Trenerka - Agnieszka Karecka

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Paweł

styczeń 2019

Z oddali dobiegał rytmiczny odgłos ciężkich kroków. Z każdą chwilą Paweł słyszał go wyraźniej, a gdy nagle hałas ucichł, mężczyzna wstał z podłogi i wyprostował plecy. Skrzypiące drzwi jego celi otworzyły się i zobaczył w nich mundurowego.

- Panie Kieraga, idziemy do magazynu. Trzeba się rozliczyć. - Kiedy tylko usłyszał te słowa, coś podskoczyło w jego piersi, i gdyby był tamtym człowiekiem sprzed kilku lat, uwierzyłby, że to serce.

Chwycił za reklamówkę, w którą wpakował ubrania, poduszkę, prześcieradło i koc. Skierował kroki za funkcjonariuszem, jednocześnie wciąż próbował uświadomić sobie, że dzień, na który czekał tak długo, wreszcie nadszedł. Koszmar ustał. Życie zacznie na powrót wartko pulsować pod jego skórą. Za chwilę.

Energicznym krokiem skierowali się do magazynu, gdzie Paweł pospiesznie zdał rzeczy należące do skarbu państwa. Inny pracownik odebrał od niego równo złożony zestaw materiałów, a w zamian podał mu znajomą torbę. Jego dłoń zadrżała, gdy odpiął zamek i wyciągnął ze środka czysty zestaw ubrań. Zwykłe czarne spodnie, prosty biały T-shirt i ciepły sweter. Miał chęć przytulić się do materiału, wdychać jego zapach, płakać.

Przeszli do formalności. Parafki tu i tam, Paweł nawet nie rejestrował, co dokładnie podpisuje, chyba odbiór rzeczy.

Jedyne, o czym mógł teraz myśleć, to czyste niebo, odkryte i jasne. Śnieg, którym mógłby nacieszyć oczy dłużej niż przez kilka krótkich minut. Oddech kłujący jego płuca drobnymi igiełkami mrozu.

Funkcjonariusz już go wołał. Poszedł za nim do innego pomieszczenia, gdzie rozliczył się z pieniędzy, które wreszcie mógł odebrać. Dopełniał kolejnych formalności, a wzrokiem z utęsknieniem wędrował po zimowym krajobrazie za oknem.

- Jeszcze tutaj. - Barczysty mężczyzna wskazał na kolejną kartkę, na której Paweł pospiesznie umieścił parafkę.

Opuścili pomieszczenie i przeszli przez podwórko, zagłębiając stopy w miękkim puchu. Paweł uśmiechał się na myśl, że za chwilę będzie mógł tak stać w śniegu przez kilka godzin i nikt nie zmusi go, by wrócił pomiędzy mury.

Weszli do ostatniego budynku, który dzielił go od wolności. Pospiesznie ułożył skromny bagaż z dokumentami na taśmie, a potem, bez zbędnego ociągania, poddał się kontroli osobistej.

- W porządku - wymruczał strażnik.

Paweł nie zwrócił nawet uwagi na zmęczony głos funkcjonariusza. Gdy podszedł do bramy aresztu, serce waliło mu jak młotem.

- Świadectwo zwolnienia jest? - Usłyszał zza okienka.

Podał dokument, a jego noga nerwowo podrygiwała.

Wzrok skierował w stronę drzwi - jednych, małych, wcale nie metalowych. Z trudem wydusił krótkie podziękowanie, gdy strażnik oddał mu wszystkie papiery.

- Żegnam pana! Oby nie do zobaczenia. - Słysząc te słowa, Paweł uśmiechnął się pod nosem.

Nacisnął klamkę. Postawił krok, a potem kolejny. Zamknął za sobą drzwi. Przystanął. Widział przechadzających się po ulicach ludzi, chmury leniwie sunące po niebie i czarne gałęzie przecinające biel chodników. Słyszał dźwięki niebieskich tramwajów sunących po szynach i trąbienie klaksonu na wjeżdżającego na jezdnię rowerzystę. Niemal kręciło mu się w głowie. Czuł zapach mrozu. I wolności. Przede wszystkim wolności. Wreszcie.

Nadia

lipiec 2023

Uchyłów, miasto liczące prawie czterdzieści tysięcy ludzi, mieszczące się w południowo-zachodniej Polsce i, w moim odczuciu, urokliwe jak deszczowe lato bez cienia przejaśnień. W niczym nie przypomina Warszawy, w której spędziłam pełne dziewiętnaście lat życia.

Tak, Uchyłów... to mój przystanek przed nowym życiem. Okres przygotowawczy bądź miniwakacje, które zaserwowałam sobie bardziej z poczucia odpowiedzialności niż z własnych chęci. A im bliżej do rozpoczęcia tego etapu, tym większe wątpliwości rodzą się w mojej głowie.

Wyglądam przez szybę pociągu, któremu daleko do komfortu warszawskich środków transportu. Układam się wygodniej w fotelu, ale moje próby przyjęcia pozycji, w której coś by mnie nie uwierało, idą na marne. Szorstki materiał siedzenia drażni moją skórę nóg i od kilku godzin pluję sobie w brodę, że założyłam szorty, a nie coś bardziej rozsądnego, jak na przykład kombinezon. Biorąc pod uwagę fakt, że najwyraźniej zbiera się na burzę, może powinnam była spakować również parasolkę.

