy­wi­ście, że mają, sam o to zadba­łem - rzekł Fry­de­ryk.

Karcz­marz zja­wił się ponow­nie z pęka­tym gli­nia­nym dzba­nem i dwoma szkla­ni­cami z ciem­nego szkła.

- Naj­lep­sze piwo, spro­wa­dzam je pro­sto z Wro­cła­wia. - Ostroż­nie posta­wił wszystko na stole. - Słód, zacier, chmiel, wszystko naj­wyż­szej próby, a warzone w naj­więk­szych mie­dzia­nych kotłach, jakie...

- Wynoś się - prze­rwał mu Hohen­zol­lern.

Żyd, urwaw­szy w pół słowa, skło­nił się w pas i znik­nął za drzwiami. W izbie zale­gła cisza.

- Drogi bur­gra­bio, przy­ja­cielu. - Kupiec przy­brał uro­czy­sty ton. - Chciał­bym ci zło­żyć...

- Gra­tu­la­cje były już w liście. Przejdźmy do rze­czy, Ple­skow. Mam na zamku pół Rze­szy, czas nagli.

- Przy­je­cha­łem do Tangermünde, by cie­szyć się twoim szczę­ściem. Przy oka­zji, będąc czło­wie­kiem prak­tycz­nym, chciał­bym zło­żyć ci, panie, pewną pro­po­zy­cję... Ofertę współ­pracy. Bar­dzo korzystną. Obo­pól­nie korzystną, rzecz jasna.

Hohen­zol­lern spo­dzie­wał się, że były prze­wod­ni­czący Hanzy znów wszedł w posia­da­nie jakichś sekret­nych infor­ma­cji han­dlo­wych, na któ­rych, przy poli­tycz­nym wspar­ciu przy­szłego elek­tora Rze­szy, można dobrze zaro­bić.

- Ufam ci bez­gra­nicz­nie, Ple­skow. - Bur­gra­bia zatarł pulchne dło­nie. - Czego ode mnie ocze­ku­jesz? Zamie­niam się w słuch!

Na dowód bli­skiej komi­tywy, do jakiej dopu­ścił wła­śnie swego roz­mówcę, miesz­cza­nina, sam nalał piwa do obu szkla­nic.

Mło­dzian zszedł do kom­naty poni­żej scho­dami wybi­tymi w ścia­nie wieży. Wie­dział, że nie powi­nien tego robić przed zapad­nię­ciem zmroku. Ale to on odczy­ty­wał wszyst­kie raporty i uznał, że ten, który wła­śnie otrzy­mał, nie może cze­kać.

- Masz się nie poka­zy­wać w ciągu dnia! Ile razy ci mówi­łem! - syk­nął ze zło­ścią star­szy męż­czy­zna.

- Odszy­fro­wa­łem raport Ottona.

Dostoj­nik wstał zza stołu. Wziął głę­boki wdech i zaczął czy­tać. Dopiero gdy skoń­czył, z ulgą wypu­ścił powie­trze.

- Czyli wszystko po naszej myśli...

- Otton uważa, że udało mu się prze­ko­nać Ple­skowa. Teraz Ple­skow musi zro­bić to samo z Hohen­zol­ler­nem.

- To już będzie pro­ste! Zna­ko­mi­cie. Powin­ni­śmy to uczcić!

Mło­dzie­niec podał drugą kartkę.

- Przy­szła też taka infor­ma­cja.

Dostoj­nik powiódł wzro­kiem po tek­ście. A potem wes­tchnął.

- Nie żyje soł­tys, jego dwóch synów, córka, paro­bek i jakichś dwoje sta­ru­chów...

- Stało się...

- Na to nic nie pora­dzimy...

Mło­dzie­niec pokrę­cił głową.

- Biada temu, kto otwiera okno na ciem­ność.

- Co?

- Obu­dzi­li­śmy demona - odparł mło­dzie­niec prze­ję­tym gło­sem. - Otwo­rzy­li­śmy okna na ciem­ność... Źle się z tym czuję.

