Trening asertywności - David Konrad

Kup ebooka

31.40 zł
26.06 zł (31,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Dlaczego powstała ta książka

To pytanie powinien zadać sobie każdy autor, zanim napisze pierwsze zdanie swojej książki. Po co właściwie ją pisze? Co chce dzięki niej osiągnąć?

Odpowiedź nie zawsze jest oczywista. Autorzy piszą książki z bardzo różnych powodów. Jedni chcą podzielić się swoją wiedzą lub doświadczeniem. Inni próbują uporządkować własne myśli i emocje. Dla niektórych jest to sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej lub rozwinięcie kariery zawodowej. Bywa również, że za pisaniem stoi potrzeba uznania i zainteresowania, której domaga się własne ego. Nie ma w tym nic niezwykłego - każdy autor ma swoją motywację.

Moja jest znacznie prostsza.

Piszę książki przede wszystkim po to, żeby nie odpowiadać po raz setny na te same pytania.

Jeżeli przez wiele lat kolejne osoby zwracają się do mnie z tym samym problemem, wolę poświęcić czas na napisanie jednej rzetelnej odpowiedzi, niż wielokrotnie powtarzać to samo. Taka książka oszczędza czas zarówno mnie, jak i moim rozmówcom.

Wielokrotnie pytano mnie o możliwość wstąpienia na drogę monastycyzmu. Nie miało sensu opisywać tego procesu każdej osobie z osobna, dlatego powstała publikacja Jak zostać buddyjskim mnichem. Równie często spotykałem się z pytaniami o terapię uzależnień praktykowaną przeze mnie w klasztorze Thamkrabok. Odpowiedzią była obszerna antologia Buddyjskie terapie uzależnień. Swoją drogę duchową opisałem w książce Tropem świadomości, aby nie opowiadać tej samej historii wciąż od nowa. Z podobnych powodów powstały również książki poświęcone terapii lęków, depresji i schizofrenii, oparte między innymi na doświadczeniach zdobytych podczas misji humanitarnej w Tanzanii.

Za każdą książką stoi jakaś historia - mniej lub bardziej osobista. Czasami rodzi się z pytań zadawanych przez innych ludzi, a czasami z nieoczekiwanego odkrycia, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Zwykły przypadek potrafi przerodzić się w wielomiesięczne poszukiwania odpowiedzi, a ich naturalnym zwieńczeniem staje się książka.

Tak było podczas mojej podróży po Indiach, gdzie zbierałem materiały do powieści Tropem moralności. Zupełnym przypadkiem natknąłem się wtedy na ślady Apostoła Tomasza. Nie miałem wcześniej pojęcia, że postać znana z ewangelicznej sceny zwątpienia miała według tradycji dotrzeć aż do Indii i właśnie tam zakończyć swoje życie. Ta historia wydała mi się równie niezwykła jak sam Nowy Testament. Im więcej o niej czytałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że zasługuje na znacznie większą uwagę. Tak powstała książka Tomasz Apostoł w Indiach.

Podobnie było kilka lat później, gdy pandemia zatrzymała mnie na wiele miesięcy w pobliżu jaskiń Adźanta. Początkowo chciałem jedynie lepiej poznać historię tego miejsca. Z czasem zainteresowanie przerodziło się w systematyczne studia nad najstarszymi zabytkami buddyzmu. Ich efektem były dwie publikacje - Jaskinie Adźanta oraz Jaskinie Pitalkhora - opisujące jedne z najcenniejszych świadectw początków tej religii.

Badania te doprowadziły mnie do zaskakującego wniosku. Współczesny monastycyzm buddyjski niewiele przypomina ruch śramanów sprzed dwóch i pół tysiąca lat, z którego wyłoniły się buddyzm, dżinizm i adźiwakizm. Im głębiej zagłębiałem się w historię, tym częściej odkrywałem, że powszechnie powtarzane przekonania nie zawsze wytrzymują konfrontację z faktami.

Przez lata przeczytałem tysiące stron książek, artykułów i opracowań. Niektóre z nich uznałem za na tyle wartościowe, że postanowiłem udostępnić je polskim czytelnikom. Tłumaczenie okazało się jednak czymś więcej niż tylko przekładaniem słów z jednego języka na drugi. To jedna z najlepszych metod studiowania tekstu.

Czytając książkę, łatwo prześlizgnąć się nad fragmentem, który wydaje się oczywisty. Tłumaczenie nie pozostawia takiej możliwości. Zmusza do zastanowienia się nad znaczeniem niemal każdego zdania, a często nawet pojedynczych słów. Dopiero wtedy można dostrzec niuanse, które podczas zwykłej lektury pozostają niezauważone.

Właśnie dlatego powstały polskie wydania Rozmów z Ramaną Mahariszim oraz Listów z aśramu Ramany. Korzyść z ich tłumaczenia odniosłem nie tylko ja jako autor przekładu, ale - mam nadzieję - również polski czytelnik.

Sam tekst nigdy jednak nie był dla mnie wystarczający.

Życie Ramany Maharisziego zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłem zobaczyć miejsca związane z jego życiem na własne oczy. Spędziłem kilka dni w jego aśramie, odwiedziłem jaskinie, w których mieszkał, piłem wodę z tych samych źródeł i kąpałem się w zbiornikach, z których również on korzystał.

Nie chciałem jednak ograniczać się do roli turysty.

Jako asceta dołączyłem do grupy lokalnych joginów i przez miesiąc mieszkałem z nimi w śiwaickiej świątyni położonej przy jednej z jaskiń związanych z Ramaną. Spałem na kamiennej posadzce, jadłem z nimi posiłki przygotowane z wyżebranej żywności i godzinami rozmawiałem o praktyce duchowej, wyrzeczeniu oraz drodze do wyzwolenia.

Takie doświadczenia nie czynią człowieka autorytetem. Pozwalają jednak zrozumieć rzeczy, których nie da się wyczytać z żadnej książki. Dzięki nim łatwiej było mi pojąć, czym naprawdę jest droga sanjasina i jakiego poświęcenia wymagała od ludzi takich jak Ramana Mahariszi, Budda czy Mahawira.

Ta książka powstała z potrzeby podzielenia się wiedzą i doświadczeniem zdobywanymi przez ponad pięćdziesiąt lat życia. Jest również opowieścią o przemianie, jaka dokonała się we mnie samym.

Przez wiele lat byłem osobą naiwną i uległą. Łatwo ulegałem presji, miałem trudności z odmawianiem i często przedkładałem potrzeby innych nad własne. Z czasem nauczyłem się rozpoznawać mechanizmy manipulacji oraz techniki wykorzystywane w erystyce. Szybko jednak zrozumiałem, że sama znajomość tych metod nie wystarcza. Człowiek może doskonale wiedzieć, że jest manipulowany, a mimo to ulec emocjom.

Prawdziwa zmiana nastąpiła dopiero wtedy, gdy zacząłem pracować nad sobą. Lata praktyki buddyjskiej nauczyły mnie zachowywać spokój również w sytuacjach konfliktowych. Dziś znacznie trudniej wyprowadzić mnie z równowagi, wzbudzić we mnie poczucie winy czy skłonić do działań sprzecznych z moimi wartościami. Nie oznacza to, że stałem się nieczuły lub nieprzystępny. Wręcz przeciwnie - im większy spokój odnalazłem w sobie, tym łatwiej przyszło mi budować zdrowe relacje z innymi.

Ta książka jest również uzupełnieniem publikacji Jak żyć bez lęku i zmartwień. Dopiero po jej napisaniu uświadomiłem sobie, że poświęciłem zbyt mało miejsca zagadnieniu asertywności. Z czasem doszedłem do przekonania, że trudno mówić o życiu wolnym od lęku i przewlekłego stresu bez umiejętności wyznaczania własnych granic. W pewnym sensie to właśnie asertywność stanowi fundament wewnętrznego spokoju. Tą książką chciałbym uzupełnić tamtą lukę.

Jest jednak jedna rzecz, którą chciałbym podkreślić już na samym początku.

Asertywność nie oznacza braku empatii.

To jeden z najczęściej powtarzanych mitów. Wiele osób uważa, że człowiek asertywny jest chłodny, egoistyczny i obojętny na potrzeby innych. Z mojego doświadczenia wynika coś dokładnie przeciwnego. Im lepiej potrafimy zadbać o własne granice, tym więcej życzliwości możemy okazać innym. Nie musimy już reagować lękiem, złością ani poczuciem wykorzystania, ponieważ wiemy, że w każdej chwili możemy powiedzieć "nie".

Sam chętnie pomagam innym, gdy naprawdę tego potrzebują i gdy zwracają się do mnie z prośbą o pomoc. Jednocześnie nauczyłem się wyraźnie oddzielać cudzą odpowiedzialność od własnej. Nie przeżywam cudzych problemów tak, jakby były moimi, i nie próbuję ratować wszystkich za wszelką cenę. Wiem, gdzie przebiegają moje granice i świadomie ich pilnuję.

To właśnie one dają mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim w każdej chwili mogę zrobić krok wstecz, jeśli uznam, że sytuacja tego wymaga. Taka świadomość przynosi spokój, a spokój daje pewność siebie.

Co ciekawe, ten spokój udziela się również innym. Ludzie instynktownie lgną do osób opanowanych, życzliwych i pewnych siebie. Nie dlatego, że są one silniejsze czy bardziej charyzmatyczne, lecz dlatego, że nie próbują niczego udowadniać ani nikim manipulować. To właśnie taki rodzaj asertywności chciałbym przedstawić w tej książce.

Mnie dojście do tych wniosków zajęło niemal dziesięć długich lat. Dziś jednak z perspektywy czasu widzę, że wszystko to znajdowało się w zasięgu mojej ręki już kilkadziesiąt lat wcześniej.

Jeszcze jako nastolatek zaczytywałem się w Platonie, chłonąc dialogi sokratejskie niczym gąbka ocet. Niedługo później do grona moich ulubionych lektur dołączyła pełna ironii Erystyka Arthura Schopenhauera. Ogromne wrażenie wywarła na mnie również proza św. Augustyna, którego do dziś podziwiam za niezwykłą przenikliwość i subtelny humor, a także autoironiczne Ecce Homo Fryderyka Nietzschego - książka, która podczas pierwszej lektury niemal wyrwała mnie z butów.

Teoretyczne podstawy miałem więc od dawna.

Brakowało mi jednak czegoś znacznie ważniejszego - doświadczenia pozwalającego właściwie odczytać sens tych wszystkich dzieł.

Dopiero wieloletnie studia nad buddyzmem i praktyka medytacyjna sprawiły, że zacząłem dostrzegać to, co wcześniej umykało mojej uwadze. Nie chodziło o zdobycie nowej wiedzy. Chodziło o zmianę sposobu patrzenia. Zrozumienie natury ego pozwoliło mi dostrzec jego działanie nie tylko u siebie, lecz także w niemal każdej rozmowie i każdej sytuacji konfliktowej.

Nagle okazało się, że Sokrates, Schopenhauer, Augustyn czy Nietzsche od dawna opisywali mechanizmy, których wcześniej po prostu nie potrafiłem zobaczyć. Ich książki przestały być dla mnie jedynie interesującą filozofią. Stały się praktycznym przewodnikiem po codziennym życiu.

To właśnie dlatego w tej publikacji skupimy się przede wszystkim na dialektyce. Rozmowa jest naszym podstawowym narzędziem komunikacji, a jednocześnie miejscem, w którym najłatwiej ujawniają się emocje, potrzeba obrony własnych racji i mechanizmy manipulacji. Umiejętność prowadzenia rozmowy jest fundamentem zdrowych relacji i podstawowym warunkiem prawdziwej asertywności.

Celem tej książki jest nauczenie czytelnika świadomego prowadzenia rozmowy. Asertywność nie polega na zwyciężaniu w dyskusji, lecz na zachowaniu kontroli nad jej przebiegiem.

Wybrałem piętnaście narzędzi, które uważam za najprostsze i jednocześnie najbardziej użyteczne w codziennym życiu. Nie wymagają one szczególnych zdolności ani wieloletnich ćwiczeń. Wystarczy zrozumieć, dlaczego działają, i zacząć świadomie stosować je w rozmowach z innymi ludźmi.

Jestem przekonany, że pierwsze efekty zauważysz szybciej, niż się spodziewasz. Większa asertywność nie oznacza jedynie skuteczniejszej obrony przed manipulacją. Oznacza przede wszystkim większy spokój, lepsze samopoczucie i poczucie, że to Ty kierujesz własnym życiem, zamiast pozwalać, by robili to inni.

Nie ma więc sensu przedłużać wstępu.

Zaczynajmy.

Rozdział 1

Konflikt zaczyna się od słów...

Większość konfliktów międzyludzkich rozpoczyna się i kończy słowami. Oczywiście istnieją również sytuacje, w których konflikt wywołują czyny. Słowa nie są wówczas jego inicjatorem. Można przytoczyć wiele przykładów: ktoś zajmuje twoje miejsce parkingowe, sąsiad przyprowadza psa na twój trawnik, pracodawca "zapomina" zapłacić za nadgodziny, pijak na ulicy łapie cię za tyłek, Trump lub Putin bez uprzedzenia odpalają rakiety w czyjś ratusz, mąż hazardzista potajemnie zastawia telewizor w lombardzie, a hydraulik po partacko wykonanej usłudze przestaje odbierać telefon.

Jednak zdecydowaną większość konfliktów poprzedzają słowa. Ich częstą przyczyną jest brak komunikacji, wzajemnego zrozumienia albo prawidłowego odczytania intencji drugiej osoby.

Dlatego przedmiotem tej książki nie są konflikty wynikające z kolizji interesów, nad którymi często nie mamy kontroli, lecz konflikty powstające i rozwijające się podczas rozmowy. To właśnie one są najczęstszym źródłem napięć w rodzinie, pracy i relacjach społecznych.

Komunikujemy się między sobą na różne sposoby. Używamy gestów, mimiki, rekwizytów, symboli i całej gamy niewerbalnych systemów przekazu treści. Jednak to słowa odgrywają w komunikacji najważniejszą rolę. To z nich powstają zdania, akapity, rozdziały, części i tytuły, które składają się na biblioteczne woluminy.

Z Kapitału Karola Marksa wyłonił się komunizm, a z niego okres zimnej wojny. Z Mein Kampf narodził się nazizm i Holokaust. Z Tory powstał judaizm, a z Koranu islam, wraz z którymi przyszły również współczesne tarapaty Palestyny, Libii i Iranu.

Media każdego kraju terroryzują społeczeństwa słowem. Włodarze zapisują słowami kodeksy, ustanawiają zasady i systemy kar. Politycy manipulują przekazem, aby był zgodny z ich intencjami. Jezus, zanim przybrał postać cielesną, był jedynie Słowem.

Z tej perspektywy słowo zyskuje zupełnie inne znaczenie. Kto włada słowem, ten zyskuje przewagę w świecie komunikacji. Kontroluje ludzkie umysły, tworzy rządy i ustala zasady.

W seminariach duchownych doskonale zdają sobie sprawę ze znaczenia słowa w komunikacji międzyludzkiej. Kandydaci do kapłaństwa uczą się nie tylko teologii, lecz również wystąpień publicznych i dialektyki. W przyszłości przyjdzie im bowiem stawiać czoła nie tylko różnorodnym konfliktom, lecz także ludzkim dramatom.

Słowo ma niebagatelne znaczenie, dlatego należy nauczyć się fechtować nim niczym olimpijczyk szpadą.

Każde słowo niesie ze sobą określone znaczenie. Czasami jest ono jednoznaczne, częściej jednak słowo posiada kilka definicji. Na tym jednak problem się nie kończy. Znaczenie wypowiedzi kształtuje również kontekst - te same słowa mogą oznaczać coś zupełnie innego w zależności od sytuacji, tonu głosu, miejsca czy wcześniejszego przebiegu rozmowy. W ten sposób wokół pojedynczego wyrazu powstaje cały wachlarz możliwych interpretacji.

Jest jeszcze jedna warstwa, znacznie trudniejsza do uchwycenia - intuicja. Nie odbieramy słów wyłącznie rozumem. Interpretujemy je również przez pryzmat własnych doświadczeń, oczekiwań i aktualnego stanu emocjonalnego. Osoba rozgniewana potrafi usłyszeć atak tam, gdzie rozmówca nie miał najmniejszego zamiaru nikogo obrazić. Z kolei człowiek pogodny i spokojny często przejdzie obojętnie obok słów, które dla kogoś innego staną się zarzewiem konfliktu. To nie same słowa zmieniają swoje znaczenie, lecz zmienia się sposób ich odczytania.

Dlatego w każdej poważnej dyskusji należy dążyć do maksymalnego doprecyzowania znaczeń używanych pojęć. Zaskakująco wiele sporów nie wynika z rzeczywistej różnicy poglądów, lecz z faktu, że rozmówcy przypisują tym samym słowom odmienne znaczenia. Kiedy rozmowa zaczyna schodzić na manowce, warto zatrzymać ją na chwilę i zadać proste pytanie: "Co dokładnie rozumiesz przez to słowo?" Bardzo często okazuje się, że to właśnie w tym miejscu tkwi źródło nieporozumienia.

Dobrym przykładem są wulgaryzmy i wyrażenia obraźliwe. Same w sobie niosą jedynie potencjał wulgaryzmu lub obelgi. O tym, czy rzeczywiście staną się zniewagą, decydują intencja mówiącego, kontekst wypowiedzi oraz sposób, w jaki zostaną odebrane przez rozmówcę.

Weźmy choćby słowo "czarnuch". Wypowiedziane przez białego pod adresem osoby czarnoskórej może zostać odebrane jako obraźliwe. To samo słowo użyte przez osobę czarnoskórą wobec innego czarnoskórego często traci charakter obelgi, stając się żartem lub elementem potocznego języka danej grupy. Nie zmieniło się przecież samo słowo. Zmienił się wyłącznie kontekst jego użycia.

Podobnie jest ze słowem "dziwka". Skierowane do kobiety niemal zawsze zostanie odebrane jako zniewaga. Rzucone żartobliwie w stronę bliskiego kolegi może natomiast wywołać śmiech zamiast poczucia obrazy. Ponownie nie zmienia się definicja wyrazu, lecz okoliczności, w których został użyty.

To prowadzi do bardzo ważnego wniosku. Słowa nie funkcjonują w oderwaniu od sytuacji. Ich znaczenie nie wynika wyłącznie ze słownika, lecz z połączenia definicji, kontekstu, relacji między rozmówcami, intencji nadawcy i sposobu, w jaki wypowiedź została zinterpretowana. Dlatego w każdej dyskusji warto najpierw zrozumieć, co rozmówca miał na myśli, zanim ocenimy, co powiedział.

Żaden człowiek nie posługuje się definicjami słownikowymi. Każdy używa własnych definicji intuicyjnych, zbudowanych przez doświadczenie, edukację, środowisko i język codzienny. Definicje te jedynie przypominają definicje słownikowe - nigdy nie są z nimi całkowicie tożsame. Na ich podstawie umysł tworzy znaczenie słowa. Ponieważ definicje intuicyjne dwóch ludzi niemal zawsze różnią się od siebie, różnią się również znaczenia, jakie nadają tym samym słowom.

To właśnie dlatego rozmówcy tak często mają wrażenie, że mówią o tym samym, podczas gdy w rzeczywistości rozmawiają o dwóch różnych pojęciach ukrytych pod tym samym wyrazem. Nie da się uzgodnić znaczeń, ponieważ powstają one wewnątrz umysłu. Można natomiast uzgodnić definicję słowa. Im bliżej definicji słownikowej uda się zawęzić definicję roboczą używaną w rozmowie, tym mniejsza będzie rozbieżność znaczeń i tym mniejsze ryzyko konfliktu lub większe szanse na jego wygaszenie.

Dobrym przykładem jest słowo dom. Choć większość ludzi uważa, że doskonale rozumie jego definicję, to znaczenie tego słowa jest dla każdego inne. Wystarczy je wypowiedzieć, aby w umyśle rozmówcy natychmiast pojawiły się obrazy z jego własnego życia. Jedna osoba przypomni sobie zapach obiadu przygotowywanego przez matkę, wspólne rodzinne święta i poczucie bezpieczeństwa. Dla innej słowo "dom" przywoła krzyki rodziców, alkoholizm ojca, przemoc, strach przed powrotem ze szkoły i nieprzespane noce. Ktoś wychowany w rodzinie zastępczej może nigdy nie kojarzyć domu z jednym miejscem, lecz z ludźmi, którzy akurat dali mu schronienie. Osoba od wielu lat żyjąca na emigracji pomyśli o kraju, za którym tęskni, choć od dawna nie mieszka już w miejscu swojego dzieciństwa. Dla bezdomnego dom może oznaczać marzenie, którego nigdy nie udało się spełnić, a dla żołnierza walczącego na froncie - wszystko to, do czego pragnie kiedyś wrócić.

Żaden z tych ludzi nie myśli o definicji słownikowej. Każdy widzi własne wspomnienia, doświadczenia i emocje. Wypowiadając jedno słowo, uruchamiamy więc w umysłach różnych ludzi zupełnie odmienne skojarzenia. To właśnie te indywidualne obrazy tworzą znaczenie słowa. Definicję można zapisać na jednej stronie słownika. Znaczenia nie da się zapisać, ponieważ dla każdego człowieka jest ono inne.

Znaczeniem słów od wielu lat zajmują się również psychologowie. W 1974 roku Elizabeth Loftus i John Palmer przeprowadzili eksperyment, który stał się jednym z klasycznych badań nad wpływem języka na pamięć. Ochotnikom pokazano film przedstawiający kolizję dwóch samochodów. Po jego zakończeniu wszyscy otrzymali to samo pytanie o prędkość pojazdów. Zmieniono jedynie jedno słowo. Część badanych usłyszała pytanie o moment, w którym samochody zderzyły się, pozostali - o chwilę, gdy się roztrzaskały. Ta drobna różnica wystarczyła, aby uczestnicy oszacowali prędkość pojazdów inaczej. Osoby, które usłyszały bardziej sugestywne określenie, częściej twierdziły również, że widziały na jezdni odłamki szkła, choć na nagraniu ich nie było. Film pozostał ten sam. Zmieniło się jedynie użyte słowo, a wraz z nim sposób zapamiętania całego zdarzenia.

Ten sam problem, choć przedstawiony w formie literackiej, opisał Lewis Carroll w Alicji w Krainie Czarów. W rozmowie z Humptym Dumptym padają słowa: "Kiedy używam słowa, znaczy ono dokładnie to, co chcę, żeby znaczyło - ani więcej, ani mniej." Alicja odpowiada, że pytanie nie brzmi, co słowo ma znaczyć, lecz czy można dowolnie nadawać mu znaczenie. Humpty Dumpty odpowiada krótko: "Pytanie brzmi tylko, kto tu jest panem." Ten dialog pokazuje, że spór o znaczenie słów jest jednocześnie sporem o sposób postrzegania rzeczywistości. Jeżeli każdy uczestnik rozmowy posługuje się własnymi definicjami, porozumienie staje się dziełem przypadku.

Zależność tę od dawna wykorzystuje również prawo. Sędziowie nie rozstrzygają wyłącznie sporów między ludźmi. Najpierw rozstrzygają spory o znaczenie użytych pojęć. Czy określone zachowanie spełnia definicję groźby? Czy dane działanie można uznać za oszustwo? Czy przedmiot jest bronią w rozumieniu ustawy? Od odpowiedzi na takie pytania zależy niekiedy wyrok sądu. Prawo nie może opierać się na intuicyjnych definicjach stron postępowania. W przeciwnym razie ten sam czyn mógłby prowadzić do zupełnie różnych rozstrzygnięć.

Na podobnym mechanizmie opiera się reklama. Jej zadaniem nie jest wyłącznie przekazanie informacji o produkcie, lecz wywołanie określonych skojarzeń. Słowa takie jak naturalny, tradycyjny, domowy, premium czy luksusowy rzadko posiadają jedną precyzyjną definicję, a mimo to skutecznie wpływają na decyzje klientów. Reklama nie sprzedaje samych przedmiotów. Sprzedaje obrazy, wspomnienia i oczekiwania, które odbiorca sam dopowiada do usłyszanych słów.

Psychologia, literatura, prawo i marketing prowadzą więc do tego samego wniosku. Słowo nie jest jedynie narzędziem opisu rzeczywistości. Potrafi wpływać na pamięć, sposób myślenia, decyzje i zachowanie człowieka. Skoro pojedyncze wyrazy potrafią oddziaływać na ludzi w tak wielu dziedzinach życia, trudno się dziwić, że właśnie od nich rozpoczyna się większość konfliktów międzyludzkich.

Większość ludzi traktuje słowa jako narzędzie przekazywania informacji. W praktyce znacznie większą rolę odgrywa ich zdolność do nadawania znaczeń. Odpowiedni dobór słów wpływa na sposób interpretowania faktów, oceniania ludzi oraz podejmowania decyzji. Mechanizm ten od wieków wykorzystują reklama, polityka, media, propaganda, negocjacje i codzienne rozmowy. Fundamentem dialektyki asertywności jest umiejętność rozpoznawania znaczeń budowanych przez rozmówcę oraz przewidywania znaczeń, jakie własnym słowom nada odbiorca. Świadome posługiwanie się tym mechanizmem pozwala trafniej odczytywać intencje, skuteczniej prowadzić dialog i rozpoznawać próby wywierania wpływu. Kolejne rozdziały przedstawiają narzędzia, które pozwalają rozwijać tę umiejętność w praktyce.

Rozdział 2

Ego jako paliwo konfliktu

Dobrym przykładem problemów wynikających z niejednoznaczności słów jest pojęcie ego. W literaturze psychologicznej, filozoficznej i religijnej termin ten występuje bardzo często, jednak jego znaczenie zależy od przyjętego systemu pojęciowego. Dwie osoby mogą prowadzić długą dyskusję o ego, nie zauważając, że każda z nich posługuje się inną definicją tego samego słowa. W rezultacie spór dotyczy nie poglądów, lecz znaczeń.

W języku potocznym ego najczęściej oznacza przesadnie wysokie mniemanie o sobie lub silne przekonanie o własnej ważności. Mówiąc, że ktoś "ma duże ego", zwykle mamy na myśli osobę zarozumiałą, skoncentrowaną na sobie i oczekującą uznania ze strony otoczenia. W takim znaczeniu ego posiada wyraźnie negatywne zabarwienie emocjonalne i często staje się synonimem pychy lub próżności.

Psychologia posługuje się tym samym słowem w zupełnie innym znaczeniu. W psychoanalizie Zygmunta Freuda ego jest jedną z trzech struktur psychiki, obok id i superego. Nie oznacza pychy ani zarozumiałości, lecz mechanizm odpowiedzialny za utrzymywanie kontaktu z rzeczywistością oraz godzenie potrzeb organizmu z wymaganiami otoczenia. W tym ujęciu ego pełni funkcję regulacyjną i stanowi niezbędny element prawidłowego funkcjonowania psychiki.

Współczesna psychologia często odchodzi od freudowskiego modelu, zachowując jednak samo pojęcie ego lub zastępując je terminem "ja". Oznacza ono zespół procesów odpowiedzialnych za poczucie własnej tożsamości, świadomość siebie oraz organizację doświadczeń. Również tutaj ego nie jest oceniane jako zjawisko pozytywne lub negatywne. Stanowi po prostu element opisu funkcjonowania człowieka.

Jeszcze inaczej termin ten rozumiany jest w wielu nurtach filozofii indyjskiej. Pojęcie ahamkara, często tłumaczone jako ego, oznacza mechanizm utożsamiania świadomości z ciałem, umysłem, emocjami i pełnionymi rolami społecznymi. Człowiek przestaje postrzegać je jako zjawiska, których doświadcza, a zaczyna uważać je za własną istotę. W takim ujęciu ego nie jest cechą charakteru ani strukturą psychiki, lecz sposobem interpretowania własnej tożsamości.

Każda z tych definicji jest poprawna w obrębie systemu, w którym została sformułowana. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy rozmówcy nie uświadamiają sobie, że używają tego samego słowa w różnych znaczeniach. Dyskusja o ego bardzo szybko zamienia się w spór pozorny. Każda ze stron przedstawia logiczne argumenty, jednak odnoszą się one do innego przedmiotu. Dopiero wcześniejsze uzgodnienie definicji pozwala prowadzić rozmowę dotyczącą tego samego pojęcia.

Aby zrozumieć, dlaczego ego staje się paliwem konfliktu, należy najpierw precyzyjnie zdefiniować samo pojęcie ego.

W niniejszej publikacji konsekwentnie posługiwać się będę definicją wywodzącą się z tradycji therawady. Ego oznacza w niej system przekonań, doświadczeń i przywiązań, za pomocą których człowiek określa samego siebie. Nie jest to jedynie świadomość własnego istnienia, lecz cały mechanizm samoidentyfikacji. Jestem kobietą lub mężczyzną, młody lub stary, bogaty lub biedny, Polakiem lub Anglikiem, ateistą lub katolikiem - wszystkie te określenia budują obraz własnej osoby. Do ego należą również doświadczenia życiowe, zgromadzona wiedza, pamięć, pragnienia, sympatie, antypatie, emocje i wartości. Innymi słowy, ego stanowi filtr, przez który człowiek interpretuje zarówno samego siebie, jak i otaczającą go rzeczywistość.

To właśnie ego decyduje o sposobie odbierania słów. Człowiek reaguje emocjonalnie przede wszystkim na te wypowiedzi, z którymi się utożsamia. Nazwanie czarnoskórej kobiety "murzyńską dziwką" z dużym prawdopodobieństwem zostanie odebrane jako zniewaga, ponieważ oba określenia odnoszą się do elementów jej samoidentyfikacji. Te same słowa skierowane do starszego białego mężczyzny najczęściej nie wywołają podobnej reakcji. Mogą zostać uznane za głupie, absurdalne lub nietrafione, lecz trudno przypisać im osobisty charakter. Ego nie odnajduje w nich własnego obrazu, dlatego nie uruchamia mechanizmów obronnych.

Zrozumienie tej zależności pozwala lepiej dostrzec sposób działania narzędzi dialektycznych. Emocje wywołują przede wszystkim te słowa, które trafiają w elementy budujące ego rozmówcy. Wypowiedzi pozostające poza tym obszarem są zazwyczaj odbierane jako neutralne, przypadkowe lub bezsensowne. Ta sama zasada dotyczy zarówno inwektyw, jak i komplementów. Pochwała oddziałuje tylko wtedy, gdy odnosi się do cechy, z którą człowiek się utożsamia. Obelga działa na tej samej zasadzie. W obu przypadkach źródłem reakcji nie są same słowa, lecz ich związek z ego odbiorcy.

Pogląd, że reakcje emocjonalne zależą od sposobu, w jaki człowiek postrzega samego siebie, nie jest wyłącznie rozważaniem filozoficznym czy konceptem buddyjskim. Od kilkudziesięciu lat podobne zależności stanowią przedmiot intensywnych badań psychologicznych. Choć poszczególni autorzy posługują się odmienną terminologią, wielu z nich dochodzi do wniosku, że człowiek nie broni wyłącznie swoich poglądów. Znacznie częściej broni własnego obrazu samego siebie.

Jednym z pierwszych badaczy, którzy opisali ten mechanizm, był Leon Festinger. Twórca teorii dysonansu poznawczego zauważył, że informacje sprzeczne z przekonaniami wywołują stan wewnętrznego napięcia. Co istotne, napięcie to rzadko prowadzi do natychmiastowej zmiany poglądów. Znacznie częściej człowiek próbuje zakwestionować niewygodne informacje, znaleźć dla nich alternatywne wyjaśnienie lub wzmocnić wcześniejsze przekonania. Obrona własnego sposobu myślenia okazuje się często łatwiejsza niż jego zmiana.

Późniejsze badania Claude'a Steele'a pokazały, że źródłem tej obronnej reakcji nie zawsze są same przekonania. Równie ważne okazuje się zagrożenie dla obrazu własnej osoby. Steele wykazał, że ludzie znacznie spokojniej przyjmują krytykę, jeżeli wcześniej mieli okazję przypomnieć sobie inne wartości, z których są dumni. Wystarczy krótkie wzmocnienie poczucia własnej integralności, aby zmniejszyć potrzebę obrony przed nieprzyjemnymi informacjami. Sugeruje to, że przedmiotem obrony jest nie tyle pojedynczy pogląd, ile spójny obraz samego siebie.

Wnioski płynące z badań Claude'a Steele'a znajdują również praktyczne zastosowanie w szkoleniach z komunikacji interpersonalnej. Popularna metoda "kanapki", zalecana między innymi podczas udzielania informacji zwrotnej, polega na poprzedzeniu krytyki pozytywnym komunikatem i zakończeniu jej kolejnym wzmocnieniem. Taki sposób przekazywania uwag zmniejsza poczucie zagrożenia dla obrazu własnej osoby, dzięki czemu odbiorca łatwiej koncentruje się na treści krytyki zamiast na jej odrzuceniu.

Mechanizm ten nie ogranicza się jednak do cech indywidualnych. Henri Tajfel wykazał, że równie łatwo człowiek zaczyna utożsamiać się z grupą. W słynnych eksperymentach uczestników losowo przypisywano do dwóch całkowicie przypadkowych zespołów. Sam fakt przynależności wystarczał, aby zaczęli oni faworyzować członków własnej grupy oraz mniej przychylnie oceniać osoby należące do grupy przeciwnej. Badania te pokazały, jak niewiele potrzeba, aby zwykły podział na "my" i "oni" zaczął wpływać na emocje oraz sposób oceniania innych ludzi.

Współczesne badania prowadzone przez Dana Kahana poszerzyły tę obserwację o sposób interpretowania faktów. Analizując reakcje ludzi na dane naukowe dotyczące zagadnień politycznych i społecznych, Kahan zauważył, że ocena tych samych informacji zależy od ich związku z tożsamością odbiorcy. Im silniej określony pogląd wiązał się z poczuciem przynależności do własnej grupy lub światopoglądu, tym większa była skłonność do odrzucania dowodów podważających to przekonanie. Paradoksalnie osoby o wyższych zdolnościach analitycznych często nie były bardziej obiektywne. Skuteczniej wykorzystywały swoje umiejętności do obrony własnej tożsamości.

Wyniki tych badań prowadzą do wspólnego wniosku. Człowiek reaguje szczególnie silnie wtedy, gdy zagrożone zostają elementy, z którymi się utożsamia. Im głębiej dane przekonanie, rola społeczna lub przynależność wpisują się w obraz własnej osoby, tym większa staje się skłonność do ich obrony.

Jednym z najbardziej obrazowych literackich przykładów ego jako paliwa konfliktu jest Iliada Homera. Właściwa akcja eposu nie rozpoczyna się od starcia Greków z Trojanami, lecz od konfliktu pomiędzy Achillesem i Agamemnonem. Powodem sporu nie są względy militarne ani dobro armii, lecz urażony honor obu wodzów. Żaden z nich nie zamierza ustąpić, ponieważ ustępstwo oznaczałoby utratę prestiżu i pozycji. W rezultacie osobisty konflikt dwóch ludzi przeradza się w tragedię tysięcy żołnierzy. Homer pokazuje w ten sposób uniwersalny mechanizm eskalacji sporów - gdy ego staje się ważniejsze od celu, dla którego podjęto wspólne działanie, konflikt zaczyna żyć własnym życiem i pochłania również osoby, które nie miały z jego przyczynami nic wspólnego.

William Szekspir także wielokrotnie budował oś swoich dramatów wokół konfliktów wynikających z naruszenia ludzkiego ego. Bohaterowie jego sztuk rzadko rozpoczynają spór z powodu chłodnej analizy faktów. Znacznie częściej źródłem tragedii stają się urażona duma, potrzeba uznania, zachwiany autorytet, zazdrość lub pragnienie utrzymania własnej pozycji. To właśnie one uruchamiają wydarzenia, które z czasem wymykają się spod kontroli i prowadzą do katastrofy.

Dobrym przykładem jest Król Lear. Stary monarcha oczekuje od córek publicznego potwierdzenia swojej wielkości i miłości do niego. Dwie starsze córki schlebiają jego ego, natomiast Cordelia odmawia udziału w tym przedstawieniu, odpowiadając szczerze i powściągliwie. Lear odbiera jej słowa jako osobiste upokorzenie, wydziedzicza córkę i rozpoczyna ciąg wydarzeń prowadzących do rozpadu rodziny, wojny domowej i śmierci niemal wszystkich głównych bohaterów. Konflikt nie rodzi się z realnego zagrożenia dla państwa, lecz z potrzeby potwierdzenia własnej wartości.

Podobny mechanizm odnajdujemy w Otellu. Jago nie przekonuje Otella logicznymi argumentami ani nie przedstawia wiarygodnych dowodów zdrady. Wystarczy, że stopniowo podważa jego poczucie godności, honoru i męskiej wartości. Gdy ego Otella zaczyna utożsamiać się z wizją zdradzonego męża, rozsądek ustępuje miejsca emocjom. Tragiczny finał dramatu nie jest skutkiem siły argumentów Jaga, lecz skutecznego wykorzystania elementów, z którymi Otello identyfikuje samego siebie.

Również Makbet pokazuje, jak ogromną siłę konfliktotwórczą posiada ego. Przepowiednia wiedźm trafia na podatny grunt, ponieważ budzi u Makbeta pragnienie władzy i wyjątkowości. Od tej chwili każde zagrożenie dla zdobytej korony odbiera on jako zagrożenie dla własnej osoby. Obrona pozycji prowadzi do kolejnych zbrodni, a konflikt, który początkowo rozgrywa się w psychice jednego człowieka, przeradza się w krwawą walkę obejmującą całe królestwo.

Twórczość Szekspira pokazuje, że wielkie tragedie bardzo często rozpoczynają się od pozornie niewielkiego naruszenia ego. Gdy człowiek zaczyna bronić własnego honoru, pozycji lub wyobrażenia o sobie zamiast szukać rozwiązania problemu, konflikt przestaje być środkiem do osiągnięcia celu i sam staje się celem działania.

Przytoczone przykłady z psychologii, historii i literatury prowadzą do wspólnego wniosku - najczęstszym paliwem konfliktu jest ego. To właśnie ono sprawia, że spór o fakty przekształca się w walkę o własną godność, pozycję, przekonania lub tożsamość. Umiejętne prowadzenie rozmowy pozwala ten mechanizm zarówno świadomie wykorzystywać, jak i skutecznie neutralizować. Warunkiem jest jednak wypracowanie dystansu do własnego ego oraz opanowanie narzędzi, które pozwalają oddzielić własną osobę od dyskutowanej tezy i jednocześnie wyznaczać jasne, nieprzekraczalne granice relacji.