Tristan 1946 - Maria Kuncewiczowa

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

W Pen­sal­los miesz­ka­łam w domku przy­cze­pio­nym do skały nad za­toką korn­wa­lij­ską, zwaną Re­ady­mo­ney Cove, czyli za­toką ła­twych pie­nię­dzy. Na­zwano ją tak w cza­sach, kiedy pi­raci za­cza­jali się tu­taj na hisz­pań­skie i por­tu­gal­skie statki. Ten do­mek odzie­dzi­czy­łam po Fred­diem Burn­ha­mie. Spro­wa­dzi­li­śmy się tu­taj w roku 1943, tro­chę dla bez­pie­czeń­stwa od bomb, ale głów­nie dla­tego, że Korn­wa­lia leży da­leko od Kentu, gdzie ro­dzina mego "dru­giego męża" - ucho­dzi­łam za jego żonę - stra­ciła do mnie cier­pli­wość. Nie zna­czyło to, że Pen­sal­los miało mnie przy­jąć za swoją. Prze­cież na­dal sta­wia­łam ta­le­rzyk do chleba z pra­wej strony, nieco po­wy­żej du­żego ta­le­rza, moje th na­dal było za­nadto se­ple­niące, moje a za­nadto jed­no­stajne, moje zupy ruj­no­wały żo­łą­dek. Ale nie na­le­żąc do ro­dziny, nowi są­sie­dzi nie mu­sieli pro­sto­wać mo­ich błę­dów.

W dwa lata póź­niej Fred­die umarł. Po­nie­waż nie uro­dził się w Korn­wa­lii, kraju cel­tyc­kim, który długo za­cho­wy­wał nie­pod­le­głość od Sak­so­nów, mia­nu­jąc się Za­chod­nią Wa­lią, żal po jego śmierci nie osią­gnął w Pen­sal­los swo­jej pełni; An­glicy nie są tam uwa­żani za ro­da­ków. Jed­nak wdowy - ucho­dzi­łam za le­galną wdowę - bez względu na wy­so­kość spadku za­li­czane są do ofiar losu. Wo­bec tego po znik­nię­ciu Fred­diego wiele zo­stało mi wy­ba­czone, tym bar­dziej że on sam prze­stał być moją ofiarą.

W roku 1946 w ten uprosz­czony mój byt wkro­czył Mi­chał. Naj­pierw tylko jako pod­pis na li­ście. Póź­niej - na­zwi­sko na róż­nych for­mu­la­rzach i kwe­stio­na­riu­szach, na­zwi­sko na­le­żące do umar­łego czło­wieka, który sie­dem lat temu był moim le­gal­nym mę­żem.

Mi­chał na­pi­sał z Nie­miec. Po upadku po­wsta­nia w 1944 wy­wie­ziono go z War­szawy jako jeńca, ale zna­lazł się w "bar­dzo cy­wil­nym obo­zie" i kiedy go Ame­ry­ka­nie wy­zwo­lili, "nie umiał cho­dzić", więc długo prze­by­wał w szpi­ta­lach. Po­tem "uciekł Ame­ry­ka­nom" i "ro­bił różne rze­czy". Kie­dyś, dawno, zna­la­zł­szy w wa­lizce ojca nie­wy­słany list do mnie, prze­pi­sał so­bie mój ad­res. Py­tał, czy mogę go spro­wa­dzić do An­glii.

