Prolog
- Co dla pana?
- Paliwo z czwórki. Oraz kawa. Duża. Czarna.
Uśmiechnął się do sprzedawcy na stacji benzynowej. Niezbyt wylewnie. Tak
jak uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą dokładać sobie problemów już
o siódmej rano. Wyciągnął z portfela stuzłotowy banknot. Nigdy nie
używał karty. I nie tankował do pełna. Płacenie gotówką za zakupy warte
ponad dwieście złotych mogłoby zostać uznane za dziwne. A on nie chciał
wyjść na dziwaka. Nie chciał, żeby ktokolwiek go zapamiętał. Pragnął być
jak duch. Nawet jeśli przy jego gabarytach wydawało się to niemożliwe.
- I jeszcze to.
Sięgnął po snickersa i położył go na ladzie. Coś zwyczajnego, pomyślał.
Trywialnego. Ludzkiego. Bezużytecznego.
Obserwował, jak sprzedawca skanuje baton, patrzy na kwotę, która
wyświetliła się na monitorze, i flegmatycznie wydaje resztę. Zgarnął z lady snickersa oraz pieniądze, po czym podszedł do ekspresu. Wyciągnął
plastikowy kubek i wybrał rodzaj kawy. Ziewnął, czekając, aż maszyna
wypluje napój. Zastanawiał się, czy da się po nim poznać, że od
kilkunastu godzin jest na nogach. Że kiedy inni spali albo bili się z myślami w łóżku, on ciężko pracował. Dopieszczał swoje dzieło. Prostował
to, co słaby, podatny na demoralizujące wpływy umysł wykrzywił.
Skrzętnie porządkował wynaturzoną rzeczywistość.
Wsłuchując się w terkot ekspresu, rozejrzał się na boki. Następnie
wyciągnął zdjęcie. Było niewyraźne. Zrobione przy słabym świetle. Bez
błysku. Naturalne. Przedstawiało półnagą kobietę. Nie wyglądała na
niewiniątko. Raczej na owoc grzechu. Niepohamowania. Skurwienia. Los
kobiety ze zdjęcia był przykrą konsekwencją braku wiedzy, że każdy ma do
odegrania odgórnie wyznaczoną rolę. A także przykładem tego, co się
dzieje z człowiekiem, który przeciwstawia się woli Boga.
- Pańska kawa - powiedział mężczyzna, który nagle wyrósł obok, z brudnym
palcem wycelowanym prosto w ekspres.
- Przepraszam. Zagapiłem się.
Zabrał kubek z tacy, jednocześnie chowając fotografię do kieszeni.
- Ciężki poranek, co?
Pokiwał głową. Facet, który go zaczepił, również. Miał na sobie
poprzecierane dżinsy i nabitą ćwiekami ramoneskę. Proste siwe włosy
wyszczuplały jego szczurzą twarz. Przypominał harleyowca albo
podstarzałego członka punkrockowej kapeli. Nafaszerowanego jakimś
pobudzającym ścierwem, które zmuszało go do nieustannego szczerzenia
przeżartych próchnicą zębów.
- U mnie też - powiedział. - A to dopiero połowa tygodnia.
Harleyowiec stał na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma splecionymi
na klatce piersiowej. Gapił się to na niego, to na ekspres. Denerwował
go. Wolałby, żeby na niego nie patrzył. Żeby skupił się na tej cholernej
maszynie. Żeby nie próbował wciągnąć go w interakcję. Miał ochotę
chlusnąć mu kawą w twarz. Rzucić się na niego. Usiąść na tej wątłej
klacie i wbić jego pusty łeb w posadzkę. A potem okładać go tak długo,
aż połamane kości twarzy zaczną chrzęścić pod palcami.
Zamiast tego oszczędnie się uśmiechnął i wcisnął plastikową pokrywkę na
kubek.
- Miłego dnia - powiedział, po czym ruszył do wyjścia.
Stanął przed budynkiem. Poprawił szalik pod szyją i naciągnął czapkę.
Rozejrzał się. Na stacji kręciło się kilka osób: tankujących samochody,
szorujących szyby albo zatopionych w telefonach. Ich obecność nie robiła
na nim większego wrażenia. Ale kiedyś było inaczej. Dawniej bywał
oszalały z podniecenia. Nie potrafił zapanować nad dygotem ciała. Był
zahukanym, przestraszonym, pełnym wątpliwości młodym człowiekiem, który
jeszcze nie rozumiał swojej roli. Dopiero zaczynał się domyślać, że
został stworzony do czegoś innego niż większość ludzi. Czegoś bardziej
wymagającego od przeciętnego żywota. Wówczas jeszcze nie wiedział, że
jest poplecznikiem Boga. Jego prawą ręką. Wyjątkowym ziemskim
reprezentantem.
Tym, który karze.
Z czasem nauczył się ukrywać prawdę o sobie w zdawkowych uśmiechach,
skinieniach, półsłówkach. Chować ją w tych wszystkich dialogach, w których korzył się przed ludźmi - także tymi, którzy nie zasługiwali na
szacunek. Czasem żałował, że nie może się nikomu pochwalić swoją
wyjątkową rolą. Że wolno mu tylko zostawiać małe ślady. Ledwo widoczne
stemple, które traktował jak mikroświadectwa bożego namaszczenia.
Popatrzył na samochody. Jego wzrok zatrzymał się na aucie stojącym obok
jego ubłoconej landary. Czerwona alfa romeo spider. Sportowy kabriolet.
Lanserska fura. Dla facetów lubiących się wywyższać. Zakochanych w sobie. Uwielbiających eksponować swoją wyimaginowaną wyjątkowość. I wyimaginowanego wielkiego fiuta. Samochód dla mężczyzn, których
nienawidził. Takich jak ten pajac przy ekspresie.
Zanurkował do kieszeni i wyciągnął zdjęcie. Westchnął. Nie chciał się z nim rozstawać. Ale byłoby mu żal, gdyby nie zostało zauważone. Wetknął
je za wycieraczki alfy, a następnie wsiadł do swojego samochodu.
Uruchomił silnik.
Wiedział, co się za chwilę wydarzy. Widział oczami wyobraźni, jak
właściciel lanserskiej fury sięga po zdjęcie, biorąc je za kolejną
upierdliwą ulotkę reklamującą burdel albo panienkę na telefon. Jak z mieszanką podniecenia i wstydu przygląda się kobiecie z zamazaną twarzą,
sfotografowanej na obrzydliwym różowym tle. Sądzi, że to kolejna
bezwartościowa, strawiona, zużyta dziwka, która wybrała nietypowy i niezbyt udany sposób wdzięczenia się do obiektywu.
Wiedział, że kierowca alfy ma prawo tak o niej myśleć. Chciał, żeby tak
było. Właśnie dlatego umieścił na zdjęciu numer telefonu i fikcyjną
nazwę agencji, w której kobieta mogłaby pracować.
Gdyby tylko była dziwką.
I gdyby tylko żyła.
Sierpień
Dwoje policjantów gapiło się na komisarza Tomka Kawęckiego jak na rzadki
okaz zwierzęcia: nie w pełni znany i z całą pewnością nieudomowiony.
Trudno było im uwierzyć, że siedzący przed nimi facet jeszcze nie
wyleciał ze służby. Że ktoś taki przez kilka ostatnich miesięcy poruszał
się z bronią po mieście. I że jakimś cudem nikogo w tym czasie nie
zabił.
Podinspektor Łukasz Filipski poprawił luźne okulary, które notorycznie
zsuwały mu się z nosa, i odłożył notatnik na stół. Skrzyżował ręce na
klatce piersiowej.
- Coś nie tak z pańską kawą? - zapytał.
Kawęcki długo wpatrywał się w zawartość kubka. Następnie przesunął go
wzdłuż krawędzi drewnianego stołu, zostawiając na nim mokrą smugę.
Podrapał się po rzadkim zaroście, nierówno obrastającym jego obrzękłą
twarz, i strząsnął kosmyk przetłuszczonych włosów, który wpadał mu do
oczu. Ciężko sapnął i podniósł wzrok na policjantów.
- Poza tym, że trudno to coś nazwać kawą, wszystko jest w porządku -
wychrypiał.
Filipski pochylił się nad stołem.
- Czy pan jest pijany?
- Być może.
- "Być może"?
- Prawdopodobnie. Nie badałem się alkomatem, więc nie mogę tego
stwierdzić z całą stanowczością. Ale jeszcze wczoraj wieczorem byłem
nieźle nawalony.
Filipski zacisnął usta. Odwrócił się do siedzącej na sąsiednim krześle
komisarz Anny Stelmach. Choć pracowali ze sobą od kilku miesięcy i widywali się niemal codziennie, wciąż go onieśmielała. Była od niego
wyższa, szczuplejsza i lepiej ubrana. Jego tanie, znoszone garnitury
wyglądały jak łachmany na tle idealnie skrojonych garsonek przybyłej ze
stolicy paniusi, która równie dobrze mogłaby robić karierę w modelingu.
A do tego była niesamowicie opanowana. Przypominała mu stereotypową
Skandynawkę. Jasnowłosą, bystrą i oziębłą sukę, do której strach się
odezwać.
Policjantka intensywnie wpatrywała się w Kawęckiego, jakby chciała
wypalić wzrokiem dziurę w jego twarzy. W końcu spojrzała na Filipskiego.
Nieznacznie skinęła głową.
- W normalnych okolicznościach byśmy z panem w ogóle nie rozmawiali -
oznajmił Filipski. - Ale ze względu na dynamikę wydarzeń nie możemy
czekać, aż pan wytrzeźwieje.
- I dobrze - odparł Kawęcki. - Moglibyście się nie doczekać.
Rozpiął ostatni guzik wymiętej białej koszuli i osunął się na oparcie
krzesła. Patrzył na policjantów obojętnym, znudzonym wzrokiem. Jedną
dłoń trzymał na stole, drugą na zapadniętym brzuchu. Z jego prawej
skroni spływała strużka potu. Nie zareagował, gdy skapnęła na szyję i popłynęła dalej.
Na zewnątrz było około trzydziestu stopni. Parno. Kolejny dzień upałów
przeplatanych ulewami i gwałtownymi wyładowaniami elektrycznymi. Raj dla
fotografów, którzy wdrapywali się na najwyższe piętra łódzkich
wieżowców, aby uchwycić druzgocące piękno armagedonu przetaczającego się
przez miasto, utrwalić na zdjęciach dziesiątki powykrzywianych piorunów
strzelających w przypadkowych kierunkach. I piekło dla pijaków, którzy
mieli ochotę zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Umrzeć. Wyparować wraz z alkoholem wydostającym się z ich porów.
- Zebraliśmy sporo informacji na temat pana życia zawodowego. Łącznie
kilkaset stron dokumentów i notatek. - Filipski położył dłoń na swoich
zapiskach. - Mimo to muszę przyznać, że wciąż jest pan dla nas zagadką.
Puszką, którą ciężko otworzyć. Zupełnie jakby ludzie, z którymi pan
pracuje, bali się to zrobić. Jesteśmy tu po to, żeby ich wyręczyć. Żeby
się dowiedzieć, z kim właściwie mają do czynienia. Oczywiście może pan
nam to utrudniać. Ale gdybym znalazł się w pana położeniu, tobym tego
nie robił.
Łukasz Filipski uśmiechnął się kwaśno, ponownie poprawiając zsuwające
się okulary. Podniósł jedną z leżących przed nim kartek i przeskanował
ją wzrokiem. W tym czasie Anna Stelmach zdążyła napić się kawy, otworzyć
notatnik i włączyć umocowaną na długim stojaku kamerę, której obiektyw
był skierowany wprost na Kawęckiego.
- Jest dwudziesty ósmy sierpnia dwa tysiące osiemnastego roku, godzina
dziewiąta dwadzieścia pięć. Rozpoczyna się przesłuchanie komisarza
Tomasza Kawęckiego z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji
w Łodzi. Przesłuchanie prowadzą komisarz Anna Stelmach z Biura Spraw
Wewnętrznych w Warszawie i podinspektor Łukasz Filipski z łódzkiego
wydziału Biura Spraw Wewnętrznych. Celem przesłuchania jest wyjaśnienie,
czy komisarz Kawęcki dopuścił się przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, zniszczenia dokumentacji służbowej oraz
narażenia cywilów na utratę zdrowia lub życia. - Filipski spojrzał
uważnie na Kawęckiego. - Inaczej mówiąc, chcemy wyjaśnić, czy istnieją
uzasadnione powody do zawieszenia pana w czynnościach służbowych. Albo
do zwolnienia z pracy. Albo złożenia zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Czy okoliczności przesłuchania są
dla pana jasne?
Kawęcki kiwnął głową.
- Proszę odpowiedzieć.
- Jak słońce.
- A zatem zaczynajmy. Najpierw chcielibyśmy zweryfikować kilka
informacji dotyczących pana i pańskiej historii zawodowej. - Filipski
zerknął na przygotowaną wcześniej listę pytań. - Czy to prawda, że
cierpi pan na zespół Aspergera?
- Nie mam pojęcia - odparł Kawęcki po dłuższym namyśle. - Kiedy byłem
dzieckiem, rzeczywiście pojawiło się takie podejrzenie. Ale lekarz nie
potrafił postawić jednoznacznej diagnozy.
- Nikt pana później nie badał?
- Moi rodzice doszli do wniosku, że nie przeszkadza im życie w niewiedzy.
- A panu?
Kawęcki wzruszył ramionami.
- Najwyraźniej niedaleko pada jabłko od jabłoni.
- Czy to prawda, że ma pan świetną pamięć? Podobno zapamiętuje pan
niemal wszystko, co usłyszy.
- Tylko jeśli mi na tym zależy. I gdy jestem w formie.
- Czy zabił pan kiedyś człowieka?
- Tak.
- W jakich okolicznościach?
- Na służbie. Osiem lat temu zastrzeliłem przestępcę, który otworzył
ogień do mnie i do mojego partnera.
- Tym partnerem był nadkomisarz Mariusz Szczebiot, który później został
pańskim przełożonym?
- Tak.
- Czy panowie są przyjaciółmi?
- Nie. Nigdy nie byliśmy. I raczej już nimi nie zostaniemy.
- Czy ma pan problem z alkoholem?
Kawęcki ścisnął usta i wciągnął policzki, przez co jego wymizerowana
twarz wydała się jeszcze chudsza. Rozejrzał się po surowym wnętrzu
pomieszczenia, które bardziej przypominało graciarnię niż pokój
przesłuchań; ściany zasłaniały całe rzędy szafek i regałów, na których
stały pokryte kurzem monitory, akcesoria biurowe i mnóstwo segregatorów.
Przekrzywił się na krześle i wyciągnął z kieszeni dżinsów paczkę
papierosów.
- Tu nie wolno palić - powiedział Filipski.
Kawęcki włożył szluga do ust. Zapalił. Wypuścił dym nad głowę.
Uśmiechnął się do policjantów, a następnie bezradnie rozłożył ręce.
- Zdaje się, że czujnik dymu nie zadziałał.
Filipski zatrzymał nagranie. Podniósł się z krzesła i podszedł do dwóch
niewysokich i wyraźnie więdnących storczyków, jedynych kwiatów, jakie
uchowały się w pomieszczeniu. Wyciągnął podstawkę spod doniczki i postawił ją przed Kawęckim. Potem otworzył okno na oścież. Do
pomieszczenia wlał się pomruk ulicy oraz gwałtowny wiatr, który
pozrzucał dokumenty ze stołu. Kawęcki schylił się po jeden z wydruków.
Przyjrzał mu się uważnie, a następnie oddał kartkę Annie Stelmach,
nieustannie gromiącej go wzrokiem.
Kiedy Filipski mocował się z oknem, które szalejąca wichura próbowała
wepchnąć do środka, powarkiwania silników samochodowych zastąpił stukot
deszczu rozbijającego się o parapet. Nad miastem zawisły ciemne chmury.
Momentalnie pociemniało. Pojawił się pierwszy błysk, a kilka sekund
później nastąpił grzmot. Rozpoczął się kolejny armagedon.
- To metafora życia - powiedział Kawęcki, strzepując popiół na
podstawkę.
- Co takiego? - spytał Filipski.
- Pogoda. Jakkolwiek pięknie by było, w każdej chwili może się zrobić
ciemno. I nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi.
Kawęcki zaczął miarowo stukać zapalniczką o blat. Z każdym uderzeniem
coraz głośniej. Filipski ponownie usiadł przy stole i energicznie wsunął
okulary na czoło, jakby chciał nimi zasłonić rozrastające się zakola.
- Może pan się jeszcze nie zorientował, ale przebywanie w tym pokoju nie
sprawia nam przyjemności. Wręcz przeciwnie. A jeżeli będzie się pan
zgrywać, prawdopodobnie nie wyjdziemy stąd do wieczora. Wolelibyśmy tego
uniknąć.
Nie przerywając stukania, Kawęcki wydmuchnął dym kącikiem ust. Potem
przeniósł wzrok na policjantów.
- To zacznijcie w końcu pytać o to, po co mnie tutaj ściągnęliście.
Filipski zerknął na Stelmach, która wciąż wpatrywała się w Kawęckiego, a potem na jej notatnik. Nie zapisała w nim ani jednego słowa.
Podinspektor poluzował krawat. Pochylił się nad stołem i ponownie
włączył kamerę.
- Co pan robił dwudziestego pierwszego marca?
Pięć miesięcy wcześniej
Samochód gwałtownie zatrzymał się na poboczu. Tomek Kawęcki zaczął
obmacywać drzwi, nerwowo szukając klamki. W końcu udało mu się je
otworzyć. Wychylił się najdalej, jak potrafił, i wyrzucił treść żołądka
na krawężnik. Po kilku głośnych seriach wymiotów, kompletnie wyczerpany,
osunął się na fotel.
- Zamknij, kurwa, te drzwi! - warknął taksówkarz i odwrócił się w stronę
Witolda Ptaka. - Jeśli się okaże, że zarzygał mi tapicerkę...
- Przepraszam za kolegę - wtrącił się Witold. - Cierpi na chorobę
lokomocyjną.
- Chyba filipińską. Capi od was jak z gorzelni. Wynocha!
- Jeśli dowiezie nas pan na miejsce, zapłacimy podwójnie za kurs. I za
ewentualne pranie tapicerki.
Taksówkarz przez dobre kilka sekund zastanawiał się nad ofertą. W końcu
głośno westchnął, zaklął pod nosem i odwrócił się w stronę kierownicy.
Zanim włączył się do ruchu, podkręcił radio. Jakby ciężkimi basami
chciał pogruchotać zbolałe łby dwóch nagrzanych typów, którzy
zasmradzali mu samochód.
Kawęcki wytarł rękawem twarz. Przez chwilę patrzył na swoje drżące
dłonie. Czuł posmak wymiocin w ustach. I kolejną falę mdłości, która
przetaczała się przez jego organizm. Nie miał wątpliwości, że wyrzucona
na pobocze seria nie była ostatnią tego dnia.
- Lepiej ci? - zapytał Witold, przekrzykując radio.
Kawęcki z wysiłkiem przekrzywił głowę. Witold, wyższy od niego o piętnaście centymetrów, z nienaturalnie długim nosem i twarzą pooraną
bruzdami, jedną dłoń trzymał na pomarszczonym czole, a drugą majstrował
przy opakowaniu tabletek przeciwbólowych. W końcu wyciągnął dwie
kapsułki i włożył je do ust. Skrzywił się, jakby próbował połknąć gówno.
Przypominał niedźwiedzia, który wpadł we wnyki. Zaraz po tym, jak
opróżnił beczkę wódy.
- Miesiąc - powiedział Kawęcki.
- Może pan ściszyć to badziewie? - spytał Witold, zaciskając swoją
wielką dłoń na zagłówku kierowcy. Zadziałało. - Co powiedziałeś?
- Prawie miesiąc nie piłem. Zapomniałem już, jak bolesne są powroty.
- To po co wracasz?
Dobre pytanie, pomyślał Kawęcki. Nie potrafił udzielić na nie
uniwersalnej odpowiedzi, która sprawdzałaby się w każdym przypadku. Nie
sądził, żeby taka istniała.
- Nie wiem - szepnął. - Mogę ci powiedzieć, dlaczego wróciłem wczoraj.
Akurat tego nie musiał wyjaśniać. Kiedy poprzedniego wieczoru wylądowali
w mieszkaniu Witolda, mieli za sobą kilkadziesiąt godzin bezowocnej
pracy. Nie zdołali ustalić, co się stało z Magdą Giętką, ich koleżanką z Wydziału Kryminalnego, która zaginęła kilka dni wcześniej. Wszystko
wskazywało na to, że została uprowadzona ze swojego samochodu stojącego
tuż przed jej blokiem - policjanci zastali na miejscu zniszczony zamek,
uszkodzony fotel i ślady chloroformu. Od jej porwania minęło ponad sto
dwadzieścia godzin, więc ze statystycznego punktu widzenia sytuacja
wydawała się prosta. Jeżeli do tego czasu Magda nie dała znaku życia,
nikt jej nie widział, a porywacze nie zażądali za nią okupu,
prawdopodobnie była już martwa.
A to wystarczający powód, żeby się zalać.
Kolejny poznali kilkanaście minut temu, kiedy Witolda obudził telefon od
szefa. Powiedział mu, że prawdopodobnie znaleźli Magdę. A właściwie to,
co z niej zostało.
- To ona? - zapytał Kawęcki, nie otwierając oczu. Jego poharatana głowa
luźno zwisała z tułowia, jakby była do niego przymocowana sprężyną.
- Nie wiem.
- A co wiesz?
- Że to może być ona. I że jest cholernie nieprzyjemnie.
Kawęcki w końcu odważył się otworzyć oczy i spojrzał na surowy krajobraz
rozciągający się za oknem. Na ogołocone z liści drzewa, między którymi
ziała pustka. Krzewy dopiero zaczynające obrastać zielenią. Las
Łagiewnicki, który tak naprawdę jeszcze nie był lasem, tylko zbieraniną
badyli na odludziu.
Tomek wiedział, co to znaczy, że jest cholernie nieprzyjemnie.
Mariusz Szczebiot drapał się obiema rękoma po głowie, jakby się zmagał z wyjątkowo upierdliwą wszawicą. Przestał, kiedy się zorientował, że
skupia na sobie spojrzenia kilku techników kryminalistyki i policjantów.
I gdy uświadomił sobie, że naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy
Wojewódzkiej Policji w Łodzi nie może wyglądać i zachowywać się jak
troglodyta. Niezależnie od tego, co przed chwilą zobaczył.
- Poczekajcie - powiedział.
- Na co? - zapytała Beata Tarka.
Szefowa zespołu techników przyglądała się Szczebiotowi z lekko
przekrzywioną głową. Miała na sobie jednorazowy strój ochronny. Składały
się na niego rękawiczki i ochraniacze na buty, biały kombinezon z kapturem oraz maska, którą opuściła, żeby zapalić papierosa. Wyglądała w nim jak dziwoląg. Choć i tak lepiej niż w swoim codziennym, pozbawionym
wyrazu ubraniu, które tylko uwydatniało jej zaniedbany wygląd, ziemistą
cerę i zblazowaną twarz.
- Chcę, żeby to zobaczyli, zanim ją odetniecie - wyjaśnił Szczebiot.
Po raz ostatni zerknął na zwłoki. Następnie podniósł kołnierz płaszcza,
żeby przynajmniej częściowo osłonić twarz przed zacinającym wiatrem, i zaczął się wycofywać do samochodu.
Wieść o tym, że prawdopodobnie znaleźli ciało policjantki, szybko się
rozeszła. Na miejscu zbrodni zdążył się zebrać tłumek policjantów i techników. Jedni przeczesywali podłoże, szukając na nim śladów krwi,
butów czy opon, wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogło wiązać się z zabójstwem. Inni wraz z policyjnymi psami szwendali się po lesie,
wyglądając jakichkolwiek tropów. A niektórzy po prostu stali jak wryci i bezmyślnie gapili się na zwłoki, jakby sprawiało im to perwersyjną
przyjemność.
Szczebiot przedzierał się przez las, przydeptując wyglansowanymi butami
gałęzie, które podczas zimy nie zdołały utrzymać się na drzewach.
Nigdzie nie było widać wydeptanych ścieżek. Na miejsce zbrodni nie
prowadziła żadna droga, którą dałoby się swobodnie przejechać. Żeby tam
dotrzeć z oddalonej o kilkaset metrów asfaltowej szosy, trzeba było się
przebić przez błoto i chaszcze.
Jeżeli zrobił to w nocy, musiał dobrze znać to miejsce, pomyślał
Szczebiot.
Zanim doczłapał do swojego samochodu, zobaczył Artura Waliszewskiego,
który postanowił wyjść mu naprzeciw. Trafił do jego zespołu po
przepracowaniu niemal dziesięciu lat w obyczajówce. Długo irytował
Szczebiota. Był pyskatym trzydziestoparoletnim gnojkiem, przeświadczonym
o swojej świetności i stale posługującym się językiem dziwek oraz
alfonsów. Szczebiot miał wrażenie, że Artur koncentruje się głównie na
tym, żeby dobrze wyglądać. Miał go za płytkiego playboya, pozoranta,
jakich w policji jest na pęczki. Ale w ostatnim czasie facet, który
wydawał mu się piątym kołem u wozu, zaczął wyrastać na najbardziej
wartościowego śledczego w zespole. Nie była to jednak jego zasługa.
- Przyjechali - powiedział Artur.
- Gdzie oni są?
Nie musiał mu tego wyjaśniać. Powietrze rozerwał nieprzyjemny charkot,
który po chwili przerodził się w kaszel. Po drugiej stronie ulicy, tyłem
do nich, stał zgięty wpół Tomek Kawęcki. Wymiotował. Towarzyszył mu
Witold Ptak, który łapczywie pił napój energetyczny. Wyglądali jak Flip
i Flap siłą wepchnięci do filmu klasy B.
Szczebiot spojrzał na zegarek. Minęły prawie dwie godziny, odkąd po raz
pierwszy próbował się z nimi skontaktować. Ale widząc, w jakiej są
formie, uznał, że i tak musiał się zdarzyć cud, skoro tu dotarli.
- To ona? - zapytał Witold, wyręczając Kawęckiego, który wyczerpany
rzyganiem opierał się plecami o drzewo.
- Trudno powiedzieć - odparł Szczebiot. - Chodźcie. Technicy są już
nieźle wkurwieni. Zresztą nie tylko oni.
Szczebiot popatrzył na policjantów, ale z ich zapijaczonych mord nie był
w stanie wyczytać, czy zrozumieli aluzję.
W milczeniu ruszyli w głąb lasu. Patrzyli pod nogi, próbując wychwycić
jak najwięcej szczegółów, które mogłyby się przydać podczas śledztwa. Na
czoło czteroosobowej grupy wysunęli się Artur i Witold. Szczebiot
zwolnił i zrównał krok z człapiącym z tyłu Kawęckim. Uważnie mu się
przypatrywał.
Kawęcki wyglądał jak siedem nieszczęść. Zbyt obszerna kurtka zwisała z jego patykowatego ciała, a zmarnowaną twarz szpeciły blizny i zadrapania. Zamiast charakterystycznej rozczochranej czupryny miał
niemal łysą glacę, na której znajdowało się kilka amatorsko założonych
szwów. Po dwóch bójkach w ciągu niespełna miesiąca bardziej przypominał
nędznego boksera niż policjanta.
Za pierwszym razem oberwał od niezidentyfikowanych sprawców,
prawdopodobnie zajmujących się nielegalnym handlem agresywnymi psami.
Dorwali go w Lesie Łagiewnickim - zaledwie kilka kilometrów od miejsca,
w którym się teraz znajdowali - kiedy próbował się czegoś o nich
dowiedzieć. Do drugiej jatki doszło w jego własnym mieszkaniu. Napadła
go para zbirów, która z jakiegoś powodu postanowiła wyrządzić mu
krzywdę.
Tyle udało się Szczebiotowi dowiedzieć z analizy dwóch miejsc zdarzenia
oraz pobieżnej relacji Kawęckiego, w której roiło się od luk. Nie mieli
świadków mogących potwierdzić jego wersję wydarzeń. Żadnych dowodów
jednoznacznie wskazujących, że mówi prawdę. Sprawcy pobicia w lesie
uciekli, natomiast para przygłupów, która po starciu z Kawęckim trafiła
do szpitala, na razie nie chciała z nikim rozmawiać. A już na pewno nie
z policją.
Wymarzony scenariusz dla kogoś, kto próbuje coś zatuszować, pomyślał
Szczebiot.
Po kilku minutach topornego przedzierania się przez las policjanci
wyszli na polanę, którą zamiast trawy i roślin pokrywała ubita ziemia.
Zatrzymali się. Kilkadziesiąt metrów dalej nerwowo krzątała się grupa
ludzi.
- Jeśli masz znowu rzygać, to lepiej zrób to tutaj - powiedział
Szczebiot do Kawęckiego. - Już dość najadłem się za ciebie wstydu.
Komisarz nie skomentował jego słów. Zamiast tego ruszył przed siebie,
jak gdyby wygrzebał skądś dodatkową energię.
Ciało znajdowało się na końcu polany. Kiedy policjanci zbliżali się do
niego, czuli się tak, jakby podchodzili do eksponatu muzealnego. Zwłoki
wisiały mniej więcej trzy metry nad ziemią. Były przecięte na pół.
Zabójca obwiązał obie części ciała liną i przymocował do dwóch grubych
gałęzi.
- Jezu - westchnął Witold.
Tylko dzięki nagiemu ciału dało się na pierwszy rzut oka rozpoznać płeć
ofiary. Kobieta miała bowiem zmasakrowaną twarz. Zabójca wydłubał jej
oczy i wybił zęby. Na wystających z policzków kościach zwisały skrawki
skóry.
- Kto znalazł zwłoki? - zapytał Witold.
- Trzydziestoośmioletnia mieszkanka Radogoszcza, niejaka Natalia Szulc -
odparł Szczebiot, zerkając do notesu. - A w zasadzie jej bokser. Szulc
wyszła z domu, żeby pobiegać z psem. Wróciła z niezłą traumą.
- Dlaczego uważacie, że to może być Magda?
- Przeczesaliśmy teren. Kilkaset metrów stąd natrafiliśmy na kobiece
ubranie: koszulkę i majtki. Jeszcze nie wiemy, czy należały do Magdy,
ale rozmiar na to wskazuje.
- Nie znaleźliście przy nich żadnych dokumentów?
- Nie.
Kawęcki i Witold zbliżyli się do zwłok na tyle, na ile pozwolili im na
to technicy.
- To się wydarzyło tutaj? - zapytał Witold.
- Masz co do tego jakieś wątpliwości? - odpowiedziała pytaniem Beata
Tarka i wskazała palcem kałużę krwi.
- Czas zgonu?
- Między północą a trzecią w nocy.
- Jak to zrobił?
- Siekierą albo tasakiem. Wygląda na to, że była przywiązana do gałęzi,
kiedy ją przepoławiał. Potem wspiął się na drabinę i przywiązał dolną
część ciała.
- Na drabinę?
- Najprawdopodobniej.
Witold spojrzał pod nogi.
- A gdy już to zrobił, przekopał ziemię, żeby zatrzeć ślady - wyjaśniła
Tarka.
- Po co? Bał się, że dojdziemy do niego po śladach drabiny?
Tarka wzruszyła ramionami.
- To już wy musicie ustalić.
Witold zerknął na Kawęckiego, który hipnotycznie wpatrywał się w zmasakrowane zwłoki, jakby był w stanie coś z nich wyczytać. W jego
oczach widać było przerażenie. I coś jeszcze. Coś, czego Witold nie
potrafił nazwać. Albo podświadomie nie chciał.
- Chcielibyśmy dokończyć to, co zaczęliśmy - oznajmiła Tarka. - Jeśli
się jeszcze nie napatrzyliście, będziecie musieli zadowolić się
zdjęciami.
Chwilę później technicy wrócili do pracy. Rozstawili wokół kałuży krwi
trzy składane drabiny i zaczęli się na nie wdrapywać.
Zanim przecięli liny, na których wisiało ciało, Kawęcki po raz ostatni
spojrzał na zwłoki. Poczuł w ustach gorzki smak. Pochylił się i oparł
dłonie na kolanach. Sądził, że ponownie zwymiotuje, ale mdłości nagle
ustąpiły. Odczekał kilka sekund i się wyprostował. Zanurkował do
kieszeni spodni. Wyciągnął z niej pustą paczkę papierosów. Zaklął.
Dzień nie mógł się zacząć gorzej.
Po południu rozpętało się piekło.
Wiadomość o tym, że w Lesie Łagiewnickim znaleziono ciało
funkcjonariuszki, którą policja już kilka dni temu uznała za zaginioną -
choć nie raczyła się podzielić tą informacją z opinią publiczną -
błyskawicznie wyciekła do mediów. Zanim odbyła się pierwsza odprawa
poświęcona wstrząsającemu zabójstwu, w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi rozdzwonił się telefon, a do jej siedziby zjechał tabun
reporterów. Sądząc po pojawiających się w internecie informacjach,
dziennikarze zdawali się wiedzieć o sprawie więcej niż zaangażowani w śledztwo policjanci, dopiero czekający na wieści z laboratorium
kryminalistycznego.
Kilkadziesiąt osób - głównie niższych rangą funkcjonariuszy -
zaangażowano do pilnowania, aby nikt niepowołany nie dostał się na
miejsce zbrodni, gdzie wciąż pracowali policjanci i technicy. Drugie
tyle zebrało się w sali konferencyjnej. Krótką odprawę poprowadził
Mariusz Szczebiot. Choć jak zwykle był skrajnie zestresowany publicznym
wystąpieniem, nie popełnił żadnego błędu, który miałby mu się śnić po
nocach. Wiedząc, jakie mogą być konsekwencje dzielenia się szczegółami
dotyczącymi zbrodni z taką dużą grupą ludzi, naczelnik Wydziału
Kryminalnego nie powiedział na spotkaniu nic odkrywczego. W zasadzie
tylko uformował tymczasową grupę operacyjną, która miała zająć się
sprawą. Nie próbował tłumaczyć jej członkom, kogo, gdzie ani w jaki
sposób mają szukać.
Dopiero późnym wieczorem Szczebiot i jego ludzie zebrali się w wąskim
gronie. Na spotkanie przyszli Witold Ptak, Artur Waliszewski oraz Tomek
Kawęcki. Długo milczeli. Bali się powiedzieć coś, co zabrzmiałoby
niestosownie.
Żeby przełamać ciszę, Szczebiot połączył się z Beatą Tarką. Ustawił w smartfonie tryb głośnomówiący i położył telefon na stole.
- Macie coś nowego? - zapytał.
- Przede wszystkim ślady butów - wychrypiała Tarka charakterystycznym
przepalonym głosem. - Znaleźliśmy ich całkiem sporo zarówno w okolicach
zwłok, jak i w miejscu, w którym leżało ubranie ofiary.
- Mów dalej.
- Dwa rozmiary: czterdzieści jeden i czterdzieści dwa. Wygląda na to, że
szukamy dwóch niewysokich mężczyzn. To by zresztą tłumaczyło, dlaczego
nigdzie nie znaleźliśmy śladów ciągniętego po ziemi ciała. Musieli
przenieść ofiarę na skraj polany. Poza tym jedna osoba, nawet potężna,
prawdopodobnie nie miałaby wystarczająco dużo siły, żeby powiesić w ten
sposób zwłoki.
- Jesteś pewna, że było ich dwóch?
- Tak. Ofiara ma mniejszą stopę, więc byśmy wiedzieli, gdyby przyszła ze
sprawcą pod drzewo.
- Udało wam się znaleźć miejsce, w którym zaparkowali samochód?
- Wydaje nam się, że tak. Dotarliśmy do szutrowej drogi, która ciągnie
się mniej więcej kilometr od polany. Sprawdzamy kilka śladów opon.
Zakładamy, że któryś z nich zostawiło auto zabójców.
- Coś jeszcze?
- Najprawdopodobniej czymś ją nafaszerowali. Nie miała związanych nóg
ani nadgarstków, a na jej ciele nie znaleźliśmy wielu zadrapań czy
siniaków. Więcej dowiecie się od patologa, ale moim zdaniem musiała być
nieprzytomna lub zupełnie bezwolna, kiedy jej to robili. - Ostatnie
zdanie Tarka wypowiedziała niewyraźnie, jakby bardzo nie chciała go
wyartykułować. A może tylko z powodu papierosa w ustach. - Niestety nie
znaleźliśmy nic, co pozwoliłoby nam rozpoznać sprawców. Nie mamy żadnych
śladów biologicznych. Nigdzie nie zostawili włosów, odcisków palców ani
fragmentów naskórka. Kimkolwiek są, byli bardzo dyskretni.
Kiedy Tarka się rozłączyła, w sali znów zapanowała martwa cisza.
Przerwał ją dopiero prokurator Adam Warga, który nerwowym krokiem
wparował do pomieszczenia. Jego grube ciało, ukryte pod wygniecionym
garniturem, rozlało się na jednym z dwóch wolnych krzeseł. Na drugim
położył wypchany po brzegi neseser.
- Kontynuujcie - powiedział. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, dodał:
- Przyszedłem się dowiedzieć, co wam się udało ustalić. Domyślam się, że
te ogólniki, którymi podzieliłeś się na odprawie, to nie wszystko.
- I tak, i nie - odparł Szczebiot. - Właściwie mamy niewiele.
Zerkając do notatek, zreferował Wardze, czego się dowiedzieli od
techników i policjantów, którzy pierwsi dotarli na miejsce zbrodni.
Kiedy skończył, prokurator poluzował krawat, rozparł się na krześle i głośno sapnął.
- To mi wygląda na robotę mafii - powiedział. - Czy Magda mogła nadepnąć
na odcisk jakimś gangsterom?
- Nie sądzę - powiedział Szczebiot. - Kiedy pracowała w Komendzie
Miejskiej, nie zajmowała się przestępczością zorganizowaną. U nas też
nie.
Szczebiot popatrzył na swoich ludzi. Witold odpowiedział mu krótkim
skinieniem głowy.
- Gangsterzy działają zero-jedynkowo - powiedział. - Oni ukryliby ciało
tak, że nigdy byśmy go nie znaleźli. Albo porzuciliby je w miejscu
publicznym, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto za tym stoi. Tutaj
wydarzyło się coś niestandardowego. Sprawcy zabrali jej dokumenty,
pozbawili ubrania i zmasakrowali twarz, ale nie ukryli ciała.
Wyeksponowali zwłoki, jednocześnie próbując ukryć tożsamość ofiary.
- W takim razie dlaczego to zrobili?
- Moim zdaniem chcieli nas spowolnić. Albo się z nami zabawić.
Zafundować nam kilka nieprzespanych nocy.
- Dowiedzieliście się, kim jest facet, z którym Magda spotkała się dzień
przed zaginięciem?
- Sądziliśmy, że uda nam się to ustalić dzisiaj. Ale musieliśmy zmienić
plany.
Warga popatrzył na Szczebiota i jego świtę. Był nimi rozczarowany.
Świadczyło o tym jego zdegustowane spojrzenie.
- Może to nie jest Magda - odezwał się niespodziewanie Kawęcki. - Może
nie powinniśmy przyjmować założenia, że to jej zwłoki widzieliśmy
dzisiaj w lesie. Co o tym myślisz? - zwrócił się do prokuratora.
Warga przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, po czym ciężko wypuścił
powietrze.
- Lepiej przygotujmy się na najgorsze.
Z trudem podniósł wypchaną aktówkę, a potem z jeszcze większym wysiłkiem
dźwignął swoje cielsko. Bez pożegnania wyszedł z sali. Policjanci
ponownie zostali sami. I znów zatopili się w niezręcznej ciszy.
Sierpień
- Jak długo znam Kawęckiego? - Witold Ptak powtórzył zadane mu pytanie.
- Zbyt długo. Zdecydowanie zbyt długo.
Wolno wypuścił powietrze, wodząc wzrokiem po poszarzałym suficie
klaustrofobicznego pomieszczenia. Z jednej strony próbował przypomnieć
sobie okoliczności, w jakich poznał Kawęckiego. Z drugiej uciekał przed
wnikliwymi spojrzeniami Łukasza Filipskiego i Anny Stelmach. A także
przymocowanej do stołu kamery, która znajdowała się między parą
policjantów.
- To był chyba dwa tysiące drugi rok. Lato. Pamiętam, że było tak samo
upalnie jak dzisiaj. Szefem kryminalnego był wtedy Władek Ordonowicz. To
on zatrudnił Kawęckiego. Wszyscy podejrzewali, że zrobił to pod wpływem
nacisku jakiegoś bogatego albo wysoko postawionego tatusia, który
postanowił spełnić kaprys synalka i pomóc mu wstąpić do policji.
- Dlaczego tak myśleliście? - zapytał Filipski.
- Byliśmy przekonani, że Kawęcki nie nadaje się do tej roboty. Z trzech
powodów. Po pierwsze, był chudy i wydawał się nieporadny. Nie chciało
nam się wierzyć, że mógł uczciwie przejść testy sprawnościowe. Po
drugie, nie był wyszczekany. Wręcz przeciwnie: to największy mruk,
jakiego spotkałem w policji. Przez kilka pierwszych miesięcy praktycznie
się nie odzywał. Odpowiadał monosylabami, gdy go o coś pytałem. Dopiero
po wódce robił się rozmowny.
- A po trzecie?
- Był strasznym dziwakiem. Poznaliście go? - Witold w odpowiedzi
otrzymał dwa kiwnięcia głową. - Miał ze sobą termos?
- Co takiego?
- Takie duże naczynie do przechowywania ciepłych napojów.
- Wiem, czym jest termos. - Filipski ciężko sapnął. - Nie, nie miał przy
sobie nic.
- Od pierwszego dnia w policji taszczy ze sobą wielką srebrną tubę, w której nosi kawę. Zwykłą, rozpuszczalną, bardzo słodką. Nie mam pojęcia,
po jaką cholerę targa to ustrojstwo. Przecież taką samą, a nawet lepszą
kawę mógłby sobie robić w kuchni.
- Pytał go pan o to?
- Tak.
- I co?
- Powiedział, żebym spierdalał. Często to od niego słyszę.
Witold roześmiał się. Po chwili zaraził swoim rechotem Filipskiego.
Tylko Stelmach pozostała niewzruszona. Poczekała, aż mężczyźni się
opanują, a następnie otworzyła notatnik.
- Jak by go pan scharakteryzował? - zapytała.
Witold ponownie musiał się zastanowić.
- Grała pani kiedyś w piłkę?
Stelmach po chwili wahania kiwnęła głową.
- Kto zazwyczaj stał na bramce?
- Najgrubsza dziewczyna w drużynie.
- Brawo. Jak ja grałem w piłkę, to na bramce stawał albo grubas, albo
największy świr w ekipie. Facet w typie Mnicha z Meczu ostatniej
szansy. Grał go Jason Statham. Oglądaliście?
Policjanci synchronicznie pokręcili głowami.
- Nie szkodzi, wiele nie straciliście. W każdym razie kiedyś zdarzyło
nam się wystąpić w jakichś wewnątrzpolicyjnych rozgrywkach. Zgadnijcie,
na jakiej pozycji zagrał Kawęcki? - Witold uśmiechnął się i położył ręce
na stole. - A poza tym to kawał skurczybyka. Potrafi być wrzodem na
dupie. Czasem odnoszę wrażenie, że nikogo nie lubi. A już na pewno nie
zależy mu na tym, żeby ktokolwiek jego lubił. Nie mam pojęcia, co
skłoniło Teresę, żeby za niego wyjść. Ani jakim cudem udało jej się
wytrzymać z nim tyle lat.
- Wie pan, dlaczego się rozstali? - spytała Stelmach.
Witold wzruszył ramionami.
- Przez jego chlanie, pracę albo charakter. Może pani sobie wybrać.
Stelmach zapisała coś w notatniku i spojrzała na Filipskiego, który
gwałtownie odwrócił głowę. Nie po raz pierwszy przyłapała go na tym, że
się na nią gapi. Bezceremonialnie. Jak pedofil wpuszczony do sklepu z zabawkami. Choć nie przestawało to jej wkurwiać, powoli się do tego
przyzwyczajała.
- A dlaczego pan rozstał się z żoną?
Witold próbował się uśmiechnąć, ale zdołał jedynie zacisnąć usta.
- Jeszcze się nie rozstaliśmy, na razie jesteśmy w separacji. Ale jeśli
kiedyś do tego dojdzie, to w moim przypadku z pewnością winna będzie
praca.
Stelmach przyglądała się Witoldowi przez dłuższą chwilę. Kiedy nabrała
pewności, że ten wielki mężczyzna o zmęczonej twarzy pała nieodpartą
ochotą, aby wyrządzić jej krzywdę, zatopiła się w notatkach. Pałeczkę
przejął Filipski.
- Czy był pan świadomy wszystkiego, co Kawęcki robił na służbie? -
zapytał. - Zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat?
- Myślę, że nie ma osoby, która by to wiedziała. Podejrzewam, że sam
Kawęcki, nawet gdyby bardzo tego pragnął, nie byłby w stanie szczegółowo
o tym opowiedzieć. Pewnie domyślacie się dlaczego. Ale jeśli dobrze
rozumiem, to nie z jego pijaństwem i lukami w pamięci macie problem.
- Dobrze pan rozumie.
Witold starł wierzchem dłoni pot z czoła i łapczywie napił się wody.
Kilkoma dużymi haustami wyżłopał cały kubek, który kilka minut wcześniej
policjanci podetknęli mu pod nos. Kiedy skończył, rozparł się na
krześle. Jego potężne ramiona ledwo się zmieściły na oparciu.
- Kawęcki zawsze był taki... - Filipski długo szukał odpowiedniego
określenia - nawiedzony?
- Co ma pan na myśli?
- Czy zawsze zatracał się we własnym świecie, próbując znaleźć w każdym
zabójstwie nieistniejące drugie dno?
Witold zaczął obracać w dłoniach pusty kubek. Jednocześnie po raz
kolejny uciekł wzrokiem w górę. Podziwiając paskudny sufit, uśmiechnął
się kwaśno.
- A skąd pan wie, że nieistniejące?
Pięć miesięcy wcześniej
Stojąc obok Witolda Ptaka i doktora Jana Ronerta, Tomek Kawęcki miał
prawo czuć się nieswojo. Pierwszy z nich przypominał byłego zapaśnika
albo dżudokę, który po zakończeniu kariery trochę za dużo jadł i odrobinę zbyt często pił, ale za to wciąż regularnie ćwiczył. Drugi
wyglądał jak klasyczna ofiara gigantyzmu: dwumetrowe ciało wieńczyły
podłużna twarz i niekształtna czaszka przykryta kępkami siwych włosów.
Kawęcki ze swoim przeciętnym wzrostem i mikrą sylwetką wyglądał przy
nich jak podnóżek. W dodatku solidnie wytarty.
- Nie macie wrażenia, że ostatnio zbyt często się widujemy? - zapytał
doktor Ronert.
Lekarz medycyny sądowej mówił cicho i flegmatycznie, jak gdyby nudziły
go własne słowa. Zawiesił na policjantach smętny wzrok. Nie byli pewni,
czy oczekuje od nich odpowiedzi, czy tego, żeby zaśmiali się z jego
żartu.
- Miejmy to już za sobą - powiedział Witold.
Chwilę później trzej mężczyźni stanęli przed stołem sekcyjnym, na którym
leżały podzielone na dwie części zwłoki. Policjanci po raz pierwszy
mogli obejrzeć je z bliska. Skala obrażeń była większa, niż
przypuszczali. Przed wizytą w kostnicy mieli nadzieję, że gdy uważnie im
się przyjrzą, będą w stanie rozstrzygnąć, czy jest to ciało Magdy
Giętkiej. Ale potrafili jedynie stwierdzić, że zwłoki należą do kobiety,
która w ostatnich chwilach życia miała wyjątkowo mało szczęścia.
- To Magda? - zapytał Witold.
- Wzrost, waga, wiek, kolor włosów i budowa ciała się zgadzają. Ale
dopóki nie dostaniemy wyników badań DNA, możemy tylko zgadywać.
- Nie da się jej zidentyfikować po zębach?
- A widzisz tu gdzieś zęby? - Ronert ostrożnie poruszył zmiażdżonymi i spuchniętymi wargami ofiary. - Sprawca się ich pozbył. Prawdopodobnie
wytłukł je młotkiem.
Witold ciężko sapnął.
- Wybacz. Od kilkunastu godzin słyszymy, że musimy poczekać na wyniki
badań. To się zaczyna robić frustrujące.
- A chcecie usłyszeć coś nowego?
Słowa Ronerta zawisły w powietrzu. Witold dopiero po paru sekundach
przypomniał sobie, że lekarz nie zwykł zadawać retorycznych pytań, i pokiwał głową.
- Lubicie filmy gore? - zapytał Ronert, a zobaczywszy konsternację na
twarzach policjantów, zaczął wyliczać: - Cannibal Holocaust,
Nekromantik, Men Behind the Sun?
- Ja widziałem jeden - odezwał się Kawęcki. - Srpski film.
- Klasyk - ucieszył się Ronert i spojrzał na Witolda. - Ostatnia scena
jest rewelacyjna. Bohater zabija swojego przeciwnika penisem. Dosłownie.
Znacie coś jeszcze?
- Czy twoje pytania prowadzą do czegoś? - zirytował się Witold.
Lekarz rzucił mu złowrogie spojrzenie. Następnie wsunął okulary na nos i wskazał dłonią ciało.
- Te zwłoki skojarzyły mi się z filmami gore. Z brutalnymi horrorami,
które tworzy się wyłącznie po to, aby szokować widzów najdziwniejszymi
dewiacjami, torturami, eksperymentami na ludziach albo scenami
kanibalistycznymi. Ma być obrzydliwie i przerażająco. - Ronert wycelował
palcem w stopy ofiary. - Co tu widzicie?
- Nic - odparł Witold.
- Właśnie. Na jej rękach i nogach nie ma śladów wiązań. Widać tylko
pozostałości po linach, którymi sprawca przymocował ciało do drzewa.
- Beata Tarka sugeruje, że ofiara została nafaszerowana lekami.
- I słusznie. Chodźcie, coś wam pokażę.
Przeszli do biura Ronerta. Jego gabinet był malutki, odwrotnie
proporcjonalny do gabarytów lekarza. Zagracone papierami szafki
wyglądały tak, jakby za chwilę miały się zawalić.
Ronert usiadł za biurkiem i podał policjantom kartkę.
- To lista leków, związków chemicznych oraz toksyn, które znaleźliśmy w organizmie ofiary albo których występowanie podejrzewamy.
Policjanci przebiegli wzrokiem po liście.
- Jad kiełbasiany? - zdziwił się Witold.
- Zabójca prawdopodobnie karmił ją zepsutym mięsem. Wiecie, w jaki
sposób działa jad kiełbasiany?
Policjanci pokręcili głowami. Ronert zdjął okulary i głośno westchnął.
- Krótko mówiąc, obezwładniająco. Może sprawić, że człowiek straci
kontrolę nad swoim ciałem. Stanie się bezwładny. A jednocześnie zachowa
pełnię świadomości.
Lekarz zrobił pauzę, żeby pozwolić policjantom pozbierać myśli. Szybko
zrozumieli, do czego zmierza.
- Obezwładniające i znieczulające właściwości ma także kilka innych
związków i leków z tej listy: fentanyl, chlorek suksametoniowy,
midazolam. O filmach gore opowiadałem wam nie dlatego, że je lubię, ale
po to, byście zrozumieli, skąd sprawca mógł czerpać inspirację. Znam
przynajmniej kilka tytułów, w których różnej maści psychopaci serwują
ofiarom substancje mające je obezwładnić, a jednocześnie nie doprowadzić
do utraty kontaktu. Sprawić, aby były w pełni świadome, co im robią.
- Czyli szukamy fana filmów gore i anestezjologa w jednym? - zapytał
Witold.
- Lekarza. Może być też pielęgniarzem, ratownikiem medycznym lub
weterynarzem. Albo studentem medycyny. To nie jest wiedza tajemna, ale
trzeba się trochę nagimnastykować, żeby ją zdobyć. - Ronert otworzył
szufladę i wyciągnął z niej kilka zdjęć. Zaczął je przeglądać. - Tyle że
to wszystko może być bzdurą. Mistyfikacją.
- Co masz na myśli? - zapytał Witold.
Patolog położył fotografie na stole. Były ponumerowane. Przedstawiały
różne fragmenty zwłok z lasu.
- Zerknijcie na zdjęcie numer sześć. Widać na nim uszkodzenie rdzenia
kręgowego pomiędzy siódmym a ósmym kręgiem szyjnym. I to nie byle jakie
uszkodzenie. To precyzyjnie wykonane cięcie, zapewne jakimś narzędziem
chirurgicznym.
Policjanci długo wpatrywali się w fotografię, ale widzieli na niej
jedynie zmasakrowany fragment szyi. Nie mieli pojęcia, jak Ronert był w stanie cokolwiek tam dostrzec.
- Zauważcie, że zmiażdżył jej nie tylko twarz, ale również szyję,
okolice ramion i barków, zarówno z przodu, jak i z tyłu. To sugeruje, że
chciał zatrzeć ślad po cięciu, którym uszkodził rdzeń kręgowy ofiary i prawdopodobnie pozbawił ją czucia w kończynach. A może nawet zabił. -
Ronert zabrał policjantom zdjęcie i zaznaczył na nim długopisem punkt, o którym mówił. - Moim zdaniem sprawca doskonale wiedział, że te wszystkie
metody obezwładniania ludzi znane z filmów można włożyć między bajki.
Chciał was oszukać. Nie uwzględnił tylko tego, że ja też o tym wiem.
- Dlaczego to zrobił? - zapytał Witold.
- Żebyśmy myśleli, że ona wszystko czuła - wyjaśnił Kawęcki. - Że
widziała, jak ją katuje.
Ronert kiwnął głową.
- To tym bardziej wskazuje na to, że macie do czynienia z lekarzem, a przynajmniej kimś, kto rozumie medycynę.
- Używasz liczby pojedynczej - zauważył Kawęcki. - Beata Tarka twierdzi,
że sprawców było dwóch. Technicy znaleźli dwa rodzaje odcisków butów na
miejscu zbrodni.
- Jeśli było ich dwóch, to prawdopodobnie tylko jeden zadawał jej rany.
Witold podniósł głowę i spojrzał w sufit.
- Cudownie - westchnął. - Wprost wspaniale, kurwa.
- Czy to może być ta sama osoba, która zabiła Martynę Bułecką? - zapytał
Kawęcki.
Ronert zmarszczył brwi. Zastanawiając się nad odpowiedzią, flegmatycznie
drapał się po pociągłym czole.
- Nie mam pojęcia. Ale w obu przypadkach prawdopodobnie mamy do
czynienia z kimś ponadprzeciętnie wysokim i ponadprzeciętnie silnym.
- Oraz okrutnym - dodał Witold. - Ponadprzeciętnie okrutnym.
Witold spojrzał w lusterko wsteczne. Zobaczył w nim poharataną twarz
Kawęckiego. Z jego lewej skroni spływała strużka krwi, która wydostała
się z rany po zdrapanym strupie. Mętnym spojrzeniem lustrował pobocze.
Miał minimalnie rozchylone usta, jakby próbował coś liczyć pod nosem.
Witold zmienił bieg i dynamicznie przyspieszył, aby sprawdzić, czy
Kawęcki jest choćby minimalnie zainteresowany tym, co się wokół niego
dzieje.
Nie był.
- Zabiorą nam tę sprawę - odezwał się Artur Waliszewski. - Jeśli się
okaże, że to ciało Magdy, śledztwo przejmie jakaś zgraja pedałów.
Witold spojrzał na młodszego kolegę, który nerwowo wiercił się na
przednim fotelu i przygryzał pięść. Z reguły zgrywał nieustraszonego
twardziela, żyjącego wyłącznie po to, żeby pokazywać luz, pukać laski i spuszczać bandziorom wpierdol. Ale tym razem nie miał na to ochoty. Był
szczerze przejęty. Choć wydawało się, że ze wszystkich policjantów z Wydziału Kryminalnego, którzy pracowali z Magdą, to on najbardziej miał
ją w dupie.
- Stworzą specjalny zespół złożony z gogusiów z dochodzeniowo-śledczego
i wywiadu kryminalnego.
- Skąd wiesz? - zapytał Witold.
- Podsłuchałem rozmowę Szczebiota z komendantem. Stary twierdzi, że tak
będzie najlepiej, bo my, jako jej koledzy, moglibyśmy podejść do sprawy
zbyt emocjonalnie. A przez to nie bylibyśmy w pełni profesjonalni. Gówno
prawda! - syknął, wymachując rękoma. - Przecież to jakiś korporacyjny
bełkot.
Może to i lepiej, pomyślał Witold. Właśnie spędzili kilka godzin na
bezowocnym przesłuchiwaniu ludzi zamieszkujących domy w pobliżu Lasu
Łagiewnickiego i wzdłuż drogi, którą zdaniem techników mogli przyjechać
zabójcy. Wciąż nie zdołali ustalić, z kim Magda spotkała się dzień przed
swoim zniknięciem. Z oględzin miejsca zabójstwa nie wyciągnęli żadnych
godnych odnotowania wniosków. Do tej pory jedyną wartość do śledztwa
wniosły badania doktora Jana Ronerta, który tylko kilka razy widział się
z Magdą. I któremu z pewnością była obojętna.
- Gdyby komendant miał odrobinę odwagi, toby przyszedł z tym do nas.
Zapytałby o zdanie. Albo chociaż osobiście sprawdził, czy jesteśmy w stanie udźwignąć ten ciężar. - Artur pokręcił głową. - Ale zamiast tego
spotkał się z naszym pizdowatym, pozbawionym własnego zdania szefem i powiedział mu, że mamy się skupić na zabójstwie Bułeckiej.
Witold ponownie spojrzał w lusterko. Tym razem natknął się na wzrok
Kawęckiego. Pobudzony. Czujny. Inny od tego, jaki widział w ciągu
ostatnich kilkunastu godzin.
- Nie odnosicie wrażenia, że im wyżej ktoś jest w policyjnej hierarchii,
tym mniejsze ma jaja? Jakby się kurczyły od wysiadywania na
pierdzistołkach.
- Myślisz, że tylko w policji tak to działa? - zapytał Witold.
- Nie wiem. Nigdzie indziej nie pracowałem. Ale mam kolegę w wojsku. Tam
podobno jest jeszcze gorzej. - Artur uśmiechnął się pod nosem. -
Opowiedział mi, jak w ramach szkolenia wywieźli go na jakieś kompletne
zadupie, gdzie psy chujami wodę piją. Spędził tam tydzień, babrając się
w błocie i biegając po moczarach. W tym czasie dwaj oficerowie, którzy
mieli opiekować się jego jednostką, trafili na dołek, bo przystawiali
się do policjantek udających dziwki.
- I co się z nimi stało?
- Nic. Wypuścili ich. Jedyna strata była taka, że sobie nie poruchali.
Artur okazał się jedyną osobą w samochodzie, którą rozbawiła ta
opowieść. Kiedy opanował śmiech, wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął
przeglądać Tindera, jakby się napalił wspomnieniem o dziwkach.
Jednocześnie podkręcił radio, gdy z głośnika zawył jakiś kawałek z pogranicza techno i popu.
Witold przez dłuższą chwilę wpatrywał się w rozbawioną gębę Artura,
zastanawiając się, jak to możliwe, że w tak krótkim czasie jego
rozżalenie i złość przeobraziły się w głupawkę. Zazdrościł mu tego. On
już chyba nie potrafił ani poważnie się martwić, ani szczególnie
cieszyć. Od jakiegoś czasu wszystko w jego życiu działo się na pół
gwizdka. Przetaczały się przez nie mikrokatastrofy, które ledwo
zauważał. Jakby był zatopiony w hipnotycznym, tępiącym emocje śnie.
Ponownie spojrzał w lusterko wsteczne. Zobaczył, jak Kawęcki wyciąga
spod nóg termos, odkręca potężną srebrną tubę, wlewa napój do nakrętki,
a następnie pospiesznie ją opróżnia. Jednym dużym haustem.
Dziwne, pomyślał, że w samochodzie nie zapachniało kawą.
I że opróżniając nakrętkę, Kawęcki skrzywił się tak, jakby właśnie
oberwał w mordę.
Plan był prosty. Przesiedzieć osiem godzin w ciszy, nie wdając się w żadne pogawędki, dyskusje czy żarty. Wypić dwie lub trzy kawy;
koniecznie przy biurku, a nie w kuchni, gdzie mogłaby zostać
wmanewrowana w niepotrzebną interakcję. Przygotować jeden niezbyt długi
tekst na niezbyt skomplikowany temat, wymagający od niej niezbyt długich
rozmów telefonicznych lub wysłania kilku niezbyt wymagających maili.
Zaczekać, aż towarzystwo zacznie szwendać się po biurze, zamiast
pracować; aż rozgorzeją rozmowy o weekendowych planach; aż sprawy
zawodowe - nawet nieśmiertelne utyskiwanie na szefów i burdel w firmie -
zejdą na dalszy plan. I gdy już w redakcji zostanie garstka ludzi,
skupiona na przeglądaniu Facebooka, Allegro, Pracuj.pl czy ASZdziennika,
zacząć pakować swoje graty.
Alicja Mioduszewska nie zamierzała nikogo informować, że odchodzi. A tym
bardziej tłumaczyć, dlaczego została zwolniona z "Expressu Łódzkiego".
Wiedziała, że gawiedź byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, że ich
okrutny szef uczynił z niej kozła ofiarnego. Że wyrzucił ją po paru
dniach cmokania nad jej tekstami - dotyczącymi nieudolnej pracy policji
przy sprawie zabójstwa Martyny Bułeckiej, dwudziestoczteroletniej
studentki poćwiartowanej przez jakiegoś psychopatę. I że zrobił to tylko
dlatego, że prezes wydawnictwa kumpluje się z komendantem, a ich synowie
są partnerami biznesowymi.
Sprawiłaby swoim redakcyjnym kolegom niewypowiedzianą przyjemność, gdyby
udając, że identyfikują się z zawodową katastrofą koleżanki, tak
naprawdę mogli napawać się jej porażką. Tym, że po kilku dniach
pławienia się w sukcesie, po paru wizytach w telewizji i radiu, spadła
poniżej ich poziomu. Że wyleciała z łańcucha pokarmowego, podczas gdy
oni byli bezpiecznie zakotwiczeni na jego dole.
Niech żyją umowy śmieciowe, pomyślała Alicja, przypominając sobie o swoim ledwie dwutygodniowym okresie wypowiedzenia. I o dwóch tygodniach
urlopu, które planowała w tym czasie wykorzystać.
Do obszernej torby, zabranej do pracy specjalnie na okoliczność
odejścia, wepchnęła wszystkie cenne rzeczy z biurka. Nie było ich wiele.
Przywiązała się do redakcji, ale nie zdołała jej polubić. Nie była w stanie zapałać sympatią do firmy, która swoich pracowników uznaje nie za
wartość, lecz za obciążenie. Do dwulicowych szefów traktujących
podwładnych jak śmieci. Do kolegów, którym brakuje kręgosłupa moralnego.
Choć nie planowała rozstania z "Expressem", opuszczała go bez
szczególnego żalu. Przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.
Redakcja mieściła się w jednej z odrestaurowanych kamienic na
Piotrkowskiej, więc do mieszkającego w centrum Jakuba Możejki mogłaby
bez trudu dotrzeć piechotą. Mimo to postanowiła wsiąść do taryfy i obciążyć firmową kartę taksówkową. Po raz ostatni.
Jebać ich, pomyślała.
Jebać ich wszystkich.
Jechała niecałe pięć minut. Wysiadła przed klatką, wpisała kod na
domofonie i zaczęła się wspinać po schodach. Drzwi wejściowe były
zamknięte. Gospodarz nie zareagował na jej pukanie, więc sama je
otworzyła. Po kłótni sprzed kilku dni chciała zwrócić Możejce klucz. On
go jednak nie przyjął. Powiedział, że może z nim zrobić, co tylko chce.
Że jest jej.
Alicja długo się zastanawiała, czy nie powinna go po prostu wyrzucić.
Zapomnieć o tym, że zbliżyli się do tego stopnia. Ale ostatecznie
uznała, że zatrzyma klucz. Ze względów praktycznych. Nie dlatego, że
zamierzała wrócić do Możejki. O ile w ogóle można było to rozpatrywać w kategoriach powrotu. O ile kilka wspólnie spędzonych nocy można uznać za
związek. O ile było to coś więcej niż bezmyślne, nierokujące
pierdolenie.
Kiedy weszła do środka, Możejko krzyknął do niej z kuchni, ale
zagłuszyły go odgłosy skwierczenia mięsa na patelni i dźwięki muzyki
klasycznej. Alicja spokojnie ściągnęła buty, powiesiła płaszcz na kołku
przy drzwiach i ruszyła w głąb przestronnego, nowocześnie urządzonego
mieszkania.
- Co mówiłeś? - zapytała.
- Powiedziałem, żebyś weszła, rozgościła się i napiła wina - odparł
Możejko, wskazując palcem kuchenny stół, na którym stały dwa kieliszki
białego wina. - Kolacja będzie gotowa za pięć minut.
Alicja zgarnęła naczynia i przeniosła się do salonu. Zastanawiała się,
czy powinna docenić kunszt Mozarta, Bacha, Haydna i im podobnych
klasyków, ponieważ tak wypada, czy raczej zaufać instynktowi, który jej
podpowiadał, że ich przeterminowana twórczość zarezerwowana jest
wyłącznie dla przeintelektualizowanych buców. Zanim udało jej się to
rozstrzygnąć, jeden z nich wszedł do salonu, niosąc dwa talerze z porządnie wysmażonymi stekami, ułożonymi na makaronie spaghetti i przyozdobionymi jakimiś fikuśnymi warzywami. Na czarną koszulę zarzucił
sportową marynarkę. Jego twarz pokrywał kilkudniowy, siwiejący zarost.
Starannie uczesał krótkie ołowiane włosy. Wyglądał dobrze. Jak zawsze.
- Jak ci poszło w redakcji? - zapytał.
- Nieźle. Przez większość dnia unikałam kolegów i przeglądałam oferty
pracy, udając, że pracuję. Mój pożegnalny tekst w "Expressie" to
właściwie artykuł sponsorowany napisany dla konsorcjum deweloperów
skupującego działki rolne na obrzeżach miasta.
- Ohyda.
- Chciałam ich delikatnie obsmarować, bo nabywają te grunty za jakieś
absurdalne kwoty, ale naczelny powiedział, żebym napisała o nich dobrze.
- Dlaczego?
- Bo mają górę kasy. Naczelny ma nadzieję, że kiedyś wykupią u nas
reklamę. Tylko dlaczego mieliby to robić, skoro reklamujemy ich za
darmo. - Alicja pokręciła głową. - Jak dobrze, że mam to już za sobą.
Możejko przyglądał się jej badawczo. Jakby próbował rozsądzić, czy to,
co mówi, jest szczere, czy to tylko łgarstwo solidnie podlane gniewem. W końcu podniósł kieliszek wina.
- Wobec tego wznieśmy toast za twoje zwolnienie.
Uśmiechnął się szeroko. Uśmiech był jednym z jego największych atutów.
Niezwykle sprawnie posługiwał się nim na różnych etapach flirtu.
Traktował go jak narzędzie do motania kobietom w głowach. Alicja
doskonale o tym wiedziała, a mimo to trudno było się oprzeć jego
urokowi.
Pociągnęła spory łyk wina, jakby to mogło jej jakkolwiek pomóc.
- Powiedz szczerze: o co chodzi z tą kolacją?
Możejko odkroił niewielki kawałek mięsa, włożył go do ust, przeżuł i połknął. Przez cały czas przyglądał się Alicji.
- O to, żeby ją zjeść. Nie jestem kulinarnym wirtuozem, ale steki
wychodzą mi całkiem nieźle.
- Liczysz na to, że mnie tym udobruchasz. I że potem dam ci się
przelecieć, bo po kilku kieliszkach wina nie będę w stanie ci się
oprzeć.
Możejko znów się uśmiechnął, ale tym razem nie w sposób flirciarski.
Raczej tak, jakby go szczerze rozbawiły jej słowa.
- Tak, właśnie na to liczę. Na to, że cię udobrucham, ponieważ to
zdecydowanie podniesie jakość naszej pracy. Gdyby przy okazji udało mi
się ciebie przelecieć, uznałbym to za miły dodatek.
Alicja upiła kolejny łyk wina. Jej kieliszek był już prawie pusty.
- Wiesz, co najbardziej podniosłoby jakość naszej pracy? - spytała. -
Jasno ustalone reguły.
Odstawiła kieliszek i chwyciła sztućce. Jadła w milczeniu, unikając
wzroku Możejki.
Miała poważny problem z określeniem, czego właściwie oczekuje od tej
relacji. Kilka razy się przespali. I choć niechętnie to przyznawała,
było jej dobrze. Lepiej niż ze wszystkimi dotychczasowymi kochankami,
którzy zwykle okazywali się szybkostrzelnymi chwalipiętami. Ale im
lepiej poznawała Możejkę, tym dziwaczniejszym człowiekiem jej się
wydawał. Czasem był szarmancki, a czasem zaskakująco nieprzyjemny:
szorstki, gburowaty, traktujący ją z góry. Nie potrafiła go rozgryźć.
Odnosiła paradoksalne wrażenie, że im dłużej zna Możejkę, tym mniej o nim wie. Jakby cierpiał na chorobę dwubiegunową, o której zapomniał jej
wspomnieć.
Pod względem zawodowym ich znajomość była jeszcze bardziej
skomplikowana. Poznała Możejkę, gdy pisała o sprawie zabójstwa Martyny
Bułeckiej. Wydało jej się interesujące, że promotor zamordowanej
studentki, człowiek, który pomagał jej w napisaniu pracy magisterskiej,
jest przy okazji popularnym pisarzem. Dopiero po paru tygodniach
dowiedziała się, że byli także kochankami. I że zabójca prawdopodobnie
zdawał sobie z tego sprawę.
Kiedy Możejko zaproponował Alicji, aby jeszcze raz zatopiła się w tę
historię i wspólnie z nim napisała reportaż o zabójstwie Bułeckiej,
początkowo chciała odmówić. W zasadzie miała ochotę zerwać wszystkie
nici, które ją z nim łączyły. I być może zrobiłaby to, gdyby wciąż
pracowała w tej pieprzonej gazecie. Gdyby nagle nie zaczęła martwić się
o swoją przyszłość. Gdyby Możejko nie pokazał jej kilku cholernie dobrze
napisanych rozdziałów. Gdyby nie odkryła w sobie autodestrukcyjnej
natury, która ciągnęła ją do niego.
I gdyby nie dostała tych esemesów.
Wytarła serwetką usta i położyła telefon na stole. Przesunęła go w stronę Możejki.
- Wiadomość wysłana z bramki esemesowej - powiedziała. - Prawdopodobnie
od informatora, który kilka tygodni temu pokazał mi zdjęcia Bułeckiej i policyjny raport. Ponownie się do mnie odezwał.
Możejko przyjrzał jej się uważnie. Połknął to, co miał w ustach, i pochylił się nad stołem.
1021631660196 OD: John Doe (16.36): Chcesz wiedzieć, kogo znaleźli w lesie?
Ja (16.37): Słucham.
1021631660196 OD: John Doe (16.39): Magda Giętka. Policjantka z Wydziału Kryminalnego. Przeciął ją na pół i powiesił na drzewie.
1021631660196 OD: John Doe (16.40): Co zrobisz z tą wiedzą?
Ja (16.41): Nie wiem. Nie pracuję już w gazecie.
1021631660196 OD: John Doe (16.50): To ten sam człowiek, który zabił
Bułecką.
- Rozmawiałeś z wydawcą?
Możejko mechanicznie pokiwał głową, nadal wpatrując się w ekran
smartfona.
- I co?
- Nie był zachwycony, ale wstępnie kupił nasz pomysł na reportaż.
Alicja zabrała telefon ze stołu, przyciągając w ten sposób wzrok
Możejki.
- Dzielimy się po równo. Wspólnie zbieramy materiały, piszemy,
redagujemy. Nie na zasadzie mistrza i czeladnika, ale jak partnerzy.
Zgoda?
Możejko ponownie pokiwał głową. A kiedy skończył, jeszcze raz się
uśmiechnął. Znów inaczej. Tym razem jak dziecko, które niespodziewanie
dostało jajko niespodziankę.
- Dwie pięćdziesiątki czystej i piwo.
Barmanka, której obwisły biust zatrzymał się na ladzie, gdy tylko
pochyliła się w stronę klienta, ze zdziwienia podniosła brew.
- Jesteś pewien?
- Bardziej niż czegokolwiek innego.
Odczekała kilka sekund, szczerze licząc na to, że facet się rozmyśli.
Ale gdy to nie nastąpiło, wyciągnęła kieliszki oraz kufel. Rozejrzała
się po lokalu.
Sobota była typową osiedlową speluną. Roiło się w niej od stałych
bywalców, ludzi, którzy przychodzili tu codziennie i zalewali się we
względnie kontrolowany sposób. Siadali przy tych samych stolikach i w tej samej konfiguracji. Zawsze prosili o to samo. Niewiele ze sobą
rozmawiali. Zresztą nie mieli o czym, bo ich życie składało się z jednakowych, szarych dni, w których nawet pogoda za bardzo się nie
zmieniała. Poza tym byli słabymi rozmówcami. Zbyt mało zainteresowanymi
własnym życiem, aby ciekawie o nim opowiadać. Dlatego znacznie lepiej
odnajdywali się w roli obserwatorów.
Facet, który przed chwilą zamówił piwo i wódkę, był jednym z ich
ulubionych obiektów obserwacji. Nie wiedzieli, jak się nazywa ani czym
się zajmuje, choć podejrzewali, że pracuje w policji. Przychodził do
Soboty od mniej więcej miesiąca - zwykle sam, choć czasem dołączał do
niego kolega, który wyglądał jak zapaśnik - i za każdym razem zmagał się
ze sobą. A właściwie z diabłem, który w nim tkwił, który podrzucał mu do
głowy głupie pomysły i który wygryzał go z jego własnego życia.
Facet potrafił godzinami ślęczeć przy barze i wpatrywać się w ustawione
na półce butelki albo zaglądać do stojącego przed nim kufla. Walczył,
choć wszyscy świadkowie jego zmagań wiedzieli, że nie jest to pojedynek,
który może wygrać. Żaden z nich tego nie potrafił. Zastanawiali się
tylko, kiedy i on pęknie. Kiedy stanie się jednym z nich. Normalnym,
pozbawionym złudzeń gościem. Pozbawionym resztek nadziei.
W końcu się doczekali.
- Ciężki dzień? - zapytała barmanka.
Mężczyzna opróżnił kieliszek, odczekał kilka sekund i popił piwem.
Popatrzył na barmankę, jakby odezwała się do niego w obcym języku, a następnie powtórzył swój ceremoniał.
- Każdy dzień jest ciężki - odparł lakonicznie i zapalił papierosa.
- Jak się nazywasz?
Nieufnie popatrzył na barmankę.
- Ma to jakieś znaczenie?
Wzruszyła ramionami. Szukając odpowiedzi, zaczęła wycierać jeden z kufli.
- Prawdopodobnie nie. Ale przychodzisz tu od miesiąca i ludzie są
ciekawi, kim jesteś.
- Ludzie czy ty?
- I ja, i ludzie. Wszyscy.
Mężczyzna mocno się zaciągnął. Długo trzymał dym w płucach, zanim go
wypuścił.
- Tomek Kawęcki - powiedział.
Barmanka poszła na drugą stronę lady, żeby obsłużyć jednego ze stałych
klientów. Gdy wróciła, kufel był pusty. Komisarz ponowił swoje
zamówienie. Dwie lufy i browar.
- Nie jesteś zbyt rozmowny - zauważyła barmanka.
- Nie przychodzę tu, żeby pogadać.
- A po co?
Kawęcki opróżnił pierwszy z dwóch kieliszków. Popił piwem. Zaciągnął się
papierosem.
- Pomyśleć - odparł.
I rzeczywiście: przez dwie godziny myślał. O kilkunastu młodych
kobietach, których historie poznawał przez ostatnie tygodnie. O Martynie
Bułeckiej, Justynie Kepler, Katarzynie Wolańskiej i pozostałych. O ich
wyglądzie, wykształceniu, wierze, nawykach, rodzinie, znajomych. O miejscach, które odwiedzały, szkołach, w których się uczyły, oraz pracy,
której nienawidziły. O ich stosunku do mężczyzn. O facetach, z którymi
się spotykały. Myślał o pięknych młodych istotach, które umarły zbyt
wcześnie. O kobietach, które prawdopodobnie padły ofiarą tego samego
spaczonego umysłu.
Zastanawiał się, co je łączyło. Czym mu zawiniły. Co spowodowało, że
wybrał akurat te kobiety. Jak udało mu się je dopaść. I dlaczego
postanowił w tak brutalny sposób z nimi skończyć.
A potem zaczął myśleć o sobie. O życiu, które wiódł, mimo że nie
sprawiało mu żadnej frajdy. O błędach, jakie popełnił, i o wnioskach,
których nie raczył z nich wyciągnąć. O cierpieniu, które sobie zadawał,
choć łatwo mógłby przestać.
I wtedy się ocknął.
Cycata barmanka zniknęła. Stały przed nim dwa puste kieliszki, niedopite
piwo i przepełniona popielniczka. Jego przedramiona przykleiły się do
brudnej lady, wymięta koszula przylgnęła do spoconego ciała, a głowa
pulsowała tak, jakby za chwilę miała pęknąć. Głośnik wciąż wypluwał
disco polo.
A więc nie wszystko się zmieniło, pomyślał.
Kiedy zaczął obmacywać językiem wyschnięte podniebienie, poczuł, że coś
wibruje w jego kieszeni. Wyciągnął telefon. Przeciągnął po ekranie
zieloną słuchawkę i przystawił aparat do ucha. Nic jednak nie
powiedział. Nie był w stanie. Nie musiał.
- To ona - oznajmił Witold Ptak. - To Magda.
Sierpień
- Ma pan rzadko spotykany talent - powiedział Łukasz Filipski. - Potrafi
pan przyciągać śmierć.
Tomek Kawęcki leniwie palił papierosa, opierając łokcie na stole.
Jednocześnie wpatrywał się w Filipskiego, jakby chciał mu wydłubać oczy.
- Najpierw Martyna Bułecka, niedługo później Magda Giętka. Dwa zabójstwa
w ciągu miesiąca. A do tego sam pan twierdzi, że to tylko wierzchołek
góry lodowej. Że seria powiązanych ze sobą zabójstw jest znacznie
dłuższa.
Kawęcki zgasił papierosa, wgniatając go w dno podstawki. Popatrzył w stronę okna, z którego spływały strugi deszczu. Zanim kłębiący się w pomieszczeniu dym zdołał się ulotnić przez lufcik, wyciągnął kolejnego
szluga.
- Chcesz mi zadać jakieś pytanie?
Filipski spojrzał na Annę Stelmach. Policjantka podsunęła mu notatnik, w którym zapisała coś dużymi drukowanymi literami. Nieznacznie skinął
głową.
- Czy to prawda, że według pana za zabójstwami Bułeckiej, Giętkiej i kilku innych kobiet stoi ten sam człowiek?
- Kilkunastu - odparł Kawęcki. - Kilkunastu innych kobiet.
- Skąd ta pewność?
Kawęcki wydmuchnął do góry dym. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Nagle
nieoczekiwanie wstał i podszedł do jednej z zakurzonych szafek. Zaczął
się przekopywać przez leżące na niej papiery: pożółkłe notesy, obwiązane
taśmą teczki, zapomniane bloki techniczne. W końcu wyciągnął kilka
zwiniętych w rulon map. Wybrał jedną z nich i rozłożył na stole.
- Założę się, że jesteście wzrokowcami - powiedział.
Sięgnął po leżący przed Filipskim długopis, wetknął peta do ust,
pochylił się nad stołem i zaczął zakreślać punkty na mapie województwa
łódzkiego. Obok nich wpisywał imiona kobiet oraz ich wiek, krótką
charakterystykę i listę obrażeń. Robił to z pamięci, niemal
automatycznie. Nie zważał ani na popiół spadający na mapę, ani na dym
wgryzający mu się w oczy.
Filipski i Stelmach gapili się na Kawęckiego jak na szaleńca.
- Te trzynaście kobiet łączy między innymi to, że w ciągu ostatnich
kilkunastu lat zostały zamordowane na terenie województwa łódzkiego -
wyjaśnił Kawęcki, stukając długopisem w mapę. - Miały od siedemnastu do
trzydziestu sześciu lat. Z reguły były do siebie podobne: uśmiechnięte,
energiczne, atrakcyjne, ze sporym biustem. Aktywne seksualnie. Wszystkie
nieprawdopodobnie cierpiały przed śmiercią. Były obezwładniane przy
użyciu środków chemicznych, a następnie gwałcone i katowane. Czasem
przez kilka dni.
- Zapomniał pan o Magdzie Giętkiej - zauważył Filipski.
- Nie zapomniałem. Ona nie była częścią jego planu.
- A kim była? Wypadkiem przy pracy?
- Powiedzmy.
Stelmach uważnie przyjrzała się mapie. Wskazała jeden z punktów.
- Słyszałam o tej sprawie - powiedziała.
- Katarzyna Wolańska. Zadał jej kilkadziesiąt ciosów siekierą albo
toporkiem.
- Czy za zabójstwo nie został skazany jej chłopak?
- Został, ale on tego nie zrobił. - Kawęcki spojrzał na Stelmach, jakby
chciał się upewnić, czy dobrze zrozumiała jego słowa. - Policja
twierdzi, że zgwałcił i poćwiartował swoją dziewczynę, a po wszystkim
popełnił samobójstwo. Przy okazji zostawił w mieszkaniu zdjęcie
rozkawałkowanego ciała Wolańskiej, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to
jego sprawka. Kłopot w tym, że ta historia nie trzyma się kupy ani z punktu widzenia psychologii, ani logiki. Wiarygodna wydała się jedynie
bandzie niekompetentnych kretynów, która pracowała nad tą sprawą.
Filipski odchylił się na krześle. Westchnął.
- A może to są tylko pana urojenia. Paranoja.
- Wykluczyłem taką możliwość.
- Dlaczego?
- Bo znalazłem wzór.
- Modus operandi sprawcy?
- On nie ma modus operandi. A właściwie celowo go zmienia, żeby nami
manipulować. - Ponownie pochylił się nad mapą i przy poszczególnych
punktach zaczął kreślić trudne do rozszyfrowania bazgroły. - Zwróćcie
uwagę na miejsca, w których znajdowały się zwłoki. Czterokrotnie
zostawiał ofiary w mieszkaniach albo w pobliżu ich domów. Trzykrotnie
porzucał je w lasach. Raz zostawił zwłoki w parku. W każdym z pozostałych przypadków umieszczał ciała w trudno dostępnych lub rzadko
uczęszczanych miejscach: na terenie żwirowni, opuszczonej fabryki,
niedokończonej budowy, starej krańcówki i dawnej cegielni. Z wiekiem
staje się coraz zuchwalszy. Nabiera wprawy. Wszechstronności. Dlatego
tak cholernie trudno jest go złapać.
Kawęcki poturlał długopis w kierunku Filipskiego i wrócił na swoje
miejsce. Otarł mokre czoło i przyjrzał się pozostawionej na dłoni plamie
potu, zanim zdecydował się wetrzeć ją w spodnie. Rozparł się na krześle
i położył nogi na krawędzi stołu. Zaczął się wsłuchiwać w odgłos deszczu
rytmicznie bębniącego o parapet.
- Mówi pan o nim z podziwem - zauważyła Stelmach.
- Bo do pewnego stopnia zasługuje na podziw.
Kawęcki zamyślił się, patrząc w jakiś punkt za oknem. Prawdopodobnie
widoczny tylko dla niego.
- Co pan w nim podziwia?
- Spryt. Konsekwencję. Zdolność samorealizacji. To, że choć nie ma na
tym świecie miejsca dla takich jak on, potrafił się w nim odnaleźć.
Założę się, że jest szczęśliwszy od nas.
Filipski uniósł brwi i spojrzał na Stelmach. Policjantka w pośpiechu
robiła notatki. Zapisywała wszystkie słowa Kawęckiego.
- Twierdzi pan, że znalazł wzór w jego działaniu - powiedział Filipski.
- Na czym on polega?
Kawęcki przysunął do siebie kubek z kawą. Przyjrzał się jego nietkniętej
zawartości.
- Na wzór musicie sobie zasłużyć.
Filipski głośno prychnął. Ściągnął okulary i przetarł koszulą szkła.
- Jak pan to sobie wyobraża?
Kawęcki zdjął nogi ze stołu i przysunął się do krawędzi. Zgasił
papierosa. Wsparł się na łokciach i wyszczerzył do policjantów rząd
pożółkłych zębów.
- Powiedzcie, co na mnie macie, a ja powiem wam, jaki jest wzór.
Pięć miesięcy wcześniej
O szóstej rano parking na tyłach Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi
był prawie pusty. Witold Ptak zaparkował na jednym z wielu wolnych
miejsc. Wysiadł z samochodu i drżącymi palcami próbował wcisnąć przycisk
na pilocie. Dopiero wtedy, nie mogąc trafić w maleńki czarny guziczek,
uświadomił sobie, jak bardzo jest zestresowany. Jak potężne spustoszenie
w jego psychice wyryła wieczorna wiadomość.
Znał policjantów ginących na służbie: od kul, dźgnięć nożem, w pościgach. Znał tych, którzy umierali głupio: w wyniku zatrzymania akcji
serca po wizycie w burdelu albo wskutek przedawkowania narkotyków. Znał
kilku samobójców. Ale nie znał policjantów, którzy ginęli w taki sposób.
Zaszlachtowani jak świnie. Upodleni. W niewyobrażalnych mękach.
Wszedł do budynku i wdrapał się na piętro, które zajmował jego wydział.
W zamyśleniu przeszedł przez milczący korytarz. Dotarł do swojego
pokoju. Ale zanim otworzył drzwi, przystanął i rozejrzał się po biurze.
Nie był w nim sam.
Zrobił szybki obchód po znajdujących się na piętrze pokojach. Zatrzymał
się, gdy zobaczył czyjeś nogi wystające spod jednego z biurek. Pochylił
się i zajrzał pod mebel.
Tomek Kawęcki leżał na brzuchu, z twarzą przyklejoną do wykładziny i szeroko rozdziawionymi ustami. Ręce częściowo zgniatał własnym ciałem.
Nogi miał wyprostowane, a stopy wygięte na zewnątrz. Przypominał skoczka
narciarskiego. Albo faceta sterczącego przed pisuarem.
Witold siarczyście zaklął. Jeszcze raz rozejrzał się po biurze,
upewniając się, że to już koniec niespodzianek, i chwycił Kawęckiego za
nogi. Wyciągnął go spod biurka, jakby zbierał z podłogi niesfornego
manekina, i oparł o ścianę. Potrząsnął nim. Kiedy to nie zadziałało,
wymierzył mu policzek. A potem drugi. W końcu Kawęcki uraczył go
zamglonym spojrzeniem.
- Żyjesz?
- Nie czuję rąk - wymamrotał Kawęcki, bezskutecznie próbując podnieść
ramiona.
- Zdrętwiały, bo na nich leżałeś.
Kawęcki wychrypiał coś niezrozumiałego. W odpowiedzi Witold podszedł do
dystrybutora i nalał wodę do kubka. Chciał podać go Kawęckiemu. Dopiero
po paru sekundach przypomniał sobie, że przecież on nie jest w stanie
podnieść rąk, więc przystawił mu kubek do ust.
- Jak się tu znalazłeś? - zapytał.
- Nie wiem. Nie pamiętam.
Witold przyglądał mu się ze współczuciem. Nie potrafił się na niego
złościć. Dzieliło ich zaledwie kilka lat, ale coraz częściej traktował
Kawęckiego jak dziecko. Zbłąkane, ponadczterdziestoletnie dziecko, które
wkroczyło w etap buntu przeciwko zastanej rzeczywistości.
- Chodź - powiedział Witold. - Doprowadzimy cię do porządku.
Pomógł Kawęckiemu wstać i przejść do łazienki. Kazał mu się rozebrać i umyć nad zlewem na tyle, na ile się da. Tymczasem poszedł zaparzyć kawę
i poszukać w biurze ubrań, które Kawęcki mógłby włożyć. Znalazł pomiętą
koszulkę polo oraz marynarkę, którą wkładał, kiedy musiał pójść do sądu.
Na niewysokie i wychudzone ciało Kawęckiego były stanowczo za duże. Ale
i tak powinien prezentować się w nich lepiej niż w zarzyganej koszuli i ubłoconej kurtce.
Kiedy wrócił do łazienki, Kawęcki siedział na podłodze, centralnie pod
suszarką, opierając się plecami o ścianę. Trzymał między palcami
niezapalonego papierosa. Zlew był suchy. Podobnie jak wycieńczona twarz
Kawęckiego.
Witold odłożył ubrania na podłogę i usiadł obok niego. Przez dłuższą
chwilę wsłuchiwał się w pomruk suszarki, która w regularnych odstępach
czasu rozpylała nad głową Kawęckiego tysiące bakterii.
- Ciekawi mnie jedno - odezwał się Witold. - Doprowadziłeś się do
takiego stanu przed czy po tym, jak dowiedziałeś się o Magdzie?
Kawęcki wolno odwrócił się w jego stronę. Spojrzał Witoldowi w oczy, po
czym znów przyjął swoją wyjściową pozycję: ze zwieszoną głową, rękoma
opuszczonymi wzdłuż tułowia i wyciągniętymi nogami.
- I przed, i po - odpowiedział, kiedy się wydawało, że już nigdy się nie
odezwie.
Przez następne dwie minuty siedzieli w milczeniu, podziwiając nagie
ściany łazienki. W końcu Kawęcki wygrzebał z kieszeni wymiętą paczkę
szlugów i podał ją Witoldowi. Ten długo się wahał, co z nią zrobić. W końcu wyciągnął z niej coś, co najbardziej przypominało papierosa, i zapalił. A potem pomógł Kawęckiemu zrobić to samo. Łazienka momentalnie
wypełniła się dymem.
- A gdybyś nie dowiedział się o Magdzie, wyglądałbyś dzisiaj inaczej?
Tym razem Kawęcki nie zastanawiał się długo. Anemicznie pokręcił
spuszczoną głową.
Witold wypalił papierosa. Wstał, zgasił niedopałek w zlewie i wyrzucił
go do kosza. Spojrzał na zegarek.
- Pora wytrzeźwieć - powiedział. - Ogarnąć się. Wrócić do rzeczywistości
i zacząć szukać tych skurwysynów.
Kawęcki zadarł głowę i uniósł ciężkie powieki.
- Byłem trzeźwy przez ostatni miesiąc. To nie dla mnie.
Witold długo nie mógł od niego oderwać wzroku. Miał wrażenie, że gapi
się na dziwaczną, humanoidalną górę smutku.
Bezapelacyjnie, do samego końca. Mojego lub jej.
Słowa Franza Maurera wielokrotnie brzęczały w głowie nadkomisarza
Bartosza Adamskiego. Chodził do liceum, kiedy po raz pierwszy oglądał
Psy. Już wtedy wiedział, że chce zostać policjantem. Twardzielem,
który będzie łapał zbirów. Nieustępliwym. Szorstkim. Uwielbianym przez
kobiety. Takim jak Franz Maurer. Takim jak jego ojciec.
Scenę, w której Franz spowiadał się przed komisją weryfikacyjną, Bartosz
Adamski oglądał przynajmniej kilkadziesiąt razy. Znał ją na pamięć.
Przypomniał sobie o niej, kiedy sam znalazł się w podobnym położeniu.
Stojąc na środku przestronnego gabinetu, tuż przed szerokim biurkiem, za
którym zasiadali dwaj mężczyźni stanowiący swoje przeciwieństwa:
komendant Janusz Dębiec, wysoki, wysportowany, świetnie się trzymający
pomimo sześćdziesiątki na karku, i prokurator Adam Warga, który wyglądał
jak pozbawiony wszelkiego uroku buldog.
- To wyjątkowa sytuacja - oznajmił komendant Dębiec, który wziął na
siebie ciężar prowadzenia spotkania. - Została zamordowana policjantka.
Jedna z nas. Na dodatek w sposób, jakiego nie życzy się najgorszym
wrogom. To okropny cios dla jej bliskich. Ale także dla każdej osoby w tym kraju, która nosi mundur. Dlatego absolutnym priorytetem naszej
jednostki jest znalezienie psychopatów, którzy zamordowali Magdę Giętką.
Zakładam, że to dla ciebie oczywiste.
Adamski pokiwał głową. Od początku nie miał wątpliwości, że właśnie tego
od niego oczekują. Niestwarzania problemów. Stanięcia na wysokości
zadania. Mógł nie znosić tego przemądrzałego siwego buca i jego
karykaturalnego przydupasa z prokuratury, ale musiał się z nimi zgadzać.
Na tym polegała ta gra.
- Po długiej nocnej naradzie z prokuratorem Wargą doszliśmy do wniosku,
że zespół Mariusza Szczebiota nie powinien zajmować się tym śledztwem.
Przede wszystkim ze względów emocjonalnych. Widzimy, jak wiadomość o śmierci Magdy uderzyła w nas - dwóch facetów, którzy ledwo ją znali.
Zakładamy, że w jej dobrych kolegów musiała rąbnąć z wielokrotnie
większą mocą. A to stwarza ryzyko, że nie będą działać racjonalnie. Że
być może spróbują zrobić więcej, niż pozwala prawo. A na to nie możemy
sobie pozwolić. Nie w momencie, w którym będą na nas skupione oczy całej
Polski.
Adamski poprawił swoją jasną grzywkę i na znak zrozumienia ponownie
pokiwał głową. Wiele lat temu nauczył się symultanicznie tłumaczyć
ogólniki i wygładzone zdanka, które wypływały z ust jego przełożonych.
Do tej pory Dębiec powiedział mniej więcej coś takiego: znalezienie
zabójcy tej laski jest kurewsko ważne, ale jeszcze istotniejsze jest to,
żeby Szczebiot i jego barbarzyńcy nie zrobili bardachy, po której nie
będzie się dało posprzątać; media, komendant główny i pewnie sam
minister spraw wewnętrznych patrzą mi na łapy, więc nie mogę tego
spierdolić.
- Krótko mówiąc, chcemy, żebyś stanął na czele zespołu powołanego
specjalnie do rozwiązania tej sprawy. Dostaniesz od nas zasoby i odpowiednio wysoki budżet. Będziemy cię wspierać na każdym etapie
śledztwa.
- I chronić twój tyłek, jeżeli coś pójdzie nie tak - po raz pierwszy
odezwał się Warga.
- Czy to dla ciebie jasne?
Znów kiwanie głową - wariant trzeci, najbardziej optymistyczny.
Zarezerwowany dla sytuacji takich jak ta. Gdy w karierze następuje
przełom. Skok na kolejny poziom. Gdy pojawia się zasłużony i ciężko
wypracowany awans. Wówczas nawet czapkowanie takim pajacom nie smakuje
jak połykanie gówna.
- Bardzo ceniłem twojego ojca - kontynuował Dębiec. - Przez wiele lat
świetnie nam się razem pracowało. Liczę na to, że tradycja utrzymywania
dobrych relacji na linii Dębiec-Adamski zostanie podtrzymana.
- Ja też na to liczę, panie komendancie - odezwał się Adamski.
- Powodzenia! - Komendant wstał i uścisnął dłoń policjanta. Zaraz po nim
to samo zrobił Warga, podrywając z krzesła swoje tłuste dupsko.
- Będziemy trzymać za ciebie kciuki - powiedział.
Gapiąc się na grubasa, posyłającego mu obrzydliwy, wymuszony uśmiech,
Adamski ponownie usłyszał słowa Franza Maurera: Ktoś się rodzi księdzem,
ktoś kurwą, a ktoś inny złodziejem. Czasami ma to dobre strony, bo się
można poznać.
Po odprawie wszystko już było jasne. Komendant Janusz Dębiec wyszedł
przed grupę niemal trzydziestu policjantów oraz techników kryminalistki
i ogłosił ex cathedra powołanie specjalnego zespołu do sprawy zabójstwa
Magdy Giętkiej. Szefem grupy został nadkomisarz Bartosz Adamski, a jej
trzon mieli stanowić funkcjonariusze z dwóch wydziałów:
dochodzeniowo-śledczego i wywiadu kryminalnego. Ci z kryminalnego mieli
im tylko pomagać. Jako konsultanci. Cokolwiek to mogło znaczyć.
Na wyczytanej przez komendanta liście policjantów nie było nikogo, kto z Magdą pracował. Nikogo, komu choć trochę mogłoby na niej zależeć.
- Mówiłem - warknął Artur Waliszewski, który z rękoma splecionymi na
klatce piersiowej opierał się o drzwi gabinetu Mariusza Szczebiota. -
Wiedziałem, że nas wyruchają. Stary nawet się nie zająknął na nasz
temat.
Artur rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając przynajmniej jednej
potakującej głowy. Bez powodzenia. Witold Ptak stał przy oknie. Wyglądał
na betonowy parking i rozciągającą się za nim polanę, na którą o tej
porze roku ludzie wychodzili głównie po to, aby wyprowadzić psy. Z kolei
Tomek Kawęcki, ubrany w nietypową dla siebie marynarkę, w dodatku tak
obszerną, jakby zerwał ją z pleców olbrzymowi, wpatrywał się w podłogę.
Można by pomyśleć, że śpi na stojąco, gdyby nie jego dłonie, które
nieustannie wierciły się w kieszeniach.
Szczebiot przyszedł do gabinetu kilka minut później. Bez słowa usiadł za
biurkiem. Wskazał dłonią dwa krzesła, ale policjanci nawet nie drgnęli.
Zamiast tego rzucili mu pełne wyrzutu spojrzenia. Tym razem solidarnie.
Wszyscy oczekiwali wyjaśnień.