BOŻENA KARKUT
Każdy dzień to cenna lekcja
Czy rozmowa o ciężkiej chorobie, utracie dziecka, grozie wojny, trudach
macierzyństwa i problemach kobiet w męskim świecie może być przyjemna?
Teoretycznie nie ma na to szans. A jednak po wywiadzie z Bożeną Karkut
miałem poczucie, że niemożliwe nie istnieje. Była wybitna piłkarka
ręczna i znakomita trenerka mogłaby nieustannie narzekać i miałaby do
tego prawo, bo los jej nie oszczędzał. I choć w trakcie naszego
spotkania kilka razy musiała ocierać łzy, to miałem wrażenie, że często
się uśmiechała. Biło od niej ciepło pozwalające z optymizmem spojrzeć na
świat, w którym sport może znaczyć więcej, niż nam się wydaje.
Trenerka
Pani Bożena już niemal ćwierć wieku z sukcesami prowadzi żeńską drużynę
Zagłębia Lubin. Ale to, że została trenerką, dla wielu było ogromnym
zaskoczeniem.
- Kiedy zaczynałam przygodę z piłką ręczną, dookoła widziałam samych
trenerów. Chyba nawet nikomu do głowy wówczas nie przychodziło, że
kobieta może być szkoleniowcem. Jak zostałam studentką na AWF Wrocław,
to najpierw wybrałam kierunek nauczycielski. Na drugim roku zdecydowałam
jednak, że pójdę również na trenerski, a tam od początku wykładowcy
pukali się w głowę, gdy widzieli dziewczyny. Pytali: "Gdzie wy się
pchacie? Przecież kobieta nie może być dobrym trenerem". Mimo to dobrze
nas wykształcili, choć panowało wśród nich takie przekonanie, że panie
to nadają się najwyżej do prowadzenia grup dziecięcych. Bo są cierpliwe
i przypilnują urwisów. Na przykład gdy pójdą z nimi na basen, to zadbają
o to, by każdy wysuszył włosy, założył czapkę i nie zgubił ręcznika.
Pamiętam, że w wieku osiemnastu lat trafiłam w klubie AZS AWF Wrocław na
trenerkę Stanisławę Gotówko-Cybulską. W tamtym momencie to była istna
rewolucja! Zdobyłyśmy z nią srebrny medal mistrzostw kraju i Puchar
Polski, ale od początku było jasne, że jest ona tylko szkoleniowcem
tymczasowym i pomimo dobrych wyników po sezonie szukano jej następcy.
Nikt nawet nie brał pod uwagę, by została na stanowisku. Z kolei w kadrze spotkałam Teresę Pecold, która opiekowała się bramkarkami. Obie
panie pokazywały, że można, ale stanowiły wyjątek od reguły - opowiada
Karkut, która kobiety trenerki częściej zaczęła spotykać dopiero po
wyjeździe do Norwegii, gdzie występowała w latach 90. Tam wychodzono z założenia, że nikt nie nauczy zawodników i zawodniczek techniki lepiej
niż były sportowiec. Wielokrotnym reprezentantkom Norwegii wręcz szukano
pracy przy piłce ręcznej, z przekonaniem, że taka osoba powinna pozostać
przy sporcie.
Tak Bożena Karkut cieszyła się z mistrzostwa Polski w 2023 roku. To był
już jej czwarty tytuł wywalczony w roli trenerki Zagłębia Lubin.
- U nas wtedy jeszcze było inaczej. Gdy zaczynałam pracę w Zagłębiu na
początku XXI wieku, to czułam się w zasadzie jak w kraju arabskim.
Zdarzały się bolesne sytuacje. Wielu nie mogło zaakceptować kobiety w męskim świecie. Trenerzy nie radzili sobie z tym, że "przegrali z babą"
i nie potrafili podać ręki po meczu. Do klubu czy nawet do mojego domu
przychodziły obrzydliwe anonimy z wyzwiskami. Do Związku Piłki Ręcznej w Polsce z nieznanych mi źródeł trafiały pisma, w których informowano, że
podobno namawiam swoje zawodniczki do stosowania dopingu, więc co chwilę
pojawiali się u nas kontrolerzy. Podwójne standardy obowiązywały też w sędziowaniu. Często opowiadam anegdotę z meczu przeciwko ekipie z Lublina. Rywalki atakowały, ale moim zdaniem popełniły błąd, więc w pewnym momencie zerwałam się z ławki i krzyknęłam: "No przecież kroki
były!". Sędzia natychmiast dał mi karę, musiałyśmy grać w osłabieniu. A przecież nikomu nie ubliżyłam, nie zrobiłam nic strasznego. Po kilku
minutach w spornej sytuacji arbiter przyznał nam piłkę, na co trener
przeciwniczek zareagował słowami: "Kur.., co ty gwiżdżesz?!". Sędzia
podszedł do niego i powiedział tylko: "Usiądź i uspokój się". Dziś w polskim środowisku trenerskim sytuacja kobiet wygląda dużo lepiej,
aczkolwiek sporo jest jeszcze do zrobienia. Świadczy o tym scena z niedawnej konferencji trenerskiej. Jeden ze szkoleniowców wszedł na
mównicę i zwrócił się do wszystkich słowem "panowie", choć na sali była
grupa kobiet. Dlaczego oni się tak zachowują? To już ich trzeba zapytać.
Pewne stereotypy wciąż funkcjonują, choć pozytywne zmiany są widoczne.
Opowiadano mi, że w innych klubach coraz częściej zatrudnia się kobiety
w roli trenerki, bo skoro "Karkutowa w tym Zagłębiu od tylu lat robi
wyniki, to innej też można dać szansę" - takie słowa dowodzą, że
wrocławianka przełamywała bariery i dziś może być określana mianem
prekursorki, bo jako jedna z pierwszych kobiet w naszym kraju tak mocno
rozpychała się łokciami w zarezerwowanym dla mężczyzn środowisku.
Karkut karierę zawodniczą zakończyła w czerwcu 2000 roku, a już w sierpniu zaczęła pracę w Lubinie. Najpierw była asystentką Romana
Jezierskiego, lecz po paru miesiącach zastąpiła go i samodzielnie
musiała poprowadzić zespół, w którym wciąż występowały jej koleżanki z parkietu.
- Na początku na pewno bardziej byłam dla zawodniczek koleżanką niż
szefową, ale podczas meczów czy treningów stawiałam granicę i nie było
ze mną dyskusji, bo czułam, że to ja muszę podejmować decyzje i na mnie
spoczywa odpowiedzialność za drużynę. Część dziewczyn, z którymi
biegałam po boisku, to zaakceptowała, a inne się obrażały i przestały mi
mówić po imieniu, tylko z przekąsem zwracały się do mnie "pani trener" -
wspomina pani Bożena, która przy okazji potwierdza, że opinie
sugerujące, iż zespoły kobiece prowadzi się trudniej niż męskie, są w pełni uzasadnione.
- Uważam, że to prawda, choć trudno było mi to kiedyś zrozumieć. Może to
dlatego, że wychowałam się na podwórku z chłopakami na styku ulic
Piastowskiej, Grunwaldzkiej i Sienkiewicza we Wrocławiu. To nie była
łatwa i przyjemna okolica. Tam jak się komuś coś nie podobało, to szybko
wyjaśniano sprawę. A wracając do kwestii kobiecych relacji w sporcie, to
przyznaję, że dziewczyny są bardzo pamiętliwe, bo być może są też
bardziej wrażliwe. Przywołam jedną historię, która dobrze to pokazuje.
Kilka sezonów temu od początku rozgrywek czułam, że zupełnie nie mogę
się dogadać z jedną piłkarką. Nie było między nami chemii. Minęło pół
sezonu i nic się nie zmieniło. Wobec tego poprosiłam ją do siebie na
rozmowę. Pytam, o co chodzi, a ona na to: "Bo jak grałyśmy w wakacje
turniej towarzyski w Koszalinie, to pani nie zareagowała i nie zwróciła
uwagi jednej z dziewczyn, która się na mnie wydarła". Zapytałam, czy nie
szkoda jej życia na takie drobnostki. Bo mając w zespole kilkanaście
zawodniczek i dodatkowe osoby w sztabie, naprawdę nie jestem w stanie
wyłapać tego, co każdy powiedział i jaką zrobił minę. Po tylu latach
pracy nadal uważam, że każdy dzień to cenna lekcja, podczas której można
się wiele nauczyć. Kobieca szatnia to zawsze niesamowita mieszanka
charakterów. Teraz w kryzysowych momentach szybciej zapala mi się
czerwona lampka i błyskawicznie reaguję, ale ze spokojem, by niczego nie
zaogniać. To ważne w sytuacjach konfliktowych - wyjaśnia.
- Poza tym kobiecie bardzo trudno jest prowadzić kobiecy zespół. Często
widzę, że jak przyjdzie jakikolwiek facet i powie cokolwiek, to
zawodniczki od razu robią maślane oczy. Kobieta może mówić to samo, ale
to już na nich takiego wrażenia nie robi. Podam przykład. Krótko po
rozpoczęciu pracy z Zagłębiem przedstawiłam piłkarkom swoje warunki. Nie
ma jedzenia fast foodów, nie ma picia coli i pilnuję ich wagi, za to są
poranne treningi i czasem zajęcia w terenie. Słyszałam, że chyba mnie
pokręciło. Minęło jakieś dziesięć lat i do klubu z Gdyni trafił duński
trener Thomas Örneborg. Miał identyczne wymagania, ale zarówno
zawodniczki, jak i media były zachwycone. Wystarczyło to, że był z zagranicy. Dlaczego tak jest? W Polsce to, co nasze, wciąż często
uchodzi za gorsze. Gdy grałam w Jugosławii i innych krajach, w przypadku
porażki to zawsze mnie i innym zawodniczkom z obcych krajów się
obrywało, bo od nich wymagano więcej. Nikogo nie obchodziło, że tęsknię
za rodziną, że mogę mieć kryzys fizyczny. Podpisałaś kontrakt, to graj!
A u nas jest odwrotnie. Z obcokrajowcami obchodzimy się jak z jajkiem,
chcemy rozwiązywać za nich każdy problem, traktujemy ich lepiej niż
naszych. To samo jest z trenerami. Za te same błędy częściej obrywa się
krajowym niż zagranicznym. Zawodnicy i zawodniczki w Polsce tresują
szkoleniowców. Często są niepokorni, wszystko im się nie podoba,
sugerują, że w innych krajach na pewno jest lepiej. Dopiero jak z tych
krajów wracają do domu, to ich optyka się zmienia. Jak ktoś u nas
narzeka, to zapraszam np. na Bałkany. Tam go dopiero przeczołgają -
dodaje Karkut, która uważa, że nieraz pomogła jej tzw. kobieca intuicja.
- Według pani naprawdę istnieje coś takiego? - zapytałem, a ona
twierdząco pokiwała głową. - W jaki sposób ta intuicja przydaje się w sporcie? - drążyłem.
- Gdy byłam zawodniczką, pomagała podjąć decyzję. Na boisku masz ułamki
sekund, by ocenić, czy podaję, rzucam, a może wychodzę do przechwytu i zazwyczaj wybierałam właściwie. Od kiedy jestem trenerką, mam wrażenie,
że ta intuicja podczas analizy podpowiada mi, jak mogą zachować się
rywalki, jak będzie postępował ich trener w określonych sytuacjach. Taką
intuicję nazywam też pomocą bożą. Nie wiem dlaczego, ale nagle skądś
przychodzą takie myśli, o tym, kogo wpuścić na boisko w danej chwili lub
jakiej taktyki użyć - tłumaczy.
Bez względu na to, czy Karkut korzystała z pomocy sił nadprzyrodzonych,
czy kobiecej intuicji, zazwyczaj dokonywała dobrych wyborów. W przeciwnym razie nie byłaby trenerką klubu z Lubina przez prawie ćwierć
wieku. Jak to w ogóle możliwe, zwłaszcza w realiach polskiego sportu,
gdzie nagłe zwolnienia szkoleniowców są na porządku dziennym?
- Miałam propozycje z innych klubów, ale pozostałam wierna Zagłębiu. Po
pierwszym mistrzostwie zdobytym w 2011 roku bardzo długo, bo aż dziesięć
lat musieliśmy czekać na kolejny tytuł. W tym okresie wiele osób
domagało się mojego zwolnienia. Jak potem wreszcie trzy razy z rzędu
zdobyłyśmy złoto, to żadna z nich nie powiedziała "przepraszam" ani
"gratuluję". Muszę podziękować władzom klubu za zaufanie. Zwłaszcza
prezesowi Witoldowi Kuleszy, który jest bardzo cierpliwy i jako były
piłkarz doskonale rozumie sport. Sądzę, że kluczem do naszych sukcesów
jest to, że w Zagłębiu funkcjonujemy jak w rodzinie. Gdy jest jakiś
problem do rozwiązania, wszyscy się zbieramy, debatujemy, jak temu
zaradzić. Interesujemy się tym, co słychać u innych nie tylko w sprawach
sportowych, lecz także prywatnych, bo to pomaga budować więzi.
Pamiętamy, że sportowcy to nie maszyny do osiągania sukcesów -
podkreśla.
Aż dziw bierze, że tak utytułowana trenerka i jednocześnie wybitna
zawodniczka nigdy nie dostąpiła zaszczytu prowadzenia reprezentacji
Polski. Trzeba jednak zauważyć, że dwukrotnie była bardzo blisko objęcia
funkcji selekcjonerki. Pierwszą ofertę otrzymała od Rady Trenerów ZPRP w 2006 roku, ale odmówiła. Uznała, że jej czas jeszcze nadejdzie, a teraz
przyszła pora na kogoś ze starszych, bardziej doświadczonych i uznanych
trenerów, takich jak Zygfryd Kuchta czy Zenon Łakomy. Druga oferta to
już rok 2010. Karkut była nawet wstępnie dogadana z prezesem ZPRP
Andrzejem Kraśnickim, ale kadrę objął jednak Duńczyk Kim Rasmussen.
- Już się z tym pogodziłam, ale wtedy miałam żal, bo nikt mi o niczym
nie powiedział, niczego mi nie wyjaśniono. O tym, że reprezentacja ma
nowego trenera, dowiedziałam się z radia - wyznaje.
Ostatecznie Karkut w pewnym momencie została selekcjonerką, ale
reprezentacji kobiet w piłce ręcznej plażowej. Pełniła tę funkcję w latach 2009-12, gdy ta dyscyplina dopiero raczkowała. Nie tylko w naszym
kraju.
- Po raz pierwszy spotkałam się z nią w 1997 roku. Podejrzewam, że byłam
jedną z pierwszych osób z Polski, która ją poznała. Na zakończenie
sezonu pojechałam z klubem Hypo Niederösterreich na Sardynię. Tam
najpierw rozegrałyśmy turniej w klasycznej odmianie handballu, a potem
te same drużyny walczyły ze sobą na plaży. Do swojej pracy z kadrą
podeszłam bardzo profesjonalnie. Długo analizowałam grę rywalek,
ściągałam też do drużyny świetne zawodniczki z parkietu. Jedną z nich
była Klaudia Pielesz, która została jedną z najskuteczniejszych piłkarek
podczas mistrzostw Europy. Fajnym przeżyciem był też wyjazd na
mistrzostwa świata do Omanu. Szkoda tylko, że nie udało nam się
wywalczyć medalu na dużej imprezie - przyznaje.
Zawodniczka
Zanim Karkut została trenerką, była zawodniczką. I to jaką! Początkowo
jednak nie myślała o tym, by zostać szczypiornistką. W trakcie nauki w piątej klasie podstawówki bardzo chciała dostać się do Szkolnego Klubu
Sportowego do grupy koszykarskiej, ale na sprawdzianie, jako
praworęczna, nie trafiła lewą ręką do kosza z dwutaktu i nie została
przyjęta. Po niepowodzeniu koszykarskim przez jakiś czas jedynie
obserwowała ćwiczące koleżanki, z którymi po zajęciach chodziła pograć w piłkę nożną. Któregoś dnia ogłoszono kolejny nabór do SKS, tym razem w piłce ręcznej. Wkrótce Karkut została bramkarką i znalazła się nawet w reprezentacji szkoły, do której wzięła ją Barbara Karpińska - żona
znakomitego trenera piłki ręcznej Marka Karpińskiego. Niebawem rodzice
podjęli jednak decyzję o przeprowadzce na drugi koniec Wrocławia, a ich
córka musiała zmienić szkołę. W nowym miejscu już mieli bramkarkę, więc
nauczycielka zaproponowała Bożence występy w polu. Gdy ta się krzywiła,
powiedziała jej: "Spokojnie, to prosta gra. Robisz trzy kroki i rzucasz". Niedługo później od brata usłyszała o trenerze Jerzym Dyrkaczu
i prowadzonej przez niego znakomitej juniorskiej drużynie AZS AWF
Wrocław.
Bożena Karkut była znakomitą szczypiornistką. Co ciekawe, jako
zawodniczka praworęczna występowała zwykle na prawym skrzydle. Dziś w piłce ręcznej to się praktycznie nie zdarza.
- Bardzo chciałam tam trafić, więc moja mama zdobyła numer i zadzwoniła
do trenera Dyrkacza, który wychował ponad czterdzieści reprezentantek
Polski. Początkowo nie zamierzał się zgodzić, aż w końcu powiedział, że
weźmie mnie na trzymiesięczny okres próbny. Już po pierwszym treningu
poprosił mnie jednak, bym na kolejny przyniosła swoje zdjęcie, bo trzeba
będzie mnie zgłosić do rozgrywek - mówi Karkut, która z ekipą AZS w rozgrywkach juniorskich co sezon grała o medale mistrzostw kraju.
Podobnie było zresztą na szczeblu seniorskim. Złoty medal z 1984 roku to
najpiękniejsze wspomnienie pani Bożeny z czasów gry w dorosłej drużynie
z tak klasowymi szczypiornistkami, jak Halina Moroz-Rac, Irena Pacek,
Danuta Darmstetter czy Danuta Załęska.
- Fajnie mnie przyjęły. Nie było żadnych akcji w stylu: "Ej, młoda!
Przynieś piłki". Szanowały to, co robiłam, bo też od razu zorientowały
się, że mogę im pomóc w walce o najwyższe cele - wyjaśnia Karkut, która
wraz z koleżankami z AZS kilka razy uczestniczyła też w Akademickich
Mistrzostwach Polski. Wówczas AMP były uznawane za małe mistrzostwa
kraju, bowiem swoje drużyny wystawiały w nich ekstraligowe ekipy z Wrocławia, Gdańska czy Krakowa. To właśnie w tych zawodach Karkut
ustanowiła swój strzelecki rekord kariery wynoszący dziewiętnaście goli
w jednym spotkaniu.
Nieprzeciętny talent pozwolił jej dość szybko zadebiutować w seniorskiej
reprezentacji, z którą jednak nigdy nie awansowała na turniej
olimpijski, choć dwa razy była bardzo blisko. Najpierw w grudniu 1983
roku podczas MŚ Grupy B w katowickim Spodku, gdzie 22-letnia Karkut była
kapitanką zespołu. Te mistrzostwa były jednocześnie kwalifikacjami do
zbliżających się igrzysk w Los Angeles. Olimpijską przepustkę uzyskiwały
tylko zwyciężczynie imprezy, a Polki przegrały w finale z NRD 19:20.
Inna sprawa, że do USA nasze szczypiornistki i tak by nie pojechały,
bowiem kilka miesięcy później ogłoszono, że grupa państw bloku
wschodniego, w tym Polska, zbojkotuje zawody za oceanem. Po raz drugi
awans na igrzyska przeszedł Biało-Czerwonym koło nosa w 1990 roku
podczas mistrzostw świata w Korei Południowej, w których Karkut była
królową strzelczyń (jest pierwszą i na razie ostatnią Polką, która
triumfowała w klasyfikacji najskuteczniejszych piłkarek w imprezie tej
rangi). Nasze zawodniczki do szczęścia potrzebowały jedynie zwycięstwa w ostatnim meczu fazy wstępnej z Austrią. Dzięki niemu weszłyby do
czwórki, walczyłyby o medal i tym samym uzyskały prawo uczestnictwa w olimpijskich zmaganiach w Barcelonie w 1992 roku. Polski zespół przegrał
jednak 21:22.
- Trochę nas ten mecz z Austrią przerósł. I drużynę, i sztab
szkoleniowy. Tak to oceniam z perspektywy czasu, mając już duże
doświadczenie trenerskie. Potrzebowałyśmy przed meczem większego
wsparcia i lepszej analizy. Zakwaterowano nas wtedy w luksusowym ośrodku
Lotte World z małym Disneylandem w środku. Tam na każdym piętrze były
niesamowite atrakcje, a my ze wszystkich chciałyśmy skorzystać, próbując
zająć czymś głowę. Biegałyśmy po hotelu, byle tylko nie myśleć o kluczowym meczu. Nie poradziłyśmy sobie ze stresem i źle zaczęłyśmy.
Rywalki odskoczyły na kilka goli, a poza tym mogły liczyć na wsparcie
arbitrów. Szefem sędziów na turnieju był Austriak, więc w końcówce nie
byłyśmy zaskoczone, gdy nagle przeciwniczki dostały karnego z kapelusza,
a nam anulowano prawidłową bramkę z kontry. Szkoda, że tak to się
ułożyło. Zwłaszcza że Austriaczki miały spore problemy zdrowotne i nie
wszystkie piłkarki były u nich zdolne do gry. Mogłyśmy to lepiej
wykorzystać. Do dziś bardzo żałuję, że nie udało mi się zagrać w igrzyskach i nie mogłam zobaczyć z bliska, jak wygląda to niesamowite
święto sportu, nie mogłam zamieszkać w wiosce z przedstawicielami innych
dyscyplin - podkreśla Karkut, która niepowodzenia z kadrą powetowała
sobie w rozgrywkach klubowych. Po wielu sezonach spędzonych w AZS AWF
Wrocław przeniosła się do innego wrocławskiego klubu - Ślęzy, by
wreszcie w 1989 roku, w wieku 28 lat, wyjechać z kraju. Występowała w Voždovacu Belgrad, norweskich zespołach Haugerud Oslo, Vestar Oslo i Toten HK, a potem, po kolejnych kilku latach w AZS AWF Wrocław, znalazła
się w austriackim Hypo Niederösterreich, z którym zwyciężała w Lidze
Mistrzyń w 1998 i 2000 roku. Niezwykła była zwłaszcza wyprawa do
Jugosławii będącej wówczas potęgą w grach zespołowych.
- Nawet po ciemku tam ucztowano, śpiewano i cały czas w coś grano. Jak
nie w piłkę, to w kosza. Tam wszyscy byli aktywni fizycznie, choć
infrastruktura sportowa pozostawiała wiele do życzenia - wspomina.
Trzeba jednak zaznaczyć, że choć wyjazd na Bałkany poprawił jej sytuację
finansową, to pobyt w Belgradzie przypadł na okres poprzedzający wojnę w tym regionie Europy.
- Pojechałam kiedyś na drugi koniec miasta do mojej koleżanki z Bułgarii, którą znałam z meczów reprezentacji. Kiedy przebywałam w jej
domu, na jedną z głównych ulic pod budynkiem telewizji wyjechały czołgi.
Doszło do zamieszek, była strzelanina i ofiary. Na noc musiałam zostać u koleżanki, nie było mowy o powrocie do mojego mieszkania. Rodzina, która
została w Polsce, nie mogła się do mnie dodzwonić, wszyscy umierali ze
strachu, bo to przecież nie były czasy telefonów komórkowych - opowiada
i dodaje, że w tamtych latach praktycznie każdy w Jugosławii miał broń i nawet podczas chrzcin czy wesel urządzano zabawy z użyciem pistoletów.
- Mentalność ludzi z Bałkanów jest, mówiąc delikatnie, dość specyficzna.
Gdy zbliżała się wojna, po Belgradzie jeździli przedstawiciele innych
narodowości niż serbska i strzelali w okna mieszkań. Bywały przypadki,
że człowiek spokojnie oglądał sobie telewizję w pokoju i za chwilę już
nie żył. Czasem też gdy ktoś miał otwarty balkon, wrzucali do mieszkań
petardy. Jedna wpadła kiedyś do mojego. Moją czteroletnią wówczas córkę
obudził potworny huk. Do dziś jest to dla niej traumatyczne przeżycie -
przywołuje wydarzenia sprzed lat.
Karkut podkreśla jednak, że pobyt w każdym z krajów coś jej dał.
Wszędzie uczyła się języków, bo uważała to za swój obowiązek. Wszędzie
też nawiązała przyjaźnie, które przetrwały próbę czasu.
- Mogłabym narzekać na to, co spotkało mnie w Jugosławii. Trener
przychodził na zajęcia z kawką, gazetką i papieroskiem. Poza tym często
się spóźniał i ostro traktował zawodniczki. Latem w hali bez
klimatyzacji w temperaturze 40 stopni Celsjusza organizował po trzy
treningi dziennie. W ich trakcie nie pozwalał pić wody i kazał ćwiczyć w dresach. Wszystko po to, by w sezonie, gdy będzie chłodniej i ściągnie
się dres, czuć się lżej i swobodniej na parkiecie. Pomimo takiego
sposobu przygotowań osiągnęłam życiową formę i na mistrzostwach świata w 1990 roku w Korei Południowej zostałam królową strzelczyń i najlepszą
prawoskrzydłową. Pobyt w Belgradzie to była taka szkoła życia. Z kolei w Norwegii nauczyłam się czerpania radości z gry. U nas zawodnicy nie
cieszyli się wtedy po zdobyciu bramki. Piłka w siatce oznaczała tylko
dobrze wykonaną robotę. Nikt tego specjalnie nie celebrował. A tam
dziewczyny kazały mi podnosić rękę w geście triumfu po każdym trafieniu.
Kilka miesięcy minęło, zanim weszło mi to w krew. Ponadto w Norwegii
była taka zasada, że każda zawodniczka co jakiś czas prowadziła treningi
z grupami młodzieżowymi. To doświadczenie pomogło mi potem w pracy
trenerskiej. Najbardziej w nowej roli przydały mi się jednak obserwacje
poczynione w Austrii, bo grałam tam pod okiem naprawdę wybitnych
trenerów - ocenia.
Matka
Patrząc na sportowców i szkoleniowców, często oceniamy ich jedynie przez
pryzmat tego, co dzieje się na arenie. Nic dziwnego, że dla wielu Karkut
to tylko była zawodniczka i trenerka. Ale zgodnie stwierdziliśmy, że w swoim życiu pełniła jeszcze jedną, istotniejszą rolę. Rolę matki.
- Pierwsze dziecko straciłam. Synek się urodził, ale niedługo później
zmarł. Dlatego gdy na świat przyszła potem upragniona córka, bardzo
bałam się o jej zdrowie - powiedziała, ale pomiędzy słowami robiła
długie pauzy. Widziałem, że próbowała zachować spokój, lecz w pewnym
momencie w jej oczach pojawiły się łzy. Trochę pomilczeliśmy.
- Kiedy zorientowałam się, że po raz drugi jestem w ciąży, akurat
zaczęło się mówić o katastrofie w elektrowni jądrowej w Czarnobylu.
Okres oczekiwania na poród to ciągły strach i obawy, czy to, co stało
się w ZSRR, może jakoś wpłynąć na mnie, a szczególnie na moje dziecko.
Córka urodziła się długo przed planowanym terminem. Kilka lat później
nagle zachorowała, przez tydzień miała olbrzymią gorączkę, bo termometr
cały czas pokazywał 40 stopni. Szpital opuściła bez diagnozy, lekarze
nie potrafili stwierdzić, co się z nią działo. Wciąż się o nią martwię.
Śmiało mogę powiedzieć, że gdy była mała, to na nią chuchałam i dmuchałam, żeby tylko nic złego jej się nie przytrafiło. Ale dzięki niej
stałam się mocniejsza. Wróciłam na parkiet już dwa miesiące po porodzie.
To dziś się praktycznie nie zdarza. Od razu wystąpiłam w meczu ligowym.
Mierzyłyśmy się ze Startem Gdańsk. Nigdy nie czułam się tak dobrze na
boisku! Wszystko mi wychodziło, rozegrałam jedno z najlepszych spotkań w życiu. Gdy trafiłam do austriackiego Hypo Niederösterreich, przed
rozpoczęciem jednego sezonu trener Gunnar Prokop powiedział, że celem
zespołu jest zdobycie Pucharu Europy i ten cel rzeczywiście udało nam
się później zrealizować. Mówił: "Wierzę w to, bo mam w drużynie
czternaście matek. A matki są mocne. Matki są zorganizowane. Matki sobie
poradzą". To było wspaniałe - opowiadała mi pani Bożena drżącym głosem.
- Grałam, gdy miałam małe dziecko, a zatem wiem, jakie to wyzwanie.
Przez lata, kiedy jechałam na jakiś obóz, zostawiałam córkę w domu.
Dopiero w Austrii wraz z innymi zawodniczkami miałam szansę, by brać ze
sobą dziecko, a kto chciał, mógł też zaprosić męża czy nianię. Dziś to
dla mnie oczywiste, by moje piłkarki miały takie możliwości - podkreśla.
- Czasem zbliża się ważny mecz, ale zawodniczka dzwoni do mnie z płaczem
i informacją, że dziś nie jest w stanie trenować, bo całą noc nie spała
i musiała zajmować się dzieckiem. Nie jestem trenerem, który w takich
chwilach mówi: "Masz zapłacone, masz trenować". Rozumiem je, więc też
inaczej reaguję na takie komunikaty. Nie da się jednak ukryć, że
kobiety, które chcą wejść na szczyt w sporcie czy innych dziedzinach
życia, muszą mieć osobowość, muszą radzić sobie z presją i wieloma
przeciwnościami. Trudno jest nam ułożyć sobie życie prywatne. Wyjazdy na
obozy, zgrupowania i mecze nie dają nam zbyt dużo czasu choćby na lepsze
poznanie naszych przyszłych partnerów. Być może dlatego wiele z nas jest
po rozwodach - opowiada.
Pani Bożena zawsze martwiła się o swoje dzieci i zawodniczki oraz ich
rodziny. W pewnym momencie jednak równie mocno zaczęła martwić się o siebie. Podczas przygotowań do sezonu 2021/22, w którym Zagłębie
sięgnęło po mistrzostwo, zdiagnozowano u niej nowotwór. W sierpniu 2021
roku przeszła operację, a następnie radioterapię.
- Znalazłam się w sytuacji, w której człowiek zaczyna zadawać sobie
różne pytania. Tych pytań było coraz więcej, gdy zbliżały się kolejne
badania i operacja. O chorobie dowiedziałam się na początku przygotowań,
więc uznałam, iż muszę powiedzieć o tym prezesowi klubu, by na wszelki
wypadek rozejrzał się za nowym szkoleniowcem, gdyby wydarzyło się coś
złego. Musiałam brać pod uwagę nawet najgorszy scenariusz. Wtedy
usłyszałam: "Co będzie, to będzie. Na razie pracuj. Nikogo szukać nie
będziemy". Czułam wsparcie szefa. Podobnie było w drużynie. Dziewczynom
również powiedziałam o diagnozie, by oswoiły się z myślą, że za chwilę
być może będą pracować z innym trenerem. Najpierw zrobiło się smutno.
Ale po treningu zawodniczki mnie przytulały, zapewniały, że wszystko
będzie dobrze. Gdy jechałam do szpitala na operację, to od każdej z nich
dostałam jakąś wiadomość. Każda z nich była piękna, każda dodawała mi
sił. W trakcie sezonu bardzo pomogła mi Renata Jakubowska - moja
asystentka i była znakomita szczypiornistka. Były dni, że słabo się
czułam. Wtedy zawodniczki podchodziły do mnie i mówiły, że jak chcę
odpocząć, to spokojnie mogę iść do domu i mam się nie martwić, bo one
wszystko razem z Renią zrealizują. To koresponduje z moimi
wcześniejszymi słowami o rodzinnych relacjach w Zagłębiu. Jedna z najmłodszych piłkarek powiedziała mi, że jej mama jest pielęgniarką i jak będzie trzeba coś załatwić w szpitalu, to ona zadziała. Inna z kolei
szukała rozwiązań z obszaru medycyny niekonwencjonalnej, które mogłyby
mi pomóc, tak jak pomogły jej mamie. One wszystkie chciały mnie
wyleczyć. To było takie urocze! Mam naprawdę boski zespół - stwierdziła
wyraźnie wzruszona. - Przeszłam wiele, za mną dużo trudnych chwil. Sport
mi w nich pomógł, bo miałam do czego wracać. Ja dzięki niemu żyję -
dodała, a po jej policzkach znów popłynęły łzy. Na szczęście dziś czuje
się już dobrze.
- W walce z chorobą pomogła mi również wiara. Religia jest dla mnie
bardzo ważna. Przed meczami zostaję w szatni, lubię porozmawiać sobie z Bogiem. Wtedy jestem spokojniejsza - zaznacza trenerka, której zespół
podczas spotkań pobudza się łacińskim zawołaniem "Sursum corda!"
tłumaczonym na język polski jako "W górę serca!" i wypowiadanym podczas
mszy świętej.
Pisząc o Bożenie Karkut, nie można zapomnieć, że pracuje ona również
jako nauczycielka w liceum SMS Zagłębie Lubin będącym niepubliczną
Szkołą Mistrzostwa Sportowego. Zresztą władze szkoły także bardzo jej
pomogły w trakcie choroby.
- Im też należą się podziękowania. Pracując w szkole, widzę, że
nastolatkowie coraz rzadziej garną się do trenowania różnych dyscyplin.
W ostatnich latach podejście dzieci do sportu bardzo się zmieniło i niestety wszystko zmierza ku gorszemu. Mam coraz większe dylematy
podczas naborów i zajęć. Niekoniecznie trafiają do nas ci, którzy mają
predyspozycje, ale z drugiej strony, czy wypada im zwracać uwagę i zaostrzać treningi, gdy widać, że chcą ćwiczyć i wylewają pot, a ich
rówieśnicy tylko siedzą w domach przed komputerem? Non stop trzeba
wprowadzać korekty do programu zajęć, bo z każdym rokiem dzieci są coraz
mniej sprawne. Poza tym byle co sprawia, że się zniechęcają. Najmłodsi
są przebodźcowani i widzą, że są łatwiejsze drogi do sławy i pieniędzy
niż ta wiodąca poprzez sport. Jeśli cokolwiek chcemy zmienić, to musimy
doprowadzić do sytuacji, w której WF w szkole będzie stał na wyższym
poziomie i uczeń pozna na lekcjach różne dyscypliny. Trzeba zacząć od
podstaw, ale dziś mało kto o nich myśli - podkreśla Karkut, która w dzieciństwie chciała zostać weterynarzem, a od lat jest inicjatorką
różnych zbiórek na rzecz pokrzywdzonych zwierząt. Jej główną pasją obok
sportu jest jednak historia. Głównie historia Polski, a w szczególności
okres związany z naszą walką o niepodległość.
- Dziadek był żołnierzem Armii Krajowej we Lwowie, mama zakładała
struktury Solidarności na AWF we Wrocławiu, a wszyscy jej bracia
działali przez lata w opozycji. Teraz na ich grobach w rocznicę śmierci
pojawiają się znicze od władz państwowych. Ja też jestem patriotką z krwi i kości. Nigdy nie wstydziłam się polskości, gdy występowałam w klubach zagranicznych. Chyba byłam niezłą ambasadorką, bo wielokrotnie
słyszałam od różnych osób w innych krajach, iż wpłynęłam na to, że
zmienili swoje zdanie o Polsce. Na lepsze! - powiedziała z uśmiechem na
zakończenie trwającej kilka godzin rozmowy w jej rodzinnym Wrocławiu. Do
hotelu wróciłem z przekonaniem, że właśnie spotkałem jedną z najbardziej
niezwykłych kobiet w polskim sporcie.
BOŻENA KARKUT
Urodzona w 1961 roku we Wrocławiu. Była reprezentantka Polski w piłce
ręcznej. Z ekipą AZS AWF Wrocław sięgnęła po mistrzostwo kraju w 1984
roku. Królowa strzelczyń i najlepsza prawoskrzydłowa mistrzostw świata w 1990 roku. Z austriackim klubem Hypo Niederösterreich dwa razy
triumfowała w Lidze Mistrzyń (1998 i 2000). Po zakończeniu kariery
została trenerką. Od 2000 roku prowadzi kobiecą drużynę Zagłębia Lubin,
z którą przez 23 lata zdobyła 4 złote, 11 srebrnych i 3 brązowe medale
mistrzostw kraju oraz 8 razy sięgała po Puchar Polski.