- Będziesz musiał przy­wyk­nąć - stwier­dził dostoj­nik. - To dopiero począ­tek.

Roz­dział 6

6

Jesień roku Pań­skiego 1413

Ple­skow pił powoli, delek­tu­jąc się sma­kiem napoju. Uwa­żał się za znawcę piwa, a to było wyborne. Odsta­wił szkla­nicę, otarł ręka­wem usta i zaczął:

- Nad­cho­dzą cięż­kie czasy... Zbiera się na burzę...

Hohen­zol­lern popa­trzył na niego podejrz­li­wie. Nie tego się spo­dzie­wał.

- To zna­czy?

- Klę­ska zakonu... to doprawdy... cios w nas wszyst­kich. - W gło­sie Ple­skowa brzmiała szczera tro­ska. - Krążą słu­chy, że zakon się z tego nie pod­nie­sie. Jest jak wilk z wybi­tymi zębami. Jesz­cze trzyma się na nogach, ale już nie­wiele upo­luje. Jagiełło wkrótce ponow­nie naje­dzie Prusy i przej­mie Pomo­rze. A wraz z nim Gdańsk.

- Wiem o tym. Wszy­scy się tego oba­wiamy.

- Ale nikt nic nie robi! Gdańsk w pol­skich rękach - cią­gnął kupiec - to kata­strofa nie tylko dla Hanzy, lecz także dla całej Rze­szy. Nie możemy do tego dopu­ścić!

Bur­gra­bia roz­ło­żył ręce.

- Nie ma ani pie­nię­dzy, ani chęt­nych na wojnę z Pol­ską.

- Jest inny spo­sób...

Ple­skow, który opróż­nił już swoją szklankę, uniósł dzban z piwem, pro­po­nu­jąc dolewkę. Ponie­waż bur­gra­bia odmó­wił sta­now­czym ruchem głowy, nalał tylko sobie.

- Sły­sze­li­ście, dostojny panie, czego doma­gają się Polacy w spra­wie Pomo­rza?

- Tak, co nieco... - mruk­nął Fry­de­ryk.

- Na dwo­rach nie­miec­kich ksią­żąt wiele się o tym mówi! Polacy żądają zwrotu nie tylko Pomo­rza, lecz także ziem cheł­miń­skiej i micha­łow­skiej. Uwa­żają, że tereny te zostały im ode­brane prze­mocą. Oskar­żają też zakon, że zdo­był papie­skie przy­wi­leje pod­stę­pem.

- I co im z tego?

- Zyg­munt Luk­sem­bur­ski uzy­skał zgodę na prze­ka­za­nie sporu z Krzy­ża­kami pod swój sąd polu­bowny - mówił dalej Ple­skow. - I to on wyda wyrok w spra­wie Pomo­rza.

- Tak, tak, wiem o tym - potwier­dził Fry­de­ryk coraz bar­dziej znie­cier­pli­wiony. - Jagiełło zaś ma roz­strzy­gnąć spór Zyg­munta z ksią­żę­tami austriac­kimi. Pójdą sobie na rękę, to jasne.

- A wła­śnie że nie! Zyg­munt wyda wyrok nie­ko­rzystny dla Pola­ków! - powie­dział kupiec.

- Kto tak uważa? Ty?

Ple­skow pocią­gnął duży łyk piwa.

- Obaj wiemy, że cze­ski król, Wacław, wkrótce zej­dzie z tego świata. Pijań­stwo go zabija.

- To moż­liwe... - zgo­dził się bur­gra­bia.

- I Zyg­munt zażąda dla sie­bie korony Czech...

- I ją dosta­nie... Ma do niej prawo!

- Ow­szem, dosta­nie koronę, ale jej nie włoży! Przy­naj­mniej nie od razu. Będzie walka na śmierć i życie z cze­ską rewoltą!

- Jaką rewoltą? O czym ty mówisz, Ple­skow?

