Traper Sępi Dziób - Karol May

Kup ebooka

3.84 zł
3.30 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CUDACZNY LORD

 

Małe czółno zwinnie posuwało się po falach i wkrótce przybiło do lądu. Rzekomo ranny mruknął zadowolony.

- Nareszcie! Ależ durnie, ci Anglicy! Nawet na pustkowiu nie rozstają się z cylindrem. Do diabła! Co to za długi nochali?

Sępi Dziób wysiadł z czółna, pozostawiwszy w nim obu wioślarzy, i zbliżył się powoli do leżącego na ziemi Meksykanina. Polecił wioślarzom natychmiast uciekać, gdyby zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

Meksykanin usiłował podnieść się na łokciu.

- Och, senior, jak ja cierpię! - jęknął.

Sępi Dziób zsunął binokle na koniec nosa, obejrzał leżącego spode łba, dotknął go ostrożnie parasolem i rzekł skrzekliwym głosem:

- Cierpi? Where? Boli?

- Jeszcze jak!

- Miserable! Bardzo miserable! Jak się master nazywa?

- Ja?

- Tak.

- Federico.

- Kim jesteś?

- Vaquero.

- Goniec od Juareza?

- Tak.

- Jakie wiadomości?

Meksykanin skrzywił się i znowu jęknął, jak gdyby przeszył go straszliwy ból. Tymczasem Sępi Dziób rozglądał się uważnie. W pobliżu nie ujrzał żadnych śladów. Także i na skraju lasu nie dostrzegł nic podejrzanego.

- Czy to pan jest lordem Drydenem?

- Tak. Co masz mi do powiedzenia?

- Juarez jest w drodze. Kazał pana prosić, aby się senior w tym miejscu zatrzymał i oczekiwał go.

- Ach! Wonderfull! Gdzie on jest?

- Przypłynie rzeką.

- Skąd?

- Z Paso del Norte. Wyruszył stamtąd przed dwoma tygodniami. Szybciej nie można przebyć takiej odległości.

- Doskonale. Rozumiem, że wszystko w porządku. A więc pojadę dalej. Na pewno spotkam Juareza po drodze.

Z godnością odwrócił się i udawał, że zamierza odejść. Wtedy Meksykanin zerwał się na równe nogi i gwałtownie chwycił go w pół.

- Zostań, milordzie, jeśli panu życie miłe! - zawołał. Choć Sępi Dziób miał dość siły, by uwolnić się od napastnika, zesztywniał, jak gdyby go strach sparaliżował.

- Do kata, co wyczyniasz?! - krzyknął.

- Jest pan moim jeńcem!

- Ach! Oszustwo! Nie chory?

- Nigdy nie byłem taki zdrowy - roześmiał się Meksykanin.

- Łotr! Dlaczego?

- Aby pana schwytać, milordzie!

- Dlaczego schwytać?

- Z powodu ładunku, który znajduje się na pańskich łodziach.

- Moi ludzie mnie uwolnią!

- Ci tchórze?! Czy widzi pan, jak wioślarze uciekają? A teraz niech się pan obejrzy, milordzie!

Wioślarze istotnie odbili od brzegu w tym samym momencie, gdy Sępi Dziób pozwolił się schwytać. Traper odwrócił się i zobaczył, jak z lasu wyjeżdża oddział jeźdźców. W kilka sekund później otoczyli go. Udając zdumienie i zakłopotanie, gwałtownie potrząsał parasolem. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Kiedy Cortejo zbliżył się do jeńca, rozczarowanie odmalowało się na jego twarzy.

- Kim pan jest? - zapytał.

- A pan kim? - mruknął Sępi Dziób.

- Pytam, kim pan jest! - huknął Cortejo.

- To ja się pytam, kim pan jest! - odwzajemnił się traper. - Jestem Englishman, przednie wykształcenie, przedni ród. Daję pierwszeństwo panu.

- No dobrze! Nazywam się Cortejo.

- Cortejo? Może Pablo?

- W istocie tak - z dumą odpowiedział kandydat na prezydenta.

- Thunderstorm! - zaklął Sępi Dziób. - To szczególne!

Okrzyk ten był szczery. Sępi Dziób naprawdę się zdumiał, że widzi przed sobą Corteja. Nawet się ucieszył.

- Szczególne, nieprawda? - roześmiał się Cortejo. - Nie spodziewał się pan tego. Ale teraz niech pan powie, kim jest!

- Nazywam się Dryden.

- Dryden? To kłamstwo! Dobrze znam lorda Drydena. Pan nim nie jest!

Sępi Dziób nie stracił animuszu. Swoim zwyczajem wyplunął długie, cienkie pasmo soku tytoniowego. A kiedy przeleciało tuż koło nosa Corteja, odpowiedział obojętnym tonem:

- Faktycznie, nie jestem nim. Cortejo fuknął gniewnie:

- Uważaj, gdzie plujesz, senior!

- Tak też postępuję. Trafiam tylko tego, kogo chcę trafić.

- Wypraszam sobie! No, więc nie jest pan lordem Drydenem?

- Nie.

- Ale czemu podawał się pan za Drydena?

- Ponieważ jestem nim.

Spokój Sępiego Dzioba wyprowadził Corteja z równowagi.

- Do licha! Jakże to zrozumieć?! Nie jest pan nim, a jednak jest?

- Czy był pan kiedyś w Old England? - zapytał Sępi Dziób.

- Nie.

- Nic więc dziwnego, że pan nie rozumie. Tytuł lorda przysługuje tylko najstarszemu synowi.

- A więc jest pan młodszym synem Drydena.

- Yes.

- Jak panu na imię?

- Lionel.

- Ale nie jest pan wcale podobny do swojego ojca! Sępi Dziób znowu splunął tuż koło twarzy Meksykanina.

- Nonsens.

- Zaprzecza pan?

- Yes.

- Zaprzecza pan, że nie jest podobny do swego ojca?

- Zaprzeczam, i to bardzo. Nie ja jestem niepodobny do niego, lecz on nie jest podobny do mnie.

Dziwaczne odpowiedzi schwytanego, jego pewność siebie i spokój zbiły Corteja z tropu. Nie wiedział, jak się zachować. Toteż milczał jakiś czas.

- Ale ja oczekuję pańskiego ojca - odezwał się wreszcie.

- Lorda Henry'ego? Dlaczego?

- Dowiedziałem się, że wiezie transport.

- Nieprawda! To moje zadanie.

- Gdzie w takim razie jest lord Henry?

- U Juareza.

- Ach! Więc wyjechał naprzód! Ale dokąd?

- Juarez, jak mi wiadomo, przebywa w Paso del Norte.

- A dokąd wy dążycie? - Do fortu Guadalupe.

Drwiący, zwycięski uśmiech przemknął przez twarz Corteja.

- Tak daleko nie dojedziecie. Musicie się tutaj zatrzymać i oddać mi wszystko.

Rzekomy Anglik powiódł dokoła wzrokiem, niby obojętnie, w roztargnieniu, ale w istocie było to spojrzenie bardzo przenikliwe. Przez moment przyglądał się koniom. Już wiedział, którego wybierze.

- Oddać panu? - wycedził flegmatycznie. - Dlaczego panu?

- Ponieważ potrzeba mi bardzo tego wszystkiego, co pan wiezie.

- Bardzo potrzeba? Niestety, nie mogę nic sprzedać. Absolutnie nic.

- Och, senior, nie mówię o sprzedaży. Podaruje mi pan cały ładunek wraz z łodziami i statkami.

- Podaruję? Niczego nie podaruję.

- A jednak zmuszę pana!

- Zmusi mnie pan? - roześmiał się traper. Wzruszył ramionami i splunął tak celnie, że ślina trafiła w kapelusz Corteja.

- Do pioruna! - zawołał Meksykanin. - Co panu przyszło do głowy! Czy wiesz pan, co to za obraza?

Sępi Dziób nie tracił spokoju.

- Jestem Englishman. Gentleman może pluć, gdziekolwiek zechce. Komu się to nie podoba, musi mu zejść z drogi.

- Oduczę pana tych żartów! Musi pan zaraz obiecać, że odda nam cały ładunek.

- Nic z tego.

- Zmuszę pana! Jest senior moim jeńcem!

- Phi! - traper plunął obok nosa Corteja, nie przestając wywijać parasolem w powietrzu. - Jeniec? Znakomicie! Bardzo znakomicie! Już dawno chciałem być jeńcem!

- No, w tym przypadku pańskie życzenie się spełni. Proszę rozkazać swym ludziom, aby nie płynęli dalej.

- Dobrze.

Powiedział to takim tonem, jak gdyby godził się na żądanie Corteja. Wziął parasol pod pachę, przystawił obie ręce do ust i zawołał tak głośno, aby usłyszano go na parowcu:

- Zatrzymać się tu! To Pablo Cortejo!

- Do diabła! Co pan "wyprawia! Po co ich pan powiadamia, kim jestem? - denerwował się Cortejo.

- Przecież pan chciał tego - zauważył obojętnie traper.

- Wcale nie. Zresztą nie wystarczy, by łodzie się zatrzymały. Muszą przybić do brzegu.

Sępi Dziób potrząsnął głową.

- Tego im nie rozkażę. Nawet zabronię.

- Potrafimy panu przeszkodzić! Ilu ma pan ze sobą ludzi?

- Nie wiem. Nieraz zdarza mi się coś zapomnieć, a przypominam sobie dopiero po pewnym czasie.

- Wkrótce się dowiemy. Niech pan zawoła, by parowce przybiły do lądu!

- Nie zrobię tego.

Cortejo położył rękę na ramieniu trapera.

- Senior Dryden, łodzie muszą przybić, zanim się ściemni. Jeżeli pan nie wyda odpowiedniego polecenia, potrafię pana zmusić do tego!

- Zmusić? Mnie?! W jaki sposób?

Sępi Dziób wciąż trzymał parasol pod pachą. Ręce włożył do kieszeni spodni. Jego mina była tak obojętna, jak gdyby żadne niebezpieczeństwo nie mogło mu grozić.

- Chłostą! - zagroził Cortejo. - Każę panu wymierzyć pięćdziesiąt batów!

- Pięćdziesiąt? Tylko tyle?

- Senior, pan jest chyba obłąkany?!

- Well! A pan nie?

- Skoro panu pięćdziesiąt batów za mało, każę pana tak długo ćwiczyć, dopóki senior nie będzie miał dosyć.

Sępi Dziób wzruszył ramionami i uśmiechnął się drwiąco.

- Ćwiczyć? Mnie, Englishmana?

- Tak. Może senior być po tysiąckroć Englishmanem i po tysiąckroć synem czy bratem lorda, a mimo to każę pana wychłostać, jeśli natychmiast nie usłucha mnie pan!

- Spróbuj, pan!

- Zejść z koni! - rozkazał Meksykanin.

Nie zauważył spojrzenia, jakie traper rzucił na wspaniałego deresza, z którego zeskakiwał jeden z jeźdźców. Nie zauważył także, jak rzekomy Anglik powoli wysuwał z kieszeni ręce, w których trzymał dwa rewolwery.

- Obiją pana - powtarzał Cortejo - obiją jak nędznego włóczęgę, jeśli natychmiast nie wykona pan mego rozkazu!

- No zobaczymy!

Sępi Dziób chwycił parasol w zęby; nawet jego nie chciał stracić. Błyskawicznie wyciągnął rewolwery i uderzył nimi Corteja między oczy, a następnie zaczął strzelać raz po raz, powalając bandytów.

Cortejo leżał na ziemi nic nie widząc. Wymachiwał rękoma i nogami, drąc się wniebogłosy. Najemnicy zastygli z przerażenia. Nie spodziewali się po tym flegmatycznym Angliku tak nagłego ataku.

Po kilkunastu sekundach myśliwy przestał strzelać i wydał okrzyk do złudzenia przypominający głos sępa. Po chwili go powtórzył - siedział już na wspaniałym dereszu. Spiął wierzchowca ostrogami i popędził ku skrajowi lasu. Tu odwrócił się i zobaczywszy, że Meksykanie wciąż stoją nieruchomo, wydał trzeci, a następnie czwarty okrzyk i znikł pośród olbrzymich drzew.

(...)