1
Michael Sander przesunął grzebieniem po włosach i poprawił krawat. Szedł właśnie wzdłuż wysokiego na trzy metry białego muru otaczającego jeden z najdroższych adresów w kraju. Tak naprawdę wszystkie domy przy Richelieus Allé w Hellerupie należały do tej najbardziej luksusowej kategorii budownictwa mieszkalnego, od dużych willi po wręcz pałace.
Wbił wzrok w tabliczkę z napisem CASPERSEN wmurowaną w ścianę obok bramy. W wypolerowanym na błysk mosiądzu sprawdził przedziałek, wcisnął dzwonek i spojrzał w obiektyw kamery monitoringu z uśmiechem, który z założenia miał budzić zaufanie.
- Kto tam?
Pytanie padło z głośnika w kolumnie bramy.
- Michael Sander.
- Chwileczkę.
Skrzydła bramy otworzyły się i ruszył w górę podjazdu. Drobny żwir chrzęścił mu pod butami.
W fontannie przed domem uśmiechnięte delfiny wypluwały strumienie wody w stronę nagiej, zmysłowej nimfy w osobliwej, sugestywnej pozie. W otwartym garażu obok domu wyeksponowano zabawki zamożnego mężczyzny: błękitne maserati quattroporte, mercedes roadster i gołębioszary rolls-royce. Tablice rejestracyjne SONARTEK i cyfry kolejno od jednego do trzech.
Za to przed schodami wiodącymi do głównego wejścia stał całkiem zwyczajny czarny opel.
Michael stopniowo coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że uległ złudzeniu optycznemu. Kiedy stał przy bramie, dom wydał mu się nieproporcjonalnie duży, ale się pomylił. W rzeczywistości dom był olbrzymi.
Wszedł po ośmiu szerokich stopniach i podniósł rękę, żeby zapukać kołatką, kiedy drzwi się otworzyły.
Szare oczy taksowały go przez chwilę, zanim na nieruchomą twarz jakby niechętnie wypłynął powściągliwy uśmiech. Kobieta była wysoka i obdarzona ciężką, kanciastą sylwetką. Prawdopodobnie nigdy nie była urzekająca ani pełna wdzięku. Twarz miała szeroką, ale symetryczną i Michael obstawiał, że mogła być od niego parę lat młodsza.
Mechanicznie wyciągnęła rękę i przedstawiła się:
- Elizabeth Caspersen-Behncke.
Następnie odwróciła się i ruszyła w głąb holu, którego podłogę wyłożono białymi i zielonymi marmurowymi płytkami. Idąc za nią, Michael pozwolił sobie lepiej jej się przyjrzeć. Miała na sobie czarny kaszmirowy sweter, sznur pereł, ciemnoszarą prostą spódnicę i kontrastujące z całością bordowe rajstopy, które skojarzyły mu się z chudymi nogami ostrygojada. Jej wzrost nie pozwalał na wybór obuwia innego niż płaskie. Kobieta wyglądała na człowieka umysłu.
Potencjalnych klientów w pierwszej kolejności zawsze dzielił na ludzi umysłu i ciała. Oczywiście trafiały się również formy pośrednie, ale to pierwsze wrażenie niemal zawsze okazywało się prawdziwe. Z zebranych informacji wiedział, że Elizabeth Caspersen-Behncke była dziedziczką ogromnej rodzinnej fortuny, a przy tym partnerką w jednej z największych i najstarszych kancelarii adwokackich w Kopenhadze. Była zatem niewątpliwie inteligentna w pojęciu czysto mieszczańskim. Nie to jednak rozstrzygało o tym, czy była człowiekiem umysłu czy ciała, ale sposób, w jaki jej biodra łączyły się z tułowiem i nogami, łuk w dole pleców, postawa, długość kroku. To, czy jej stawy były dobrze naoliwione czy suche.
Żona czasem pytała go, do jakiej kategorii należy on sam i Michael za każdym razem czuł się tym pytaniem nieco urażony. Uważał się bowiem za szczęśliwą formę pośrednią: człowieka zmysłowego, lecz racjonalnego.
