ROZDZIAŁ TRZECI
w którym Luśka trochę się martwi, trochę wspomina.
Co ja najlepszego zrobiłam?, zapytała siebie Luśka, gdy cudowna euforia "Ależ jej pokazałam" już minęła.
Czuła pokusę, by pójść do Marty i przeprosić, jednak głos wewnątrz mówił, że postąpiła słusznie i nie wolno dawać sobą pomiatać.
Poza tym, dodał po chwili zastanowienia ten wewnętrzny głos, to trochę wstyd tak iść i przyznać się do błędu.
Z tym, że popełniła błąd, Luśka zupełnie się nie zgadzała, dlatego zamknęła się na uwagi wewnętrznego głosu.
Bardzo dobrze zrobiłam. Znajdę nową, lepszą pracę. No i jest nadzieja, że uda się uratować przyjaźń z Martą.
Westchnęła. Nie była najlepsza w międzyludzkich relacjach. Jak mogło być inaczej, skoro sprawy w domu były... Nie potrafiła znaleźć innego słowa niż skomplikowane, chociaż nie oddawało dobrze istoty układów w jej rodzinie. Może to zbyt ubogie słownictwo, a może nie sformułowano określenia, które w pełni oddawałoby ich rodzinny galimatias. W zasadzie wszystko było dobrze i wszystko w miarę do siebie pasowało. Poza Luśką.
Rodzice poznali się na zabawie odpustowej. Było lato sześćdziesiątego drugiego, świat żył swoim światowym życiem, o którym w małych wsiach Zamojszczyzny wiedziano niewiele, ot tyle, co tam napisali w gazecie. Zresztą nikogo to nie obchodziło, ciekawsze rzeczy działy się za płotem. U Brysiów krowa urodziła dwoje cieląt i było to wydarzenie na miarę lotu w kosmos. O tym właśnie, to znaczy o cielętach, nie o locie, gadały baby, zebrane na kościelnym placu, raz po raz zerkając w stronę straganów, wabiących kolorami korali, chust, cukrowych szczyp i świętych obrazków.
Mama od razu wpadła ojcu w oko. Poprosił ją do tańca, ale tylko się roześmiała i uciekła między koleżanki, bo osiemnastolatce prawie trzydziestoletni kawaler wydał się starym dziadem. Choć podobno był bardzo przystojny (Luśka patrzyła na ojcowskie podobizny z tamtych czasów z czułością, chociaż nie widziała w nich owej przystojności, o której tyle mówiła mama) i całkiem majętny, bo miał po rodzicach całe pięć hektarów ornego, a do tego kawał łąki pod lasem, jego zaloty nie wzbudzały w mamie chęci zmiany stanu cywilnego. Ojciec jednak okazał się uparciuchem. Nie po to odwlekał ożenek, czekając na wymarzoną pannę, by, gdy ją wreszcie spotkał, odpuścić tylko dlatego, że była młodą kozą.
Tak naprawdę to mama taka młoda, jak na ówczesne standardy, wcale nie była. Niektóre z jej koleżanek już niańczyły swoje potomstwo - w znakomitej większości owoce parnych letnich nocy. Bo choć istniała świadomość, skąd biorą się dzieci, i choć ogólnie wiadomo, że niezawodnym sposobem na ustrzeżenie się ciąży jest trzymanie kolan razem, to gorąca krew i młodzieńcza nadzieja, że wszystko będzie dobrze, są niebezpieczną mieszanką. Mama Luśki dobrze o tym wiedziała, dlatego trzymała się z daleka od chłopaków. Miała ambicje, chciała skończyć szkołę średnią i pójść do pracy, może w geesie. Rodzice ją w tym wspierali, niestety, tylko do momentu, gdy bogaty kawaler stanął na progu. I choć ostatecznie mama szkołę skończyła, zaraz po maturze zaczęły się przygotowania do wesela, a praca w geesie pozostała na zawsze jej niespełnionym marzeniem.
Dwa lata po weselu, które wielu starszych mieszkańców wsi wciąż wspominało z rozrzewnieniem, że "kiedyś to było", na świat przyszło pierwsze dziecko Jadwigi i Jana Maciejaków - Grażynka. Kolejne dwa lata i rodzina powiększyła się o Krysię. W tym czasie z ośmiu hektarów, bo do pięciu ojcowskich doszły jeszcze trzy mamine, zrobiło się dwanaście. Jak na owe czasy była to ogromna gospodarka. Ponieważ ojciec nie miał żadnych ideałów młodości, z przyczyn czysto praktycznych zapisał się do partii, nie dało się bowiem nie zauważyć, że partyjni mają lepiej. Specjalnie się nie udzielał, uznając za prorocze słowa swojej matki: "Tak być nie może, wcześniej czy później to wszystko pieprznie". Nie przeszkadzało mu to jednak ratować, co się da, póki jeszcze można, bo przecież jak już pieprznie, niczego dla siebie się nie wyszarpie.
We wsi akurat zaczęto budować nową szkołę, porządną, całą z cegieł. Stary, jeszcze przedwojenny budynek udało się ojcu "przejąć". Solidne, dębowe brusy stały się ścianami nowej stodoły. Przy okazji ich zwożenia przywieziono też sporo cegieł na słupy. Z taką dużą stodołą mogli sobie Maciejakowie pozwolić na dodatkowe dwie krowy, bo było gdzie paszę trzymać. Starą stodółkę przerobiono na kolejny chlewik, ale to tymczasowo, bo już był plan, by postawić murowaną oborę, taką nowoczesną, na dwie strony, i z posadzkami, żeby łatwo było gnój wygartać.
Dwa lata później, gdy pijani w sztok dekarze wieszali wianek na nowym budynku, mama zwijała się z bólu, usiłując wypchnąć na świat swoje trzecie dziecko, bo Zenon po ojcu odziedziczył powolność i upór.
Ojciec doczekał się spadkobiercy, dlatego z jeszcze większym entuzjazmem zabrał się do pomnażania majątku. Kupował ziemię, postawił chlewnię, załatwił traktor.
Czas płynął, świat się zmieniał, zmieniała się wieś. Grażyna wyszła za mąż po sąsiedzku, za chłopaka, z którym chodziła od szkoły podstawowej. Oboje byli do siebie podobni w braku szerszych perspektyw i dalekosiężnych planów. Po prostu chcieli wziąć ślub i mieszkać razem. To im się spełniło. Ojciec z bólem serca odpisał pierworodnej dziesięć hektarów.
- Więcej nie dam - powiedział. - Reszta dla Zenia. Tak jak to za czasów naszych ojców bywało, syn gospodarkę po ojcu przejmuje.
Kryśka, choć wydawało się, że podobnie jak Grażyna zostanie na wsi, bo nawet się zaręczyła z synem bogatego gospodarza z sąsiedniej wioski, znalazła inny pomysł na życie. Może to niespełnione marzenie matki było dla niej inspiracją? W każdym razie, zanim przygotowania do ślubu nabrały rozpędu, oddała pierścionek, spakowała walizkę i nawiała do Warszawy. Można byłoby powiedzieć, że przyniosła wstyd rodzinie, gdyby nie to, że akurat w drodze była Luśka i to jej w udziale przypadł ów "zaszczyt". Niektórzy we wsi to nawet mówili, że Kryśka nie mogła znieść tego, co się w domu wydarzyło, i dlatego wyjechała. Żeby dwoje takich starych dziecko zmajstrowało to tego świat nie widział, wstyd i obraza boska.
Z wczesnego dzieciństwa Luśka pamiętała ludzi, którzy dziwili się, że jest ładna, mądra i zdrowa. Niektóre kobiety tłumaczyły matce, że to tylko na razie dobrze wygląda, że z czasem coś wylezie, a na poparcie swoich słów snuły opowieści, jak to na jednej wiosce też tak było, że para starych miała dziecko i początkowo wyglądało, że zdrowe. Aż tu któregoś dnia idzie pewna kobita przez podwórek, a to kuma jednej takiej znajomej z kościoła, osoba zaufana, nie ma powodu jej nie wierzyć, i patrzy, że dziecko tej starej leży przewrócone. No i ona w krzyk, niedługo matka przyszła, nie tak zaraz, bo wolno szła, młoda już przecież nie była. Zawezwali pogotowie, zabrali dzieciaka do szpitala, do jakiegoś profesora, a ten tylko ręką machnął. Łapówkę mu wciskali, ale nie wziął, a wiadomo, że jak lekarz boka nie weźmie, to już żadnej nadziei nie ma.
Na to wspomnienie dreszcz przeszedł Luśce po plecach. Jak tamta mogła takie rzeczy mówić przy niej, małej dziewczynce? Przecież to nie był ani koniec świata, ani wieki średnie. Widocznie ludzie głupi i nieczuli są głupi i nieczuli bez względu na czas i miejsce.
Na szczęście mama zbywała to spokojnym: "Głupoty gadacie".
Mama bardzo lubiła Luśkę. Można powiedzieć, że potraktowała ją jako ostatnią szansę na spełnienie marzenia z młodości o pracy w geesie. (Kryśka go nie spełniła. Po trzech latach w Warszawie wyjechała do Wiednia. Tam zajmowała się jakimiś dziadkami, później podłapała chłopa z kasą i od tamtej pory zajmowała się już tylko swoimi paznokciami).
- Ucz się, Lusiu, to daleko zajdziesz - powtarzała mama.
- Co ma się uczyć, lepiej niech se znajdzie bogatego chłopa, jak Kryśka. Co, Kryśce źle? - wcinał się ojciec.
- Dobrze czy źle, jak ją ten chłop w dupę kopnie, to co ona zrobi? Lepiej nie być od nikogo zależnym.
- Bratu mogłaby pomagać w gospodarstwie. Co on zrobi bez baby, jak nas zabraknie?
- Może Zeniu jeszcze se kogoś znajdzie? Co, Zeniu? - To pytanie kierowała do syna.
- Kto wi? Może tak, może ni.