- Otóż Czesi wcale nie chcą Zyg­munta. Lud ma dość nie­miec­kich panów. A szlachta go pod­bu­rza. Do tej pory bra­ko­wało im tylko sztan­daru, pod któ­rym mogliby się zjed­no­czyć. Wyglą­dali przy­wódcy, pro­roka! - Ple­skow mówił gło­sem pod­nie­sio­nym z emo­cji. - Ale już go mają! Nazywa się Jan Hus. Wystą­pił otwar­cie prze­ciwko bul­lom odpu­sto­wym Jana XXIII. Ten go wyklął, a Hus nazwał papieża anty­chry­stem. Zyg­munt zaś zapro­sił Cze­cha na sobór. Jak myśli­cie, panie, po co?

Hohen­zol­lern wzru­szył ramio­nami.

- Żeby się go pozbyć. Powie­sić, ściąć, poćwiar­to­wać albo spa­lić na sto­sie! - odpo­wie­dział Ple­skow.

Bur­gra­bia pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Sta­wiam złote flo­reny prze­ciwko guzi­kom twego gustow­nego kaftana - Ple­skow nie mógł powstrzy­mać iro­nicz­nego uśmie­chu - że Zyg­munt nie wypu­ści Husa żywego z Kon­stan­cji! Oskarży go o here­zję i spali! A tego Czesi mu nie wyba­czą. Zyg­munt i Hus. Nie­miec i Czech. Kat i ofiara. To będzie iskra, od któ­rej zapłoną Cze­chy. Roz­pęta się pie­kło, jakiego świat dawno nie widział.

- Bawisz się w pro­roka...

- Może się mylę. Może pie­kło nie otwo­rzy bram. Ale jedno jest pewne: Zyg­munt dosta­nie cze­ską koronę, pod warun­kiem że upo­mni się o nią orę­żem. A do tego będzie potrze­bo­wał kru­cjaty! I wspar­cia całej Rze­szy. Elek­to­rów! Tylko to skłoni papieża do ogło­sze­nia kru­cjaty. A sam wiesz, że nie­mieccy ksią­żęta ni­gdy nie zgo­dzą się na osła­bie­nie zakonu. Więc żeby zyskać ich popar­cie dla swo­ich pla­nów, Zyg­munt zdra­dzi Jagiełłę i wyda wyrok nie­ko­rzystny dla Pol­ski. To tak pewne jak to, że Słońce krąży wokół Ziemi. Nie wiem tylko, kiedy do tego doj­dzie. Myślę, że po sobo­rze.

- Ty się nie bawisz w pro­roka. Ty już nim jesteś! - Hohen­zol­lern zaczął krę­cić się na ławie, szu­ka­jąc wzro­kiem karcz­ma­rza. - Kupię od Żyda kilka beczu­łek tego piwa dla gości.

Ple­skow mówił dalej nie­wzru­szony:

- Jagiełło nie będzie miał innego wyj­ścia, jak zajść Zyg­munta od tyłu, czyli zawrzeć sojusz z któ­rymś z nie­miec­kich księstw...

Hohen­zol­lern odwró­cił głowę. Po raz pierw­szy w jego oczach poja­wił się błysk zain­te­re­so­wa­nia.

- Jeśli wyda­rze­nia to gwiazdy - cią­gnął kupiec z per­swa­zją - to wła­śnie zmie­rzają do nie­zwy­kłej koniunk­cji, która wróży tobie, panie, i two­jemu rodowi wielką przy­szłość.

- O czym ty mówisz?

- Twoja Bran­den­bur­gia, panie - kon­ty­nu­ował Ple­skow - to naj­lep­szy kan­dy­dat. W razie wojny Pol­ski z zako­nem mógł­byś zablo­ko­wać nie­miec­kie posiłki dla Krzy­ża­ków.

Bur­gra­bia się roze­śmiał.

- Chcesz, żebym zawarł przy­mie­rze z Jagiełłą?

- Tak! - odparł Ple­skow. - Po spa­le­niu Husa, po sobo­rze, po wyda­niu wyroku przez Zyg­munta.

