Transfer Pradawny dzwon - Alex Sand, Tomasz Niedzielski

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Oblężenie śpiącego miasta

1

2

3

4

Firewall

1

2

3

4

Płomień w ciemności

1

2

3

Nie jesteś sam

1

2

Infiltracja

1

2

3

Pyton

1

2

3

4

5

6

Legenda Baltazara

1

2

3

Tunel do domu

1

2

3

4

5

W potrzasku

1

2

Powrót króla

1

2

Wielkie zwycięstwo

1

2

Epilog

1

Decyzja

Jeździec galopował najkrótszą znaną mu drogą. Umiejętnie omijał drzewa, krzaki i inne przeszkody stojące na jego drodze do celu. Słońce nie odbijało się od czarnej skóry szczelnie pokrywającej jego głowę i twarz. Tworzyło raczej iluzję, jakby to ciemność pochłaniała całe otaczające go światło. Gładką głowę jeźdźca, bez śladu włosów i zarostu na twarzy, charakteryzował też brak uszu, które umiejętnie zastępowały niewielkie wgłębienia. Od szyi w dół był odziany w kombinezon z czarnych, blado połyskujących łusek. Z bliska można było pokusić się o stwierdzenie, że zarówno kombinezon, jak i buty wykonano ze skóry węża, co dodawało jego sylwetce gibkości i dostojeństwa.

Tętent pędzącego konia brzmiał jak ciężkie uderzenia o stal i roznosił się echem. Siodło zwierzęcia, na którym mroczna postać mknęła tak szybko, jak mogła, także zrobiono z tej skóry, a tuż przy nim, na każdym z brzegów, wisiały długie, czerwone sztylety. Krwiste wzory widniały też na piersi jeźdźca i układały się na niej w symbol przedstawiający węża zjadającego własny ogon. Zarówno ten pieczołowicie wykonany znak, jak i jego czerwony, jaskrawy kolor oznaczały, że ten, który go nosił, pochodzi z wysoko postawionego rodu, a może i nawet z rodziny królewskiej. Rozdęte nozdrza galopującego zwierzęcia nie pozostawiały wątpliwości. Jeździec bardzo się spieszył.

Nie miał czasu do stracenia.

Wreszcie dostrzegł w oddali długo wyczekiwane, wyłaniające się na skraju jego pola widzenia kształty. Były to rozstawione na dużej powierzchni namioty. Widok robił wrażenie, a jego mroczność potęgowały unoszący się nad namiotami pył oraz widoczne z daleka stada ptaków krążących powyżej. Jakby tylko czekały na łatwy posiłek i nieuwagę istot tam obozujących. Jeździec, widząc swój cel, szarpnął mocno za uzdy i przeszedł w cwał, kierując się wprost do obozu. Wzniecając za sobą tumany kurzu, wjechał do środka przez nikogo niezatrzymywany.

Minął straż i ruszył w stronę centralnego namiotu, wyraźnie górującego nad pozostałymi. Po drodze mijał setki istot wyglądających tak jak on. Czarnoskórych, bezuchych, dobrze zbudowanych i czujnych. Jedynym, co ich od siebie odróżniało, były kolory kombinezonów. Przeważały czarne i ciemnozielone. Z rzadka można było też dostrzec jaskrawe barwy: seledynową, żółtą, białą oraz prążkowane i zygzakowate hybrydy tych odcieni. Wprawne oko wiedziało, że to właśnie oślepiające kolory świadczyły tu o wyższym stopniu w hierarchii.

Kiedy jeździec zbliżał się do głównego namiotu, w środku trwała akurat ważna rozmowa.

Wokół skupionego człowieka w wyraziście czerwonym kostiumie zgromadziło się dziś ledwie kilka osób. Najbliżsi doradcy, którzy zawsze byli gotowi na wezwanie swojego króla, chociaż ostateczne decyzje zawsze podejmował on sam. Jego głos był tutaj absolutnie niepodważalny.

- Królu, zapasy kurczą się z każdym dniem. Powinniśmy ruszać dalej - powiedział jeden z dowódców, ubrany w biały kombinezon z dwoma czerwonymi zygzakami na ramieniu.

Król, nie odpowiadając nic, myślą odegnał znużenie, które męczyło go przez ostatnie godziny. Przeszedł obok stojaka z okiem cyklopa służącym do obserwowania nieba, i wreszcie zbliżył się do stołu, na którym leżała mapa pobliskich ziem. Król jako jedyny miał na sobie wężowy kombinezon w czerwonym kolorze. Czerwień mogli tu nosić tylko członkowie rodziny królewskiej lub ludzie odznaczeni za szczególne zasługi.

Władca spojrzał na ramię swojego doradcy i jego zygzaki.

- Helionie, już dwa razy wykazałeś się swoją intuicją i ustrzegłeś mój ród od nieszczęścia - zaczął. - Ufam twojej ocenie sytuacji i zawsze słucham twoich rad. Od setek lat jednak nasza rasa nie zapuszczała się tak daleko i nie wiemy, co uległo zmianie, a co pozostało takie jak w wiekowych pergaminach - ciągnął. - Jak tylko powrócą zwiadowcy, podejmiemy tę decyzję razem.

- Zwiadowcy? - zdziwił się Helion. - Myślałem, że już powrócili.

- Wróciło dwóch z czterech. Południe i wschód są bezpieczne na odległość dziecięciu dni marszu, tyle od nich wiemy. Czekamy jeszcze na pozostałych.

Wejście do namiotu uchyliło się i stanęło w nim dwóch strażników.

- Panie! - Wskazali na zdyszaną postać za sobą.

- Wpuścić. - Król skinął głową. - Wchodź, Tajpanie, czekaliśmy na ciebie!

Jeździec wszedł, a król przyjacielsko klepnął go w ramię i skierował wzrok w stronę mapy. Dał mu ledwie chwilę na złapanie oddechu. Nie mieli wiele czasu.

- Opowiadaj, co widziałeś.

Tajpan jeszcze dyszał, ale natychmiast pochylił się nad stołem.

- Jesteśmy tutaj - powiedział i ustawił jeden z drewnianych bloków prosto na mapie. - Jechałem na zachód przez siedem dni i nic się nie działo.

Przesunął mniejszym klockiem, wskazując tym ruchem swoją trasę.

- Mniej więcej tutaj dostrzegłem niewielkie miasto. To będzie dziesięć dni drogi od nas - mówił, stawiając w tym miejscu kolejny, tym razem większy blok. - Miasto jest ogrodzone murem wysokim na trzy metry, a nad nim roztacza się niezwykła, szklana, całkiem okrągła kopuła. Całe to miejsce ma kształt koła. Może mieścić między... - zastanawiał się chwilę - stu pięćdziesięciu, trzystu ludzi, co jednak dziwne, wyglądało mi na opuszczone. Nie zbliżałem się, żeby nie zostać zauważonym, ale przyjrzałem się dobrze. Na murach nikogo nie było, bramy również pozbawione są straży. Nie widziałem też dymu ani nie słyszałem żadnych dźwięków.

- To by się zgadzało z tymi zapiskami - rzekł król i rozwinął leżący obok papier.

Zaczął czytać.

- "Ziemię tę zamieszkują ludy neutralne i pokojowo nastawione. Mieszkają we wnętrzu kopuły zwanej Śpiącym Miastem. Nie należy ich niepokoić..."

Przerwał czytanie, nie chcąc zagłębiać się w dalsze zabobony.

- Wydarzyło się coś jeszcze, mój panie - wtrącił Tajpan, a król skinieniem nakazał mu mówić dalej. - Kiedy zbierałem się do drogi powrotnej, zobaczyłem dymy na horyzoncie, od strony północnego zachodu.

Postawił kolejny duży blok na mapie. Klocek, który wybrał, bez wątpienia przedstawiał obraz dwóch armii wyraźnie ku sobie zmierzających. Pośrodku nich znajdowało się Śpiące Miasto.

Królewscy doradcy aż podskoczyli, widząc, co pojawiło się teraz przed ich oczyma.

- Nie ma czasu!

- Trzeba ruszać natychmiast.

Potakiwali zgodnie.

- Dobrze się spisałeś, Tajpanie - powiedział król. - Zostań z nami podczas narady, chcę z tobą później porozmawiać.

Młodzieniec skłonił się i odsunął tak, żeby nie przeszkadzać doświadczonym dowódcom. Wiedział, kim jest, ale znał swoje miejsce w szeregu.

Widząc rosnące wzburzenie doradców, król bez zwłoki zaczął przemowę.

- Oczywiście, wszyscy myślimy o tym samym. Dwie wrogie armie i warowne miasto pośrodku. Gdybyśmy spotkali się z wojskiem Baltazara na otwartej przestrzeni, to wszystko mogłoby się zdarzyć.

Zmarszczył czoło, ale nikt nie śmiał mu przerwać.

- Lecz... - kontynuował po chwili - gdybyśmy mieli obwarowany, murowany gród z bramą i stanowiskami strzelniczymi, to zwycięstwo byłoby gwarantowane. To ogromna przewaga w walce, a bronić tak można się w kilkudziesięciu przeciwko setkom i wygrać. Wiemy to my, ale musi też wiedzieć o tym Baltazar - dodał zamyślony. - Wyścig się zaczął i ten, kto pokona Śpiące Miasto, zwycięży.

- To prawda, mój panie - odezwał się jeden z doradców. - Jeśli Tajpan ma rację i miasto jest opuszczone, to wygramy bez strat, a nawet jeśli jest tam trzystu wojowników, to nasza przewaga i tak jest miażdżąca. Mamy dziesięć tysięcy konnicy, trzydzieści piechoty i dziesięć obsługi, rzemieślników, kucharzy i kowali - wyliczał. - Zalejemy ich samą masą.

- Helion ma rację, panie - potwierdził stojący przy jego boku doradca w jaskrawozielonym kombinezonie. - Proponowałbym jednak, dla sprawniejszego ataku i zminimalizowania strat, żeby po dotarciu do bram tego miasta wykorzystać rzemieślników do budowy dwumetrowych drabin i taranów. - Wskazał palcem miejsce na mapie. - Konnicę trzymałbym na uboczu, dopóki bramy nie zostaną otwarte przez piechotę.

Król skinął głową z uznaniem.

- Mądra rada... - odezwał się mężczyzna stojący tuż obok, ale w jego głosie dało się wyczuć wahanie. - Nie jestem jednak całkiem przekonany do tego planu. - Zauważcie, że Śpiące Miasto jest w tym samym miejscu od setek, a może i tysięcy lat i nikt go nie podbił. Nikt się nim nie zainteresował. Dlaczego? - zapytał. - Poza tym, kto wie, może mamy w nim sojuszników? Wiele miast jest oburzonych praktykami Baltazara.

- Cenię cię, Lachesisie, za twój odmienny punkt widzenia. - Król zastanawiał się przez chwilę. - Nie mamy jednak wyjścia. Jeśli miasto nie jest po naszej stronie, to... będziemy mieli wroga za plecami, a tego nie chcę. Już prędzej spalę ich na pył, żeby oczyścić przedpole. Ich mury i zabudowania przysłużą się nam bardziej niż niepewne sojusze.

Lachesis nie dyskutował więcej, choć wciąż wątpił. Niemniej nie miał prawa podważać woli swojego władcy.

Wszystko wydawało się jasne i zrozumiałe. Przedłużająca się cisza była oznaką, że nikt nie ma nic do dodania i pora wydać ostateczny rozkaz.

- Dobrze więc - rzekł król. - Decyzja zapadła. Zwijamy obóz i ruszamy natychmiast.

Dowódcy pokłonili się i opuścili namiot, żeby zrealizować wolę swojego przywódcy i dopiąć wszelkich przygotowań.

Król obrócił się i spojrzał troskliwie na przybyłego wcześniej zwiadowcę, który nadal stał na uboczu. Podszedł i objął go ramieniem.

- Gdzieś ty był tak długo, synu? Zamartwiałem się - przyznał. - Zadanie zwiadowcy jest dla ciebie zbyt niebezpieczne. Jeden już nie powrócił, a z tego, co mówiłeś o ogniach, musiał zostać złapany.

- Byłem ostrożny ojcze, nie ryzykowałem - odparł Tajpan. - Jeśli jednak zechcesz mi zmienić funkcję, to przyłącz mnie, proszę, do wojsk, chcę walczyć. Nieważne, czy w konnicy, piechocie, czy jako łucznik, chcę być w centrum wydarzeń, a nie ciągle na uboczu, jak mysz. Jestem wężem, a nie myszą.

- Gorąca głowa. - Król uśmiechnął się do niego jak do dziecka. - Węże są szybkie, są też jadowite i śmiertelnie niebezpieczne, ale pamiętaj, Tajpanie, że to, co charakteryzuje nasz ród, to spryt i mądrość. Nie dopuszczamy do brawurowych, bezsensownych akcji, nie ryzykujemy więcej, niż trzeba, i wtedy, kiedy nie jest to opłacalne - perorował. - I... zawsze mamy zabezpieczone tyły. Dlatego właśnie chciałem z tobą rozmawiać.

Tajpan nie dyskutował więcej, znał swoje położenie i obowiązki wobec rodu. Odpuścił więc i pokłonił się nisko.

- Jak mogę ci się przysłużyć, królu?

Władca westchnął i przejechał czarną dłonią po czerwonych łuskach swojego kombinezonu. Zawsze dziwnie się czuł, kiedy członkowie rodziny zwracali się do niego, używając oficjalnego tytułu.

- Zadanie, które mam dla ciebie, wyznaczam jako król i jako ojciec. Gdyby coś się stało, muszę wiedzieć, że miasto i rodzina są bezpieczne i w dobrych rękach. - Wziął głębszy oddech. - Nie mogę spełnić twojej prośby i nie wyruszysz z nami. Wracasz do domu, na Skalniak.

Tajpan westchnął ciężko, bo to oznaczało, że przygoda dla niego właśnie się kończy. Po jego twarzy było widać rozczarowanie, ale wiedział, że powinności są ważniejsze niż jego osobiste aspiracje.

Patrzył, jak jego ojciec siada przy stole i szybko, ale z uwagą zapisuje coś na długim pergaminie. Jego ruchy były pewne, wyważone, jakby doskonale wiedział, co pisze, i jakby nie wymagało to żadnych poprawek. Król nie odesłał Tajpana, więc młodzieniec stał i cierpliwie czekał. Wreszcie piszący postawił na dokumencie ostatnią kropkę i złożył na dole swój podpis.

- Weźmiesz ze sobą ten pergamin - odezwał się do syna. - Są tu wytyczne dla Kacpra i Melchiora. Dopilnujesz, żeby je otrzymali i zrozumieli, a tobie ich treść przedstawię teraz.

Rozwinął dokument i przeczytał.

- Wyruszamy do starcia z wojskami Baltazara. Planujemy podbić Śpiące Miasto i zza jego bezpiecznych murów dalej toczyć walkę. Jeśli sytuacja rozwinie się niepomyślnie dla nas i stracę życie, wtedy należy sprowadzić z wygnania mojego najstarszego syna, Curtusa. To jemu prawem starszeństwa należą się władza i tron. Tajpan zaś w dniu powrotu starszego brata zostanie skazany na wygnanie, tak żeby bracia więcej się nie spotkali i nie próbowali pozbawić się życia. Dopiero po śmierci Curtusa młodszy brat będzie mógł powrócić, by zająć miejsce starszego. - Przerwał i spojrzał na wpatrującego się w niego mężczyznę - Wybacz mi. Jesteś synem, o jakim każdy ojciec marzy. Jako król muszę jednak postępować zgodnie z prawem i to jedyne, co mogę zrobić, żeby uchronić cię przed bratem.

- Możesz zrobić coś o wiele lepszego, tato - odpowiedział mu Tajpan bez cienia wahania czy urazy. - Wróć cały i zdrowy i żyj długie lata. Ten wasz plan wydaje się dobry, obawiasz się czegoś?

- Zawsze należy się obawiać, Taj. Dobry władca martwi się bez przerwy, ale masz rację i plan jest wystarczający, choć mało precyzyjny. Zawsze korygujemy wszystko w trakcie bitwy, ale zwycięstwo zależy od tego, jak szybko przejmiemy miasto.

Rozmowę przerwali im rzemieślnicy, którzy bez ceregieli weszli do środka, po czym zaczęli wybijać kotwy i wyciągać trzpienie z konstrukcji namiotu. Wszyscy uwijali się i robili, co trzeba.

Król wsunął papier w tubę i podał ją synowi. Pożegnali się silnym uściskiem i rozeszli.

Chwilę później jeździec w czarnym kombinezonie z czerwonym symbolem węża na piersi obracał się już w siodle. Miejsce, które przed chwilą było tętniącym życiem obozem, teraz przypominało ogromny plac budowy z wydeptaną ziemią i bez śladu zieleni.

Wraz z tumanem kurzu unoszącym się za wojskiem odchodziła także jego szansa na piękną walkę i bohaterskie czyny. Spuścił głowę i wolnym tempem ruszył ku przeznaczeniu wypisanemu na karcie pergaminu.

*

Pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy zwalniało tempa, widząc, że słońce opada już ku zachodowi. Wybrano dogodne miejsce na nocleg. Noc była pogodna, więc poza namiotami dowództwa nie rozkładano osłon przed deszczem czy wilgocią. Wojownicy mieli świadomość, że ruszają do boju, a ich mobilność jest kluczowa do osiągnięcia zwycięstwa. Po wyznaczeniu straży nocnej każdy kładł się już w wolnym miejscu i mimo ekscytacji oraz buzujących przed nadchodzącą bitwą emocji, kto mógł, zmuszał się do zamknięcia oczu i zregenerowania organizmu chociaż na kilka godzin. Noce o tej porze roku bywały wyjątkowo krótkie i trzeba je było dobrze wykorzystać.

W obozie zapadła cisza, ale dowódcy do późna ustalali najdrobniejsze szczegóły jutrzejszej podróży. Ostatecznie, po kilku godzinach rozmów rozeszli się na odpoczynek do oddalonych od siebie miejsc.

Król został sam w namiocie, położył się i rozmyślał o tym, co właśnie ustalili. Rozmyślał też o synu, którego odesłał, chociaż chętnie widziałby go przy swoim boku. Tajpan był dobrym zwiadowcą i dobrym wojownikiem, ale ciążyła na nim krew królewskiego rodu i wiążąca się z nią odpowiedzialność. Władca czuł zmęczenie i powoli opadały mu powieki. Sen nadchodził szybko, a obrazy, o których myślał, coraz bardziej się rozmazywały. Na granicy widzialności zamajaczyły przed nim jakieś kształty. Przybrały one dziwne, chociaż wciąż ludzkie formy i wszystko nagle się wyostrzyło, zyskując głębię, teksturę i barwę.

Wtedy król zobaczył na wprost siebie czterech ludzi w długich, białych szatach. W tym odzieniu wszyscy czterej wyglądali niemal jak Kacper, jego zaprzyjaźniony magik. Mieli białe skóry, zarośnięte twarze oraz odstające uszy o kształcie jakichś morskich żyjątek. Obok niego stali też jego dowódcy i przyjaciele, a przecież dopiero co się z nimi pożegnał. Zerkali to na króla, to na ludzi w białych szatach i sprawiali wrażenie tak samo zaskoczonych jak on. Patrzyli po sobie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Król zauważył też, że nawet jego najbliżsi nie wyglądają tak, jak powinni byli. Zamiast zwyczajowych dla wężowców szat mieli na sobie takie same, białe przyodziewki jak ci obcy ludzie naprzeciw.

- Witajcie, przyjaciele - odezwał się do nich jeden z tych dziwaków. - Widzę wasze zaskoczenie, więc pozwolę sobie wszystko wytłumaczyć.

Wężowcy spojrzeli na siebie, niczego nie rozumiejąc, a on kontynuował:

- Ściągnęliśmy was tutaj, żeby porozmawiać o waszych planach i zamiarach. Jesteście na obrzeżach naszej ziemi, o kilka dni drogi od naszego miasta. Macie liczną armię, a my nie znamy waszego celu.

Jeden z doradców króla z niepokojem sięgnął ku nodze, przy której zwykle trzymał broń, i nagle zareagował.

- Jak to nas ściągnęliście? Gdzie moja broń? - spytał.

- Spokojnie, tutaj nikt nie potrzebuje broni - wyjaśniła postać. - Stworzyliśmy przyjazne środowisko, które znacie, jesteście w gronie ludzi, z którymi podejmujecie decyzje, i w takiej samej liczbie jak my. Stroje również mamy takie same: w neutralnym kolorze, tak żeby nikt nie czuł się gorzej lub lepiej niż pozostali.

- Jesteście więc magami? - zapytał inny z królewskich doradców.

- Nie - odparł mężczyzna w białych szatach. - Wszyscy teraz śpimy, a we śnie wszystko, podkreślam wszystko jest możliwe. Nasz lud potrafi manipulować snem według własnych potrzeb. Znaleźliśmy się tutaj, dostosowaliśmy otoczenie i odnaleźliśmy was. Od tysięcy lat żyjemy w zgodzie ze wszystkimi gatunkami i jesteśmy miastem neutralnym. - Zawiesił na chwilę głos, podkreślając wagę tych słów, a potem kontynuował: - Opowiedziałem już sporo o nas, ale nadal nie wiem, co was sprowadza do nas w gościnę.

Wężowcy spojrzeli po sobie uważnie, zastanawiając się, co należy uczynić, co można powiedzieć, a czego nie. Każdy z nich był ubrany tak samo i istniała spora szansa, że żaden z przybyszów nie wie, kto z nich podejmuje decyzje, kto jest królem, a kto doradcą. Mieli gotową procedurę na taką ewentualność. Zdrowie i bezpieczeństwo króla zawsze były punktem numer jeden. Helion odebrał dyskretny, wzrokowy sygnał od władcy i przejął inicjatywę, zachowując się jak ktoś, kto jest liderem i przywódcą. Nie trzeba mu było niczego tłumaczyć, dobrze wiedział, jaka jest jego rola. Wysunął się do przodu i z wypiętą piersią przemówił.

- Przyjaciele. Obawiam się, że nie mam dla was dobrych informacji. Nasi zwiadowcy wykryli armię zbliżającą się do waszego miasta od północnego zachodu. Kilka dni drogi stąd - wyjaśnił. - Czekaliśmy na te wrogie nam wojska, prowadzone przez wywrotowca i szarlatana zwanego Baltazarem. Zmienił on jednak swój dotychczasowy kurs i wszystko wskazuje na to, że planuje podbić wasze ziemie i wykorzystać przejęte fortyfikacje do starcia z nami. Jako wasi sojusznicy pragniemy wam pomóc. - Helion mówił wyraźnie, a jego głos wyrażał całkowitą pewność siebie. - Wpuśćcie nas za bramy miasta, a odeprzemy atak, pokonamy szaleńca i ruszymy w swoją stronę.

- To bardzo szlachetne. My was wpuścimy, a wy po wszystkim opuścicie nasze miasto? - Siwowłosy z odstającymi uszami w kształcie morskich żyjątek zamyślił się i uśmiechnął troskliwie. - Wczorajszej nocy mieliśmy tę samą rozmowę z tym, jak go nazwaliście... Baltazarem? Zadeklarował, że obierze inny kierunek, omijając nasze tereny i nie niepokojąc nikogo. Dziś rano, zgodnie z daną nam obietnicą, wyruszył w tamtą stronę. Jak więc widzicie, ryzyko ataku nie istnieje. Wy również możecie opuścić nasze ziemie.

Wężowcy znowu spojrzeli po sobie, zaskoczeni nowinami.

Czyżby Baltazar przestraszył się tej garstki dziwaków? To niemożliwe, to musi być blef, oni pewnie współpracują - myśleli zgodnie i wcale nie musieli o tym ze sobą rozmawiać.

Zarówno na polu walki, jak i podczas planowania rozumieli się bez słów.

- To bardzo dobre wieści, przyjaciele - powiedział Helion - W takim razie skorzystamy z prawa gościny i zabawimy kilka dni w waszym mieście, uzupełnimy zapasy, odpoczniemy i upewnimy się, że jesteście bezpieczni.

- Odmawiamy - zaprotestował natychmiast Siwowłosy. - Prawo gościny nie dotyczy uzbrojonych wojsk, nie dotyczy też Śpiącego Miasta. Nasze mury mogą przekroczyć tylko zaproszeni, pojedynczy wybrańcy. Wy nie jesteście zaproszeni.

Helion zmarszczył brwi i nagle okazał gniew.

- Jak śmiesz mówić do nas w ten sposób? Czy nie widzisz pięćdziesięciotysięcznej armii u progu tego chlewu, jaki nazywasz miastem? Zrobimy, co uznamy za stosowne, i nie potrzebujemy zaprosin jakiegoś hochsztaplera z sennych wizji.

Siwowłosy minimalnie zmarszczył czoło.

- Jak sobie życzysz, mój panie - rzekł, patrząc na swoich ludzi. - Zatem nie będę już więcej was niepokoił. Muszę jednak poinformować, że jeśli zrobicie jeszcze choć jeden krok w stronę Śpiącego Miasta, będziemy musieli użyć siły, żeby się bronić. Cena, jaką zapłacicie za upór, nie będzie tego warta.

- Jak śmiesz ty... - Helion zjeżył się i nagle przerwał w pół słowa.

Jego ciało natychmiast znieruchomiało, a usta jakąś dziwną siłą się zrosły i w żaden sposób nie mógł ich otworzyć, by dokończyć zdanie. Oczy z wysiłku podbiegły mu krwią, ale usta pozostały zamknięte.

Czterej przybysze ze Śpiącego Miasta po kolei podeszli do prawdziwego króla, dając znać, że od początku wiedzieli, kim jest. Pokłonili mu się nisko, a każdy z nich zwrócił się do niego tymi samymi słowami.

- Okaż swą mądrość, królu.

- Okaż swą mądrość, królu.

- Okaż swą mądrość, królu.

- Okaż swą mądrość, królu.

Potem skierowali się w stronę wyjścia, a ich sylwetki pobladły i zafalowały.

Po chwili wszystko rozmazało się i nabrało pastelowych ciepłych kolorów. Jasne owieczki przeskakiwały z chmurki na chmurkę po błękitnym niebie, a tłuściutki cherubinek wygrywał na swej harfie leniwą melodię.

Targany niepokojem król obudził się i dłuższą chwilę trwało, zanim zdołał oddzielić rzeczywistość od nocnych majaków.

Wstał i powoli rozejrzał się po namiocie.

Światło dzienne przebijało się przez materiał, rozjaśniając jego wnętrze.

- Więc jest już rano? - zapytał siebie, nie będąc tego pewnym.

W namiocie był sam, a wszystko wokół niego wydawało się takim jak wcześniej.

Każda rzecz leżała na swoim miejscu.

- Czy to na pewno był tylko sen?

Zadumał się, kiedy zasłona namiotu gwałtownie się rozwarła.

- Królu?!

Helion wszedł do środka z zaniepokojoną miną. Obserwował władcę i zdecydowanie coś go trapiło, ale nie wiedział, jak o tym powiedzieć swojemu panu.

- O co chodzi, przyjacielu?

Do namiotu weszło pozostałych dwóch doradców z równie kwaśnymi minami. Żaden z nich się nie odezwał.

- Więc... - zaczął król - jak rozumiem, wszystkich nas w nocy spotkało to samo? - spytał.

Doradcy pokiwali głowami.

- Czy to w ogóle możliwe, żeby czterech dorosłych mężczyzn śniło ten sam sen? - Helion patrzył na niego, jakby szukał w królewskiej mądrości jakiejś odpowiedzi. - I to razem? Ja raczej nigdy nie mam snów, a na pewno nie pamiętam ich tak dobrze.

- Potwierdźmy więc... Wam też śnili się delegaci ze Śpiącego Miasta, którzy grozili nam i nie pozwolili iść dalej?

- Tak. - Helion odetchnął, jakby ciesząc się, że nie miał urojeń. - Mówili też, że Baltazar poszedł inną drogą.

- Bez wątpienia blefują. Chcą zyskać na czasie, żebyśmy nie ubiegli tego łachudry - dodał król.

- Muszę przyznać, że zaimponowali mi taką umiejętnością. Weszli w nasze sny i przejęli je. Niejeden by się przestraszył... - Helion drapał się po czole. - Sam dalej nie mogę w to uwierzyć. Ten sam sen, tak realny.

- Źle trafili z pogróżkami. Jesteśmy Wężami, a nie płochliwymi myszami!

- Pięćdziesiąt tysięcy uzbrojonych i wyszkolonych żołnierzy przestraszyło się trzystu śpiących iluzjonistów - wtrącił nagle inny doradca. - Wyobrażacie sobie? Cała Pangea by o nas mówiła.

Król rozmyślał, przysłuchując się. W końcu nabrał powietrza w płuca i powiedział;

- Nie obchodzi mnie to miasto i nie zamierzam rozpamiętywać pogróżek. Nawet się im nie dziwię. Ja też nie pozwoliłbym obcej armii wejść za swoje mury - przyznał. - Naszym celem tutaj jest Baltazar. To on wypowiedział nam bitwę i musimy ją podjąć. Takie są odwieczne prawa. Wyruszyliśmy mu naprzeciw, żeby nie bić się pomiędzy własnymi domami i nie słuchać płaczu kobiet i dzieci. Nawet jeśli ci senni wysłannicy mają rację i on zawrócił, by obrać inną drogę, to i tak będzie nas szukał.

Król wbił spojrzenie po kolei w każdego ze swoich ludzi.

- To miasto daje zbyt dużą przewagę, żeby móc je zignorować - powiedział stanowczo i już było jasne, że podjął decyzję. - Ruszamy do ataku, a po wygranej właśnie tam zmierzymy się z Baltazarem. Zostało nam osiem dni drogi. Zgnieciemy ich nawet za cenę kilku dni koszmarów. Zwijać obóz. Ruszamy!