Tron Cezara - Steven Saylor

-
Proszę czekać

I

Dawno, dawno temu, pewnego ciepłego wiosennego poranka, ktoś przysłał po mnie sługę. Wtedy to poznałem Tirona.

Minęło wiele lat - i Tiro znów po mnie przyszedł, już jako wyzwoleniec. Był marzec i ranek szczypał chłodem, tym dotkliwszym, gdy już dawno pożegnaliśmy się z młodością.

W jakim on właściwie jest wieku? Głowę miałem ciężką od wypitego wczoraj wina, ale nie tak zamuloną, żeby sobie nie poradzić z arytmetyką. Jest siedem lat młodszy ode mnie, czyli ma... pięćdziesiąt dziewięć. Pomyśleć tylko: Tironowi zaraz strzeli sześćdziesiątka! Jak to możliwe? Naprawdę już trzydzieści sześć wiosen upłynęło, odkąd wtedy się zjawił u mych drzwi?

Wówczas był jeszcze niewolnikiem, choć dobrze wyedukowanym. Jego pan, nieznany młody adwokat o zabawnym nazwisku Cycero, dopiero zaczynający karierę w Rzymie, powierzył mu funkcję osobistego sekretarza i swojej prawej ręki. Dziś znają go wszyscy. Cycero od lat cieszył się sławą nie mniejszą niż Katon czy Pompejusz (no i wciąż żył, w przeciwieństwie do tej dwójki) i prawie dorównującą naszemu szanownemu dyktatorowi. Mówię: prawie, bo nikt nigdy nie będzie tak sławny jak Gajusz Juliusz Cezar. Ani tak potężny. Ani tak bogaty.

- Wtedy też żyliśmy pod władzą dyktatora - mruknąłem pod nosem.

- Co mówisz, Gordianusie? - zagadnął Tiro.

Z atrium przeszliśmy mrocznym korytarzem do ogrodu w centralnym punkcie domu. Nic jeszcze nie kwitło, ale grządki zieleniły się już pięknie w porannym słońcu. Przy sadzawce z rybami przycupnęła Bast - ostatnia z długiej linii naszych kocic noszących to imię - zagapiona na ptaka, który z bezpiecznej pozycji na dachu zanosił się miłym dla ucha świergotem. Mimo zimna czuło się już pierwsze tchnienia nadchodzącej wiosny.

Owinąłem się płaszczem, przysiadłem na drewnianej ławce w nasłonecznionym miejscu i oparłem się plecami o jedną z kolumn perystylu. Tiro spoczął na sąsiedniej, zwrócony twarzą do mnie. Patrzyłem nań w milczeniu. Wiek nie ujął mu przystojności. Tak wtedy, jak i dzisiaj najbardziej przyciągały uwagę jego oczy niezwykłej, lawendowej barwy, teraz tym bardziej uderzające w obramowaniu ze starannie przystrzyżonych białych kędziorów.

- Nic ważnego... - odrzekłem, masując sobie skronie, aby złagodzić pulsujący ból głowy. - Zauważyłem tylko, że wtedy też mieliśmy dyktatora. Ile miałeś lat?

- Kiedy?

- Gdy się pierwszy raz spotkaliśmy.

- Niech pomyślę... Chyba dwadzieścia trzy. Tak jest. Cycero miał dwadzieścia sześć.

- A ja trzydzieści. Wspominałem właśnie tamtą okazję. Oczywiście to nie było tutaj. Mieszkałem na Eskwilinie, w domu po ojcu. Dzień był ciepły... majowy, nie? Też sam ci otworzyłem. Żona mnie za to strofuje, mówiąc, że od tego mamy niewolnika. Ale powiem ci, że ujrzawszy cię na progu, doznałem tego uczucia...

- Jakiegoż to?

- No wiesz... wszyscy to miewamy. Dziwne wrażenie, że tak już kiedyś było. Aż dreszczyk przechodzi.

- Tak, znam to zjawisko.

- Z wiekiem pojawia się coraz rzadziej. Ciekawe dlaczego? I czemu nie mamy na to odpowiedniego słowa? Może ty albo Cycero powinniście je wymyślić. "Jużwidziane" albo coś w tym rodzaju. Albo zapożyczyć je z innego języka. Zdaje się, że Etruskowie mieli takie.

- Doprawdy? - Tiro uniósł brew. W jego oczach błysnęła figlarna iskierka.

