PROLOG
Wiele lat temu, Cybertron
Optimus Prime stał na polu bitwy, jakim stała się jego planeta. Kiedyś Cybertron był wspaniałym miejscem, z lśniącymi wieżami sięgającymi nieba. Teraz był zrujnowany, ze zniszczonymi miastami i jałową ziemią. Atak Decepticonów był olbrzymi, a Autoboty zmuszone były formować się w małe grupy ruchu oporu.
Mieli plan. Optimus Prime obserwował, jak wielki statek kosmiczny o nazwie Arka wystartował i przeleciał nad jego głową. Przez krótką chwilę Optimus ośmielił się pomyśleć, że koniec wojny może być blisko. Raptem wrogie myśliwce także wystartowały i poleciały za statkiem. Mniejsze i szybsze krążowniki Decepticonów szykowały się do ataku. To byłaby szybka walka, gdyby pilot statku Autobot (Autobot pełniący funkcję pilota statku/ Autobot pilotujący statkiem) nie był ekspertem od kontroli. Prowadził statek ostro na zakrętach i obracał się, wykonując beczki przez zrujnowane miasta i ukryte wąwozy. Kiedy samotny Autobot pomyślał, że zgubił wrogów, pokierował statkiem w górę, by opuścić atmosferę Cybertronu i uciec w przestrzeń kosmiczną.
Optimus obserwował, jak statek wzlatywał wyżej i wyżej, a wraz z nim rosły jego nadzieje. Ale potem zobaczył ostatniego bojownika-Decepticona, wystrzeliwującego swoje armaty. Arka została trafiona. Drzwi ładowni wybuchły, a statek zaczął obracać się, tracąc kontrolę. Płonący statek spadał w przestrzeń kosmiczną, a Optimus Prime pochylił głowę. Plan nie wypalił - wojna trwała nadal. Nadzieję trzeba będzie odnaleźć w innym miejscu, w innym czasie.
Lato 1961 roku, Stany Zjednoczone
Zachodzące słońce sprawiało, że piasek pustyni lśnił w jego promieniach. Wysoko można było zobaczyć księżyc wznoszący się na coraz ciemniejszym niebie. W kontraście do naturalnego krajobrazu rzędy gigantycznych, nowoczesnych anten radiowych omiatały niebo w poszukiwaniu sygnałów.
W środku, przy panelach sterowania, siedziało dwóch techników. Ich zadaniem było obserwowanie monitorów pod kątem nietypowych sygnałów w przestrzeni kosmicznej. Głównie szukali meteorytów i komet - czegokolwiek, co mogłoby stanowić zagrożenie dla Ziemi. Ale tak naprawdę mieli nadzieję na jakiś sygnał z kosmosu, dowodzący, że istnieje życie na innych planetach. Nagle komputery zaczęły wydawać głośne dźwięki i wyświetlać ostrzeżenie: wykryto UFO. MOŻLIWA KOLIZJA.
Na ekranach radarowych widać było ciemny kształt, lecący w kierunku Ziemi. Ale zanim wszedł w pole grawitacyjne planety, dryfujący obiekt rozbił się na powierzchni Księżyca. Naukowcy wykryli zderzenie na swoich przyrządach. Wiedzieli, że to nie był meteor. Musieli przekazać prezydentowi, że coś wylądowało na Księżycu . . . coś, co mogłoby być obcym statkiem kosmicznym.
Poinformowany o incydencie prezydent zadzwonił do dyrektora NASA, wydając polecenie: "Musimy wysłać ludzi na Księżyc jeszcze w tej dekadzie. Musimy dowiedzieć się, co to za wypadek i musimy wiedzieć o tym wcześniej niż ktokolwiek inny".
20 lipca 1969 roku, Ziemia i Księżyc
Dyrektor NASA stał w pokoju Kontroli Misji. Słuchał wiadomości radiowych. Przez trzeszczące radio usłyszał głos, który powiedział: "Orzeł wylądował. Bez ostrzeżenia, transmisja z Księżyca została przerwana". Wszyscy w Kontroli Misji zaczęli się przepychać, sprawdzać coś na monitorach, wpisywać kody.
- Co się stało? - domagał się odpowiedzi dyrektor.
- Chyba awaria nadajnika - odpowiedział technik.
- Szybko, odzyskaj to! Skontaktuj się z naszymi ludźmi! - krzyczał dyrektor. Komunikacja jednak nie padła. Dyrektor nie wiedział, że obok pokoju Kontroli Misji działało drugie pomieszczenie kontrolne. W tym pokoju, ukrytym przed wszystkimi, przebywało właśnie trzech mężczyzn w czarnych garniturach. Jeden z nich mówił do mikrofonu.
- Orzeł, kryjesz się w skale. Masz misję do wykonania. I masz na to 21 minut.
Na Księżycu astronauci Buzz Aldrin i Neil Armstrong próbowali przyzwyczaić się do chodzenia w niskiej grawitacji. Nie mieli dużo czasu, odbijali się od powierzchni Księżyca w swoich wielkich kombinezonach kosmicznych. Za nimi czekał ich statek, Orzeł, a obok niego wbita amerykańska flaga. Astronauci wspięli się na wzgórze i stanęli jak wryci. Przed nimi, na ziemi, leżał ogromny, rozbity statek kosmiczny. Astronauci znaleźli dziurę w burcie statku i wskoczyli do środka.
Wyglądało na to, że ten dziwny statek został poważnie uszkodzony, gdy doszło do zderzenia. Pył księżycowy pokrył wszystko i astronauci musieli stąpać ostrożnie idąc drogą przez szczątki. Kilka razy prawie wpadli w szczeliny, ale udało im się przedostać i w końcu znaleźli się w miejscu, które było prawdopodobnie pomieszczeniem kontrolnym gigantycznego statku. Astronauci zobaczyli kształt olbrzymiego, metalowego robota, leżącego w pyle.
- Houston, mamy tu istoty pozaziemskie. Bez oznak życia - doniósł Armstrong.
- Zrozumiałem, odbiór. Zróbcie zdjęcia, weźcie próbki i wracajcie do domu. - Usłyszeli odpowiedź. - W końcu okazało się, że nie jesteśmy sami.
- Nie, sir - odpowiedział Aldrin. - Nie jesteśmy sami.