Mijam właśnie centrum, które pełni rolę centrum tylko z nazwy, bo wąskie ulice i szare bloki nijak nie wskazują na to, by było to jakieś szczególnie ważne miejsce. Jedynym pozytywnym aspektem tego wyjazdu jest fakt, że są wakacje, środek lata. Modlę się w duchu, by jakiś niemrawy promień światła rozjaśnił ponury nastrój i mam nadzieję, że aktualna pogoda to tylko wybryk natury, mający na celu zweryfikowanie mojej silnej woli.

Żołądek skręca mi się w supeł, nic dziwnego, mamy już porę obiadu, a ja od rana nie miałam w ustach niczego poza kilkoma miętowymi pastylkami. Kładę dłoń na tym potworze zamieszkującym moje trzewia i wzdycham. Zastanawiam się, czy kilka minut snu kosztem porządnego śniadania było tego warte.

Wzdrygam się wyrwana z zamyślenia, gdy dzwoni czyjś telefon. Mój? Tak, to mój. Szukam urządzenia w podręcznej torebce, bo nagle przypominam sobie, że przecież zmieniłam sygnał dźwiękowy. Skoro zaczynam nowy etap, to po całości.

- Cześć, wujku. - Przykładam telefon do ucha.

- Jak droga? Czekam na ciebie na dworcu głównym.

Uśmiecham się pod nosem.

- Chyba dojeżdżam na miejsce. Widzę coś, co przypomina galerię handlową i w oddali jakiś długi budynek z całą masą okien - tłumaczę.

- Więc zaraz będziesz na miejscu.

Rozglądam się po przedziale, w którym, oprócz mnie, siedzi jeszcze kilka starszych osób, zajętych własnymi myślami. Nikt jednak nie wstaje z miejsca. Mam więc wątpliwości, co do tego, czy powinnam to zrobić.

- Mam wysiąść na głównym peronie? - upewniam się.

- O, chyba właśnie nadjeżdża twój pociąg!

Gdy to mówi, zauważam niewielki szyld na budynku, który widzę po prawej. Napis brzmi "Uchyłów - Dworzec Główny". Pospiesznie chowam telefon do kieszeni i sięgam po walizkę, która leży na półce nad siedzeniem. Pomógł mi ją tam wsadzić jakiś miły pan, ale wysiadł kilka przystanków wcześniej. Teraz, skacząc jak małpka w zoo, próbuję dosięgnąć bagażu, ale wydaje się to poza moimi możliwościami.

Wchodzę więc na fotel i odchylam się nieco w tył, by sięgnąć po mój dobytek. Staję obiema nogami na siedzeniu i dopiero teraz jestem w stanie chwycić za walizkę. Jest piekielnie ciężka, więc muszę włożyć sporo wysiłku, by ją wyciągnąć.

Chyba się zaklinowała, dlatego nerwowo szarpię w każdą ze stron. I właśnie wtedy pociąg się zatrzymuje, a walizka w cudowny sposób się odblokowuje i leci prosto na mnie. Odchylam się w tył i tracę przyczepność stóp z fotelem. Chyba krzyczę. Ale uderzenie, którego się spodziewałam, nie nastąpiło. Jestem cała, chociaż spadająca walizka uderzyła mnie w głowę. Z pewnością już teraz na czole wyrasta mi guz.

- Wszystko w porządku? - pyta jakiś dziwny typ, który ku mojemu zdziwieniu trzyma mnie w objęciach. Patrzę na jego twarz tylko przez ułamek sekundy i odwracam wzrok, bo naglę czuję się totalnie głupio i nieporadnie, gdy tak macham nogami w powietrzu.

Chłopak, którego twarz przysłania kaptur, pomaga mi stanąć na nogi i podnosi z podłogi walizkę. Oddycham z trudem i rozglądam się w poszukiwaniu torebki. Musiała zsunąć mi się z ramienia. Znajduję ją, a po chwili wracam spojrzeniem do wybawcy, który wciąż mi się przygląda. Pyta o to, czy nic mi nie jest, a jego spojrzenie pełne jest powagi. Wydaje się niewiele starszy ode mnie, ubrany w dresowe szare spodnie i bluzę w tym samym kolorze, pozwala mi wysnuć wniosek, że lubi wygodę. Zwracam uwagę na logo znanej sportowej firmy na rękawie, a potem znów wracam spojrzeniem do ciemnych jak węgle oczu, w które wpadają kosmyki równie ciemnych włosów. Tylko skórę ma jasną. Wargi lekko rozchylone. Nos zgrabny, ale...

- Przepraszam, co mówiłeś? - orientuję się, że chyba pominęłam kilka pytań, które najwyraźniej zadał, podczas mojej szczegółowej analizy jego wyglądu.

Chłopak znów otwiera usta, ale właśnie wtedy dochodzi do mnie, że zaraz przegapię wujka z peronem, a raczej peron ze stojącym na nim wujkiem. Przejmuję od nieznajomego bagaż i wkładam naprawdę sporo wysiłku, by wygramolić się z pociągu. Nie dziękuję za pomoc, bo moje sapanie w rytm niesienia tej cholernie ciężkiej walizki trochę mi to utrudnia. Na szczęście zdążyłam wyjść, zanim drzwi pociągu ponownie się zamykają, a wujek Witek niemal od razu podbiega i przejmuje bagaż.

- Coś ty tam spakowała? Pół Warszawy? - śmieje się i przytula mnie mocno. - Jak minęła podróż?

- Dobrze - rzucam. Przypominam sobie o chłopaku, któremu nie podziękowałam. Odwracam się w stronę pociągu, ale nigdzie go nie widzę. Chyba nie był to jego przystanek. - Udało mi się tutaj trafić w jednym kawałku.

Wujek nic nie odpowiada, tylko się uśmiecha, chociaż ja nie widzę w tym niczego zabawnego. Niewiele brakowało, a zamiast do jego domu, pojechałabym do szpitala. Zmierzamy w stronę parkingu. Mija nas kilku przechodniów, których wujek pozdrawia serdecznie, zupełnie jakby znał tutaj większość ludzi.

- Przygotowałem ci pokój. Nie jest duży, ale mam nadzieję, że się nada - mówi, gdy kierujemy się po kamiennych schodkach w dół. Dopiero teraz dostrzegam w oddali mały placyk, na którym stoi kilka samochodów.

- Super, dziękuję.

- Daj spokój, to ja dziękuję, że zgodziłaś się mi pomóc. Twoja mama twierdziła, że chyba musiałby nastać koniec świata, żebyś podjęła się tej pracy.

Kroczymy przez chwilę w milczeniu. Sama nie wiem, dlaczego właściwie się zgodziłam. Może przez wzgląd na moją sympatię do niego lub te wszystkie wakacje, które spędzałam w tym mieście jako dziecko? A może przez to, że jest moim ojcem chrzestnym i zawsze pamiętał o urodzinach, imieninach i okazjach do przesłania mi prezentu albo życzeń? A może była to czysta, pozbawiona głębszych refleksji umowa?

- Dawno cię u nas nie było. - Nie brzmi, jakby miał o to żal, ale i tak odwracam spojrzenie.

- Wiele się zmieniło, odkąd byłam tutaj po raz ostatni - przyznaję.

Docieramy do samochodu wuja. Ten sam wiekowy ford, który pamięta jeszcze ciocię Kasię. Dziwię się, że nie zmienił auta na coś, co przynajmniej wygląda na sprawne.

- To prawda. Nowy burmistrz, nowe możliwości. Budynki, ośrodek kultury, wiele działań angażujących mieszkańców do wspólnego dbania o miasto. Przez ostatnie lata wiele się zmieniło - stwierdza. Otwiera bagażnik i próbuje włożyć moją walizkę do środka. Chcę mu pomóc, ale patrzy na mnie w taki sposób, że rezygnuję z tego pomysłu. - Powinnaś uważać i nie dźwigać takich ciężarów. Twoja mama wspominała coś o kontuzji barku.

- Dawno i nieprawda. - Macham lekceważąco dłonią.

Wsiadamy do samochodu i wyjeżdżamy na główną ulicę.

W milczeniu obserwuję mijane sklepy i budynki mieszkalne. Zaczynają docierać do mnie strzępki wspomnień z lat wczesnego dzieciństwa. Gdy w oddali dostrzegam znajomy park, uśmiech sam ciśnie mi się na usta.

- Pod tamtą fontanną - wujek wskazuje palcem w kierunku, w którym i tak już patrzę - wybiłaś sobie mleczną jedynkę. Pamiętasz?

Potakuję twierdząco.

- Przypomnę ci też, że miała w tym swój udział twoja córka - dodaję.

- Inga twierdzi inaczej.

- Kłamie. - Splatam ręce na piersiach i wpatruję się w jezdnię.

- Tęskniłem za waszymi sprzeczkami. - Uśmiecha się w odpowiedzi.

Ja za sprzeczkami raczej nie tęskniłam. Za Ingą, owszem. Czuję lekko spinające się barki na myśl, że spotkamy się po wielu latach. Zastanawiam się, co powinnam jej powiedzieć, gdy już staniemy twarzą w twarz. Powinnam przeprosić?

- No, jesteśmy. - Głos wuja wyrywa mnie z zamyślenia. Dopiero po chwili wysiadam z samochodu i rozglądam się dookoła. Stoimy na osiedlu pełnym domków jednorodzinnych. Ten, przed którym zaparkowaliśmy, jest mały i żółty. Ma czerwoną dachówkę, a na balkonie dostrzegam rozłożone pranie; wuj zawsze je tam wystawiał i, jak widzę, nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Inny jest za to ogród, przez który przechodzimy. Brak mu wigoru, dbałości i koloru. Kiedyś mienił się kaskadą najróżniejszych kwiatowych barw, pnących się do nieba latorośli, a także drzewek owocowych. Dziś jest prosty, praktyczny, z równo przystrzyżoną trawą i starą huśtawką, wyglądającą, jakby nikt nie korzystał z niej od lat. Obok wejścia stoi drewniana, sprawiająca wrażenie solidnej, ławka, na której z chęcią bym usiadła i odsunęła moment spotkania z Ingą.

Wujek ogląda się na mnie i pyta:

- Coś nie tak?

Przyjmuję na usta maskę uśmiechu i przecząco kręcę głową.

Wchodzimy do domu po schodkach. Niemal od razu uderza mnie zapach, jaki zawsze tu panował - drewna i róż. Ciotka uwielbiała kwiaty i nawet teraz, po jej śmierci, w domu wciąż nimi pachnie. Dolne piętro to praktycznie jedna wielka przestrzeń - jasna, otwarta kuchnia i salon, w którym stoi pokaźny wypoczynek oraz długi stół, a w rogu kominek, pod którym leżą kawałki drewna. Po mojej prawej stronie znajduje się przestronny hol z prowadzącymi na górę solidnymi dębowymi schodkami. Przez jedno z okien do salonu wlewa się popołudniowe słońce, pada wprost na starą komodę i ścianę ze zdjęciami.

Zdejmuję buty i podchodzę, by lepiej się przyjrzeć fotografiom. Na kilku dostrzegam siebie i wujka. Na jednej jestem też z ciotką. Nie widzę jednak żadnej z Ingą, a jestem niemal pewna, że kiedyś tutaj wisiała. Pamiętam nawet, że przedstawiała dzień, w którym kąpałyśmy się wspólnie w jeziorze za miastem. Miałyśmy po osiem lat i...

- Nasze wspólne zdjęłam - informuje znajomy głos. - Zbiło się, a nie miałam zapasowej ramki.

Odwracam się i napotykam błękitne spojrzenie wielkich oczu. Łagodne rysy twarzy przecina grymas kształtnych, czerwonych ust. Inga wyrosła na przepiękną kobietę. Aż trudno uwierzyć, że jest ode mnie starsza zaledwie o trzy lata. Z pewnością wyglądam przy niej jak dziecko. Taksuję ją spojrzeniem od góry do dołu i unoszę brwi z uznaniem. Stała się kobieca. Sama z chęcią pożyczyłabym trochę tej "kobiecości" tu i tam. Z moją pozbawioną wcięcia w talii sylwetką raczej daleko do ideału. A ona...

- Wow, zmieniłaś się - rzucam.

- Ty za to w ogóle. - Krzyżuje ręce na piersiach i patrzy na mnie hardo. - Będziesz mieszkała w pokoju mamy.

Zaciskam usta i przytakuję. Nie muszę pytać, by wiedzieć, że wciąż żywi do mnie urazę, to widać. W tonie i sposobie, w jaki się porusza, i w oczach.

Prawie kulę się pod jej spojrzeniem i ruszam w stronę wujka, który właśnie rozmawia przez telefon. Przestępuję z nogi na nogę i nerwowo spoglądam w stronę Ingi, ale dziewczyna najwyraźniej jest o stokroć bardziej zainteresowana swoimi paznokciami niż tym, co działo się u mnie przez ostatnie lata.

- To ja... ten... idę po bagaż - rzucam i wymijam ją. Nawet się nie łudzę, że zaproponuje mi pomoc. Nie oszukuję się, że to nie zaboli. Myśl, że przyjdzie mi się z nią mierzyć każdego dnia przez najbliższe miesiące, nie wróży nic dobrego.

Odwracam się i kieruję do wyjścia. Łapię spojrzenie wujka, gdy mijam go w przedpokoju.

- Bagaż - rzucam tylko i już mnie nie ma.

* * *

- Pamiętasz to miejsce? Byłaś tutaj kilka razy jako dziecko - rzuca wujek Witek.

- Jak widać, niewiele się zmieniło - stwierdzam.

Rozglądam się po wysokiej sali sportowej, pełnej prehistorycznego sprzętu gimnastycznego i wirującego w powietrzu szarego kurzu. Bladozielona olejna farba nadaje wnętrzu staroświeckiego szkolnego wyglądu, a unoszący się w powietrzu zapach potu chyba przywarł do rozłożonych na ziemi mat już na stałe.

Obiekt jest spory, może nie tak samo jak ten, na którym trenowałam w Warszawie, ale z pewnością ma potencjał. To znaczy... miałby, gdyby klub posiadał wykwalifikowaną kadrę trenerską i więcej nowoczesnego sprzętu.

Przechodzimy na drugą część sali, gdzie mieści się wysokie i szerokie niemal na całą ścianę lustro. Teraz odbijają się w nim promienie wstającego słońca, przez co muszę zmrużyć powieki.

- Zajęcia z grupami akrobatycznymi odbywały się w godzinach popołudniowych, trzy razy w tygodniu. Zostały zawieszone na ostatnie dwa tygodnie. Nie miałem nikogo, kto przejąłby grupy po poprzednim trenerze - ciągnie wuj. - Mamy grupę dziecięcą, liczącą dziesięć osób oraz dorosłych amatorów, którzy chcą trochę poskakać na batucie, albo nauczyć się prostych akrobacji na ścieżce gimnastycznej.

- Grupa dorosłych? - krzywię się.

- Tylko kilka osób. Nie będziesz musiała nie wiadomo czego ich uczyć, jedynie nadzorować. Poprzedni trener, Daniel, wyszedł z tą inicjatywą na prośbę mieszkańców. Jeśli nie będziesz chciała...

- Tych zajęć nie poprowadzę - mówię stanowczo.

Patrzę na wuja, który właśnie wsunął dłonie w kieszenie spodni i rozgląda się po sali. Wzdycha, a potem przytakuje. Chcę mu wytłumaczyć, chcę powiedzieć, że to nie jest mój kaprys, tylko...

- Umawialiśmy się na grupy dziecięce. Rekreacja, pamiętasz? - pytam, czym wywołuję jeszcze głębsze zmarszczki na jego czole.

- Tak - rzuca w odpowiedzi.

Energicznie przechodzę do innej części sali, w której znajdują się drabinki i lonża. Dotykam zwisających z sufitu pasów, a potem przechodzę dalej. Sprawdzam stan materacy, stojących w kącie sali. Dotykam ich ręką, zagłębiając palce w miękkim materiale, a potem siadam.

- Nie są najnowsze... ale do tej pory spełniały swoje zadanie - mówi wuj, który nagle pojawia się tuż obok.

- Tak, zdążyłam zauważyć - stwierdzam.

Atakują mnie nagłe wątpliwości, czy aby na pewno chcę do tego wracać... Czy powinnam do tego wracać? Staram się ze wszystkich sił przywołać namiastkę optymizmu, chociaż wszystko dookoła krzyczy, bym tego nie robiła.

- Wiem, że nie mamy zbyt wielu dzieci... Pewnie zastanawiasz się, jak to możliwe, że budynek jeszcze stoi. - Wuj patrzy na mnie niepewnie. - Z tej sali korzystają jeszcze inni... wynajmuję ją. Poza tym dostajemy dotacje od miasta. Niewielkie, ale to zawsze coś.

Przytakuję, chociaż wcale nie potrzebowałam, by mi się z czegokolwiek tłumaczył. Przecież wie, że jestem tutaj tylko tymczasowo. Zrobię swoje i jadę dalej.

Wstaję z materacy i podpieram się pod boki.

- Kiedy mogę zacząć? - pytam.

Wuj rozpogadza się, a jego oczy nabierają życia.

- Jeśli wyrazisz zgodę, może być od jutra. Rodzice naszych małych zawodników czekają na znak, że ponownie ruszamy z popołudniowymi zajęciami.

- W takim razie daj znać, że jestem gotowa. - A przynajmniej wmawiam to sobie od pewnego czasu.

* * *

Po obejrzeniu sali i sprzętu wujek oprowadza mnie po innych częściach obiektu. Pamiętam to miejsce jak przez mgłę. Trenowałam tutaj podczas wakacji i pobytu u wujostwa wiele lat temu, i to tylko przez kilka tygodni. Jednak z tego, co zauważam, nie było tu remontu od wieków. W korytarzu mijam podrapane ściany, a ławki w szatniach chwieją się na wszystkie strony. Dostrzegam też kilka urwanych wieszaków.

- Czy rodzice nie narzekają na warunki, w jakich muszą się przebierać ich dzieci? Te szatnie wołają o pomstę! - mówię, gdy stoimy w jednej z niewielkich śmierdzących środkami czystości przebieralni.

- Słuchaj, Nadia. - Wuj opiera dłoń na moim ramieniu, lekko ją naciska, abym spojrzała mu w oczy, więc to robię. Wyczuwam, że jego ton się zmienia. - Wiem, że nie są to warunki, do których przywykłaś. Sala jest stara, sprzęt też, ale wciąż sprawny. Gdy tylko postawimy ten klub na nogi, gdy nieco się odbijemy...

Jest mi go naprawdę żal. Wiem, że zainwestował potężne pieniądze, wierząc, że to miejsce będzie ich dumą.

- Wujku... - zaczynam powoli, ale wuj kręci głową.

Odsuwa się lekko, jakby chciał zebrać myśli, dobrać racjonalne argumenty.

- Posłuchaj, wiem, że niewielu wierzy, że klub jeszcze kiedykolwiek będzie się cieszył taką świetnością jak za czasów, gdy pracowała tutaj moja żona. Dzięki temu, że wciąż wiszą w korytarzu zdjęcia sportowców, medali, pucharów i trenerów oraz temu, że twoja ciocia kochała to miejsce i z pasją prowadziła swoją sekcję, wiem, że to możliwe.

Wzdycha i wpatruje się we mnie przez chwilę. Wygląda, jakby na jego barkach spoczął cały ciężar świata. Próbuję znaleźć w głowie jakieś pocieszenie, coś, czego mógłby się chwycić, ale nie znajduję żadnych słów.

- Nie mam pojęcia, co robię nie tak, i czy jest sens dalej to ciągnąć. - Spuszcza głowę i milknie. Zbiera się w sobie, a potem znów zabiera głos. - Ale Kasieńka wierzyła w to miejsce, mówiła, że ma potencjał. Mówiła, że we mnie wierzy i na pewno sobie poradzę.

Chcę mu powiedzieć, że wcale nie musi tego robić, przecież ma stabilną pracę. Mógłby po prostu zamknąć ten nieudolny sportowy biznes i nie zaprzątać sobie głowy szukaniem rozwiązań dla obiektu, który ma marne szanse na przyniesienie korzyści finansowych. Ale wiem też, że on tego nie zrobi. Zależy mu i obiecał to żonie.

- Można ogłosić dodatkowy nabór - mówię bez przekonania. - Rozwiesić plakaty informujące o zajęciach. Zobaczyć, ile zbierze się chętnych.

- Plakaty? - zastanawia się.

Wzruszam ramionami, a potem wychodzę z szatni, wujek idzie za mną. Nasze kroki niosą się po zacienionym korytarzu, w którym przydałoby się wymienić oświetlenie.

- Jeśli chcemy, by to miejsce zaczęło tętnić życiem, musimy zapełnić grafik. Kto jeszcze prowadzi tutaj zajęcia?

- Cóż - zastanawia się. - Trzy razy w tygodniu przychodzi tutaj pani prowadząca pilates, dwa razy organizujemy zajęcia dla seniorów. Jest też joga, ale ostatnio zajęcia są notorycznie odwoływane. A, i jeszcze szkoła. Wynajmuję salę dla liceum. Niedawno otworzyli kółko cheerleaderek.

- Więc nie jest aż tak tragicznie, jak sądziłam - zauważam.

- Trzeba jakoś zarobić na opłaty, na szczęście mamy teraz ciepłe miesiące, nie trzeba grzać. - Zatrzymujemy się przed jego biurem, od którego zaczęliśmy zwiedzanie obiektu.

Podsumowując, w budynku mieści się duża sportowa sala, do której wchodzi się po schodkach, biuro, minirecepcja, która najwyraźniej przez większość czasu jest pusta, długi korytarz, pomieszczenie gospodarcze, szatnie dla dziewcząt i chłopców oraz łazienki.

- Mogę prowadzić zajęcia tak często, jak będzie to potrzebne - mówię, chociaż jakoś brakuje entuzjazmu w moim głosie. - Mamy jeszcze wakacje, więc to idealny moment na przyciągnięcie dzieci w to miejsce. Jeśli im się spodoba, zostaną na dłużej. Pierwsze treningi powinny być darmowe.

Wujek otwiera usta, a potem je zamyka. Uśmiecha się szeroko, a jego oczy błyszczą. Niech wie, że robię to tylko z sympatii do niego.

- Przydałoby się też poszukać kogoś na moje miejsce, gdy ja już... - urywam.

- Cały czas szukam. - Słyszę przekonanie w jego głosie i coś, co pozwala mi sądzić, że wujek zna smak porażki. Po chwili otwiera drzwi do biura starym długim kluczem, który nie zmieściłby mi się w kieszeni. Gestem zaprasza mnie do środka. - Niestety, sama wiesz, że ci bardziej utalentowani trafiają do poważnych klubów, gdzie są lepsze warunki i perspektywy niż tutaj.

- To prawda. - Przekraczam próg i rozglądam się po małym dusznym pomieszczeniu, w którego centralnym punkcie mieści się biurko, a na nim cały stos papierów. Zdecydowanie przydałaby się też księgowa. Opadam na krzesło i obserwuję, jak wujek siada w fotelu naprzeciwko.

- Co robi Inga? Czy ona nie mogłaby pomóc? - pytam ostrożnie, uważając, by nie wejść na grząski grunt. Do tej pory wujek niewiele o niej mówi. Nie wiem nawet, czym się teraz zajmuje, jakie wybrała studia, i czy w ogóle na nie poszła.

- Inga jest wiecznie zajęta, jak nie studia, to praktyki. Poza tym łapie się wielu dorywczych zajęć.

- Robi praktyki? - pytam, nie kryjąc zaciekawienia.

- Jedna z pobliskich placówek sanepidu przyjęła ją na czas wakacji. - Urywa w momencie, kiedy słyszymy pukanie do drzwi. Po chwili w progu biura staje facet w przybrudzonym roboczym ubraniu, z walizką na narzędzia w dłoni i czapką z czerwonym daszkiem przysłaniającym połowę twarzy.

- Paweł? - Wuj zwraca się do niego i w momencie, w którym ten zdejmuje czapkę, uświadamiam sobie, że skądś go znam.

- Naprawiłem już krany w toaletach na końcu korytarza. Teraz zajmę się przykręceniem wieszaków w szatniach - mówi tamten.

Wujek potakuje głową.

- Bardzo dobrze. Ciekły od kilku dni, a ja wciąż zapominałem ci o tym powiedzieć. Całe szczęście, że jesteś tak spostrzegawczy. - Witek uśmiecha się krzywo. - Aha, Nadia, to jest Paweł, nasz konserwator, woźny i ochroniarz w jednym. Otwiera i zamyka obiekt, ale oczywiście dostaniesz także swój komplet kluczy. W razie, gdybyś czegoś potrzebowała, a mnie nie byłoby w pobliżu, pytaj jego.

Dopiero teraz nieznajomy patrzy na mnie i w tej samej chwili dociera do mnie, skąd go kojarzę. Przypominam sobie również, że przecież wciąż mu nie podziękowałam.

- Pamiętam cię. To ty mnie...

- To ta nowa trenerka? - Paweł wcina mi się w zdanie, a sposób, w jaki zadał to pytanie, pozwala mi sądzić, że nie takiej osoby się spodziewał. Niemal namacalnie czuję, jak lustruje mnie spojrzeniem ciemnych oczu. Zupełnie jakby wydawał werdykt bądź prześwietlał moje zdolności i kompetencje. I jakoś odchodzi mi ochota, by za cokolwiek mu dziękować. Odchrząkuję.

- Tak, jestem nową trenerką. - Zdobywam się na pewny ton.

Szybko odwracam od niego wzrok, ale nie umyka mi jego ciche prychnięcie. Nie daję mu jednak tej satysfakcji i udaję, że wcale tego nie usłyszałam. Patrzę teraz na wuja i czekam, aż wyprosi pracownika, bo przecież nie dokończyliśmy jeszcze naszej rozmowy.

- Nadia wpadła na pomysł, by prowadzić zajęcia z grupami rano. Przynajmniej w okresie wakacyjnym. Czy to nie cudowny plan? Przyciągniemy nowe dzieci. - Wujek Witek wydaje się szczerze zachwycony.

- Poranne zajęcia dla dzieci - podsumowuje Paweł, ale na tym kończy się jego wypowiedź. Przytakuje tylko głową i z powrotem nakłada na głowę czapkę. - To ja pójdę już naprawić wieszaki.

Po tych słowach odwraca się i wychodzi. Tak po prostu, bez "cześć", "do widzenia" albo chociaż kiwnięcia na pożegnanie. Nachylam się nad dzielącym nas biurkiem, zupełnie jakbym się bała, że ktoś może nas podsłuchiwać.

- Czy ten człowiek będzie tutaj przez cały czas? - pytam.

- Paweł? - Wuj unosi brwi. - Owszem, pracuje tutaj od dawna i raczej nie zapowiada się, by przestał. Zdolny gość, naprawi wszystko: od zamka w drzwiach, po odskocznię, wymianę luster, a nawet zaasekuruje, gdy zajdzie potrzeba. Z pewnością i tobie nieraz się przyda jego pomoc.

Przewracam oczami i obiecuję sobie w duchu, że nie poproszę go o nią, chociażbym miała znieść tutaj jajko. To zadziwiające, jak jedno proste pytanie zadane w niewłaściwy sposób może zburzyć obraz osoby.

- Chodźmy już, trzeba skoczyć na zakupy i zrobić jakiś obiad - mówi wuj, wyrywając mnie z zamyślenia.

Mirella

luty 2014

- Nadia, chodź, bo się spóźnimy! - zawołała Mirella, bo powinny już wychodzić.

Kobieta westchnęła z irytacją, gdy Nadia odkrzyknęła, że "już idzie", chociaż przecież wyraźnie słyszała, że wciąż rozmawia przez telefon. Nie po to zamieszkali w tak drogiej dzielnicy Warszawy, by spóźniać się na codzienne treningi. Powinna była ustalić z córką wcześniejsze pory wyjścia i stworzyć nowy harmonogram dnia, bo aktualny ostatnio zawodził.

Szybkie kroki poniosły się po mieszkaniu, gdy dziewczynka wreszcie wybiegła z pokoju.

- Dzwoniła Inga, mamo - tłumaczyła, jakby imię kuzynki wszystko wyjaśniało.

- To niech zadzwoni wieczorem, gdy już będziemy po treningu - odparła Mirella.

- Wtedy będę musiała odrobić lekcje. Pewnie powiesz jeszcze, że powinniśmy zjeść zdrową rodzinną kolację, a na koniec będziesz chciała omówić ze mną układy startowe.

- Jak na dziesięciolatkę masz zadziwiająco dużo argumentów - skwitowała matka i wzięła od niej plecak.

Poczekała, aż córka założy zimowy płaszcz oraz buty. Przez tę pogodę dotarcie na salę znacząco się wydłużało, nie wspominając już o korkach, których nie dało się uniknąć w godzinach szczytu, mimo że mieszkały naprawdę blisko klubu.

Gdy były już gotowe, Mirella rzuciła krótkie "cześć" na pożegnanie pogrążonemu w lekturze magazynu informatycznego Piotrkowi. Mąż na chwilę uniósł głowię i obrzucił je pustym spojrzeniem. Niemal niedostrzegalnie kiwnął głową, a potem wrócił do lektury.

Wyszły z mieszkania. Mirella chwyciła dłoń córki, gdy po wyjściu z bloku przebiegały przez jezdnię, nie zwracając uwagi na fakt, że przejście dla pieszych jest kilka metrów dalej. Kobieta miała nadzieję, że Nadia nie będzie się tym chwaliła w szkole.

Nadia

lipiec 2023

Tak duża jadalnia wydaje się pusta, gdy siadamy w niej tylko we dwoje. Uśmiecham się do wuja, który właśnie kładzie na stół sporą miskę zapiekanki serowej. Zastanawiam się też, czy zrobił ten obiad na kilka dni, czy naprawdę myśli, że tak dużo jem. A może Inga dużo je? Przekonałabym się, gdyby spożywała posiłki razem z nami.

- Soku? - pyta wuj, trzymając karton tuż nad moją szklanką.

Mama powiedziałaby, że to zbyt duża dawka cukru. Prawie też to mówię, ale w tej samej chwili uświadamiam sobie, że wcale jej tu nie ma, a ja naprawdę lubię sok bananowy. Dokładnie ten, gęsty i lepki, tak słodki, że niemal czuć, jak osadza się na zębach.

- Nie pijasz takich rzeczy? - Wujek zastyga w bezruchu, bacznie mi się przyglądając.

- Nie, nie. - Szybko się reflektuję. - Wręcz przeciwnie.

Podsuwam bliżej swoją szklankę, by łatwiej było mu nalać, a on wypełnia ją niemal po brzegi. Uśmiecham się niepewnie, a potem cicho dziękuję.

- Tata też zawsze go kupował - przyznaję.

Próbuję napoju, którego nie piłam od tak wielu lat. Mama nigdy go nie kupowała. Przesadnie dbała o każdy szczegół mojej diety, usuwając z niej wszystkie szalenie fajne i smaczne rzeczy. Wierzyła, że akrobatyka, którą uprawiałam, przenika do każdej dziedziny życia - także do soku bananowego, po którym mogę mieć szybki wystrzał energii, a potem jej nagły spadek. Twierdziła, że powinnam jeść tylko węglowodany złożone, a w przerwie pić wodę, by nie obciążać żołądka. Sądziła, że to idealny przepis na sukces. Tylko że się myliła, w życiu nie wszystko da się zaplanować, a ona, jak nikt inny, powinna o tym wiedzieć.

- Ja i twój ojciec piliśmy go, kiedy byliśmy dziećmi. Ciotka z Anglii zawsze nam przywoziła całkiem przyzwoity zapas. Właściwie co u Piotra? Dawno nie rozmawialiśmy.

Nakładam na talerz sporą porcję zapiekanki i chyba sama nie wierzę w to, że uda mi się tyle zjeść.

- Wszystko dobrze, ma jakieś wysokie stanowisko w informatycznej firmie w Londynie. Załatwił mi staż, który czeka na mnie, gdy tylko przyjadę. Poza tym kupił własne mieszkanie. Niedaleko domu ciotki, chyba po to, by być w pobliżu.

Wujek w zamyśleniu potakuje głową, a potem również zaczyna jeść.

- Będzie ci tam dobrze - mówi między kęsami. - Jak widać, oboje macie dryg do ścisłych tematów. Słyszałem o tej firmie, w której pracuje twój ojciec... Niejeden zabija się o taki staż. Jest na co czekać.

Naszą rozmowę przerywa trzaśnięcie drzwiami, a po chwili stukot wysokich butów. Instynktownie się prostuję. Z holu wyłania się żwawo krocząca Inga.

- Kochanie, jesteś wcześniej! - Wuj odsuwa krzesło i chyba chce wstać. - Zjesz z nami?

Moment, w którym Inga zatrzymuje się w salonie, niemal odbiera mi chęci na dalszy posiłek. Jej arktyczne spojrzenie wyraża nie tylko gniew, ale także zniesmaczenie. Nie musi nawet mówić, "nie", chociaż właśnie to słyszymy w odpowiedzi, gdy po chwili wspina się po schodach na piętro.

- Co ją ugryzło? - mruczę cicho.

Wuj posyła mi pełen skrępowania uśmiech i wzrusza ramionami.

- Może hormony - bąka w odpowiedzi i nie wiem, czy chce oszukać siebie, czy nas oboje. Doskonale wiemy, że to nie kwestia hormonów, ale... mnie. Tu chodzi o mnie.

* * *

Zbiegam po schodach, przytrzymując się barierki. Zatrzymuję się dopiero przed drzwiami. Dla pewności sprawdzam, czy spakowałam do plecaka telefon, skarpetki na zmianę i gumkę do włosów. Wuj czeka na mnie w samochodzie przed domem. Opadam na siedzenie pasażera i staram się wyrównać oddech.

- Odkąd pamiętam, staram się wprowadzić w życie punktualność, ale kiepsko mi idzie - rzucam.

Wuj uśmiecha się pod nosem i rusza. Droga do klubu zajmuje nam koło dziesięciu minut. Budynek mieści się po innej stronie miasta, więc będę zmuszona poruszać się po Uchyłowie niezawodną miejską komunikacją. Zaczynam pluć sobie w brodę, że nie zrobiłam prawa jazdy, gdy mieszkałam jeszcze z mamą.

- Mogę podjechać po ciebie, gdy skończy się rada - mówi wuj, gdy mijamy centrum.

- Sprawdziłam rozkład jazdy autobusów, nie będę musiała długo czekać.

- Ale...

- Żadnego "ale", wujku. Powiedziałam, że wrócę autobusem.

Witek jest nauczycielem matematyki, co zwykle nieźle mnie bawi. Prowadzi klub sportowy, a wciąż niewiele wie na temat tego biznesu. Teraz, gdy myślę o tym, doceniam jego poświęcenie i robi mi się go żal.

- Będę jeździła do klubu raz albo dwa razy dziennie, wujku. Musiałbyś potrącać z mojej wypłaty, gdybym miała być przez ciebie eskortowana za każdym razem - próbuję rozluźnić atmosferę.

Mijamy szkołę, w której pracuje Witek, więc instynktownie zerkam na zegarek - dochodzi szesnasta. Powinien właśnie kroczyć na to przeklęte zebranie, a zamiast tego dopiero wiezie mnie na salę. Mocniej wciskam się w fotel i modlę się, byśmy dotarli na miejsce jak najszybciej.

Koniec wersji demonstracyjnej

Miłość do sportu, relacje międzyludzkie, młodzieńcze zauroczenia; wybaczanie i budowanie utraconego zaufania.

Nastoletnia Nadia kocha akrobatykę sportową. Choć chciałaby pójść w ślady matki, znakomitej trenerki, pewne zdarzenia zmuszają ją do rezygnacji z rozwoju własnej pasji. Niespodziewanie pojawia się jednak propozycja poprowadzenia wakacyjnej sekcji w podupadającym klubie sportowym. Czy uda jej się zmierzyć z przeszłością, przezwyciężyć własne traumy i lęki?

To nie błędy nas definiują, a umiejętność radzenia sobie z nimi. Kwestia decyzji, czy zaniedbane działania i relacje są procesem nieodwracalnym, czy mogą stać się impulsem do wykonania pierwszego kroku ku lepszej przyszłości.

FRAGM. RECENCZJI:

"Dorastanie to szereg przypadków, ale i poważnej pracy. Nadia sumiennie odrabia lekcje. Czeka ją urzeczywistnienie wizji, zadowolenie z życia zawodowego i prywatnego. Z pomocnicy staje się liderką, z podlotka - kobietą. Razem z nią kroczy on, skrzywdzony i podeptany. Dwoje rozbitków, różne przeżycia, skrajne wspomnienia i wiara: w siebie, bliskich, dobrą wolę otoczenia. Pomimo wszystko i na przekór przeciwnościom, a nawet wbrew własnym mrokom z przeszłości. Muszą tylko - lub aż - zaufać. Potrafią?" - Katarzyna Pawlak, Ja_carpe_diem

"Nie zawsze otrzymujemy wspaniałe prezenty od życia. Kwestia, co z nimi zrobimy - czy wyrzucimy na śmietnik, czy dobrze wykorzystamy. W Trenerce niektóre podarki są niezbyt poręczne i trudno je unieść. Jednak można znaleźć na to sposób, choć może się zdawać, że nie jest się na to gotowym. Grunt to zrozumieć, że zawsze jest czas na wybaczenie, pokonanie lęków i danie sobie szansy, by zacząć od nowa". - Monika Szymor, SheMore

O AUTORCE: Agnieszka Karecka - z wykształcenia nauczycielka. Jej prawdziwą pasją jest praca z książkami. Na co dzień świetnie odnajduje się w roli bibliotekarki. Uwielbia kontakty z ludźmi i nieustannie dzieli się czytelniczymi doświadczeniami. Miłośniczka literatury obyczajowej, romansów i powieści fantasy. Specjalistka od rozważań "co by było, gdyby". Prywatnie żona, mama, introwertyczka, zwykle uśmiechnięta.