- Tak, zaraz sobie przypomnę. A może to Kartagińczycy? Szkoda, że nie przejęliśmy od nich użytecznych wyrazów, nim uczyniliśmy punicki martwym językiem. Ależ mam dzisiaj mętlik w głowie!

- Boś wczoraj za dużo wypił.

- Skąd to przypuszczenie? - Spojrzałem na niego spod oka.

- Widać po tym, jak stąpasz, i w ogóle po wyglądzie. Po tym, jak siadasz i opierasz się o kolumnę tak ostrożnie, jakby to coś na twoim karku było jajkiem, które w każdej chwili może się rozbić.

Nie mylił się. W skroniach mi łomotało, cieniutkie siateczki błyskawic migotały mi na skraju pola widzenia i znikały. Oczywiście to wina wina.

- Skoro już się nam zebrało na wspominki... - Tiro parsknął śmiechem. - Wtedy też miałeś kaca.

- Poważnie?

- I to jakiego! Pamiętam, bo zdradziłeś mi na to remedium.

- Taki byłem uczony? I co to było za lekarstwo? Przydałoby mi się teraz.

- Nie wierzę, że zapomniałeś.

- Jestem starcem, Tironie. Różne rzeczy wylatują mi z głowy.

- Ależ stosowałeś je od pierwszej chwili, gdy się zjawiłem. Zadawałeś pytania, usiłowałeś wymyślić nowe słowo... Myślenie, oto twój sposób.

- Ach tak... coś sobie przypominam.

- Wywiodłeś to całkiem elegancko. Pamiętam dobrze, bo sobie to potem zapisałem, z myślą, że mogłoby się przydać Cyceronowi do jakiejś mowy czy traktatu. Cytuję: według niektórych lekarzy myślenie odbywa się w mózgu, oliwionym przez wydzielinę zwaną flegmą. Kiedy zostanie zanieczyszczona bądź stwardnieje, pojawia się ból głowy. Czynność myślenia skutkuje jednak produkcją świeżej flegmy, która zmiękcza i rozcieńcza starą. Im intensywniej zatem się myśli, tym większe jej wydzielanie. Dlatego silna koncentracja przyspieszy naturalny proces samoleczenia z kaca przez wypłukiwanie humorów z chorej tkanki i przywrócenie oliwienia błon.

- Na Herkulesa, co za pamięć! - wykrzyknąłem. Tiro z niej słynął; podyktowany przez Cycerona list potrafił zacytować słowo w słowo rok po fakcie. - I na Herkulesa, co za głupoty wtedy wygadywałem...

- I dalej wygadujesz.

W ustach niewolnika takie dictum byłoby niesłychaną impertynencją. Wraz z odzyskaniem wolności mojemu przyjacielowi wyostrzył się język.

- Co takiego?

- Łapię cię za słowo, Gordianusie.

- Za które?

- Za to rzekomo etruskie, które niby to masz na końcu języka. Nie wierzę w ich istnienie. Chciałbym dostawać denara za każdym razem, kiedy ktoś powiada: "Etruskowie mieli na to odpowiednie określenie". Albo że wymyślili takie czy inne powiedzonko lub dziwny zwyczaj. Prawie nieodmiennie okazuje się to bzdurą. Rzeczy etruskie są stare i dziwne, a ich mową nie posługuje się już nikt poza haruspikami podczas wróżebnych rytuałów, garstką wieśniaków gdzieś na odludziu i kilkoma starymi, zasuszonymi amatorami folkloru. Dlatego wszystko, co się z tym dawnym ludem wiąże, wydaje się tajemnicze i owiane mistyczną aurą. Przypisywanie im autorstwa przysłów i obyczajów to zwykłe umysłowe lenistwo.

- Może i tak, ale jestem pewien, że jest etruskie słowo na...

- W takim razie rzucam ci wyzwanie, Gordianusie: przypomnij je sobie do końca miesiąca... Nie, wcześniej. W twoje sześćdziesiąte szóste urodziny. Przypadają dwudziestego trzeciego, jeśli się nie mylę?

- Teraz to ty się popisujesz, Tironie. Jednakże co do owego słowa, podejrzewam, że odszukam je w pamięci jeszcze przed twoim odejściem... które może nastąpić szybciej, niż myślałeś, jeśli dalej będziesz tak grał mi na nerwach. - Powiedziałem to z uśmiechem, jego wizyta sprawia mi bowiem przyjemność. Zawsze go lubiłem, w przeciwieństwie do jego dawnego pana (w którego imieniu niemal na pewno dziś się u mnie zjawił). - To moje stare lekarstwo chyba nie działa tak dobrze jak za młodu. Pewnie dlatego, że umysł już nie taki bystry jak kiedyś.

- Jak u wszystkich - odrzekł Tiro z westchnieniem.

- Albo dlatego, że piję teraz więcej. Zbyt wiele długich zimowych wieczorów spędziłem w "Tawernie Rozpusty" z podejrzaną kompanią, ku strasznemu niezadowoleniu żony i córki. Ach, czekaj! Teraz sobie przypomniałem. Nie, nie to nieuchwytne etruskie słowo, lecz ową umysłową gierkę, w którą cię wciągnąłem przy naszym pierwszym spotkaniu. Nie tylko wyleczyłem nią kaca, ale i zaimponowałem ci sprawnością dedukcji.

- To prawda! Bezbłędnie odgadłeś cel mojego przybycia.

- I dzisiaj mogę zrobić to samo.

Tiro założył ręce na piersi i zmierzył mnie wyzywającym spojrzeniem. Już miał się odezwać, gdy przeszkodziło mu nadejście Diany, która wynurzyła się z zacienionego portyku na słońce.

- Ja też - oznajmiła bez wstępów.

Tiro wstał na jej powitanie, trochę zmieszany, o czym świadczyła przekrzywiona głowa.

- Teraz to ja doznaję tego dziwnego uczucia, którego obaj nie umiemy nazwać - rzekł. - Bo przecież tamtego ranka ta właśnie piękność zjawiła się jakby znikąd i aż zaparło mi dech. Tylko jak to możliwe? Naprawdę mam wrażenie, jakbym się cofnął w czasie.

- Wtedy to była Bethesda - wyjaśniłem z uśmiechem. - Teraz masz przed sobą jej... to znaczy naszą córkę Dianę.

Diana przyjęła komplement gościa bez komentarza, jak stwierdzenie faktu - bo też dlaczego nie? Istotnie jest piękną młodą kobietą i tak samo jak kiedyś jej matka może przyprawić mężczyznę o pełen zachwytu bezdech: ma gęste i lśniące czarne włosy, jasne oczy i doskonałą figurę, której nie ukryje nawet stola rzymskiej matrony.

Uniosła brwi i popatrzyła na mnie z dezaprobatą.

- Znowu sam wpuściłeś gościa, tato? Przecież od tego jest odźwierny.

- Rzeczywiście wykapana mamusia. Nawet mówisz jak ona! - Roześmiałem się. - Ale, ale... Stwierdziłaś, że potrafisz wydedukować powód wizyty Tirona. No to zaczynaj.

- Proszę bardzo. Po pierwsze, kto go tu przysłał? - Popatrzyła na niego tak natarczywie, że biedak aż pokraśniał. Urodziwe niewiasty zawsze go onieśmielały. - To akurat łatwizna: naturalnie Marek Tulliusz Cycero.

- A kto powiedział, że zostałem przez kogokolwiek przysłany? - obruszył się gość. - Jestem wolnym obywatelem.

- Jesteś i mogłeś odwiedzić mojego ojca z własnej inicjatywy... ale jakoś nigdy tego nie robiłeś, choć twoje towarzystwo niezmiennie go raduje. Kontaktujesz się z nim tylko wtedy, gdy Cycero cię o to prosi.

Tiro znów się zaczerwienił. Rumieniec u młodzika wygląda ujmująco, ale u prawie sześćdziesięciolatka może budzić niepokój. Na szczęście moje obawy zaraz rozwiał jego szczery śmiech.

- Muszę przyznać ci rację, Diano - powiedział. - Tak, jestem tu na polecenie Cycerona.

Diana skinęła głową.

- Pytanie drugie: po co cię tu przysłał? Cóż, niemal na pewno ma to coś wspólnego z dyktatorem.

- Skąd ta pewność? - spytał Tiro.

- Stąd, że wszystko, co się ostatnio dzieje, wiąże się z jego osobą.

- I w tym trudno ci odmówić słuszności. Musisz jednak mówić konkretniej. Ogólniki nie wystarczą, aby mi zaimponować.