Elizabeth Caspersen ruszyła schodami na piętro i nagle poczuł się jak w muzeum zoologicznym. Ściany wokół niego szczelnie zapełniały wypchane zwierzęce głowy, rogi i poroża najróżniejszych rozmiarów i kształtów od jeleniowatych po egzotyczne gatunki antylop. Zewsząd patrzyły na niego puste oczodoły i wszystkie trofea wydzielały suchy, stęchły zapach.
Na pierwszym półpiętrze afrykański lew wyciągał do niego długie na kilka centymetrów pazury. Potężna głowa wystawała poza obręb mahoniowej podstawy, czarne wargi były odsunięte i odsłaniały żółte zęby. Grzywa była zjeżona, a wściekły wzrok szklanych oczu zwierzęcia dosłownie zmroził Michaela.
Kobieta odwróciła się za siebie.
- Mój ojciec nazwał go Louis. Przerażający, prawda?
- Zdecydowanie, pani Caspersen-Behncke.
- Proszę mi mówić Elizabeth, jeśli mnie wolno będzie mówić do pana Michael.
- Oczywiście.
Wciąż stał nieruchomo, jak zahipnotyzowany przez to zwierzę.
- Wyobraź sobie, że jesteś małą dziewczynką o bujnej wyobraźni i musisz w środku nocy zejść tymi schodami, bo potrzebujesz czegoś z kuchni.
- Do dziś miałbym koszmary - przyznał.
Kontynuowali wspinaczkę, aż Michael ponownie się zatrzymał przed trzymetrowym portretem właściciela tego domu, niedawno zmarłego biznesmena Flemminga Caspersena. Obraz był fotograficznie dokładny. Jedną stronę zajmowały półki z rzędami starych tomów o pozłacanych grzbietach, a Caspersen stał zamyślony z ręką opartą o okrągły stół. Na stole leżały zapieczętowane pergaminy i pożółkłe manuskrypty, mapy i rozłożone arkusze, jakby artysta przyłapał miliardera na zgłębianiu źródeł Nilu albo sensu wszechrzeczy.
Za miliarderem wyrastał szary niedźwiedź grizzly, a cienie zwierzęcia i mężczyzny na ścianie zlewały się ze sobą. Krzepka, pełna życia twarz Caspersena była poważna, jego białe włosy sterczały do góry jak krótka szczecina, brązowe oczy były skierowane wprost na widza, a wysokość, na jakiej powieszono obraz, w połączeniu z imponującym wzrostem portretowanego dodawały mu majestatu. Miał na sobie stonowany krawat w szare paski i garnitur dopasowany tak, jakby go uszyto w tunelu aerodynamicznym.
- Ojciec chciał uchodzić za człowieka renesansu - wyjaśniła Elizabeth. - Chociaż wątpię, by przez całe życie przeczytał choć jedną książkę beletrystyczną. Zawsze powtarzał, że wystarczy mu to, co sam przeżył. Życie zmyślone niezmiernie go nudziło.
Michael wskazał na głowę nosorożca wiszącą sześć metrów nad podłogą. Zwierzę zezowało rozpaczliwie w stronę szarego płaskiego kikuta, który był wszystkim, co zostało z jego rogów.
- A temu co się stało?
- Dwa miesiące temu mieliśmy włamanie. Sprawcy przystawili do ściany drabinę naszego ogrodnika, brzeszczotem odpiłowali rogi i uciekli. Mama była w szpitalu, dom stał pusty. Zdaniem policji sprawcy działali jak profesjonaliści. Tak naprawdę powinniśmy go zdjąć. Nosorożec bez rogów jakby mija się z celem.
Wskazała na szafę na dole, przy głównych drzwiach.
- Łomem wyważyli drzwi, a system alarmowy spryskali ciekłym azotem.
Michael odchylił się do tyłu i opierając się o poręcz, uważniej przyjrzał się kremowej ścianie poniżej okaleczonego trofeum. Dostrzegł dwa ciemne ślady po drabinie.
- Muzea zoologiczne i prywatne kolekcje doświadczają ostatnio czegoś w rodzaju inwazji złodziei rogów - oznajmił. - To cenny towar, ma podobno leczyć wszystko od impotencji po raka.
- Te rogi były naprawdę zachwycające - Elizabeth pokiwała głową. - Ojciec ustrzelił ten okaz w Namibii w siedemdziesiątym trzecim. To jest nosorożec biały. To znaczy: był.
- Myślałem, że są pod ochroną.
- Zwierzę ustrzelono na potrzeby badań naukowych, co oczywiście jest po prostu innym określeniem przekupstwa. Ojciec nie ustawał, dopóki nie dopiął swego.
Michael nie ruszał się z miejsca. Prehistoryczne zwierzę obudziło w nim szczególny rodzaj współczucia.
- Rogi ważyły mniej więcej osiem kilogramów i są warte tyle samo co osiem kilo kokainy - ciągnęła. - Cena detaliczna na czarnym rynku jest dokładnie taka sama. Pięćdziesiąt dwa tysiące dolarów za kilogram.
Te liczby zrobiły na Michaelu wrażenie. Czterysta tysięcy dolarów za pół godziny pracy, nieźle. Wręcz genialnie.
- Nic więcej nie zabrali? - spytał.
- Mama trzyma biżuterię w bankowym sejfie, a gotówki w domu jest zawsze tylko tyle, żeby opłacić ogrodnika i personel sprzątający.
Ruszyła korytarzem na pierwszym piętrze. Po drodze, w skąpanej w półmroku sypialni Michaelowi mignęła szczupła kobieca twarz na poduszce: duże, jakby ptasie oczy zwrócone w stronę otwartych drzwi. Pielęgniarka zawieszała kroplówkę na stojaku.
- Flemming? Flemming?
Pielęgniarka zamknęła drzwi.
Głos nie przestał wołać.
- To mama - wyjaśniła Elizabeth. - Alzheimer.
Michael uśmiechnął się współczująco.
Kobieta otworzyła następne drzwi i Michaela oślepiło migotliwe światło słońca odbijającego się w wodach Sundu.
- Piękny widok, prawda? - zagadnęła.
Okna od podłogi po sufit miały co najmniej sześć metrów wysokości.
- Olśniewający - przyznał i dłonią osłonił oczy.
Teraz rozpoznał bibliotekę z portretu Flemminga Caspersena. Wzdłuż regałów na wysokości trzech metrów biegł pomost z czarnego kutego żelaza, tworząc galerię. Wielki wypchany niedźwiedź wymachiwał przednimi łapami wysoko nad własną głową.
- Niedźwiedź kodiacki, Alaska, dziewięćdziesiąty piąty - wyjaśniła kobieta lakonicznie.
- Zaczynam rozumieć, dlaczego grozi im wyginięcie.
- Ty nie polujesz? - spytała.
- Nie na zwierzęta.
- Mój ojciec by powiedział, że bez przemysłu safari nie byłoby środków na tworzenie rezerwatów i opłacanie strażników przyrody, chociażby w Afryce, a kłusownicy już dawno wybiliby w pień wszystko, co tam żyje.
- I zapewne miałby rację - przyznał Michael.
Elizabeth podeszła do okna, skrzyżowała ręce na piersi, a jedną dłoń podsunęła do twarzy i przygryzła paznokieć kciuka. Pomyślał, że z pewnością nie było to zachowanie typowe dla adwokatki Sądu Najwyższego, i stanął obok niej, żeby jej dać coś w rodzaju wsparcia.
Wysoki biały mur ostro oddzielał otaczający dom park od sąsiednich posiadłości. Wzdłuż górnej krawędzi muru dostrzegł cienkie przewody systemu alarmowego i mnóstwo białych kamer monitoringu, które zdawały się obejmować zasięgiem każdy centymetr kwadratowy terenu. Z tego, co widział, jeśli chodziło o zabezpieczenia pasywne domu, nie było się do czego przyczepić. Choć, oczywiście, słabym punktem był dostęp do wody.
W parku obok masztu flagowego siedział czarny labrador, wystawiał kufę do wiosennego słońca i skowyczał żałośnie.
- To Murzyn, pies ojca - powiedziała cicho Elizabeth. - Siedzi tak i wyje, odkąd ojciec umarł.
- Murzyn?
Elizabeth uśmiechnęła się rozbrajająco.
- Ojciec nie był rasistą. W ludziach interesowało go tylko to, czy potrafią wykonywać powierzone im zadania. Myślę, że po prostu świetnie się bawił, kiedy głośno przywoływał swojego psa. Tu, w Hellerupie.
Michael nadal patrzył na mur z przewodami i kamerami.
- Kamery nagrały włamanie?
- Tak. O drugiej w nocy dwaj mężczyźni podpłynęli pontonem. Mieli bluzy z kapturem, kominiarki i rękawiczki. Przebiegli trawnikiem na tył domu, zabrali drabinę ogrodnika i wyważyli drzwi.
- A Murzyn?
Popatrzyła na rozpaczające zwierzę.
- On pewnie tylko się ucieszył na widok ludzi. To samotny i bardzo przyjazny pies. Może usiądziemy?
Zdjął torbę z ramienia i usiadł w fotelu. Elizabeth Caspersen spoczęła obok, skrzyżowała czerwone nogi i wyglądała przez okno, kiwając stopą.
Michael oparł się wygodnie.
Stopa zaczęła kiwać się szybciej.
Oczywiście już to przerabiał, to wahanie, zanim się ujawni sekrety obcemu człowiekowi i wpuści go do swojego życia. Zwykle w tym momencie ludzie albo się wycofywali i kończyli spotkanie, albo szli na całość.
Obstawiał, że tym razem finał będzie czymś pomiędzy.
- Niełatwo było cię znaleźć - powiedziała. - Jak siebie nazywasz? Konsultantem?
- Tak.
- Bo na prywatnego detektywa nie wyglądasz.
- Uznam to za komplement.
- Słucham? Ależ tak, oczywiście. Kawy? Wody?
- Nie, dziękuję - zapewnił ją.
- Jesteś żonaty?
Jej palce znalazły zajęcie przy sznurze pereł.
- Tak, szczęśliwie - odparł.
- Ja również jestem mężatką.
Jego rozmówczyni odchyliła się w fotelu, zamknęła oczy i przycisnęła palcami powieki.
- Czyli śledzisz niewiernych małżonków, chowasz się w środku nocy za garażami obcych ludzi z aparatem albo grzebiesz w ich śmieciach?
- Tylko pod koniec miesiąca - potwierdził.
- Przepraszam... ja... - Zaczerwieniła się. - Przepraszam. To dla mnie bardzo trudne. Jeden z angielskich adwokatów ojca mi ciebie polecił. Słyszał o duńskim konsultancie do spraw bezpieczeństwa, który pomógł kiedyś pewnemu Holendrowi. Ale wszyscy nagle stali się niesłychanie małomówni, a tamten Holender nie śpieszył się z odpowiedzią.
- Zadzwonił do mnie, zanim skontaktował się z tobą - wyjaśnił Michael.
- Nie sądziłam, że w Danii w ogóle istnieją ludzie z twojej branży.
- Owszem, jest nas paru. Tylko nie mamy związku zawodowego ani nic z tych rzeczy.
- I nazywasz się Michael Vedby Sander?
- Tak - skłamał.
- I znasz Pietera Henryka?
- Oczywiście.
Namierzył dla Pietera Henryka dwóch nieudolnych porywaczy, ojca i syna, na opuszczonym gospodarstwie na południe od Nijmegen w Holandii. Postanowili porwać młodszą córkę tego obrzydliwie bogatego człowieka i to był ich pierwszy błąd.
Powierzenie sprawy policji wiązało się z ryzykiem wywołania skandalu i chorego zainteresowania mediów, co dla Henryka było nie do pomyślenia. Był dość staroświecki i wolał sprawę rozwiązać po cichu i na zawsze.
Czekając na okup, porywacze dla rozrywki wielokrotnie gwałcili dziewiętnastolatkę, bili ją, ogolili jej głowę i gasili papierosy na jej plecach. Dziewczyna była bardziej martwa niż żywa, kiedy Michael i reszta ekipy do niej dotarli. Jego zadaniem było jedynie znaleźć dziewczynę, a porywaczami zajęli się ludzie Pietera Henryka.
Michael z samochodu zaparkowanego na skraju lasu dwieście metrów od gospodarstwa widział, jak potężnie zbudowany serbski najemnik niósł dziewczynę na rękach w stronę mercedesa, gdzie czekał jej ojciec razem z lekarzem. Dziewczyna była naga, zwisała z ramion mężczyzny bezwładnie, jak lalka albo zaszlachtowane zwierzę. Samochód odjechał, spod opon wzniósł się w powietrze żwir.
Michael czekał. Pół godziny później na podwórko wjechała furgonetka i najemnicy zaczęli wnosić cegły, zaprawę i wiadra do domu, w którym wciąż znajdowali się porywacze.
W końcu odjechał. Już to widział i znał ludzi Pietera Henryka. Nie tych, innych, ale tamci też byli weteranami wojen bałkańskich i przeżyli już wszystko. Jeśli byli w dobrym nastroju, być może w przypływie litości, zanim wmurują ostatnią cegłę w nową ścianę wnęki, wrzucą im do środka pistolet z dwoma nabojami, żeby mogli skrócić swoją mękę. Lecz jeśli byli w złym humorze, to zwiążą ich z rękami i nogami do tyłu, dokończą stawiać ścianę i zaczekają, aż zaprawa zastygnie.
Ze wspomnień wyrwało go jej głośne klaśnięcie w dłonie.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Chcę, żebyś dla mnie pracował - powtórzyła.
- Możliwe, że się zgodzę - powiedział z rezerwą w głosie.
- Pieter Henryk powiedział, że powinnam całkowicie zdać się na ciebie.
Michael potwierdził:
- Tak, to zwykle niezbędne, jeśli mamy cokolwiek osiągnąć.
- Michael. Jeśli nadużyjesz mojego zaufania, to będziesz mógł zniszczyć całą moją rodzinę. Nie będziemy mieli przed sobą żadnej przyszłości.
- Z reguły tak właśnie jest - odparł spokojnie. - Może wyjaśnię ci pokrótce, jak to działa. Otóż jeśli zdecyduję się przyjąć twoje zlecenie, to będę nad nim pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę, dopóki nie osiągnę pożądanego rezultatu albo dopóki ty nie poprosisz mnie, żebym zaprzestał działań. Moje honorarium to dwadzieścia tysięcy koron dziennie plus zwrot kosztów wsparcia ekspertów zewnętrznych, łapówek, podróży, wyżywienia i zakwaterowania. Nie podpiszemy żadnego kontraktu i nie przedstawię ci żadnych paragonów, musisz mi zaufać. Otrzymasz numer klienta w moim biurze rachunkowym i mój księgowy zgłosi wszystkie kwoty w urzędzie skarbowym. Czy te warunki są dla ciebie do przyjęcia?
- A drobnym druczkiem? - spytała.
- Niewiele. Nie dopuszczam się poważnych przestępstw ani innych działań zagrożonych karą, jeśli uznam, że nie są one zgodne z moim postrzeganiem tego, co słuszne i rozsądne. Przy każdym zleceniu oceniam, jak daleko jestem gotów się posunąć.
- Niezależnie od wysokości honorarium?
- Tak.
- W porządku - powiedziała Elizabeth. - Więc dlaczego tak niesłychanie trudno do ciebie dotrzeć?
- Jestem wybredny - przyznał.
Żona pytała go czasem o to samo. Jednoosobowej firmy doradczej Michaela Sandera nie dało się znaleźć w internetowych bazach. Ktoś wyjątkowo zawzięty dotarłby być może do ostatniej wersji strony internetowej jego firmy gdzieś w odmętach deep web, piwnicy Internetu niedostępnej z poziomu standardowych wyszukiwarek jak Google czy AltaVista i możliwej do odnalezienia tylko przez wyspecjalizowane narzędzia jak Technorati.com. Niewykluczone, że przez ekskluzywność tracił rzesze klientów, ale wolał działać w ten sposób. Znał w Londynie piękną Dunkę pracującą jako call girl, której usługi intymne kosztowały tyle co deficyt budżetowy Grecji i która stosowała tę samą strategię. Twierdziła, że chodzi o bezpieczeństwo jej i jej córki.
Jego strona internetowa była lapidarna i dość enigmatyczna. Można się było z niej dowiedzieć, że Michael Sander to były żołnierz i policjant i że przez dziesięć lat pracował jako konsultant do spraw bezpieczeństwa w firmie Shepherd & Wilkins Ltd, znanej brytyjskiej agencji ochroniarskiej. Do jego zadań należała ochrona osób, negocjacje z porywaczami, dochodzenia finansowe i inne. Dane kontaktowe stanowił numer telefonu komórkowego wymieniany co najmniej raz w miesiącu, ale zazwyczaj częściej.
- Ile wiesz o mnie? - spytała nagle.
- Wiem, że jesteś jedyną córką Flemminga i Klary Caspersenów - odparł. - Twój ojciec był mechanikiem radiowym, a z czasem zdobył dyplom inżyniera. W latach osiemdziesiątych opatentował szereg przełomowych rozwiązań, z których później powstały radary dopplera, miniaturowe sonary i laserowe dalmierze, używane we właściwie wszystkich rodzajach uzbrojenia od łodzi podwodnych po myśliwce, ale również w cywilnych systemach ostrzegania meteorologicznego. Krótko mówiąc, jest to technologia, z której rozwinęły się wszystkie współczesne systemy mierzenia odległości i identyfikacji celu. Jest kluczowa i nie ma dla niej alternatywy. Twój ojciec razem z kolegą ze studiów Victorem Schmidtem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku założyli Sonartek, a reszta jest... historią duńskiego przemysłu. I historią sukcesu.
- Któregoś wieczoru ojciec usłyszał karetkę we Frederiksbergu i potem całą noc przesiedział na ławce, zastanawiając się, jak to możliwe, że echo syren wskazało mu dokładną lokalizację karetki. Od tego się zaczęło. Potem zaczął badać delfiny, nietoperze i w sumie dość elementarną technologię Dopplera. Ulepszył ją i rozwinął.
- O ile mi wiadomo, Sonartek w Danii ma jedynie centrum badawcze, a produkcja i dystrybucja są zarządzane z...
- Tak, te działy zostały przeniesione do Chin, Indii, Polski i Estonii - przerwała mu Elizabeth. - To było konieczne.
- Wiem również, że twój ojciec zmarł na zawał dwa miesiące temu - dodał Michael.
- Dwa dni wcześniej przebiegł maraton w nieco ponad trzy godziny. Miał siedemdziesiąt dwa lata, ale był w doskonałej formie. Przez całe życie chyba nigdy nie wziął żadnych leków. Zawsze powtarzał, że wszystko zależy od genów.
Wstała i znów podeszła do okna. Z ogrodu cały czas dochodził psi lament. Michael siedział nieruchomo i milczał.
Elizabeth wytarła oczy i się odwróciła.
- Przeklęty kundel - mruknęła pod nosem.
- A twoja matka? - spróbował zmienić temat.
- Zaczęło się cztery lata temu i choroba rozwinęła się błyskawicznie. Jest właścicielką znacznej części koncernu z oddziałami w trzydziestu krajach, a nie wie, jak się nazywa. Nie wie nawet, że ojciec umarł.
- Jak obecnie wygląda sytuacja firmy?
- Tuż po śmierci akcje oczywiście gwałtownie spadły, ale szybko się odbiły. Produkują rzeczy najwyższej jakości, ojciec decydował niemal o wszystkim, a o reszcie decydował Victor.
- Victor Schmidt?
- Tak. Ojciec wymyślał różne rzeczy, a Victor je sprzedawał. Doskonale się uzupełniali.
- Ich współpraca przebiegała gładko?
- Myślę, że tak. Kiedy firma weszła na giełdę, Victor kupił zamek na południu Zelandii, w Jungshoved, a ojciec ten pałac.
- Jesteś w zarządzie Sonarteku?
- Tak. I do czasu, gdy mama nie będzie w stanie pełnić swoich obowiązków w zarządzie, a wiemy, że ten czas nie nastąpi nigdy, reprezentuję w zarządzie również ją. Ojciec był prezesem, Victor obecnie jest pełniącym obowiązki prezesa, a w przyszłym miesiącu na nadzwyczajnym zebraniu zarządu zostanie wybrany na nowego prezesa.
- Czyli rodzina jest zabezpieczona?
- Niekoniecznie. Dzieci bądź wnuki założycieli firmy nie dostają automatycznie miejsc w zarządzie czy posady w firmie. W akcie założycielskim jest napisane, że muszą posiadać "kompetencje", a to, czy je posiadają, ocenia zarząd. Najwyraźniej uznano, że ja się nadaję. Nikt nie chce w firmie rodzinnych waśni albo żeby o jej przyszłości decydowała banda kretynów, bo tak się złożyło, że noszą nazwisko Schmidt albo Caspersen. Z drugiej strony mama odziedziczy po tacie akcje grupy holdingowej Sonartek, więc jako jej reprezentantka dysponuję obecnie pakietem większościowym.
- Twój ojciec chciał, żebyś pracowała w firmie?
- Jeszcze jak! Był wniebowzięty, kiedy zostałam zaakceptowana przez zarząd. Wszystko na mnie czekało i gdy odmówiłam, to wręcz liczyłam się z tym, że ojciec mnie zastrzeli.
Michael uśmiechnął się z uznaniem.
- A on nawet cię nie wydziedziczył?
- Pogodził się z tym. Jak mówię, byłam przygotowana na najgorsze, tymczasem gdy przyszło co do czego, zniósł to całkiem nieźle. Pod tym względem był w porządku. Może zresztą liczył, że kiedyś i tak zacznę pracować w Sonarteku. Że wrócę do domu. Kiedy zaczęłam chodzić na zebrania zarządu, to głównie po to, żeby sprawić mu radość.
Elizabeth ponownie usiadła. W jej twarzy widać było napięcie, jakby wiele różnych emocji próbowało wydostać się na powierzchnię.
- Victor Schmidt ma dwóch synów, prawda? - spytał Michael.
- Tak, Henrika i Jakoba.
- Czym oni się zajmują?
- Henrik jest szefem działu sprzedaży w Sonarteku. Zastąpił na tym stanowisku swojego ojca, który obecnie przejął kierowanie firmą. Jest pracowity i ma ogromną sieć kontaktów. Niemal stale przebywa w Nowym Jorku albo Waszyngtonie, gdzie intensywnie lobbuje w amerykańskiej armii. Jest pracoholikiem i nie ma żadnych zobowiązań. A Jakob... - wzruszyła ramionami - ...szczerze mówiąc, nie wiem, co dokładnie teraz robi. Jest czarną, lecz hołubioną owcą w rodzinie. Był w Gwardii Królewskiej, a potem pracował jako logistyk dla dużych organizacji charytatywnych. Jest wyjątkowo niezależny i najbardziej lubi samotność i aktywność na świeżym powietrzu. Bracia rzadko się spotykają, ale od śmierci mojego ojca są tu, w Danii. Ojciec ich uwielbiał i obaj są mocno poruszeni tym, co się stało.
- Uwielbiał? Aż tak?
- Oczywiście. Obaj wiszą tam. - Wskazała na ścianę za spiralnymi schodami.
Michael wstał i podszedł obejrzeć z bliska czarno-białe zdjęcie w delikatnej srebrnej ramce. Zdjął je z gwoździa. Tapeta pod zdjęciem nie była wyblakła, więc albo zdjęcie wisiało tam od niedawna, albo często je zdejmowano. Jasny kształt znajdował się za to pod zdjęciem wiszącym obok i przedstawiającym długiego martwego lamparta leżącego na trawie oraz uśmiechniętego Flemminga Caspersena w stroju safari kucającego przy głowie zwierzęcia.
Michael przyjrzał się małemu zdjęciu w srebrnej ramce: chudy ciemnowłosy chłopiec, na oko trzynastoletni, uśmiechnięty siedział na końcu kajaka i trzymał jasną rybę długą jak jego ramię. Za chłopcem ciągnęło się połyskujące w słońcu jezioro. Chłopiec znajdował się na granicy słońca i cienia rzucanego przez drzewo, którego połowa wisiała nad lustrem wody. Na konarze siedział brat. Na oko parę lat młodszy. Jego włosy były prawie białe, korpus chudy. Siedział w krótkich spodenkach okrakiem i machał bosymi stopami nad wodą. Na pierwszym planie widać było namiot, a całe zdjęcie emanowało atmosferą beztroskiego wiecznego lata.
- Zrobił je w Szwecji - wyjaśniła Elizabeth.
- Twój ojciec?
- Tak. Victor nigdy nie jeździł na wakacje, więc przekazywał chłopców mojemu tacie. A on uczył ich tych wszystkich chłopięcych rzeczy: żeglować, wędkować, polować.
- Victor ma żonę?
- Monikę. Szwedzkie ziemiaństwo.
- Żona typu trofeum?
- W żadnym razie. Pracowała w firmie jako przedstawicielka handlowa. Zdolna i świetnie wykształcona. Teraz ma stadninę koni. Hoduje duńskie konie gorącokrwiste. Choć to brzmi jak oksymoron. - Na jej ustach zamajaczył gorzki uśmiech. - Ojciec zazdrościł Victorowi synów. Mnie nazywał brązowym medalem.
- Nie rozumiem.
- Złoty medal to chłopak, srebrny medal to niepełnoprawny chłopak, a brązowy medal to dziewczynka. Tak mawiał.
Michael coraz mniej lubił Flemminga Caspersena. Zamierzał oczywiście zaczekać, aż klientka wyjawi mu, na czym miałoby polegać jego zadanie, lecz już postanowił, że je odrzuci. Jasne, przydałyby im się z Sarą takie pieniądze, ale równie dobrze mogą się bez nich obejść. Zawsze mogli zacisnąć pasa, a on mógł zrobić coś jako wolny strzelec dla Shepherda & Wilkinsa, mimo że tamci pewnie by go wysłali w jakieś zapomniane przez Boga miejsce w Jemenie albo Nigerii, albo, jeszcze gorzej, Kazachstanie. I to na co najmniej miesiąc. Michael miał u nich otwartą furtkę i mógł dla nich pracować, kiedy tylko zechciał, co zasadniczo było w porządku, lecz w praktyce oznaczało, że dostawał zlecenia, których stali pracownicy unikali jak dżumy.
- Ten brązowy medal to, mam nadzieję, również przejaw specyficznego poczucia humoru? - spytał oschle.
- Tak. Nie sądzę, aby ojciec przywiązywał do tego większą wagę. Był po prostu...
Nieczułym megalomańskim starym prykiem, dokończył w myślach Michael.
- Dlaczego tu jestem? - spytał na głos.
Pytanie najwyraźniej ją zaskoczyło:
- Słucham?
- Dlaczego tu jestem?
Popatrzyła na niego i zaczęła coś mówić, ale zaraz zamknęła usta i chwilę zbierała się w sobie.
- Jesteś tu, Michaelu, ponieważ wydaje mi się, nie, wiem, że mój ojciec oszalał i zabił człowieka. Dla zabawy. Dla sportu. Podczas czegoś w rodzaju chorego, perwersyjnego polowania na ludzi. Dlatego tu jesteś.
Następnie wstała i z półki za ich plecami wyjęła płytę DVD, bez etykiety, bez jakiegokolwiek opisu. I się rozpłakała.