- Pol­ska szlachta na to nie pozwoli.

- Spora jej część poprze taki sojusz.

Fry­de­ryk nie­do­wie­rza­jąco pokrę­cił głową.

- Osza­la­łeś, Ple­skow...

- To przy­mie­rze zosta­łoby oparte na zarę­czy­nach twego syna z córką Jagiełły!

- Jesteś sza­lony! - powtó­rzył bur­gra­bia.

- Pod rzą­dami Hohen­zol­ler­nów wszystko uło­ży­łoby się w tej czę­ści świata po naszej myśli. Pozwól­cie mi dzia­łać, panie, a posa­dzę waszego nowo naro­dzo­nego syna na pol­skim tro­nie!

- Powtórz to, Ple­skow!

- Spra­wię, że twój syn, Fry­de­ryk Hohen­zol­lern, zosta­nie kró­lem Pol­ski!

Roz­dział 7

7

Jesień roku Pań­skiego 1413

Następ­nego dnia Ple­skow dotarł do przy­stani nad Łabą wcze­snym świ­tem, gdy nad wodami słały się jesz­cze białe, wil­gotne mgły. Roz­pie­rała go ener­gia, znów spły­nęła na niego fala eufo­rii, wywo­łu­jąc dreszcz emo­cji i pod­sy­ca­jąc nie­cier­pli­wość.

Na brzegu cze­kała go jed­nak nie­miła nie­spo­dzianka. Od grupy podróż­nych zgro­ma­dzo­nych na pomo­ście dowie­dział się, że łódź zakon­trak­to­wa­nego przez mia­sto prze­woź­nika w pierw­szym kur­sie tego dnia nabrała wody i zato­nęła. Chwilę po wypadku mgła zgęst­niała i z brzegu nie spo­sób było doj­rzeć, co stało się z wio­śla­rzem i podróż­nymi. Z nie­zro­zu­mia­łych przy­czyn ścią­gnię­cie zmien­nika trwało nie­mal całe przed­po­łu­dnie. Na przy­stani zebrał się tłum.

W Ple­sko­wie nara­stała wście­kłość. Hohen­zol­lern, hoł­du­jąc modzie panu­ją­cej wśród nie­miec­kiej ary­sto­kra­cji, posta­no­wił ochrzcić syna na gór­nym dzie­dzińcu zamku, na świe­żym powie­trzu, zamiast w ponu­rym i zim­nym wnę­trzu kate­dry. Z uwagi na pogodę cere­mo­nia miała się odbyć około połu­dnia.

Kiedy do brzegu dobiła wresz­cie nowa łódź, doszło do prze­py­cha­nek. Dwóch najem­ni­ków, któ­rzy towa­rzy­szyli Ple­sko­wowi, wydo­by­tymi z pochew kor­dami wywal­czyli mu pierw­szeń­stwo wej­ścia na pokład. Gdyby nie to, Ple­skow trwałby na pomo­ście i gapił się w wodę do wie­czora.

Słońce stało już wysoko nad zam­ko­wym wzgó­rzem, gdy wresz­cie zna­lazł się na dru­gim brzegu Łaby. Ruszył bło­niami nad Tan­ge­rem ku murom miej­skim. Nie spo­tkał żywej duszy, oko­lica była jak wymarła. Minął przed­mie­ście, a następ­nie skie­ro­wał się żwa­wym kro­kiem wijącą się ku górze ścieżką na zamek.

Na dzie­dzińcu pano­wał tłok. Chyba całe mia­sto się tu zgro­ma­dziło. Szu­ka­jąc prze­świ­tów w morzu głów, wspi­na­jąc się na palce, Ple­skow zoba­czył, że na zwo­dzony most oddzie­la­jący zewnętrzny dzie­dzi­niec od wewnętrz­nego weszło wła­śnie trzech słu­żą­cych w bar­wach Hohen­zol­ler­nów, prze­ta­cza­jąc na wózku kamienną chrzciel­nicę; czwarty szedł za nimi z ogrom­nym pozła­ca­nym krzy­żem na ramie­niu.

A więc już po chrzcie! Ple­skow zaklął w duchu. To prawda, że nie zno­sił cią­gną­cej się w nie­skoń­czo­ność kościel­nej cele­bry, z tru­dem wytrzy­my­wał nie­dzielne sumy, na które cho­dził wyłącz­nie z zawo­do­wego obo­wiązku, lecz aku­rat dziś gotów był śpie­wem wiel­bić Pana aż do zdar­cia gar­dła. Do cho­lery, padłby nawet krzy­żem, gdyby trzeba było.

Trudno, co się stało, to się nie odsta­nie. Miał uspra­wie­dli­wie­nie. Zja­wił się na brzegu skoro świt. Nie mógł prze­wi­dzieć, że prze­woź­nik nie­dojda utopi się razem z łodzią.

Nagle z tłumu wyło­nił się Fritz Hanke, major­dom Tangermünde i od kilku lat zaufany czło­wiek Ple­skowa. Odkąd han­ze­atę i bur­gra­biego zaczęły łączyć ści­ślej­sze więzi, Ple­skow syp­nął gro­szem i Fritz stał się jego kon­fi­den­tem na zamku.

- Tłoczno tu dzi­siaj! - rzu­cił Ple­skow zamiast powi­ta­nia.

- Witaj­cie, panie. Już i tak się prze­rze­dziło. Zeszło się tu pra­wie całe mia­sto.

Fio­le­towo-zie­lony płaszcz Fritza miał dzi­waczny krój i zupeł­nie nie paso­wał do zawsze sta­ran­nie dobie­ra­ją­cego odzie­nie major­doma. Ple­skow dopiero teraz zdał sobie sprawę, że takie same płasz­cze nosi więk­szość zgro­ma­dzo­nych na dzie­dzińcu osób.

- O co cho­dzi z tymi płasz­czami? - Ple­skow skrzy­wił się z nie­sma­kiem. - Czemu ludzie w nich para­dują? - Po czym ujął w palce połę płasz­cza Fritza. - Mate­riał godny, ale wyglą­dają okrop­nie.

- Hohen­zol­lern zamó­wił kil­ka­set sztuk ze swo­imi her­bem, aby goście wyglą­dali jed­na­kowo... dostoj­nie. Sam je zapro­jek­to­wał.

- To widać.

- Każdy dostał. Nawet służba i miesz­cza­nie - odparł Fritz. - Jest dość cie­pło, ale wszy­scy się pod­po­rząd­ko­wali. W końcu zie­leń i fio­let to kolory szczę­śli­wych kochan­ków...

- Fry­de­ryk nie ma na co wyda­wać pie­nię­dzy?

- Och, ma! Więk­szość gości to nasi wie­rzy­ciele.

- Wiem, bo sam jestem jed­nym z nich! Dla­czego pozwo­li­łeś na tę maska­radę? - zapy­tał szorstko Ple­skow. - Płasz­cze musiały kosz­to­wać for­tunę.

- Na razie koszty poniósł kra­wiec... Gdzieś tu krąży. - Fritz krę­cił przez chwilę głową, szu­ka­jąc wzro­kiem rze­mieśl­nika. - Też ma to na sobie. I modli się o zapłatę.

- To powiedz mu, że zie­leń to kolor kata­strofy - mruk­nął kupiec.

Ple­skow widział kie­dyś spis zam­ko­wej służby. Hohen­zol­lern miał kogo ubrać: szam­be­la­nów, sekre­ta­rzy, medy­ków, ludzi w kuchni. W samych staj­niach pra­co­wało kil­ku­na­stu pachoł­ków. Oprócz nich miał na utrzy­ma­niu panów i ich damy, gierm­ków i paziów.

- Ilu gości będzie noco­wało na zamku?

- Około trzy­dzie­stu. Więk­szość zostaje na kilka dni.

- Ja posta­ram się być kró­cej.

- Bur­gra­bia wyglą­dał cię, panie. Pytał kilka razy.

- Zły?

- Nie, raczej... wycze­ku­jący. O innych nie pytał.

- To dobrze! Pro­wadź mnie do niego.

Prze­ci­snęli się przez rzed­nie­jący zie­lono-fio­le­towy tłum, potem zwo­dzo­nym most­kiem dostali się na mały wewnętrzny dzie­dzi­niec. W bagni­stej wodzie Ple­skow zauwa­żył kępy wyso­kiej trzciny. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego Hohen­zol­lern, mając tak liczną służbę, nie kazał oczy­ścić fosy.

Na wewnętrz­nym dzie­dzińcu w cie­niu ogrom­nego orze­cha, z któ­rego nie opa­dły jesz­cze liście, stali bur­gra­bia, jego żona Elż­bieta ze służką u boku oraz arcy­bi­skup Kolo­nii i elek­tor Rze­szy książę Fry­de­ryk z Saar­wer­den, który oso­bi­ście popro­wa­dził cere­mo­nię chrztu.

Dziewka ostroż­nie prze­jęła nie­mowlę z rąk bur­gra­biny i ruszyła w stronę dzie­dzińca. Mija­jąc Ple­skowa, lekko ski­nęła głową. Uda­wała się zapewne do kom­nat w zachod­nim skrzy­dle, gdzie znaj­do­wały się sypial­nia Elż­biety Hohen­zol­lern i pokoje nia­niek. Z tego, co opo­wia­dał Fritz, bur­gra­bia pod­czas pobytu na zamku w Tangermünde sypiał sam w jed­nej z suro­wych kom­nat w głów­nej basz­cie sto­ją­cej w pół­nocno-zachod­niej czę­ści małego dzie­dzińca.

Teraz gospo­darz gestem zachę­cił Ple­skowa, by do nich pod­szedł.

- To Jor­dan Ple­skow, sławny... - roz­po­czął pre­zen­ta­cję.

- Ależ bur­gra­bio, nie trzeba! - zawo­łał arcy­bi­skup, kła­dąc rękę na ramie­niu Hohen­zol­lerna. A potem zwró­cił się do han­ze­aty: - Drogi panie Ple­skow, cała Rze­sza, ta myśląca część, z zapar­tym tchem śle­dzi twoją walkę z tymi łotrami. Cóż za brak taktu i poli­tycz­nego roze­zna­nia po tam­tej stro­nie.

Ple­skow przy­wo­łał na twarz uprzejmy uśmiech i skło­nił się dostoj­ni­kowi. Znali się od wielu lat i wza­jem­nie wspie­rali, o czym wie­dzieli nie­mal wszy­scy w Rze­szy. Aż dziw, że Hohen­zol­lern o tym zapo­mniał.

- Bóg sprzyja rozum­nym. - Elż­bieta obda­rzyła go ser­decz­nym uśmie­chem. - Doszły nas wie­ści o rychłym zwy­cię­stwie...

Macie­rzyń­stwo jej słu­żyło. Ubrana była w suk­nię bar­dziej sto­sowną na bal niż na chrzciny. Jasno­zie­loną, zadzi­wia­jąco wąską w talii. Za to kwa­dra­towe wycię­cie dekoltu nabrało kuszą­cych krzy­wizn pod napo­rem obfi­tego biu­stu. Na gło­wie bur­gra­bina miała wysoki spi­cza­sty hen­nin, z któ­rego wierz­chołka spa­dał powiewny woal się­ga­jący bio­der. Ple­skow uznał, że kobieta wygląda w nim jak astro­log.

- W isto­cie. - Kupiec skło­nił się w jej stronę. - Mam zamiar powró­cić wresz­cie do mojego domu w Lubece i objąć stery Hanzy.

Ple­skow prze­pro­sił za spóź­nie­nie. Opo­wie­dział o wypadku pod­czas prze­prawy, a potem narze­kał na zwłokę w spro­wa­dze­niu nowej łodzi. Roz­ma­wiano o zdro­wiu szczę­śli­wej matki, poli­tyce, zasły­sza­nych cie­ka­wost­kach ze świata i wspa­nia­łej pogo­dzie, która bez wąt­pie­nia sta­no­wiła świa­dec­two bożych łask. W toku kupiec­kiej kariery Ple­skow nabrał bie­gło­ści w pro­wa­dze­niu podob­nych roz­mów, zna­ko­mi­cie uda­jąc zaan­ga­żo­wa­nie. Na ogół nic z tego papla­nia potem nie pamię­tał. Teraz było podob­nie. Z jed­nym wyjąt­kiem: wyostrzył zmy­sły, gdy roz­mowa zeszła na stan zdro­wia nie­mow­lę­cia. To go naprawdę inte­re­so­wało. Szcze­rze ucie­szył się na wieść, że dziecko jest oka­zem zdro­wia.

Koniec uprzej­mej kon­wer­sa­cji nad­szedł z chwilą, gdy zja­wiła się służka i szep­nęła coś do Elż­biety. Ta słu­chała w sku­pie­niu, marsz­cząc lekko czoło, potem zafa­lo­wała welo­nem w ukło­nie i ode­szła bez słowa. Po chwili także arcy­bi­skup wymó­wił się obo­wiąz­kami.

Ple­skow i Hohen­zol­lern zostali sami.

Widząc to, Fritz, który dys­kret­nie trzy­mał się z boku, postą­pił kilka kro­ków w ich stronę. Bur­gra­bia odpra­wił go jed­nak zde­cy­do­wa­nym ruchem ręki i ujął Ple­skowa pod ramię. Wyszli z chłod­nego cie­nia orze­cha, kie­ru­jąc się w stronę blan­ko­wa­nych murów oka­la­ją­cych wewnętrzny dzie­dzi­niec.

U stóp mieli sze­ro­kie koryto Łaby, do któ­rej docho­dziła opły­wa­jąca zamek wąska rzeka Tan­ger. Na dru­gim brzegu roz­po­ście­rały się wciąż jesz­cze zie­lone łąki.

- Jor­dan, przy­ja­cielu - zaczął bur­gra­bia - jesteś moim naj­waż­niej­szym gościem, zostań, jak długo chcesz i możesz. Nie poża­łu­jesz. Mam zamiar przez naj­bliż­sze dni pić i jeść, ile dusza zapra­gnie.

- Jak na szczę­śli­wego ojca przy­stało.

- Wła­śnie! I tobie radzę to samo.

Odwró­cił twarz w stronę Ple­skowa. Jak zwy­kle biła z niej pew­ność sie­bie.

- Myśla­łem nad tym, co mi powie­dzia­łeś. Możesz mi coś wyja­śnić?

- Jestem do usług - zapew­nił skwa­pli­wie Ple­skow.

Bur­gra­bia mil­czał długą chwilę. Wresz­cie uniósł wzrok ku lśnią­cemu błę­ki­tem niebu.

- Zapewne wiesz, że już ponad rok temu Jagiełło zawarł przy­mie­rze z księ­ciem austriac­kim Erne­stem. Oddał mu nawet swoją sio­strze­nicę za żonę.

Ple­skow lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką.

- Zara­dzimy temu. To bez zna­cze­nia. Bran­den­bur­gia to dla Jagiełły dużo lep­szy kan­dy­dat. Co z tego, że oddał Erne­stowi swoją sio­strze­nicę? Ty, panie, masz syna! Któ­rego wła­śnie ochrzci­łeś... A Jagiełło ma córkę... Zaufaj mi.

- Jagiełło nie jest głup­cem.

- Oczy­wi­ście, że nie jest! Dla­tego tym szyb­ciej poj­mie, że nie ma innego wyj­ścia, jak przy­jąć twoją pro­po­zy­cję. Ba! Jeśli wszystko pój­dzie po naszej myśli, to Jagiełło sam zwróci się do cie­bie, panie. Będziesz wtedy w znacz­nie lep­szej sytu­acji i wobec Zyg­munta, i wobec Pol­ski.

Fry­de­ryk rzu­cił mu krót­kie, twarde spoj­rze­nie.

- Czego ocze­ku­jesz w zamian?

- Jako namiest­nik króla Pol­ski dasz Litwi­nom koronę. W ten spo­sób osła­bimy Pol­skę i utrzy­mamy zakon nad Bał­ty­kiem. Tak długo, jak Hohen­zol­ler­no­wie będą rzą­dzić na Wawelu, zakon będzie bez­pieczny, a tym samym i Hanza. To mój zysk.

- Polacy powo­łają radę regen­cyjną...

- Ty, panie, będziesz sta­wiał warunki. W radzie zasiądą też Polacy, to jasne. Ale można ich prze­ku­pić, żadna sprawa, poza tym znajdą się w mniej­szo­ści.

- Cały twój plan może runąć, jeśli Krzy­żacy doga­dają się z Jagiełłą. Ich nowy mistrz to podobno gołąb. Z tego, co wiem, Krzy­żacy już sia­dają do stołu z Pola­kami. Jak chcesz im tego zabro­nić?

To prawda, wojow­ni­czy Hen­ryk von Plauen został led­wie mie­siąc temu pozba­wiony god­no­ści wiel­kiego mistrza. Jego następca, Michał Küchmeister, był bar­dziej ugo­dowo nasta­wiony niż jego poprzed­nik. Ple­skow przy­go­to­wał się na takie pyta­nie.

- Musimy wybić im z głowy wszel­kie roko­wa­nia - odparł. - Szybko spro­wo­ko­wać wojnę, jesz­cze przed sobo­rem. Od tego trzeba zacząć.

- To nie takie pro­ste...

- Spro­wo­ko­wać wojnę mię­dzy Pola­kami a Krzy­ża­kami? - Ple­skow się roze­śmiał. - To bar­dzo pro­ste.

Mil­czeli przez dłuż­szą chwilę, wpa­tru­jąc się w spo­kojny nurt Łaby. W końcu ode­zwał się Ple­skow:

- Wszystko, co powie­dzia­łem, a ty, panie, raczy­łeś nazwać pro­roc­twami, opiera się na prze­wi­dy­wa­niach pol­skiego wywiadu. Bar­dzo spraw­nego wywiadu, który ogrywa Krzy­ża­ków, jak chce.

- Wszystko?

- Tak, pra­wie wszystko... Sami Polacy spo­dzie­wają się, że Zyg­munt poprze zakon.

- Dla­czego zatem biorą go na arbi­tra?

- To zło­żona gra. Nie spo­sób jej nie doce­nić. Dla Jagiełły naj­waż­niej­szy będzie sobór.

- To zna­czy?

- Jagiełło i jego ludzie sto­czą tam praw­dziwą wojnę z zako­nem. W skró­cie rzecz ujmu­jąc: jeśli Polacy ją wygrają, nikt potem w Euro­pie nie kiw­nie pal­cem, gdy będą się roz­pra­wiali z Krzy­ża­kami. Ogniem i mie­czem. Jagiełło tylko udaje, że liczy na jakieś trak­taty czy układy.

- Skąd to wszystko wiesz?

- Od kogoś bar­dzo wpły­wo­wego na Wawelu. To dwo­rza­nin z bli­skiego oto­cze­nia Jagiełły, bar­dzo bli­skiego. Zna wszyst­kie sekrety pol­skiego dworu i cie­szy się bez­gra­nicz­nym zaufa­niem króla i jego dorad­ców. I ma na nich duży wpływ!

Fry­de­ryk spoj­rzał na niego pyta­jąco.

- Ufam ci, panie, bez­gra­nicz­nie. - Ple­skow bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. - Ale wybacz, nie mogę...

- Rozu­miem - rzekł bur­gra­bia. - Podejmę decy­zję jesz­cze dziś. Przed wie­cze­rzą. Póki jestem trzeźwy.