- Mnie też nie - dodałem.

Diana zawsze szukała okazji, by mi zademonstrować talent do logicznej dedukcji. Stanowiło to część kampanii przekonywania mnie, bym jej pozwolił przejąć rodzinny fach detektywistyczny (tak jak ja go odziedziczyłem - wraz z przydomkiem Poszukiwacza - po ojcu). Z mojej strony padała zawsze ta sama odpowiedź: dwudziestopięcioletniej rzymskiej damie z dwojgiem małych dzieci, choćby nie wiem jak sprytnej, nie przystoi uganiać się za dowodami, rozwiązywać zagadki kryminalne i na inne sposoby wtykać nos w sprawy niebezpiecznych ludzi.

- Mów dalej, córcia. Wyjaśnij, jeśli potrafisz, czemu Cycero przysłał po mnie Tirona.

Diana zamknęła oczy, uniosła ręce i przytknęła palce do skroni, jak gdyby szukała łączności z jakimś tajemniczym źródłem wiedzy.

- Pierwszy raz spotkałeś się z moim ojcem w drugim roku dyktatury Sulli - powiedziała tonem wróżbitki. - Przyszedłeś prosić go o pomoc w poszukiwaniu prawdy o szokującej, haniebnej zbrodni. Obrzydliwej. Niewymownej. Zbrodni ojcobójstwa!

Tiro usiłował prychnąć drwiąco, minę miał jednak nietęgą.

- Cóż, to żadna tajemnica, że obrona Sekstusa Roscjusza była pierwszą poważną sprawą Cycerona. Pamięta ją każdy, kto wówczas był w Rzymie. Ojciec najwyraźniej ci opowiedział o swej roli w śledztwie...

- Czekaj, Tironie - wszedłem mu w słowo. Występ Diany mnie samego zaczynał intrygować. - Daj jej mówić.

Dziewczyna poruszyła powiekami i przemówiła niższym głosem.

- Teraz znów przybywasz prosić go o pomoc, a mamy piąty rok dyktatury Cezara. I też chodzi o zbrodnię, ale jeszcze niepopełnioną... za to jeszcze ohydniejszą niż mord na Roscjuszu. Zabójstwo ojca uknute przez dzieci.

- Nie, nie, nie! - Tiro nieco zbyt dobitnie pokręcił głową.

- Ależ tak! - upierała się Diana, znów przewracając oczyma pod powiekami. - Czyż bowiem przyszłej ofiary nie nazwano ojcem ojczyzny? I czy w takim razie Rzymianin, który podniesie na niego rękę, nie stanie się ojcobójcą? Każdy senator złożył przysięgę, że będzie go bronił nawet za cenę własnego życia. Gdyby którykolwiek z nich obrócił się przeciwko niemu, czyż nie popełni świętokradztwa?

Tiro gapił się na nią z rozchylonymi ustami.

- Czy dobrze odgadłam przyczynę twojej wizyty, Tironie? - Diana nagle otworzyła oczy i zaczęła świdrować go wzrokiem. - Chcesz, żeby Gordianus Poszukiwacz poszedł z tobą do Cycerona i wyjawił mu wszystko, co może wiedzieć lub odkryć na temat spisku na życie ojca ojczyzny, dyktatora Gajusza Juliusza Cezara.

II

Tiro spojrzał na nią, potem znów na mnie.

- Ale skąd wy możecie... Czy ktoś szpieguje mnie albo Cycerona? I o jakim to spisku mówisz, Diano? Co wiesz o...

Dziewczyna roześmiała się, ubawiona i uradowana jego reakcją.

Cmoknąłem z udanym niezadowoleniem.

- Doprawdy, córko, to nieuprzejme tak wyprowadzić gościa z równowagi.

- No to jest spisek na życie Cezara czy go nie ma? - nalegał Tiro.

Miałem wrażenie, że opadła z niego maska pewnego siebie światowca i stoi przede mną młodzieniec sprzed trzydziestu sześciu lat: inteligentny, pełen zapału, ale podatny na tego rodzaju sztuczki i łatwo ulegający niepokojom.

Westchnąłem.

- Zdaje się, że moja latorośl zbyt często widywała, jak ojciec robi gościom podobne numery, i nie może się oprzeć pokusie. Nie, Tironie, nie ma planów zamordowania Cezara... w każdym razie mnie o żadnych nie wiadomo. Diana też na pewno nie wie więcej ode mnie. A może coś ci się obiło o uszy? - zwróciłem się do niej.

- Ależ skąd, papciu. Jakże mogłabym wiedzieć więcej od ciebie, co się dzieje w wielkim, złym świecie?

Zamrugała powiekami i przybrała minę bez wyrazu. Ileż to razy uświadamiałem sobie, że kobiety, mimo ograniczeń ich domowej egzystencji, mają sposoby odkrywania rzeczy niewiadomych i tajemniczych dla ich ojców i mężów, którzy mają nad nimi władzę! Nigdy nie miałem pewności, ile Diana wie ani jak te informacje zdobyła.

Odchrząknąłem.

- Podejrzewam, że moja córka podążyła po prostu tropem twoich reakcji, które dziś równie łatwo się czyta jak w czasach twojej młodości. Potrafi myśleć logicznie i łączyć fakty, do tego po matce odziedziczyła pewną intuicję. Stąd już nietrudno dojść, jak zdołała odczytać twoje myśli.

- Niby tak, ale... - Tiro zmarszczył brwi. - Przecież ani słówkiem nie nawiązałem do jakiejkolwiek zmowy.

- I nie musiałeś. Ustaliliśmy już, że twoja wizyta ma jakiś związek z osobą dyktatora. Cóż więc to mogło być i dlaczego wybrałeś akurat mnie? Oczywiście i ja jestem w jakiś sposób powiązany z Cezarem. Mój syn Meto należy do jego najbliższych współpracowników, pomagał mu spisywać pamiętniki. Będzie to robił dalej, kiedy pod koniec miesiąca wódz wyruszy na podbój Partii. Czyżby Cycero aż tak usilnie chciał się dowiedzieć, kiedy ukaże się kolejny tom, że zdecydował się mnie wezwać i wybadać? Chyba nie. Jeśli zaś chodzi o coś, co dotyczy Cezara i jego planowanej kampanii, a nie jest jeszcze wiadome publicznie, to... cóż, twój chlebodawca dobrze wie, że nigdy by mi się nie wypsnęło nic, co Meto mógł mi wyjawić w sekrecie. Co więc go niepokoi i dlaczego szuka mojej pomocy? Najprawdopodobniej jakieś przestępstwo lub spisek, bo nasze interesy zwykle spotykały się na tym polu. Ale jakie przestępstwo czy spisek może mieć na myśli? Gdyby to było dziesięć czy nawet pięć lat temu, pomyślałbym, że Cycero szykuje obronę w zbliżającym się procesie. Tylko że dziś nie ma procesów, przynajmniej nie w dawnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie sądy podlegają jurysdykcji Cezara. Każdy też wie, że biednemu Cyceronowi głos nieco zardzewiał, odkąd nie ma już okazji zabłysnąć oratorstwem w senacie czy na rozprawie. Podobno wypełnia czas lekturą starych tekstów i pisaniem nowych, aby w odległej przyszłości miłośnicy niezrozumiałych tradycji mieli nad czym ślęczeć. Nad czym on teraz pracuje, Tironie?

- Kończy traktat o wróżbiarstwie. To będzie podstawowy podręcznik dla...

- Ha! Nie dziwota, że tak się podszkoliłeś w słownictwie etruskim... Ale wątpię, aby Cyceronowi zależało na mojej konsultacji w tej dziedzinie, na wróżbach znam się bowiem nie lepiej niż przeciętny Rzymianin.

- Myślę, tato, że wiesz o nich więcej, niż sam podejrzewasz - wtrąciła Diana.

- Miłe słowa, córeczko, ale sądzę, że chodzi raczej o ciemniejsze sprawki. Nie ma chyba nikogo, kto by nie słyszał krążących od miesięcy po mieście plotek, że ktoś dybie na życie naszego dyktatora. Tylko czy te pogłoski są wiarygodne? Bez wątpienia po tylu latach krwawej wojny domowej musi być niemałe grono obywateli pragnących śmierci Cezara. Ale kto do nich należy? Ilu takich jest? Czy to tylko paru urażonych senatorów, czy może aż się od nich roi na ulicach? Czy mają wolę i zdolność działania? Albo czas? Bo gdy już Cezar wyjedzie do Partii, z każdym dniem będzie dalej i dalej od Rzymu... wódz na wojnie, nieustannie otoczony przez osobiście dobranych oficerów, praktycznie niedostępny dla potencjalnego skrytobójcy. Czy zatem istnieje spisek przeciwko dyktatorowi? To pytanie Cycero musi sobie teraz zadawać każdego dnia. Mnie też ono nie daje spokoju. Przez ostatnie lata tyle spadło na nas cierpień, że wszyscy się zastanawiamy, co kryje przyszłość... a żaden Rzymianin nie wyobraża dziś sobie przyszłości bez Cezara. Jego śmierć... no, wprost nie do pomyślenia! Czy jednak na pewno?

Tiro milczał, wpatrzony w nieruchomą jak figurka kotkę, która z kolei nie spuszczała z oczu rozćwierkanego ptaka na dachu.

- A może... - dodałem po chwili, uderzony nagłą, okropną myślą - ...do takiego spisku mógłby należeć właśnie Cycero. Czyżby chciał mnie zwerbować?

- Z całą pewnością nie! - zaprotestował Tiro. Aż podskoczył na ławce, wzburzony taką insynuacją; przestraszona Bast czmychnęła w cień, zgrzytając pazurkami po kamiennych płytach. - Cycero absolutnie nie jest zamieszany w żadne knowania przeciwko dyktatorowi - wycedził dobitnie, prawie jakby się bał, że jakiś szpieg nas podsłuchuje.

- Tak czy owak jest zdania, że ja mogę coś wiedzieć w tej materii - mruknąłem. - W sumie to sensowne. Mogło się przecież zdarzyć, że Meto niechcący zdradził mi jakiś szczegół zdobyty przez siatkę informatorów swego wodza. Tylko że ja nigdy bym się nie podzielił taką informacją ani z Cyceronem, ani z nikim innym.

- Może i tak. - Tiro sapnął ze znużeniem. - Niemniej mój szef bardzo chciałby z tobą porozmawiać. Zgodzisz się do niego pójść? W ramach przysługi dla mnie, jeśli już nie dla niego.

Diana podeszła bliżej.

- Może faktycznie powinniśmy tam pójść, tato.

- My? O nie, ty się tam nie wybierzesz, córciu. Za to chyba powinienem zabrać ze sobą tego twojego niedźwiedzia. Zawołasz męża?

- Ale, tato...

Jakby dla przypomnienia, co powinno być jej priorytetem, do ogrodu wpadły jej dzieciaki. Aulus popędził wprost do mnie, mała Beth przydreptała za nim. Zgarnąłem je w ramiona i posadziłem każde na jednym kolanie, jęknąwszy pod ich ciężarem. Dziewczynka była jeszcze drobniutka, chłopak jednak, już siedmiolatek, jakby z każdym dniem nabierał ciała. Może przerośnie ojca.

Za wnukami zjawiła się speszona stara niania.

- Przepraszam, pani! Wybacz, panie! - zaczęła się tłumaczyć. - Rąk mi brakuje, żeby upilnować tę dwójkę, kiedy sobie umyślą pognać do dziadka.

- Nic nie szkodzi, Makris - uspokoiłem ją. - Na nie trzeba by mieć więcej rąk niż hydra głów.

Kątem oka ujrzałem smętną minę Tirona. Parki uprzędły mu niezłe życie: miał dobrego pana, uzyskał wolność, zdobył duży prestiż i szacunek współobywateli, ale potomstwa się nie doczekał.

- Tato, chyba najpierw powinniśmy zaoferować gościowi jakiś poczęstunek? - zasugerowała Diana.

- Przekąsimy coś, a jakże, tylko już u Cycerona. Przestań grać na zwłokę i zawołaj Dawusa.

- To tylko krótki spacer - rzekł Tiro, wstając. - Mój ochroniarz czeka przed drzwiami. Potem może cię odprowadzić do domu...

- Jasne, tylko jak potem Dawus zamelduje Dianie wszystko, co widział i słyszał? Tak, moja droga, znam to twoje marzenie o waszej pracy w zespole: ty jako mózg, on jako muskuły.

Diana burknęła coś pod nosem, ale poszła poszukać męża.

- Mam nadzieję, że twój szef naprawdę postawi coś na stole. - Delikatnie zsunąłem wnuki z kolan. - Tak się składa, że mam powód do świętowania.

- Ciekawe jaki?

- Właśnie się wyleczyłem z kaca!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki