Był przedemną las, ogromny i otwarty.
Kolosalne góry, porosłe lasem, huczące strumieniami
wodospadów, pełne zdradnych zapadłych jarów, ziejące urwiskami i
czeluściami, gdzie zdawała się mieszkać śmierć.
Ludzie moi i maszyny wyrywali otwór w tym lesie i w tych
górach ogromnych. Sto toporów podnosiło się i cięło drzewa, a te
sto toporów dźwigała jedna moja dłoń. W huczących i tętniących
maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce. Setki ludzi czuły,
działały, żyły przeze mnie. Moje życie, moja wola była w tych
minach dynamitowych, od których pękały złomy i zawały skalne. Na
wysoko wystrzelającą jodłę, na jodłę, która znała dotąd tylko wiatr
i pazury kołyszącego się na jej konarach orła, na jej wierzchołek
kiedy padł mój wzrok: jodła drżała i przyginała się dumna ku ziemi.
Olbrzymie odwieczne buki ochylały smutno ramiona, czekając śmierci.
Strumienie ustawały szemrać, kiedy stanąłem nad niemi, nim zapadły
się w wyrwaną pod ich stopami otchłań kamienną. Wicher, któremu
odbierałem drzewa, gdzie szumiał dziko i przeraźliwie, głosząc
sławę puszczy, albo gdzie przylegał cicho śpiący, jak ryś syty
obłowu: bił w moją twarz z wściekłością, okradany i krzywdzony.
Jelenie, którym wydzierałem las, pochylały na mój widok rogi i
ryczały złowrogo. Albowiem w dziewiczą wiekuistą puszczę wniosłem
zniszczenie, wniosłem klęskę, trwogę i śmierć zagładną.
Ale tam!...
Oto tam niosłem życie! Tam, za góry, ze świstem lokomotyw
i turkotem wagonów, spłynąć miało światło, spłynąć miał chleb,
spłynąć miało nowe, świeże, promienne życie. Ze świstem lokomotyw i
turkotem wagonów spłynąć tam miała kultura, spłynąć miał nieznany
dotąd dobrobyt, spłynąć miała nowa epoka, odrodzenie zapadłych,
pleśniejących miejsc. Wydawało mi się, że niosę coś boskiego w
sobie, że sam Bóg błogosławił mię na drogę i swe ręce nademną
trzyma, rozchylone, potężne i święte. Z gromnym okrzykiem: Życie!
Życie!... szedłem naprzód, darłem się przez krze, załomy, lasy,
wikle, rzeki, jary i przepaści, rozbijałem i kruszyłem skały,
płosząc orły, wilki i jelenie skalne, a setki dłoni podnosiły
topory przez moją dłoń, w huczących i tętniących maszynach huczała
moja wola, tętniło moje serce.
Tak szedłem naprzód! naprzód! naprzód!
Byliśmy już głęboko zaszyci w puszczę. Ogniska nasze w
nocy promieniały czerwono i biły dymem w górę; już głuche wieści
musiały o nas dochodzić za góry i las, bo się czasem podkradały ku
nam zdumione i wystraszone twarze i patrzały z gąszczów i haszcz na
naszą robotę. Ludzie moi nazywali ich leśnymi dyabłami.
A mnie było tak dobrze! Naokoło miałem dziką, rozkiełzaną,
pierwotną naturę i przed sobą piękny, wielki, święty cel!
W tem fizycznem życiu nie miałem czasu wątpić, nie miałem
czasu wahać się, nie miałem czasu truć sobie myśli najokropniejszem
z wszystkich pytań: po co? Bo zapewne, zapewne: po co tam szedłem,
po co budowałem tę kolej? Czy to dobre, co niosę, nie wywoła nowego
zła, które może będzie większe, niż zło dotychczasowe? Zapewne -
ale nie pytałem się o to. Miarowy stuk toporów i głośne ich echo
odpędzały mi wszelką refleksyjną, krytyczną myśl, czułem, że
tworzę, że tworzę, że dążę, że praca sama dla siebie może być
celem, szczęściem, upojeniem, jak wszystka rozkosz, której się
szuka tylko dla rozkoszy, jak gimnastyka umysłowa przy księgach
trudnych, ciężkich i zawiłych. Człowiek zresztą podobny jest do
dziecka, które skacze i biega, nie zastanawiając się nad tem, czemu
to robi, bo jego siły młode do tego prą. Tak samo akcya potrzebna
jest dla tych ludzi, którzy są do niej zdolni, dosyć na nią silni,
śmiali i przedsiębiorczy.
Kiedy wypracowałem plan mojej budowy, zdawało mi się, że
nie wytrzymam w biurze, nad stołem, mapami i cyrklem. W wyobraźni
mojej widziałem to, co teraz widzę, zanurzałem się w las, topiłem
się w tej topieli pierwotnego prabytu i nieraz, kreśląc linie,
porywałem się od stołu z wniesionemi w górę rękami, z rozdętą
piersią, z tłumionym krzykiem w ustach, ja, człowiek pierwotny,
którego dusza rwała się do swojej ojczyzny, do swego domu! Tylko,
że nie szedłem tam już tylko po to, aby tam żyć: miałem cel,
szedłem z myślą, z wolą, z zamiarem, dziesiątkami tysięcy lat,
całemi warstwami cywilizacyi odległy od swego ja z przed dziesiątek
tysięcy lat.
Puszcza ustępowała nam zwolna i z oporem. Zdawało mi się
nieraz, kiedy patrzałem w jary, zasypane rumem, pogruchotanemi
pniami jodeł i buków, powydzieranemi z ziemi korzeniami, że
gwałcona woła o jakąś karę i pomstę na mnie, i te sterczące ku
górze gałęzie i korzenie wydawały mi się podobne do rozpaczliwie ku
niebu wygiętych ramion jakichś tytanów i gigantów, które swawolny
bóg wyłamał i pogruchotał. A tam w górze była przecież jakaś
Nemezys, jakieś Fatum, wyższe nad bogów i ludzi.
I czasem zdejmował mnie lęk.
Bo cóż mogło obchodzić tę puszczę, te odwieczne drzewa i
nieruchome skały, jakieś światło, jacyś ludzie, jakieś życie, jakiś
człowieczy cel? Zimna, niewzruszona i obojętna natura jakiż związek
ma z istnieniem człowieka, co między nią, a nim jest wspólnego? Jak
gwiazdy na niebie, tak drzewa na ziemi nie wiedzą o człowieku nic.
Fizycznie jest tylko jedna wspólna ogromna materya, jeden wspólny,
pierwotny początek, jedna pierwoegzystencya, jeden wspólny
pierwiastek, do którego wszystko się da ściągnąć i z którego
wszystko się da wyprowadzić - ale po za tem:
"jesteśmy łódką na szalonej fali,
bo niema żadnej miłości w naturze..."
Gdzie niema miłości, niema i nienawiści, ale jedynem
uczuciem, jakieby między człowiekiem a naturą mogło być, gdyby
wogóle jakie być mogło, byłaby nienawiść. Tam w górze nad ziemią
"wieczysta trwania
straszliwa obojętność z gwiazd się wyotchłania";
tu w dole, nizko, na ziemi, gdzie walka wre, byłaby
nienawiść, sprzeczność.
Wieczorem, znużony, zasypiałem, jak kamień, ale nieraz
rano, kiedy chmury zaścielały widnokrąg, wrzosy i maliny dzikie,
pozaczepiane o kosodrzewinę, widniały smutne i niknące we mgle,
kiedy rosa ociekała z drzew, albo deszcz padał i stosy pościnanego
drzewa, porżniętych tramów i desek szkliły się od wody i pachniały
przejmującą, zatęchłą wonią: zdejmował mię jakiś strach.
Miałem wówczas ochotę rozkrzyżować ręce i krzyczeć tej
puszczy: zrozum to, że ja, człowiek, ja muszę tak działać! Zrozum
to, że ja nie idę przeciw tobie dla niczego, dla samej z tobą walki
i samego nad tobą zwycięstwa, ale że wiedzie mnie wyższa moc, ten
duch, którego ani ty, ani ja nie pojmujemy, który w człowieka
tchnął Bóg, Sobie tylko zostawiając jego widzialność i pojęcie. Bóg
skazał cię na to, abyś grodziła nam drogę i abyśmy ją torowali
przez ciebie - musisz ustąpić, musisz ulec, jesteś ślepą, bezwolną
siłą, jak trzoda bawołów, musisz być zwyciężona przez ludzki rozum.
Dlaczegóż oto nie rzucasz na nas głazów z twoich skalnych uboczy,
dlaczegóż nie zatopisz nas powodzią, dlaczego nie dasz roznieść
stadu rozhukanych piorunów?! Martwa jesteś, bezmyślna, bezwolna,
trzoda bawołów, którą jeden pasterz biczem gna, a ona kroczy, gdzie
każe.
Ale czasem wydawało mi się, że idzie z tej puszczy jakiś
głos, że jakiś duch natury, kolosalny i straszny podnosi się
przeciw mnie i spogląda mi twarzą w twarz, dźwigając się z wądołów,
z za pagórów leśnych, tak, iż go widzę po piersi. Patrzy na mnie i
zasępia mię oczyma, podobnemi do chmur gradowych o kolorze groźnego
granatu, i ramion swych szerokością, jak turnie skalne; ale nie
podnosi przeciw mnie swych rąk, których nie widzę za wzgórzem
zarosłem. I wydaje mi się, że uśmiecha się z jakąś spokojną,
potwornego bożyszcza ironią. Więc nie uderzysz we mnie piorunem,
ani nie strącisz mnie w przepaść, ale dasz mnie ukąsić żmii
nędznej, co się czołga po ziemi i którą butem zgnieść mogę, albo
skorpionowi, który ucieka przedemną? A ów straszny duch uśmiechał
się cały, aby położyć się na wodnym mchu i rozpleść brodę po
wrzosach i dzikich malinach.
Nie wiem, jak długo byliśmy już w puszczy, bom prawie
stracił rachubę dni i nocy. Ale zeszły nam pewno ze dwa miesiące.
Zrazu spotykaliśmy pasterzy i leśników; potem nikogo, oprócz od
czasu do czasu pojawiających się w zaroślach mieszkańców z tamtej
strony lasu.
Wtem pewnego dnia, o zachodzie słońca, kiedyśmy kończyli
robotę i zabierali się do legowiska, dobiegło nas szczekanie psa.
Uśmiechnęliśmy się niemal wszyscy i mimowoli z tych i
owych ust wyrwał się okrzyk radosny: a! a! - bośmy już byli
zupełnie zdziczeli w puszczy i odwykli od ludzkich osad i chowanych
zwierząt. Może po raz pierwszy od długich tygodni spojrzeliśmy po
sobie: byliśmy prawie czarni od dymu, smoły, wichru i słońca,
oberwani, zarośli, raczej banda opryszków, niż ludzie
cywilizowanego świata.
Pies szczekał: po głosie poznałem, że to był gończy pies
myśliwski i że nas zwęszył. Niezadługo zaszeleścił w zaroślach, a
potem wysunął się ku nam w pół ciała, ujadając mocno. A potem -
zupełnie jak w romantycznej bajce - w zaroślach pokazała się głowa
sarny i z sokołem w kapturku na berle jakaś zaczarowana
księżniczka, czy nimfa leśna, coś, o czem się mówi: nie, ciebie
niema wcale, ty jesteś jeden cud.
I zaraz las począł szumieć dziwnie jakoś i niezwyczajnie,
jakaś łagodna, słodka melodya poczęła płynąć po gałęziach, dalej i
dalej, i rozpływać się, rozlewać po ciemni.
- Otom jest zaczarowany las - puszcza przepastna... -
szumiało w bukach i jodłach.
Puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się we mnie, jako w
krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Jako w źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o
liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, a niech jako
gwiazdy cieką krople w twe oczy...
Trwało to zapewne sekundę; kiedy spojrzałem znowu, już jej
nie było.
* * *
Nie poszedłem, jak zwykle, na wspólną z robotnikami przy
ogniu wieczerzę. Zamknąłem się w moim namiocie i rzuciłem na
posłanie na wznak. Przez dwa miesiące nie widziałem kobiety;
zapomniałem o niej, odwykłem od niej.
W tej puszczy, wśród ciągłej walki i ciągłego trudu, z
myślą, jaka mi grała w głowie, niemiałem poprostu czasu pamiętać o
kobiecie. Nie przywodziło mi jej na myśl nic, nic nie przypominało.
Jakaś była taka groza świata, przez któryśmy szli, jakaś taka
powaga w naszej pracy, że nikt nie śpiewał wesołych, lub
hulaszczych piosenek, nie było mowy o rozpuście, lub swawoli.
Twardy trud i majestat natury przemieniał nas w jakieś duchy o
żelaznych mięśniach i żelaznej woli. Ludzkie, codzienne instynkty i
namiętności, odpadły od nas, jak liście uwiędłe z drzewa, które
ścisnął mróz. Było mi tak dobrze, tak swobodnie, miałem taką jasną,
trzeźwą, bujną myśl, tyle spokojnej, pewnej, niegorączkowej,
zdrowej energii...
Kto ona była, ta kobieta? Zkąd się wzięła w tym lesie? Po
co przyszła?
Spokojny mój, rzeźwy sen pierzchł.
Czułem się jak zatruty. Przewracałem się po posłaniu, nie
mogąc, nie chcąc zresztą zasnąć. Zgubione instynkty poczęły się we
mnie budzić. Niewidna, zamglona, cienista postać kobiety poczęła mi
się uplastyczniać, ujawniać, urzeczywistniać. Widziadło, które
trwało sekundę i majaczyło mi tylko w oczach, poczęło się zamieniać
w kształt. Już widziałem ciało kobiety, czułem je, przypominałem
sobie.
Więc tak! Jeżeli to jest jakaś dziewczyna z lasu, jakaś
córka odludka, lub leśnika, dlaczegóż niemam jej wziąść, dlaczegóż
niemam się z nią naprzykład ożenić, jeżeli tylko za mnie wyjść
zechce. Wówczas będziemy razem wspólnie pracowali, ona dopomoże mi
do dokonania mego dzieła, razem wybudujemy tę kolej, poniesiemy
doliną za lasem światło i chleb. Razem - ręka w rękę, dusza z
duszą...
Hahaha! Porwał mię pusty, głośny śmiech. Odwieczne
kłamstwo, odwieczna blaga, której kobiety żądają od mężczyzn, którą
mężczyźni pozują sami przed sobą.
Jestem młody, nie mam lat trzydziestu, dwa miesiące nie
widziałem kobiety, jem dobrze i piję, jestem zdrów i chce mi się
jej uścisku, jej ust, nie jej duszy i wspólnej pracy. Wspólnej
pracy dla ideału... Hahaha! śmiałem się znowu. Śmieszny i zabawny
frazes. Gdyby ona tu ze mną była i gdyby miała włochatą brodawkę na
ramieniu, niezawodnie bym jutro rano nie myślał o braterstwie dusz
i wspólnej pracy dla ideału. Kłamstwo i blaga! Ojcowie naszych dusz
wiedzieli dobrze, co o tem sądzić.
Ale jeżeli jest piękna i jest piękna cała, jak Wenus
florencka...
Właściwie, to co mi do tych ludzi z za lasu? Żyję tak
krótko i tylko raz....
Porwałem się z posłania i wylałem sobie kubeł zimnej wody
na głowę. Poczem nalałem pełną miednicę i z jakąś gorączkową
zapalczywością począłem maczać głowę w wodzie. Potem ogarnął mię
śmiech, że taki jest fizyczny rezultat mego moralnego wrażenia,
uwidoczniła mi się niesłychana śmieszność funkcyi fizycznych,
wywołanych pobudkami moralnemi, otarłem głowę, zapaliłem cygaro i
wyszedłem przed namiot na dwór.
Cisza była i noc. Nad drzewami świeciły gwiazdy na
zupełnie czystem, pogodnem, ciemnogranatowem niebie. Kiedy bytem
dzieckiem, wiele takich nocy spędziłem gdzieindziej w górach.
Była noc, noc gwieździsta...
- Pójdź - szeptał las. - Otom jest las zaczarowany,
puszcza przepastna...
Źródło jest we mnie, źródło wonne, które obrosły lilie i
tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, niech jako
gwiazdy cieką krople w twe oczy, gdy zamoczysz twą głowę w krynicę,
gdy zanurzysz twe serce w wodę, którą obrosły lilie i tulipany o
liściach czerwonych...
Piękna, piękna! pragnę cię, chcę cię, szukam cię!... -
począłem wołać na las, na ciszę na ciemność i na gwiazdy rozsiane
nad puszczą.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.