Otóż syna Pio­tra, męża nie­ko­cha­nego, a jed­nak waż­nego, oczy­wi­ście mo­głam spro­wa­dzić do An­glii. Ale czy chcia­łam? Czy chcia­łam mieć w domu nie­zna­jo­mego mło­dego męż­czy­znę, dla­tego że kie­dyś pod­sta­rzały li­der par­tyjny po­zo­wał na Bu­dow­ni­czego Sol­nessa, a ja zo­sta­łam kre­owana jego Hildą, jego mło­dym na­tchnie­niem w bu­do­wa­niu nie­bo­tycz­nych wież dla przy­ziem­nej ludz­ko­ści? Mi­chał zo­stał po­częty po pew­nym wiecu, kiedy Piotr do­pro­wa­dził do fu­zji kilka grup po­li­tycz­nych, co uwa­żał za naj­wyż­sze swoje osią­gnię­cie, i mnie, mo­jej wie­rze w niego, ten triumf przy­pi­sał. Wtedy to w na­szej sy­pialni usły­sza­łam mu­zykę sfer ide­al­nych i harfy speł­nie­nia i otwo­rzy­łam się nie­ko­cha­nemu mę­żowi do dna. Ale po "naj­wyż­szym osią­gnię­ciu" na­stą­piły niż­sze, wieże za­częły się ry­so­wać, harfy za­mil­kły.

Mi­chał wła­ści­wie rósł bez ojca; Piotr, zo­staw­szy po­słem, spę­dzał czas w sej­mie i na ze­bra­niach par­tyj­nych. Po­nie­waż triumfy ide­ału były co­raz skrom­niej­sze, każdą za­sługę te­raz przy­pi­sy­wał so­bie, mnie na­to­miast ura­biał opi­nię mieszczki, ha­mu­ją­cej jego pro­me­tej­skie za­pędy. Mi­chał od po­czątku ubó­stwiał ojca. Jako ma­lec ro­bił się nie­zno­śny w jego obec­no­ści, byle tylko zwró­cić na sie­bie uwagę, przy czym po­tężne klapsy Pio­tra pod­nie­cały go jesz­cze bar­dziej. Po­dobny w tym do szcze­niaka, plą­tał się na­tręt­nie mię­dzy no­gami swego pana, bo­le­sne razy przyj­mu­jąc za piesz­czoty. Kiedy pod­rósł, wy­ci­nał i wkle­jał do ze­szytu wzmianki o pu­blicz­nych wy­stą­pie­niach ojca.

Piotr ni­gdy nie wie­dział, ile lat ma jego syn ani do ja­kiej szkoły cho­dzi. Opo­wia­dał o nim różne fan­ta­zyjne aneg­dotki, ma­jące przed­sta­wić Mi­chała jako mło­do­cia­nego fi­lo­zofa o bun­tow­ni­czych skłon­no­ściach. Lek­cje ję­zy­ków i mu­zyki to­le­ro­wał, bo pła­ci­łam za nie z mo­ich za­rob­ków tłu­maczki w am­ba­sa­dzie bry­tyj­skiej, ale przy każ­dej oka­zji po­kpi­wał z "pa­pug" i "szo­pe­nią­tek". Sam wy­kształ­cony w Niem­czech, poza eko­no­micz­nymi ter­mi­nami ni­gdy się nie­miec­kiego nie na­uczył. Mimo to na kon­gre­sach mię­dzy­na­ro­do­wych naj­ła­twiej do­ga­dy­wał się z Niem­cami. Także nie znał pra­wie fran­cu­skiego, a jed­nak by­łam świad­kiem, jak cza­ro­wał swoim świę­tym ogniem, grą twa­rzy i ora­tor­skim ge­stem de­le­ga­cje par­la­men­ta­rzy­stów fran­cu­skich. Za­tem lek­ce­wa­żył lin­gwi­stykę. A mu­zyczne czary uwa­żał za afek­ta­cję nie­godną męż­czy­zny.

W miarę jak roz­wi­jała się jego ka­riera po­li­tyczna, co­raz wię­cej wagi przy­kła­dał do swo­jej wła­ści­wej spe­cjal­no­ści: eko­no­mii. Mó­wiono, że ro­bił in­te­resy. Kiedy? Jak? Nie miał biura ani se­kre­tarki, nie miał na­wet szafki na akta. Po­dobno ku­po­wał ak­cje na Ślą­sku. O tej swo­jej dzia­łal­no­ści ni­gdy nie wspo­mi­nał. Nie było w tym chyba hi­po­kry­zji. Piotr wie­rzył w Uto­pię i cha­rak­ter miał ra­czej bez­in­te­re­sowny; to jego wro­dzony ta­lent pra­co­wał nie­za­leż­nie od jego woli na oso­bi­sty ma­ją­tek. Na po­wsze­dnie po­trzeby ską­pił, ale ni z tego, ni z owego po­tra­fił ku­pić mi fu­tro, ob­raz mod­nego ma­la­rza czy for­te­pian, a Mi­cha­łowi ża­glówkę.

Mi­chał dziecko ko­chał mnie; pew­nie dla­tego, że ład­nie pach­nia­łam, by­łam miękka, szu­miąca i ko­lo­rowa. Zresztą wszyst­kie za­bawki, lody i łaszki miał ode mnie. A prze­cież wy­star­czyło mu usły­szeć z da­leka za­czepny głos Pio­tra, jak gdyby za­wsze na­sta­wiony na uprze­dza­nie po­li­tycz­nych za­rzu­tów, a na­tych­miast od­wra­cał się ode mnie, wy­dy­mał dolną wargę i cze­kał na ojca.

Piotr i ja mie­li­śmy od­rębne koła przy­ja­ciół. Piotr za­pra­szał po­li­ty­ków i bry­dży­stów, ja - ko­le­gów biu­ro­wych, młod­sze ku­zynki i ich zna­jo­mych, mię­dzy któ­rymi byli ma­la­rze i ak­to­rzy. Tamci grali w karty, my­śmy tań­czyli. O ile Mi­chał szu­kał pre­tek­stu, żeby prze­nik­nąć na przy­ję­cie ojca, za­szyć się tam w kąt i chci­wie słu­chać, jak starsi pa­no­wie prze­trzą­sają brzydką pod­szewkę róż­nych spraw, o któ­rych do­piero co tak pięk­nie mó­wili w sej­mie, o tyle od mo­ich go­ści stro­nił.

Nie­któ­rzy z part­ne­rów kar­cia­nych Pio­tra na­le­żeli do świata prze­my­słu i han­dlu. I tych bo­daj Mi­chał naj­bar­dziej po­dzi­wiał. Nie­raz za­ga­dy­wał mnie od nie­chce­nia: ile za­ra­bia ak­tor? ile urzęd­nik? Od­po­wiedź nie­zmien­nie wy­wo­ły­wała wy­dę­cie dol­nej wargi, za­nadto mię­si­stej i ka­pry­śnej. I za­wsze się oka­zy­wało, że taki a taki pan, który nie­dawno był na bry­dżu u ojca, za­ra­biał dzie­sięć razy wię­cej od naj­lep­szego ak­tora i jeź­dził na narty do Szwaj­ca­rii. "Oj­ciec, żeby tylko chciał - na­stę­po­wał ko­men­tarz - mógłby za­ra­biać sto razy wię­cej niż Mar­lena Die­trich".

- Dla­czego oj­ciec nie chce? - py­ta­łam pod­stęp­nie.

Na to wzru­szał ra­mio­nami.

- Dla­tego że jest wiel­kim czło­wie­kiem.

My­śla­łam so­bie w ta­kich wy­pad­kach, jak sku­tecz­nie oj­co­wie za­stę­pują Boga ma­łym chłop­com.

Raz po dość gwał­tow­nej sce­nie (rze­czy­wi­ście ro­bi­łam mu sceny, kiedy mnie okła­my­wał i bez­czel­no­ścią po­kry­wał skru­chę) Mi­chał rzu­cił mi się na szyję i z go­rącą twa­rzą przy moim po­liczku wy­ję­czał: "Mamo, mamo, ty mnie tak mar­twisz...". "Dla­czego?" Za­du­mał się. Nie od­po­wie­dział, tylko ko­ły­sał głową w obie strony jak zbo­lały sta­rzec. Wresz­cie za­czął wy­rzu­cać z sie­bie słowa wi­docz­nie długo ta­jone i na­sią­kłe go­ry­czą: "Bo ty nic nie wiesz o ży­ciu, ty tylko pra­cu­jesz i tań­czysz, i roz­da­jesz, a jak kto jest taki, to inni go ob­śmieją i wrzucą do dołu".

Wzru­szył mnie ten dzie­cinny "dół" za­miast utraty sta­no­wi­ska i śmierci gło­do­wej; ro­ze­śmia­łam się i przy­tu­li­łam go. Ode­pchnął mnie. Ze łzami, nie wiem, czy zło­ści, czy za­chwytu, ści­snął moją twarz w obu dło­niach. "Ty... ty je­steś ład­niej­sza od Mar­leny, a nie umiesz tak do­brze za­ro­bić!"

Przy­szły czasy mo­jej oso­bi­stej krót­ko­trwa­łej chwały. Wy­dano mi kilka tłu­ma­czeń współ­cze­snych au­to­rów an­giel­skich. Wy­dawca był ob­rotny, a kry­tycy, z któ­rymi tań­czy­łam u ku­zy­nek, roz­pi­sali się po­chleb­nie o mo­ich zdol­no­ściach sty­li­stycz­nych. Za­chę­cona, na­pi­sa­łam kilka ar­ty­ku­łów do mie­sięcz­nika li­te­rac­kiego i na­gle moje pa­nień­skie na­zwi­sko, któ­rego uży­wa­łam za­miast pseu­do­nimu, roz­bły­sło. Piotr z po­czątku nie za­uwa­żał; po­tem przy­brał po­stawę dys­kret­nego pa­trona, nie­lu­bią­cego pod­kre­ślać swo­jej roli w for­mo­wa­niu nie­doj­rza­łych umy­słów. Za­robki moje wzro­sły, a ra­zem z tym wy­datki. Mi­chał zo­stał wy­po­sa­żony w różne luk­susy chło­pię­cego wieku, z lek­cjami tańca włącz­nie. Te lek­cje, a wła­ści­wie wie­czorki, od­by­wały się u nas w dni, kiedy Piotr mie­wał po­sie­dze­nia Ko­mi­sji Bu­dże­to­wej.

Mi­chał roz­wi­nął się wcze­śnie. Wy­soki, mu­sku­larny, z wło­sami jak je­dwabna czapka, z ni­skim gło­sem, któ­rego uży­wał oszczęd­nie i ra­czej jako sur­dyny dla wy­mow­nych spoj­rzeń, nie bar­dzo uprzejmy, po­nu­rawy, uśmie­chał się rzadko i tylko ja zna­łam jego dzie­cinne miny. Chyba tylko ja; bo na to, żeby mu rysy ze­lżały, trzeba było aż łez do roz­my­cia ma­ski, a do łez nie był skory. Prze­ko­na­łam się prę­dzej, niż­bym chciała, że chłop­czyk z moim czo­łem i mo­imi ustami cią­gnie za sobą dziew­czyny jak rój roz­ju­szo­nych os. Prze­ko­na­łam się też, że Mi­chał ciąży do ko­biet star­szych i do dziew­czyn ulicz­nych, co skła­da­łam na karb mło­dzień­czej nie­za­rad­no­ści. Do­mowe wie­czorki miały skie­ro­wać jego gust w stronę ró­wie­śnic i ty­pów "kul­tu­ral­nych".

Otóż na te wie­czorki Mi­chał się spóź­niał, a "pa­nienki z do­brych do­mów" trak­to­wał z wy­soka. Mimo to ich za­pał do lek­cji wzra­stał i ta, z którą tań­czył, przy­bie­rała minę kró­lo­wej. Szkole po­świę­cał tyle czasu, ile trzeba, żeby ucznia nie ogło­szono bał­wa­nem. Miał więc opi­nię po­ten­cjal­nego pry­musa, któ­remu "się nie chce". Rze­czy­wi­ście od czasu do czasu za­dzi­wiał na­uczy­ciela hi­sto­rii albo li­te­ra­tury ja­kąś bły­sko­tliwą he­re­zją. Raz zo­stał z tego po­wodu za­wie­szony na dwa mie­siące, co Pio­trowi dało po­wód do no­wej se­rii aneg­dot o synu re­be­lian­cie, a mnie kosz­to­wało sporo pie­nię­dzy na ko­re­pe­ty­to­rów.

Moje wy­datki na niego nie zda­wały się Mi­cha­łowi im­po­no­wać. Dla róż­nych ce­lów jaw­nych i ukry­tych wy­zy­ski­wał skwa­pli­wie moją szczo­drość, ale czu­łam, że się za mnie wsty­dzi, że mnie ze smut­kiem uważa za idiotkę. A jed­nak pod sko­rupą co­dzien­no­ści na­sza mi­łość pły­nęła raz pły­cej, raz głę­biej, w nie­prze­wi­dzia­nych skrę­tach. Wy­cho­wana w ry­go­rach i nie­do­sy­tach, chcia­łam - nic w za­mian nie żą­da­jąc - dać swemu dziecku to wszystko, czego mnie kie­dyś matka dać nie chciała. Wo­bec sta­łej nie­obec­no­ści Pio­tra, a także dla­tego, że i mój mąż, i ja by­li­śmy je­dy­na­kami, mój sto­su­nek z sy­nem ukła­dał się jak gdyby poza ro­dziną, po­dobny do walki so­ju­szów nie­le­gal­nej pary. Mie­li­śmy swoje ta­jem­nice i kon­szachty. Mi­chał wie­dział, że w moją za­mężną sa­mot­ność wkra­czają męż­czyźni i że koło jed­nego z nich ob­raca się moja Zie­mia. Sprzy­jał na­szym schadz­kom, nie­raz spod oka iro­nicz­nie, to znów żar­to­bli­wie się przy­glą­dał, Ja­nowi oka­zy­wał ko­le­żeń­ską po­ufa­łość. Aż któ­re­goś dnia, kiedy się prze­bie­ra­łam na spo­tka­nie z Ja­nem, wszedł do po­koju ze swoim ulu­bio­nym no­wym swe­trem w ręku. Górna warga, roz­cią­gnięta w pro­stą li­nię, nada­wała mu wy­raz zgryź­li­wego uporu. "Masz, to dla Jana - po­wie­dział. - On jest węż­szy w ra­mio­nach ode mnie, i w ogóle prze­stań się o mnie trosz­czyć". Głos mu się za­ła­mał. Wy­glą­dał wście­kły i bez­radny, zła­pany w po­trzask. Nie wy­szłam tego dnia, w nocy pła­ka­łam, rano na­pi­sa­łam do Jana, że nie mogę się roz­wieść z Pio­trem.

Był ko­niec roku 1938. Mi­chał miał czter­na­ście lat. Miał czter­na­ście mo­ich naj­lep­szych lat, które mu od­da­łam tak samo nie­odwo­łal­nie jak czoło i usta. Przy­szły święta Bo­żego Na­ro­dze­nia. War­szawa za­cho­wy­wała się jak sto­lica na­rodu wy­bra­nego. Mo­rze Czer­wone roz­stą­piło się na dwie strony, Wschod­nią i Za­chod­nią, żeby dać przej­ście Po­la­kom sil­nym, zwar­tym, go­to­wym do mo­car­stwo­wej przy­szło­ści. Piotr przy­szedł na Wi­gi­lię zi­ry­to­wany dys­ku­sją z przed­sta­wi­cie­lami opo­zy­cji i od razu sko­czył na Mi­chała: "Jak ty je­steś ubrany! Kra­cia­ste skar­petki, pu­chaty swe­te­rek! To do­bre dla żi­go­laka! W tej chwili mi się prze­bierz w przy­zwo­ite ubra­nie!".

- To są spor­towe rze­czy, Pio­trze, które Mi­chał do­stał ode mnie na Gwiazdkę. Już je wło­żył, bo za dwie go­dziny wy­jeż­dża do Za­ko­pa­nego na narty - uję­łam się za chłop­cem.

Roz­le­ni­wiony przez święta, Mi­chał na­wet nie drgnął w fo­telu.

- Nie ma naj­mniej­szego sensu te­raz się prze­bie­rać. - Ziew­nął.

Ale Piotr trza­snął ręką w stół.

- Tu nie karczma dla spor­to­wych la­lu­siów! Ni­g­dzie nie po­je­dziesz! Marsz do swego po­koju!

- Oj­ciec nic tu nie ma do roz­ka­zy­wa­nia. To mama za­pła­ciła za bi­let i za pen­sjo­nat.

W tej chwili ob­raz się za­ma­zał. Pa­mię­tam, jak na tle błysz­czą­cej cho­inki prze­su­wała się blada ma­ska Mi­chała i skur­czona twarz Pio­tra i jak w zu­peł­nej ci­szy głu­cho spa­dały na biały swe­ter razy po­grze­ba­cza. Wresz­cie usły­sza­łam ja­kiś sko­wyt i czy­jeś sa­pa­nie, gdzieś trza­snęły drzwi, rzu­ci­łam się na Pio­tra i za­czę­łam go kuć pię­ściami gdzie po­pad­nie. Póź­niej nie wiem, co było. Pa­mię­tam jesz­cze tylko, że po Wi­lii Piotr z Mi­cha­łem sie­dzieli, jak gdyby nic, na ka­na­pie, prze­glą­da­jąc ra­zem ja­kieś pi­smo; Mi­chał był w ciem­nym ubra­niu i wy­zy­wa­jąco na mnie spoj­rzał, kiedy mu po­da­łam ba­ka­lie. Bo­lało mnie serce i cho­inka pa­liła się w próżni gdzieś poza do­mem, a ja zo­sta­łam sama na ja­kichś ru­inach.

Od tam­tych nie­szczę­snych świąt za­padł mię­dzy nami troj­giem chłód, któ­rego na­wet wio­sna nie roz­pro­szyła. Uni­ka­li­śmy sie­bie, przy spo­tka­niu spusz­cza­li­śmy oczy. Mó­wiło się w domu przy­ci­szo­nym gło­sem, ostroż­nie, jak gdyby obok le­żał ktoś umie­ra­jący, ale przy­tomny. Po raz pierw­szy w ży­ciu Piotr za­jął się Mi­cha­łem. Parę razy za­brał go na spa­cer, bez zwy­kłych po­kpi­wań wy­py­ty­wał o szkołę i kle­pał po ple­cach jak ko­legę z par­tii. W czerwcu za­pro­sił nas oboje na obiad do re­stau­ra­cji. Pod ob­łud­nym wzro­kiem kel­ne­rów je­dli­śmy w mil­cze­niu ol­brzy­mie bry­zole, grzeczni, schludni, człon­ko­wie spo­łecz­nej elity, a za na­szymi ple­cami roz­pa­dał się świat.

Wa­ka­cje spę­dzi­li­śmy, jak zwy­kle, nad mo­rzem. To zna­czy ja spę­dzi­łam. Piotr cza­sem wpa­dał na week­end, przy­wo­żąc co­raz to in­nego "przy­wódcę" czy mi­ni­stra, dla któ­rego na gwałt trzeba było sma­żyć flą­dry. Co do Mi­chała, trudno by­łoby po­wie­dzieć, gdzie on spę­dzał czas. Bo na­wet kiedy sie­dział ze mną przy stole, prze­by­wał w ja­kimś kraju, do któ­rego nie mia­łam do­stępu. Jana po­wo­łano do woj­ska. Po­dobno miał nową ko­bietę. Po­dobno młod­szą ode mnie. Po­dobno ład­niej­szą.

Na­resz­cie na­stał wrze­sień 1939. Zna­la­złam się nad gra­nicą ru­muń­ską, w Za­lesz­czy­kach. Piotr po­je­chał się do­wie­dzieć, czy pe­wien re­dak­tor war­szaw­skiego pi­sma od­krył w naj­bliż­szym mie­ście wo­je­wódz­kim za­kład, gdzie można by dru­ko­wać dzien­nik, do­póki alianci nie od­cią­gną Niem­ców na front za­chodni i rząd pol­ski nie wróci do War­szawy. Gdyby taka dru­kar­nia się nada­rzyła, Piotr był zde­cy­do­wany wy­ła­mać się z ofi­cjal­nego or­szaku i za­brać mnie z Mi­cha­łem do Tar­no­pola.

Tym­cza­sem Mi­chał po­przed­niego dnia od­stał w Łucku. Sie­dzia­łam sama na drew­nia­nym ga­neczku, o który roz­trą­cały się ba­rany, i wy­tę­ża­łam wzrok po­przez kurz nad szosą, czy nie zo­ba­czę Mi­chała. W Łucku wpadł do po­koju nie­zna­jo­mych lu­dzi, gdzie pró­bo­wa­łam prze­spać moją ostat­nią, jak się oka­zało, noc w Pol­sce; wpadł na ten bi­wak po czy­stą ko­szulę i za­po­wie­dział, że na­za­jutrz spo­tkamy się w Za­lesz­czy­kach.

Sie­dzia­łam więc na tym ganku po­śród owiec i psz­czół, wpa­trzona nie tyle w szosę, co w wojnę po­że­ra­jącą prze­szłość, wsłu­chana nie tyle we wła­sne my­śli, co w dud­nie­nie sa­mo­cho­dów, które prze­kra­czały gra­nicę. Czu­łam się jak wieszczka w Del­fach, cze­ka­jąca na szept z przy­szłego świata. Ofiary zo­stały zło­żone, odór dymu i krwi wy­pie­rał za­pa­chy lata, prze­ła­my­wały się losy; lu­dzie uwię­zieni w myl­nych wy­bo­rach i do­zgon­nych ka­tor­gach mo­gli ucie­kać na wol­ność.

Wie­dzia­łam, że Piotr po mnie nie przy­je­dzie tego dnia ani na­stęp­nego. Każdy po­dmuch spraw pu­blicz­nych zmia­tał mu sprzed oczu dom i ro­dzinę. W chwi­lach, kiedy te wiel­kie, cięż­kie bryły - na­ród, kraj, pań­stwo - do­zna­wały za­gro­że­nia, nie zno­sił koło sie­bie osób i pro­ble­mów fry­wol­nych, ta­kich jak ko­bieta, dziecko, czyjś smu­tek, czy­jaś ra­dość. Je­żeli ja albo Mi­chał sta­wa­li­śmy wten­czas na jego dro­dze, ro­bił się okrutny. Nie cier­pia­łam go za to. I to jed­nak były te mo­menty, kiedy po­dzi­wia­łam w nim Bu­dow­ni­czego Sol­nessa. Nie­stety, już od dawna po­dziw, z po­czątku go­rący, za­mie­nił się w nie­życz­liwe uzna­nie.

Ale to miej­sce we mnie, cie­płe, ukryte, gdzie kie­dyś le­żało ciałko dziecka, za­nim stało się Mi­cha­łem, to miej­sce bo­lało. Także bo­lały wszyst­kie ulice i szosy, któ­rymi ode mnie od­cho­dził. I wszyst­kie go­dziny, kiedy na niego cze­ka­łam. Czu­łam, że te­raz cze­kam bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek na próżno, bo je­żeli kogo on szuka tego dnia mię­dzy spło­szo­nymi końmi, po­ła­ma­nymi dy­sz­lami i mar­twymi ludźmi, to swo­jego ojca, Pio­tra.

Auto się za­trzy­mało. Ktoś ma­chał ręką, wy­biegł z wozu, wpadł na ga­nek. Fred­die Burn­ham, mój szef z am­ba­sady. Pa­trzy­łam bez­myśl­nie, jak wrzu­cał do swo­jej wa­lizy moje rze­czy. Nie sły­sza­łam, co mó­wił. Oprzy­tom­nia­łam do­piero w Ru­mu­nii. Tak oto nie za­miar, tylko przy­pa­dek wy­pro­wa­dził mnie poza moją wła­sną gra­nicę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki