TraumaLove. Nieutulone dziecko we mnie - Aga Siedlecka

Kup ebooka

32.99 zł
26.39 zł (23,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Na pewno jest takie miejsce, do którego uciekasz w trudnych chwilach. Choćby tylko w wyobraźni. Ja chowam się na plaży. Siadam, zamykam oczy i przenoszę się nad brzeg morza. Słucham szumu fal, poruszam ciałem w ich rytmie. Oddycham miarowo i czuję, jak zimne, przesycone solą powietrze wdziera się do nosa, krtani i płuc. To porządkuje moje myśli, uspokaja zamęt w głowie, łagodzi napięcie w ciele.

Czasami, gdy jest mi wyjątkowo ciężko i nie potrafię przenieść się nad morze - przecież to tak bardzo daleko! - w wyobraźni przytulam kota. Słyszę mruczenie, czuję miękkość jego futra, wdycham kojący zapach sierści rozgrzanej promieniami słońca.

Zawsze wtedy świat na chwilę się zatrzymuje. A ja się uspokajam.

Masz takiego kota? Taką plażę?

A może kamień przypominający ci beztroskie wałęsanie się po górach lub wizytę w jaskini, który nosisz w kieszeni i ściskasz, gdy masz ochotę zniknąć lub wybuchnąć? Możliwe, że to dokładnie zapamiętany moment przytulenia najlepszego przyjaciela, kochanka, siostry? Chwila, która składa się z czułości i poczucia bezpieczeństwa, jakie sprawia, że wszystko wraca na swoje miejsce.

Ja przechadzam się po plaży. I staram się wyłącznie być.

To niełatwe dla kogoś, kto nauczył się nie czuć, odcinać się od ciała i emocji, trwać w napięciu, nie zwracać na siebie uwagi. Być może tkwisz właśnie w takim miejscu. Wydaje ci się, że w twoim życiu nie było dobrych chwil. Czujesz się niezauważony(-na), nieważny(-na), skrzywdzony(-na), nieogrzany(-na). Sięgasz po używki, zapominasz się w działaniu, ulegasz impulsom, wybuchasz niepohamowanym gniewem. Wszystko po to, by odreagować poczucie pustki, frustrację i krzywdę, jakiej zaznałeś(-łaś). Która tkwi w tobie jak drzazga. Uwierz mi - każdy potrafi odnaleźć dobre wspomnienie, zatem całkiem możliwe, że jeśli się postarasz wyłowisz je z otchłani pamięci. Albo stworzysz ten moment teraz. Tę dobrą chwilę, do której będziesz mógł ( - ła) potem wracać, gdy życie zbyt ci dopiecze. Ten balans między przytłoczeniem a harmonią umożliwi zmianę, z czasem coraz większą.

To trudne i nie dzieje się od razu, ale warto odbyć tę podróż - aby zacząć żyć z wdzięcznością za tu i teraz, spojrzeć na świat inaczej, porzucić stare przekonania.

Choćby po to, by móc stworzyć prawdziwą i głęboką relację z drugim człowiekiem.

Poniższa opowieść jest rezultatem moich wieloletnich przemyśleń właśnie na temat relacji. Próbą odpowiedzenia sobie na pytanie: dlaczego jednym się udaje i odnajdują partnerów, z którymi tworzą stabilne i szczęśliwe związki na długie lata, a dla innych każda relacja to pasmo niekończącego się bólu i chęci ucieczki? W końcu znalazłam odpowiedź. Niektórzy z nas noszą w sobie niezagojoną ranę z najwcześniejszych lat swojego życia, będącą swoistym kompasem, dzięki któremu znajdują partnera z własnymi okaleczeniami. Tak powstają związki koluzyjne. Związki łączące ludzi w relacje pełne cierpień, niedokończonych spraw i niespełnienia. Szukamy w nich uzdrowienia, a odnajdujemy wyłącznie kolejne rany. Czy da się wyjść z tego labiryntu? O tym właśnie jest ta książka.

Marta

OBRAZ PIERWSZY

Marta jest mała. Ma może cztery lata. Stoi przed sypialnią rodziców. Mama właśnie pokłóciła się z tatą i zamknęła drzwi przed córką - a w zasadzie trzasnęła nimi tuż przed jej nosem. Mała dziewczynka nie wie, co robić, jest zagubiona, drży na całym ciele. Bardzo by chciała, żeby ktoś ją przytulił, pocieszył i uspokoił. Nie lubi, jak rodzice się kłócą. Zwłaszcza gdy mama tak strasznie krzyczy. Marta się wtedy bardzo boi. Brakuje jej powietrza.

- Mamo! - woła i puka delikatnie w drzwi.

Nikt nie odpowiada.

- Mamo, mogę wejść? - pyta znowu.

I wciąż słyszy jedynie ciszę.

Odchodzi zrezygnowana. Chowa się w swoim pokoju. Kładzie się na łóżku i nakrywa po czubek głowy. Teraz dopiero czuje się bezpieczna. Leży tak aż do wieczora. Chyba zasypia. Nikt nie robi jej kolacji, bo mama nie wychodzi z pokoju aż do następnego dnia, taty nie ma w domu, a starsza siostra wyjechała z klasą na wycieczkę. Marta czuje się nieswojo, idzie spać głodna.

Nazajutrz mama wciąż się nie odzywa. I tak przez kilka kolejnych dni. Niby przygotowuje córkom posiłki, ale ostentacyjnie omija dziewczynki wzrokiem. Kiedy czegoś od niej chcą, wzdycha poirytowana. Nic jednak nie mówi. Ojca praktycznie nie ma - wychodzi rano, wraca wieczorem. Rodzice ze sobą nie rozmawiają. W domu panuje upiorna cisza. Marta także przestaje się odzywać. Jej myśli wciąż krążą wokół mamy i tego, co ona - mała dziewczynka - zrobiła źle, że tak ją rozgniewała, i jak mogłaby to naprawić.

Siedziała na podłodze pośrodku pokoju z widokiem na pięknie oświetlone wieże wrocławskiej katedry. Obok stała prawie pusta butelka czerwonego wina. Nie dobrego, drogiego, z korzennym posmakiem - to był trunek codziennego użytku (a może raczej: spożytku), jaki można kupić w każdym dyskoncie. Bułgarski albo mołdawski - nieistotne, byle dał odrobinę wytchnienia. Ulgi, którą Marta czuła po każdym kolejnym łyku.

Butelkę otworzyła od razu po wejściu do domu; ledwie zdążyła zdjąć kurtkę i buty. Sięgnęła po korkociąg, który przywiozła z podróży do Włoch, szybko wkręciła go w miękki korek, a zaraz potem opróżniła duszkiem pierwszy kieliszek.

Nadal w stroju korporacyjnym, obcisłej spódniczce i sztywnej bluzce, osunęła się na fotel. Omiotła spojrzeniem swój pokój: przestronny salon z kuchnią, urządzony w nowoczesnym stylu. Zawsze o takim marzyła. Kilka dających subtelne oświetlenie lamp, na które polowała przez parę dobrych lat. Meble z jasnego drewna, szara sofa, drewniane podłogi. I ten widok za oknem!

Tak, lokalizacja jej pierwszej własnej kawalerki była rewelacyjna. Budynek w niemal samym centrum miasta. Dobre sąsiedztwo. Sklepy w pobliżu. Do pracy w zasadzie mogła chodzić na piechotę.

- Cholera - syknęła i się skrzywiła, kiedy przechyliła butelkę i zobaczyła, że wino niedługo się skończy. - Jakoś szybko dzisiaj poszło.

Na szczęście poczuła lekki szum w głowie i się uspokoiła. Liczyła, że uda jej się przebrnąć przez resztę wieczoru i zasnąć, by rano znowu wstać do pracy i grać rolę swojego życia. To był jej największy niepokój: żeby udało się zasnąć. Nienawidziła nieprzespanych nocy. Obawiała się ich. Musiała wtedy bowiem mierzyć się ze swoimi myślami - a tego nie chciała najbardziej na świecie.

Z westchnieniem podniosła się z fotela i poszła do łazienki. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Zobaczyła jasną twarz obiektywnie atrakcyjnej kobiety przed czterdziestką. Nijakiej. Żadnej. Jednej z tych, jakich na ulicach miast mija się setki. Lekko rozmazany makijaż, zmęczone spojrzenie.

Zmierzwiła włosy dłonią i skrzywiła usta w wyuczonym uśmiechu, którym codziennie obdarzała wszystkich wokół. Nawet na chwilę sama uwierzyła w swoje kłamstwo, które sprzedawała na zewnątrz - że jest silna, że daje sobie radę i jak nikt inny ugasi każdy pożar. A jej spokój, wiedza i serdeczność wynikają z jej wewnętrznej harmonii.

Bo przecież nikt nie wiedział, że w środku jest kłębkiem nerwów. Że czuje lęk przed każdym dniem, przed każdą decyzją, którą musi podjąć. Że zanim napije się wina, gardło zaciska się jej tak bardzo, jakby miała się zaraz udusić. Że codziennie walczy o każdy oddech, jak gdyby była na wojnie. Ucisk w żołądku z powracającymi falami mdłości męczą ją od samego rana. A zęby ścierają się od wiecznego zaciskania szczęki. Zwłaszcza w nocy.

Nikt nie wiedział, z czym mierzy się każdego dnia. Każdy widział ją taką, jaką ona sama ujrzała teraz w lustrze: z przyklejonym uśmiechem, z pełnym życzliwości spojrzeniem. Bo taka właśnie chciała być: przydatna, miła, zawsze gotowa, żeby coś pożyczyć, o czymś pogadać, coś załatwić, wziąć na siebie tyle, ile ktoś dał. Nieważne, że to wszystko z trudem udawało się udźwignąć. Marta musiała podołać. Bo przecież inaczej nikt by jej nie polubił. Nie przyjął. Nie chciał.

Chciała taka być. Od lat właśnie tak funkcjonowała. Z olbrzymim strachem myślała, co się stanie, jeśli już nie udźwignie tego ciężaru, który coraz mocniej dusił ją nad ranem. Chciała być taka, bo taką sobie siebie wymyśliła. A jaka była naprawdę? Tego nie wiedziała. Bez alkoholu, wiecznej gonitwy w pracy, myślenia o sprawach bieżących czuła bowiem pustkę.

Wielką, ziejącą pustkę. Tam, w jej środku, nie było nikogo. Kompletnie nikogo. No... może oprócz kłębka strachu. Marta nie czuła nic. Ani swojego ciała, ani swoich emocji; ani smutku, ani radości. To ją przerażało. Jednocześnie bała się, że ktoś dostrzeże tę okropną pustkę. Że ci wszyscy, którzy na pewno w środku czują się sobą, odkryją, jaka z niej oszustka. Ta, która nic sobą nie reprezentuje, jest tylko wydmuszką. I wtedy ją osądzą. Odrzucą. Zostawią samą z jej pustką.

Co się wtedy stanie?

- Boże, Marta, jak ty sobie świetnie radzisz! - słyszała często, gdy spotykała się z tą czy inną znajomą. - Masz własne mieszkanie, dobrą pracę, drogie ciuchy i perfumy. Jak ty to robisz?

Większość jej koleżanek z dzieciństwa nie zaszła "tak daleko". Zostały w Świdnicy i okolicznych wsiach. Powychodziły za mąż, porodziły dzieci. Siedziały teraz na nie swoich śmieciach i musiały zmagać się z niezbyt rozgarniętymi mężami, chorobami dzieci lub zawistnymi teściowymi. To głównie te znajome z przeszłości jej zazdrościły.

Ale Marta chętnie zamieniłaby się z nimi. Byle coś poczuć! Przestać się bać. Oddać komuś odpowiedzialność za swoje życie. Szaleńczo pragnęła odetchnąć wreszcie pełną piersią. Tak bardzo chciała odpocząć, zrzucić z siebie to przeokrutne zmęczenie, które nie dawało nadziei, że kiedykolwiek będzie mogła poczuć się lżej.

Wzięła prysznic, owinęła się pachnącym perfumami szlafrokiem i poszła do salonu. Dolała sobie resztkę wina, usiadła w wygodnym fotelu i zerknęła w telefon. Czuła się lepiej oszołomiona alkoholem, ponieważ stłumił on lęk. Miała już luz i odwagę, aby zacząć oglądać zdjęcia znajomych na Facebooku. Odważyła się też wejść na konto Pawła, jej byłego partnera, z którym spędziła ostatnich dziesięć koszmarnych lat swojego życia.

Miał już kogoś. Na zdjęciach prezentował się w objęciach nowej kobiety. Wyglądał na zadowolonego. Przejrzała kilka fotek z ich wakacji. Byli gdzieś bardzo daleko, bo zdjęcia wyglądały na egzotyczne. W sumie powinna chyba czuć zazdrość, bo z nią nie chciał podróżować. Ale jedynym, czym mogła to skwitować było westchnienie ulgi. Ostatnie lata z nim to był prawdziwy rollercoaster.

Rozstali się ponad rok temu, a ona dopiero niedawno zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że tak długo ze sobą wytrwali. Że ona tyle wytrwała. Dopiero niedawno dotarło do niej, że Paweł był jej własną matką tylko w męskim wydaniu. Może tylko trochę mniej agresywnym i wymagającym. A ona chciała związać się z nim na stałe!

Szybko zamknęła profil byłego.

- Brrrrr! - Wzdrygnęła się i dopiła ostatni łyk.

Najwyższy czas położyć się do łóżka. Osiągnęła stan upojenia, który pozwalał jej bez trudu zasnąć i śnić nijakie sny. Co prawda budziła się codziennie około trzeciej nad ranem, czasem z krzykiem przerażenia, że coś zawaliła, dokądś nie dotarła, zaspała albo czegoś nie dopilnowała. Ale kilka godzin udawało jej się przespać, a to było warte tej ilości wina, którą wlewała w siebie każdego wieczoru od wielu lat. Inaczej już się nie dało. To jedno stanowiło obietnicę dobrego, spokojnego życia na miarę Marty.