- Widzisz go, z nim taka gadka.
I ojciec wydawał z siebie charakterystyczne chrząknięcie, które świadczyło o irytacji.
Prawda była taka, że o ile gospodarka mu się udała, to spadkobierca nie. Ojciec twierdził, że to wina matki, która za bardzo rozpuszczała dzieciaka, matka, że zawinił ojciec, zbyt krótko trzymając chłopca. Prawda była taka, że Zeniu od początku był, jaki był, w związku z tym wydawało się, że nie można go ani zepsuć, ani naprawić.
Był jak zeszyt z bardzo szerokimi marginesami - niewiele, no naprawdę niewiele dało się tam zapisać. Na dodatek to, co tam trafiło, małą miało wartość, bowiem cała mądrość Zenia pochodziła z rozmów, które prowadził z "chłopami", jak zwykł mawiać o tych najstarszych mieszkańcach wsi, co to pamiętali jeszcze insurekcję kościuszkowską.
Chłopy kładły mu do głowy prawdy objawione o tym, że człowiek na Księżycu nie wylądował, to amerykańska bujda, podobnie jak śmierć Elvisa i Kennedy'ego, szkodliwość tytoniu i udział ruskich w zwycięstwie nad szwabami. Poza bujdami amerykańskimi istniała jeszcze radziecka propaganda, żydowski spisek i farmaceutyczne kłamstwa. Na szczęście było na świecie pięciu ludzi znających prawdę - czterech dziadków i Zeniu, którego do niej dopuścili.
Gdyby ktoś zapytał Luśkę - oczywiście nikt nie pytał, bo z jej zdaniem nie liczono się w domu - to powiedziałaby, że brat został kawalerem właśnie przez te dyrdymały, jakie wygadywał. Kobiety są w stanie wiele znieść, a cierpliwsze od nich są tylko koty, ale żadna nie wytrzyma z chłopem, który od rana do późnego popołudnia głupoty gada, a wieczorem idzie się napić i po pijaku plecie jeszcze większe bzdury. Żaden majątek nie jest tego wart. Zresztą czasy przyszły takie, że zamożny rolnik przestał być poszukiwanym towarem na rynku matrymonialnym. Jeśli więc nie szła za nim ogłada, uroda i odrobina inteligencji, jako kawaler do wzięcia był przegrany.
Zeniu mało się przejmował swoim bezżeństwem. Dobrze mu było. Matka jeść dała, oprała, a w sobotę przypomniała, że warto się wykąpać i ogolić. Po śmierci ojca nikt mu już kołków na głowie nie ciosał, nawet więcej - Grażyna przekonywała, że to już lepiej wcale się nie ożenić niż jakąś cytrę do domu sprowadzić, starej matce na zgryzotę.
Luśka nie lubiła, gdy siostry mówiły o starości mamy. Owszem, zdawała sobie sprawę, że to prawda, ale słuchać na ten temat nie chciała. Miała po dziurki w nosie ludzkich ciekawskich spojrzeń, podgadywania i dokuczania dzieciaków, które mówiły, że jej matka na wywiadówki z laską chodzi. Od najbliższych nie musiała tego słyszeć.
Ani tego, że się z domu zawinęła, że wybrała łatwe życie, że tylko kasę wyciąga. To ostatnie było kłamstwem, bo choć rodziców stać było na opłacanie akademika, Luśka od nich pieniędzy nie brała. Tylko jedzenie popakowane w słoiki. Utrzymywała się z różnych prac dorywczych, dostała stypendium. W głowie miała, że rodzice starzy, sterani życiem, zmęczeni ciężką pracą, a ona... taki trochę kłopot na stare lata, taki trochę wstyd. Dlatego radziła sobie bez rodziny, a rodzina radziła sobie bez niej.
Moja biedna mama, pomyślała. Pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć, że nie mam pracy.
Tak niedawno chwaliła się swoim nowym mieszkaniem, zdjęcia z remontu pokazywała.
- Dziecko, dziecko, tyle pieniędzy w to idzie. Skąd ty nabierzesz?
- Kredyt wzięłam.
- No a jak spłacisz? Jakbyś pracę straciła, co wtedy?
- Czemu miałabym stracić pracę?
Musiała to wypowiedzieć w złą godzinę. Najpierw przyszła pandemia, na szczęście nie odbiła się znacząco na ich firmie. Swoją drogą, należy spytać: dlaczego? Może to zasługa Martusi, która tak bardzo się angażowała w pozyskiwanie nowych klientów? Gówno prawda! Przetrwali prawie wyłącznie dzięki determinacji Luśki. Strach był, ale dobrze się skończyło i dlatego przyszły zasłużone awanse, w których najbardziej zasłużona została pominięta.
- Poradzę sobie bez was! - krzyknęła w stronę okna.
Spacerujące po parapecie gołębie przekręciły głowy, próbując dociec, jakże to Luśka zamierza sobie bez nich poradzić. Z oczu przypominały Zenia, i to tak bardzo, że nie mogła się nie roześmiać.
- Poradzę sobie, zobaczycie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI